Utwory wybrane. Tom 6. Utwory sceniczne - Anton Pawłowicz Czechow

Kup ebooka

84.00 zł
69.72 zł (68,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ŁABĘDZI ŚPIEW (KALCHAS)

szkic dramatyczny w jednej odsłonie

(1887)

OSOBY:

WASILIJ SWIETŁOWIDOW, stary, 68-letni komik

NIKITA, stary sufler

Rzecz dzieje się w prowincjonalnym teatrze, w nocy, po przedstawieniu; pusta scena drugorzędnego teatru na prowincji; na prawo szereg niemalowanych, byle jak zbitych drzwi, prowadzących do garderób; lewa strona i głąb sceny zawalone gratami; pośrodku sceny przewrócony taboret; noc; ciemno.

I

Swietłowidow w kostiumie Kalchasa1, ze świecą w ręku, wychodzi z garderoby i śmieje się głośno.

SWIETŁOWIDOW To ci kawał! To ci historia! Zasnąć w garderobie! Przedstawienie dawno się już skończyło, wszyscy wyszli z teatru, a ja sobie najspokojniej w świecie drzemkę uciąłem. Ach, ty stary pryku, stary pryku! Dziadu stary! Tak się uchlałeś, widać, żeś zasnął na siedząco! Morowo! To ci się chwali, kochasiu! (woła) Jegorka! Jegorka, do licha! Pietrusza! Zasnęli, cholery, bodaj ich pokręciło, bodajby z piekła nie wyjrzeli! Jegorka! (podnosi taboret, siada na nim i stawia świecę na podłodze) Nic nie słychać... Tylko echo odpowiada... Jegorka i Pietruszka dostali dzisiaj ode mnie za gorliwość po trzy ruble, a teraz ich ze świecą nie znajdziesz... Poszli sobie i pewno teatr zamknęli, szelmy! (kręci głową) Zalałem się! Uff! Boże wielki, ileż to ja dzisiaj z okazji benefisu wlałem w siebie tego piwska i wódy. W całym ciele czuję zgagę, a w ustach jakby pułk nocował... Świństwo... (chwila milczenia) To głupie... uchlał się stary bałwan, a sam nie wie, z jakiej racji... Uff, mój Boże!... I w krzyżu mnie łamie, i łeb trzeszczy, i dreszcze mam, a w sercu taki chłód i ciemność jak w piwnicy. Jeżeli ci zdrowia nie szkoda, to przynajmniej byś nad starością swoją się zlitował, stary pajacu. (chwila milczenia) Starość... Kręć się, jak chcesz, udawaj zucha i błaznuj, ale życie swoje już przeżyłeś... Sześćdziesiąty dziewiąty roczek już na karku, moje uszanowanie! Nie wróci się!... Wszystko już wypiłeś z butelki, zostało tylko troszkę na dnie... Same fusy... Tak to, tak... Takie to sprawy, Wasiusza... Chcąc nie chcąc, trzeba już zacząć uczyć się roli umrzyka. Śmierć matula już nie za górami... (patrzy przed siebie) Pracowałem jednak na scenie czterdzieści pięć lat, a teatr nocą widzę chyba po raz pierwszy... Tak, po raz pierwszy... Ależ to ciekawe, niech to kaci... (podchodzi do rampy) Nic nie widać... No, budkę suflera troszkę widać i tę oto lożę w proscenium, pulpit, a dalej ciemność! Czarna, bezdenna przepaść. Jak grób, gdzie czai się śmierć we własnej osobie... Brr!... Zimno wieje z sali jak z komina... Oto najodpowiedniejsze miejsce do wywoływania duchów! Strach bierze, niech to diabli... Ciarki mnie przechodzą... (woła) Jegorka! Pietrusza! Gdzieście wy, diabły? Boże mój, po cóż ja tu wspominam nieczyste imię? Ach, na miły Bóg, porzuć, Wasiusza, już te słowa, porzuć pijaństwo, toćżeś już stary, czas umierać... W twoim wieku - sześćdziesiąt osiem lat - ludzie na jutrznię chodzą, do śmierci się gotują, a ty... O Boże!... Brudne słowa, pijacka morda, ten błazeński strój... Po prostu patrzeć się nie chce! Pójdę się ubrać czym prędzej... Strach bierze! Przecież gdyby tu tak całą noc przesiedzieć, to można by umrzeć ze strachu...

(kieruje się do swojej garderoby; w tej chwili z najdalszej garderoby w głębi sceny wychodzi Nikita w białym szlafroku)

II

SWIETŁOWIDOW (ujrzawszy Nikitę, wydaje okrzyk grozy i cofa się) Ktoś ty taki? Po co? Po kogo? (tupie nogami) Ktoś ty?

NIKITA To ja, proszę pana!

SWIETŁOWIDOW Ktoś ty?

NIKITA (z wolna podchodzi do niego) To ja... sufler, Nikita... panie Wasiliju, to ja!...

SWIETŁOWIDOW (opada bezsilnie na taboret, dyszy ciężko i drży na całym ciele) Mój Boże! Kto to? To ty... ty, Nikituszka? Po... po coś ty tu?

NIKITA Ja tu nocuję w garderobach. Tylko niech pan z łaski swojej nie mówi panu Aleksemu... Nie mam gdzie nocować, jak Boga kocham...

SWIETŁOWIDOW Ty, Nikituszka... Mój Boże, mój Boże! Wywoływano mnie szesnaście razy, ofiarowano trzy wieńce i moc prezentów... Wszyscy byli zachwyceni, ale nikt nie obudził starego pijaka i nie odwiózł go do domu... Stary jestem, Nikituszka... Mam sześćdziesiąt osiem lat... Chory jestem! Omdlewa słaby duch mój... (przypada do ramienia suflera i płacze) Nie odchodź, Nikituszka... Stary jestem, bezsilny, umierać trzeba. Straszno, straszno!

NIKITA (z czułością i szacunkiem) Czas by panu do domu, panie Wasiliju!

SWIETŁOWIDOW Nie pójdę! Ja nie mam domu - nie mam, nie mam, nie mam!

NIKITA Boże! Już pan zapomniał nawet, gdzie pan mieszka!

SWIETŁOWIDOW Nie chcę tam iść! Nie chcę! Tam jestem samotny... Nikogo nie mam, Nikituszka, ani krewnych, ani żony, ani dzieci... Sam, jak ten wiatr w polu... Jak mi się zemrze, to nie będzie komu mnie wspominać... Straszno mi samemu... Nie ma komu mnie ogrzać, przytulić, do łóżka położyć, kiedym pijany... Czyj ja jestem? Komu jestem potrzebny? Kto mnie kocha? Nikt mnie nie kocha, Nikituszka!

