LIST DO UCZONEGO SĄSIADA
Wieś Wólka Głodowa
Drogi sąsiedzie Maksymie... (daruj wspaniałomyślnie, żem zapomniał Twego imienia odojcowskiego).
Wybacz i nie miej za złe zgrzybiałemu staruchowi, plotącemu trzy po trzy, że ośmiela się zakłócić Twój spokój swoim nędznym bełkotem piśmiennym. Oto mija już rok, jakeś raczył się osiedlić w naszej części świata, w sąsiedztwie ze mną, mizerakiem, ja zaś dotąd nie znam Ciebie, a Ty nie znasz mnie, robaka marnego. Pozwól zatem, nieoceniony sąsiedzie, że zawrę z Tobą znajomość, choćby za pośrednictwem niniejszych moich h y r o g l i f ó w starczych, że uścisnę w duszy Twą dłoń uczoną i powinszuję Ci przyjazdu z Sankt Petersburga do tego naszego niegodnego kontynentu, zamieszkanego przez chłopów i lud włościański, czyli przez żywioł gminny. Od dawnam szukał i pragnął sposobności zapoznania się z Tobą, albowiem nauka jest poniekąd macierzą naszą, zarówno jak i c e w i l i z a c j a, tudzież z tego powodu, że szanuję z całego serca owych ludzi, których znakomite imię i dostojeństwo, uwieńczone aureolą rozgłośnej sławy, wawrzynem, surmami, orderami, wstęgami i dyplomami, rozbrzmiewa niby grzmoty i błyskawice po wszystkich częściach wszechświata niniejszego, widzialnego tudzież niewidzialnego, to jest wszędy na podniebiu naszym. Kocham płomiennie astronomów, poetów, metafizyków, docentów, chemików oraz innych kapłanów wiedzy, do których i Ty się zaliczasz dzięki swym mądrym zdobyczom i dziedzinom nauki, czyli tak zwanym płodom jej i owocom. Podobno wydrukowałeś wiele książek podczas swego ślęczenia umysłowego nad probówkami i ciepłomierzami oraz nad stosem ksiąg zagranicznych, zdobnych w powabne ryciny.
Niedawno odwiedził mię w mych nędznych posiadłościach, w mych rumowiskach i gruzach, miejscowy maximus pontifex1 ojciec Gierasim, który z właściwym sobie fanatyzmem potępiał i piętnował Twoje pomysły tudzież idee względem pochodzenia rodzaju ludzkiego oraz innych zjawisk świata widzialnego, powstając zapalczywie przeciw Twej sferze umysłowej i widnokręgom Twej myśli, rozgwieżdżonym tysiącem słońc i a r e o l i t ó w 2.
Co się tyczy Twoich idei umysłowych, nie zgadzam się z o. Gierasimem, ponieważ żyję i żywię się jedynie nauką, którą Opatrzność obdarzyła rodzaj ludzki, by wykopywał z łona świata widzialnego i niewidzialnego kruszce szlachetne, metaloidy tudzież diamenty - jednakowoż, nie gniewaj się, dobrodzieju, na mnie robaka ledwie widocznego, jeśli się ośmielę, ja, stary, obalić niektóre Twoje zapatrywania co do jestestwa przyrodzenia. O. Gierasim oznajmił mi, żeś pono skomponował dzieło, w którym zechciałeś wyłożyć niezbyt istotne poglądy względem stanu pierwotnego ludzkości i jej bytu przedpotopowego. Raczyłeś wywieść, że człowiek pochodzi od małpich plemion różnych małpozwierzy, orangutangów itp. Wybacz staremu, ale co dotyczy tego ważnego punktu, nie zgadzam się z Tobą i mogę Ci tu ćwieczka zabić. Albowiem gdyby człowiek - pan stworzenia, najmędrsza z istot dyszących - pochodził od głupiej i nieoświeconej małpy, miałby ogon i głos dziki. Gdybyśmy pochodzili od małp, Cyganie prowadziliby nas po miastach gwoli osobliwości, my zaś za te pokazy płacilibyśmy sobie nawzajem, tańcząc na rozkaz Cygana lub siedząc za kratą w zwierzyńcu. Alboż to jesteśmy uwłosieni na całym ciele? Alboż nie nosimy odzieży, której małpy są pozbawione? Alboż - miast kochać - nie mielibyśmy w pogardzie kobiety, gdyby choć cokolwiek cuchnęła małpą, którą możemy co wtorek oglądać na zebraniach u marszałka szlachty? Gdyby nasi prarodzice pochodzili od małp, nie pogrzebano by ich na cmentarzu chrześcijańskim: na przykład mój prapradziad Ambroży, przebywający onego czasu w Królestwie Polskim, pochowany został nie jak małpa, lecz obok opata katolickiego, Joachima Szostaka, którego zapiski o umiarkowanym klimacie i nieumiarkowanym używaniu napojów gorących przechowuje po dziś dzień brat mój Iwan (major). Opat oznacza popa katolickiego. Wybacz mi, nieukowi, że wtrącam się w Twoje sprawy naukowe, tłumaczę je sobie po swojemu, po staruszkowemu i narzucam Ci swoje dziwolążne i nieokrzesane pomysły, które ludzie uczeni i c e w i l i z o w a n i mają raczej w brzuchu niźli w głowie. Ale nie mogę milczeć i nie znoszę, kiedy uczeni myślą swym mózgiem niewłaściwie, muszę więc Ci zaoponować.
O. Gierasim oświadczył mi, że zapatrujesz się opacznie na księżyc, to jest na miesiąc, który zastępuje nam słońce w godzinach mroku i ciemności, kiedy ludzie śpią. Ty zaś przeprowadzasz z miejsca na miejsce elektrykę i fantazjujesz. Nie śmiej się ze mnie starego, że tak głupio piszę. Powiadasz, że na księżycu, to jest na miesiącu, żyją i zamieszkują ludzie i całe plemiona. To się nigdy stać nie może, bo gdyby na księżycu byli ludzie, to domy ich i bujne pastwiska zasłaniałyby nam jego magiczne i czarodziejskie światło. Człowiek nie może żyć bez deszczu, a wszakże deszcz spada w dół na ziemię, nie zaś w górę na księżyc. Takoż ludzie mieszkający na księżycu spadaliby na ziemię, a tego nie bywa. Z zaludnionego księżyca leciałyby na nasz ląd nieczystości i pomyje. Czyż ludzie mogą żyć na księżycu, skoro takowy istnieje tylko w nocy, w dzień zaś znika? Również żaden rząd nie pozwoliłby nikomu przebywać na księżycu, ponieważ z racji jego wielkiej odległości i niedosięgłości łacno można by się tam było ukryć przed wszelkimi powinnościami. Troszeczkęś pobłądził, sąsiedzie.
