Z Syberii
I
- Dlaczego u was na Syberii tak zimno?
- Bóg tak urządził - odpowiada woźnica.
- Tak, już maj, w Rosji zielenią się lasy i śpiewają słowiki, na południu zakwitły akacje i bzy, a tutaj, na drodze od Tiumenia do Tomska, ziemia bura, lasy gołe, na jeziorach matowy lód, na ich brzegach i w parowach leży jeszcze śnieg...
Za to nigdy w życiu nie widziałem takiej ilości zwierzyny. Widzę, jak dzikie kaczki chodzą po polu, jak pływają w kałużach i w przydrożnych rowach, jak wzlatują tuż przed saniami i lecą leniwie do brzeźniaka. W ciszy nagle się rozlega znajomy, melodyjny dźwięk, patrzysz w górę i widzisz niewysoko nad głową parę żurawi - i robi się jakoś smutno. Oto przeleciały dzikie gęsi, przesunął sznur białych jak śnieg, pięknych łabędzi... Jęczą wszędzie siewkowce, łkają mewy...
Wyprzedzamy dwie kibitki oraz tłum chłopów i bab. To przesiedleńcy.
- Z jakiej guberni?
- Z kurskiej.
Z tyłu, za wszystkimi, wlecze się chłop niepodobny do innych. Ma ogolony podbródek, siwe wąsy i dziwaczną klapkę z tyłu na sukmanie; pod pachami dwoje skrzypiec zawiniętych w chusty. Nie potrzeba pytać, kim jest i skąd u niego te skrzypce. Lekkomyślny, niepoważny, chorowity, wrażliwy na chłód, lubiący wódeczkę, nieśmiały, przez całe życie był zbędnym, niepotrzebnym człowiekiem, najpierw u ojca, potem u brata. Nie poszedł na swoje, nie ożenił się. Lichy człowiek! Podczas pracy marzł, upijał się po dwóch kieliszkach, gadał po próżnicy - umiał tylko grać na skrzypcach i wałkonić się z dziećmi na piecu. Grał w karczmach, na weselach, w polu - ale jak grał! Lecz brat sprzedał chałupę, bydło, całe gospodarstwo i idzie z rodziną na daleką Syberię. I ten nieborak też idzie, bo nie ma się gdzie podziać. Wziął ze sobą skrzypce. A kiedy dotrze na miejsce, przemarznie sybirskim mrozem, osłabnie i umrze cicho, bez słowa, tak że nikt nie zauważy, a jego skrzypce, dające kiedyś jego rodzimej wsi radość i smutek, zostaną sprzedane za dwadzieścia kopiejek jakiemuś kanceliście albo zesłańcowi, dzieci kancelisty oberwą struny, złamią mostek, naleją do środka wody... Wróć, wujku!
Przesiedleńców widziałem jeszcze, płynąc parowcem po Kamie. Pamiętam wieśniaka lat około czterdziestu, z jasną brodą; siedzi w parowcu na ławie, u nóg ma worki z domowymi manatkami, a na workach leżą dzieci w łapciach i kulą się od zimnego, porywistego wiatru, dmącego z odludnego brzegu Kamy. Jego twarz mówi: "Już się pogodziłem". W oczach ironia, ale skierowana wewnątrz, wymierzona we własną duszę, w całe minione życie, które tak okrutnie go oszukało.
- Gorzej nie będzie! - mówi i uśmiecha się tylko górną wargą.
Milczę i o nic nie pytam, ale po minucie powtarza:
- Gorzej nie będzie!
- Będzie gorzej! - odzywa się z innej ławy jakiś rudy kmiotek, ale nie przesiedleniec, o przenikliwym wzroku. - Będzie gorzej!
Ci, którzy wloką się teraz drogą przy swoich kibitkach, milczą. Twarze poważne, skupione... Patrzę na nich i myślę: zerwać na zawsze z życiem, które wydaje się nienormalne, porzucić rodzinny kraj i gniazdo domowe może tylko człowiek niezwykły, bohater...
Krótko potem wyprzedzamy grupę zesłańców. Dzwoniąc kajdanami, idzie drogą trzydziestu, czterdziestu aresztantów, po bokach żołnierze z karabinami, a z tyłu - dwa wozy. Jeden z więźniów przypomina ormiańskiego kapłana; drugiego, wysokiego, z orlim nosem i dużym czołem, jakbym widział gdzieś w aptece za ladą; trzeci ma bladą, wycieńczoną twarz - jak u poszczącego mnicha. Nie zdąży się zobaczyć wszystkich. Zesłańcy i żołnierze są wyzuci z sił: droga jest zła, ciężko nią iść. Do wioski, w której będą nocować, zostało jeszcze dziesięć wiorst1. Gdy do niej dotrą, zjedzą coś naprędce, napiją się prasowanej herbaty i natychmiast zasną; wnet oblepią ich pluskwy - okrutny, niezwyciężony wróg tych, którzy nie mają sił i którym strasznie chce się spać.
Wieczorem ziemia zaczyna zamarzać i błoto zamienia się w grudy. Wóz podskakuje na wybojach, trzeszczy i terkocze na różne sposoby. Zimno! Nigdzie żadnej chaty ani ludzi. Bezruch i cisza w ciemnym powietrzu, słychać tylko terkot wozu na zmarzniętej ziemi; a gdy zapalam papierosa, z pobocza drogi wzlatują z szumem zbudzone ogniem dwie, trzy kaczki.
Podjeżdżamy do rzeki. Żeby się przedostać na drugą stronę, trzeba wsiąść na prom. Na brzegu nie ma żywej duszy.
- Odpłynęli na tamten brzeg. Zaraza na ich dusze! - mówi woźnica. - Trzeba, wielmożny panie, ryczeć.
Ryczeć z bólu, płakać, wołać o pomoc, w ogóle wołać znaczy tu tyle, co ryczeć. Dlatego na Syberii ryczą nie tylko niedźwiedzie, ale też wróble i myszy. "Trafiła się kotce - i ryczy" - mówi się o myszy.
Zaczynamy ryczeć. Rzeka szeroka, w ciemności nie widać drugiego brzegu. Od rzecznej wilgoci marzną nogi, potem całe ciało... Ryczymy pół godziny, godzinę, a promu ciągle nie ma. Przykrzą się szybko i woda, i gwiazdy, którymi usiane jest niebo, i ta ciężka, grobowa cisza. Z nudów gawędzę ze starcem i dowiaduję się, że ożenił się, mając szesnaście lat, że miał osiemnaścioro dzieci, z których zmarło tylko troje, że żyją jeszcze jego ojciec i matka; ojciec i matka to "kierżacy"2, czyli raskolnicy; nie palą i nigdy nie widzieli żadnego miasta, prócz Iszyma, a on w młodości pozwalał sobie na swawolę i palił. Dowiaduję się od niego, że w tej ciemnej, srogiej rzece żyją sterlety, nelmy, miętusy, szczupaki, ale łowić ich nie ma komu i nie ma czym.
Wreszcie słyszymy miarowy plusk i na rzece ukazuje się coś nieforemnego, ciemnego. To prom. Wygląda jak nieduża barka; jest na nim pięciu wioślarzy, a ich dwa długie wiosła przypominają szczypce raka.
Przybiwszy do brzegu, wioślarze od razu zaczynają kląć. Klną ze złością, bez żadnej przyczyny, prawdopodobnie na wpół jeszcze śpiący. Słuchając ich ordynarnych przekleństw, można pomyśleć, że nie tylko mój woźnica, nie tylko konie, nie tylko wioślarze, ale i woda, prom, a nawet wiosła - mają matki. Najdelikatniejsze przekleństwo wioślarzy to: "Niech cię zaraza" albo "W mordę ci zaraza!". Dlaczego akurat zarazy tak tu sobie życzą, nie wiem, choć pytałem. Miałem na sobie kożuszek, duże buty i czapkę; w ciemności nie widać, żem "wielmożny pan", więc jeden z wioślarzy wrzeszczy do mnie ochrypłym głosem:
- Ej, zarazo jedna, co tak stoisz, gębęś rozdziawił? Odprzęgaj przyprzążkę!
Wjeżdżamy na prom. Przewoźnicy, klnąc, łapią za wiosła. Nie są stąd, zostali tu zesłani na mocy wyroków za życie w deprawacji. We wsi, do której są przypisani, źle im się wiedzie - nudzą się, orać ziemi nie umieją albo od tego odwykli, nie jest im miła cudza ziemia, więc zaciągnęli się do roboty na promie. Twarze mają pijackie, naznaczone trudem, zniszczone. A jakie miny na tych twarzach! Widać, że ci ludzie, dopóki płynęli tutaj na aresztanckich barkach, skuci po dwóch kajdankami, dopóki szli pieszo etapami, nocując w izbach, gdzie ich ciała boleśnie kąsały pluskwy, zesztywnieli aż po mózg; a teraz, kołysząc się dzień i noc na wodzie, nie widząc nic prócz nagich brzegów, na zawsze utracili całą serdeczność, jaką mieli, i zostało im w życiu tylko jedno: wódka, dziwka, dziwka, wódka... na tym świecie oni już nie ludzie, lecz zwierzęta, a zdaniem mojego starego woźnicy, i na tamtym świecie będzie im źle: za grzechy pójdą do piekła.
II
8 maja
Z dużej słobody Abatskoje (375 wiorst od Tiumenia), w nocy na szóstego maja, wiezie mnie sześćdziesięcioletni starzec; krótko przed odjazdem pocił się w łaźni i stawiał sobie cięte bańki3. Dlaczego bańki? Mówi, że krzyż go boli. Jest dziarski, żywy, rozmowny, ale chodzi z trudem. Wygląda na to, że cierpi na uwiąd rdzenia kręgowego.