NIKITA (przez łzy) Publiczność pana kocha, panie Wasiliju!

SWIETŁOWIDOW Publiczność odeszła, śpi i zapomniała o swoim trefnisiu! Nie, nie jestem nikomu potrzebny, nikt mnie nie kocha... Nie mam ani żony, ani dzieci...

NIKITA Jest też czego żałować!...

SWIETŁOWIDOW Toć ja człowiek jestem, żywy człowiek, mam w żyłach krew, a nie wodę. Szlachcic jestem, Nikituszka, z dobrej rodziny... Zanim się dostałem do tej dziury, służyłem w wojsku, w artylerii... Jakiż zuch był ze mnie, jaki piękny, uczciwy, odważny, gorący chłopak! Boże, gdzie się to wszystko podziało, gdzież one, tamte czasy? A jakim ja potem aktorem byłem, Nikituszka, co? (wstaje i opiera się o ramię suflera) Gdzie się to wszystko podziało, gdzież one, tamte czasy? Mój Boże! Spojrzałem teraz w tę przepaść - i wszystko sobie przypomniałem, wszystko! Zjadła mi ta przepaść czterdzieści pięć lat życia, i to jakiego życia, Nikituszka! Patrzę tam teraz i widzę wszystko, aż do ostatniej kreseczki, tak jak twoją twarz widzę. Uniesienia młodości, wiara, zapał, miłość kobiet! Kobiety, Nikituszka!

NIKITA Czas by panu już spać, panie Wasiliju.

SWIETŁOWIDOW Kiedym był młodym aktorem, kiedy właśnie nabierałem rozpędu, pamiętam, jak mnie jedna kochała za moją grę... Wdzięczna, smukła jak topola, młoda, niewinna, czysta i płomienna jak letnia jutrzenka! Żadna noc nie ostałaby się przed spojrzeniem jej niebieskich oczu, przed jej cudnym uśmiechem. Fale morskie rozbijają się o głazy, ale o fale jej kędziorów rozbijały się skały, lodowce, śnieżne bryły! Pamiętam, stoję przed nią, jak teraz przed tobą... Była wówczas piękna jak nigdy, patrzyła na mnie tak, że nie zapomnę tego spojrzenia nawet w grobie... Pieszczota, aksamit, głębia, blask młodości! Upojony, szczęśliwy, padam przed nią na kolana, błagam o szczęście... (ciągnie zgaszonym głosem) A ona... ona mówi: niech pan rzuci scenę! Niech pan rzu-ci sce-nę!... Rozumiesz? Mogła kochać aktora, ale zostać jego żoną - nigdy! Pamiętam, grałem tego dnia... Rola była podła, błazeńska... Grałem i czułem, jak otwierają mi się oczy... Wówczas zrozumiałem, że żadnej świętej sztuki nie ma, że wszystko to brednie i mrzonki, żem niewolnik, igraszka cudzego próżniactwa, błazen, trefniś! Wtedy poznałem publiczność. Odtąd nie wierzyłem ani jej oklaskom, ani wieńcom, ani zachwytom... Tak, Nikituszka! Publiczność mnie oklaskuje, kupuje za ruble moje fotografie, ale jestem jej obcy, jestem dla niej błotem, niemal kokotą!... Przez próżność szuka znajomości ze mną, ale nie poniży się do tego, aby wydać za mnie swoją siostrę czy córkę... Nie wierzę jej! (opada na taboret) Nie wierzę!

NIKITA Jak pan wygląda, panie Wasiliju. Ale napędził mi pan strachu!... Chodźmy do domu, niechże pan się zlituje.

SWIETŁOWIDOW Przejrzałem wówczas... i drogo mnie to kosztowało, Nikituszka! Po tej przygodzie... po tej dziewczynie... zacząłem szwendać się bez sensu, żyć z dnia na dzień, nie patrząc przed siebie... Grałem błaznów, pajaców, wygłupiałem się, deprawowałem umysły. A przecież byłem takim artystą, miałem taki talent! Zagrzebałem talent, spodliłem się i zmanierowałem swój język, zatraciłem obraz i podobieństwo... Pochłonęła, pożarła mnie ta czarna przepaść! Nie czułem tego dawniej, ale dzisiaj... kiedym się ocknął, spojrzałem wstecz, a za mną sześćdziesiąt osiem lat. Dopiero teraz zobaczyłem starość! Pieśń skończona! (szlocha) Pieśń skończona.

NIKITA Panie Wasiliju! Drogi... No, proszę się uspokoić... Boże! (woła) Pietrusza! Jegorka!

SWIETŁOWIDOW Ale co za talent, co za siła! Nie możesz sobie wyobrazić, co za dykcja, ile uczucia i gracji, ile strun... (bije się w piersi) w tej piersi! Aż dech zapiera!... Posłuchaj, stary... chwileczkę, niech odetchnę... Ot, chociażby z Godunowa:

Groźnego cień mnie ongi usynowił,

Zza grobu mi Dymitra imię dał,

Wokoło mnie narody w bój sposobił,

Borysa na ofiarę dla mnie słał.

Jam jest carewicz. Dosyć! Wstyd mi dalej

Przed dumną Polką tak się upokarzać2.

Co, źle? (z ożywieniem) Poczekaj! Ot, na przykład z Króla Leara... Rozumiesz, czarne niebo, deszcz, grzmot - rrr!... błyskawica - żżż!... przeszywa całe niebo, a tu:

Dmijcie, wichrzyska, aż wam miechy pękną!

Dmijcie, wściekajcie się! Plujcie powodzią

Wy, katarakty, i wy, uragany,

Aż zatopicie wieże po szczyt kopuł!

Wy siarką tchnące, jak myśl chyże błyski,

Zwiastuny dębów druzgocących bełtów,

Osmalcie biały mój włos! A ty, gromie

Wszystko niszczący, spłaszcz twardy krąg świata,

Zgnieć wszelkie kształty przyrodzenia, zniwecz

Wszelkie zarody niewdzięcznej ludzkości!

(niecierpliwie) Prędzej, słowa błazna! (tupie nogami) Poddaj prędzej słowa błazna! Nie mam czasu!

NIKITA (grając rolę błazna) "O wujaszku, jałowcówka we dworze lepsza niż deszczówka na dworze. Kochany wujaszku, wejdź do izby i proś córki o błogosławieństwo. Jest to jedna z tych nocy, co ani nad mędrcem, ani nad głupcem nie mają litości!"