Umyśliłeś i wydrukowałeś w swym mądrym dziele - jak mówił mi o. Gierasim - że największe z ciał niebieskich, słońce, posiada rzekomo czarne plamki. Nie może to być, ponieważ to się nigdy przydarzyć nie może. Jakżeś mógł widzieć plamy na słońcu, jeżeli zwykłym okiem ludzkim patrzeć na słońce nie sposób, a i po co te plamy, skoro i bez nich można się obyć? Z jakiej to mokrej materii plamy owe są zrobione, jeżeli się nie spalają? A może według Ciebie ryby również żyją na słońcu? Wybacz mi, szalejowi jadowitemu, ten głupi dowcip! Oddany jestem duszą i ciałem nauce! Pieniądz - ów żagiel, pod którym płynie nasz wiek dziewiętnasty - nie ma dla mnie żadnej wartości: wiedza swym skrzydłem rozpostartym przysłoniła go w mych oczach. Każde odkrycie dręczy mnie jak zadra pod paznokciem. Aczkolwiek nieuk ze mnie i ziemianin starej daty, poświęcam się, nicpoń stary, nauce i odkryciom, których dokonywam własnoręcznie, napełniając swoją niedorzeczną głowinę, swoją dziką mózgownicę myślami i kompletem niezmiernej wiedzy. Macierz-przyroda to księga, w której trzeba umieć czytać i widzieć. Wielu odkryć dokonałem swym własnym umysłem - takich odkryć, jakich nie wynalazł żaden jeszcze reformator. Nie chwaląc się, powiem, żem nie ostatni pod względem wykształcenia, zdobytego mozołem, nie zaś przez majątek rodziców, to jest ojca i matki czy też opiekunów, którzy częstokroć przyprawiają swe dzieci o zgubę za pomocą bogactw, zbytku tudzież pięciopiętrowych kamienic z niewolnikami i dzwonkami elektrycznymi.
Oto co odkryłem swym umysłem, funta kłaków niewartym. Odkryłem, że słońce - to nasze olbrzymie, ogniste i promieniste świetlisko - w Wielkanoc, o poranku, nader zajmująco i malowniczo mieni się barwnie różnymi kolorami, sprawiając tym swoim cudnym migotaniem wrażenie ucieszne. Następne odkrycie: dlaczego zimą dzień jest krótki, a noc długa, latem zaś na odwrót? Dlatego zimą dzień jest krótki, że - podobnie jak wszystkie inne przedmioty widzialne i niewidzialne - kurczy się od zimna tudzież dlatego, że słońce zachodzi wcześnie, noc zaś na skutek zapalenia świateł i latarni rozszerza się, albowiem podlega nagrzewaniu. Z kolei odkryłem, że psy na podobieństwo owiec jedzą wiosną trawę i że kawa szkodzi ludziom krwistym, ponieważ wywołuje w głowie zawroty, w oczach zaś zmętniałość i tym podobne inne rzeczy. Wielem porobił odkryć oprócz powyższych, aczkolwiek nie mam dyplomów i świadectw. Odwiedź mię, drogi sąsiedzie, dalibóg! Razem coś niecoś odkryjemy, zabierzemy się do literatury, ty zaś wtajemniczysz mnie, mizeraka, w rozmaite obliczenia.
W książce jednego francuskiego uczonego wyczytałem niedawno, że pysk lwa zgoła nie jest podobny do ludzkiego oblicza, jak mniemają uczeni. Pogawędzimy i o tym. Przyjedź do mnie z łaski swojej! Przyjedź, dajmy na to, choć jutro. Pościmy teraz, ale dla Ciebie przygotujemy coś z mięsem. Córka moja Natasza prosi Cię, żebyś zabrał ze sobą jakieś mądre książki. Straszna z niej emancypantka: wszystkich ma za durniów, tylko ona jedna rozumna. Powiadam Ci, że młodzież dzisiejsza daje się nam we znaki. No, szczęść jej Boże! Za tydzień przyjedzie do mnie mój brat Iwan (major), dobry człowiek, ale, mówiąc między nami, żołdak, który nie ma zamiłowania do wiedzy. List ten powinien Ci doręczyć mój klucznik Trofim punktualnie o ósmej wieczór. Gdyby go przywiózł później, daj mu po gębie - po profesorsku, bo nie ma co robić ceregieli z tym nasieniem. Jeżeli doręczy później, to znaczy, że hultaj zaglądał do szynku. Zwyczaj odwiedzania sąsiadów nie jest naszym wymysłem i nie z nami się skończy, a zatem przyjeżdżaj koniecznie wraz z narzędziami i księgami. Sam bym chętnie wybrał się do Ciebie, alem nieśmiały i brak mi odwagi. Daruj przeto mnie, chudzinie, że Cię niepokoję.
Pozostaje z poważaniem sąsiad Twój, emerytowany podoficer Wojsk Kozackich Obwodu Dońskiego, szlachcic.
Wasilij Siemi-Bułatow
1880
przełożył Jerzy Wyszomirski
DWA ZAJĄCE GONISZ, ŻADNEGO NIE ZŁAPIESZ
Wybiła dwunasta w południe i major Szczełkołobow, właściciel tysiąca hektarów i młodziutkiej żony, wysunął łysą głowę spod kretonowej kołdry i głośno zaklął. Wczoraj, przechodząc koło altanki, słyszał, jak jego żona, majorowa Karolina Karłowna, więcej niż łaskawie rozmawiała ze swoim przyjezdnym kuzynem, nazywając męża baranem, i z kobiecą lekkomyślnością dowodziła, iż męża nie kochała, nie kocha i nie pokocha z powodu jego tępoty, wieśniackich manier, skłonności do wariactwa i chronicznego pijaństwa. Zachowanie żony oszołomiło majora, oburzyło i przywiodło do silnej irytacji. Nie spał całą noc i cały ranek. W głowie miał dziwny mętlik, twarz mu płonęła i była czerwieńsza niż gotowany rak; nerwowo zaciskał pięści, a w piersiach podnosił się taki rwetes, dobywał się z nich taki stukot, jakich major nawet pod Karsem1 nie widział i nie słyszał. Wyjrzawszy spod kołdry na świat boży i zakląwszy, wyskoczył z łóżka i potrząsając pięściami, przemaszerował przez pokój.
- Ej, durniu! - krzyknął.
Zaskrzypiały drzwi i przed majorem stanął lokaj Pantelej, balwierz2 i pomywacz podłóg. Miał na sobie ubranko noszone po majorze, pod pachą trzymał szczeniaka. Oparł się o futrynę drzwi i uprzejmie zamrugał oczami.
- Słuchaj, Pantelej - zaczął major - chcę z tobą pogadać po ludzku, jak z człowiekiem, szczerze. Stój równo! Wypuść muchy z pięści! O, tak! Czy będziesz mi odpowiadał szczerze, z głębi duszy, czy nie będziesz?
- Będęć.
- Nie patrz na mnie z takim zdziwieniem. Na pana nie wolno patrzeć ze zdziwieniem. Zamknij gębę! Aleś ty prostak, bratku! Nie wiesz, jak się przy mnie zachować. Odpowiadaj mi od razu, bez zająknięcia! Bijesz żonę czy nie?
