Utwory zebrane. Tom 15. Dokładane treści. Tajny dziennik 1 - Miron Białoszewski

Kup ebooka

54.00 zł
44.82 zł (44,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

20 listopada 1975[, czwartek,] w Warszawie na Chamowie1

Jot2 został wpuszczony. Przeważnie mu nie otwieram, ale on nieraz nie puka po swojemu, a dzwoni. Parę razy nabrałem się, ale teraz jestem ostrożny. Ostatnio przyłapał mnie przed domem.

Opowiada o moim ojcu3

- Słuchaj, mam znajomego, który przemieszkiwał u twojego ojca w Miedzeszynie.

- Jak to?

- No, twój ojciec odnajął mu pokój czy łóżko na pewien czas. Prócz tego nocowały tam dwie młode baby. Mieszkały, czy mieszkała jedna, druga tylko nocowała...

- A, ojciec ma takie przybrane siostrzenice. Jedną raz przyprowadził ze swoim kolegą. Ten kolega w andersowskim berecie. Pożyczył ojcu aparat fotograficzny, potem przyszedł do mnie "Niech pan wpłynie na swego ojca, żeby mi oddał aparat". "A co, był pan u niego?". "Tak, ale trudno go zastać". Więc tak się nią opiekowali, tą siostrzenicą. Puściłem Borysa Godunowa. Ojciec jej tłumaczył coś o operze

- Słuchaj, Miron, ale to jakieś półkurwy.

- Może

- Podobno one mu nieraz rano każą iść po mleko, same leżą, a on bierze butelkę i idzie.

Opowiadam to Malinie4

- On to musi mieć

- Tak, musi - potwierdza Malina - coś babskiego, jakieś baby, bez tego nie może

- Chyba go nie wykorzystują za bardzo

- Nie, on się nie da, nie wygląda na to

- No właśnie, bez bab on by skapcaniał, usiadłby na krześle i siedział.

- A on ma tyle spraw. Tak się toczy... Mały, gruby... Ciekawy człowiek. O wiele ciekawszy od Romana5

- Ludwik6 o nim mówi: "Fantasta".

Raz ojciec przyszedł na plac Dąbrowskiego7. Był okres popłochu. Jeden z tych, co wykupują w sklepach.

- No jak, panie Ludwiku? Nie będzie wojny?

- Nie wiem

- Zrobił pan jakie zapasy? Lu. rozkłada ręce z humorem

- Nie

Wdałem się ja z łóżka

- Zapasy na wojnę? Na jak długo by starczyło?

- Na pierwszy okres.

Agnieszka8 powiedziała

- Ja nie mam szczęścia w miłości

Malina miała już dosyć tych babskich problemów. Poszła do Felka9, a on się bardzo ucieszył. I tak są ze sobą.

Ludwik mówi, że Leszek10 jest niepoczytalny.

Leszek o Ludwiku, że niedouczony. Kiedy nas przesłuchiwali godzinami na Rakowieckiej w 1967 roku, ja miałem osobnego pana, kulawego, Ludwik i Leszek wspólnego, blondyna. Pytali nas, cośmy robili w 56-ym roku w grudniu11. Le. na dowód statystowania w teatrze w Krakowie zadeklamował swojemu panu kawał Balladyny

Wrócą, panie, wrócą, jak gąski

jedna za drugą...

Wspólny pan Le. i Lu. pytał potem Lu., czy Le. jest normalny, na co Lu.

- Normalny, tylko lubi na siebie zwracać uwagę.

I Lu. to powtórzył Le. Le. się obruszył.

Półtora roku temu Lu. sprosił do siebie Grację12 i mnie. Popijał koniak i oskarżał mnie o nieetykę w Donosach13. Gracja jako główna ofiara. Gracja się skarżyła, ale Lu. co pewien czas wytaczał jej pretensje o jej książkę o Teatrze Osobnym14. W pewnym momencie Gracja powiedziała, że ja ulegam różnym przyjaciołom w osądzaniu własnych rzeczy. Że z kim ostatnio przestaję, tego zdanie się liczy. Lu. spojrzał na mnie i na Grację zdumiony

- To, co pani mówi, to jest ostateczne likwidowanie człowieka.

W nocy ubieramy się, ja i Gracja. Do wyjścia. Lu.

- Myślałem, że będzie ciekawa dyskusja.

Ja

- To co, odprowadzę Grację taksówką... i może już nie wrócę

- Nie ma po co - Lu. na to.

Miał na myśli, że ani teraz w nocy, ani w ogóle nie ma po co. Ale to dopiero zrozumiałem przez telefon.

Teraz, w listopadzie 1975, po wieczorze u Olgierda15, na którym zobaczyłem po przerwie Lu. i Lu.16 (przyszli na zaproszenie Olgierdowej17, nie moje), umówiłem się z nimi na sobotę. Z początku nie byłem zadowolony z tego nawiązania, bo to trud.

Le., który nie był na wieczorze, bo Olgierd powiedział, że wyjdzie, jak on przyjdzie, więc [Le.] orzekł, że Lu. mi zatruje teraz pisanie. Żebym nie szedł, a poczekał, aż Ludwik się koło mnie nachodzi. Będzie się wtedy liczył ze słowami. Nie poszedłem. Lu. i Lu. dzwonili do Olgierda i Małgosi, co ze mną, czy nie zachorowałem? Więc zadzwoniłem. Bo głupio. I tak się znów nawiązało z Lu. i Lu.

Le. opowiada

- Dzwoniłem do Trzcińskiej-Kamińskiej18, mówię, że Leszek. A ona: Czy ten Leszek, co do niej przychodził? Co maluje? Ten przyjaciel pana Białoszewskiego?

- To co za udawanie?

- Ja nie wiem.

- Mówiła poważnie?

- Tak. Ja jej powiem, że tobie się jej rzeźby nie podobają.

- Nie pakuj mnie w to!

- Powiem, że mnie się nie podobają. Mnie!

- Może ona naprawdę chciała się upewnić? Zna innego Leszka?

- Na pewno nie.

- To nie wiem.

- Ja się na niej zemszczę

- Ty lubisz robić rozgrywki z osiemdziesięciopięcioletnimi babami.

- Bo dopiero one się poznają na tym.

A miałem na myśli córkę Konopnickiej Mickiewiczową19. Obraził się na nią. Przy mnie w Żarnowcu. Przysłała służącą z listem. Nie poszedł. Poszedł grubo później.

21 listopada [1975, piątek]

Le. leży w łóżku po mnie na starym mieszkaniu, mówi o naszych młodych

- Ja ich już tu nie chcę. Ja już ich dawno nienawidziłem. Bo to ta młodość tak się tu wdzierała. Musiałem ustępować.

- Tak?

- A coś ty myślał?

- Aha

27 listopada [1975,] w czwartek

Wziąłem Jadwigę20 do Le.

- Odwiedzisz moje stare mieszkanie. Masz do Leszka dobre entrée. Że rozmawiałaś z Pauliną21 przez telefon, że nieobrażona na niego za wymawianie, że nie umie starocerkiewnego i że przeszkadzają Miśkowi w Holandii22. Że tylko chora. No i to, że Misiek do niej dzwonił i dowiadywał się o Leszka.

- Właśnie, mam dobre entrée.

Za rogiem Świętokrzyskiej Jadwiga wpadła w nastrój przypomnieniowy. W bramie mówi

- Oj, przeżywam to

- Na słuch?

- I na skręty, i to, że po Marszałkowskiej nagła cisza, to myśl, że ja i sama tu byłam i wracałam.

Na schodach znów

- Bardzo przeżywam. Tu miałam wtedy te głosy. Szekspir do mnie mówił.

- To i Szekspir?

- Szekspir, Mickiewicz, Broniewski23

Le. nie było.

- To nawet lepiej. Dosyć tych schodów. To mi wystarczy.

- To aż tak?

- Aż tak.

Pojechaliśmy do Romana i Ady na Żoliborz. Poustalać sprawy przepisywaniowe. I wziąć maszynę do naprawy, bo Roman odkładacz. Za przepisywanie odpłacam mu się, więc mam śmiałość planować.

Ustalamy, co jak. Rozmowa schodzi na wydawnictwa, politykę wydawniczą, problemy cenzora. Że wydawnictwo przeprowadza swoją cenzurę, żeby niby nie ułatwiać czepiania się cenzorowi.

- Bo nasza cenzura na pewne tematy musi się liczyć z Rosją - mówię - to wygląda na przesadę. Ale oni potrafią. Dam wam przykład. W trzecim miesiącu mojego dziennikarstwa24 posłali mnie do wypadku na zakręcie śmierci. Wywróciła się ciężarówa, ranni, zabici. Goście z wesela. Zabrał ich pijany Rosjanin po dobrej woli po drodze.

- Oni po pijanemu zawsze mają dobrą wolę.

- Więc ja w swojej naiwności napisałem, że prowadził samochód i wywrócił go "pijany szofer sowiecki". Chyba dosłownie tak napisałem, co to potem było! Przez miesiąc codziennie dzwoniła do redakcji "Wieczoru Warszawy" ambasada radziecka.

Zeszło na wymianę mojego mieszkania. Jadwiga zwraca się do Romana

- Powinniśmy przypilnować tej zamiany. Roman

- No, ja śledzę ogłoszenia w gazetach.

- W razie czego, niech Miron da mi znać albo pan, a ja już telefonicznie wypytam.

Roman wpadł w jeden ze swoich ulubionych tematów.

- Miron powinien mieszkać w Śródmieściu. Należy mu się to.

- No tak.

- On mógł wyrzucić Leszka25.

- Ee, siłą?

- Siłą.

- Ale to nie Miron.

- Ale można było. Zasadniczo to Leszek powinien się wyprowadzić.

- No, to to wiadomo.

- Ha ha ha... Pewnie.

O wpół do jedenastej Jadwiga

- No, wracajmy. To co, pan Roman odprowadzi nas do przystanku?

- No, może - podejmuję - bo z sercem ostatnio nie za bardzo.

- Odprowadzę, już się ubieram, ale jak dalej dasz sobie radę?

- Do taksówki.

- Ja jeszcze na chwilę tam - Jadwiga na to.

Roman szuka drugich spodni, pies szczeka, piszczy.

- Pies nie pójdzie. Bo to byłoby za dużo.

- No tak, niewidoma, maszyna i pies. I mróz.

Prowadzę Jadwigę do ubikacyjki, z rękami na jej ramionach, za nią, gęsiego, skręcamy pod kątami prostymi. Bawię się w pana Juliana, jej przewodnika26

- Nie tędy, nie tędy, na lewo... pani Jadziu, nie tędy... nie tędy... Tu tu tu, do łazienki.

- Bez sukienki - dorymowywuje Jadzia już w drzwiach intymnych.

- Bardzo dobrze. Zupełnie jak on.

- Nie zawsze z sensem, nieraz słaby sens

- Albo żaden.

- Byleby rym.

- Tak, zasada: byleby rym.

Pies się przewija pod nogami. Dużo go, bo tłusty, długi, kudłaty, krzykliwy.

- Żeby pies nie wyleciał.

- Zamknij go w kuchni.

- Zamknę go w kuchni. Pies do kuchni, no, won! Pies do kuchni!

Wciskamy psa do kuchni. Wyślizgujemy się do przedpokoju, ocieramy się o Jadwigę. Ona czeka.

- No, wychodź.

Wyciąga rękę.

- Tu

- Nie, tu.

- Otworzyłabym do psa.

Wziąłem na chwilę maszynę do pisania. Ale od razu poczułem bolenie za mostkiem.

Wyszliśmy. Taksówki nie było.

- Za piętnaście jedenasta, oni się teraz pochowali, czekają na jedenastą, nocna taryfa. Trzeba było albo wyjść wcześniej, albo później.

- Nie wiedziałam.

- Chodźmy do tramwaju.

- A od tramwaju?

Roman

- To ja pojadę z panią Jadwigą i z maszyną, a ty zaczekaj na górze, idź, poczekaj na mnie.

- Nie, już nie.

- No, pogadamy, co masz do roboty?

- Jestem ileś godzin na nogach

- Aha - domyśla się Jadwiga - a tak to się panu nie opłaca jechać z nami?

- No, nie bardzo.

Rozpatrywanie trwa. Na przystanku. Roman

- A czy wy w ogóle musicie brać tę maszynę dzisiaj?

- Nie musimy.

- Ja ją zawiozę innego dnia, wcześniej.

- Tylko żeby pan dowiózł.

- Dowiozę, dowiozę.

- O, jest "36".

- Wsiadamy.

- Do widzenia!

- To nie wrócisz?

- Nie, już innego dnia.

Idąc dziś na Hożą do Jadwigi, zobaczyłem grejpfruty. Kupiłem cztery.

- Dla ciebie, dla mnie, dla Anny27 i dla Dziadka28.

- Zanieś mu.

Dziewięćdziesięcioletni Dziadek, czyli ojciec Jadwigi, a dziadek Ani29, siedział naprzeciw wejścia na kanapie.

- Proszę... - i zbliżyłem w świetle łysy owoc do łysiny Dziadka.

- Nie, nie, nie potrzeba, słuchajcie... Po co

- Ale

Za chwilę przechodziłem przez pokój Dziadka do pokoju Jadwigi. Dziadek podnosi głowę

- Dam tego grejpfruta jutro Ani. Jak przyjdzie. Ja nie mogę. Brałem nitroglicerynę. To nie można. Po nitroglicerynie nie można.

Przy moim trzecim przejściu Dziadek mówi

- Wychodzicie?

- Tak. Będziemy na dwunastą. Odprowadzę Jadzię.

- A dokąd idziecie?

Nachylam się jeszcze więcej nad starym uchem

- Na moje stare mieszkanie!

- Na stare mieszkanie?

- Tak tak.

- Wie pan co, mam kurtkę watową, może pan obejrzy. Teraz za późno? Kiedy indziej?

Ubieram się

- Do widzenia.

- Niech pan się zapnie. Pod szyją.

- A, pod szyją? - pokazuję, że się nie da, rozkładam ręce

- Nie da się?

Kręcę głową z przedpokoju.

Jadwiga wychodzi z ubikacji. Nakłada palto.

- Ta jego kurtka stara, poplamiona. Wyciągnął ją skądciś. Chce za nią pięćset złotych.

Był Wiesio. Zahaczyłem o sprawę przesłuchiwań. Zupełnie przelotnie.

- A właśnie. Pytali mnie wtedy. Pomyślałem, skąd oni wiedzieli, że ja do ciebie przychodziłem, i że chyba ty im podałeś, zresztą w porządku. Trzeba kogoś podać.

- Już nie pamiętam - odpowiedziałem, bo i za bardzo nie pamiętałem. Jest rok 1975. On nawiązał do 1967, kiedy to wypytywano nas o 1957.

Wiesio jest mężem żony pracującej. Wciąż ładny, chociaż ma ze czterdzieści pięć lat. Chodzi na zakupy, gotuje. Kiedy syn był mniejszy, odprowadzał go do szkoły. Czasem sprzedaje książki. Kupuje płyty.

Roman żyje głównie przy Adzie. Ada rzeźbi, maluje. Rzadko kiedy co sprzedaje. Zarobki inne - przypadkowe. Pomaga im jej ojciec. Starszy o dziesięć lat od Romana. Ada od pewnego czasu na ojca zła. Zerwała z nim. Posłała mu list, choć mieszka piętro niżej. Tym to znamienniejsze, że Ada spokojna, a do listów niewyrywna. Roman przyświadczał jej rację. Ale ze względu na pomoce pieniężne widywał się z ojcem Ady. Teraz spróbuje ich godzić. A to bardzo trudne. Choć konieczne.

Ojciec Ady, Eryk, naraził jej się zaoczną sprzedażą domku pod Warszawą. Domek wymagał wiele wkładu, pilnowania.

Ojciec Ady wciąż był nagabywany jako architekt i w ogóle jako ojciec o reperację, o naprawę tego i owego. Nie lubi nagabywań. Nie dało się tego uniknąć wprost, unikał informowania o domku, uciekał, jak tylko rozmowa schodziła na to. Mnie się raz poskarżył

- Bo ja, proszę pana, całe życie jestem roboczy wół.

Ma oprócz Ady i drugą córkę.

Co do tego domku, to w końcu okazało się, że ojciec Ady, Eryk, nie ma podstaw prawnych do posiadania go. Pytam Romana

- Jak to? Przecież to po jego ojcu? Więc automatycznie

- Tak - powiada Roman - ale i ojciec Eryka był taki sam, on też nie miał podstaw prawnych do posiadania tego domku. W ogóle nie ma żadnych papierów.

Roman od lat krząta się koło Ady. Pilnuje jej chorób, lata do sklepów. Gotuje. Ona rzadko wychodzi. Nieraz nie wychodzi miesiącami. Ma trzydzieści pięć lat, jeszcze widać urodę, ale marnieje. On dużo starszy. Wysoki jak tyka. Z siwą brodą. Oskarżają go, że pielęgnuje w niej choroby, żeby znaleźć usprawiedliwienie dla swojego bytowania w ten sposób. Że owija się dokoła niej, że ją oplątuje, jak pająk.

Mają szkołę cierpliwości oboje. W mieszkaniu po ciotce, która wychowywała Adę i umarła, i którą Roman i Ada oskarżają o napędzenie Adzie kompleksów. W mieszkaniu po ciotce były piece. Bo ciotka i wujek, budując tą kamienicę, brali pod uwagę wojnę, i mieli rację. Po śmierci ciotki Roman i Ada marzli przez kilka zim. Czasem w którymś piecu napalili. Pokoje duże. Znosili to po stoicku. Otulali się w koce, kożuchy, pół się kładli, pół siadali, każde na dwóch fotelach, i wdawali się w całonocne planowanie filmu albo słuchali całego Mesjasza Haendla prawie bez ruchu, bez słowa.

Jeden znajomy o Romanie

- On żyje jak artysta. Naprawdę. I to nie jest z jego strony hochsztaplerstwo.

Agnieszka niedawno stwierdziła, że już nie ma do Romana żadnych pretensji o Adę. Zmęczyła się mieszkaniem u Anuli30 i jej chorobami, mimo że przyjaźń trwa nadal. Agnieszka na zmianę mieszka w domu rodzinnym na Wspólnej i w Aninie u Anuli w jednym pokoju. Sama zaczęła popadać w przesadne chodzenie koło kogoś, w udzielanie ciągłych ostrożności. Mimo swojej zapędliwości spostrzegła się chyba w porę.

Ojciec Ady marzy wciąż o wyjeździe na Zachód. Tam będzie rozpracowywał swoje dwa wynalazki z dziedziny aerodynamiki i chemii. Chętnie wchodził w filmikowe zabawy, w dyskusje, w planowanie scenariuszy. Tyle że co pewien czas podsuwał własny pomysł, zwykle ten sam, z bardzo małymi odmianami. O zagładzie ludzkości i o widmach dwóch uczonych, które zastanawiają się, jak do tego doszło. Wyciągają moralne wnioski. A chodzi o to, żeby przestrzec ludzkość przed zagładą

- Hasła. Ważne jest hasło krótkie, działające. Na przykład Chrystus rzucił hasło "Kto w ciebie kamieniem, ty w niego chlebem"31. I to hasło chwyciło. Było rewelacją.

- Po wojnie chciałem wyjechać z Polski. Mieszkaliśmy w Gdańsku. Miałem już bilet na statek. Ale przegapiłem godzinę odjazdu.

Podobnie mu się przydarzyło pierwszego sierpnia 1944 roku

- Pojechałem do kuzynki na Pelcowiznę. Ona wiedziała, że chcę wrócić przez most i że ma wybuchnąć powstanie, i mnie zagadała - tu ojciec Ady po wileńsku przeciąga mocnym głosem "a" i stroszy wielkie brwi - po prostu mnie zagadała.

Wybieramy się za tydzień z Agnieszką i Tadziem32 do Wrocławia i do Wałbrzycha, do siostry Matei33, dawnej nauczycielki Agnieszki, Maliny i Berbery34. Berbera o Agnieszce

- Tak, ten jej śmiech może być irytujący. Ona jakoś nie umie. Rozpędza się. Po zabawie inne dziewczyny, brzydsze, wracały z chłopcami, a ona sama. Matea klęczy przed Agnieszką.

- Tak - przyświadcza Malina.

- Zakochana. A z drugiej strony Jan Józef L.35: "Agnieszko, czy pani..."

- Tak, tak mówi.

Le. o Berberze

- To kuzynka Agnieszki? To ciocia. Ciocia. Rywalizuje z nią.

Malina o Matei w czasach szkolnych w Szymanowie

- Matea jest taka popędliwa. Zaraz się zaperza, robi się czerwona. Raz poszłam po książkę do biblioteki, skrzypiałam ławką. Ona do mnie "ty chamko". Dlaczego akurat "ty chamko"? Byłam taka zdziwiona.

Kiedy indziej ja do Maliny

- Może i Matea jest popędliwa, ale i takie dziewuchy są okropne, to może być straszne, takie zbiorowisko.

- Tak, na pewno straszne

- I ty mogłaś być nieraz okropna.

- Na pewno byłam

- Krzyknęła pierwsze, co jej podpadło pod język.

- Masz rację. Oczywiście później widywałam się z Mateą, chodziłam do Szymanowa.

- No więc. Ale nie lubiłaś Szymanowa.

- Nie cierpiałam.

Teraz mówię Malinie

- Jedziemy do siostry Matei. Odwiedzę w ten sposób zakonnice.

- Bardzo dobrze!

Malina nie lubiła chodzić z Agnieszką do kina

- Nie znoszę, jak ktoś mówi do mnie podczas filmu.

Agnieszka za Malinę chodziła do sklepu, za nią się nieraz odzywała

- Ona była zawsze ta wiedząca. Ja nic nie wiedziałam. Ja byłam głupia, niedoświadczona.

Odbiła Agnieszce narzeczonego, który zresztą jej się zaraz wymknął. I nie ma co żałować. Zgłosił się na plac Dąbrowskiego. M.K.36 został starym znajomym o niepewnej renomie. Oczarował za to matkę i babkę Agnieszki. Obydwie do dziś odwiedza.

- Czułam się taka winna - zwierza się Malina - ona ta święta, poświęcająca się dla mnie.

Do niedawna tak się składało, że niejeden podziwiacz Agnieszki zaczynał podziwiać jeszcze więcej Malinę. Malina odbiła Agnieszce nawet przyjaciółkę. Agnieszka u tej przyjaciółki przemieszkiwała. To było jeszcze przed Aninem. Potem na zmianę. Malina przychodziła nie do Agnieszki, a do tamtej. W jednym pokoju. Ostatnio Malina stwierdziła, że tamta przynosi nieszczęście

- Naprawdę przynosi nieszczęście. Nie noszę jej korali, a nosiłam.

po sobocie u Lu. i Lu. dwudziestego dziewiątego listopada [19]75 roku

Siedziałem całą noc w pracowni Ludmiły. To ósme piętro, pełno okienek, okien, złe ramy, dookoła pusto, więc chłodno... Palił się piecyk elektryczny.