Siedzę w wysokim, odkrytym tarantasiku zaprzężonym w parę koni. Starzec wymachuje batem i pokrzykuje, ale już nie krzyczy jak wcześniej, teraz stęka lub jęczy jak gołąb egipski. Po obu stronach drogi i daleko na horyzoncie wężowe ognie: płonie zeszłoroczna trawa, którą tutaj celowo podpalają. Jest wilgotna i z trudem trawi ją ogień, który pełza powoli jak wąż, to gasnąc, to znowu wybuchając płomieniem. Ognie plują iskrami, nad każdym z nich stoi biały obłok dymu. Pięknie jest, gdy ogień nagle zajmie wysoką trawę: ognisty słup na sążeń4 wysoki wznosi się nad ziemią, wyrzuca z siebie w niebo wielki kłąb dymu i natychmiast opada, jakby się pod ziemię zapadał. A jest jeszcze piękniej, gdy węże pełzają w brzezinie; wtedy cały las jest prześwietlony na wylot, widać dobrze białe pnie, a cienie brzózek migoczą świetlistymi plamkami. Robi się trochę niesamowicie od takiej iluminacji.
Z naprzeciwka pędzi co tchu, hałasując co niemiara, pocztowa trojka. Staruszek szybko skręca w prawo, a chwilę potem przelatuje obok nas ogromny, ciężki pocztowy wóz, w którym siedzi pocztylion. Ale oto słychać nowy hałas: pędzi z naprzeciwka druga trojka, też co tchu. Szybko skręcamy w prawo, ale ku mojemu wielkiemu zdumieniu trojka skręca z jakiegoś powodu nie w prawo, a w lewo i gna prosto na nas. A jeśli się zderzymy? Ledwie zadałem sobie to pytanie, rozlega się trzask, nasza para koni i pocztowa trojka wpadają na siebie i stają się jedną ciemną masą; tarantas staje dęba, ja padam na ziemię, a na mnie wszystkie moje walizki i tobołki... Leżę ogłuszony i słyszę, że pędzi trzecia trojka. "No - myślę - ta mnie chyba stratuje". Chwalić Boga, niczego sobie nie złamałem, tylko potłukłem się trochę i mogłem wstać. Zrywam się, odbiegam na bok i krzyczę nie swoim głosem:
- Stój! Stój!
Ze spodu pustego wozu pocztowego podnosi się jakaś figura, chwyta za lejce i trzecia trojka zatrzymuje się tuż przed moimi rzeczami.
Dwie minuty mijają w milczeniu. Jakieś tępe zdumienie ogarnęło nas wszystkich, bo nie mogliśmy zrozumieć, co się stało. Hołoble złamane, uprzęże zerwane, pałąki z dzwoneczkami walają się po ziemi, konie ciężko dyszą - one też są oszołomione i boleśnie poobijane. Staruszek, postękując i jęcząc, wstaje z ziemi; pierwsze dwie trojki zawracają, nadjeżdża jeszcze czwarta trojka, potem piąta...
Zaczynają się wściekłe rugania.
- Niech cię zaraza! - wrzeszczy pocztylion, który na nas wpadł. - W mordę ci zaraza! Gdzieś ty miał oczy, stary psie?
- A kto winien? - krzyczy płaczliwym głosem staruszek. - Tyś winien, a jeszcze się awanturujesz!
Z ich kłótni domyśliłem się, co było przyczyną wypadku. Do Abatskoje jechało pięć trojek wiozących pocztę. Zgodnie z prawem powrotne wozy pocztowe powinny jechać stępa, lecz przedni pocztylion, znudziwszy się i chcąc jak najszybciej znaleźć się w cieple, pognał końmi co tchu, a w tylnych czterech wozach pocztylioni spali i nie było komu kierować trojkami; za pierwszą trojką popędziły więc cztery pozostałe. Gdybym spał w tarantasie albo gdyby trzecia trojka pędziła zaraz za drugą, to sprawa nie potoczyłaby się dla mnie tak pomyślnie.
Pocztylioni tak się na siebie drą, że aż ich słychać na dziesięć wiorst. Kłócą się zaciekle. Ileż błyskotliwości, złości i duchowego brudu zużyto, by wymyślić te wstrętne słowa i zdania, które mają na celu znieważyć i upokorzyć człowieka, zohydzić wszystko, co jest dla niego święte, drogie i ukochane! Tak potrafią lżyć tylko syberyjscy pocztylioni i przewoźnicy, a nauczyli się tego, mówią, od aresztantów. Spośród pocztylionów najgłośniej i najwulgarniej przeklina ten, który jest winny.
- Nie klnij, durniu! - broni się staruszek.
- A co? - pyta pocztylion, dziewiętnastoletni chłopak, który z groźną miną podchodzi do staruszka i staje przed nim twarzą w twarz. - A co?
- Coś nie za bardzo z tobą.
- A co? Mów: co będzie? Zaraz wezmę kawałek hołobli i cię nim zdzielę, zarazo!
Sądząc po tonie, zanosiło się na bójkę. Nocą, przed świtem, wśród tej dzikiej, kłócącej się hordy, przy świetle bliskich i dalekich ogni pożerających trawę, lecz niedających ciepła, obok niespokojnych, narowistych koni, które zbiły się w kupę i rżą, czuję samotność, którą trudno opisać.
Staruszek, gderając i wysoko podnosząc nogi z powodu choroby, chodzi wokół koni i tarantasu, i odwiązuje, gdzie tylko może, sznurki i rzemyki, by związać nimi złamaną hołoblę. Potem, zapalając zapałkę za zapałką, czołga się na brzuchu i szuka postronka. Przydają się też moje rzemienie. Zapłonęła zorza na wschodzie, krzyczą zbudzone dzikie gęsi, odjechali wreszcie pocztylioni, a my tkwimy na drodze i naprawiamy uprząż. Próbowaliśmy jechać dalej, ale związana hołobla... trach!... i znowu stanęliśmy... Zimno!
Jadąc stępa, jakoś dowlekamy się do wsi. Zatrzymujemy się przy piętrowej chacie.
- Ilja Iwanycz, konie w domu?! - krzyczy staruszek.
- W domu! - odpowiada ktoś głucho za oknem.
W chacie wita mnie wysoki człowiek w czerwonej koszuli i bosy, ospały - jakby się dopiero co obudził - i uśmiecha się.
- Pluskwy pokonane, przyjacielu - powiada, drapiąc się i uśmiechając jeszcze szerzej. - Umyślnie w izbie nie palimy. Jak jest zimno, to one nie chodzą.
Tutaj pluskwy i karaluchy nie pełzają, lecz chodzą, a podróżni nie jeżdżą, lecz biegną. Pytają: "Dokąd, szanowny panie, biegniesz?". To znaczy: "Dokąd jedziesz?".
Gdy na podwórzu oliwią wóz, pobrzękują dzwonki, a w chacie ubiera się Ilja Iwanycz, który będzie mnie teraz wiózł; znajduję w pokoju wygodny zakątek, kładę głowę na worku z jakimś ziarnem i natychmiast zapadam w głęboki sen; śni mi się moje łóżko, mój pokój, śnię, że siedzę w domu za stołem i opowiadam, jak się moja para koni zderzyła z trojką pocztową; ale mijają dwie, trzy minuty i czuję, że Ilja Iwanycz szarpie mnie za rękaw i mówi:
- Wstawaj, przyjacielu, konie gotowe.
Jaka kpina z lenistwa, z unikania chłodu, który biegnie wężykiem po plecach w dół i w poprzek! Znowu jadę... Jest już jasno i złoci się niebo przed wschodem słońca. Droga, trawa w polu i mizerne, młode brzózki pokryte są szronem, jakby się usmażyły w cukrze. Gdzieś tokują cietrzewie...
III
9 maja
Na syberyjskim trakcie, od Tiumenia do Tomska, nie ma ani osiedli, ani chutorów, są tylko duże wsie oddalone od siebie na dwadzieścia, dwadzieścia pięć, a nawet na czterdzieści wiorst. Folwarków po drodze się nie spotyka, bo nie ma tu właścicieli ziemskich; nie ma tu fabryk, młynów i karczem... Jedyne, co tutaj przypomina o człowieku, to druty telegraficzne i wiorstowe słupy.
W każdej wsi jest cerkiew, a czasami dwie. Są też chyba we wszystkich wsiach szkoły. Chaty są drewniane, często piętrowe, z ciosowymi dachami. Przy każdej chacie, na płocie albo na brzózce, znajduje się domek dla szpaków, tak nisko, że można do niego sięgnąć ręką. Szpaki cieszą się tutaj powszechną sympatią, nawet koty ich nie ruszają. Ogrodów tu nie ma.
O piątej rano, po mroźnej nocy i męczącej jeździe, siedzę w chacie pocztyliona, w izbie, i piję herbatę. Izba to jasny, przestronny pokój z meblami, o jakich kurski albo moskiewski chłop może tylko pomarzyć. Czystość zdumiewająca: żadnego pyłku, żadnej plamki. Ściany białe, podłogi drewniane - pomalowane albo przykryte barwnymi, płóciennymi dywanikami; dwa stoły, tapczan, krzesła, kredens, na parapetach doniczki z kwiatami. W kącie łóżko, na nim wielka sterta piernatów i poduszek w czerwonych poszewkach; aby wleźć na tę stertę, trzeba przystawić krzesło; a gdy się na niej położysz, utoniesz. Sybiracy lubią spać na miękkim.
Na ścianach wiszą kupione na jarmarku obrazy: portret monarchy, koniecznie w kilku egzemplarzach, Jerzy Zwycięzca5, europejscy władcy, wśród których znalazł się szach perski, wizerunki z łacińskimi i niemieckimi podpisami, portrety Battenberga6, Skobielewa7, znowu święci... Ozdobie ścian służą także pisemka o damskiej konfekcji, etykiety wódczane i papierosowe; ta tandeta w ogóle nie pasuje do solidnego łóżka i malowanych podłóg. Ale co robić? Popyt na sztuki piękne jest tutaj duży, lecz Bóg nie obdarza talentami. Popatrzcie na drzwi, na których narysowane jest drzewo w niebieskich i czerwonych barwach i z jakimiś ptakami, podobnymi bardziej do ryb; drzewo wyrasta z wazy i po tej wazie widać, że rysował Europejczyk, czyli zesłaniec; ten sam zesłaniec wymalował krąg na suficie i desenie na piecu. Niewyszukane malarstwo, a i ono jest ponad siły tutejszego chłopa, który przez dziewięć miesięcy nie zdejmuje rękawic i nie prostuje palców; bo jest mróz czterdziestostopniowy, bo zatopiło łąkę na dwadzieścia wiorst, a gdy przyjdzie krótkie lato - plecy bolą i żyły puchną od pracy. Kiedy tu rysować? Człowiek przez cały rok toczy walkę z przyrodą, więc nie jest malarzem, muzykiem, pieśniarzem. Rzadko usłyszycie we wsi harmoszkę i nie liczcie na to, że pocztylion zaintonuje pieśń.