SWIETŁOWIDOW

Grzmijcie, pioruny! lej, dżdżu! pryskaj, ogniu!

Deszcz, wiatr, grom, ogień to nie moje córki.

Ja was, żywioły, nie winię o srogość:

Nic wam nie dałem, nie zwałem was dziećmi3.

Potęga! Talent! Artysta! Jeszcze coś... jeszcze coś takiego... Sięgnąć do mistrzów... Weźmy... (zanosi się od radosnego śmiechu) coś z Hamleta. No, zaczynam... Co by tu wybrać? A otóż to... (grając rolę Hamleta) "Otóż i gędźba. Pozwól no mi, bracie, swego fletu... (do Nikity) Dlaczego tak tropisz wkoło mnie, jak gdybyś mię chciał w lisią jamę zapędzić?"

NIKITA "O Panie; jeśli mię żarliwość uczyniła za śmiałym, przywiązanie moje słusznie możesz nazwać nieokrzesanym".

SWIETŁOWIDOW "Nie rozumiem tego dobrze. Zagraj no, proszę, na tym flecie".

NIKITA "Nie umiem, mości książę".

SWIETŁOWIDOW "Proszę cię!"

NIKITA "Nie umiem, doprawdy".

SWIETŁOWIDOW "Jak mnie kochasz".

NIKITA "Nie potrafię z niego wydobyć głosu, mości książę".

SWIETŁOWIDOW "To tak łatwo przecie, jak kłamać. Przebieraj po tych dziurkach palcami, włóż ten koniec w usta i zadmij, a wydobędziesz ton najwdzięczniejszy".

NIKITA "Nie znam się na tym".

SWIETŁOWIDOW "Patrzże teraz, za jakiego mnie masz bajbardzo. Chciałbyś grać na mnie, wmawiasz w siebie, że znasz mój mechanizm? Chciałbyś wyrwać ze mnie rdzeń mej tajemnicy, wycisnąć ze mnie całą skalę tonów, od najniższej nuty aż do dyszkantu; a w tym tu marnym instrumencie tyle jest głosu, tyle harmonii, jednakże nie możesz go skłonić do przemówienia. Cóż, u kata! Czy sądzisz, że na mnie łatwiej zagrać jak na flecie? Miej mnie za jaki chcesz instrument: przedąć, rozstroić mnie potrafisz, ale zagrać na mnie - nigdy!"4 (śmieje się głośno i klaszcze) Brawo! Bis! Brawo! Jakaż tam starość, u licha? Nie ma żadnej starości, wszystko to wierutne brednie! Siła tryska jak kaskada ze wszystkich żył - to młodość, świeżość, życie! Gdzie jest talent, Nikituszka, tam nie ma starości! Zwariowałem, Nikituszka? Oszalałem? Czekaj, pozwól mi odzyskać przytomność... O Panie Boże mój! A posłuchaj choćby, co to za tkliwość i co za subtelność, co to za muzyka! Pst!... Ciszej!

Noc ukraińska pełna ciszy

I czyste niebo, co migoce

Od gwiazd mnogości. We śnie dyszy

Powietrze. Ledwo liść dygoce

Srebrzystych topól...5

(słychać skrzyp otwieranych drzwi) Co to?

NIKITA Pewno przyszli Pietruszka z Jegorką... Talent... Panie Wasiliju! Talent!

SWIETŁOWIDOW (woła, zwracając się w stronę, skąd rozległ się hałas) Do mnie, sokoły! (do Nikity) Chodźmy się ubierać... Nie ma żadnej starości, wszystko bzdura i zawracanie głowy... (śmieje się wesoło) Czemu płaczesz? Mój ty głuptasku miły, czegoś się rozbeczał? Eech, nieładnie! To już nieładnie! No, no, stary, nie patrz tak na mnie! Po co tak patrzeć? No, no... (obejmuje go; przez łzy) Nie trzeba płakać... Gdzie sztuka, gdzie talent, tam nie ma ani starości, ani samotności, ani chorób, a nawet sama śmierć nie taka straszna... (płacze) Nie, Nikituszka, nasza pieśń skończona. Jakiż ze mnie talent? Wyciśnięta cytryna, chuchro, gwóźdź zardzewiały, a tyś stary szczur teatralny, sufler... Chodźmy! (idą) Jakiż ze mnie talent? W poważnych sztukach nadaję się tylko do świty Fortynbrasa... a i na to jestem już za stary... Tak... Pamiętasz to miejsce z Otella, Nikituszka?

...O, teraz

Bądź zdrów na zawsze, spokoju; bądź zdrowa,

Pogodo myśli! Wy w kity piór strojne,

I wy poważne, w pancerz kute hufce,

Co pychę w cnotę mienicie, o bądźcie,

Bądźcie mi zdrowe! Bądźcie i wy zdrowe,

Rżące rumaki, grzmiące trąby, kotły,

Ducha rzeźwiące wy rozgłośne flety,

Świetne proporce, z wszelkimi przybory

I z przepychami właściwymi wojnie6.

NIKITA Talent! Talent!

SWIETŁOWIDOW Albo to:

Precz z tego miasta! Nie wrócę! Skończone!

Z zamkniętymi oczyma za najdalszą metę,

W świat, gdzie swój kącik znajdzie serce znieważone!

Karetę, hej! Karetę!7

(wychodzi z Nikitą)

Kurtyna z wolna opada.

przełożył Artur Sandauer

NIEDŹWIEDŹ

żart sceniczny w jednej odsłonie

(1888)

OSOBY:

HELENA POPOWA, właścicielka ziemska; ciepła wdówka z dołeczkami na policzkach

GRIGORIJ SMIRNOW, ziemianin w średnim wieku

ŁUKA, stary lokaj Popowej

Bawialnia we dworze Popowej.

I

Popowa, w grubej żałobie, wpatrzona w fotografię, i Łuka.

ŁUKA Kto to widział, pani dziedziczko, tak sobie życie marnować? Pokojówka i kucharka poszły na jagody, wszelkie stworzenie się raduje, nawet kot - i ten ma swoją przyjemność, bo po podwórzu spaceruje i ptaszki łapie - a pani calutki dzień siedzi w domu jak w klasztorze: ani się rozerwie... Dalibóg! Zaraz rok mija, jak pani na świat nie wychodzi.