Pantelej zakrył usta ręką i uśmiechnął się głupkowato.
- W każden wtorek, wielmożny panie! - odpowiedział i zachichotał.
- Bardzo dobrze. Czego się śmiejesz? Z tego żartować nie można. Zamknij gębę! Nie drap się przy mnie, nie lubię tego. - Major się zastanowił. - Przypuszczam, bratku, że nie tylko chłopi biją żony. Co myślisz względem tego?
- Nie tylko oni, wielmożny panie!
- Przykład!
- W mieście jest sędzia Piotr Iwanycz... Raczy pan znać? Ja u niego lat temu dziesięć za stróża byłem. Dobry pan, ani słowa, znaczy się... gdy sobie wypije, coś go jątrzy. Bywało, przychodzi podpity i pięściskiem wali panią w bok. Niech mnie ziemia pochłonie, jeśli łżę. A i mnie, bywało, dla towarzyskości ni z tego, ni z owego w bok rąbnął. A bije małżonkę i powiada: "Ty, głupia, nie kochasz mnie jak ja ciebie - powiada - dlatego zabić cię pragnę i kres twojej doli chcę położyć...".
- A ona co?
- Daruj, mówi.
- Dalibóg! A to dopiero!
I major z zadowolenia zatarł ręce.
- Najszczersza prawda, wielmożny panie! Bo jakże nie bić? O, na ten przykład, moja... Jak nie tłuc! Harmoszkę nogą zmiażdżyła i jaśniepańskie paszteciki zjadła... Alboż tak można? Hm!
- Już ty, durniu, nie mędrkuj! Po co? Przecież niczego mądrego nie powiesz. Nie łap się nie za swoją sprawę! Co porabia pani?
- Śpi.
- No, co będzie, to będzie! Pójdź, powiedz Marii, żeby obudziła panią i poprosiła ją do mnie... Zaczekaj! Twoim zdaniem przypominam wieśniaka?
- A niby jak? Do czego to podobne, żeby pan wieśniaka przypominał? Całkiem nie!
Pantelej wzruszył ramionami, drzwi znowu zaskrzypiały i wyszedł, a major ze stroskaną miną na twarzy zaczął się myć i ubierać.
- Duszko! - rzekł tonem niezdradzającym rozdrażnienia na widok wchodzącej do niego śliczniutkiej, dwudziestoletniej żony. - Czy możesz mi poświęcić godzinkę twojego tak cennego czasu?
- Z przyjemnością, mój drogi! - odpowiedziała majorowa i podstawiła czoło do ucałowania.
- Pragnę, duszko, pospacerować, po jeziorze popływać... Czy zechciałabyś uczynić swą czarującą osóbkę moją miłą towarzyszką?
- A nie będzie gorąco? Zresztą, papciu, z przyjemnością. Ty będziesz wiosłować, a ja chwycę za ster. Może powinniśmy zabrać przekąski? Strasznie jestem głodna...
- Już wziąłem coś do jedzenia - odpowiedział major i obmacał w kieszeni bicz.
Pół godziny później major i majorowa płynęli łódką na środek jeziora. Major pocił się przy wiosłach, majorowa trzymała w rękach ster. "Jaka? Jaka? Jaka?" - mruczał major, groźnie patrząc na rozmarzoną żonę i płonąc z niecierpliwości.
- Stój! - przemówił niskim głosem, gdy łódka znalazła się u celu.
Zatrzymali się. Twarz majora spąsowiała, łydki zaczęły mu drżeć.
- Co z tobą, Apołłosza? - spytała majorowa, patrząc ze zdumieniem na męża.
- Więc ja jestem - zamruczał major - baaaran? Więc ja... ja... jaki jestem? Tępy? Więc nie kochałaś mnie i nie pokochasz? Więc ty... ja...
Major zaryczał, wzniósł dłonie, świsnął w powietrzu biczem i w łódce... o tempora, o mores!... wybuchł straszny zgiełk, taki zgiełk, jakiego nie tylko opisać, ale i wyobrazić sobie nie sposób. Zaszło coś, czego nie ukaże nawet malarz bywały we Włoszech i mający krewką wyobraźnię... Nie zdążył major Szczełkołobow poczuć braku owłosienia na swojej głowie, nie zdążyła majorowa skorzystać z wyrwanego z rąk małżonka bicza, kiedy łódka się wywróciła i...
W tym czasie nad brzegiem jeziora przechadzał się były klucznik majora, a obecnie pisarz gminny Iwan Pawłowicz i czekając na tę błogą chwilę, gdy wiejskie młódki przyjdą nad jezioro kąpać się, pogwizdywał, ćmił papierosa i rozmyślał o celu swojej przechadzki. Nagle usłyszał rozdzierający krzyk, w którym rozpoznał głos dawnych chlebodawców. "Na pomoc!" - wrzeszczeli major i majorowa. Pisarz, niewiele się namyślając, zrzucił z siebie marynarkę, spodnie i buty, przeżegnał się trzy razy i popłynął z pomocą na środek jeziora. Pływał lepiej, niż pisał, więc po trzech minutach był już blisko tonących - i zgłupiał. "Kogo ratować? Niech to diabli!" Uratować oboje było nad jego siły. Nawet jedno uratować to wyczyn nie lada. Twarz wykrzywił mu grymas wyrażający najwyższe zakłopotanie i zaczął ratować to majora, to majorową.
- Kto bądź - rzekł do siebie - obojga nie dam rady. Kaszalotem nie jestem.
- Wania, kochaneczku, ratuj mnie - zapiszczała roztrzęsiona majorowa, trzymając się poły surduta majora - mnie ratuj! Jeśli mnie uratujesz, to wyjdę za ciebie za mąż! Przysięgam na wszystko, co dla mnie najświętsze! Oj, oj, tonę!
- Iwanie Pawłowiczu! Po rycersku!... ten tego! - zadudnił basem major, zachłystując się wodą. - Ratuj, bracie! Rubel na wódkę! Bądź dobroczyńcą, nie daj zginąć w kwiecie lat... Ozłocę od nóg do głowy... No już, ratuj! Co z ciebie za człowiek... Ożenię się z twoją siostrą Marią... Prawdę mówię, ożenię się! Jest piękna. Żony mojej nie ratuj, czort z nią! Jeśli mnie nie uratujesz, zabiję cię, żyć ci nie dam!
Iwanowi Pawłowiczowi zakręciło się w głowie i mało brakowało, a poszedłby na dno. Obie obietnice wydały mu się równie korzystne - jedna lepsza od drugiej. Co wybrać? A czas ucieka! "Uratuję oboje! - postanowił. - Lepiej dostać od obojga niż od jednego. No tak, co ma wisieć, nie utonie. Panie, pobłogosław!" Iwan Pawłowicz przeżegnał się, chwycił pod prawą rękę majorową, a palcem wskazującym tejże ręki złapał majora za krawat i popłynął, ciężko dysząc, w stronę brzegu.