Drzwi są otwarte i widać przez sień drugi pokój - jasny, o drewnianej podłodze. Tam wre praca. Gospodyni, kobieta lat dwudziestu pięciu, wysoka, szczupła, o dobrej, łagodnej twarzy, miesi na stole ciasto. Poranne słońce świeci jej w oczy, oświetla jej piersi, ręce, toteż wydaje się, że ugniata ciasto ze światłem słonecznym; siostra gospodyni, młoda dziewczyna, piecze bliny, kucharka parzy wrzątkiem zarżnięte przed chwilą prosię, gospodarz walcuje wojłok na walonki8. Tylko starzy ludzie nic nie robią. Babcia, zwiesiwszy nogi, siedzi na piecu, narzeka i jęczy; dziadek leży na wyżce9 i kaszle, ale zauważywszy mnie, złazi i idzie przez sień do izby. Chce pogadać... Zaczyna od tego, że wiosna teraz zimna, dawno takiej nie było. Litości, jutro dzień Mikołaja, pojutrze Wniebowstąpienie10, a w nocy padał śnieg i na drodze do wsi zamarzła kobieta; bydło chudnie z powodu braku paszy, cielaki od mrozów mają biegunkę... Potem pyta mnie, skąd i dokąd biegnę, po co, czy jestem żonaty; i czy to prawda, co mówią baby, że będzie wojna?
Słychać płacz dziecka. Zauważam, że między łóżkiem a piecem wisi malutka kołyska. Gospodyni zostawia ciasto i pędzi do izby.
- A co tu się przydarzyło! - mówi do mnie, bujając kołyską i łagodnie się uśmiechając. - Dwa miesiące temu przyjechała do nas z Omska mieszczka z małym dzieckiem... ale ubrana po pańsku. Dziecko urodziła w Tiukalińsku i tam je ochrzciła. Po porodzie zaniemogła w drodze i zamieszkała u nas w tej tutaj izbie. Powiada, że jest zamężna, ale kto ją tam wie. Na twarzy nie ma wypisane, a dokumentów też nie ma. Może dziecko z nieprawego łoża...
- Nie nasza sprawa orzekać - mruczy dziadek.
- Pomieszkała u nas tydzień - ciągnie gospodyni - a potem mówi: "Pojadę do Omska do męża, a mój Sasza niech zostanie u was; za tydzień po niego wrócę. Teraz się boję, że w drodze zamarznie". Ja jej na to: "Niech pani posłucha: Bóg daje ludziom dzieci, jednemu dziesięcioro, drugiemu dwanaścioro, a mnie i mojego pokarał i żadnego nie dał; zostaw nam swojego Saszę, będzie naszym synkiem". Pomyślała i powiada: "Poczekajcie, męża zapytam i za tydzień przyślę wam list. Bez zgody męża nie mogę". Zostawiła nam Saszkę i pojechała. I już dwa miesiące minęły, a ona nie wraca i listu nie przysyła. Za jakie grzechy! Pokochaliśmy Saszkę jak rodzonego, a sami teraz nie wiemy, czy on nasz, czy cudzy?
- Musicie teraz napisać do niej list - radzę.
- Ano musimy! - dobiega z sieni głos gospodarza.
Wchodzi do izby i w milczeniu na mnie patrzy: czy dam jeszcze jakąś radę?
- Ale jak do niej napisać? - pyta gospodyni. - Nazwiska nie podała, tyle wiemy, że Maria Pietrowna. A Omsk duże miasto, jak ją znaleźć? Szukaj wiatru w polu!
- Ano nie znajdziemy! - przytakuje gospodarz i patrzy na mnie, jakby chciał powiedzieć: "Pomóż, człowieku, na miłość boską!".
- Przywykliśmy do Saszki - powiada gospodyni, dając dziecku smoczek. - Krzyknie za dnia albo nocą i serce inaczej bije, jakbyśmy mieli inną chatę. Ale nie zna się dnia ni godziny, może w każdej chwili przyjechać i dziecko zabrać.
Oczy gospodyni napełniają się łzami, szybko wychodzi z izby. Gospodarz odprowadza ją wzrokiem, uśmiecha się i mówi:
- Przywykła... Wiadomo, żal!
On sam też przywykł, jemu też jest żal, choć jest mężczyzną i niełatwo mu się do tego przyznać.
Jacy dobrzy ludzie! Gdy piję herbatę i słucham opowieści o Saszy, moje rzeczy leżą na wozie, na podwórzu. Na pytanie, czy nikt ich nie ukradnie, odpowiadają z uśmiechem:
- Kto ukradnie? U nas nawet w nocy nie kradną.
I w rzeczy samej, nie słyszałem, by na trakcie syberyjskim okradziono podróżnego. Pod tym względem obyczaje tutejsze są wspaniałe. Jestem głęboko przekonany, że gdybym zgubił w powozie pieniądze, to pocztylion, który by je znalazł, oddałby mi je, nie zajrzawszy nawet do portfela. Końmi pocztowymi jeździłem mało, więc o pocztylionach mogę rzec tylko to: w książkach skarg i zażaleń, które czytałem z nudów na stacjach pocztowych, zauważyłem jedną skargę na kradzież: podróżnemu zginął woreczek z butami, ale i ta skarga pozostała bez następstw, gdyż woreczek został szybko znaleziony i zwrócony podróżnemu. O rabunkach na drodze nawet się nie mówi. Nikt o czymś takim nie słyszał. A napotkani włóczędzy, którymi mnie tak straszono przed wyjazdem, są tak przerażający dla podróżnego jak zające i kaczki.
Do herbaty podają mi bliny z pszennej mąki, pierogi z twarogiem i jajkami, racuchy, bułki maślane. Bliny są cienkie, tłuste, a bułki smakiem i wyglądem przypominają żółte, gąbczaste obwarzanki, które w Taganrogu i w Rostowie nad Donem Ukraińcy sprzedają na bazarach. Chleb na całym syberyjskim trakcie pieką bardzo smaczny, codziennie i w dużej ilości. Mąka pszenna tutaj tania: 30-40 kopiejek za pud11.
Samym chlebem się nie pożywisz. Jeśli w południe poprosisz o coś gotowanego, to wszędzie ci zaproponują "kaczą polewkę" - i nic poza tym. A tej polewki nie da się jeść; to mętny płyn, w którym pływają kawałki dzikiej kaczki i flaki nieoczyszczone z zawartości. Niesmaczne i patrzeć się nie da. W każdej chałupie - zwierzyna. Na Syberii nikt nie słyszał o jakichkolwiek prawach łowieckich, strzela się do ptaków przez cały rok. Ale tak łatwo ich nie wytrzebią. Na przestrzeni tysiąca pięciuset wiorst od Tiumenia do Tomska ptactwa jest dużo, a nie ma porządnej strzelby i na stu myśliwych tylko jeden umie strzelać do ptaka w locie. Myśliwy zazwyczaj czołga się na brzuchu po kępach i mokrej trawie, po czym strzela zza krzaka, będąc 20-30 kroków od celu; na dodatek co piąty strzał to niewypał, a podczas strzału licha strzelba silnie uderza w ramię i policzek; jeśli uda się trafić w cel, to także bieda: ściągaj buty i szarawary12 i właź do zimnej wody. Psów myśliwskich tutaj nie ma.
IV
12 maja
Powiał zimny, rześki wiatr, nastały deszcze, które padają dzień i noc, bez ustanku. Osiemnaście wiorst od Irtysza chłop Fiodor Pawłowicz, do którego przywiózł mnie wóz pocztowy, powiada, że dalej nie da się jechać, bo deszcze zalały łąki wzdłuż brzegów Irtysza; wczoraj przyjechał Kuźma z sioła Pustynnoje i mało brakowało, a konie by potopił; trzeba czekać.
- A jak długo trzeba czekać? - pytam.
- A któż to wie? Boga spytaj.
Idę do chaty. W izbie siedzi starzec w czerwonej koszuli, ciężko oddycha i kaszle. Daję mu proszek Dovera13 - ulżyło, ale on w medycynę nie wierzy i mówi, że polepszyło mu się, bo "przeczekał".
Siedzę i myślę: "Zostać na noc? Ale przecież przez całą noc będzie kaszlał ten dziadek; poza tym chyba są pluskwy, a woda może się jutro rozlać jeszcze szerzej. Nie, lepiej jechać".
- Jedziemy, Fiodorze Pawłowiczu! - mówię do gospodarza. - Nie będę czekał.
- Jak chcecie - zgadza się łagodnie. - Tylko żebyśmy w wodzie nie nocowali.
Jedziemy. Deszcz leje jak z cebra. Tarantas nie jest przykryty. Pierwszych osiem wiorst jedziemy po błocie, ale mimo wszystko kłusem.
- Pogoda! - mówi Fiodor Pawłowicz. - Muszę przyznać, że sam dawno tam nie byłem, nie widziałem rozlewiska, a Kuźma nastraszył. Może przejedziemy z Bożą pomocą.
Wyłania się przed nami szerokie jezioro: zatopione łąki. Wiatr po nim dmie, wyje i wznosi fale. To tu, to tam widać wysepki i niezalane jeszcze pasma ziemi. Kierunek wskazują mosty i rozmiękłe, zerwane groble. W oddali ciągnie się wysoki brzeg Irtysza, szary i ponury, a nad nim wiszą ciężkie, ołowiane chmury; gdzieniegdzie na brzegu bieleje śnieg.