POPOWA I nie wyjdę nigdy... Bo i po co? Skończyło się moje życie. Mąż w grobie, ja zamknęłam się w czterech ścianach... Umarliśmy oboje...

ŁUKA Masz tobie! Słuchać się tego nie godzi, dalibóg. Że panu dziedzicowi się zmarło, no to wola Boża. Świeć Panie nad jego duszą... Porozpaczała pani - i swoje zrobiła. Wszystko dobre, jeżeli w miarę. Nie sposób całe życie płakać i żałobę nosić. I mnie swego czasu moja stara umarła. Ha, trudno... Popłakałem miesiąc, pomartwiłem się - i dość na tym. Bo żeby całe życie po niej lamentować, to przecież stara nie była tego warta. (wzdycha) Zapomniała pani o sąsiadach... Ani się sama do nikogo nie wybierze, ani u siebie nie przyjmie. Żyjemy tu, z przeproszeniem, jak pająki: świata bożego nie widzimy. Liberię myszy zjadły... No, bo nie mówię: gdybyśmy siedzieli na odludziu... Ale w okolicy pełno porządnych państwa... W Rybłowie pułk stoi - oficerowie istne cukierki: człowiek się napatrzyć nie może! W obozie wojskowym co piątek - bal, i orkiestra pułkowa bodaj dzień w dzień przygrywa... Paniusieczko moja! Taka młoda i piękna, krew z mlekiem - tylko żyć a używać! Bo uroda nie trwa wieki. Czas leci. Za dziesięć latek obejrzy się pani, zechce się nakokoszyć, pozawracać głowy panom oficerom - a będzie za późno.

POPOWA (tonem stanowczym) Proszę cię, Łuka, żebyś mi nigdy o takich rzeczach nie mówił. Wiesz dobrze, że od śmierci męża życie straciło dla mnie wszelką wartość. Myślisz, że ja żyję? Zdaje ci się, ale to tylko pozory. Przysięgłam, że do grobowej deski nie zdejmę żałoby i nie zobaczę świata... Słyszysz? Niechaj cień jego widzi, jak bardzo go kocham... Owszem, wiem - nie jest to dla ciebie tajemnicą, że bywał często względem mnie niesprawiedliwy, okrutny, nawet... nawet wiarołomny, ale ja będę mu wierna do śmierci i dam dowody swej miłości. Tam, za grobem, ujrzy mnie taką samą, jaką byłam za jego życia...

ŁUKA Zamiast mówić takie słowa, pospacerowałaby pani lepiej po ogrodzie albo kazała zaprząc Tobi czy Olbrzyma i pojechała w gościnę do sąsiadów...

POPOWA Ach! (wybucha płaczem)

ŁUKA Paniusieczko moja! Co się stało? Chryste Panie!

POPOWA On tak lubił Tobi! Zawsze jeździł nim do Korczaginów i Własowów! A jak cudownie powoził! Ile wdzięku było w jego figurze, gdy z całej siły napinał lejce... Pamiętasz? Och, Tobi, Tobi! Łuka, każ mu dać dzisiaj dodatkową kwartę owsa.

ŁUKA Słucham panią.

(gwałtowny dzwonek)

POPOWA (drgnęła) Któż to? Powiedz, że nikogo nie przyjmuję.

ŁUKA Słucham panią! (wychodzi)

II

POPOWA (sama, patrząc na fotografię) Zobaczysz, Nicolas, jak umiem kochać i przebaczać... Miłość moja zgaśnie wraz ze mną, gdy przestanie bić to biedne serce. (śmieje się przez łzy) I nie wstyd ci to? Twoja grzeczniutka, wierna żoneczka zamknęła się na dziesięć spustów i dochowa ci wiary aż do grobu, a ty... Nie wstyd ci, szaławiło? Zdradzałeś mnie, robiłeś sceny, zaniedbywałeś, całymi tygodniami zostawiałeś mnie samiuteńką...

III

POPOWA i ŁUKA

ŁUKA (wchodzi zaniepokojony) Jakiś pan pyta o panią dziedziczkę. Chce widzieć...

POPOWA Powiedziałeś mu, że od śmierci męża nie przyjmuję nikogo?

ŁUKA Powiedziałem, ale nawet słuchać nie chce. Mówi, że w sprawie bardzo pilnej.

POPOWA Powtórz, że nie przyj-mu-ję!

ŁUKA Mówiłem mu, ale... taki gwałtownik... klnie i pcha się prosto do pokojów... Już jest w jadalni...

POPOWA (w podnieceniu) Więc dobrze... Proś... Co za gbur!

(Łuka wychodzi)

POPOWA Jakże natrętni są ludzie! Czego chcą ode mnie? Co im z tego, że zakłócą mój spokój? (z westchnieniem) Nie ma co... Chyba naprawdę trzeba będzie iść do klasztoru... (w zadumie) Do klasztoru... tak...

IV

POPOWA, ŁUKA, SMIRNOW

SMIRNOW (wchodząc, do Łuki) Bałwanie, za bardzo jesteś pyskaty... Ośle jeden! (widząc Popową - z godnością) Łaskawa pani pozwoli, że się przedstawię: Grigorij Smirnow, obywatel ziemski, emerytowany porucznik artylerii! Zmuszony jestem niepokoić panią w sprawie nader ważnej...

POPOWA (nie podając ręki) O co panu chodzi?

SMIRNOW Nieboszczyk małżonek pani, którego miałem zaszczyt znać, pozostał mi dłużny na dwa weksle tysiąc dwieście rubli. Wobec tego, że jutro przypada mi termin płatności odsetek w Banku Rolnym, prosiłbym łaskawą panią o zapłacenie dziś jeszcze tej kwoty.

POPOWA Tysiąc dwieście... A za cóż to mój mąż był panu winien?

SMIRNOW Za owies.

POPOWA (z westchnieniem do Łuki) Więc nie zapomnij, mój Łuka, o tej kwarcie owsa dla Tobi. (Łuka wychodzi; do Smirnowa) Rzecz oczywista, że jeśli mąż mój zaciągnął u pana dług, to go spłacę. Ale - wybaczy pan łaskawie - dziś nie mam wolnej gotówki. Pojutrze wróci z miasta mój rządca: polecę mu uiścić tę należność... Na razie nie mogę uwzględnić pańskich żądań... Tym bardziej że dziś mija właśnie siedem miesięcy od śmierci mego męża i jestem w takim nastroju, który bynajmniej nie usposabia mnie do zajmowania się sprawami pieniężnymi.

SMIRNOW A ja jestem w takim nastroju, że jeżeli nie zapłacę jutro procentów, to będę musiał pójść z torbami, bo mi zlicytują majątek.