- Ile za ten piecyk dałaś?

- Dostałam od Jdowej37

Jdowa - malarka. Jechała statkiem polskim do Afryki. Mijali inny statek. Wszyscy mężczyźni stali rzędem na tamtym statku i patrzyli na nią

- Rozumiecie, wygłodzeni... Tyle czasu płyną bez kobiety.

Wysiadła na Czarnym Lądzie. Szła przez wsie. Nędza. Choroby. Szła i płakała. Doszła do parkietu. Murzynki tańczyły, zobaczyły ją, zamarły bez ruchu i krzyknęły "kurwa!".

Ludwik spytał, czy lubię nowe mieszkanie

- Przyzwyczaiłem się. A wiesz, jak wałkowało się sprawę wyprowadzki, to pomyślałem, co Ludwik by powiedział

- Nie mów tak - przerwał Ludwik - bo to wygląda jak dawniej, a przecież nie jest.

I dalej Ludwik

- Ja bym pewnie do tego nie dopuścił. To przeszło granice. Jeszcze po tej chorobie. Myślę, ile Leszek zawinił w tych naszych...

To nie było słowo "stosunkach". Nie pamiętam co. Tłumaczyłem się przed Lu. i Lu., że trzeba było szybko się zdecydować. Nie rozmazywać. Że zostanie na placu Dąbrowskiego to byłoby bez końca wyprowadzanie się Leszka i ciągle by była kuchnia na pół jego, pełno obrazów. Ludmiła przytaknęła parę razy. Siedziała w fotelu po jednym generale i pruła sweter Ludwika. Ona co porobi na drutach, to pruje. Sama chwaliła sobie to zajęcie

- To taki spokój, czuję prawdziwy dom.

- Tak tak, i ja.

Ludwik

- Te przysłowia, powiedzenia, niektóre wydają się piękne i mądre, prawdziwe. A nie są prawdziwe. "Ludzie bliscy sobie nawet jak się nie widzą, to się rozumieją". Zaokrąglenie. No pewnie, w głównych zarysach tak, w tym, co było w przeszłości, tamto się nie zniekształciło. To na tamto nie wpłynęło.

- No... - powiedziałem tylko, a chciałem powiedzieć "ale ugniotło", nie powiedziałem, bo nie mam na tyle śmiałości ani pewności.

- O co tu chodzi? - Lu. zastanawiał się - o co głównie? Przecież o teatr. Książka Gracji. Myślałem, że to będzie gniot doktorski, pójdzie na półki. A to nie, wydrukowano, rozeszło się, powołują się na to. Dużo zła38.

Lu. uważa, że Gracja była fałszywie poinformowana. Oczywiście przeze mnie.

- A ciekawi mnie - zwraca się do mnie Ludwik - co ty w środku czujesz?

- No, to trudno tak mi teraz powiedzieć.

- Ale tak krótko

- To trudno

- Czy zdajesz sobie sprawę, że pół Kabaretu to są moje teksty?

Zdziwiłem się, bo myślałem, że on pyta o przyjaźń. A on o teatr. Odpowiadam

- To tak.

- To dobrze. Nie mówiąc o Szurach, Pani Koch, Wą, Osmędeuszach.

- Oczywiście.

Chciałem przypomnieć, że przecież przy wydawaniu Teatru Osobnego zaproponowałem: Wszystko, co chcesz, jak chcesz, dwa nazwiska. Ale wtedy Lu. powiedział, że mu wystarczą wyjaśnienia i notatka na początku39.

Przyznaję rację, że to za mało. Za mało wobec tępej nieuwagi ludzi.

Zahaczył o wiersze. Że podziwia. Że dziś trudno wyjść z wierszami, trudno o własną... - tu nie pamiętam określenia - przy tym nadużyciu

Pomyślałem, że od lat mam uznane i przez niego - bo przecież duży w tym jego udział - że więc mam to własne. A co mnie obchodzi, co dokoła. Ostatecznie.

Ale znów nie chciało mi się powiedzieć.

Ludmiła o Rzymie. Kilometry wszystkiego. Męczące. Jak rzeźby z tego a tego okresu, to ileś! Bez końca. Chciała zobaczyć dom Nerona, to zaraz pałace, ogrody, straszne. Do bazyliki Piotra wleciała, przelękła się, nie patrzyła w górę, wyleciała do bocznej nawy. Zobaczyła wstrętne obrazy. Potem dowiedziała się, że to było udźgane z mozaiki. Via Appia fałszywa, nie stara; mury z dwóch stron, szła, błoto, samochody. Katakumby przykre

- Po co to kuli?

- Z musu - Lu. wyjaśnia.

- Aha.

Nagromadzenie potwornych ilości wszystkiego. Bogactwa. A egzystencje ludzkie trudne. Wenecja rozpada się. Cudzoziemcy się cieszą, podziwia, że nic nie widzą. Wszystko brane skądś. Z Egiptu, z Persji. I co rzymskie, i co greckie, i w ogóle to, co europejskie, to szaber. Źle ta Europa wygląda. Żeby nie geniusze, toby... Tylko te pojedyncze się liczą. Okropne to, że każde słynne jest w Rzymie, oryginał tego samego jest w Anglii albo Francji.

- A jeszcze i w Związku Radzieckim - dopowiada Ludwik.

- Rozumiesz? A i w Rzymie fałszywe. Zawsze co najmniej dwa. Idzie się jako do prawdziwego, a to kopia. Potem już ten oryginał - myśli się. Nie. Nie oryginał.

Dalej o przyrodzie

- Łyso. Jak trochę drzewek, to już się nazywa gaj. I to te drzewka małe, trochę liści, każdy osobno, kwiaty nie chcą pachnąć.

- Jak to?

- No, ja tam trafiłam na wiosnę. Mało tych kwiatów. Jak się trafił, to się wącha, wącha. Aha... To już to?... to tyle?

Ludwik o Józiu Czapskim40. List od niego. Smutny. Świetnie napisany, ale niedobry. Marynia Czapska41, siostra Józia, pisarka, wymaga ciągłej opieki. Niedowidzi już bardzo.

- Nie powinna wychodzić, pisze. - Ludwik robi niecierpliwy gest. - To niech nie wychodzi. A to pewnie codziennie po te zakupy z torbą. Obydwoje. Służąca dawno nie przychodzi. Byli w lecie pod Orleanem w domu starców. Ileś tygodni. Oni od tego uciekają, ale Józio pisze "ta moja rana fizyczna". Pamięć. Pogorszyła się znacznie w ciągu półtora roku. To od półtora roku on zauważył. Ale przedtem. Było tak, że przeżył coś, sformułował, a na drugi dzień od początku. Jakby tamtego nie było.

- Już jak pierwszy raz byłam - teraz Ludmiła uświadamia sobie - to też już.

Sięgnęliśmy do Biblii42. Ludwik o Bogu Mojżesza. Że nie powinno się na takim Bogu budować religii.

- Ogromnie ludzki ten Bóg. Zły. Zresztą i chrześcijaństwa nie chcę. A czytałeś, jakie oni sobie wymarzyli ubiory, szaty? Ile o tym. Żadnej tradycji, tyle że trochę pisanego, ale nic więcej, ani plastyki, ani nic, na pustyni, i ta żydowska fantazja. Bóg daje dokładne propozycje, ze szczególikami. Robią przenośną świątynię. Z dnia na dzień. A drogie kamienie, bo mieli, wynieśli ze sobą z Egiptu, kamienie, naczynia, w przeddzień każda Żydówka do sąsiadki "Niech pani mi to pożyczy, i to". Pozabierali. I nie ma mowy o wstydzie. Odwrotnie. Wróg, niszczyć go.

Ludwik zaczął czytać zalecenia Boga co do urządzeń przybytku, strojów

- To skutki nagłego wzbogacenia się. Od razu książęta, kasty. I motłoch. Ale żeby nie raziło, to się nazywa ogólnie świątynne. To tak w Hollywoodzie było też nagłe wzbogacenie się. Całe walizy drogich kamieni i nie wiadomo, co z tym robić. Żadnej tradycji. Bawi mnie ten pamiętnik Poli Negri43.

Lu. dalej

- A znasz Elizeusza44? Szedł po ulicy. Dzieci za nim krzyczą "Idź, łysy, idź, łysy!". To on o pomstę do Boga. I zaraz wychodzą z lasu dwie niedźwiedzice i rozszarpują dwadzieścioro. Ro-zu-miesz? Ludmiłka to powiedziała znajomej, a ta ma wuja księdza z Ameryki, baptystę, ucieszyła się, poleciała z tym do niego. Że te dzieci. A wuj na to "E, miały na pewno po dwadzieścia lat".

Ludwik natrafia na Ezechiela45. Widzenie wieloskrzydłych stworów niebieskich z czterema twarzami. Z przodu ludzka. Z boku wołowa, z drugiego lwia. Z tyłu dziób. Wszystko fruwa. Skrzydła po dwa, ale każde obraca się w swoją stronę, nie dokoła.

- To jak? - Lu. i Lu. przymierzają.

- To jak kociłapki

- A tak, kosi, kosi. To grafomania.

Dalej o kołach, to wszystko na kołach.

Ludwik pokazuje, że wariat łaps, "co mam w ręku? - fortepian"

- Przed Apokalipsą. Apokalipsa bardzo niedobra

- Oj, bardzo nie! - krzyczę.

- Zupełnie niepoczytalna. Ale to. To moje odkrycie. Nie znałem.

- To, zdaje się, na to się powołują, że biblijny pojazd międzyplanetarny.

- To tylko rozpętanie grafomanii. Zobacz, jaki Pan jest mściwy.

- Tak, on o sobie: Pan. Zawsze.

- Bo to był pan i sługa. Sługa musi wszystko, Pan ma swoje fumy. - Lu. otwiera, czyta - "Pan grozi trądem, krostami, niemocą, zagniciem", i "żona cię zdradzi z wrogiem"46.

Ludmiła

- Zupełnie jak ja w czterdziestym piątym roku z żołnierzem radzieckim.

- To wróżby

Miała dziewięć lat. Stawiała mu karty w Radomiu.

Lu.

- Ale zrozum, nie dlatego, że radziecki, bidne chłopaki, siedzieli wpatrzeni, słuchali.

- Bo oni pytali mnie, co w domu, a ja im, że spalone, bomby. A rodzina? Ja, że nie żyje. Jeden pyta, co z żoną? Ja, że żyje. On zadowolony. A ja, że co z tego, zdradzała go z Niemcem. Nie wiem, skąd mi się to brało. Babcia raz weszła, słucha. I do mnie: "Co ty im mówisz? Tak nie można. Przecież to są żołnierze na froncie". Potem się odmieniło. Miałam dobre wizje. Same dobre.

- Miała powodzenie, coraz więcej ich przychodziło, czekali w ogonku, ona mała, na krześle w kocu.

- Tak że babcia gotowała coraz większe gary kaszy.

poniedziałek, pierwszego grudnia [1975]

Byłem dziś u Maliny po maszynopis Konstancina47. Sczytywała to w sobotę z Felkiem w trzech egzemplarzach. Napracowała się nad moimi tekstami przez trzy lata tyle, i do tego bezinteresownie, że nie mam słów wdzięczności.

Gorąco u nich bardzo. Pokoik Felka mały, kaloryfery duże. Widok z okna z dziesiątego piętra na lampy placu Kultury48 we mgle i deszczu, dużo wysokich neonów i dachów.

Zeszła rozmowa na Berberę. Malina

- Wiesz, Berbera robi się na starość trochę wariatka. Jadę z nią autobusem, wsiadamy, ona na cały głos zaczyna o autobusach, o problemie komunikacji.

- To są te dziennikarskie rozbrykania - mówię - to się zatraca czucie.

- Ale ona głośno. Tak samo gdzie indziej. Nie liczy się z dziećmi.

- Tak. To trochę głupio z tym głośnym narzekaniem. Wsiadałem na rondzie, autobus się spóźnił, tłok, a jakiś młody człowiek mówi na cały głos do pani: "To jest właśnie polska komunikacja!". Ostatecznie obijamy się razem od iluś lat po tej Warszawie o siebie, i co? Nagle ten dystans. Był za granicą? Ja też mogę być za granicą. I każdy może. I co z tego. A co do tego zatracenia czucia dziennikarskiego, to ci powiem. Byłem reporterem "Wieczoru Warszawy", tramwaje jeszcze chodziły Krakowskim, Miodową. Jestem wieczorem na Krakowskim Przedmieściu, słyszę nagle, że się zawalił dom przy rozbiórce na trasie siedemnastki. Więc idę wzdłuż tej trasy. Skręcam w Miodową. Tramwaj nie jedzie, bo zasypało szyny. Dochodzę do rogu Kapitulnej. Zawaliła się Miodowa 1449. Front. Sterczał wypalony. Akurat pod tymi murami siedziałem sześć dni ze Swenem50 i jego rodziną podczas powstania. Zabiło robotnika. Zagrodzone. Stoi milicjant. Podchodzę, mówię, że jestem z prasy. On mi nie daje wejść. Nie wolno.

- Nie wolno? - Racja, od Kapitulnej gruzy niższe. Obchodzę narożnik, przedzieram się przez kupę gruzów, schodzę na podwórko. Pusto, świeci księżyc. Patrzę w pewnym momencie pod nogi. Leży pół człowieka. Od głowy do pasa. Na bluzie ręka, taka wyraźna. Dopiero to mną wstrząsnęło.

Siódmego grudnia [1975, niedziela] w Wałbrzychu, w kawiarni piszemy z Agnieszką i Tadziem kartki do przyjaciół. Kartka do Le. Agnieszka czyta, co Tadzio dopisał, mówi

- Plotkarz.

Ja biorę do rąk, czytam "Miron pokazywał mi różne miejsca we Wrocławiu, gdzie znajdowaliście te różne rzeczy...". No, te różne plakiety, aniołki. A Le. przecież wściekły był na mnie o te gadania, skąd to mamy na ścianach. Przed laty wypytywali nas o to ubecy. To, co wzięliśmy, to i tak troszeczkę, i dobrze, bo to potłuczone spod gruzów, a przy odbudowie wcale się nie silili na odrabianie wnętrz. Więc ja do Tadzia

- Wykreśl to, obrazi się

- Tak? Widocznie już zapomniałem, jaki on jest.

Piszemy do Maliny. Tadzio

- Do tej to można wszystko.

- No - mówię - może też niezupełnie. Ale można dużo. Jesteśmy z nią najwięcej spoufaleni.

- Ja nie - Agnieszka na to.

W pociągu Tadzio

- Siostra Matea ma zęby jak strzyga.

- Strzyga ma podwójne, a Matea nie. - Agnieszka w śmiech. - On tak specjalnie!

12 grudnia [1975], piątek, w Garwolinie

Jestem w Garwolinie u Mamy51. Poszliśmy kupować baranie rękawiczki i pantofle52. Po trudach dobrało się. Ale przyszło mi do głowy, żeby jeszcze jedną parę pantofli kupić, bo akurat spojrzałem na te, które mam na nogach, i zobaczyłem, że puszczają w szwach. Wstąpiło się do innego sklepu. Nic nie pasowało. Powiedziałem

- Trzeba było kupić w tamtym drugą parę takich samych.

- Nie - Mama się skrzywiła, a ja sobie przypomniałem

- A, zdaje się, to była ostatnia para takich.

- Tak.

Wstąpiliśmy do zaprzyjaźnionej z Mamą od dwudziestu pięciu lat pani K., do jej sklepu z farbami. Pan K. pracuje w przedsiębiorstwie samochodowym. Pani K. od ósmej do piątej uwija się w sklepie. Musi napalić codziennie rano w sklepowym piecyku. O trzeciej wylatuje naprzeciwko do domu robić sobie i mężowi obiad. Mają dwie córki w Warszawie, pomagają im, kupili im mieszkania. Siadam na kanapce pod blokami "tonu"53 do ścian, naprzeciw przegródki z proszkami w kolorach i paki z napisem "Maluj sam".

- Ciągle ktoś u pani jest

- No tak, jakoś wciąż się przewijają.

Szuflą trzeba sypać farby. Temu, tamtej odkroić z ciężkiej beli kawał linoleum. Ciągle coś. A jeszcze i humor, i gadanka. Powiedziałem Mamie

- Doceń, jesteś wolna.

- Jestem wolna.

Mama ma rentę po panu Antonim. Dorabia kwiatami. Ma uskładane pieniądze swoje. Po Antonim te pieniądze, które on uskładał z myślą o niej. Ma na własność domek i ogródek. Opowiadała mi wieczorem o przykrości państwa K.

- Czy wiesz, ta jego siostra ich wciąż skarży.

- Skarży? Ta Krysia, co u nich mieszkała tyle lat?

- Tak, ta prawniczka, napuszcza na nich ojca.

- O co?

- Ileś lat temu, ze dwadzieścia pięć, kiedy oni się pobierali, ojciec K. przyszedł do syna, do pana K., dał mu coś tam w węzełku, jakieś pieniądze. "Masz, synu", powiedział, nikogo przy tym nie było. Teraz ci rodzice K. zgłupieli. Matka ma chyba sklerozę, ojciec pije. Mają domy, kilka, samochód. Mają pieniądze, bo żeby byli biedni. To ta Krysia, córka tego ojca K., siostra pana K., wniosła do sądu skargę w imieniu ojca, że syn mu nie chce oddać tych pieniędzy.

- Tych z węzełka?

- Tych.

- Po tylu latach? Przedawnione.

- Przedawnione, bez świadków. Nie ma w ogóle podstaw do zaskarżenia.

- Syn ojcu po dobroci. K. powiedział "Nie oddam, bo nie mam". Żeby ojciec był biedny, ale ma dom. Krysia, ta siostra, napuściła ciotkę. Ale ciotka zeznała prawdę. I że K. są dobrzy, uczciwi. Znani z tego. Milicja pytała osobno starego K., czy dawał pieniądze synowi przy świadkach. Powiedział, że bez świadków. I już kręcenie, bo ona mówiła inaczej. Ciotce się odgrażała. Nic nie wyszło z oskarżenia, wniosła drugie.

- I przyjęli? A, bo ona prawniczka, to tylko dlatego.

- I ma gadane. Mówi, że widziała, jak córka K. miała pełną torbę pomarańczy, żeby choć jedną dała dziadkowi. Dziadek nie mieszka zresztą w Garwolinie. Ale jakim ona tonem.

- Trajluska?

- Jeszcze jaka. A ona chce, żeby ojciec miał jeszcze więcej pieniędzy, żeby ona od niego wyciągała, bo potrzebuje na lokale, na picie, na amantów. Bo one we dwie z taką Benią mieszkają razem.

- Pamiętam tą Benię, byliśmy z Le. wtedy tu, wywoływało się duchy, nic z tego nie wyszło. One czekały na flirt po ciemku.

- Oj, to ty lepiej ode mnie pamiętasz. One we dwie, no, już mają po czterdzieści jeden, to teraz one muszą płacić. To kosztuje.

- A ile zarabiają?

- Po kilka tysięcy, dużo

- No to jak?

- Ale lokal, to drogo, może kosztować i tysiąc złotych wieczór.

- A

Mama do pani K. w sklepie, że mi to opowiedziała. Pani K. zza lady

- No niech pan powie, traktowałam ją jak córkę, tyle lat mieszkała u nas, chwaliła sobie, "Ach, Marychna", całowała mnie, "tak mi u ciebie dobrze". I po dwudziestu pięciu latach okazała się... No niechbym ja tak teraz po dwudziestu pięciu latach wobec pana Mamy, bo akurat taka sama różnica wieku, niechbym okazała się świnią... Najlepiej powiedział na to wszystko kioskarz: "W każdej rodzinie jest kobra".

12 grudnia [1975] w Garwolinie, wieczorem

Mama

- Przyjeżdżają do mnie. Coraz któraś przyjedzie. Była Sabina54 i Olemka55, ta spała tu, ta tam.

- Jednocześnie? I jak one ze sobą?

- Przy obiedzie żartowały.

- No tak, tyle lat, Olemka pewnie dawno przeszła nad tym do porządku, Sabina może gorsza.

- Właśnie nie. Sabina dobrze, a Olemka do mnie na boku "Nie lubię jej, to jędza", ja do niej "Co ty?", "Oj, one mi dały szkołę".

- To i ta święta Nanka56?

- Bo to jak tyś się urodził, pojechałam z tobą pod Warkę z Nanką, przyjechała Sabina. Babka Frania57, jak usłyszała, to przysłała Olemkę. "Jak tamta, to i ta".

- No, ona tak, bo to święta osoba.

- Ona zapatrzona w Olemkę. Mówiła do niej "Moja królewna". To młode było wszystko.

- Po ile miały? Olemka z osiemnaście?

- Sabina ze dwadzieścia

- Dziewczynki

- Dziewczyny. Przyjechał Sabiny narzeczony. Nocowali wszyscy w stodole. Olemka się tam z nim turlała po sianie. Sabina na to "Rozpływa się jak stare masło na patelni". Potem rozeszło się o gotowanie. Ja mówię "Raz ja gotuję, raz Sabina". Sabina na to "I raz ona". Ja mówię "Ona nie".

- Olemka?

- Olemka. "Ona nie". Bo ona jedna, a Sabina z narzeczonym. Ale nie odzywały się do siebie.

- Były ze sobą po imieniu? Przedtem?

- A już nie pamiętam. Mówię teraz Olemce "Zapomnij o tym, tyle lat". A Olemka "Trudno mi zapomnieć". "Ona niby", mówię, "myślała, żeś ty jej chciała odbić narzeczonego". "Gdzie mi tam w głowie było odbijać". No, była trochę taka

- Kokietka

- Tak. Trzeba przyznać: ładniejsza od Sabiny.

- Mówiłaś, że jak była mała, jadła w lustrze.

- O tak siedziała - mama podchodzi do lusterka na kredensie, wygina paluszki.

- Ale potem przecież się widywały, siadały przy stole, tańczyły w jednym pokoju.

- O tak.

- Bo pamiętam. Mąż Olemki poprosił Sabinę do tańca, ona poszła z nim tańczyć. Chociaż niby cham, ćwok. Akurat nastawiliście wtedy gramofon. Szło shimmy

- No, towarzysko one owszem.

- I jednak uprzedzenia zostały. No, Olemka pobudzała baby do obmowy. Ona wywoływała to. Chcąc nie chcąc. Taka już była. No i trzeba pamiętać, że była uwrażliwiona. Córka dozorczyni i praczki.

- Ale ta dozorczyni i praczka okręcała się dokoła, kiedy była młodsza, i mówiła "Jestem szlachcianka".

- Babka Frania?

- Tak. Jej i mojego ojca rodzice mieli majątek. Olemka miała jeszcze i pretensje do Sabiny i Nanki o nazywanie jej Limpcią.