Zaczynamy jechać przez jezioro. Głębokie nie jest. Koła są zanurzone w wodzie tylko na ćwierć arszyna14. Jazdę utrudniają mosty. Przy każdym trzeba wysiąść z tarantasa i stanąć w błocie lub w wodzie. By wjechać na most, trzeba wpierw do jego lekko uniesionej krawędzi przyłożyć deski i kłody, które się na nim walają. Konie przeprowadzamy przez most jeden po drugim. Fiodor Pawłowicz daje mi do rąk zimne, brudne lejce, znarowiony koń cofa się, wiatr chce zerwać ze mnie ubranie, deszcz siecze boleśnie po twarzy. Może wrócić? Jednak Fiodor Pawłowicz milczy i czeka, żebym to ja zaproponował powrót; ale ja też milczę.
Bierzemy szturmem jeden most, drugi, potem trzeci... Ugrzęźliśmy w błocie i mało brakowało, a byśmy się wywrócili; konie nie chcą iść, kaczki i mewy latają nad nami i śmieją się z nas. Po twarzy Fiodora Pawłowicza, po jego powolnych ruchach, po jego milczeniu widzę, że nie pierwszy raz zmaga się z takimi przeciwnościami, że bywało gorzej i dawno już przywykł do kleistego błota, do wody i do zimna. Drogo płaci za życie!
Wjeżdżamy na wysepkę. Stoi tu chałupka bez dachu. Po mokrym gnoju człapią dwa mokre konie. Na zawołanie Fiodora Pawłowicza z chałupy wychodzi brodaty chłop z długim kijem i podejmuje się roli przewodnika. Idzie w milczeniu przed nami, mierzy kijem głębokość wody i bada grunt. Wyprowadza nas na długi, wąski pas, który nazywa grzbietem; musimy jechać po tym grzbiecie, a gdy się skończy, mamy skręcić w lewo, potem w prawo i wjechać na drugi grzbiet, który ciągnie się do samego promu.
Ściemnia się; nie ma już ani kaczek, ani mew. Brodaty chłop pouczył nas, jak jechać, i zawrócił. Skończył się pierwszy grzbiet, znowu brodzimy w wodzie, skręcamy w lewo, potem w prawo. Wreszcie drugi grzbiet. Ciągnie się do samego brzegu.
Irtysz jest szeroki. Jeśli Jermak15 przeprawiał się przez niego w czas wylewu, to utonął i bez kolczugi. Tamten brzeg jest wysoki, stromy i opustoszały. Widać dolinkę, a dolinką, jak mówi Fiodor Pawłowicz, idzie droga w górę, do wsi Pustynnoje, dokąd zmierzam. Nasz brzeg jest łagodny, na arszyn wysoki, postrzępiony i dziki z wyglądu, bez śladu roślinności; mętne fale o białych grzywach uderzają w niego ze złością i zaraz odskakują, jakby czuły wstręt do oślizgłego brzegu, na którym żyją tylko ropuchy i dusze grzeszników. Irtysz nie szumi, nie ryczy, a sprawia wrażenie, jakby kołatał do trumien leżących na jego dnie. Upiorne doznanie!
Podjeżdżamy do chaty, w której mieszkają przewoźnicy. Wychodzi jeden i mówi, że nie można płynąć w taką pogodę, trzeba czekać do rana.
Przyszło mi nocować w tej chacie. Ale spać nie daje chrapanie przewoźników i mojego woźnicy, bębnienie deszczu, wycie wiatru, kołatanie do trumien gniewnego Irtysza. Z samego rana idę nad rzekę; deszcz pada, wiatr ucichł, ale prom wciąż nie kursuje. Przeprawiają mnie łódką.
Prom należy do miejscowych chłopów, wśród przewoźników nie ma żadnego zesłańca. Ludzie są tu mili i serdeczni. Gdy przepłynąłem rzekę i jąłem się wspinać na śliską górę, żeby stamtąd ruszyć końmi w dalszą drogę, życzyli mi szczęścia, zdrowia i sukcesów w interesach. A Irtysz się pieni...
V
13 maja
Skaranie boskie z tym rozlewiskiem. W Koływani nie dają mi koni pocztowych, mówią, że Ob wylał, łąki są pod wodą i niepodobna jechać. Wstrzymali nawet pocztę i czekają na osobne zarządzenia w tej sprawie.
Stacyjny kancelista radzi jechać prywatnymi końmi do sioła o nazwie Wjuny, a stamtąd do Krasnego Jaru; z Krasnego Jaru przepłynę dwanaście wiorst łódką do wsi Dubrowino i tam dostanę zaprzęg pocztowy. Jadę więc do Wjun, potem do Krasnego Jaru... Przywożą mnie do chłopa Andrieja, który ma łódkę.
- Jest łódka, jest! - mówi pięćdziesięcioletni Andriej, chuderlawy, z jasną bródką. - Jest łódka! Wczesnym rankiem powiozła do Dubrowina asesora16 i zaraz będzie z powrotem. Proszę poczekać i wypić herbatkę.
Piję herbatę, potem wspinam się na stos pierzyn i poduszek... Budzę się, pytam o łódkę - jeszcze nie wróciła. Żeby w izbie nie było zimno, kobiety napaliły w piecu i pieką chleb. Izba się nagrzała, chleb się upiekł, a łódki ciągle nie ma.
- Chłopaka niepewnego posłali - wzdycha gospodarz i kręci głową. - Niezdarny jak stara baba; musi wiatru się przestraszył i nie płynie. Patrzcie no, jak wieje! Może szanowny pan jeszcze herbatki? Bo pewnie smutno?
Jakiś tutejszy wiejski głupek w podartej siermiędze i bosy, mokry od deszczu, niesie do sieni drwa i wiadro wody. Wstępuje do izby, w której siedzę; ma kudłatą, nieuczesaną głowę, mówi coś szybko, mruczy jak cielę i wychodzi. Mało brakuje, a patrząc na jego mokrą twarz i nieruchome spojrzenie, słuchając jego głosu, sam zacznę gadać głupoty.
Po południu przyjeżdża do gospodarza bardzo wysoki i gruby chłop; ma szeroki, byczy kark i wielkie pięści; przypomina otyłego rosyjskiego karczmarza. Zwie się Piotr Piotrowicz. Mieszka w sąsiedniej wsi i ma tam z bratem pięćdziesiąt koni; wozi nimi ludzi, dostarcza je stacjom pocztowym, orze nimi ziemię; poza tym handluje bydłem, a teraz jedzie do Koływani w jakichś interesach.
- Wy z Rosji? - pyta mnie.
- Z Rosji.
- Ani razu nie byłem. U nas kto do Tomska dotarł, ten już nosa tak zadziera, jakby cały świat objechał. A piszą w gazetach, że już do nas niedługo tory kolejowe poprowadzą. Proszę powiedzieć, jak to jest? Maszyna działa na parę - to ja dobrze rozumiem. No, ale jeśli, dajmy na to, przez wieś ona przejedzie, to przecież chałupy zburzy i ludzi podusi!
Wyjaśniam, a on słucha uważnie i wykrzykuje:
- Nie może być!
Z rozmowy wynika, że bywał w Tomsku, w Irkucku i w Irbicie; że będąc żonatym, sam nauczył się czytać i pisać. Na gospodarza, który zna tylko Tomsk, spogląda z wyższością i słucha go niechętnie. Kiedy coś mu proponują albo podają, mówi grzecznie: "Proszę się nie fatygować".
Gospodarz i gość siadają, żeby napić się herbaty. Młoda kobieta, synowa gospodarza, podaje im ją na tacy i nisko się kłania; oni zaś biorą filiżanki i piją w milczeniu. Gdzieś obok, koło pieca, wrze samowar. Znowu wspinam się na stos pierzyn i poduszek, leżę i czytam, potem schodzę i piszę. Mija dużo czasu, bardzo dużo, synowa wciąż się kłania, a gospodarz z gościem wciąż piją herbatę.
- Be-ba! - krzyczy w sieni głupiec. - Me-ma!
A łódki nie ma! Zapada zmierzch, w izbie zapalają świecę łojową. Piotr Piotrowicz długo mnie wypytuje, dokąd i po co jadę, czy będzie wojna, ile kosztuje mój rewolwer, ale już mu się sprzykrzyło mówić; siedzi, milcząc, za stołem, podparł policzki pięściami i zamyślił się. W świeczce wypalił się knot. Drzwi otwierają się bezszelestnie, wchodzi głupiec i siada na kufrze. Obnażył chude jak patyczki ręce. Usiadł przodem do świecy.
- Idź stąd, idź! - mówi do niego gospodarz.
- Me-ma! - muczy i posłusznie wychodzi do sieni. - Be-ba!
Deszcz uderza w okna. Gospodarz i gość siadają do kaczej polewki; obaj nie są głodni i jedzą tylko z nudów. Potem synowa ścieli na podłodze pierzyny i poduszki; gospodarz i gość rozbierają się i kładą obok siebie.
Co za nuda! Żeby się rozerwać, przenoszę się myślami w rodzinne strony, gdzie jest już wiosna, a zimny deszcz nie tłucze w okna, ale, jak na złość, przypomina mi się życie szare, leniwe, bezużyteczne; zdaje się, że i tam się wypalił knot i rozlega się krzyk: Me-ma! Be-ba! Nie chcę wracać.
Ścielę sobie kożuszek na podłodze, kładę się i u wezgłowia stawiam świeczkę. Piotr Piotrowicz unosi głowę i patrzy na mnie.
- Otóż chciałbym coś objaśnić - mówi półgłosem, żeby nie usłyszał gospodarz. - Lud na Syberii ciemny, bez talentu. Z Rosji przywożą mu kożuszki, perkal, naczynia, gwoździe, a on sam niczego nie umie. Tylko ziemię orze i wolnych ludzi wozi, więcej nic... Nawet ryb łowić nie umie. Nudny lud, mój Boże, jaki nudny! Żyjesz między tymi ludźmi i tylko tyjesz bez opamiętania, ale żeby coś dla duszy i dla umysłu - nic, wyłącznie żarcie! Żal patrzeć, proszę pana. Człowiek tutejszy serce ma miękkie, nie ukradnie, nie obrazi i nie pije dużo. Złoto, nie człowiek, lecz marnuje się bez pożytku jak mucha albo, powiedzmy, komar. Niech go pan zapyta: Po co żyjesz?