POPOWA Pojutrze otrzyma pan pieniądze.

SMIRNOW Pieniądze potrzebne są mi dziś!

POPOWA Daruje pan, ale dziś nie mogę zapłacić.

SMIRNOW A ja nie mogę czekać!

POPOWA Cóż poradzę, skoro dziś nie mam?

SMIRNOW A zatem nie może pani zapłacić?

POPOWA Nie mogę...

SMIRNOW Hm... To pani ostatnie słowo?

POPOWA Ostatnie.

SMIRNOW Stanowczo?

POPOWA Stanowczo.

SMIRNOW Dziękuję uniżenie... Zapamiętam to sobie. (wzrusza ramionami) A ludzie chcą, żebym był opanowany! Napatoczył mi się teraz po drodze akcyźnik. Pyta mnie: "Dlaczego pan zawsze taki zły?". Na litość boską! Jakże się tu nie złościć? Człowiek ma nóż na gardle... Wyjechałem wczoraj skoro świt, objechałem wszystkich swoich dłużników - i żeby choć jeden zapłacił! Zmachałem się jak pies, nocowałem diabli wiedzą gdzie - w karczmie żydowskiej pod beczką siwuchy... W końcu przyjeżdżam tutaj, tłukę się siedemdziesiąt wiorst w nadziei, że odbiorę pieniądze, a tu mnie częstują "nastrojami"! Jakże się nie złościć?

POPOWA Mam wrażenie, że powiedziałam wyraźnie: jak wróci rządca, to panu wypłaci.

SMIRNOW Przyjechałem do pani, nie do rządcy. Po kiego licha, uczciwszy uszy, potrzebny mi pani rządca!

POPOWA Łaskawy pan daruje, ale nie nawykłam ani do tak dziwnego wysłowienia, ani do takiego tonu. Żegnam pana. (wychodzi szybko)

V

SMIRNOW (sam) No i proszę ja kogo! Nastroje... Siedem miesięcy temu umarł mąż!... A mnie co do tego! Kto ma płacić procenty - pytam ja panią: kto? Mąż pani umarł, jakieś tam nastroje, różne fiki-miki... Rządca gdzieś wyjechał! A niech go wszyscy diabli! Ale co ja mam robić? Uciec od wierzycieli balonem czy co, u licha? Wyrżnąć łbem o ścianę? Przyjeżdżam do Gruzdiewa - nie ma go w domu. Jaroszewicz się schował. Z Kuricynem pokłóciłem się na śmierć i o mały włos nie wyrzuciłem go przez okno. Mazutow ma krwawą biegunkę, ta znowu - nastroje. Żeby choć jedna kanalia zapłaciła! A wszystko to dlatego, że ich zanadto rozpuściłem, że jestem ślamazara, ciepłe kluski, baba! Za delikatnie się z nimi obchodzę! Ale zaczekajcie! Poznacie wy mnie! Nie dam sobie w kaszę dmuchać, do stu diabłów! Zostanę tu i będę jej siedział na karku, dopóki mi nie zapłaci! Brr... Taki jestem dzisiaj zły, taki zły! Pękam ze złości! Tchu złapać nie mogę! Pfu! Boże... aż mi się słabo robi! (krzyczy) Służba!

VI

SMIRNOW i ŁUKA

ŁUKA Pan sobie życzy?

SMIRNOW Kwasu albo wody!

(Łuka wychodzi)

SMIRNOW I to ma być logika! Człowiek ma nóż na gardle, pieniądze są mu potrzebne, że choć weź i powieś się - a ta nie płaci, bo, proszę ja kogo, nieusposobiona, żeby się zająć interesami! Logika iście kobieca, falbankowa. Dlatego też nie lubiłem nigdy i nie lubię gadać z kobietami. Wolę siedzieć na beczce prochu, niż rozmawiać z kobietą. Brr! Aż się cały trzęsę - tak mnie rozzłościła ta kiecka! Niech choćby z daleka zobaczę taką poetyczną istotę, a już mnie ze złości kurcz chwyta za łydkę. Gotów jestem krzyczeć!

VII

SMIRNOW i ŁUKA

ŁUKA (wchodzi ze szklanką wody na tacy) Pani dziedziczka jest chora i nie przyjmuje.

SMIRNOW Wynoś się!

(Łuka wychodzi)

SMIRNOW Chora i nie przyjmuje! No to nie przyjmuj... Będę tu siedział kamieniem, dopóki mi nie oddasz pieniędzy! Chcesz chorować tydzień - przesiedzę tydzień... Rok - to rok... Ale swego nie daruję, moja pani! Nie wzruszysz mnie żałobą ani dołeczkami na policzkach... Znamy się na tym! (woła przez okno) Siemion, wyprzęgać! Nieprędko ruszymy! Zostaję tutaj. A powiedz tam w stajni, żeby koniom dali owsa! Czy nie widzisz, bydlaku, że lewy przyprzążkowy znowu ci się zaplątał w lejce! (przedrzeźnia) "Nia szkodzi"... Ja ci dam - "nia szkodzi"! (odchodzi od okna) Paskudnie... Upał nieznośny, dłużnicy nie płacą, noc spędziłem pod psem, a na dobitek ta kiecka żałobna z nastrojami... Łeb mi pęka... Wódki by się napić czy co? Chyba wypiję. (krzyczy) Służba!

ŁUKA (wchodzi) Pan sobie życzy?

SMIRNOW Przynieś kieliszek wódki!

(Łuka wychodzi)

SMIRNOW Uff! (siada i spogląda na siebie) Nie ma co, ładnie wyglądam! Zakurzony, buty brudne, nieumyty, nieuczesany, kamizelka cała w słomie... Paniuńcia ani chybi wzięła mnie za rabusia... (ziewa) Trochę nie wypada wchodzić w takim stanie do salonu, ale mniejsza z tym! Nie jestem gościem, tylko wierzycielem, a wierzyciel - to nie bawidamek...

ŁUKA (wchodzi z wódką) Za dużo sobie wielmożny pan pozwala...

SMIRNOW (groźnie) Co?

ŁUKA Ano nic... tak sobie...

SMIRNOW Do kogo ty mówisz! Milczeć!

ŁUKA (na stronie) Zwalił się nam, u kaduka, na kark, i ani go się pozbyć... Diabli nadali... (wychodzi)

SMIRNOW Taki jestem zły, taki zły, że świat cały starłbym na proch... Aż mi się mdło robi... (krzyczy) Służba!