- No, ona Olimpia.

- Woli teraz być u mnie niż u swojej koleżanki Biernackiej.

- A to ta, która romansowała z jej mężem?

- Siostra tej. Mąż Olemki by do niej nie wrócił, gdyby nie zginął. Wróciłby do tamtej.

- Aha, to aż tak było. Ja raz poszedłem na Bielańską w okupację. Nocować u nich, bo mnie wtedy Michał58 przegnał. Była ta Biernacka, bo zjechała z walizami. Babcia Frania słała łóżka rzędem. Polowe, różne.

- Oni tak spali. On w środku, one po bokach.

- I Limpcia tak się godziła?

- Chciała być też blisko.

- Tam spał i brat Limpcioka. No tak, Limpcia i Limpciok. Tak żeście ich nazywali. Wy sami, już zapomniałaś.

Mama nic na to. Chciałaby zapomnieć. Mówi

- Ona i o to jeszcze wrażliwa, że wyszła za chama.

- No tak, racja.

- A Sabinie też dostał się cham

- Oj, właśnie.

- Tyle że delikatny. Jak do niej przyszedł na Leszno59 jeden z Grzegorzewic60, chciał się żenić, to ona co? "Co? Co? Za chama nigdy nie wyjdę!". Ona była osa.

- Los ją upokorzył.

- Upokorzył.

- Odpłaciła dobrze.

- Z nawiązką.

- Bo to i Czesława61 jak doglądała rok czy więcej, do śmierci. A on jej wymyślał, że kogo obok niego położyła, troiło mu się, rzucał w nią, czym popadło. Potem Nanka, Nanka jak kloc. I tego Michała pijaka. Ta rozgrywa z Michałem. Taka nienawiść. A po latach ona jego opiekunka, a on jej ufa, czeka na nią, daje jej dwadzieścia tysięcy.

- Jak to nigdy nie wiadomo, co człowieka czeka, lata mogą pokazać różne rzeczy, tak powywracać.

Sabina opowiada mi raz, że kiedy Czesław był w agonii, zaszedł jego brat i zaczął Sabinie coś wymawiać, jakieś mydło, że mu ukradła

- a ten to usłyszał, ocknął się i tamtemu nawymyślał, tamten mu przerwał konanie.

w poniedziałek, 15 grudnia 1975

Idą śpiewy. Leszek

- Przemek, Teresa62 i Ludwik nie lubili tych gregoriańskich śpiewów

- Teresa. Ale Przemek lubił.

- Jak! Ja puszczam, a oni: "Co, kościół robisz z mieszkania?". Tą średniowieczną płytę to musiał wziąć Przemek albo Tadek. Ten albo ten. Nikt inny. Oni przychodzili ze swoimi płytami. Misiek mnie uczył, że tak się kradnie. Przychodzi się do kogoś z książkami pod pachą, z płytami. Potem można się tłumaczyć, że zaplątało się. W razie wpadki.

- Ani jeden, ani drugi nie wziął, bo mnie zostawiali samego u siebie.

Le. o młodych

- Z nich już nic nie będzie nadzwyczajnego.

- Agnieszka miała pisywać recenzje - mówię - ale nie ma czasu, bo ona musi się namyślać.

- Po co ma pisać? Miała być nauczycielką. I jest.

- Sam mówiłeś, że Agnieszka ma dużą inteligencję.

- E tam. A Tadek nie zna współczesności. Ma umysł nieanalityczny. Dla mnie oni nic nie zrobili.

- Dla mnie dużo. Przepisują.

- To tyle. Ta cała przyjaźń to ze snobizmu.

- Ee

- Tylko snobizm.

- Nie opłacałby się pięć lat.

wtorek, 16 grudnia [1975]

Okazuje się, że mój ojciec kiedyś mówił do Berbery, że ja byłem prymusem w szkole, piątki od góry do dołu. Strasznie się z tego uśmiałem, bo zupełnie nieprawda. Bywałem złym uczniem. Siedziałem po dwa lata w jednej klasie.

Justyna63 podobna w tym do mojego ojca. Przyszli do Eskich64 goście. Przyjechali z zagranicy samolotem. Justyna zaraz do Tadzia, żeby on o swoim samolocie z Hiszpanii, i coś hiszpańskiego złapała i zaraz pokazała. Ma trzy lata. Przyszła Anula. Był u nich w Aninie Marek K. Ten, który kiedyś romansował z Agnieszką, a potem chciał Malinę (przy okazji Malina wyjaśniła, że nawet całus ich nie łączył. "Tłumaczyłam Markowi K., że Agnieszka ładna, żeby jej nie rzucał, a on za mną jeździł do rodzinnego domu, kompromitował się"). Więc Marek K. siedział w Aninie, dzień, noc i dzień. I gadali we troje. On, Anula, Agnieszka.

Tadzio o tym do nas. Malina

- Och, żeby Agnieszka znów nie uległa

- Nie, poznała go już, to dawno.

- No, nie wiadomo. Kobiety potrafią takie rzeczy.

Z tymi, którzy przybyli samolotem, przyszła córeczka w wieku Justynki. Gruba, silna. Podarła Justynce Koziołka Matołka, oderwała od czegoś dzwonek. Justynka cierpliwie to zniosła. Powiedziała tylko

- To niech ten dzwonek lepiej tu leży.

Tadzio orzekł, że to Zdzisław65, jej dziadek. Ta sama cwana cierpliwość. Przy zamieszaniu z tymi gośćmi wyleciał kot. Nie ma go dotąd.

Anula chciała opowiadać, ale zrezygnowała z przeczekania tamtych.

Parę dni wcześniej Anula wpadła w ferwor opowiadania o sobie, o swoim małżeństwie. Trwało to ileś godzin. Siedziały obie z Agnieszką. Anula skakała, pokazywała ruchami, na oczach chudła podobno. Tadzio nie wiedział, do czego to prowadzi

- Chyba się rozleci.

Ania dostała mdłości.

- A jak poszły w nocy, to jeszcze nam zostało trochę sił na omówienie, Ania mnie pyta "Słuchaj, a może ta Anula zwariowała?"

- Ale o czym oni tak z Markiem K.?

- Nie wiesz? Anula o swoim małżeństwie nieudanym, a Marek K. o swoim.

On tylko to.

Berbera o Matei mówi, że była to za jej czasów młoda liberalna zakonnica-polonistka. Potem, w późniejszych latach podnosiła głos, waliła linijką w stół. Ale nic dziwnego. Skoro dziewuchy przewlekały sznurek w poprzek korytarza, żeby zakonnice się przewracały. Tadzio twierdzi, że to Malina z Agnieszką. Tak zrozumiał. Matea była przez ileś lat dyrektorką.

- To ciekawa osobowość - mówi Berbera.

Matea zapakowała nam paczkę w gazetkę z siódmym zjazdem partii. Kiedyśmy wyjeżdżali od niej i od zakonnic z ich szkołą w Wałbrzychu po moich wieczorach autorskich. Z Agnieszką i Tadziem. Okazało się to na dworcu w Warszawie. Ta gazetka. Przy rozpakowywaniu płyt. Bośmy kupili płyty we Wrocławiu. Tadzio zawołał

- Dowcip Matei

Gazetka była na grubym, dobrym papierze.

Podobno na Siódmym Zjeździe66 Breżniew siedział w czwartym rzędzie, blisko naszego Gierka. Witał się z różnymi, całował, rozmawiał bardzo głośno.

Na zakończenie, kiedy zaczęli śpiewać Międzynarodówkę, wyszedł pijany, przed tłum czy na podium, i zaczął salą dyrygować. Fotoreporterzy zagraniczni trzaskali zdjęcia. Nasi zgłupieli. Breżniew zwrócił się do naszego Gierka i tak jakby nim dyrygował. Chwiał się w ruchach na boki, choć było wiadomo, że się nie przewróci.

18 grudnia [1975], czwartek

Wyspany poleciałem rano na Saską ze skierowaniem do kardiologa. Rejestratorka w okienku pyta

- Ma pan wszystkie badania?

- Wszystkie? EKG.

- To jeszcze trzeba... Pan pierwszy raz?

- Pierwszy.

- To ja pana pouczę. Trzeba opad, morfologię, mocz, rentgen klatki piersiowej.

- Aha, to aż tyle?

- Inaczej pana nie przyjmie.

- A to muszę znów iść po skierowanie na Ateńską?

- Tak.

Pojechałem do Śródmieścia. Wchodziłem na swoje dawne schody z ulgą, bo usłyszałem śpiewy kobiet. Zacząłem pukać z werwą, a tu śpiewy cichną i nic. Pukam znów. Nic. To co? Le. udaje, że nie poznaje? Czy kogoś ma?

No nic.

Jadę zły na Saską Kępę. A jest mróz. Zapomniałem, jakie dokładnie badania mam zrobić. OB, morfologia, zdjęcie klatki piersiowej i coś jeszcze. Wstępuję na Saską. Po to. Sprawdzam

- Mocz.

Aha. Mocz czwarty. Muszę wiedzieć dokładnie, bo lekarka wewnętrzna, Wilenka67 z Ateńskiej, może zapomnieć, muszę jej pilnować, ona stara i powolna.

Jadę na Ateńską. Po drodze widzę banany. Jedyne w Warszawie na razie. Kupuję. Na Ateńskiej wyciągam kartę z rejestracji. Niosę zakupy do domu. Oddzielam dwa banany, wsadzam do kieszeni na prezent. Właściwie to wszystko jedno, czy czekać w domu, czy w poczekalni. Dochodzi dwunasta, od pierwszej przyjmuje moja Wilenka. Lecę na Ateńską. Pusto w poczekalni. Rozsiadam się, rozkładam na krześle palto, czytam. Z czasem przybywa ludzi. Przybywa i Wilenka w futrzanej czapie, z torbami. Mówię jej, o co chodzi.

- Byłem tu u pani doktor trzy dni temu, dostałem skierowanie na elektrokardiogram i do kardiologa, elektrokardiogram zrobiłem, ale do kardiologa trzeba iść z wynikami OB, morfologii, moczu i ze zdjęciem klatki piersiowej.

- Idiota! - zezłościła się Wilenka - nigdy tego nie było. Zaraz panu dam te skierowania. To idiota, to jakiś narkoman. Badanie moczu do serca!

- No, powiedziały, że inaczej nie zapiszą.

- Rejestracja musi pokazać swoją ważność.

- No, trudno z nimi walczyć. A poza tym, na wizytę kardiologa i tak trzeba czekać tydzień, dwa.

- A jak kto ciężko chory?

- To zdąży umrzeć. Teraz wszystko tak. Na zgubę społeczeństwa. Panienki chodzą w minispódniczkach, potem dostają zapalenia miedniczek nerkowych. Powiedzieć im: chustka na głowę, biorą i na ulicy chowają do torebki. Sprzątaczka nie zacznie pracy, póki nie napije się mocnej kawy. Szatan rządzi światem. Kiedy byłam mała, mówili, że szatan będzie rządził światem, dopóki się go nie skuje w łańcuchy. Teraz już go się nie zdąży skuć.

Nasiusiałem do buteleczki i poszedłem na Saską. Ale one kazały przyjść z tym i na OB, i na morfologię krwi rano na czczo.

- A zdjęcie płuc?

- Grochowska 339.

Pojechałem autobusem i tramwajem. Wypatrywałem z tramwaju numeru. Znalazłem. Wysiadłem. Tablica z napisem "Radio". Myślałem, że nagrania. Ale to jednak chodziło o radiologiczne. Więc tu. Ogon do rejestracji. Spytała

- Pan jeszcze pracuje?

- Piszę w domu.

Co, u licha, biorą mnie za takiego starego? Chyba to ogolenie głowy!

Prześwietlenie poszło szybko. Na Grochowskiej tłum. Milicja. Trup pod płachtą. Wystają ręce z palta, czarnawe jak u kreta. Trup leży, a tłum stoi wzdłuż rynsztoka i patrzy.

Wsiadłem w autobus na MDM. Zawiozłem dwa banany Malinie. Spotkałem ją w windzie.

- O, masz - wyjąłem banany - pociemniały mi w kieszeni.

- To nic, ja bardzo lubię takie nadgniłe.

W autobusie spytała mnie jedna w chustce

- Pan nie wie, czy ten autobus jedzie od Targowej?

- Tak gdzieś zza Radzymińskiej.

- To wystarczy.

Za chwilę, a było to na moście Łazienkowskim, słońce zachodziło.

- A pan nie wie, gdzie tu przesiąść się na Sadybę? Tu, teraz?

- Tak, pod mostem powinien być przystanek.

- Dziękuję, rzadko jeździ człowiek.

- Teraz trudno pamiętać. Tyle numerów. Zmieniają przystanki, przestawiają.

- Ale dzień krótki.

- Teraz dni najkrótsze.

- Tu wysiąść?

- Tak, powinien być przystanek pod wiaduktem.

- Dziękuję.

W sklepie na Chamowie wlazłem za zagrodę bez koszyka, zapomniałem, włożyłem cztery puszki z sokami do swojej torby. Przed kasą wyjmuję, mówię

- Przepraszam, zapomniałem wziąć koszyk

- To się zapomina - przytakuje mi kobieta sprzede mnie. Kasjerka podlicza mi bez wymówek, zresztą znam ją jako łagodną. Zbieram się nie tak prędko, bo tu torba, tu portfel, tu rękawiczki. Mur. Kobieta starsza za mną

- Niech pan się pośpieszy, przepraszam - stawia swoje, pcha - bo pan tak wszedł przed nos.

Ja do niej spokojnie

- Trudno, proszę pani, żebym stanął za dupą.

Wiedziałem, że zabraknie jej argumentu, i odszedłem. Jako że czasem potrzeba i takich rozgrywek.

Posiedziałem u Jadwigi, zjadłem barszcz i po pańsku przyrządzone kawałeczki mięsa przez panią Annę. Prędko na kroki Dziadka połknąłem ostatki i patelnię wpakowałem w zlew.

Jadwidze zachciało się wyjść

- Teraz?

- Tak - odpowiedziała ze swojej kanapy - do Olgierda by można.

- No to chodźmy.

Olgierd w szlafroku, kończył przeziębienie. Gosia ugościła nas w kuchni. Tam najcieplej, najmilej. Przyszła ich mała Ludmiłka68, nazwana tak na cześć Ludmiły. Przyszedł i Olgierd. Wynikły, jak zwykle, tematy historyczne, polityczne.

- Wiecie co? - Olgierd mówi - ta Polska to okazuje się najbardziej monarchistycznym państwem na świecie.

- Chyba wiem, o co ci chodzi - bo była przedtem mowa o mieszczanach toruńskich, o związku hanzeatyckim.

- Tak, pewnie wiesz...

- Że gdzie indziej król był symbolem władzy, ucisku, a tu postępu. Bo niby był sam ograniczony przez możnych panów.

- O właśnie. Ruch mieszczan krakowskich za Łokietka. Ja się uczyłem w Rosji, że takie ruchy mieszczan, chłopów były zawsze postępowe, przeciwfeudalne. A tu okazały się antypolskie, wsteczne.

- Bo to niemieccy mieszczanie - na to Małgosia.

- Typowa odpowiedź. A oni po prostu byli mieszczanami. To, że Niemcami? To co? Oni nie chcieli należeć do żadnych Niemiec czy Austrii, tylko chcieli po prostu wywalczyć sobie niezależność.

- W tej Polsce, w tym ustroju w ogóle godzą się najróżniejsze rzeczy sprzeczne.

- Tak tak.

- Najzupełniej.

- Takie, które w ogóle się wydawały nie do pogodzenia.

Potem przepowiadaliśmy sobie powstania, odległości czasowe. Olgierd doszedł do wniosku, że

- Trzydzieści lat minęło i spokój. Popatrzcie.

- No - mówię - u Słowackiego jest "Bo u nas w Polsce to co lat trzydzieści albo piętnaście". A tu minęło, odpukać, i nie zanosi się.

- Nigdy jeszcze tyle czasu spokoju nie było w tej Polsce - uśmiecha się Olgierd - bo wiecie, kto wie, czy to nie dzięki właśnie temu ustrojowi. Może to jest jedyny ustrój, który daje spokój.

- Chyba tak.

Olgierd zrobił ćwierć uśmiech, ćwierć skrzywienie.

- Bo to żadnych wybitnych jednostek, same miernoty.

- Tak tak.

- I oni nie chcą zrywu - śmieje się Jadwiga.

- Oni po prostu by nie potrafili.

- Tak że nie ma co tak narzekać.

- Właśnie.

Przy wyjściu mówimy z Jadwigą

- No, to życzmy sobie dobrego ustroju. Olgierd doszedł do poręczy.

- Tyle że można w tym ustroju zgłupieć.

- A, to trzeba się nie dać.

Wydrukowali mój kawałek Powodzeń69. Użyłem tam brzydkich słów, jako przytoczenia z ulicy. Sprawdziłem. Wszystko jest bez wykropkowań. Aż mnie samego to zraziło. No, trudno. Nieraz zapisuję coś wbrew sobie, skoro trzeba dać świadectwo. Przypomniał mi się pewien powrót z Otwocka. Wieczór, wsiadam do wagonu. Ciemno, pusto. Dwa młode cwaniaki wsiadają, lecą do okna, patrzą do drugiego wagonu, do dalszych, na przestrzał, znów do okien. Komentują.

- Co podpierdoliłeś? - i szepty.

- O, spierdalajmy, tam!

- Nie, popatrz. - Patrzę i ja na grupkę na ulicy. - Rozpierdolą ich. - Znów patrzę, idzie z latarką milicjant. - Żeby nas nie przypierdolił.

Przechodzi, pociąg rusza.

- Nie!

Wagon podskoczył.

- Jeszcze się wypierdoli!

Ciotka Limpcia, czyli Olemka, jeździ z Nowego Miasta na ulicę Wolumen po mięso, czyli aż pod Młociny. To ten bazar, co Le. w niedziele jeździ70. Na co dzień to zwykłe stragany.

- A po co ona aż tam? Słaba na nogi.

- A bo tam dostaje, co chce. I ma taki dobry autobus.

- I samej sobie tak gotuje? Wdowa?

- U niej przemieszkuje kuzynka studentka, córka Z. Dają Olemce na nią tysiąc złotych miesięcznie.

- I opłaca się jej?

- No, opłaca.

- Ma rentę po mężu i chyba sama też coś.

- Widocznie tak lepiej.

- Nie ciasno?

- Ona jej proponowała spać razem, ale dziewucha powiedziała "U nas śpimy osobno, ja sobie, ciociu, w kuchni wyszykuję".

- A, no to i tak. Nanka też zawsze miała sublokatorki.

- I nie przeszkadzało.

- Nie.

- Zenon też do tego cierpliwy.

Niby mój ojciec, a pierwszy mąż Mamy.

Ta kuzynka jest córką takiej mojej rówieśniczki z... no... co to nieraz się spotykaliśmy na imieninach jako dzieci. Podobno tamta raz chciała coś nieskromnego, inaczej nie będzie się bawiła. Jej kuzyn poskarżył się swojej matce... Jako młodszy... Tak mi mówił wtedy zgorszony co nieco. Zdziwiłem się bardzo, bo od początku lubił nieprzyzwoitości. Natura ludzka jest od żłobka niezbadana.

dwudziestego grudnia [1975], sobota

Roman chciał mi podarować jakąś starą jasną marynarkę

- Do chodzenia po domu, bardzo porządna.

- Nie, ja nie chodzę po domu w marynarce.

- Ano tak.

- A jak chcę wyjść na schody, wyjrzeć oknem, to mam taką przytulną kurtkę z futrzanym kołnierzem. Dał mi jeden, powiedział, że może się przyda. Ja wziąłem z łaski, bo nie wierzyłem. Ale się przydaje jak rzadko co.

Jot też mi podarował. Jesionkę. Chodzę w niej.

Dopiero dziś nagle sobie uświadomiłem upominkową sprawę między Jadwigą a jej starym zaprzyjaźnionym niewidomym. On jej dał na imieniny obrazek z Zamkiem warszawskim. Zamek nie malowany, a ze słomy na płask, tło ciemne - w ramkach. Jadwiga powiedziała mi, że

- Dałam panu Julianowi, akurat coś dla niego. Wiesz, ten S.71 - co podarował - ma niewyrobiony gust.

Przecież to ślepy ślepej dawał. I między ślepymi intryga dobrego smaku naocznego. Wiem, że oboje kiedyś widzieli, dawno. A jednak na niewidzianego o czymś, co nadaje się tylko do widzenia. Po co ślepy ślepej daje akurat obrazek? Wpadłem na to po dwóch miesiącach dopiero. Oni na to nie wpadli może nawet i do dziś.

dwudziestego trzeciego grudnia [1975], wtorek

Agnieszka mi mówiła kiedyś, że boję się, żeby kto z czym nie wyskoczył, łagodzę, a to nie zawsze się da, prawdy się nie przykryje. Tymczasem Agnieszka sama coś ma z tego. Mnie chce z powrotem sprząc z Sandauerem72 i do niego zachwala moje wiersze, licząc się z tym, że nawet pomaga tu może i działanie na niego warkoczem blond. A do mnie ładzi, miękczy zadrowatości Sandauera. Które wychodzą zupełnie na wierzch od razu przy każdym spotkaniu z nim.

Kiedy Anula, zła i obrażona o trzysta złotych za udział w radiowej rozmowie i o puszczenie w ruch wieści o odwiedzinach nocnych Piotrusia i że go nie chciała, zawiesiła na mojej klamce kopertę z listem i trzystu złotymi, i worek z kryminałami, które jej zawiozłem, od razu odczułem, co trzeba. I co Anula potem potwierdziła. A zanim się z nią widziałem, mówię do Agnieszki

- Powiedz Anuli, że jak nie jest zła na mnie, to niech we wtorek tu będzie.

- Ach, nie, ona na pewno nie zła, tylko...

- To nic, powiedz jej to.

- Mam tak dosłownie powtórzyć?

- Dosłownie.

Przedtem mówiła tak, kiedy pytaliśmy o to, czy Anula kończy pracę magisterską.

- Na razie wzięła się za co innego, była w złym stanie, więc dobrze. Zapisuje.

- Co zapisuje?

- Ona nie może sobie dać rady ze sobą, dopóki nie spisze tego, co ją gnębi, tych wszystkich problemów

- Aha... Tak?

Z czasem dorozumieliśmy się, że chodzi po prostu o pisanie. Bo o co? Przecież Anula nie stawia sobie na piśmie diagnozy w kółko. Chodzi o pisanie dziennika.

Nazywanie nie po imieniu. To już znałem.

Agnieszka o sobie mówiła "Gust ten właśnie wielki miałam, żeby nie pisać".

Chciała ochronić Anulę, ale jednocześnie coś o jej pisaniu powiedzieć.