- Człowiek pracuje, jest najedzony, ubrany - odpowiadam. - Czego mu jeszcze trzeba?
- Powinien wiedzieć, dla jakiej wyższej konieczności żyje. W Rosji pewnie rozumieją!
- Nie, nie rozumieją.
- To nijak niemożliwe - mówi Piotr Piotrowicz po namyśle. - Człowiek nie koń. Przykładowo, u nas po całej Syberii nie ma prawdy. A jeśli jakaś była, to już dawno zamarzła. Człowiek powinien tej prawdy szukać. Ja jestem chłop bogaty, silny, u asesora mam plecy i mogę jutro na tego naszego gospodarza krzywdę zesłać: on u mnie w niewoli zgnije, a jego dzieci po świecie się rozsypią. I nie ma on na mnie żadnego sposobu, a jego nic nie ochroni, bo bez prawdy żyjemy... Znaczy, w metryce tylko jest zapisane, żeśmy ludzie, Piotr albo Andriej, a tak naprawdę tośmy wilki. Albo co się tyczy Boga... Sprawa to niebagatelna, straszna, a gospodarz kładzie się i tylko trzy razy się żegna, jakby to wystarczało; zarabia i gromadzi pieniądze, chyba już osiem koni ma i wciąż nowe kupuje, a spytałby samego siebie: po co to? Przecież na tamten świat nie weźmie! Może by i spytał, ale nie myśli, bo rozumu ma mało.
Długo mówi Piotr Piotrowicz, ale i on cichnie; świta już i pieją koguty.
- Me-ma! - muczy głupiec. - Be-ba!
A łódki ciągle nie ma.
VI
15 maja
W Dubrowinie dają mi konie i jadę dalej, ale czterdzieści pięć wiorst przed Tomskiem znowu słyszę, że nie można jechać, że rzeka Tom zatopiła łąki i drogi. Znowu trzeba płynąć łódką. I ta sama historia co w Krasnym Jarze: łódka odpłynęła na drugą stronę i nie może wrócić, bo wieje silny wiatr i na rzece są wysokie fale. Muszę czekać!
Rano pada śnieg i pokrywa ziemię na półtora werszka17 (14 maja!); w południe pada deszcz i zmywa wszystek śnieg; wieczorem, o zachodzie słońca, gdy stoję na brzegu i patrzę, jak łódka walczy z nurtem rzeki, pada deszcz i drobny, kłujący śnieg. I nagle wyraźnie słyszę grzmot. Przewoźnicy robią znak krzyża i mówią, że idzie ciepło.
Łódź jest duża. Kładą w niej najpierw dwadzieścia pudów poczty, potem mój bagaż i wszystko przykrywają mokrymi rogożami. Pocztylion, wysoki starszy mężczyzna, siada na dużej paczce, a ja na mojej walizce. U moich nóg lokuje się mały żołnierzyk, cały w piegach. Z jego szynelu i z kaszkietu spływa woda.
- Panie Boże błogosław! Odbijamy!
Płyniemy z nurtem, blisko krzaków wikliny. Wioślarze mówią, że dziesięć minut temu utonęły dwa konie, a chłopczyk, który siedział na wozie, ledwo się uratował, chwyciwszy się wikliny.
- Wiosłujcie, chłopaki, wiosłujcie, potem opowiecie! - krzyczy sternik. - Z całych sił!
Nad rzeką, jak to bywa zwykle przed burzą, przemknął nagle silny podmuch wiatru. Goła wiklina chyli się ku wodzie i szumi; rzeka raptem ciemnieje, fale rosną.
- Chłopaki, płyniemy w stronę zarośli, trzeba przeczekać - mówi spokojnie sternik.
Już zaczynamy skręcać, gdy któryś z wioślarzy zauważa, że jeśli burza się rozhula, to całą noc przesiedzimy w wiklinie, a i tak utoniemy, może więc płyńmy? Większością głosów postanawiamy płynąć.
Rzeka staje się coraz ciemniejsza, silny wiatr i deszcz uderzają w nas z boku, a brzeg wciąż daleko. Wiklina, za którą w razie nieszczęścia można by się złapać, zostaje w tyle. Pocztylion, po którym widać, że niejedno w życiu przeszedł, milczy w bezruchu, jakby zastygł; wioślarze też milczą... Widzę, że żołnierzykowi nagle spąsowiała szyja. Robi mi się ciężko na sercu i myślę tylko o tym, że jeśli łódka się przewróci, to najpierw zrzucę z siebie kożuszek, potem marynarkę, potem...
Ale oto brzeg coraz bliżej, bliżej, wioślarzom wraca dobry humor, na sercu robi się lżej i gdy od brzegu dzielą nas tylko trzy sążnie, robi się wesoło, a do głowy przychodzi mi myśl: "Dobrze jest być tchórzem! Takiemu niewiele trzeba, żeby nagle poweselał!".
VII
18 maja
Nie lubię, gdy inteligentny zesłaniec stoi przy oknie i milczy ze wzrokiem utkwionym w dach sąsiedniego domu. O czym myśli? Nie lubię, gdy rozmawia ze mną o błahostkach i patrzy na mnie z takim wyrazem twarzy, jakby chciał powiedzieć: "Ty wrócisz do domu, a ja tu zostanę". Nie lubię dlatego, że jest mi go nieskończenie żal.
Twierdzenie, że teraz karę śmierci stosuje się w wyjątkowych sytuacjach, nie jest ścisłe. Wszelkie kary, które ją zastąpiły, nadal zawierają główny jej atrybut: dożywocie, wieczność. Kary te mają cel odziedziczony wprost po karze śmierci: usunięcie przestępcy z normalnego środowiska n a z a w s z e ; człowiek, który popełnił zbrodnię, umiera w oczach społeczeństwa, w którym się urodził i wychował - tak jak wtedy, gdy obowiązywała kara śmierci. W rosyjskim prawodawstwie, dość humanitarnym, niemal wszystkie wysokie kary - zarówno kryminalne, jak i resocjalizacyjne - są dożywotnie. Prace katorżnicze zawsze są powiązane z osiedleniem. Zesłanie w formie osiedlenia okrutne jest właśnie dlatego, że jest dożywotnie; gdy skazany na aresztancką kompanię odbył karę, a społeczność nie zgadza się go przyjąć między siebie, zsyła się go na Syberię; pozbawienie praw niemal zawsze ma charakter dożywotni, toteż wszystkie najwyższe kary nie dają przestępcy wiecznego ukojenia w grobie, czyli tego, co mogłoby pogodzić mnie z karą śmierci; a z drugiej strony dożywocie, świadomość, że nie ma nadziei na poprawę losu, że na zawsze umarł we mnie obywatel i żadne moje starania go nie wskrzeszą, każą myśleć, iż kara śmierci zarówno w Europie, jak i u nas nie jest zniesiona, lecz została obleczona w inną, mniej odrażającą dla ludzkich uczuć formę. Europa zbyt długo stosowała karę śmierci, by z niej szybko i łatwo zrezygnować.
Wierzę głęboko, że za sto lat pomyślimy o dożywotnim charakterze naszych kar z takim samym zdumieniem i zakłopotaniem, z jakim teraz myślimy o ucinaniu nosów i obcinaniu palców lewej ręki. Jestem też głęboko przekonany, że jakkolwiek jasno byśmy sobie zdawali sprawę z anachronizmu i niedorzeczności takich zamierających zjawisk jak kary dożywotnie, to nie zaradzimy złu. By zastąpić dożywocie czymś sprawiedliwszym i bardziej racjonalnym, brakuje nam wiedzy, doświadczenia i odwagi; wszelkie próby podejmowane w tym kierunku, niezdecydowane i jednostronne, mogłyby się zakończyć poważnymi błędami i skrajnością, bo taki jest los inicjatyw nieopartych na wiedzy i doświadczeniu. Choć to przykre i dziwne, nie możemy nawet rozstrzygnąć modnej kwestii, co jest dla Rosji korzystniejsze: więzienie czy zesłanie, ponieważ w ogóle nie wiemy, czym są więzienie i zesłanie. Wystarczy spojrzeć na nasze piśmiennictwo dotyczące więzienia i zesłania: co za ubóstwo! Dwa, trzy nazwiska, dwa, trzy artykuliki, a dalej zupełna pustka, jakby w Rosji w ogóle nie istniały ani więzienia, ani zesłania, ani katorgi. Już od trzydziestu lat nasza myśląca inteligencja powtarza w kółko, że każdy przestępca stanowi produkt społeczeństwa, ale jakże jest jej obojętny ten produkt! Przyczyna obojętności wobec uwięzionych i zesłanych, niepojętej w chrześcijańskim kraju i w chrześcijańskiej literaturze, kryje się w niesłychanej ignorancji rosyjskiego prawnika, który mało wie i jest skrępowany rutyną zawodową. Zdaje uniwersyteckie egzaminy tylko po to, by umieć sądzić człowieka i skazać go na więzienie lub zesłanie; objąwszy posadę i otrzymując pensję, jedynie sądzi i wydaje wyroki, a dokąd idzie przestępca po rozprawie sądowej i po co, czym jest więzienie i czym jest Syberia, tego nie wie, to go nie ciekawi i to nie wchodzi w zakres jego kompetencji; to już sprawa konwojentów i więziennych nadzorców o czerwonych nosach!
Zdaniem tutejszych mieszkańców: urzędników, pocztylionów, woźniców, z którymi miałem okazję rozmawiać, zesłańcy wywodzący się z inteligencji - ci wszyscy oficerowie, urzędnicy, notariusze, księgowi, przedstawiciele złotej młodzieży - zesłani tu za fałszerstwo, defraudację czy oszustwo - wiodą życie odosobnione i skromne. Wyjątek stanowią subiekci posiadający temperament Nozdriowa18 - ci wszędzie i zawsze pozostają sobą; oni jednak nie siedzą w jednym miejscu, wiodą na Syberii cygańskie, koczownicze życie i do tego stopnia są ruchliwi, że niemal nieuchwytni dla oka. Prócz Nozdriowów są wśród skazanych inteligentów ludzie do cna zepsuci, niemoralni, wręcz podli, ale nie jest ich wielu; znają ich wszyscy i wytykają palcami. Olbrzymia większość, powtarzam, żyje skromnie.