VIII

SMIRNOW i POPOWA

POPOWA (wchodzi ze spuszczonymi oczami) Łaskawy panie, w swej samotności odwykłam dawno od głosu ludzkiego i nie znoszę krzyków. Usilnie pana proszę, żeby pan nie zamącał mego spokoju!

SMIRNOW Niech pani mnie spłaci i już wyjeżdżam.

POPOWA Powiedziałam chyba wyraźnie, że nie mam w tej chwili gotówki. Proszę zaczekać do pojutrza.

SMIRNOW Miałem również honor oświadczyć wyraźnie, że pieniądze są mi niezwłocznie potrzebne. Jeśli mi pani dziś nie zapłaci, jutro będę musiał się powiesić.

POPOWA Dziwaczne, doprawdy. Cóż na to poradzę, że nie mam pieniędzy?

SMIRNOW A więc nie płaci pani dzisiaj? Nie?

POPOWA Nie mogę...

SMIRNOW W takim razie zostaję tu i będę siedział, dopóki nie otrzymam... (siada) Zapłaci pani pojutrze? Doskonale! Aż do pojutrza przesiedzę w ten sposób. O, tak będę siedział! (zrywa się) Kto ma płacić jutro procenty, pytam ja panią? Kto? To nie żarty, moja pani!

POPOWA Niech łaskawy pan nie krzyczy. Tu nie stajnia!

SMIRNOW Nie pytam o stajnię, tylko o to, kto ma jutro płacić procenty?!

POPOWA Pan się nie umie zachować w towarzystwie kobiety!

SMIRNOW Właśnie że umiem!

POPOWA Nie umie pan! Jest pan źle wychowany i grubianin. Przyzwoity człowiek w ten sposób nie rozmawia z kobietami.

SMIRNOW Rzeczywiście! A jak pani rozkaże rozmawiać? Może po francusku? (złości się i sepleni) Madam, że wu pri...1 Jakżem szczęśliwy, że pani mi nie płaci. Ach, pardon, że niepokoję panią! Prześliczną mamy dziś pogodę! A w tej żałobie jakże pani do twarzy! (kłania się, szastając nogą)

POPOWA Niemądre to i ordynarne.

SMIRNOW (przedrzeźnia) Niemądre i ordynarne! Ja nie umiem zachować się w towarzystwie kobiet! Ja? W życiu swoim, łaskawa pani, widziałem więcej kobiet niż pani wróbli. Trzy razy pojedynkowałem się o kobietę, dwanaście kobiet porzuciłem ja, dziewięć - mnie porzuciło! Tak jest! Były czasy, że robiłem z siebie błazna, wdzięczyłem się, mizdrzyłem, szeptałem miodopłynne słówka, nadskakiwałem... Kochałem, cierpiałem, wzdychałem do księżyca, rozczulałem się, topniałem jak wosk, obojętniałem... Kochałem namiętnie, szalenie - na wszystkie sposoby, do kroćset! Trajkotałem jak sroka o emancypacji kobiet, przeputałem na tkliwe uczucia połowę majątku, ale dziś - sługa uniżony! Dziś nie dam się nabrać! Koniec! Oczy czarne, oczy namiętne2, koralowe usteczka, dołeczki na policzkach, księżyc, szept, nieśmiałych westchnień szmery3 - grosza złamanego nie dam dziś za to, łaskawa pani! O obecnych się nie mówi, ale wszystkie kobiety - co do jednej - to obłudnice, grymaśnice, plotkarki, złośnice, kłamczuchy do szpiku kości, puste i małostkowe okrutnice... Logika oburzająca - a co się tyczy tej sztuki (klepie się po głowie), to - przepraszam za szczerość - pierwszy lepszy wróbel takiego filozofa w spódnicy w kozi róg zapędzi! Spojrzeć tylko na taką poetyczną istotę: na oko - muślin, eter, półbogini. Uniesienia i zachwyty! A w duszy - najzwyczajniejszy krokodyl! (chwyta za oparcie krzesła; krzesło trzeszczy i łamie się) Ale najbardziej oburzające jest to, że taki krokodyl wyobraża sobie, nie wiedzieć czemu, że jest arcymistrzem od tkliwych uczuć, które są jego wyłącznym przywilejem i monopolem. A niech mnie wszyscy diabli! Powieście mnie na tym haku do góry nogami, jeżeli kobieta zdolna jest kochać kogokolwiek oprócz swego bonończyka. W miłości potrafi tylko kwilić i mazgaić się! Podczas gdy mężczyzna cierpi i poświęca się, cała jej miłość polega na tym, że kręci spódniczką i jeździ nam po głowie. Na nieszczęście pani jest kobietą, więc wie po sobie, co to jest natura kobieca. Proszę mi powiedzieć z ręką na sercu: czy widziała pani w życiu kobietę, która byłaby szczera, wierna i stała? A co? Wierne i stałe są tylko stare babska i pokraki. Prędzej pani znajdzie rogatego kota albo białą przepiórkę niźli kobietę, która by dochowała wierności!

POPOWA Za pozwoleniem! Któż więc, zdaniem pana, jest wierny i stały w miłości? Czyżby mężczyzna?

SMIRNOW Właśnie! Mężczyzna!

POPOWA Mężczyzna! (zły śmiech) Mężczyzna jest wierny i stały? A to dopiero nowina! (gorąco) Jakim prawem pan tak mówi? Mężczyzna ma być wierny i stały? Jeśli już do tego doszło, to ja panu powiem, że ze wszystkich mężczyzn, jakich kiedykolwiek znałam i znam, najlepszy był mój mąż nieboszczyk... Kochałam go do szaleństwa, całą swoją istotą, jak tylko może kochać młoda, myśląca kobieta. Oddałam mu swą młodość, szczęście, życie, majątek... Oddychałam nim, uwielbiałam bałwochwalczo... I... cóż miałam z tego? Ten najlepszy z mężczyzn w najbezczelniejszy sposób oszukiwał mnie na każdym kroku! Po jego śmierci znalazłam w jego biurku pełną szufladę listów miłosnych, a za życia - strach wspomnieć - zaniedbywał mnie, opuszczał na całe tygodnie, w moich oczach zalecał się do innych kobiet, zdradzał mnie, szastał mymi pieniędzmi, igrał moim uczuciem... I pomimo to wszystko kochałam go i byłam mu wierna... Nie dość na tym: umarł - a ja wciąż jestem wierna i stała w miłości. Na wieki zamurowałam się w tych czterech ścianach jak w grobie i aż do trumny nie zdejmę żałoby...