- Nogami machajcie! - wydał komendę, wiosłując lewą ręką i marząc o wspaniałej przyszłości. "Majorowa - żona, major - szwagier... Szyk! Dawaj, Wania! Ciastek się najesz i cygara palić będziesz! Dzięki Ci, Panie!" Ciężko było Iwanowi Pawłowiczowi ciągnąć jedną ręką podwójny balast i płynąć pod wiatr, ale myśl o wspaniałej przyszłości dodawała mu sił. Uśmiechając się i chichocząc ze szczęścia, doholował majora i majorową na ląd. Wielka była jego radość. Lecz spojrzawszy na nich, zgodnie ze sobą splecionych, pobladł, uderzył się pięścią w głowę, zaszlochał i nie zwrócił uwagi na dziewki, które wyszedłszy z wody, otoczyły ciasnym kręgiem majora i majorową i zerkały zdumione na mężnego pisarza.
Nazajutrz, wskutek intryg majora, usunięto Iwana Pawłowicza z zarządu gminy, a majorowa wygnała ze swoich apartamentów Marię z poleceniem, żeby udała się "do swego ukochanego pana".
- O, ludzie, ludzie - prawił głośno Iwan Pawłowicz, spacerując nad brzegiem fatalnego stawu - cóż wy wiecie o wdzięczności?
1880
przełożył Robert Papieski
TATUŃCIO
Cienka jak zapałka szwedzka mamuńcia weszła do gabinetu tatuńcia, grubego i okrągłego jak baryłka, i kaszlnęła. Na jej widok z kolan tatuńcia sfrunęła pokojówka, śmignąwszy za portierę1. Mamuńcia absolutnie nie zwróciła na to uwagi, zdążyła już bowiem przywyknąć do słabostek tatuńcia i patrzeć na nie z punktu widzenia mądrej żony, wyrozumiałej dla swego cywilizowanego męża.
- Pampuszku - rzekła, siadając mu na kolanach. - Przyszłam do ciebie, kochanie, po radę. Wytrzyj wargi, bo chcę cię pocałować.
Tatuńcio mrugnął powiekami i wytarł wargi rękawem.
- Co takiego? - zapytał.
- Chodzi o naszego syna, papeczku. Powiedz, co mamy z nim robić?
- Jak to co?
- To ty nie wiesz? O Boże! Jacyż ci ojcowie są niefrasobliwi! To okropne! Pampuszku, bądźże wreszcie ojcem, jeżeli nie chcesz... nie możesz być mężem!
- Znowu zaczynasz! Słyszałem to już tysiąc razy!
Tatuńcio poruszył się niecierpliwie, a mamuńcia o mało nie spadła mu z kolan.
- Wszyscy mężczyźni są jednakowi! Prawdy nie lubią słuchać!
- Przyszłaś tu po to, żeby mówić o prawdzie czy o synu?
- No już dobrze, dobrze... Pampuszku, nasz syn znowu przyniósł złą cenzurę.
- Więc cóż z tego?
- Jak to cóż? Nie dopuszczą go do egzaminów! Nie przejdzie do czwartej klasy!
- No to niech nie przechodzi. Wielka rzecz! Byleby się tylko uczył i w domu bąków nie zbijał.
- Tatuńciu, przecie on ma już piętnaście lat! Chłopiec w tym wieku nie może zostać w trzeciej klasie! A wyobraź sobie, że ten niegodziwy matematyk znowu mu postawił dwójkę... Do czegóż to podobne?
- Do tego, że trzeba mu dać w skórę.
Mamuńcia musnęła małym paluszkiem grube wargi tatuńcia i zmarszczyła brewki - jak się jej zdało - kokieteryjnie.
- O nie, pampuszku! Nawet mi nie wspominaj o ukaraniu go! Nie jego to wina... W tym jest jakaś intryga... Nasz syn, nie bądźmy zbyt skromni, jest tak rozwinięty, że niepodobna, by nie umiał jakiejś tam głupiej arytmetyki. Wszystko umie znakomicie, jestem przekonana!
- To krętacz, i rzecz skończona! Gdyby się mniej łobuzował, a więcej uczył... Usiądź no, mateczko, na krześle... Nie sądzę, żeby ci było wygodnie u mnie na kolanach.
Mamuńcia sfrunęła z kolan tatuńcia i posunęła się ku fotelowi, jak jej się zdało, krokiem baletnicy.
- O Boże, jakaż nieczułość! - wyszeptała, siadając i zamykając oczy. - O, ty nie kochasz syna! A on przecież taki dobry, taki mądry, taki ładny... Intryga, tylko intryga. On nie może zostać na drugi rok, nie dopuszczę do tego!
- Dopuścisz, jeżeli nicpoń źle się uczy... Och, te matki! No, idź już z Bogiem, bo mam tu coś niecoś... do roboty...
Tatuńcio odwrócił się do biurka, sięgnął po jakiś papier i z ukosa, jak pies na misę, zerknął na portierę.
- Nie pójdę, papeczku, nie pójdę! Widzę, że ci przeszkadzam, ale pocierp... Musisz iść do nauczyciela arytmetyki i kazać mu, żeby postawił naszemu synowi dobry stopień... wytłumacz mu, że nasz syn doskonale umie arytmetykę, ale że jest słabego zdrowia i nie może każdemu dogodzić. Każ temu nauczycielowi! Zrób to, pampuszku! Bo czy to możliwe, żeby taki chłop siedział w trzeciej klasie! Wyobraź sobie, że Sofia Nikołajewna uważa, że syn nasz podobny jest do Parysa!
- Pochlebia mi to bardzo, ale nie pójdę. Nie mam czasu na wałęsanie się.
- A ja ci mówię, papeczku, że pójdziesz!
- Nie pójdę... Powiedziałem już... No, idź sobie z Bogiem, moja duszko, bo mam tu jeszcze trochę pracy...
Mamuńcia wstała i podniosła głos:
- Pójdziesz!
- Nie pójdę.
- Pójdziesz! - krzyknęła mamuńcia. - A jeżeli nie pójdziesz, jeżeli się nie zlitujesz nad swoim jedynakiem, to...
Mamuńcia wrzasnęła i gestem rozwścieczonego tragika wskazała na portierę. Papuńcio stropił się, zmieszał, zanucił coś ni przypiął, ni przyłatał i zrzucił z siebie surdut. Zawsze baraniał i stawał się skończonym idiotą, kiedy mu mamuńcia wskazywała na tę portierę. Poddał się. Zawołano syna, zażądano od niego słowa, że będzie się uczył. Synalek obruszył się, nachmurzył, zasępił i oświadczył, że arytmetykę umie lepiej od samego nauczyciela, że nie jego to wina, iż piątki na tym świecie dostają tylko pensjonarki, bogacze i lizusy. Wreszcie rozbeczał się i podał dokładny adres nauczyciela arytmetyki. Tatuńcio ogolił się, przygładził grzebieniem swą łysinkę, ubrał się porządniej i poszedł - "litować się" nad swoim jedynakiem.