Po przybyciu na miejsce zesłania inteligenci wyglądają z początku na oszołomionych, są nieśmiali i jakby zahukani. W większości są biedni, słabi, niedostatecznie wykształceni i umieją tylko pisać. Jedni z nich zaczynają od sprzedawania swoich koszul z holenderskiego płótna, prześcieradeł, chust, a kończą na tym, że po dwóch, trzech latach umierają w strasznej nędzy (tak niedawno zmarł w Tomsku Kuzowlew, zamieszany w oszustwa taganroskiego urzędu celnego; został pochowany na koszt jakiegoś zacnego człowieka, także zesłańca); inni powoli się urządzają i stają na nogi; parają się handlem, adwokaturą, piszą do miejscowych gazet, zostają kancelistami. Ich miesięczne zarobki rzadko przekraczają trzydzieści pięć rubli.
Ich życie jest nudne. Syberyjska przyroda w porównaniu z rosyjską zdaje się uboga, monotonna, bezbarwna. W Święto Wniebowstąpienia Pańskiego jest mróz, w Zielone Świątki pada mokry śnieg19. Mieszkania w miastach paskudne, ulice błotniste, w sklepach drogo i biednie, towar nieświeży, a tego, do czego przywykł Europejczyk, nie znajdzie się za żadne pieniądze. Miejscowa inteligencja, myśląca i niemyśląca, od rana do nocy pije wódkę, pije niewytwornie, ordynarnie i głupio, nie znając miary; już po pierwszych dwóch zdaniach tutejszy inteligent pyta: "A może byśmy się napili wódki?". I z nudów pije z nim zesłaniec; najpierw się krzywi, potem przywyka, a na koniec się upija. Skoro mowa o pijaństwie, to nie zesłańcy demoralizują miejscową ludność, lecz odwrotnie. Kobiety tutaj też są tak nudne jak syberyjska przyroda. Są bezbarwne, zimne, nie umieją się ubrać, nie śpiewają, nie śmieją się, są nieładne i - jak się wyraził w rozmowie ze mną pewien stary autochton - "twarde w dotyku". Gdy z biegiem czasu narodzą się na Syberii powieściopisarze i poeci, to w ich powieściach i poematach kobieta nie będzie bohaterką; nie będzie inspirować i pobudzać do wielkich czynów, nie będzie ratować, nie będzie "iść na koniec świata". Jeśli nie liczyć kiepskich karczem, łaźni domowych i licznych domów rozpusty, jawnych i tajnych, które tak lubią odwiedzać syberyjscy mężczyźni, to w miastach nie ma żadnych rozrywek. W długie jesienne i zimowe wieczory zesłaniec siedzi w domu albo idzie do tubylca pić wódkę; wypiją we dwóch dwie butelki siwuchy i pół tuzina piw, a potem pada tradycyjne pytanie: "A może by tak pojechać t a m ?", czyli do burdelu. Nuda za nudą. Jak rozweselić duszę? Przeczyta zesłaniec zapomnianą książkę w rodzaju Chorób woli Ribota20 albo w pierwszy słoneczny dzień wiosny włoży jasne spodnie - i to wszystko. Ribot nudnawy i czy jest sens czytać o chorobach woli, gdy samej woli brak? W jasnych spodniach zimno, ale zawszeć jakieś to urozmaicenie!
VIII
Syberyjski trakt to największa i chyba najbrzydsza droga na świecie. Od Tiumenia do Tomska - nie dzięki urzędnikom, a za sprawą naturalnych warunków terenu - jest jeszcze znośna: to bezleśna równina. Rano padał deszcz, a wieczorem już sucho; i jeśli do końca maja trakt jest pokryty zwałami lodu z topniejącego śniegu, to można jechać polem, wybierając dowolną drogę okrężną. Od Tomska zaczyna się tajga, pojawiają się pagórki, ziemia wysycha tutaj powoli, nie można pojechać drogą okrężną, trzeba jechać traktem. Dlatego za Tomskiem podróżni zaczynają kląć i gorliwie współpracować z książkami skarg i zażaleń. Urzędnicy dokładnie czytają te skargi i na każdą odpisują: "Pozostawić bez następstw". Po co pisać? Chińscy urzędnicy dawno by już wprowadzili stempel.
Jadą ze mną z Tomska do Irkucka dwaj porucznicy i lekarz wojskowy. Jeden porucznik piechoty, w mechatej papasze, drugi - topograf z akselbantem21. Na każdej stacji - brudni, mokrzy, senni, zmęczeni monotonną jazdą w trzęsącym wozie - walimy się na łóżka i narzekamy: "Co za paskudna, ohydna droga!". A stacyjni kanceliści i sołtysi mówią nam: "To jeszcze nic, zobaczycie, co będzie w Kozulce!".
Straszą Kozulką na każdej stacji już od Tomska; kanceliści zagadkowo się uśmiechają, a napotkani podróżni powiadają złośliwie: "Ja przejechałem, to i ty teraz jedź!". Swoje dodaje wyobraźnia: tajemnicza Kozulka zaczyna się śnić jako ptak z długim dziobem i zielonymi ślepiami.
Kozulką nazywają dwudziestodwuwiorstową strefę między stacjami Czernorieczeńską a Kozulską (między miastami Aczyńsk i Krasnojarsk). Dwie, trzy stacje przed tym strasznym miejscem zjawiają się jego zwiastuny. Ktoś napotkany po drodze mówi, że cztery razy się wywrócił, inny utyskuje, że złamał oś, trzeci milczy ponuro i na pytanie, czy droga jest dobra, odpowiada: "Bardzo dobra, niech ją diabli wezmą!". Wszyscy patrzą na mnie ze współczuciem jak na nieboszczyka, bo mam własny powóz.
- Prawdopodobnie połamiecie koła i ugrzęźniecie w błocie! - mówią z westchnieniem. - Już lepiej byłoby jechać wypożyczonym.
Im bliżej Kozulki, tym straszniejsze zwiastuny. Niedaleko stacji Czernorieczeńskiej, wieczorem, powóz z moimi towarzyszami podróży nagle się przewraca, porucznicy i lekarz, a z nimi ich walizki, toboły, szable i futerał ze skrzypcami lądują w błocie. Nocą przychodzi kolej na mnie. Tuż przy stacji woźnica nagle oświadcza, że w moim powozie zgiął się sworzeń (żelazna śruba łącząca przód wozu z osią; kiedy się gnie albo łamie, to powóz kładzie się przednią częścią na ziemi). Na stacji zaczyna się naprawa. Pięciu woźniców, którzy tak przesiąkli czosnkiem i cebulą, że aż człowiekowi robi się duszno i go mdli, przewraca zabłocony powóz na bok i zaczyna wybijać z niego młotem zgięty sworzeń. Mówią, że w powozie pękła jeszcze jakaś poduszka, opuścił się resor, odskoczyły trzy śruby, ale ja niczego nie rozumiem i nawet nie chcę zrozumieć... Ciemno, zimno, nudno, chce się spać...
W pokoju na stacji świeci się blada żarówka. Pachnie naftą, czosnkiem i cebulą. Na jednym łóżku śpi porucznik w papasze, na drugim siedzi jakiś brodaty mężczyzna i leniwie zakłada buty; przed chwilą otrzymał polecenie, żeby gdzieś pojechać i naprawić telegraf, a jemu chce się spać. Porucznik z akselbantem i lekarz siedzą przy stole, położyli ciężkie głowy na rękach i drzemią. Słychać chrapanie papachy i stukot młota na dworze.
Rozmawiają... Wszyscy na trakcie krytykują miejscowe władze i narzekają na drogę. Najmocniej się dostaje resortowi pocztowo-telegraficznemu, choć on na syberyjskim trakcie tylko się panoszy, nie administruje. Zmęczonemu podróżnemu, któremu zostało do Irkucka ponad tysiąc wiorst, wszystko, o czym się mówi na stacjach, wydaje się czymś okropnym. Wszystkie te rozmowy o tym, jak jakiś członek Towarzystwa Geograficznego jadący z żoną dwa razy złamał swój powóz i musiał spędzić noc w lesie, jak jakaś dama rozbiła sobie w dyliżansie głowę, bo tak trzęsło podczas jazdy, jak jakiś akcyźnik przesiedział szesnaście godzin w błocie i dał chłopom dwadzieścia pięć rubli, żeby go wyciągnęli i zawieźli na stację, jak żaden właściciel powozu nie dojechał pomyślnie do stacji - wszystkie tego typu rozmowy rozbrzmiewają echem w duszy jak głos złowieszczego ptaka.
Najbardziej jednak szwankuje poczta. Gdyby znalazł się dobry człowiek, który wziąłby na siebie trud prześledzenia ruchu syberyjskiej poczty od Permu do Irkucka i spisałby swoje obserwacje, to wyszłaby z tego opowieść mogąca wzruszyć czytelników do łez. Zacznijmy od tego, że wszystkie te skórzane paki i worki szerzące na Syberii religię, oświatę, handel, ład i pieniądze bez żadnej potrzeby nocują długie dnie w Permie tylko dlatego, że leniwe parowce spóźniają się na pociąg. Wiosną od Tiumenia aż po Tomsk cała poczta walczy z obfitymi wylewami rzek i z błotem nie do przebrnięcia; pamiętam, na pewnej stacji wskutek wylewu rzeki musiałem czekać około doby, a ze mną czekała poczta. Przez rzeki i zalane łąki ciężką pocztę przewozi się małymi łódkami, które nie wywracają się chyba tylko dlatego, że za syberyjskich pocztylionów modlą się gorąco ich matki. Od Tomska aż do Irkucka wozy pocztowe przez dziesięć, nawet dwadzieścia godzin tkwią w błocie koło różnych Kozulek i Czernorieczeńsków, których jest bez liku. 27 maja opowiadano mi na stacji, że niedawno na rzeczce Kacze runął pod wozem pocztowym most i mało brakowało, a utonęliby i ludzie, i konie - to częsta przygoda na Syberii. Póki jechałem do Irkucka, poczta z Moskwy spóźniała się około tygodnia, czyli przez tydzień miała jakieś przygody.