Roman o Adzie. Kiedy on mówił o brulionie Ady albo ja coś tam zobaczyłem i pytałem

- Co to?

To on

- To notatki Ady. Osobiste. Myślałem, że listy, dziennik.

A to się okazało, bo przecież nie wytrzymali z niepokazywaniem, że to wiersze. Abstrakcyjne, ogólnikowe. Nic w nich nie trąciło osobistością.

Roman mi jednak potem to wytłumaczył. To, że ja muszę czytać.

- No, trudno, to ten podatek, który musisz płacić za swoją firmę.

Będąc u Romana i Ady, boję się zwracać uwagę na rzeźby, obrazy i ozdobne przedmioty Ady, bo zaraz to grozi daniem mi czegoś. Albo przy wyjściu, przeważnie rano, albo przez Romana, który coś niespodziewanie przywozi do mnie. Ja mu mówię, że nie mam miejsca, że nic nie wieszam. On to rozumie. Do Ady za to wiele spraw nie dociera.

[24 grudnia 1975, środa]

Wyjrzałem oknem: siódma, ciemne rano, mokro.

W czerni. Na trzech planach, ale na jednej linii pionu spojrzenia z góry idą trzy postacie. Wyglądają jak swoje własne odbicia. Ja wiem, że im nieromantycznie. Idą do pracy.

Spałem długo, aż do oporu. W pewnym momencie zaczęły się komplikacje i niepewności. Coraz większe. To był znak, żeby przestać spać. A ja spałem.

Przyśniło mi się, że z dwojgiem swoich, z dwiema może - może to w końcu Mama i ciotka Sabina - przyjeżdżamy do dworu, majątku. Ja przygotowany na czytanie. Nawet paliłem się do przeczytania na głos swojej rozprawy filozoficznej, a tu okazuje się - rozmowa nijaka, głupawe konkrety, nikt się na sztuce nie zna. Roztasowujemy się jakoś. Spaceruję dokoła dworku, domku. Na tyle domku okna. W jednym z nich ten główny, co mnie zawiódł, ja obchodzę okna półkolem, odpowiadam coś, ale linia mojego obejścia w pewnej chwili traci już kontakt rozmowy. Miałbym chęć - mimo wszystko - gadać dalej, ale idę dalej. Niewart tego, żeby wrócić.

Okazuje się raz-dwa, że to Mama i Sabina. Ze mną. Że już jest rano, po przespanej nocy. Tu. W Warszawie jednak. Chyba na Chłodnej. Pogoda. Chyba lato.

Co najgorsze - jest powstanie, początek. Już popłoch, nie usiedzą na miejscu. Obydwie w paltach, beretach, z przewieszonymi torbami. Sabina ma się przekraść przez Aleje. Jest bodajże łączniczką. Ja nie zostanę tu sam. Mama wygłasza raptem

- Tam by walczyć, w Alejach Jerozolimskich... Z tamtymi!

- Z tamtymi? - Dziwię się, a wiem już, że jej chodzi o burżujów. - To pora na to teraz?

- Ano właśnie - Mama w pewnej desperacji - idę na front, przyłączam się do ruchu ludowego.

- Ona powinna podyskutować o tym nie ze mną, a z Eskim.

- Tak - przyświadczają obie.

- Będę walczyła o zrównanie!

- Ja tam - wybucham - nie będę walczył o zrównanie! O zgównianie!

Jednak wychodzimy razem. W końcu mówię do Mamy

- Pójdę przez ten front z tobą, ale nie będę tam nic działał. Chyba że drobne funkcje.

- My mamy trudniej niż Sabina, trzeba przejść dwa razy.

- Ona też dwa. Tam i z powrotem. Mógłbym co prawda - mówię - sam chodzić po Warszawie, tułać się po domach, bardzo to lubię, ale już postanowiłem z tobą.

Szybko jesteśmy w Alejach Jerozolimskich. Słońce. Południe. Tyle ludzi. Z Brackiej, bo Bracka położona wyżej, przez długą lukę między gęstymi domami widać rojącą się ogromną grupę ludzi. Prowadzą ich w szyku. Tu? Zagrożeni? Przecież niebezpiecznie tak. Wykręcają w Aleje. To żołnierze. Całkiem umundurowani. W płaszczach zimowych. Ustawiają ich czwórkami. Frontem do nas. Karabiny do przodu i na sztorc. Nie, nie do nas. Na niebieskim niebie samoloty. Najnowocześniejsze, nieprzyjacielskie. W jednej chwili wiem, że Warszawa nie ma żadnej rady na nich. Upał coraz większy. Tłum narasta. Chcę do Marszałkowskiej. Okazuje się, że od Brackiej, Kruczej do Marszałkowskiej stoi, posuwa się czasem i znów staje kolumna cywilów. Przyłączamy się, próbujemy podejść bokiem. Można, ale czy wypada. Sabina gubi się. Mama idzie do przodu. Już jej nie widzę. Podlatuję. Stoi w jasnym płaszczu, z chlebakiem na końcu drugiej kolumny ludzi. Za mną chyba ktoś z młodych. Samoloty. Niemieckie. Więc, głupcy, naprawdę zaczęli? To może być długa wojna. Pikują nad Emilii Plater czy Chałubińskiego. Myślę sobie: Mogą teraz zwalić Agnieszki dom73. Ale ona nie wie jakby o tym. Nie słychać wybuchów. Ktoś się krzywi w przerażeniu. Gubię wszystkich, przeciskając się do rogu Marszałkowskiej. Przecież mogą zacząć rzucać w te tysiące ludzi, tu. Co za szaleństwo nieprzemyślenia? Nieporządku? Wiem, co to nagły atak. Tacy żołnierze też się rzucą do ucieczki. Silni. Będą tratować. Szybciej uciec stąd! Na rogu Marszałkowskiej dwaj pijacy. Zawadzili o siebie. Jeden myśli, że to ja. Ogląda się. Ja się usuwam. Zobaczył tamtego. Już się biją. Kłębią. Chcą się zwalić na mnie. Ja się odsuwam. Uciekam! Może skoczyć w tramwaj? Akurat przejeżdża. Nie, nie zdążę. Aha, to tramwaje chodzą? Zwariowali! Idę lewą stroną Alej. Chcę szybko. Ale nie mam siły. To do pierwszej lepszej bramy. Jest. Wchodzę. Z bramy wejście do kawiarni. Tam siedzą, piją kawę. Elegancko. W ogóle tyle marmurów, elegancji, zasobności. Tak gęsto domy.

Tyle ludzi narosło przez te trzydzieści lat. Lewa klatka schodowa bogata, u wejścia woźny, ktoś jeszcze. Trzeci schodzi. Zamieszanie, jak to w początkach. Wchodzę na prawe schody. Puste. W marmurach. Może się gdzie tu da pobyć? Poleżeć? Chyba nie bardzo. W tamto powstanie było więcej swojsko. Widzę, na którymś piętrze sala czy coś, krzesła, pusto. E, ukazuje się żołnierz. Więc to instytucja wojskowa. Lepiej z daleka! Schodzę. Myślę sobie

- Tyle ciasnoty? Do kogo tu iść, gdzie tu kto mieszka? - Trudno mi sobie przypomnieć.

- Wrócić tam? Do mieszkania Ireny na Chłodną74? - Nie mam kluczy. Schodzę schodami.

- Wybić drzwi? Nieładnie. Ale tam! Można. Tylko co? Będę rozwalać domy? Znajdę mieszkanie i zaraz się rozleci. Nie przyzwyczajać się. Ale tak też nie wytrzymam. Ile czasu będę mógł chodzić? Bo nie ma się gdzie zatrzymać, nie dadzą. Chodzić, szukać? Po to, żeby nagle z góry...

Tu obudzenie.

- Dosyć spania! Kara spadła.

Przypomniał mi się inny sen. Jest Baśka Owa75. Myślę sobie

- Dobrze, że ona żyje. Można zobaczyć się, gadać. Gada. Ona z jakimś. Bo przyszli. Trochę się dziwię, zaczyna mnie to męczyć. Myślę sobie dalej tak

- To nie taka ciekawa osoba. Okazuje się. Po tylu latach niewidzenia się. Nagle. Taka przyjaźń. Może by się dało z niej wyplątać?

Ten sen pokrzywdził Baśkę.

- Sny bywają żenujące - mówiła Ludmiła.

Czytałem dziś na Hożej Kirkut76. Potem kawał dziennika z tych dni. I to mi się wydało nie takie jak Kirkut. Ale to albo trzeba pisać rzadziej. W doskokach. Wtedy - stężenia. Albo prowadzić dziennik i wtedy idzie, jak idzie. Nie wiem, czy systemem zapisu kirkutowego dałoby się uratować dłuższy ciąg znikalności. Wątpię. Są pewne prawa czy prawidłowości. Zaczynają istnieć proszone-nieproszone, znane-nieznane, kiedy ich pora.

Osiemnastego sierpnia 1973 roku, po chodzeniu po kirkucie, na Piaskowej77 Ludwik powiedział mi, że miał zły sen. Działo się we śnie na Piaskowej. Nie pamiętam już teraz, o co chodziło dokładnie, nie wpisałem tego w opowiadanie przez ostrożność wobec Lu. Ale tam chodziło z grubsza o zapowiedź śmierci Lu.

Przed laty Lu. miał sen, że idzie z Ludmiłą i ze mną do Dworca Głównego - wtedy ten placyk nędzny przed budą78. Wieczór. Niebo jaśnieje, jaśnieje. Robi się ciepło. Wiadomo już co. On się ogląda na nas. Ja miałem na sobie jakąś marynarczynę. Wszystko zacznie się na nas palić. I my.

Kiedy już Ludmiła dostała pracownię, a wojny nie było, wbrew dziecinnym zabawom Ludmiły z klockami

- A tu na samej górze będę miała pracownię, ale wtedy wybuchnie wojna

Pracownia na Syreny79, duże okno, balkon, ósme piętro, widok na całą daleką Wolę, Jelonki, Babice, pola, jeszcze wtedy mało tam stało. Ludwik opowiada nam tam w niedzielny świt po gadanej nocy

- Śni mi się, że budzę się tu na ósmym piętrze, jestem sam, słyszę kap kap, takie ciurkanie, ciche... patrzę w okno, a tam woda, do poziomu ósmego piętra. Pomyślałem o Karolkowej80. Rozumiecie, nie było nawet co myśleć.

Na ileś miesięcy przed śmiercią matki81 Leszkowi śniło się, że leżała martwa pod papierem. Na trochę przed dowiedzeniem się o raku u siostry, Jadwigi82, śniła mu się siostra w ogrodzie, że układała go w trupa, przekładała.

Olgierd był ileś lat jako chłopiec w obozie pod Archangielskiem i na zesłaniu na Syberię.

Ojciec Leszka83 jako bardzo młody wracał piechotą z Irkucka podobno. W mojej rodzinie opowiadali o takim wuju, co boso wracał z wojny tureckiej.

Kolega ojca Le. jako student medycyny robił sekcję zwłok. Naruszył ścięgno.

Ręka trupa uderzyła go w nachyloną głowę. Od razu umarł ze strachu.

Powiedziałem do Agnieszki i Anuli

- Zajrzałem do okien Oluty84. Ale gdzie tam. Ciemno.

- Oj, Oluta - zawołały obie.

- Ona nie wróci z tej Ameryki? - pytam. - Może nie wróci.

- Nie od razu - mówi Anula.

- Przeczucie?

- Nie. To wiem. - Anula się zakręciła na błocie, bo to na ulicy. - Ale ona wróci.

- To po co mi mówiła, że na sześć tygodni. I to ostatniego dnia? Tak dla zamazania.

- No, to się tak mówi.

Agnieszka

- Żeby wrócić.

Na Olutę niektórzy mówią, że snobka. Że niemożliwa po przyjeździe z Ameryki. Że malarzowi T., którego na te lata osadziła w swojej pracowni, kazała się wyprowadzić. Chciał tam zostawić szafę, ona mu "nie, zabierz". Siedem lat tam malował. Mieszkanie swoje ma. A że się przyzwyczaił. No, trudno. Pracownię na Świerczewskiego dostała Oluta szybko dzięki temu, że przyznano pracownię Heniowi Stażewskiemu85, a on, nie chcąc się rozdzielać z Mewą86 i jej mężem Jasiem87, wolał zaczekać, aż mu przydzielą co innego, a to odstąpił Olucie.

Kiedy poznałem Olutę w 1954 roku, zaprosiła Winnickich88 i Jasia Lebensteina89 na czytanie moich wierszy, wtedy niedrukowanych jeszcze nigdzie. Miałem ją chęć zaprosić do aktorstwa w teatrze, kiedy wybuchnął. Żeby grała w Wyprawach krzyżowych, które świeżo napisałem. Ale ona przyszła na Wiwisekcję - program pierwszy, na palce i przedmioty - z krytyczką Joanną Guze90. Joannie Guze nie podobało się moje przedstawienie. Usłyszałem głośny szept

- Bez sensu.

Wkrótce wyszły.

Spotkałem Ficowskiego91. Ficowski do mnie

- Słuchaj, co ta Oluta mówi do mnie. "Powiedz Mironowi, żeby nie robił tego teatru dalej, to niedobre, on się skompromituje". Ja jej odpowiedziałem na to "Miron jest dorosły, wie, co robi". Ficowski był przychylny. Trzeciemu programowi ani późniejszym wierszom nie. Za to Oluta przychodziła do teatru.

Z Ameryki, do której pojechała na siedem lat, napisała kartkę, czy czegoś nie potrzebuję.

Do drugiego programu chciałem Irenę P.92 i rudą Hanię O.93, uczennicę Strzemińskiego94. Żeby grały moją krótką sztukę Deszcz. Obie umówiły się na próbę. Obie nie przyszły. Z Lechem Emfazym95 poszliśmy do Hani O. Nie było jej. Czekaliśmy pod domem. Długo i na próżno. Zezłościłem się. Powiedziałem do L. Emfazego

- Rezygnuję z bab i z Deszczu96. Chodźmy szybciej. Napiszę teraz w nocy nową krótką sztukę na nas dwóch.

Napisałem w nocy Lepy.

Kiedy z Ireną P. rozmawiałem o Deszczu, na drugi dzień dała mi propozycję, żeby mówić tę jej rolę głosem na przykład takim jak Eichlerówna97. Zdziwiłem się. Po jakimś czasie przyznała się, że Lew Kaltenbergh98 mój Deszcz przeczytał, powiedział, że wie, jak to robić, i do Ireny P.: "Będziesz w tym grała, o ile ja będę reżyserował".

Taki miał na nią wpływ.

Był bardzo ciekawym widzem teatralnym. Po Wiwisekcji pięknie improwizował w dyskusji. Ale jak go się poznało bliżej, to się powtarzał. Dużo pił.

Kiedy drugi program szedł już parę dni na zmianę z drugim programem Emfazego i pierwszym Bogusia Choińskiego99, z wzajemnymi udziałami aktorskimi, Bogusław poprztykał się o coś z Emfazym. Wychodziliśmy od Emfazego, czyli z Tarczyńskiej, po przedstawieniu: Bogusław z Rysią100, ja i Ludwik. Bogusław do mnie

- Słuchaj, jeżeli Emfazy nie zmieni swojego zdania, to jutro ja i Rysia nie przyjdziemy grać twojej Szarej mszy.

Po rozejściu się na ulicy z Choińskimi mówię do Ludwika

- Co robić? Być zależnym od łaski?

- Zagra Ludmiła z tobą.

- Ludmiła? Zdąży się nauczyć do jutra?

- Już idziemy do mnie i zaczynamy próbę.

Ludmiła od razu weszła na krzesło, narzuciła koc jako Muza w Szarej mszy i dukała rolę. Dukała, bo Lu. wymyślił jej inną koncepcję mówienia Muzy.

- Rysia to robi na ciepło, intymnie. Wolę tak na ty ty ty, zadrowato.

Zagrała na drugi dzień. Niektórzy byli zaszokowani. Z czasem się zachwycili. Po piętnastu latach Ludmiła przyznała się, że płakała wtedy całą noc.

- Taak?

- No, a coście myśleli.

Ja miałem robić sam scenografię do Wypraw krzyżowych. Zapewne przy pomocy Emfazego Stefańskiego. Ludwik po udziale zasadniczym w Wiwisekcji (jego był pomysł tej sztuki na palce i inscenizacja; ja ćwiczyłem palce godzinami w Garwolinie w lesie, potem reżyserowałem przed lustrem na Tarczyńskiej), więc Ludwik Hering znów nie chciał udziału w teatrze. Staszek Prószyński101, kompozytor, który pisał i muzykę do sztuk Stefańskiego, cały ten teatr odradzał. Mnie na boku tłumaczył, że Lecha Emfazego tyle to kosztuje energii. Wypadało mi zrezygnować. Lech Emfazy domyślił się powodu. Aż podskoczył. Ja natychmiast złamałem ostrożność. Staszek Prószyński, skoro zobaczył, że teatr idzie, zgodził się dorobić muzykę do sztuk Lecha Emfazego.

Ludwik zamyślił się

- Żal mi ciebie. Dobrze. Biorę tę scenografię.

Powstał pomysł robienia kostiumów z worków nakładanych dziurami przez głowę. Nakupiło się farb zjadliwych w kolorach. W nocy na Poznańskiej u mnie w zimnej połówce pokoju pod drewnianą ścianą przystąpiliśmy do farbowania worków w misce. Jedna płachta na granatowo, dla Muzy. Druga dla Świętej Ikony z Wypraw krzyżowych. Na twarz była taca, piękna, srebrna, miejscami przyrdzewiała. Niedawno Iwaszkiewicz, pozując Ludmile do portretu, podziwiał ją, że ma takie piękne rzeczy

- Ta taca.

Tę tacę siostra Lu. Lucyna przyniosła ze śmietnika

- Na coś wam się może przydać.

Na Poznańskiej wtedy w nocy wory źle się moczyły w małej misce. W pewnej chwili wyleciały mi z brzękiem pieniądze z kieszeni. Pukanie w drewnianą ścianę od sąsiadów. Ludwik zły, półgłosem

- Niech idą do ministerstwa!

Wreszcie postanowił moczyć worki pod kranem w ustępie na dole102. Musiała puścić apretura. Ubraliśmy się w czapy i rękawice, bo mróz. Pożyczyło się klucz i kran103 od dozorczyni. W ustępie ciemno. Kran wysoko, woda się rozpryskuje, na nas, wór wody nie łapie, prześlizguje się wszystko po apreturze. Ręce marzną. Przeklinamy to. Po trudach cierpliwości płótno zmiękło, naszło wodą. Na górze nowe kłopoty. Zjadliwe trucizny na miednicy, kiedy zanurzyło się w to wór, zostawiały szaroblade zakolorowania tylko. Ludwik podwoił, potroił dawkę. Mieszał w świetle żarówki

- Teraz może będzie.

Wyszło dobrze. Zawiesił na drągu czerwoną płachtę Ikony, a na oknie wór Muzy, z pręgą pośrodku nierówną, mocną, bledsze zagranatowienia po bokach.

- Idę do domu, już świta, niech ten dorsz tu ci się suszy. Zobaczymy, co wyniknie. Wynikło dobrze. Ludwik chciał tych bylejakości, nierówności, farfołów. Rozpruwał, jak się dało, dokładne pudło sceny. Podśmiewał się z pedanterii, świecących secesyjnością i graficznością kostiumów Lecha Emfazego. Za to kiedy w trzaskający mróz zziajani po męczeniach się dowieźli z Ludmiłą robione przez oboje inne kawałki scenografii, nowe przebiory na scenę, Boguś, Emfazy i Staszek P. z miejsca zaczęli dogryzać Ludwikowi i Ludmile. Na Dziewicę Arabską z tektury do Wypraw krzyżowych

- Brzydko namalowana

Staszek pokazał na drugą stronę tektury, jakaś mazaja, bo to używana tektura, z Akademii. Wolno mówił z palcem

- O, tamta strona o wiele ładniejsza.

Nie zawsze tak było. Dużo przyjemnych, pogodnych siedzeń tu i tu. Ale to były pierwsze porządne popsucia. Od tej pory coraz gorsze. Ludwik dążył do szybkiego wydzielenia całkowitego teatru naszego, znaczy, nas trojga; Lu., Lu. i ja. Tego samego wieczora, po wyjściu Ludwika, Staszka i Bogusia, mieliśmy robić, ja i Lech Emfazy, próbę moich Lepów. W ornatowo nakładanych przez łeb workach. Emfazy spojrzał na oba przebiory

- Ja nie nałożę na siebie takiego flejtuchowatego kostiumu.

- Czekaj, uprasuję.

- Nie wiem, no, chyba że...

Prasowałem kilka godzin.

- Włożysz?

- No, teraz tak.

Ludwik wspominał przedwojenną witrynę salonu na Świętokrzyskiej. Za witryną dama z dekoltem na ukos w rozmachach ramion grała Rachmaninowa. Dla Ludwika cały Rachmaninow to ten dekolt. Tak jak Beethoven

- To te portiery, podwiąchy, czajenia się do wybuchu.

Z tym, że Beethovena jednak miał za kogoś. Z tym wszystkim. Kiedy w "Hybrydach" na Mokotowskiej104 w wynajętej sali na trzeci program jeszcze z Emfazym, żeby go wyprowadzić z mieszkania i dopiero zostawić, na scenie ogólniejszej - kiedy na próbie sztuki Emfazego Staszek Prószyński grał swoją muzykę do śpiewu Emfazego, Ludwik orzekł, łamiąc po swojemu sylaby

- Rach-maninow

- Nie, to nie ten rodzaj - próbował ratować sytuację Emfazy. Ale Lu. głośniej do Prószyńskiego i do nas

- Rachmaninow, ten sam - tu nie pamiętam określenia: rozmach, dekolt, może załkanie...

Na plac Dąbrowskiego na Wyprawy krzyżowe, w których ja grałem rolę Emfazego, a Ludmiła moją, Emfazy przyszedł jako gość. Do mnie, kiedy nikogo już nie było, skwitował Lu. i Lu.

- To karierowicz i pacykara.

Jaś Lebenstein, o którego "figurach na osi"105 Ludwik mówił bodajże w oczy Jasiowi

- To manu-fa-ktu-ra, nie malarstwo.

Więc Jaś Lebenstein po latach przyjechał z Paryża, gruby, a był cienki, obrażony na Artura Nachta-Samborskiego106, u którego był asystentem kiedyś

- Artek mnie nie poprosił do pracowni, bo nie chce

- E, jemu do głowy nie przyszło, że ty chcesz

- Nie nie

Obruszony na mnie, bo na wieść o pokazaniu się Jasia nie wstałem z łóżka u Adama107 w Miedzeszynie, chociaż Jaś podesłał aż tam w śnieg i w noc mojego ojca.

Więc Jaś L. o Ludmile

- To malarstwo, które schodzi do grobu

Le. zaraz to im doniósł. Ludwik na to

- Mnie to bawi.