Z przedpokoju - nie czekając, aż go służąca zamelduje - wszedł wprost, zwyczajem wielu ojców, do bawialni nauczyciela. Gdy się tak raptownie wchodzi bez oznajmienia, można usłyszeć i zobaczyć niejedną rzecz ciekawą. Tatuńcio usłyszał, jak nauczyciel mówił do żony: "Ariadno, za drogo mnie kosztujesz! Nie znasz miary w swych zachciankach!". I zobaczył, jak pani profesorowa rzuciła się mężowi na szyję, mówiąc: "Przebacz! Ty wprawdzie tanio mnie kosztujesz, ale za to cenię cię drogo!". Tatuńcio stwierdził, że pani profesorowa jest bardzo przystojna i że gdyby była całkowicie ubrana, nie miałaby tyle powabu.
- Dzień dobry! - rzekł, zbliżając się bez ceregieli do małżonków i szastając nogą.
Profesor stropił się na chwilę, profesorowa spiekła raczka i z szybkością błyskawicy czmychnęła do sąsiedniego pokoju.
- Przepraszam - zaczął z uśmiechem tatuńcio - może... trochę... tego... nie w porę... może sprawiam panu kłopot... Rozumiem to. Jakże zdrowie? Mam zaszczyt przedstawić się... Jak pan widzi, nazwisko nie jest nieznane... Takoż urzędnik państwowy... Cha, cha, cha! Ależ niechże się pan nie krępuje!
Pan profesor gwoli przyzwoitości uśmiechnął się leciutko i wskazał krzesło. Tatuńcio okręcił się na jednej nodze i usiadł.
- Przyszedłem - ciągnął, wyjmując rozmyślnie złoty zegarek, żeby się nim popisać przed nauczycielem - przyszedłem prosić o chwilę rozmowy... Hum... Pan mi oczywista wybaczy... Nie umiem się tak pięknie wysławiać jak wy, panowie uczeni. My, urzędniczyny, to prostacy. Cha, cha, cha! Studiował pan na uniwersytecie?
- Owszem, studiowałem.
- Takie to sprawy... Hm, tak... A ciepło dziś na dworze... Nastawiał pan profesor dwój memu chłopakowi... Hum... tak jest. Ale co tam! Nie zawadzi... Jak kto sobie pościele, tak się wyśpi... Che, che, che! A jednak, wie pan, trochę to przykre. Czyżby mój syn nie rozumiał arytmetyki?
- Jak by to panu powiedzieć? Nie tyle nie rozumie, ile, wie pan, nie przykłada się do nauki. No, po prostu nie umie.
- Dlaczego nie umie?
Nauczyciel zrobił wielkie oczy.
- Jak to dlaczego? - zapytał. - Nie umie, bo nie umie i nie uczy się.
- Na miłość boską, Iwanie Fiodorowiczu! Mój syn się zapracowuje! Przy mnie odrabia lekcje... Nocami siedzi nad książką... Na wyrywki wszystko umie... No, a że tam troszkę urwisuje... Od czegóż młodość? Któż z nas nie był młody? Czy nie zabieram panu czasu?
- Ależ co znowu! Jestem nawet wdzięczny panu, bo ojcowie to tacy rzadcy goście u pedagogów... Zresztą, jest to poniekąd dowodem, że ojcowie nam ufają. A zaufanie to grunt, we wszystkim!
- Ma się rozumieć! Grunt - żeby się nie wtrącać... To znaczy, że syn mój nie przejdzie do czwartej klasy?
- Nie. Przecież nie tylko z jednej arytmetyki ma murowaną dwójkę.
- Można by zakołatać i do innych profesorów... No, ale jakże z tą arytmetyką? Che-che-che! Poprawi mu pan stopień?
- Nie mogę! - Nauczyciel uśmiechnął się. - Ani rusz nie mogę! Chciałem, żeby syn pana przeszedł do następnej klasy, dokładałem wszelkich starań, ale chłopiec nie pracuje, jest zuchwały... Kilka razy miałem z nim niemiłe zajścia...
- Cóż począć? Młody... Niechże pan mu jakoś przerobi na trójkę!
- Nie mogę!
- E, co tam! Drobnostka! Co mi pan będzie opowiadał? Jakbym nie wiedział, co można, a czego nie wolno. Można, Iwanie Fiodorowiczu!
- Nie mogę! Co powiedzą na to inni niedostateczni? Krzycząca niesprawiedliwość! Dalibóg, nie mogę.
Tatuńcio przymrużył jedno oko.
- Może pan! Iwanie Fiodorowiczu! Nie bawmy się w długie rozmowy! Czy to rzecz warta takiego zachodu? Co tu trzy godziny mleć językiem! Niech mi pan tak powie po swojemu, uczonym językiem, co też pan uważa za sprawiedliwość? Bo my wiemy, czym jest ta wasza sprawiedliwość. Che, che, che! Powiedziałby pan wprost, nie obwijając w bawełnę. Przecie pan z rozmysłem postawił mu dwójkę... I to ma być sprawiedliwość?
Nauczyciel po raz drugi zrobił wielkie oczy - i nic ponadto. Dlaczego się nie obraził - pozostanie to dla mnie na zawsze tajemnicą serca profesorskiego.
- Z rozmysłem - ciągnął tatuńcio. - Bo spodziewał się pan gościa. Cha, cha, cha, cha! No cóż? Proszę bardzo... jestem gotów... Cesarzowi - co cesarskie... Znam się na rzeczy, jak pan widzi... Mówcie, co chcecie, o postępie, a jednak... co tu gadać... hm... stare obyczaje są najlepsze, najdoskonalsze... Jak to mówią: czym chata bogata, tym rada.
Tatuńcio, sapiąc, wyciągnął pugilares - i dwudziestopięciorublowy banknot usiłował znaleźć się w garści nauczyciela.
- Służę!
Nauczyciel zaczerwienił się, skurczył - i nic ponadto. Dlaczego nie pokazał tatuńciowi drzwi - pozostanie to dla mnie na zawsze tajemnicą serca profesorskiego.
- Niech się pan nie krępuje - ciągnął tatuńcio. - Rozumiem to dobrze... Kto mówi, że nie bierze, ten bierze... Któż dziś nie bierze? Niepodobna, panie dzieju, nie brać... Ale pan, jak widzę, jeszcze nie ma wprawy? Bądź pan łaskaw...
- Ależ na Boga...
- Mało? Trudna rada... więcej dać nie mogę... Bierze pan?
- Co znowu!
- Jak pan uważa... No, ale tę dwójkę niech mu pan poprawi. Nie tyle o mnie chodzi, ile o matkę... Zapłakuje się kobieta... Bicie serca, wie pan, i tym podobne.
- Współczuję wielce pańskiej małżonce, ale nie mogę.