Syberyjscy pocztylioni to męczennicy. Ich krzyż jest ciężki. To bohaterowie, do których uparcie nie chce się przyznać ojczyzna. Harują, walczą z przyrodą jak nikt, czasami cierpią dotkliwie, ale ich się zwalnia, potrąca się im pensje i karze grzywną częściej, niż nagradza. Wiecie, jakie pobierają wynagrodzenie? A widzieliście pocztyliona odznaczonego medalem? A może są bardziej pożyteczni od tych, którzy piszą: "Pozostawić bez następstw". Zobaczcie, jak są zahukani, przestraszeni, nieśmiali w waszej obecności.
- Proszę wstawać! - budzi lekarz papachę. - Im wcześniej przejedziemy przez tę przeklętą Kozulkę, tym lepiej.
- Panowie, nie taki diabeł straszny, jak go malują! - pociesza brodacz. - Kozulka nie gorsza od innych stacji. A jeśli się boicie, można te dwadzieścia dwie wiorsty przejść pieszo.
- Tak, jeśli w błocie nie ugrzęźniesz - dodaje kancelista.
Zaczyna świtać. Zimno... Woźnice jeszcze nie wyjechali z podwórza, a już mówią: "No, droga nie daj Panie Boże!". Najpierw jedziemy przez wieś... Na przemian lepkie błoto, w którym toną koła, suche kępy i wyboje; z grobli i mostków tonących w gnojówce wystają kłody jak żebra; jazda po nich wywraca ludziom dusze na drugą stronę, a wozom łamie osie.
Skończyła się wieś i znaleźliśmy się w strasznej Kozulce. Droga tutaj rzeczywiście jest paskudna, ale nie sądzę, by była gorsza niż na przykład koło Mariinska czy Czernorieczeńska. Wyobraźcie sobie szeroką przesiekę, wzdłuż której ciągnie się szeroki na cztery sążnie nasyp z gliny i z gruzu - oto trakt. Jeśli spojrzeć na ten nasyp z boku, wydaje się, że z ziemi, niczym z otwartej pozytywki, wystaje duży wał organowy. Z obu jego stron - rowy. Wzdłuż wału ciągną się koleiny na pół arszyna głębokie, poprzecinane mnóstwem wgłębień poprzecznych, toteż cały wał wygląda jak łańcuch górskich szczytów, z Kazbekiem22 i Elbrusem23; szczyty górskie wyschły i stukają w koła, u podnóży gór nadal chlupie woda. Tylko nader zręczny sztukmistrz mógłby postawić na tym nasypie wehikuł tak, że stałby prosto; na ogół tarantas znajduje się w położeniu, które w każdej minucie zmusza do krzyku: "Przewracamy się!". Raz prawe koła zapadają się w głębokiej koleinie, a lewe stoją na szczytach gór; innym razem dwa koła ugrzęzły w błocie, trzecie sterczy na szczycie, a czwarte wisi w powietrzu. Tysiące pozycji przyjmuje kolaska, wy zaś łapiecie się za głowę, za boki, kłaniacie się na wszystkie strony i przygryzacie sobie język, a wasze walizki i kuferki buntują się i walą jedne na drugie i na was samych. A spójrzcie na woźnicę: jakim cudem ten akrobata siedzi na koźle?
Gdyby ktoś popatrzył na nas z boku, orzekłby, że nie podróżujemy, lecz wariujemy. Chcemy się trzymać z dala od nasypu i jedziemy skrajem lasu, ale i tutaj są koleiny, żebra i mostki. Przejechawszy kawałek drogi, woźnica staje; zastanawia się chwilę i odchrząknąwszy bezradnie, z takim wyrazem, jakby chciał teraz popełnić wielką podłość, kieruje się w stronę traktu, wprost do rowu. Rozlega się trzask: łubu-du w przednie koła, łubu-du w tylne! - to my jedziemy przez rów. Potem wspinamy się na nasyp, znowu z trzaskiem. Z koni bucha para, orczyki się rwą, szleje24 i duhy25 suną w bok... "Ej, mateczko! - krzyczy woźnica, chłoszcząc konie batem. - Ej, koleżko! Niech zaraza zeżre wam dusze!" Pociągnąwszy wóz dziesięć kroków, konie stanęły; teraz, choćby nie wiem jak je batożyć i przeklinać, dalej nie pójdą. Znowu jedziemy w stronę rowu i zjeżdżamy z nasypu, znowu szukamy okrężnej drogi, potem znowu zaduma i skręt w stronę nasypu - i tak bez końca.
Ciężko się jedzie, oj, ciężko, ale jeszcze ciężej stać i myśleć, że ten szpetny, pstrokaty pas ziemi, ta czarna ospa, to niemal jedyna żyła łącząca Europę z Syberią! I tą żyłą - mówimy - płynie na Syberię cywilizacja! Tak mówimy; i gdyby nas podsłuchali woźnice, pocztylioni albo ci przemoknięci, brudni chłopi, którzy po kolana brodzą w błocie przy swoim taborze, wiozący do Europy herbatę, to jakiego zdania byliby o Europie, o jej szczerości?
Popatrzcie na tabor. Czterdzieści wozów z pakunkami herbaty wlecze się po nasypie. Koła schowały się do połowy w koleinach, chude szkapiny wyciągają szyje... Obok wozów idą woźnice, wyrywając za każdym krokiem nogi z błota i pomagając koniom, które dawno już opadły z sił... Część taboru zatrzymała się. Co się stało? W jednym z wozów złamało się koło... Nie, już lepiej nie patrzeć!
Żeby się poznęcać nad wycieńczonymi woźnicami, pocztylionami i końmi, ktoś kazał usypać po bokach drogi sterty z cegieł i z kamieni, żeby w każdej chwili przypominać, że niedługo droga będzie jeszcze gorsza. Podobno w miastach i na wsiach rozrzuconych na trakcie syberyjskim żyją ludzie, którzy dostają pensję za naprawianie drogi. Jeśli to prawda, to trzeba im podwyższyć pensje, żeby zaprzestali pracy, bo wskutek napraw droga robi się coraz gorsza. Tak właśnie, zdaniem chłopów, ma się rzecz z drogą kozulską. Pod koniec czerwca albo na początku lipca, gdy jest zatrzęsienie meszek, miejscowej plagi egipskiej, usuwa się ludzi ze wsi i każe się im zasypywać wyschnięte koleiny i doły chrustem i gruzem, który ściera się palcami na proszek; remont trwa do końca lata. Potem pada śnieg i tworzy na drodze wyboje jedyne na świecie, przyprawiające o chorobę morską; potem jest wiosna i błoto, potem znowu remont - i tak co roku.
W drodze do Tomska przyszło mi poznać pewnego asesora i przejechać razem z nim trzy stacje. Pamiętam, gdy siedzieliśmy w chałupie jakiegoś Żyda i jedliśmy uchę z okonia, wszedł posterunkowy i zameldował asesorowi, że w takim a takim miejscu droga całkiem jest do niczego i że wykonawca prac drogowych nie chce jej naprawić.
- Zawołaj go tutaj!
Wkrótce potem wszedł malutki chłopina, kudłaty, o krzywej fizjonomii. Asesor zerwał się od stołu i rzucił się na niego...
- Jak śmiesz, łajdaku, drogi nie naprawiać?! - krzyczał płaczliwym głosem. - Nie można nią jechać, kark można skręcić, gubernator pisze, isprawnik26 pisze, ja wychodzę na winnego, a ty, łotrze, co? Niech zaraza oblepi ci duszę, mordo przeklęta! Co się gapisz, gadzino?! Co? Żeby jutro droga była naprawiona! Jutro wracam i jeśli zobaczę, że droga nie jest naprawiona, to ci mordę rozwalę do krwi! Paszoł won!
Chłopina zamrugał oczami, spocił się, twarz skrzywił jeszcze bardziej i czmychnął za drzwi. Asesor wrócił do stołu, usiadł i powiedział, uśmiechając się:
- Tak, oczywiście, po moskiewskich i petersburskich damach tutejsze kobiety nie mogą się podobać, ale jeśli dobrze poszukać, to można znaleźć jakąś dziewczynę...
Ciekawe, czy zdążył chłopina z tym remontem na następny dzień. Bo co można zrobić w tak krótkim czasie? Nie wiem, czy na szczęście, czy na nieszczęście dla syberyjskiego traktu - asesorzy krótko pracują w jednym miejscu, często ich się wymienia. Słyszałem, że pewien nowo wyznaczony asesor, przybywszy na swój odcinek, zwołał chłopów i kazał im kopać wzdłuż drogi rowy; jego następca, nie chcąc być gorszym, zwołał chłopów i kazał im te rowy zasypać. Trzeci wydał polecenie, żeby pokryć drogę warstwą gliny na pół arszyna. Czwarty, piąty, szósty, siódmy - każdy starał się wnieść do ula swój plasterek miodu.
Przez cały rok droga jest trudna do przebycia: wiosną błoto, latem kępy roślin i dziury, zimą wyboje. Ta szybka jazda, która kiedyś zapierała dech w piersiach Wiglowi27, a później Gonczarowowi28, teraz jest możliwa tylko zimą przy pierwszym śniegu. Prawda, współcześni pisarze także zachwycają się szybką syberyjską jazdą, ale tylko dlatego, że głupio jest, będąc na Syberii, nie doświadczyć upojnej jazdy, choćby tylko w wyobraźni...
Trudno mieć nadzieję, że Kozulka przestanie kiedyś łamać koła i osie. Wszak urzędnicy syberyjscy nie widzieli nigdy lepszej drogi, więc ta im się podoba, a książki skarg i zażaleń, słowa krytyki podróżnych tak wpływają na ulepszenie stanu dróg jak pieniądze przeznaczone na ich naprawę...
Przyjeżdżamy na stację w Kozulce, gdy słońce na niebie stoi wysoko. Moi towarzysze podróży jadą dalej, ja zostaję, żeby dać powóz do naprawy.