Choć na mnie z okazji teatru Lu. skarżył się do Jasia i Jasio znacząco, współczująco ściskał mu rękę na pożegnanie przy mnie. Le. śmiał się z Jasia Lebensteina, że wziął się kiedyś za Nepomucena na piecu, i co, takie brązy wyszły.

Według mnie ładne. Według Le. brzydkie

Portret Konopnickiej Leszkowi Jasio chciał poprawić

- Ja ci zrobię, ja ci zrobię.

Zrobił źle. Le. to zmył. Powiedział Jasiowi. Jaś przyznał mu rację.

Ludmiła poprawiała Leszkowi Panią Koch, sceny z teatru, poprawiała, poprawiała, nie wychodziło.

Zostało takie, że mogłoby być lepsze.

Ludwik po popieraniu wcześniejszego malarstwa Leszka, kościołów z natury, potem krzywił się na próby studiów klasycznych, na martwe natury, na posługiwania się kopiami, kalkowania rysunków.

- W końcu kompilator.

Kiedy indziej

- Leszkowi malarstwo Ludmiły musi się wydawać obce.

A Leszek o malarstwie Ludmiły jeszcze gorzej

- Tak się robi portrety na sprzedaż.

Ale ja tego im nie powtarzałem.

[Lu.] ostatnio znalazła mały portret Leszka. Jak w czapie futrzanej siedzi przed zastawionym srebrami stołem. Nazwali ten portret Ciułacz. Jemu się nie spodobał. Chcą teraz dać go do Desy108. Ludmiła namalowała Leszkowi w Żarnowcu drzwiczki w sieni, drzwi szafy, wysokie kwiaty.

Le. i pan Kochanek109 o tym

- To najładniejsze, co zrobiła

Namalowała Leszka jako Dawida. Monumentalnie. W brązach, fioletach. Wystawiła to na słońce. Popękało. Warstwa farby odwinęła się od podłoża jak wióry. Le. to godzinami potem w Warszawie woskiem doklejał, wprasowywał. Skorzystał, kiedy przyszedł koronczarz z Bobowej110 i nudził godzinami. Więc żeby się nie nudzić, wprasowywał ten wosk w podłoże portretu Ludmiły.

- No, wyratowałem. To najładniejszy jej portret. Ona tak chce iść w ślady Rembrandta, ale...

Wtedy, w czasach teatru jeszcze wspólnego, Lu. zażartował

- Za trzydzieści lat Prószyński przyniesie Ludmile na występ kwiaty.

- On?

- Zapomni o tym, co teraz.

Po latach nie trzydziestu, ale piętnastu Lu. spotkał Staszka Prószyńskiego, zaprosił go do pracowni, pokazywał obrazy Ludmiły. Powiedział mi, że powiedział mu

- Właściwie to mogło się inaczej złożyć. Że zaprzyjaźniłbym się z tobą, a nie z Mironem. Z tobą miałem to porozumienie.

I to racja. W wielu sprawach cienkich. Poglądach. Tak.

Pierwszy publiczny występ Tarczyńskiej był na Foksal u dziennikarzy111. Sandauer radził wyjść z moim programem. Ale my ustaliliśmy, że ze Stefańskim. Tarczyńska to jego mieszkanie. Tyle poświęceń. Publiczność dosyć napastliwie nas przyjęła. Jaszcz, czyli Szczepański112, wystąpił z tym, że w Paryżu, Berlinie pełno takich teatrzyków eksperymentalnych na czwartym piętrze. Co okazało się zmyśleniem. Ktoś inny, że "nareszcie ich mamy tu, w obiektywnych warunkach, i co! Blado". Waldorff113 zaatakował muzykę Prószyńskiego, że tradycyjna. Impresjonistyczna.

Emfazy Stefański wszedł na scenę

- Pan Waldorff się nie poznał. To jest muzyka bitonalna.

Wanda Wiłkomirska114, która lubiła do nas przychodzić - Nawet miałabym chęć kiedyś u was zagrać jako aktorka - wyszła na scenę, tłumacząc nas, czyli z miejsca na pół zdradzając. Nawet pani Lonia, nie pamiętam nazwiska115, stara, tleniona krótkowzroczna Żydówka, była sekretarka Karola Szymanowskiego, Lonia, dziennikarka, która nas tu sprowadziła, chciała cyklu wieczorów u dziennikarzy, od razu przestała mówić o dniu jutrzejszym.

Lu. i Lu. znali to. Małą Ludmiłą zachwyciła się Czajka116. Co za malowania! Kazała do siebie dzwonić. Że się nią zajmie, zrobi wystawę. Ludwik dzwoni. A Czajka pyta, o co chodzi. On przypomina. Ona dalej nic nie wie.

Po latach jednak Czajka przychodziła do nas do teatru. Ludwik przełamywał stare nieporozumienia z ludźmi. I zapraszał ich. I oni przychodzili.

Teraz Ludwik wyszedł na środek sali, między rzędy tłumu, nie na podwyższenie, i zaczął wyjaśniać, że program Lecha Emfazego Stefańskiego i program Mirona Białoszewskiego to dwa różne programy. Że nie można Białoszewskiego oceniać na podstawie Szczepańskiego. Ktoś z tłumu

- Szczepańskiego? Odpowiedzieliśmy

- Stefańskiego.

Ale Ludwik nie dosłyszał. Zawsze przekręcał nazwiska, zamiast "Prószyński" mówił często "Piasecki". Dalej mówił

- Szczepańskiego

A ponieważ na sali siedział i głos zabierał przedtem Jaszcz-Szczepański, dziennikarze syczeli i wołali

- Stefański czy Szczepański?!

Do Ludwika dalej to nie docierało. Do końca nazywał Stefańskiego Szczepańskim.

Zanim nam dali na przedstawienia "Hybrydy", przyleciała na Tarczyńską niejaka pani Bochenek z Rady Narodowej Ochoty.

- Wy tu robicie teatr, a my nic nie wiemy. Chcemy wam pomóc.

Zaprowadziła nas na ulicę Niemcewicza. Sala do grania. Ale bez estrady. Dni ograniczone. Za następnym razem tam czy gdzie indziej, ale połowa programu będzie z panią Hanką Bielicką117. Ona i Duszyński118 mieszkają tu obok. Zdziwiliśmy się

- Jak to?

Ja pytam

- A co na to pani Bielicka?

- Pani Bielicka bardzo chętnie.

Odmówiliśmy. W takim razie trzeba jechać na Nowy Świat róg Alej do Głównego Wydziału Kultury119, do pana Durmaja. Tam nam pomogą. Już przedtem mieliśmy propozycje i fiaska. Minister Kultury Sokorski120 dał nam nagrodę121 i umówił się z nami, że wyjedziemy na miasto samochodem. Ktoś jeszcze prócz nas z ówczesnej awangardy z Rady Kultury122. I będziemy szukać lokalu, po prostu będziemy napadali. Może coś się znajdzie. Na siłę. Może da się w pałacu na Senatorskiej (wtedy dużo odbudowano nagle, między innymi ten pałac)123.

- W pałacu duże sale

Sokorski

- To nic, oddzieli się kocem.

Czekamy na umówiony dzień. Akurat kronika filmowa kręciła u nas, zostawili do drugiego dnia dwa rzędy reflektorów.

Na drugi dzień umarł Bierut124. Reflektory stały dwa tygodnie. Dwa rzędy. Naprzeciw sceny, przed rzędami krzeseł. I tak odbywały się przedstawienia.

Wyprawa z Sokorskim ni razu nie doszła do skutku. Pogrzeb. Odwleczenie. Zmiany. Rozwleczenie się awangardowej Rady Kultury. Sokorski przestał być ministrem.

Więc teraz w Wydziale Głównym z panią Bochenek, korpulentną, zapaloną. Na ulicy omijającą na czele naszej grupy łańcuchy przy skrzyżowaniu jezdni. Po wpadnięciu rzędem narada. Kto co. Jakie uprawnienia? Przecież jesteśmy amatorzy. Lech Emfazy, który w tramwaju rozmawiał za głośno o teatrze, teraz wysforował przed siebie Waldemara Lacha, swojego aktora

- On jest aktorem zawodowym, lalkowym.

- Aha.

Mieli jak najlepszą wolę. I pan Durmaj, dobrotliwy a bezwolny. I baby z wydziału. Akurat skończyła się narada, wyszła od nich jedna z kulturowych dzielnicowych, pani Pronobis, więc zapalone, rozentuzjazmowane zaczęły wydzwaniać do różnych lokali, bo akurat uwolniło się po październiku ileś ekskluzywnych sal

- Mazowiecka... Jest sala. Tylko tam śpią w fotelach szoferzy. Zaraz, może by na Woli, na Bema... W podwórku... Pomieszczenia w surowym stanie, ale ławki można by ustawić.

Najwięcej pomysłów wymachiwała z siebie urzędniczka, była aktorka od Jaracza. Gładkie, niebujne włosy, oczy zapadnięte. Lu. określał

- Macha całymi rękami, jak pokazuje, w górę, w dół. Jak śmierć... Z tymi zapadniętymi oczami tak jakby śmierć grała w tenisa.

Na Bema pojechał Ludwik. Ale tam za okropnie. Następnym razem spotkaliśmy pana Durmaja na schodach ze świecznikiem w ręku

- Przeprowadzamy się na inne piętro, kupiłem właśnie wiersze Harasymowicza125 - wyjmuje tomik spod pachy, pokazuje.

Narady. Zgłosiła się pani Tarczyńska z Powiśla. Zaprowadziła najpierw Lecha Emfazego. Na róg Myśliwieckiej i Rozbrat. Za dwa dni pojechaliśmy tam wszyscy. Drewniany domek. Stary. Ze świetlicą w środku. Niczym więcej. Zamknięty na kłódkę.

- Do dozorczyni!

Dozorczyni miała mieszkanie w bramie dużego domu. Pojedynczy pokój. Myła akurat podłogę. Wstała z klęczek. Garbata. Zaczynamy mówić, o co chodzi

- Zaraz przyjdzie mąż.

Po mieszkaniu kręcą się małe dzieci, troje czy czworo. Posyła jedno. Przychodzi mąż. Długie klarowanie. On kombinuje, co, jak

- Z Rady Narodowej? Tu owszem, potrzebny teatr, rozrywka.

Wszedł ktoś, usiadł w czapie

- Pewnie, ale musimy wiedzieć co to, jak

- Umówmy się na jutro na przykład

- No dobrze

- Musimy zrobić zebranie tutejszego komitetu blokowego. Jutro wieczorem.

Na drugi dzień wieczorem pod gołą żarówą czerwona pierzyna, pod pierzyną, na pierzynie pokotem w poprzek ileś dzieci. Śpi każde. Ręce i nogi porozrzucane. Chłopy dymią papierochy. Siadamy

- To im nie przeszkadza?

- Nie, przyzwyczajone.

- To zaraz ściągniemy bratową - mówi dozorca

- Tak, najlepiej bratowa.

- Kto pójdzie? Janek, idź po bratową.

Przyszła bratowa, w białej czapce na głowie, mała, wygadana

- My tu w komitecie blokowym bierzemy pod uwagę masową kulturę.

Sporo było gadania. Naradzań się. Pamiętam, że innego dnia pogodnego teściowa dozorczyni z polecenia komitetu miała nam pokazać salę w tym baraku. Poszliśmy za teściową. Siwa, z wielkim wolem, z bielmem na oku. Klucz w garści. Otworzyła nam ze skrzypem. Salka z estradką. Cała w bibułach, w pomponach.

- No, od bidy

- Można by

- Tylko co oni?

Lech Emfazy ze swoim aktorem Waldemarem rozejrzeli się

- Okna marne. Jak tu trzymać magnetofon? Mogą się włamać. Nie! Ja tu nie ryzykuję!

27 grudnia [1975, sobota]

Le. dzwoni do Jadwigi. Misio Holender nie przyjechał. Tak, nie wpuścił mnie, bo zły o to, że pozwoliłem Gracji na zatytułowanie moich wierszy na Węgrzech Jakie szczęście. A to Gracja wzięła jako cytat z Kabaretu

ale szczęście

jakie szczęście

Co za szczęście

mieć takie szczęście

zdążyć - w ostatniej - chwili

na pociąg - bez dorożki126

Za moim przyzwoleniem. Tylko ja o tym zapomniałem.

wtorek, 30 grudnia [1975]

Le. dzwonił do Pauliny, czy nie zerwać ze mną o ten węgierski tytuł Gracji ze szczęściem dla moich wierszy. Ale Paulina doradziła, żeby stosunki tylko oziębić. Kiedyś Le. wyłączył światło, jeszcze jak mieszkaliśmy razem, Malina dość głośno powiedziała

- To cham.

Weszła Teresa z jakąś tam Niną, Malina półgłosem

- Straszna baba

Napisałem kawałek testamentowego rozporządzenia, że Dokładane treści można drukować w dwutysięcznym roku. Kartkę podpisała Jadwiga i pan Julian

- Pierwszy raz użyłem tej daty konkretnie.

Chyba trzeba będzie jednak poprawić na 2010. Bo w dwutysięcznym to za wcześnie.

Bóg z cechami nie jest doskonały. Jakiego Boga chce Lu.? Tego od wcieleń? Nie. Buddę uznaje. Ale Budda nie wchodzi w metafizykę. Sama regulacja poprzez zgromadzenie uczynków i wyzbywania się ich? Nie bardzo. Zostaje abstrakcja zupełna. Ale to równa się pustce. Właściwie Lu. dąży do wykasowania bytu. Do niebytu. Nie powinien się tym przejmować. Niebyt czeka każdego. Ale jego niepokoi przejście. Ja też się zgadzam z tym, że na początku zaistnienia jest ruch i przerażenie.

W nocy na przysypianiu ustalałem, próbowałem ustalić, że przy lekceważeniu własnego cierpienia i strachu najważniejsze jest przetrzymać najgorsze - a więc duszenie się, zaduszenie się na śmierć. Oczywiście jest to nieprzetrzymanie. Przetrzymać nieprzetrzymanie. Nie wytrzymać, a puścić. Zdawało mi się to odwrotną do sensu próbą ratowania idei. Teraz, po trzeźwemu, całkowicie mi się to rozlatuje.

Obserwowałem chomiki u Jota. Zaczęło się od rudej chomiczki, Magdy, którą kupił. Była na pół łaskawa, nieco osowiała. Dokupił samczyka. Większy od niej dwa razy. Śliczny, brązowy. Przyjazny. Chomiczka natychmiast się zmieniła. Wobec nas i życia. Mrużyła oczy ze szczęścia. On był zawsze wobec niej rycerski. Znosił jej jedzenie. Wreszcie urodziła dzieci. W nocy. Zdążył te dzieci zacząć jeść. Wtedy zdaje się i ona z nim razem dokończyła. Od tej pory go nienawidziła. Gryzła go, a on to znosił. Jakoś znów mieli dzieci. Białe. Albinosy. Dzieci szybko rosły. Kłóciły się i gryzły między sobą. Przyszło i następne pokolenie. Znów te gorsze, białe - ktoś z przodków był albinosem. Pramatka Magda gryzła niektóre dorosłe córki. Jednej chciała zabrać dziecko. Kuba był prześladowany. Wreszcie wygryzła mu ona i inne oko i podbrzusze. Zdechł. Ileś czasu później zdechła nagle Magda. Mnożyły się już same białe. Dla ludzi na ogół łaskawe, miłe, dla siebie na ogół złe. Jot pooddawał wszystkie. Mogłyby się tak mnożyć kilka razy do roku. Chomiki - chomiki, coraz więcej. Przeraził mnie ten mechanizm rozmnażania. Wiem, że ludzie są niby cenniejsi. Dla ludzi. Ale nasze rozmnażanie się ma w sobie automatyczność. Rozmnażanie, bo rozmnażanie. Wojny ani zarazy nie załatwią regulacji. Coraz by okrutniejszych środków wymagała. Taka regulacja. Ja przeciw niej protestuję. Wolę regulację urodzin, choćby srogą.

Ktoś powie o kontaktach z innymi rozumnymi? A może nie doczekamy się?

Takie bycie wyjątkiem - jeszcze by coś znaczyło. Dlatego raczej wyjątkiem nie jesteśmy. Gdyby doszło kiedyś do styku z innymi - zamieszanie. Jeśli podlejsi, to w ogóle źle. Jeśli dojrzali, sprawiedliwi, to może w tym odpychający. Nie wierzę zresztą w doskonałość. Prowadząc tę myśl do zabawności, dajmy na to, że się uduchowiamy, anielejemy. Ale wyobrazić sobie nieprzebrane stada bijących skrzydłami aniołów to też trochę niepoważne. I ilość nawet aniołom szkodzi. Przy lekturze nie pamiętam jakiej książki mały bohater mówi, bo go uczyli

- Każdy człowiek ma po dwóch aniołów stróżów od czegoś tam i jeszcze po dwóch od czegoś innego.

Co za nieobliczalność sekciarzy.

Młodzi mówią rówieśnym sobie po imieniu. Trochę starszym, trochę młodszym też. Tylko że ich rozpęd może trafić kiedy na obciach. Już to im mówiłem. Mają po dwadzieścia osiem, wkrótce po dwadzieścia dziewięć. Ciągle im się wydaje, że czy to dwadzieścia trzy, dwadzieścia dwa, czy dwadzieścia osiem, to na równi. Któregoś dnia zwróci się do nich taki dwudziestodwulatek

- Proszę pani

- Proszę pana

I będzie im niemiło.

Bliska znajoma mówiła mi, że przyczepianie się chłopów ustało równo z metryką. Przy ukończeniu iluś lat nagle. Ano to tak, mówię dziś do Jadwigi

- Jak psy za suką. Można się rozpędzić. Suka ucieka, ucieka, wreszcie się ogląda, a tu psa ani jednego.

Zamiatałem po wtorku w nocy. Zdziwiłem się

- Ile kurzu!

To moja naiwność. Gracji gorsza. Raz spytała

- To ty lubisz porządek? Ja myślałam, że specjalnie trzymasz koło siebie bałagan.

Nieraz ma trafienia psychologiczne. A potem znów takie coś, ja mówię

- Nie wierzę w Boga

- Tak zupełnie?

- Zupełnie

- Ale w Matkę Boską wierzysz

Aż się roześmiałem.

środa, ostatni dzień roku 1975, nie bardzo dobry

Był Jot. Był kilkanaście razy w życiu przydatny. A zdarzało się, że niezależnie od swoich matactw (nabierał na swoją niepozorność) - stanowił na króciutko rozrywkę. Dziś wydał mi się po niedługiej chwili taki nudny, z tak nudnymi frazesami i z tak nudnymi zagadnieniami ze swoich spotkań i swojego życia, że cały wysiłek poszedł na pozbywanie się go. Na przykład mówi

- Miron, mnie wszystko po prostu drażni. Jeszcze nigdy tak mnie nie drażniło. Doszedłem do wniosku, że nas nabijają. - Gadał to już ileś razy.

Pozbyłem się go na przystanku, wskakując do autobusu na Grochów

- Nie jedź ze mną! - bo chciał.

Bolał mnie żołądek. Rozbolał. Myślę, że to może być wrzód. Pomogły jakieś leki. Nie tak do końca. Więc w tym głównie dzień ponurawy. Pisałem o tym mieszkaniu, że jeszcze mało zna mnie marnego. Dziś następna okazja. Więc trudno traktować siebie niepoważnie. Chciałbym. Ale flaki mi przeszkadzają. Trzeba by lekceważyć przeszkadzania. Bolenie żołądka. Bicia w sufit. A to trudno.

Jak ja mogłem z Jotem kiedyś dłużej wytrzymywać? Być u niego, nocować? Co prawda też uciekałem od niego, tak że na ulicy mi się wyrywały całe monologi ulgi. Kiedy indziej było tak nieprzyjemnie w domu z Le. - taki okres napięć - że wszystko, co poza domem, to było lepsze. Albo jeszcze co innego. Dni, kiedy miałem siłę i humor. Bawiłem Jota opowiadaniem byle historyjek, coś zapisywałem, wracałem z ulicy podniecony, on mi coś też opowiadał, a to o sąsiadkach, a to ze sklepu, i mnie się to wydawało znośne. Albo wywoływałem duchy na podłodze. Później doszedłem do wniosku, że to, co uchodziło Jotowi na jego korzyść, pochodziło ze mnie, z mojej energii czy tolerancji. Po prostu starczało mi tego dobrego na mnie samego i jeszcze na kogoś. I ja to odbicie brałem za cudzy wkład. Bywało tak nie tylko z Jotem.

wieczorem [31 grudnia 1975]

A jednak bolenie przeszło. Niecałkowicie przeszło, zająłem się poprawianiem poufnego zapisu prozy w trzech kawałkach sprzed półtora roku127. Raz to było tuszowane, skracane. Ale dopiero dziś skróciłem bardzo. Wydelikatniłem. Tak lepiej. Zwarte, samoironiczne, z podskubywaniem romantyczności.

Pisanie zawsze pomaga fizjologii, mimo trudu.

Kiedy przestaje boleć, być słabo, od razu inne nastawienie. Ja prowadzę organizm, nie organizm mnie.

Już jest 1976. Światełka, choinki, ogniki. Jakiś Balzak w bieliźnie z siostrzenicą w oknie. Strzelają. Nagle doszło do mnie, że ten dwutysięczny rok będzie dla takich jak ja męczącą, a może i obrzydliwą uroczystością. Ile to zamachu przedtem. Bardzo mnie zraził. Już teraz.

niedziela, 4 stycznia [1976]

Był Tadzio. Wrócili z Anią ze śląskiego miasteczka, od kolegi128. Nocowali tam w starej piekarni. Ten ich kolega był dwa razy na moich wieczorach. Raz Tadzio mi powiedział, że ten kolega i jego przyjaciółka urządza na rogu Chłodnej i Żelaznej wystawę plastyki pornograficznej. A potem coś o orgiach. Teraz stwierdziłem, że ja tego chłopaka nie znam

- No bo skąd

- No tak, przecież nie słyszałem nawet, jak mówił.

A tylko to, że te reflektory, że patrzy na świat przez Ingardena i Husserla i że jest łysy. Łysina mi tu sporo przeszkadza. Co prawda, kiedy przyjmowałem gońca "Poezji" i goniec zaczął mówić inteligentnie, spojrzałem za siebie w górę i zobaczyłem interesującą twarz. Nad twarzą łyso. To nie przeszkadzało. Wygląd działa. Kiedy byli u mnie trzej niegłupi krytycy, żeby napisać o śnie, miałem mieszane uczucia.

Dwóch znam i lubię. Ale jeden poważny, z fajką, drugi poważny i brzydki, obaj z poczuciem dowcipu wielkim. Trzeci najmłodszy, urodziwy. Coś się odzywał. Z sensem. Nie wiem, kto to. Pytałem Gracji, czy nie Barańczak129, który o mnie napisał

- Taki ładny

- Nie, Barańczak nie jest ładny.