- Doprawdy nie wiem, co to będzie, jeżeli syn nie przejdzie do czwartej klasy... Hm... Niechże go pan jakoś przepchnie!
- Rad bym z duszy, ale nie mogę... Pozwoli pan papierosa?
- Granmersi2... Warto by jednak chłopca promować... A jaką też ma pan rangę?
- Radcy tytularnego3... Ale pełnię obowiązki ósmego stopnia... Kch!...
- Aha... No, jakoś dojdziemy do ładu... Jednym pociągnięciem pióra, co? Zgoda? Che, che...
- Nie mogę... choćbym miał trupem paść, nie mogę!
Tatuńcio umilkł na chwilę, zamyślił się i znów zaczął nacierać na Iwana Fiodorowicza. Natarcie trwało bardzo długo. Nauczyciel musiał ze dwadzieścia razy powtórzyć swoje niezmienne "nie mogę". W końcu tatuńcio stał się nudny i zgoła dokuczliwy. Natrętnie chciał ucałować nauczyciela, prosił, by pan profesor przepytał jego, to jest tatuńcia, z arytmetyki, opowiedział kilka pieprznych kawałów i spoufalił się na dobre. Nauczycielowi aż się mdło robiło.
- Wania, czas na ciebie! - zawołała z drugiego pokoju żona nauczyciela.
Tatuńcio zrozumiał, o co chodzi, i swą szeroką figurą zatarasował nauczycielowi drzwi. Nauczyciel opadł z sił i zaczął jęczeć. Wreszcie powziął pomysł, jak mu się zdało, genialny.
- Więc dobrze - zwrócił się do tatuńcia. - Poprawię synowi pańskiemu stopień roczny, ale tylko wtedy, kiedy moi koledzy postawią mu trójki ze swoich przedmiotów.
- Słowo honoru?
- Tak, poprawię, jeśli inni też poprawią.
- To rozumiem! Pańska dłoń, Iwanie Fiodorowiczu! Z pana taki człowiek, że tylko buzi dać! Powiem im, że pan poprawił mu stopień. Sprawa ubita! Ma pan u mnie butelkę szampana! A kiedy ich można zastać w domu?
- Choćby zaraz.
- No, a co do nas, mam nadzieję, że nasza znajomość na tym się nie skończy. Wpadnie pan kiedykolwiek do nas na godzinkę? Bez ceregieli...
- Z przyjemnością. Moje uszanowanie!
- Orewuar4! Che, che, che... hm! Oj, młodzieńcze, młodzieńcze! Bądź zdrów! Pańskich kolegów mam, oczywista, pozdrowić od pana? Nie omieszkam. Małżonce pańskiej moje najlepsze komplementy... Czekamy zatem!
Tatuńcio szastnął nogą, włożył kapelusz i ulotnił się.
"Poczciwina! - pomyślał Iwan Fiodorowicz, patrząc za nim. - Z kościami! U takiego co w sercu, to na języku. Widać, że poczciwości człowiek... Lubię takich!"
Tegoż wieczora na kolanach tatuńcia siedziała znowu mamuńcia (a dopiero potem pokojówka). Tatuńcio zapewniał ją, że "nasz syn" przejdzie i że tych uczonych znacznie łatwiej jest zniewolić miłym obejściem i delikatnym chwytem za gardło niźli pieniędzmi.
1880
przełożył Jerzy Wyszomirski
TYSIĄC I JEDNA NAMIĘTNOŚĆ czyli STRASZNA NOC
Powieść w jednej części z epilogiem poświęcona Wiktorowi Hugo
Na wieży stu czterdziestu sześciu świętych męczenników wybiła północ1. Drgnąłem. Nadeszła godzina. Kurczowo chwyciłem Teodora za rękę i wyszedłem z nim na ulicę. Niebo było czarne jak farba drukarska. Ciemno było jak w kapeluszu włożonym na głowę. Ciemna noc - to dzień zamknięty w łupinie orzecha. Zatuleni w płaszcze udaliśmy się w drogę. Gwałtowny wicher przenikał nas na wskroś. Deszcz i śnieg - te mokre bliźniaki - biły nas straszliwie po obliczach. Pomimo pory zimowej błyskawice radliły niebo we wszystkich kierunkach. Grzmot, ów groźny i majestatyczny towarzysz prześlicznej jak migot oczu błękitnych a chyżej jak myśl błyskawicy, wstrząsał przerażająco powietrzem. Uszy Teodora rozbłysły jak elektryczność. Ogniki św. Anzelma2 z trzaskiem przeleciały ponad naszymi głowami. Spojrzałem w górę. Zadygotałem. Któż nie dygocze wobec potęgi przyrody? Po niebie przemknęło kilkanaście błyszczących meteorów. Zacząłem je liczyć i naliczyłem dwadzieścia osiem. Wskazałem je Teodorowi.
- Zła to wróżba - wybełkotał, blady jak posąg z marmuru kararyjskiego.
Wicher jęczał, wył, szlochał... Jęk wichury jest niby jęk sumienia, pogrążonego w potwornych zbrodniach. Obok nas piorun zburzył i zapalił siedmiopiętrową kamienicę. Słyszałem lament, który się z niej wydobywał. Minęliśmy ją. Cóż mnie obchodził płonący dom, kiedy w łonie moim płonęło półtorasta domów? Kędyś w przestrzeni smętnie, powoli i jednostajnie biły dzwony. Wrzała walka żywiołów. Jakoweś moce nieznane pracowały, zda się, nad wstrząsającą harmonią pierwiastków wszechrzeczy. Czym są owe moce? Azali człowiek zbada je kiedykolwiek?
Mrzonka! Płochliwa, lecz zuchwała mrzonka!
Przywołaliśmy fiakra3. Siedliśmy do karety i pomknęli z wichrem w zawody. Fiakier - to brat wichru. Pędziliśmy, jak pędzi śmiała myśl w tajemnych zwojach mózgu. Wsunąłem fiakrowi w dłoń sakiewkę ze złotem. Złoto przynagliło bat, który podwoił rączość końskich nóg.
- Antonio, gdzie ty mnie wieziesz? - wystękał Teodor. - Wyglądasz jak zły geniusz... W twych czarnych oczach płonie piekło. Zaczynam się bać...
Nędzny tchórz! Zbyłem go milczeniem. On j ą kochał. O n a kochała go namiętnie... Musiałem go zabić, ponieważ kochał j ą nad życie. A ja kochałem j ą i nienawidziłem jego. Miał zginąć w tę noc straszną i życiem przypłacić swą miłość. Kipiały we mnie miłość i nienawiść. Obie były mym drugim istnieniem. Te dwie siostry, żyjąc w jednym jestestwie, dokonują w nim spustoszeń: są to wandale ducha.
- Stój! - rzekłem fiakrowi, kiedy kareta podjechała do celu.