SMIRNOW (śmieje się wzgardliwie) Żałoby! Nie pojmuję, za kogo mnie pani ma. Jak gdybym nie wiedział, po co pani nosi to czarne domino i zamurowała się w czterech ścianach! Oczywiście! To takie zagadkowe i poetyczne! Niejeden żółtodziób, oficerek albo jakiś kusy poeta, mijając dwór pani, spojrzy w okna i pomyśli: "Tu mieszka tajemnicza Tamara4, która z miłości do męża zamknęła się w czterech ścianach". Nie mnie brać na takie kawały!

POPOWA (gwałtownie) Co? Jak pan śmie mówić mi coś podobnego?

SMIRNOW Choć pani żywcem w grobie, a jednak nie zapomniała się upudrować!

POPOWA Jak pan śmie mówić do mnie w ten sposób?

SMIRNOW Niech pani szanowna nie krzyczy, bo nie jestem jej rządcą. Pozwoli pani, że będę nazywał rzeczy po imieniu. Nie jestem kobietą i mam zwyczaj wypowiadać swe zdanie prosto z mostu. Proszę więc nie krzyczeć!

POPOWA To pan krzyczy! Proszę opuścić ten dom!

SMIRNOW Opuszczę, jak mi pani zapłaci.

POPOWA Nie dam panu pieniędzy!

SMIRNOW Owszem, da pani!

POPOWA Na złość panu nie dam ani grosza! Proszę mnie zostawić w spokoju!

SMIRNOW Nie mam przyjemności być ani małżonkiem, ani narzeczonym pani, toteż niech mi pani łaskawie nie robi scen. (siada) Nie lubię tego!

POPOWA (dusząc się z gniewu) Pan usiadł?

SMIRNOW Usiadłem.

POPOWA Proszę wyjść!

SMIRNOW Proszę zapłacić! (na stronie) Ach, taki jestem zły, taki zły...

POPOWA Nie rozmawiam z ordynusami! Niech się pan natychmiast wynosi! (chwila milczenia) Nie wychodzi pan, nie?

SMIRNOW Nie.

POPOWA Nie?

SMIRNOW Nie.

POPOWA A więc dobrze! (dzwoni)

IX

CI SAMI i ŁUKA

POPOWA Łuka, wyprowadź tego jegomościa.

ŁUKA (podchodzi do Smirnowa) Niech wielmożny pan wyjdzie, kiedy każą... Co to za...

SMIRNOW (zrywa się) Milczeć! Do kogo ty mówisz? Na sałatę cię posiekam!

ŁUKA (chwyta się za serce) Rany boskie! Święci pańscy! (pada na fotel) Oj, niedobrze mi... niedobrze... dech zaparło...

POPOWA Dasza! Gdzie Dasza? (woła) Dasza! Piełagieja! Dasza! (dzwoni)

ŁUKA Ojej! Poszły na jagody... Nikogo w calutkim domu... Słabo mi... Wody...

POPOWA Niech się pan wynosi!

SMIRNOW Czy nie łaska trochę grzeczniej?

POPOWA (zaciska pięści i tupie nogami) Gbur! Niedźwiedź nieokrzesany! Żołdak! Potwór!

SMIRNOW Jak? Co pani powiedziała?

POPOWA Że pan jest niedźwiedź i potwór!

SMIRNOW (przystępuje do niej) Za pozwoleniem... Jakim prawem pani mnie obraża?

POPOWA Bo mi się tak podoba! No i co? Myśli pan, że się boję?

SMIRNOW A pani myśli, że jak pani jest istotą poetyczną, to pani wolno obrażać bezkarnie? O, nie! Na plac!

ŁUKA Rany boskie! Święci pańscy! Wody!

SMIRNOW Na pojedynek!

POPOWA A pan myśli, że jak ma zdrowe pięści i kark jak u byka, to się go zlęknę? Ach, ty żołdaku!

SMIRNOW Na plac! Nikomu nie pozwolę się znieważać! Nic mi do tego, że pani jest kobietą... istotą słabą...

POPOWA (usiłuje go przekrzyczeć) Niedźwiedź! Niedźwiedź! Niedźwiedź!

SMIRNOW Czas nareszcie skończyć z przesądami, że tylko mężczyzna musi płacić krwią za zniewagę! Jak równouprawnienie, to równouprawnienie, do kroćset! Na plac!

POPOWA Strzelać się pan chce? Służę!

SMIRNOW Natychmiast!

POPOWA Natychmiast! Po mężu zostały mi pistolety... Zaraz je przyniosę... (śpieszy do drzwi i powraca) Ach, z jaką rozkoszą wpakuję kulę w to miedziane czoło! Niech pana wszyscy diabli! (wychodzi)

SMIRNOW Postrzelę jak kurczaka! Nie ma dla mnie słabych istot! Nie jestem sztubakiem ani sentymentalnym szczenięciem!

ŁUKA Dobrodzieju kochany! (klęka) Zmiłuj się nade mną, okaż łaskę staremu: zabierz ty się stąd! Napędziłeś śmiertelnego strachu, a jeszcze strzelać się chcesz!

SMIRNOW (nie słuchając go) Strzelać się! To właśnie jest równouprawnienie, emancypacja! Obie płcie zrównane! Postrzelę ją dla zasady! Ale co za kobieta! (przedrzeźnia) "Niech pana wszyscy diabli... wpakuję kulę w to miedziane czoło!..." To mi dopiero kobieta! Cała w pąsach, oczy błyszczą... Przyjęła wyzwanie. Słowo uczciwości, pierwszy raz w życiu taką widzę!

ŁUKA Dobrodzieju nasz! Idź ty sobie! Dozgonną wdzięczność pozyskasz...

SMIRNOW To mi kobieta! To rozumiem! Kobieta co się zowie! Ogień, proch, rakieta - nie jakaś tam rozmazana ciamcialamcia! Aż żal zabijać...

ŁUKA (płacze) Dobrodzieju nasz, ojcze! Idźże sobie!

SMIRNOW Podoba mi się! Stanowczo! Nieodwołalnie! Mimo tych dołeczków na twarzy... Gotów jestem nawet darować jej dług... Już i złość odeszła... Nadzwyczajna kobieta!

X

CI SAMI i POPOWA

POPOWA (wchodzi z pistoletami) Ma pan pistolety... Ale zanim się będziemy pojedynkować, zechce mi pan pokazać, jak się strzela... Nie brałam nigdy pistoletu do ręki.