A gdyby to był on? Poznałem niedawno Nowaka130, poetę. Podstarzały, gruby. Trzeba coś odpakować od człowieka. Albo - trzeba było go poznać dwadzieścia lat temu.

Przypomniał mi się temat jeden z końca roku. Rozeznanie się w dziadach w kruchcie Zbawiciela. Bo najpierw, że nie dziady. Potem, że dziady. Pokazałem to Tadziowi jako pantomimę. Chłop z czapą, z drugim, macha rękami. Dać do czapy? A jak nie dziad? Zawracam, patrzę, machają do siebie. Jeszcze raz patrzę, a oni już buch na posadzce. Nogi wyprostowane, czapy, bo ludzie wychodzą. Dziady. Akurat mi podleciała pod rękę czapa Tadzia. To wystarczyło do scenografii.

Potem to pisać.

Jako wiersz.

Chciało się z rymami. Ale czy słusznie?

Zacząłem skracać przebieg zdań, wyrzucać słowa, rymy. Tylko czasem coś niechcący się otarło o siebie podobieństwem, jak w przedrzeźnianiu. Akcja leci szybko. Słowa bąkane, jąkane i rymy naciekają. Aż się podrymowuje na dobitnie. Rzecz się wyjaśniła. Koniec. Chyba to słuszna konstrukcja. Wyszła za czwartym razem. O ile wyszła. Trzeba za każdym razem ucho mieć świeże od początku.

Le. podobno ma u siebie kogoś od dziesięciu dni. Dlatego Misio Holender nie przyjechał.

Więc kontakt z Le. utrudniony. Bycie u Lu. i Lu. odłożyłem na później. Mam obawy.

Jadwiga osłabiona, w łóżku. Osłabiona fizycznie i nerwowo. Pani Anna wpadła do niej rano w sobotę nagle do pokoju

- Proszę pani, ja albo od pani odejdę, albo pani mi podwyższy o pięćset złotych.

Oczywiście Jadwiga zgodziła się na podwyżkę. Wszystko drożeje, Anna jest niezastąpiona, świetnie gotuje, ufają jej we wszystkim. Ze swoim żądaniem wyskoczyła nagle, bo jest energiczna, ale myślę, że i dlatego, że nie było jej tak przyjemnie to poruszać, więc zaczęła bez wstępów i szorstko. Powiedziała, że nosiła się z zamiarem wyjazdu na dwa lata do Anglii, ale wstrzymuje ją oczekiwanie na spółdzielcze mieszkanie. Połowę urlopu od Hożej ma jeszcze niewykorzystaną.

Jadwiga zdenerwowała się, co na to wszystko powie jej ojciec. To są właśnie te skutki wspólnoty, gdzie każdy kłopot mnoży się o każdą osobę. Sam powód zmartwienia jest piątą częścią. Jadwiga boi się każdej zmiany. Już zaczęła się lękać, że Anna prędzej czy później ich opuści. Że jej ojciec umrze i co ona? Sama w tym domu przez całe dni? Niedawno ojciec ją drażnił, teraz boi się, że go straci. Tłumaczy mi, że człowiek ślepy jest zależny. Wiem o tym. Wcale się nie dziwię temu poruszanemu łańcuchowi niepokojów.

W dzienniku131 przytacza scenę, jak Escy poszli, zostawili Justynkę im, ona leży, czeka, Dziadek patrzy: minęła ustalona godzina powrotu Eskich, zaczyna narzekania. Pytam

- To kiedy przyszli?

- No, zamiast o siódmej trzydzieści to o ósmej trzydzieści.

- E, to co za spóźnienie?!

- Ale Dziadek, a ja słaba leżałam, a tu każda chwila...

- Oni nie mogą się tak liczyć z każdą zachcianką Dziadka. Oboje jesteście okropni. Jak tak, to Justynka, Justynka, całowanie, Dziadek ją huśta sobie na kolanach, tęsknota za Justynką, a jak Justynka o godzinę tylko u was dłużej, to wy w popłoch, alarmy, wyrzekania.

Wymawiałem to Jadwidze nie tak do końca na serio, ale ją to zabolało. Często na coś napadam w połowie, na pół żartem, ale to się przechyla na poważnie. Le. nieraz coś obgadywał z przesadą, zaokrąglał, uordynarniał, a młodzi natychmiast to wszystko brali dosłownie w całości. Może czasem Agnieszka nie. Tadziowi to nawet imponowały te Leszkowe przesady.

Pojechałem do Romana i Ady. Potrzebowali tysiąc złotych. No trudno. Oni mi przepisują. Dałem. Pilne, bo dług za mieszkanie, Ada to odchorowuje. Muszę przecież gdzieś jeździć. Właściwie to złoszczę się na nich, ale ich dosyć lubię. Chciało mi się do tego poczytać im wiersze. Tak się naszykowałem. No i mimo mrozu pojechałem o trzeciej w nocy. Było ciemno, dobijałem się. Dzwonków, pukań nie słyszeli. Ale pies ich poderwał. Miałem śmiałość, bo tysiąc złotych. I zachcianka czytać. Powiedziałem to Romanowi. On zawsze co do tych budzeń uprzejmy. Obydwoje wstali. Czytałem. Mówili o wierszach ciekawie. Szczególnie Roman. Świeże odezwania. Nawet przy samym czytaniu. Roman odczuł w pełni te moje wierszowe ciągi. Byłem rad, że tak to może być odbierane.

- Trzeba głowę zwracać wciąż w inną stronę - mówił - bardzo tu rozmaicie. Od ludzi, życia z mięsem do metafizyki. I to zawieszenie, bycie na dziewiątym piętrze w stanie nieważkości. Bo są i te sprawy ostateczne, ale nie straszne. Traktujesz to na spokojnie. Te stany złe.

Nie przyjmujesz ich jako czegoś zupełnie złego. Przechodzą. Spojrzenia się zmieniają. To nie są opisy. Perspektywa kosmiczna. Może rzeczywiście to wszystko jest jednym tchem.

Jadwiga w swoim dzienniku wpisała moje wigilijne wspomnionko wojenne132. Na stole leżały sery, banany, pomarańcze, a ja mówiłem o marznięciach i głodach. Robiły mi się wtedy wrzody na ciele. Miałem po trzy dni czkawkę bez przerwy. Ręce i nogi odmrożone puchły. Chodziłem całe miesiące o lasce, jakaś choroba stawów i mięśni.

- Jak ty wytrzymywałeś?

- Nie wiem. Wiem tylko, że postanowiłem dawno temu na wiadomość o wybuchu wojny łyknąć od razu śmiertelną dawkę czegoś tam, żeby nie ruszyć się nawet z łóżka.

W dniach napięcia amerykańsko-radzieckiego, kiedy płynęły statki z bronią na Kubę133, wyszedłem na Warszawę i nagle zacząłem widzieć Warszawę w wojnie. To mnie zagnało do domu. Do sąsiada Olgierda.

- Miron, to tak jakbyś się bał o wyciągnięcie jednego złego ziarna z worka grochu.

Od razu się uspokoiłem.

Kiedy indziej siedziała u mnie Cymi Austriaczka134, świetny nastrój. Wchodzi ojciec. Wracał z Miedzeszyna

- Mobilizacja iluś roczników na linii otwockiej.

Jakby mnie kto uderzył w głowę. Potem rozlewająca się słabość po rękach, nogach. To już? Już ze sobą kończyć?

Spoglądaliśmy na siebie, mieniąc się na twarzach. Pierwszy zapamiętany obraz w życiu Cymi to wchodzenie z matką i tłumem po schodach do schronu, całe schody zawalone szkłem. W małym miasteczku Krems, do którego uciekły z Wiednia. To Krems od musztardy. Cymi miała kilka lat, kiedy skończyła się wojna. Głodowali tak, że wysyłali nocami ją, żeby wyszukiwała po śmietnikach resztek jedzenia. Sami się wstydzili. W dzień zbierała dla ojca niedopałki.

Zerwaliśmy się teraz oboje do Olgierda. Zdziwił się. Skąd. Co. Nieporozumienie.

Potem okazało się, że to nieopatrzne ogłoszenie wynikło z niechlujności. Wiele osób na linii otwockiej popadło w panikę.

wtorek, 6 stycznia [1976]

Jadwiga

- Myślałam o twoim zarzucie w sprawie Justynki i samo życie dało odpowiedź. Bawię się z Justynką jak gdyby nigdy nic. Wchodzi Ania "Co ona ma w buzi? Bombkę. Z choinki. Czerwoną. Cały czas ją ssie"

Udawałem, że przyjąłem to za jedyny powód mienia dosyć Justynki.

Przyszła Anula.

Zaczęliśmy ustalać, co będzie na wypadek śmierci Dziadka. Mniej pieniędzy. Pustka cały dzień.

- A Zdzisław?

- Zdzisław przychodzi o dwunastej135.

- Ale pójdzie na emeryturę. Kiedy?

- Za trzy lata.

- No właśnie. Będzie dłużej w domu.

- Weźmie pół etatu.

- Ale nie będzie rano tak wstawał.

- Na działkę.

- E.

- No tak, poza tym ma ten drugi dom, z tą panią.

- Ale zawsze...

Z tą panią Jadwiga ma dobre stosunki towarzyskie. Telefonują do siebie. Jadwiga puszczała jej moje nagrania

- Anna może zamieszka u mnie, tam, gdzie jest teraz, są złe warunki, wtedy by mniej brała.

- No, a w razie nie ona, to kto inny.

- Może ze Stachą136, razem byśmy gotowały obiady.

- Dobry pomysł. Stacha dobra, mieszka obok. A czy ty tak boisz się sama? Przecież ci przeszkadzają i Anna, i Dziadek.

- Za dużo niedobrze, za mało niedobrze.

- A finansowo musi się pogorszyć? Paczki z ciuchami będą ci przysyłać.

- Przestali.

- Dlaczego?

- Cło tak podnieśli w Anglii.

- A skąd Dziadek ma pieniądze? - pyta Anula.

- Renta. I dosyła jedna z rodziny na gosposię.

- No, ale przecież nie przestanie nagle przesyłać tobie.

- No, chyba nie.

- To boisz się być sama?

- No, nie wiem, można popaść w załamanie, nikogo, niech pani sobie to wyobrazi.

- Anula sama lubi być, była długo.

- No, to nie zawsze takie dobre na dłużej.

- Aha, nie wiedziałem.

- Na pierwszy okres, żeby ktoś mógł pobyć, przenocować, pani by mogła?

- Mogłabym.

- Agnieszka.

- Pan Julian dobry.

- Ale czyby chciał?

Pan Julian rusza niezdecydowanie siwą głową z okularami, dojadając pomarańczę

- No, nie wiem.

- Ale nie mówi pan "nie"? - pytam.

- Nie zawsze jest czas, a mam brata na Ochocie.

- Co? Ciężko chory?

- Tak.

- Pan do niego jeździ?

- Tak.

- Pamiętaj jeszcze, że w każdej chwili dzwonisz do Olgierda, przylatuje Małgosia albo ta mała, prowadzi cię tam do nich, to o trzy bramy, u nich możesz być, ile chcesz, wiesz, jacy są, miejsce mają.

- No tak, nawet mogę u nich posiedzieć w osobnym pokoju.

- O właśnie.

- Pan Julian mógłby swoje mieszkanie odnająć na pewien czas.

- No można by...

- Panie Julianie - pyta Jadwiga - a panu też nie zawsze chyba tak dobrze samemu?

- No tak, toteż korzystam z możliwości towarzystwa...

- O - mówię - to dowiaduję się o was różnych rzeczy.

Anuli śniło się, że miała do wyboru: tu zostać albo umrzeć. Nie wiedziała, na czym ten wybór ma polegać. Wiedziała, że tam ma to samo, a nawet więcej do zrobienia.

Przyszła Ania i Agnieszka

- Ona mi to opowiadała, że odejdzie.

- No tak, nie byłam zresztą w złym nastroju, tylko się znudziłam.

- A ja starałam się zlekceważyć, "obierz kartofle", "pozmywaj", a ona swoje

- No, bo co ja mam tu do roboty?

- O, dzień testamentowy - oznajmiam - wiesz, one podpisały mój testament.

- Ładnie napisany. Czytałyśmy. Robi się smutno!

- No, przecież się umrze. Trzeba to na rzeczowo.

- Tak.

- Może i ty podpiszesz?

- Dobrze - i Agnieszka podpisała się pod Anulą i Anią, córką Jadwigi, żoną Tadzia.

- Aha - przypominam sobie - a mnie się śniło, tylko też pogodnie, dobrze się czułem, że mój pogrzeb pierwszego czerwca. Myślę sobie "Aha, to już wiem, ale kiedy umarłem? Ta data ważniejsza". Obliczałem i wyszło mi, że albo dwudziestego drugiego, albo dwudziestego czwartego, raczej dwudziestego czwartego maja.

- Co pan takie myśli?

- Co? To sen

- Ach, sen

- Sen.

Agnieszka pokazała książkę

- O Mickiewiczu, potrzebuję do szkoły. Jastruna137. Czytam, że sama prawda. A to beletryzowane!

- O! - Anula pokłada się ze śmiechu na skrzyni z płytami - okropne. Czekaj, powróżę ci, co z mężem, no no, tu

Odchyla się, mina Sybilli, otwiera, czyta

- "Spojrzała na męża, twarz jej stężała... Leżąc nieruchomo w łóżku..."

- Niedobrze.

- Oj, nie - Agnieszka na to.

środa[, 7 stycznia 1976]

Byłem w Państwowym Instytucie Wydawniczym (PIW) donieść kilka kawałków poprawionych. Moja redaktorka Krystyna Milewska138 powiedziała

- Zawał jednak jest słabszy.

- Dlaczego?

- No, słabszy, i językowo.

- Język surowszy, specjalnie.

- Dlaczego?

- No, bo żeby donosił wyraźnie. To niedobrze, że takie wrażenie.

- Nie wiem, może się mylę.

- Zawału nie da się przerobić. Wyrzucenie paru stron nic nie zmieni. Jaki jest, taki jest.

- Pokazywała mi Agnieszka twoje wiersze, niektóre bardzo piękne.

Krystyna dostała hiacynt. Ode mnie. Marianna Sokołowska139, która mi redaguje wybór wierszy i robi trzecie wydanie Pamiętnika z powstania, dostała białe bzy.

Wyszedłem z PIW-u w miarę przygnębiony. Może Krystyna nie ma racji, ale Agnieszce też Zawał się mniej podoba, czy wcale. Tadziowi teraz tak. Bo nie od razu. Malinie tak. Ale Zawału nikt z najmądrzejszych nie czytał.

Powiedziałem Krystynie o musie widywania się z najmądrzejszymi. Z Ludwikiem, Leszkiem. Jacy by oni byli. Ona na to

- Odetchnęłam.

- No bo młodzi

- Dobrze, że to widzisz.

- Ja mam z nimi porozumienie.

- Ale to nie są partnerzy dla ciebie.

- Doświadczenia.

- Z panią Jadwigą też musisz uważać. Bo ona z tej życzliwości dla ciebie chciałaby, żeby nie wyrzucać.

- Oczywiście pilnuję.

- To dobrze. Skoro już mamy dzień szczerości.

Mróz. Ogonek. Tłok. Kupiłem płytę. Na Saskiej Kępie popadłem w nastrój przypomnień tylu dobrych tu nastrojów. Może będę pisał dalej? Bo aż postanowiłem przestać pisać, przynajmniej urwać dziennik, pisać tylko pod przymusami natchnień. Ze skrzynki listowej wyjąłem kartkę od Maruty Stobieckiej140, prawdziwej Hermenegildy Kociubińskiej od Gałczyńskiego. Gałczyński z nią był razem po obozie w Brukseli. Wrócili razem do Krakowa. Do drzwi mieszkania. Natalia Marutę zostawiła przy drzwiach, a Konstantego Ildefonsa posadziła w fotelu i dała mu jego stare kapcie. Jak usiadł, poczuł kapcie, tak już nie chciało mu się wstać. Maruta odeszła ode drzwi.

Dobrych kilka lat temu miała amputację piersi. Oczywiste, że rak. W dzisiejszej karcie pisze, że jest w szpitalu w Katowicach, przechodzi kapitalny remont, z onkologią nie ma nic wspólnego, okazało się, że to pomyłka. Wraca w styczniu do domu w Krakowie, przechodzi na emeryturę.

Nie wiem, czy ta omyłka dotyczyła i przeszłości? Jeżeli nawet tylko teraźniejszości, to i tak dobrze. Poruszyło to mnie. Że aż chciałem się zerwać, lecieć, powiedzieć komuś o tym. Niby co mnie obchodzi Maruta, którą rzadko widuję? A jednak obchodzi. I cieszę się. Jestem wzruszony tym, że do mnie i do Leszka tą wiadomość przesłała. Ja tak nie lubię tego, że ludzie umierają. Najgorzej ze wszystkiego na świecie nie lubię właśnie tego.

Przypisy

1 Chamowo - nazwa nadana przez dawnych mieszkańców Saskiej Kępy nowym blokowiskom na obrzeżach tej dzielnicy.

2 Jot - Janusz B., czasem uciążliwy, często uczynny przyjaciel Mirona Białoszewskiego, wielokrotny bohater wierszy i próz, np. opowiadań Tu się kroi charakterek, cyklu AApteki, Zwierzęta.

3 Ojciec poety - Zenon Białoszewski (1900-1979), przed wojną m.in. urzędnik pocztowy, po wojnie pracownik administracji domów komunalnych.

4 Malina - Maria Kluźniak, z d. Gamdzyk. Absolwentka polonistyki, edytorka. W latach 70. i 80. pracownica działu rękopisów Biblioteki Narodowej, później - redaktorka w "Gazecie Wyborczej". Opublikowała: listy Stanisława Ignacego Witkiewicza do Leona i Władysławy Reynelów Całuję Was gdzie chcecie (1997); Maria z Łubieńskich Górska, Gdybym mniej kochała. Dzienniki z lat 1889-1906 (1997); "Niesie mnie rzeka smutku..." Korespondencja Zofii Nałkowskiej i Jerzego Zawieyskiego 1943-1954 (2001); autorka trzech tomów katalogów rękopisów: Leszka Kołakowskiego (2015), Jerzego Ficowskiego (2016) i rodziny Nałkowskich (2021).

5 Roman Klewin (1917-2004) - anglista, literat, tłumacz. Bez stałego zatrudnienia. Mieszkał na Żoliborzu, róg Mierosławskiego i Mickiewicza, z malarką i rzeźbiarką Adrianą Buraczewską. Autor kilku dramatów (niewystawianych) oraz cenionych przez Białoszewskiego wspomnień z pobytu za okupacji w Niemczech, na przymusowych robotach w Zagłębiu Ruhry. Mirona poznał w 1947 r. na wieczorze młodych poetów, w którym uczestniczyli m.in. Jerzy Ficowski, Stanisław Swen Czachorowski, Jan Józef Lipski. W latach 50., po odwilży, prowadził Teatr Małych Form. Kręcił eksperymentalne filmy 8 mm. W latach 70. aktorem i współtwórcą wielu z nich był Miron Białoszewski, występowały w nich osoby z jego kręgu. Mieszkanie Klewina i Buraczewskiej stanowiło zawsze dostępny azyl Mirona. Klewin przepisywał Pamiętnik z powstania warszawskiego.

6 Ludwik Hering (1908-1984) - pochodził z warszawskiej inteligenckiej rodziny kalwińskiej. Obdarzony talentami artystycznymi, plastycznymi i literackimi, spełniał się w roli inspiratora, krytyka, akuszera cudzych talentów. W latach powojennych patronował rozwojowi malarstwa Ludmiły Murawskiej, swojej siostrzenicy. Bliski przyjaciel Józefa Czapskiego, poznanego w 1934 r. Po wojnie Czapski pisał o Heringu w liście do historyka sztuki Zdzisława Kępińskiego (według informacji Ludmiły Murawskiej): "nie śmiem nazywać go moim uczniem, bo sam w swoim czasie zawdzięczałem mu swoją wizję malarską". Dedykował mu esej o Bonnardzie w książce Oko (Paryż 1960). W latach 2016-2017 ukazała się w dwu tomach wieloletnia powojenna korespondencja Czapskiego i Heringa (Czapski, Hering. Listy - słowo/obraz terytoria). W 1940 r. w okupacyjnej Warszawie Hering poznaje 18-letniego Mirona Białoszewskiego, jest czytelnikiem jego młodzieńczych utworów. Po wojnie staje się dla niego głównym autorytetem literackim, bohaterem niepublikowanej, zniszczonej powieści Białoszewskiego z początku lat 50. Od 1955 r. w Teatrze na Tarczyńskiej przygotowuje wraz z Ludmiłą Murawską kostiumy i scenografię do sztuk Białoszewskiego (m.in. do Wypraw krzyżowych). W 1958 r. Białoszewski, Hering i Murawska odchodzą z Tarczyńskiej i zakładają własny Teatr Osobny, który istnieje do 1963 r., dając przedstawienia w mieszkaniu Białoszewskiego przy pl. Dąbrowskiego. W latach 70. Białoszewski ujawnił, że Hering był faktycznym autorem sztuk Peruga, czyli Szwagier Europy, Szury, Stworzenie świata, części Kabaretu. Pieśni na krzesło i głos, oraz współautorem Osmędeuszy i Wiwisekcji. W 1970 r. PIW opublikował tom dramatów Teatr Osobny w całości pod nazwiskiem Mirona Białoszewskiego, za zgodą Heringa. To on - jak zaświadcza Murawska - był autorem wstępu, który podpisał inicjałami M.B. Później jednak Hering wymógł na Białoszewskim oświadczenie o autorstwie sztuk, opublikowane najpierw w 1976 r., w programie przedstawienia w reżyserii Ryszarda Majora pt. Teatr Osobny. Donosy rzeczywistości (warszawski Teatr Powszechny), a następnie w "Dialogu" w 1977 r. Oryginały sztuk Teatru Osobnego nie istniały w formie całościowego zapisu. Głównym dziełem literackim Ludwika Heringa pozostają trzy okupacyjne opowiadania, pisane w Łodzi w latach 1945-1946, częściowo publikowane w "Kuźnicy". Pierwsze wydanie książkowe: Ślady, Warszawa 2011. Hering z bezwzględnym obiektywizmem oddaje tam postawy Polaków, wykorzystując własne doświadczenia: za okupacji pracował jako stróż w magazynach garbarni Temlera i Szwedego. Wiadomo o jego pomocy Żydom, wyprowadzaniu ich poza getto, ukrywaniu, wyszukiwaniu schronienia. Pod nazwiskiem zmarłego w Auschwitz brata Heringa ukrywał się w Warszawie pisarz Adolf Rudnicki. Po wojnie Ludwik Hering początkowo mieszkał w łódzkim domu literatów na ul. Bandurskiego; pracował jako pielęgniarz w pogotowiu ratunkowym. Po powrocie do Warszawy był urzędnikiem w Centralnej Agencji Fotograficznej. (Obszerne informacje na temat Ludwika Heringa zawiera tekst Hanny Kirchner O Mironie, o Ludwiku, w: Miron. Wspomnienia o poecie, zebrała i opracowała Hanna Kirchner, Warszawa 1996, oraz przypis pióra tejże autorki w: Z. Nałkowska, Dzienniki, t. 4, 1946-1954, cz. I, Warszawa 2000, s. 565-567).