IX
20 czerwca
Jeśli w podróży ważny jest dla was pejzaż, to między Uralem a Jenisejem będziecie się nudzić. Płaska równina, krzywe brzózki, gdzieniegdzie jeziora, śnieg w maju i puste, ponure brzegi dopływów Obu - tylko to zostaje w pamięci po przejechaniu dwóch tysięcy wiorst. Przyroda, którą się zachwycają cudzoziemcy, którą szanują zbiegowie i która kiedyś będzie niewyczerpaną kopalnią złota dla syberyjskich poetów, przyroda oryginalna, majestatyczna i wspaniała zaczyna się od Jeniseju.
Nie chcę urazić zazdrosnych wielbicieli Wołgi, ale nie widziałem rzeki wspanialszej niż Jenisej. Wołga jest elegancką, skromną, smutną ślicznotką, lecz Jenisej to potężny, rozszalały bohater, który nie wie, co zrobić ze swoją mocą i młodością. Na Wołdze człowiek zaczynał od brawury, a kończył na jęku, zwanym pieśnią29; barwne, złote nadzieje ustąpiły miejsca niemocy, którą zaczęto nazywać rosyjskim pesymizmem; a na Jeniseju życie zaczęło się od jęku, kończy się zaś brawurą, o której nawet nie śniliśmy. Tak mniej więcej myślałem, stojąc na brzegu szerokiego Jeniseju i patrząc zachłannie na jego wodę, która z wielką siłą i szybkością pędzi do Oceanu Arktycznego. Pomiędzy brzegami Jeniseju ścisk. Niewysokie fale pędzą jedna za drugą, cisną się i kreślą spiralne kręgi; i dziwnym się zdaje, że ten siłacz nie zmył jeszcze brzegów i nie prześwidrował dna. Na tym brzegu Krasnojarsk, największe i najładniejsze miasto syberyjskie, a na przeciwległym brzegu góry, przywodzące na myśl Kaukaz, tak samo jasnoszare, marzycielskie. Stałem i myślałem: jakie pełne, mądre i śmiałe życie rozjaśni z czasem te brzegi! Pozazdrościłem Sibiriakowowi30, który, jak czytałem, przypłynął parowcem z Petersburga do Oceanu Arktycznego, by stamtąd dostać się do ujścia Jeniseju; żałowałem, że uniwersytet założono w Tomsku, a nie w Krasnojarsku. Dużo myśli miałem w głowie, a wszystkie się mieszały ze sobą i cisnęły na siebie jak fale Jeniseju i było mi dobrze...
Zaraz za Jenisejem zaczyna się słynna tajga. Dużo już o niej powiedziano i napisano, więc oczekuje się od niej tego, czego nie może dać. Początkowo byłem trochę zawiedziony. Po obu stronach drogi ciągną się nieprzerwanie lasy sosnowe, modrzewiowe, świerkowe i brzozowe. Nie ma drzew tak grubych, których by nie objęło pięciu chłopów, ani szczytów tak strzelistych, na których widok kręci się w głowie. Drzewa nie są większe od tych, które rosną w moskiewskich Sokolnikach31. Mówiono mi, że tajga jest bezdźwięczna, a jej rośliny nie wydzielają zapachu; ale gdy jechałem przez tajgę, śpiewały ptaki, brzęczały owady, rozgrzane słońcem igliwie nasycało powietrze intensywnym zapachem żywicy, polany i skraj lasu przy drodze pokryte były bladoniebieskimi, różowymi i żółtymi kwiatami, które pieściły nie tylko wzrok. Piszący o tajdze obserwowali ją nie wiosną, lecz latem, gdy również w Rosji lasy są ciche i nie dyszą zapachem.
Siła i czar tajgi nie kryją się w drzewach gigantach czy w grobowej ciszy, lecz w tym, że bodaj tylko ptaki wiedzą, gdzie się ona kończy. W pierwszych dniach nie zwracasz na to uwagi, w następnych dziwisz się, a jeszcze później opada cię taki nastrój, jakbyś już nigdy nie miał się wydostać z tego zielonego monstrum. Wjeżdżasz na wysoki pagórek pokryty lasem, kierujesz spojrzenie wprost na wschód, zgodnie z kierunkiem podróży, i widzisz w dole las, dalej pagórek kędzierzawy od lasu, za nim następny pagórek, tak samo kędzierzawy, potem trzeci i tak bez końca; po kilku dniach znów patrzysz z pagórka przed siebie i znów ten sam obraz... Gdzieś tam przed tobą, wiesz o tym, są Angara i Irkuck, a co jest za lasami, które ciągną się wzdłuż dróg prowadzących na północ i na południe, i przez ile setek wiorst one się ciągną, nie wiadomo nawet woźnicom i chłopom, którzy urodzili się w tajdze. Ich fantazja śmielsza jest od naszej, ale i oni powstrzymują się przed określeniem rozmiarów tajgi i na wasze pytanie odpowiadają: "Nie ma końca!". Wiedzą tylko, że zimą przejeżdżają tędy z dalekiej północy jacyś ludzie reniferami, żeby kupić chleb, ale co to za ludzie i skąd oni są, tego nie wiedzą nawet starcy.
Między sosnami idzie zbieg z sakwą32 na ramieniu i z kociołkiem na plecach. Jakimi małymi, znikomymi jawią się w porównaniu z olbrzymią tajgą jego przestępstwa, cierpienia i on sam! Przepadnie gdzieś w tajdze i nic w tym nie będzie ani dziwnego, ani strasznego - tak jak w zniknięciu komara. Dopóki nie ma gęstego zaludnienia, tajga jest silna i niepokonana, a zdanie "Człowiek jest panem przyrody" nigdzie nie brzmi tak lękliwie i fałszywie jak tutaj. Gdyby wszyscy ludzie żyjący teraz na syberyjskim trakcie postanowili zniszczyć tajgę i sięgnęliby po siekiery i po ogień, to powtórzyłaby się historia sikorki33, która chciała morze spalić. Zdarza się, że pożar pożre las na pięć wiorst, ale w masie roślinności pogorzelisko jest niezauważalne; miną dziesiątki lat i w miejscu zwęglonego lasu wyrośnie młody, gęstszy i mroczniejszy niż dawny. Pewien naukowiec podczas pobytu na wschodnim brzegu mimo woli podpalił las; w jednej chwili całą zieleń objął płomień. Wstrząśnięty niesamowitym widokiem uczony nazwał siebie "przyczyną strasznej klęski". Ale co znaczą dla olbrzymiej tajgi jakieś dziesiątki wiorst? Prawdopodobnie w miejscu pożaru rośnie teraz nieprzebyty las, żyją w nim niedźwiedzie, latają jarząbki i praca uczonego pozostawiła w naturze większy ślad niż straszna klęska. Ludzką miarą tajgi nie zmierzysz.
A ile tajemnic kryje w sobie tajga! Oto między drzewami wije się ścieżyna i znika w leśnym mroku. Dokąd wiedzie? Do tajnej gorzelni, do wioski, o której istnieniu nie wiedzą isprawnik i asesor, czy do kopalni złota odkrytej przez włóczęgów? A jaką nieokiełznaną swobodą dyszy ta zagadkowa ścieżka!
Przewoźnicy opowiadali, że w tajdze żyją niedźwiedzie, wilki, łosie, sobole i dzikie kozy. Tutejsi wieśniacy, gdy w domu nie ma roboty, całe tygodnie spędzają w tajdze i polują. Sztuka myśliwska jest tu bardzo prosta: jeśli strzelba wystrzeliła, to chwalić Boga, jeśli zaś zdarzył się niewypał, to proś niedźwiedzia o litość. Pewien myśliwy żalił się przede mną, że jego broń strzela dopiero po pięciu niewypałach z rzędu; iść z takim skarbem na polowanie bez noża albo bez procy to duże ryzyko. Sprowadzane tu strzelby są kiepskie i drogie, toteż nierzadko można na trakcie spotkać kowali, umiejących wytwarzać broń. W ogóle kowale to utalentowani ludzie i szczególnie dobrze widać to w tajdze, gdzie wyróżniają się na tle innych utalentowanych osób. Los sprawił, iż musiałem się zaznajomić na krótko z pewnym kowalem, którego rekomendował mi woźnica w taki sposób: "U-u, to wielki mistrz! On nawet strzelby robi!". Zarówno ton głosu, jak i wyraz twarzy woźnicy żywo mi przypominały nasze rozmowy o znakomitych artystach. Zepsuł mi się tarantas, konieczna była naprawa i za radą woźnicy zgłosił się do mnie na stacji chuderlawy, blady mężczyzna o nerwowych ruchach, podług wszelkich znaków wielki talent i wielki pijak. Jak przystało na dobrego lekarza praktyka, któremu znudziło się już leczyć nieciekawe choroby, powierzchownie i niechętnie obejrzał mój powóz, postawił krótką i jasną diagnozę, pomyślał i nie odezwawszy się nawet słowem, leniwie powlókł się drogą, obejrzał się i powiedział woźnicy:
- No co? Trzeba chyba dać tarantas do kuźni.
Przy naprawie pomagało czterech cieśli. On pracował niedbale, bez ochoty i wydawało się, że żelazo przyjmuje różnorodne formy wbrew jego woli; często palił, bez żadnej potrzeby szukał czegoś w kupie złomu, spoglądał w niebo, gdy ja go ponaglałem; tak się zachowują artyści, gdy się ich prosi, by zaśpiewali coś albo przeczytali. Czasami, jakby z kokieterii albo chcąc mnie zadziwić, wznosił wysoko młot, sypał we wszystkie strony iskrami i jednym uderzeniem rozstrzygał jakiś bardzo zawiły problem. Od potężnego, ciężkiego uderzenia, od którego powinno się rozlecieć kowadło, a ziemia powinna zadrżeć w posadach, lekka żelazna blaszka otrzymała tak idealny kształt, że nawet pchła nie mogłaby się przyczepić34. Dałem mu pięć i pół rubla; pięć rubli wziął dla siebie, a resztę oddał cieślom, ci zaś podziękowali i zaciągnęli tarantas do stacji, zazdroszcząc kowalowi talentu, który w tajdze też ma swoją cenę i też jest despotyczny - tak jak u nas w dużych miastach.
przełożył Robert Papieski