ŁUKA Panie Boże, zmiłuj się i ratuj. Trzeba poszukać ogrodnika i stangreta... Że też taki dopust spadł na nasze głowy...

SMIRNOW (ogląda pistolety) Widzi pani, są różne rodzaje pistoletów... Istnieją wyłącznie pojedynkowe - Mortimera, kapiszonowe... Te, co pani ma, to są rewolwery systemu Smitha-Wessona, samoczynne, z wyrzutnikiem, bębenkowe... Wyborna broń! Para co najmniej dziewięćdziesiąt rubli... Rewolwer trzeba trzymać tak... (na stronie) Oczy, co za oczy! Rozpalająca kobieta!

POPOWA Czy tak?

SMIRNOW Tak jest... Następnie odwodzi pani kurek... celuje pani - o tak... Głowę troszeczkę w tył! Proszę dobrze wyciągnąć rękę - o tak... Potem tym palcem naciska pani tę sztuczkę... i po krzyku! Najważniejsze, żeby się nie gorączkować i mierzyć bez pośpiechu... starać się, żeby ręka nie drgnęła.

POPOWA Doskonale... W pokoju strzelać się niewygodnie. Chodźmy do ogrodu.

SMIRNOW Chodźmy! Ale uprzedzam, że wystrzelę w powietrze.

POPOWA Tego tylko brakowało! A to z jakiej racji?

SMIRNOW Z tej racji, że... że... Zresztą, to moja rzecz.

POPOWA Tchórz pana obleciał! Aha! To tak, mój panie! O, nie! Nie wykręci mi się pan! Proszę za mną! Nie zaznam spokoju, dopóki nie przebiję tego czoła... o, tego czoła, którego tak nienawidzę! Tchórzy pan?

SMIRNOW Tak. Stchórzyłem...

POPOWA Pan kłamie! Dlaczego nie chce się pan pojedynkować?

SMIRNOW Bo... bo... Bo pani mi się podoba.

POPOWA (śmieje się sardonicznie) Podobam mu się! I on śmie mówić, że mu się podobam! (wskazuje na drzwi) Drzwi są tam!

SMIRNOW (bez słowa kładzie rewolwer, bierze czapkę, idzie; przy drzwiach zatrzymuje się i przez chwilę oboje patrzą na siebie w milczeniu; potem on zaczyna mówić, podchodząc niepewnie do Popowej) Niech mnie pani wysłucha... Gniewa się pani jeszcze? Ja też jestem wściekły jak sto diabłów... ale... rozumie pani... jak by to powiedzieć?... Rzecz w tym, widzi pani, że... tak się jakoś złożyło... Co tu dużo gadać! (krzyczy) Cóżem ja winien, że pani mi się podoba? (chwyta za oparcie krzesła: krzesło łamie się z trzaskiem) A do pioruna, jakież pani ma kruche meble! Pani mi się podoba! Rozumie pani? Jestem... jestem niemal zakochany!

POPOWA Proszę odejść. Ja pana nienawidzę!

SMIRNOW Boże, co za kobieta! Pierwszy raz w życiu widzę coś podobnego! Zginąłem! Przepadłem z kretesem! Wpadłem jak mysz w pułapkę!

POPOWA Niech pan odejdzie, bo będę strzelać!

SMIRNOW Strzelaj pani! Czy pani rozumie, co to za szczęście umrzeć pod spojrzeniem tych cudnych oczu, paść z tej aksamitnej rączki, która trzyma rewolwer! Oszalałem... Niech pani się namyśla i decyduje natychmiast, bo jeżeli stąd wyjdę, to już się nigdy nie zobaczymy! Wybieraj pani... Jestem szlachcic... człowiek rzetelny, mam dziesięć tysięcy rocznego dochodu... kulą trafiam w podrzuconą do góry groszówkę... mam wyśmienite konie... Chce pani zostać moją żoną?

POPOWA (oburzona, potrząsa rewolwerem) Na pojedynek! Na plac!

SMIRNOW (krzyczy) Oszalałem... Nic nie rozumiem... Służba, wody!

POPOWA (krzyczy) Na plac!

SMIRNOW Oszalałem, zakochałem się jak smarkacz, jak dureń! (chwyta ją za rękę; ona krzyczy z bólu) Kocham panią! (pada na kolana) Kocham, jak nigdy nikogo nie kochałem! Porzuciłem dwanaście kobiet, dziewięć porzuciło mnie, ale żadnej nie kochałem tak jak pani... Rozflaczyłem się, rozkleiłem, rozkisłem... Klęczę jak głupi i proszę o rękę... wstyd i hańba! Od pięciu lat nie byłem zakochany, ślubowałem sobie... i raptem wsiąkłem na amen. Oświadczam się! Tak czy nie? Nie chce pani? No to nie! (wstaje i szybko idzie do drzwi)

POPOWA Chwileczkę...

SMIRNOW (zatrzymuje się) A więc?

POPOWA Nic - niech pan sobie idzie... Zresztą, proszę zaczekać... Albo nie: odejść, odejść! Nienawidzę pana! Albo nie... nie odchodź... Ach, gdyby pan wiedział, jaka ja jestem zła, jaka zła... (rzuca rewolwer na stół) Palce mi zdrętwiały od tego paskudztwa... (drze ze złością chustkę) No, czego pan stoi? Proszę się wynosić!

SMIRNOW Żegnam więc panią.

POPOWA Tak, tak... Odejdź! (krzyczy) Dokądże to pan? Zaczekaj! O, nie - idź sobie! Ach, jaka jestem zła! Niech się pan nie zbliża, nie zbliża!

SMIRNOW (podchodzi do niej) Taki jestem zły na siebie! Zakochałem się jak uczniak, padłem na kolana... Aż mnie mrowie przechodzi... (szorstko) Kocham panią! Potrzebne mi to było! Jutro mam płacić procenty, sianokosy się zaczęły, a tu miłość... (ujmuje ją wpół) Nigdy sobie tego nie daruję...

POPOWA Co pan robi?! Ręce przy sobie! Ja pana... nie... nawidzę! Na pla... na plac! (długi pocałunek)

XI

Ci sami, Łuka z siekierą, ogrodnik z grabiami, stangret z widłami, parobcy z drągami.

ŁUKA (widząc całującą się parę) O rety!

(chwila milczenia)

POPOWA (spuszczając oczy) Łuka, powiesz tam w stajni, żeby Tobi w ogóle nie dawano dziś owsa.

Kurtyna.

przełożył Jerzy Wyszomirski