7 Od roku 1958 Miron Białoszewski mieszkał w pokoju z kuchnią na trzecim piętrze nowo zbudowanego czteropiętrowego bloku na tyłach Marszałkowskiej - przy pl. Dąbrowskiego 7 m. 13.

8 Agnieszka Petelska (z d. Kostrzębska) - polonistka, nauczycielka szkół licealnych. Na warszawskiej polonistyce pisała pod kierunkiem dr. hab. Artura Sandauera pracę magisterską o twórczości Mirona Białoszewskiego. W 1970 r., zaprotegowana przez Jana Józefa Lipskiego, przyszła do Białoszewskiego, przyprowadzając następnie swoją przyjaciółkę z Liceum Sióstr Niepokalanek w Szymanowie, także studentkę polonistyki Malinę Gamdzyk i kolegę ze studiów Tadeusza Sobolewskiego (por. rozmowa T. Sobolewskiego z A. Kostrzębską-Petelską "Rzeczywistość to artystka", w: Miron. Wspomnienia o poecie.

9 Feliks Kluźniak - matematyk, informatyk, późniejszy mąż Maliny Gamdzyk.

10 Leszek Soliński (1926-2005) - malarz, przyjaciel Mirona Białoszewskiego, bohater jego licznych utworów jako Le. So., spadkobierca literackiej spuścizny pisarza (z wyjątkiem dziennika). Pochodził z rodziny chłopskiej z Żarnowca, wsi położonej w pobliżu podkarpackiego Krosna. Dla jego emancypacji kulturalnej ważny był kontakt z Zofią Mickiewiczową, córką Marii Konopnickiej, mieszkającą w dworku poetki w sąsiedztwie jego rodzinnego domu. Gdy podczas ofensywy rosyjskiej w 1944 r. dworek przemieniono w szpital wojskowy, uratował z niego wiele cennych pamiątek. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, najpierw polonistykę, potem historię sztuki. Napisał pracę magisterską na temat kulturalnej działalności R.W. Porcjusza w Krośnie, nie mógł jej jednak obronić z powodu niezaliczenia studium wojskowego. Wiosną 1950 r. Soliński poznał Mirona Białoszewskiego. We wczesnych latach 50. wędrowali razem po Bieszczadach i Podkarpaciu, co zaowocowało m.in. Balladami rzeszowskimi, otwierającymi debiutancki tom Mirona Białoszewskiego Obroty rzeczy. Przez pewien czas prowadzili wspólne życie w Warszawie i Krakowie. Soliński uczył rysunków w szkole podstawowej i wystawiennictwa w liceum kulturalno-oświatowym w Rożnicy w Kieleckiem. Klepali biedę; jak mówił Leszek, "dziad chciał z dziada żyć". Przyjaźń ich trwała do końca życia Białoszewskiego. Do 1975 r. mieszkali razem przy pl. Dąbrowskiego w Warszawie - Białoszewski w pokoju, a Soliński w kuchni, która była też pracownią malarską i szatnią Teatru Osobnego. Soliński był malarzem samoukiem. W 1966 r. miał pierwszą wystawę indywidualną. Latami kopiował obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Jedną z kopii kardynał Wyszyński przeznaczył dla kościoła polskiego przy rue Saint-Honoré w Paryżu. W lecie 1963 r. Leszek Soliński poznał holenderskiego slawistę Henka Proeme. Podróżowali razem po Włoszech, Hiszpanii, Francji i Niemczech. W 2003 r. zawarli w Holandii małżeństwo. Ostatnie dwa lata życia Soliński, już ciężko chory, spędził pod opieką Proemego w Oegstgeeście pod Lejdą i tam został pochowany.

11 W styczniu 1957 r. nieznani sprawcy porwali i zamordowali licealistę Bohdana Piaseckiego, syna Bolesława Piaseckiego, przedwojennego działacza ONR i przywódcy Ruchu Narodowo-Radykalnego Falanga, po wojnie kierującego Stowarzyszeniem "Pax". Śledztwo w tej sprawie trwało wiele lat. W drugiej połowie lat 60. pojawiło się absurdalne podejrzenie związku z tą sprawą Białoszewskiego i innych osób skupionych kiedyś wokół Teatru na Tarczyńskiej. Tropem miał być fakt, że programy spektakli w tym teatrze umieszczano w pudełkach po zapałkach, a porywacze informacje o swej ofierze też przekazywali w taki sposób. W związku z tym wielokrotnie przesłuchiwano ludzi związanych z owym kręgiem (temu kierunkowi śledztwa nadano nazwę "wątku homoseksualnego").

12 Gracja (Grácia) Kerényi (1925-1985) - węgierska poetka i tłumaczka, filolożka klasyczna, badaczka literatury, córka wybitnego filologa klasycznego i religioznawcy Karolyego Kerényi. W 1944 r. aresztowana na Węgrzech za udział w ruchu oporu, skazana na więzienie i obóz, nauczyła się polskiego od współwięźniarek w Auschwitz. Przekładała poezję z greki, łaciny, sanskrytu; z literatury polskiej miała w dorobku tłumaczenia m.in. Słowackiego, Fredry, Szaniawskiego, Pawlikowskiej, Schulza, Witkacego, Dąbrowskiej, Szymborskiej, Woroszylskiego oraz prozy i poezji Białoszewskiego; razem z nim przetłumaczyła na polski wiersze poetów węgierskich Endre Adyego oraz Sándora Weöresa.

13 Donosy rzeczywistości, PIW, Warszawa 1973 (antydatowane, właśc. 1974). Zbiór krótkich utworów prozatorskich, których bohaterami są przyjaciele i znajomi autora, a podstawą fabuły - sytuacje autentyczne.

14 Rozprawa doktorska Gracji Kerényi została opublikowana w 1973 r. pt. Odtańcowywanie poezji, czyli dzieje teatru Mirona Białoszewskiego. Hering miał za złe autorce, że zbyt małą rolę przypisała współtwórcom teatru. Nie oglądała zresztą żadnego z przedstawień Teatru Osobnego.

15 Olgierd (Oleś) Wołyński (1929-2008) - był synem Itty Horowicz (Lidii Wołyńskiej) i Jana Lubienieckiego (Ignacego Rylskiego), członków Komunistycznej Partii Polski. Po aresztowaniu rodziców w 1937 r. został zabrany, wraz z rodzeństwem, do domu dziecka w Uljanowsku (Symbirsk). Miał 13 lat i w nocy pisał ulotki, które przyklejał przeżutym chlebem na płotach: Dołoj Stalinu, da zdrawstwujet Woroszyłow ("Precz ze Stalinem, niech żyje Woroszyłow"). Został za to aresztowany i przewieziony na Łubiankę. Dostał wyrok - 5 lat obozu. Trafił do łagru pod Archangielskiem. Potem zesłano go na Syberię na dożywotnie osiedlenie. Objęty amnestią po śmierci Stalina, wyjechał do białoruskiego Mińska. W 1958 r. repatriowany do Polski, zamieszkał na pl. Dąbrowskiego, gdzie poznał sąsiadów: Mirona Białoszewskiego, Urszulę Czartoryską, Ryszarda Stanisławskiego. Zdał polską maturę, skończył studia na Politechnice Warszawskiej i zaczął pracę w Instytucie Elektrotechniki. Obronił doktorat. W 1966 r. ożenił się z Małgorzatą Witkowską. Kiedy w 1967 r. urodziła im się córka Ludmiła, zmienili mieszkanie na większe, w starej kamienicy przy ul. Poznańskiej. Tam gościnnie odbywały się wtorki Mirona. W 1976 r. Wołyński podpisał list protestacyjny do Sejmu w sprawie wydarzeń radomskich. W 1981 r. brał udział w organizowaniu powstającej "Solidarności". W stanie wojennym kolportował wydawnictwa drugiego obiegu, m.in. książki NOW-ej oraz "Tygodnik Mazowsze". Za udział w protestach przeciw stanowi wojennemu został wyrzucony z Instytutu. Pracę znalazł w kościele na Żytniej, u księdza Wojciecha Czarnowskiego, potem do emerytury pracował jako laborant na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. W 1988 r. w londyńskim Wydawnictwie Puls ukazał się jego Głos z Gułagu. Rozmowa z Ewą Berberyusz (wydanie krajowe 1989).

16 Lu. i Lu. - Ludwik Hering i Ludmiła Murawska (ur. 1934), siostrzenica i wychowanka Heringa, malarka. Ukończyła warszawską ASP w 1958 r. Ważne cykle obrazów: Szekspireje, Matematycy, oraz portrety m.in. Białoszewskiego, Czapskiego, Iwaszkiewicza, Kotarbińskiego, Tatarkiewicza, Kucówny. W latach 1955-1963 była scenografką i aktorką Teatru Osobnego, tworzonego wspólnie z Ludwikiem Heringiem i Mironem Białoszewskim. W 1981 r. poślubiła Marcela Péju (1922-2005), francuskiego politologa i dziennikarza, za czasów Jeana Paula Sartre'a sekretarza redakcji miesięcznika "Les Temps Modernes" (1953-1962). Opublikowała opowiadania Ludwika Heringa w książce Ślady (Warszawa 2011), gdzie w posłowiu pisze o znajomości Ludwika z Józefem Czapskim i jego inspiratorskiej roli wobec twórczości Mirona Białoszewskiego. Własną książkę wspomnieniową Wolność w łupinie orzecha wydała w 2020 r.

17 Olgierdowa - Małgorzata (Gosia) Wołyńska, z domu Witkowska (ur. 1943). W 1960 r. w domu Marcjanny Fornalskiej poznała Olgierda Wołyńskiego, którego rodzina przyjaźniła się z Fornalskimi w czasach moskiewskich. Przychodziła na pl. Dąbrowskiego na korepetycje z rosyjskiego. Tam poznała Mirona Białoszewskiego. W 1966 r. wyszła za mąż za Olgierda Wołyńskiego. Podobnie jak Klewin, przepisywała na maszynie Pamiętnik z powstania warszawskiego. Często organizowała wtorkowe spotkania z Mironem w mieszkaniu na ul. Poznańskiej. Pomagała Białoszewskiemu urządzić się w nowym mieszkaniu na Lizbońskiej. Była jedną z inicjatorek założenia Fundacji im. Mirona Białoszewskiego. Dzięki tej fundacji wmurowano tablice pamiątkowe na wszystkich domach, w których Białoszewski mieszkał po wojnie. Małgorzata Wołyńska była też współorganizatorką "Mironaliów" na ul. Tarczyńskiej. Jej starania doprowadziły do postawienia nagrobka Mirona Białoszewskiego na warszawskich Powązkach, zaprojektowanego przez Barbarę Zbrożynę.

18 Zofia Trzcińska-Kamińska (1890-1977) - rzeźbiarka, medalierka, autorka monumentalnych realizacji w kościołach oraz pomników (m.in. Kościuszki w Poznaniu, 1930).

19 Zofia z Konopnickich Mickiewiczowa (I voto Królikowska, 1866-1956) mieszkała do śmierci w dworku Marii Konopnickiej w Żarnowcu.

20 Jadwiga Stańczakowa, z domu Strancman (1919-1996) - matka Anny Sobolewskiej, żony Tadeusza Sobolewskiego. Dziennikarka, pisarka. Absolwentka przedwojennej Akademii Nauk Politycznych. W 1940 r. została wyprowadzona wraz z rodzicami z getta warszawskiego przez Zdzisława Stańczaka, swego przyszłego męża. Po wojnie pracowała jako dziennikarka w Gdańsku. Pod koniec lat 40. zaczęła tracić wzrok, kontynuowała jednak bogate życie zawodowe - była m.in. redaktorką brajlowskiej "Pochodni". W latach 70. przez zięcia i córkę poznała Mirona Białoszewskiego, który zainspirował ją do regularnej pracy literackiej i sprawił, że zaczęła pisać i publikować wiersze, krótkie prozy i dzienniki zawierające refleksje na temat życia osoby niewidomej. Prowadziła "sekretariat" poety, pomagała mu załatwiać praktyczne i urzędowe sprawy. W jej mieszkaniu na ul. Hożej Białoszewski znajdował azyl o każdej porze dnia i nocy, tam też nagrywał na taśmę magnetofonową swoje utwory. Na temat ich przyjaźni reżyser Andrzej Barański zrealizował w 2006 r. film fabularny Parę osób, mały czas, oparty na Dzienniku we dwoje (zob. przyp. 131). Stańczakową zagrała Krystyna Janda.

21 Paulina Lewin - polonistka i slawistka, pracująca w Instytucie Badań Literackich PAN, a po wyjeździe z Polski - na uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, m.in. lektorka na Harvardzie.

22 Misiek z Holandii, Misio Holender - Henk Proeme (ur. 1933), holenderski slawista pracujący w latach 1965-1995 na uniwersytecie w Lejdzie. Po roku 1960 kilkakrotnie przebywał w Polsce na stypendium naukowym. Od 1963 r. przyjaciel Leszka Solińskiego, a od 2003 jego małżonek. Prawny spadkobierca, po śmierci Le. So., twórczości Białoszewskiego.

23 Jadwiga Stańczakowa była zaprzyjaźniona z poetą Władysławem Broniewskim (1897-1962). Poznała go przed wojną. Odnowili znajomość w drugiej połowie lat 50., byli w kontakcie do końca jego życia. Stańczakowa pisze o tym w tekście Wspomnienie przyjaźni (tom Ślepak).

24 W latach 1946-1951 Miron Białoszewski pracował w dziennikach "Wieczór Warszawy" i "Kurier Codzienny", a potem w tygodniku "Świat Młodych".

25 Wielu przyjaciół miało za złe Białoszewskiemu, że opuścił mieszkanie na pl. Dąbrowskiego i przeniósł się za Wisłę (dokumentują to wiersze z tomu Odczepić się i inne pisane po przeprowadzce, publikowane w ukazujących się w drugiej połowie lat 70. wyborach poezji, oraz Chamowo).

26 Julian Kiełkiewicz - jeden ze społecznych przewodników Jadwigi Stańczakowej. Występował w prozie Białoszewskiego jako "pan Julian" albo "pan Ursyn". Pisywał wiersze okolicznościowe i często mówił do rymu.

27 Anna Guzej - pochodząca z Kresów gosposia Jadwigi Stańczakowej (w jej tekstach występuje jako pani Hela - m.in. w opowiadaniu Troje samotnych rencistów w tomie Przejścia).

28 Dziadek - Franciszek Kotarbiński (właśc. Adolf Strancman, 1880-1976), ojciec Jadwigi Stańczakowej, przed wojną przedstawiciel handlowy firmy kapeluszniczej Habig i firmy papierniczej Finnpap. Po wojnie pracował w jednej z central handlu zagranicznego. Na starość powoli tracił słuch.

29 Anna Sobolewska - córka Jadwigi Stańczakowej. Ukończyła anglistykę. Krytyczka literacka i historyczka literatury polskiej, profesor, pracownica IBL PAN i Uniwersytetu im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Opublikowała m.in. książki: Mistyka dnia powszedniego (1992); Maksymalnie udana egzystencja. Szkice o życiu i twórczości Mirona Białoszewskiego (1997); Cela. Odpowiedź na zespół Downa (2002); Maski Pana Boga. Szkice o pisarzach i mistykach (2003); Mapy duchowe współczesności. Co nam zostało z Nowej Ery? (2009).

30 Anula - Anna Żurowska, anglistka, tłumaczka, nauczycielka angielskiego, joginka.

31 Trawestacja cytatu z Ewangelii św. Mateusza 7, 9.

32 Tadzio - Tadeusz Sobolewski, mąż Anny Sobolewskiej, zięć Jadwigi Stańczakowej. Absolwent polonistyki, krytyk filmowy i literacki, eseista. W połowie lat 70. debiutował w tygodnikach "Film" i "Literatura". Od 1981 r. pisywał w "Tygodniku Powszechnym". Był redaktorem naczelnym "Kina" (1990-1994). Wiele lat przepracował w "Gazecie Wyborczej", gdzie publikuje recenzje filmowe i literackie oraz eseje i teksty publicystyczne. Wydał dziennik stanu wojennego Stare grzechy (1988), Dziecko Peerelu. Esej-dziennik (2000), opowiadania Malowanie na Targowej (2003), Za duży blask. O kinie współczesnym (2004), książkę o Białoszewskim Człowiek Miron (2012), zbiór felietonów Kino swoimi słowami (2012), Dziennik. Jeszcze jedno zdanie (2019). Współprowadził program telewizyjny "Kocham kino".

33 Siostra Matea - polonistka i dyrektorka Liceum Sióstr Niepokalanek w Szymanowie pod Warszawą. Ewa Berberyusz, a także Agnieszka Kostrzębska i Malina Gamdzyk były absolwentkami tej szkoły. Siostra Matea prowadziła później podobną szkołę z internatem w Wałbrzychu. Wizyta u niej na Dolnym Śląsku została opisana w Chamowie.

34 Berbera - Ewa Berberyusz (1929-2020), z wykształcenia anglistka; pisarka, dziennikarka, publicystka, należała m.in. do zespołu redakcyjnego warszawskiej "Kultury" (1974-1981) i "Literatury" (1977-1978), od 1980 r. współpracowała z "Tygodnikiem Powszechnym", od 1981 - z "Kulturą" paryską; autorka książek o Andersie i Giedroyciu.

35 Jan Józef Lipski (1926-1991) - historyk literatury, krytyk literacki, od 1955 r. kierownik Redakcji Klasyków Literatury Polskiej w PIW-ie. Jeden z założycieli Klubu Krzywego Koła, wyrzucony z PIW-u za odczyt w Klubie o ONR i Falandze Piaseckiego. Od 1961 r. pracował w IBL PAN. Działacz opozycyjny, współinicjator Listu 34, współzałożyciel Komitetu Obrony Robotników (1976), po 1989 - Polskiej Partii Socjalistycznej.

36 Marek Kowalski - kolega ze studiów polonistycznych młodych przyjaciół Białoszewskiego.

37 Jdowa - druga żona Andrzeja Wajdy, Zofia Żurowska, z domu Żuchowska, malarka i scenografka.

38 Chodzi o niedocenienie w książce Gracji Kerényi roli Heringa jako współautora programów Teatru na Tarczyńskiej i Teatru Osobnego.

39 Teatr Osobny (1955-1963), PIW, Warszawa 1971 (książka zawiera też dramaty z okresu Teatru na Tarczyńskiej). We wstępie Artur Sandauer, inicjator wydania tomu, niedostatecznie podkreślił współautorstwo Heringa w Osmędeuszach. Na okładce i stronie tytułowej było tylko nazwisko Białoszewskiego. Przed tekstami dramatów wydrukowano rodzaj dedykacji wyjaśniającej współautorstwo Ludwika Heringa i twórczy udział Ludmiły Murawskiej, a także tekst Od autora podpisany M.B. I dedykację, i autorską przedmowę napisał Ludwik Hering. Poeta wyjaśnił ostatecznie tę sprawę w napisanym także wspólnie z Heringiem liście do redakcji "Dialogu" (1977, nr 11).

40 Józef Czapski (1896-1993) - wybitny malarz z kręgu kapistów, pisarz, krytyk i teoretyk sztuki; więzień Kozielska i Starobielska, autor Wspomnień starobielskich i Na nieludzkiej ziemi. Przez całe powojenne życie, które spędził we Francji, aktywnie działając w środowisku "Kultury" i mieszkając w Maisons-Laffitte, korespondował z Heringiem.

41 Maria Czapska (1894-1981) - doktor filozofii, prozaiczka, eseistka, publicystka, w czasie okupacji działaczka organizacji "Żegota", pomagającej Żydom, po wojnie należała do środowiska paryskiej "Kultury". Autorka m.in. książek: La vie de Mickiewicz (1931), Ludwika Śniadecka (1938) i Szkice mickiewiczowskie (1963), Gwiazda Dawida. Dzieje jednej rodziny (1975), a także książki wspomnieniowej Europa w rodzinie (1970).

42 Hering posługiwał się Biblią Gdańską.

43 Pola Negri, Pamiętnik gwiazdy, przeł. Tadeusz Evert, Warszawa 1976.

44 Por. 2 Krl 2, 23-24.

45 Por. Ez 1, 4-28.

46 Bóg w Księdze Ezechiela grozi zesłaniem okrutnych kar za grzechy Jerozolimy - niewierność i nierząd uprawiany z obcymi. Oba cytaty w tekście pochodzą z Biblii Gdańskiej.

47 Konstancin, czwarta, ostatnia część Zawału, został wyłączony przez autora z wydania tej książki. Ukazał się pośmiertnie.

48 Plac Defilad.

49 Pałac Chodkiewiczów, po wojnie siedziba Izby Rzemieślniczej, z wielkim dziedzińcem od strony Podwala. Spędzone w gruzach tego budynku dni opisał Białoszewski w Pamiętniku z powstania warszawskiego.

50 Swen - Stanisław Czachorowski, ps. Swen (1920-1994), poeta, prozaik, aktor. W latach 1942-1944 prowadził konspiracyjny teatr, w który występował Białoszewski. Po wojnie był związany z grupą teatralną Juliusza Osterwy. Jest jednym z bohaterów Pamiętnika z powstania warszawskiego. W latach 1947-1955 w jego mieszkaniu w Kobyłce pod Warszawą zbierała się grupa młodych twórców, do której należał Białoszewski. W tym czasie Swen i Miron byli jeszcze pod swoim wzajemnym wpływem, później ich drogi się rozeszły. Pierwszą książkę poetycką Ani litera, ani ja Czachorowski wydał w 1958 r. Rozgłos zdobył jego tom prozy Pejzaż Gnojnej Góry (1968).

51 Matka poety, Kazimiera z Perskich Białoszewska-Piekutowa (1901-1980), od końca lat 40. mieszkała z drugim mężem, Antonim Piekutem, w Garwolinie.

52 Garwolin słynął z wyrobów skórzanych i kożuszniczych.

53 Ton - glinka kredowa, główny składnik farb klejowych do malowania wnętrz i podstawowy towar w ówczesnych sklepach z farbami.