Wysiedliśmy - ja i Teodor. Księżyc spoza chmur spojrzał na nas zimno. Księżyc - to beznamiętny i milczący świadek słodkich chwil miłości i zemsty. Miał być teraz świadkiem śmierci jednego z nas. U stóp naszych zionęła przepaść, otchłań bezdenna, niczym beczka występnych Danaid4. Staliśmy na skraju krateru wygasłego wulkanu. O tym wulkanie krążą wśród ludu straszliwe podania. Uczyniłem ruch kolanem - i Teodor runął w dół, w tę czeluść ziejącą. Krater wulkanu - to paszcza ziemi.
- Przekleństwo! - krzyknął w odpowiedzi na moje złorzeczenie.
Dzielny mąż, który dla pięknych oczu kobiecych strąca w krater wulkanu przeciwnika swego - to widok wspaniały, majestatyczny i budujący! Brakowało tylko lawy!
Fiakier. Fiakier - to pomnik, który przeznaczenie wzniosło ciemnocie. Precz z rutyną! Fiakier podzielił los Teodora. Uczułem, że w łonie mym pozostała sama tylko miłość. Padłem twarzą na ziemię i zapłakałem z zachwytu. Łzy zachwytu - to owoc boskiego odprężenia, jakie się dokonuje w głębinach rozkochanego serca. Konie zarżały wesoło. Jak ciężko jest być nieczłowiekiem! Uwolniłem konie od zwierzęcego, cierpiętniczego życia. Zabiłem je. Śmierć - to okowy i wyzwolenie z oków.
Poszedłem do gospody Pod Fioletowym Hipopotamem i wypiłem pięć szklanic dobrego wina.
W trzy godziny po dokonaniu zemsty znalazłem się u podwoi j e j domu. Sztylet - druh śmierci - pomógł mi dotrzeć po trupach do j e j drzwi. Jąłem nasłuchiwać. Nie spała. Roiła. Słuchałem. Milczała. Milczenie trwało cztery godziny. Cztery godziny dla zakochanego - to nasze cztery dziewiętnaste stulecia! Wreszcie zawołała na pokojówkę. Pokojówka przeszła obok mnie. Spojrzałem na nią demonicznie. Pochwyciła mój wzrok. Straciła rozum. Zabiłem ją. Raczej umrzeć, niźli żyć bez rozumu.
- Aneto! - zawołała o n a. - Dlaczego to Teodor nie nadchodzi? Tęsknota zżera mi serce. Dławi mnie jakieś złe przeczucie. O Aneto! Idź po niego. Pewnie hula gdzieś teraz z bezbożnym, okropnym Antoniem! Boże, kogo ja widzę? Antonio!
Zbliżyłem się do n i e j. Zbladła...
- Idź precz! - krzyknęła i przerażenie skaziło jej szlachetne, przepiękne rysy.
Spojrzałem na n i ą. Spojrzenie jest to miecz duszy. Zachwiała się. We wzroku mym odczytała wszystko: i śmierć Teodora, i demoniczną namiętność, i tysiąc żądz człowieczych... Moja poza była majestatem. W moich oczach świeciła elektryczność. Moje włosy zjeżyły się i stanęły dęba. Ujrzała przed sobą demona pod powłoką ziemską. Widziałem, że się mną napawa. Ze cztery godziny trwało to grobowe milczenie i kontemplacja wzajemna. Zagrzmiało - i padła mi na pierś. Pierś mężczyzny to twierdza kobiety. Zdusiłem ją w swych objęciach. Krzyknęliśmy oboje. Kości jej zatrzeszczały. Prąd galwaniczny obiegł nasze ciała. Gorący pocałunek...
Pokochała we mnie demona, lecz ja pragnąłem, żeby pokochała we mnie anioła.
- Półtora miliona franków daję na biednych - powiedziałem.
Pokochała we mnie anioła - i rozpłakała się. Ja również rozpłakałem się. Cóż to za łzy były! W miesiąc potem w kościele św. Tytusa i Hortensji odbywały się uroczyste zaślubiny. Stanąłem z n i ą na ślubnym kobiercu. O n a stanęła ze mną. Ubodzy błogosławili nas! Uprosiła mnie, bym przebaczył wrogom moim, których poprzednio zabiłem. Przebaczyłem.
Z młodą żoną wyjechałem do Ameryki. Młoda i kochająca żona była aniołem w dziewiczych lasach Ameryki, aniołem, przed którym korzyły się lwy i tygrysy. Ja byłem młodym tygrysem. W trzy lata po naszym ślubie stary Sam piastował już kędzierzawego chłopaczka. Chłopuś więcej był podobny do matki niż do mnie. Złościło mię to. Wczoraj urodził mi się drugi syn... ja zaś powiesiłem się z radości. Mój drugi chłopczyna wyciąga rączki do czytelników i prosi ich, by nie wierzyli jego tatusiowi, albowiem tatuś nie tylko nie miał dzieci, ale nawet żony. Tatuś boi się małżeństwa jak ognia. Mój chłopuś nie kłamie. Przecież to niemowlę. Wierzajcie mu. Wiek dziecięcy - to wiek święty. Nic z tego wszystkiego nigdy się nie działo... Dobrej nocy.
1880
przełożył Jerzy Wyszomirski
ZA JABŁUSZKA
Gdzieś pomiędzy Pontem Euksyńskim1 a Sołowkami2, pod odpowiednim stopniem długości i szerokości geograficznej, od wielu lat siedzi na swym czarnoziemie Tryfon Siemionowicz, dziedzic nie lada. Nazwisko ma długie jak słowo: "przyrodoznawca", a pochodzi ono z łaciny, od pewnego nader dźwięcznego wyrazu, oznaczającego jedną z niezliczonych cnót ludzkich. Liczba dziesięcin3 jego czarnoziemu wynosi 3000. Majątek ten, jak to z majątkami naszych dziedziców bywa, jest zadłużony i wystawiony na licytację. Licytacja zaczęła się już wówczas, kiedy Tryfon Siemionowicz nie miał jeszcze łysiny, ciągnie się po dziś dzień i dzięki łatwowierności banku tudzież wykrętności Tryfona Siemionowicza strasznie się jakoś nie klei. Bank któregoś pięknego dnia ogłosi upadłość, ponieważ Tryfon Siemionowicz, podobnie jak inni podobni mu, a imię ich legion, wziął gotówkę, ale odsetek nie płaci, a jeśli nawet robi to kiedykolwiek, to z takimi ceremoniami, z jakimi poczciwi ludzie dają grosik za spokój duszy lub na budowę domu Bożego.
Gdyby ten świat nie był światem i nazywał rzeczy po imieniu, wówczas Tryfon Siemionowicz nie zwałby się Tryfonem Siemionowiczem, lecz nosił takie miano, jakim określamy ogólnie krowy i konie. Bo szczerze mówiąc, jest to kawał bydlaka. Wzywam go niniejszym, by sam wyraził na to zgodę. Jeżeli dojdzie go to wezwanie (czyta wszakże czasami "Striekozę"4), Tryfon Siemionowicz nie obrazi się z pewnością, albowiem jako człowiek rozsądny przyzna mi zupełną rację - i a nuż w szczodrobliwości swojej przyśle mi jesienią dziesięć sztuk papierówek za to, żem nie roztrąbił po świecie jego długiego nazwiska, poprzestając tym razem na podaniu imienia.