54 Sabina z Białoszewskich Jurgielewiczowa - ciotka Mirona Białoszewskiego, młodsza siostra jego ojca.

55 Olemka (Limpcia) - Olimpia, kuzynka matki Mirona Białoszewskiego. Jej nazwiska nie udało się ustalić.

56 Nanka - Irena z Białoszewskich Kowalczykowa, ukochana ciotka Mirona Białoszewskiego.

57 Babka Frania - Franciszka z Perskich, siostra ojca Kazimiery Białoszewskiej-Piekutowej, matka Olemki, praczka, dozorczyni domu przy ul. Bielańskiej 16, mieszkająca w oficynie tej kamienicy, w suterenie. Tam podczas powstania odnalazł ją i jej rodzinę Miron Białoszewski (por. Pamiętnik z powstania warszawskiego).

58 Michał Kowalczyk - mąż Nanki, alkoholik i awanturnik, wielokrotnie wspominany w prozie Białoszewskiego, m.in. w opowiadaniu Nanka.

59 "My, to znaczy moi rodzice, Sabina, Nanka z Michałem, dziadek i ja, mieszkaliśmy w pokoju z kuchnią na samym końcu lewego korytarza na czwartym piętrze" (Leszno 99, cykl Stare życie w tomie Rozkurz).

60 Grzegorzewice - wieś w powiecie grójeckim.

61 Czesław - prawdopodobnie przedwojenny i okupacyjny partner życiowy Sabiny Jurgielewiczowej, wspominany m.in. w Pamiętniku z powstania warszawskiego.

62 Przemysław Brykalski (1929-1995) - malarz, uczestnik przełomowej wystawy młodej plastyki w warszawskim Arsenale w 1955 r. Komentator sztuki i kultury współczesnej, redaktor i autor tekstów w drugoobiegowym piśmie "Szkice". Pozostawił zapiski z lat 1979-1984, poświęcone sztuce, opublikowane pośmiertnie pod tytułem Światło i mrok w czasopiśmie "Pokaz" (1996, nr 2). Był też rysownikiem, fotografikiem, projektantem, autorem fresków o tematyce religijnej. Poznali się z Białoszewskim przez Teresę Chabowską. Łączyły ich upodobania muzyczne. Teresa Chabowska-Brykalska (1928-1994) - filozofka, dziennikarka. Poznała Mirona w roku 1947 przez swego pierwszego męża Bogusława Choińskiego.

63 Justyna Sobolewska (ur. 1972) - córka Anny i Tadeusza Sobolewskich. Ukończyła polonistykę. Krytyczka literacka. Pracuje w redakcji "Polityki", jest m.in. autorką Książki o czytaniu (2016) oraz biografii Miron, Ilia, Kornel. Opowieść biograficzna o Kornelu Filipowiczu (2020).

64 Escy - tak Białoszewski nazywał w swoich utworach Annę i Tadeusza Sobolewskich.

65 Zdzisław Stańczak (1914-1997) - ojciec Anny Sobolewskiej, dziennikarz pracujący w Polskim Radiu. Działacz m.in. Towarzystwa Kultury Moralnej.

66 VII Zjazd PZPR odbywał się w dniach 8-12 grudnia 1975 r.

67 W Chamowie zwana Wilnianką.

68 Ludmiłka - córka Olgierda i Małgorzaty Wołyńskich.

69 Powodzenia - opowiadanie z tomu Szumy, zlepy, ciągi. Chodzi o druk czasopiśmienniczy.

70 Na tym bazarku w niedziele działał pchli targ.

71 Chodzi zapewne o ociemniałego naczelnego redaktora pisma brajlowskiego "Pochodnia", Stanisława Madeja. Stańczakowa pisała o nim ciepło w opowiadaniu Zmysł wyobraźni (tom Ślepak).

72 Artur Sandauer (1913-1988) - filolog klasyczny, wpływowy krytyk literacki, teoretyk literatury, prozaik, tłumacz, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego. Propagator twórczości Witolda Gombrowicza i Brunona Schulza. Zwolennik awangardowości, w 1956 r. patronował debiutom poetów niepublikowanych w latach stalinowskich - wśród nich Białoszewskiego. Wiersze, które weszły do debiutanckich Obrotów rzeczy, zostały wyselekcjonowane przez Sandauera. Tylko dzięki jego interwencji ukazał się Rachunek zachciankowy (1958). W głośnym eseju Poezja rupieci (1966) Sandauer uznał poezję Mirona Białoszewskiego za "najwybitniejszą w powojennym dwudziestoleciu", nie doceniał natomiast jego późniejszej twórczości. Swojej krytycznej opinii dał wyraz także w ostatnim tekście o Białoszewskim - Podzwonne dla Białoszewskiego (w: Miron. Wspomnienia o poecie).

73 Dom rodzinny Agnieszki Kostrzębskiej na ul. Wspólnej, w pobliżu ul. Emilii Plater.

74 W mieszkaniu Ireny Prudil, koleżanki z tajnej polonistyki, zastał Białoszewskiego wybuch powstania (por. początek Pamiętnika z powstania warszawskiego oraz wspomnienie autorstwa tejże, Znałam kiedyś chłopca..., w: Miron. Wspomnienia o poecie).

75 Baśka Owa (lub ...owa) - Barbara Nalepowa (1931-1962). Białoszewski zaprzyjaźnił się z nią w szpitalu przeciwgruźliczym w Otwocku. Odwiedzał ją w domu rodzinnym pod Pionkami, towarzysząc ciężko chorej, leżącej Baśce do samej śmierci. Była utalentowana literacko, zapatrzona w Mirona. Poświęcił jej dwa opowiadania: Ujścia (tom Szumy, zlepy, ciągi) oraz Baśka w cyklu Dorzutki (tom Przepowiadanie sobie).

76 Kirkut - opowiadanie zamieszczone w tomie Szumy, zlepy, ciągi. Jadwiga Stańczakowa dostała w prezencie rękopis tego tekstu, będącego zapisem wędrówki z Ludwikiem Heringiem po cmentarzu żydowskim na ul. Okopowej.

77 Piaskowa - ulica na Powązkach, leżąca między Burakowską a Powązkowską. W tej okolicy mieszkała przed wojną rodzina Heringów.

78 Wybudowany w latach 30. XX w. nowoczesny Dworzec Główny, który znajdował się między Marszałkowską a Emilii Plater, został zburzony podczas powstania. Po wojnie długo obsługiwały pasażerów stare drewniane pawilony.

79 Ulica Syreny leży na Woli.

80 O ul. Karolkowej 59, róg Leszna, w tej samej dzielnicy. W 1950 r. 16-letnia Ludmiła Murawska otrzymała przydział na mieszkanie w tym domu oraz stypendium artystyczne ministra kultury i sztuki. W pokoju z kuchnią zamieszkała pięcioosobowa rodzina: Ludmiła, jej matka - Ludwika, babka Heringowa, wuj Ludwik i jego siostra, a ciotka Ludmiły - Lucyna.

81 Bronisława Solińska z Packów (1888-1960).

82 Siostra Leszka Solińskiego, Jadwiga z Solińskich Kubacka.

83 Marceli Soliński (1885-po 1945) - rolnik i nafciarz, pracował przed wojną przy wydobywaniu ropy naftowej w okolicach Krosna i w Borysławiu.

84 Oluta, zwana też w niektórych utworach Białoszewskiego Teresą amerykańską - Teresa Mellerowicz-Gella (1927-2019), malarka i graficzka z pokolenia "Arsenału", od 1967 r. przebywająca w USA, wykładowczyni amerykańskich uczelni, semiolożka, zajmująca się pograniczem filozofii, literatury i sztuki. Białoszewski odwiedził ją w Buffalo (por. AAAmeryka w tomie Obmapywanie Europy. AAAmeryka. Ostatnie wiersze).

85 Henryk Stażewski (1894-1988) - malarz, grafik, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli abstrakcji geometrycznej, aktywny członek pierwszych polskich awangardowych grup plastycznych Blok i Praesens.

86 Mewa - Maria Ewa Łunkiewicz-Rogoyska (1895-1967), malarka, postkubistka i abstrakcjonistka.

87 Jan Rogoyski - mąż Marii Ewy Łunkiewicz. Mieszkali razem z Henrykiem Stażewskim w pracowni na ostatnim piętrze bloku przy al. Świerczewskiego (teraz "Solidarności") 64. Od 1969 r. Stażewski dzielił pracownię z Edwardem Krasińskim. Obecnie mieści się tam Instytut Awangardy.

88 Winniccy - Wanda Paklikowska-Winnicka (1914-2001), malarka uprawiająca sztukę o charakterze ekspresyjnym, profesorka warszawskiej ASP; Aleksander Winnicki de Radziewicz (1911-2002), malarz, grafik, członek Grupy Krakowskiej i Grupy Realistów.

89 Jan Lebenstein (1930-1999) - malarz, grafik; od 1955 r. twórca półabstrakcyjnych kompozycji. Od 1959 r. mieszkał we Francji. Zmienił styl, malował ekspresyjne, brutalne, obsesyjne, bogate fakturowo, fantastyczne postaci ludzko-zwierzęce.

90 Joanna Guze (1917-2009) - tłumaczka literatury francuskiej, historyczka i krytyczka sztuki, pisarka, popularyzatorka malarstwa.

91 Jerzy Ficowski (1924-2006) - poeta, badacz folkloru Romów, znawca twórczości malarskiej Witolda Wojtkiewicza i literacko-graficznej Brunona Schulza. Działacz opozycyjny. Razem z Białoszewskim i Czachorowskim należał przez pewien czas - na przełomie lat 40. i 50. - do Grupy Kobyłka (byli w niej też m.in. Jerzy Grygolunas i Bogusław Choiński), skupiającej młodych poetów przed debiutem. Spotykali się w miejscowości Kobyłka pod Warszawą, gdzie wtedy mieszkał Czachorowski, a także Jerzy Grygolunas z ówczesną żoną Ireną Prudil. W Kobyłce zaczęły się pierwsze rozmowy na temat własnego teatru.

92 Irena Grygolunas-Buczek, z domu Prudil (1925-2005) - zaprzyjaźniła się z Białoszewskim na tajnej polonistyce podczas okupacji; dziennikarka, w czasach studenckich i nieco później grywała w teatrach amatorskich, m.in. w Teatrze Akademickim Bratniej Pomocy, deklamowała wiersze na uniwersyteckich wieczorach poezji, pracowała także w pisemku studenckim "Akademik" (gdzie wydrukowano po raz pierwszy Jerozolimę Białoszewskiego), potem w "Odrodzeniu".

93 Hania O. - chodzi zapewne o malarkę Annę Orzechowską, uczennicę Władysława Strzemińskiego.

94 Władysław Strzemiński (1883-1951) - malarz, czołowy teoretyk polskiej awangardy, współzałożyciel grup Blok i Praesens, mistyczny abstrakcjonista, usunięty w 1950 r. z Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi za nierespektowanie zasad socrealizmu.

95 Lech Emfazy Stefański (1928-2010) - utalentowany w wielu dziedzinach: chemik, plastyk, dramaturg, reżyser, aktor; pomysłodawca i współtwórca Teatru na Tarczyńskiej; znawca parapsychologii i zjawisk paranormalnych, działacz Towarzystwa Psychotronicznego; tłumacz, dziennikarz. W jego mieszkaniu (Tarczyńska 11 m. 33), na czwartym piętrze starej kamienicy, w latach 1955-1956 odbywały się słynne przedstawienia. Grano, poza sztukami jego oraz Białoszewskiego i Heringa, także teksty Bogusława Choińskiego. W 1957 r. teatr dawał spektakle w klubie "Hybrydy".

96 Sztuka rzeczywiście nigdy nie była grana. Tekst najprawdopodobniej zaginął.

97 Irena Eichlerówna (1908-1990) - aktorka warszawska, grała główne role w najwybitniejszych sztukach klasycznych i współczesnych. Odznaczała się głosem o niepowtarzalnej intonacji i niezwykle silnej ekspresji. Bywała w Teatrze na Tarczyńskiej.

98 Lew Kaltenbergh (1910-1989) - pisarz, tłumacz, krytyk teatralny.

99 Bogusław Choiński (1925-1976) - poeta, autor tekstów piosenek i dramatów, scenarzysta, malarz. Wraz z Janem Gałkowskim napisał teksty wielu szlagierowych piosenek (m.in. Alabama, Na Francuskiej, Pod papugami, W siną dal) oraz dwóch musicali wystawianych w klubie Stodoła: Król Ubu - fantazja skandaliczna na temat Alfreda Jarry'ego, z muzyką Stanisława Prószyńskiego, oraz Album Chagalla. W Teatrze na Tarczyńskiej w 1956 r. grane były trzy sztuki Choińskiego: Ściana, Legenda o Czerwonej Bramie i Kolacja.

100 Rysia - Maria Fabicka-Choińska, druga żona Choińskiego, grała w Teatrze na Tarczyńskiej. W 1958 r., na zamknięcie działalności teatru, wystawiła tam własną sztukę Model jest bestią (por. jej tekst Tarczyńska 11, w: Miron. Wspomnienia o poecie).

101 Stanisław Prószyński (1926-1997) - kompozytor, pedagog, publicysta muzyczny. Komponował symfonie, koncerty, pieśni, poematy, utwory chóralne, dramaty muzyczne. W Teatrze na Tarczyńskiej był autorem oprawy muzycznej.

102 Na skutek podziału wielkich lokali w starych kamienicach na "kołchozowe" klitki niektóre z powstałych w ten sposób mieszkań nie miały toalety ani wody i zlewu. Ustęp był na podwórku, klucz udostępniał dozorca. O powojennym życiu w takim domu naprzeciwko hotelu Polonia pisał Białoszewski m.in. w opowiadaniach Poznańska, Jeszcze Poznańska i Klucz (tom Szumy, zlepy, ciągi).

103 Mosiężny kran wykręcano w obawie przed kradzieżą.

104 "Hybrydy" - klub studentów Uniwersytetu Warszawskiego, mieszczący się w dawnym domu J.I. Kraszewskiego (nazwa klubu pochodziła od tytułu jednego z utworów tego powieściopisarza) - przejściowa siedziba Teatru na Tarczyńskiej. Tu w 1957 r. miał premierę trzeci program, złożony ze sztuk: Żmud, Stworzenie świata, Osmędeusze.

105 Mowa o półabstrakcyjnych kompozycjach Lebensteina z cyklu Figury osiowe.

106 Artur Nacht-Samborski (1898-1974) - malarz, pedagog, profesor warszawskiej ASP.

107 Adam K., partner Białoszewskiego od początku lat 60. Ich związek trwał pięć lat. Jest jednym z bohaterów dziennikowierszy w tomie Było i było. Jak wspominała Teresa Chabowska-Brykalska, był "piękny jak marzenie, a pijący jak smok". K. pracował jako nauczyciel. Prawdopodobnie cierpiał na depresję. Kilkakrotnie podejmował próby samobójcze (jedna z nich została opisana w opowiadaniu Efekty, tom Szumy, zlepy, ciągi). Zmarł w 1966 r. we Wrocławiu, w domu swojej matki, po zażyciu proszków nasennych i otworzeniu gazu, w wieku 29 lat. Białoszewski dowiedział się o tym dopiero po roku. Poświęcił "pamięci A.K." napisany w 1970 r. poemat miłosny Sen (zamknął nim tom Wiersze, Biblioteka Poetów, PIW, Warszawa 1976).

108 Przedsiębiorstwo Państwowe Desa (od: Dzieła Sztuki i Antyki) utworzone w 1950 r. Późniejszy Dom Aukcyjny.

109 Stanisław Kochanek (1905-1995) - znajomy Leszka Solińskiego, malarz i rzeźbiarz realista, działacz kulturalny z Krosna na Podkarpaciu. Pomnik Mikołaja Kopernika jego dłuta stoi w centrum tego miasta. Wystawiał z grupą artystyczną Zachęta.

110 Koronkarz ze wsi Bobowa w powiecie gorlickim, znanej z wyrobu koronek klockowych, znajomy Solińskiego, jest bohaterem wiersza w tomie Było i było.

111 Dom Dziennikarza, siedziba Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

112 Jaszcz - Jan Alfred Szczepański (1902-1991), alpinista, literat, krytyk teatralny i filmowy, publikował swoje teksty w "Trybunie Ludu".

113 Jerzy Waldorff (właśc. Waldorff-Preyss, 1910-1999) - pisarz, publicysta, felietonista, krytyk muzyczny, współinicjator utworzenia Muzeum Szymanowskiego w Zakopanem, a także akcji odnowy zabytków cmentarza Powązkowskiego. Po 1956 r. propagował nowe nurty w muzyce.

114 Wanda Wiłkomirska (1929-2018) - wybitna skrzypaczka, laureatka Konkursu im. Wieniawskiego w 1952 r., koncertowała na całym świecie. Od lat 80. mieszkała za granicą.

115 Leonia Martyna Gradstein (1894-1985) - sekretarka Karola Szymanowskiego od 1931 r., razem z Jerzym Waldorffem napisała o nim książkę pt. Gorzka sława (1960).

116 Czajka - Izabela Czajka-Stachowicz (1893-1969), pierwsza żona Aleksandra Hertza, historyczka sztuki, poetka, prozaiczka, autorka wspomnień, postać opisywana w literaturze międzywojennej, pierwowzór Heli Bertz z Nienasycenia Witkacego i panny Leopard ze Wspólnego pokoju Zbigniewa Uniłowskiego.

117 Anna Weronika (Hanka) Bielicka (1915-2006) - aktorka teatralna, filmowa i estradowa, znana głównie jako wykonawczyni kabaretowych monologów.

118 Jerzy Duszyński (1917-1978) - aktor, głównie filmowy. Hanka Bielicka była jego pierwszą żoną.

119 Chodzi zapewne o Wydział Kultury KC PZPR w Domu Partii.

120 Włodzimierz Sokorski (1908-1999) - działacz partyjny, współorganizator w 1943 r. Związku Patriotów Polskich w ZSRR, pisarz, dziennikarz, minister kultury i sztuki w latach 1952-1956, głosiciel socrealizmu. Po "odwilży" próbował ratować swoją pozycję, lansując awangardę. Od 1956 r. długoletni prezes Komitetu do spraw Radia i Telewizji.

121 Nagroda Ministerstwa Kultury i Sztuki za działania teatralne.

122 Rada Kultury - powołane na fali "odwilży" środowiskowe przedstawicielstwo przy Ministerstwie Kultury.

123 Użytkowany przez Ministerstwo Kultury pałac Prymasowski.

124 Bolesław Bierut (ur. 1892), pierwszy sekretarz PZPR, zmarł w marcu 1956 r. w Moskwie, podczas XX Zjazdu KPZR, na którym Chruszczow ujawnił zbrodnie stalinowskie.

125 Debiutancki tomik Jerzego Harasymowicza (1933-1999) Cuda (1956).

126 Szczęście. Kabaret na krzesło i głos, z programu pierwszego Teatru na Tarczyńskiej.

127 Chodzi zapewne o trzyczęściowe Frywole, opublikowane w Szumach, zlepach, ciągach.

128 Z Mikołowa, od Pawła Targiela (1945-2009) - filozofa, poety, aktora eksperymentalnego teatru "Azotów" w Puławach, później dyrektora Instytutu Mikołowskiego im. Rafała Wojaczka.

129 Stanisław Barańczak (1946-2014) - poeta, eseista, jeden z najważniejszych twórców poetyckiej Nowej Fali lat 70., wybitny tłumacz. Doktoryzował się rozprawą Język poetycki Mirona Białoszewskiego (1974). Członek założyciel KOR, usunięty w 1977 r. z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, od 1981 przebywał w USA, gdzie był wykładowcą Uniwersytetu Harvarda.

130 Tadeusz Nowak (1930-1991) - poeta i prozaik, przedstawiciel nurtu wiejskiego, autor m.in. Psalmów (1971) i powieści A jak królem, a jak katem będziesz (1968).

131 Dziennik Jadwigi Stańczakowej, pisany w latach 1975-1978. Poeta na bieżąco czytał go i poprawiał. Te zapiski zostały opublikowane jako Dziennik we dwoje (t. 1 - 1992, t. 2 -1994).

132 Por. Dziennik we dwoje, t. 1, s. 124.

133 W 1962 r.

134 Cymi Austriaczka - Irmtraud Zimmermann-Gölheim, zwana Zimmie (1940-1982), slawistka austriacka, tłumaczka. Pochodziła z rodziny zdeklarowanych nazistów, sama miała poglądy zdecydowanie lewicowe. W latach 60. przebywała w Warszawie na rocznym stypendium Uniwersytetu Warszawskiego. Przekładała literaturę polską i rosyjską na niemiecki. Tłumaczyła m.in. książki Stanisława Lema i Stanisława Ignacego Witkiewicza. Była także malarką, uczennicą ekspresjonisty Oskara Kokoschki w Letniej Akademii Sztuk Pięknych w Salzburgu. Zaprzyjaźniona z Białoszewskim, pojawiła się jako bohaterka wierszy w tomie Było i było oraz opowiadań w Donosach rzeczywistości.

135 To znaczy o północy.

136 Stacha - Stanisława Goławska, polonistka, przyjaciółka, lektorka i przewodniczka Jadwigi Stańczakowej w latach 70. i 80. Mieszkała na Poznańskiej.

137 Mickiewicz Mieczysława Jastruna (1903-1983) - beletryzowana biografia poety, pierwsze wydanie ukazało się w 1949 r.

138 Krystyna Milewska (1926-1993) - do 1986 r. kierowniczka Redakcji Polskiej Literatury Współczesnej w PIW-ie. Redaktorka książek Mirona Białoszewskiego od debiutu po Szumy, zlepy, ciągi. Chodzi tu o poprawki do tej właśnie książki.

139 Marianna Sokołowska została następną po Milewskiej redaktorką książek Białoszewskiego w PIW-ie. Zajmuje się nimi do dziś. Opracowała m.in. kilkunastotomowe wydanie Utworów zebranych. Trzecie wydanie Pamiętnika z powstania warszawskiego, o którym tu mowa, to ostatnia czytana przez autora edycja tej książki. Baśniowe białe bzy w styczniu były podziękowaniem za sprostowanie autorstwa przekładu śpiewanych w Kościele katolickim psalmów. To nie Jan Kochanowski jest ich tłumaczem, jak pisał Białoszewski w Pamiętniku..., ale Franciszek Karpiński, najwybitniejszy polski poeta sentymentalny, twórca śpiewnika pieśni nabożnych przeznaczonych dla ludu. Sprawa tej pomyłki została później opisana w wierszu Sprostowanie (tom Odczepić się).

140 Maria (Maruta) Stobiecka (1913-1978) - pierwowzór bohaterki Teatrzyku "Zielona Gęś", poetka ze Lwowa. To z nią wrócił Gałczyński do Polski w 1946 r. z powojennej tułaczki po Europie. Była też pierwowzorem bohaterek wierszy pisanych przez tego poetę w Brukseli (m.in. Saskii z wiersza Moją ojczyzną jest muzyka).