Nie będę opisywał wszystkich cnót Tryfona Siemionowicza: długa to materia. Żeby go z rękami i nogami wpakować do powieści, trzeba przesiedzieć nad nią tyle czasu, ile Eugeniusz Sue5 prześlęczał nad swym grubaśnym i długaśnym Żydem wiecznym tułaczem. Nie tknę więc ani jego szacherek w preferansie, ani polityki, na skutek której nie spłaca swych długów i procentów, ani wybryków, jakich się dopuszcza wobec popa i diaka, ani też jego przejażdżek konnych po wsi w stroju z czasów Kaina i Abla, ograniczę się tylko do jednej sceny, charakteryzującej stosunek Tryfona Siemionowicza do ludzi, na których pochwałę ułożył w swym ćwierćwiekowym doświadczeniu następującą przygadankę: "Nasi kmiotkowie - prostaki, cudaki, głuptaki - nie mają oleju w głowie".
Pewnego pięknego pod każdym względem poranka (rzecz działa się w końcu lata) Tryfon Siemionowicz przechadzał się po alejach, długich i krótkich, swego przepysznego ogrodu. Wszystko to, co może natchnąć panów poetów, roztoczyła dokoła niego w nieprzebranych ilościach hojna dłoń przyrodzenia i wszystko to mówiło, zda się, i śpiewało: "Masz, bierz, człowiecze! Ciesz się i rozkoszuj, nim przyjdzie jesień!". Wszelako Tryfon Siemionowicz nie rozkoszował się niczym, a to dlatego, że bynajmniej nie jest poetą, a na dobitek dusza jego w ów poranek pogrążona była szczególnie głęboko "w bezwładzie chłodnym"6, co zwykła była czynić zawsze, kiedy jej pan spłukał się w karty.
Za Tryfonem Siemionowiczem kroczył, rozglądając się na lewo i na prawo, jego wierny Karpuszka, starowina sześćdziesięcioletni, który w cnotach swych omal nie przewyższał swego chlebodawcy. Karpuszka doskonale pucuje buty, z większą jeszcze zręcznością wiesza niepotrzebne psy, okrada, kogo się tylko da, i szpieguje niezrównanie. Za te wyczyny cała wieś tytułuje pana karbowego "oprawcą". Nie ma dnia, żeby chłopi i sąsiedzi nie uskarżali się przed Tryfonem Siemionowiczem na obyczaje i narowy Karpuszki; ale skargi te są głosem wołającego na puszczy, albowiem Karpuszka jest niezastąpiony w gospodarstwie. Idąc na przechadzkę, Tryfon Siemionowicz zabiera zawsze swego wiernego sługę - bezpieczniej mu z nim i weselej, Karpuszka bowiem jest niewyczerpanym źródłem najrozmaitszych opowiastek, gadek, bajęd i nie potrafi utrzymać języka na wodzy. Zawsze coś opowiada, a milczy tylko wówczas, kiedy słyszy coś ciekawego.
Wzmiankowanego poranka szedł więc ze swym panem i opowiadał mu długą historię o tym, jak jacyś dwaj gimnazjaliści w białych czapkach, z dubeltówkami w ręku, przejeżdżając obok sadu, błagali go, Karpuszkę niby, żeby ich wpuścił do ogrodu, żeby sobie mogli zapolować, i jak to kusili go półrublówką, on jednak - pamiętając, komu służy - z oburzeniem odrzucił tę półrublówkę i jeszcze poszczuł chłopców Kasztanem i Kruczkiem. Opowiedziawszy tę historię, zaczął już malować w jaskrawych barwach gorszący tryb życia felczera wioskowego, wizerunek ten jednak nie został ukończony, ponieważ z gąszczu grusz i jabłoni doszedł uszu Karpuszki jakiś podejrzany szmer. Karpuszka ugryzł się w język, nastawił ucha i jął nasłuchiwać. Stwierdziwszy, że jest to istotnie szmer podejrzany, szarpnął swego pana za połę i lotem strzały pomknął w kierunku szmeru. Tryfon Siemionowicz, przeczuwając awanturkę, ocknął się z zadumy i przebierając starczymi nożynami, pobiegł w trop za Karpuszką. Bo też warto było biegnąć...
Na skraju sadu, pod starą rozłożystą jabłonią, stała wiejska dziewczyna, gryząc jabłko; obok czołgał się na czworakach młody, barczysty parobczak, zbierając z ziemi strącone wiatrem owoce: zielone odrzucał w krzaki, dojrzałe zaś składał w darze swej Dulcynei, podając je na dłoni szerokiej i spracowanej. Dulcynea widocznie nie bała się o swój żołądek, jadła bowiem jabłka bez przerwy, z wielkim apetytem, chłopak natomiast, zbierając opadki, zapomniał zupełnie o sobie, mając na względzie jedynie swą Dulcyneę.
- Zerwij z drzewa! - podjudziła go szeptem dziewczyna.
- Strach!
- Czego? Oprawca musić w szynku...
Chłopak podniósł się, podskoczył, zerwał jedno jabłko i podał je dziewczynie. Ale nie przyniosło im ono szczęścia, podobnie jak ongi Adamowi i Ewie. Zaledwie dziewczyna odgryzła kawałek i dała go chłopakowi, zaledwie oboje poczuli w ustach cierpki smak owocu, gdy twarze im się wykrzywiły, wydłużyły, pobladły... ale nie z tego powodu, że jabłko było kwaśne, tylko dlatego, że zobaczyli przed sobą surowe oblicze Tryfona Siemionowicza i zjadliwie uśmiechniętą gębę Karpuszki.
- A, jak się macie, moi kochani! - powiedział, zbliżając się Tryfon Siemionowicz. - Zajadacie jabłuszka? Może wam przeszkodziłem?
Chłopak zdjął czapkę i spuścił głowę. Dziewczyna zaczęła przyglądać się swej zapasce.
- Jakże tam zdrowie, Grigoriju? - zwrócił się Tryfon Siemionowicz do parobczaka. - Jak ci się, mój chłopcze, powodzi?
- Ona tu nic... to ja sam - wybełkotał parobczak. - A i to tylko te, co z ziemi...
- No, a ty jak się czujesz, moja duszko? - zwrócił się Tryfon Siemionowicz do dziewczyny, która z większą jeszcze gorliwością zabrała się do oglądania zapaski. - No, a jakże tam wesele? Odbyło się już?
- Nie jeszcze... Ale dalibóg, panie dziedzicu, my tylko jedno jabłuszko... a i to... tak jakoś...
- Dobrze, dobrze. A umiesz ty czytać, mój zuchu?
- Nie... Ale dalibóg jedno... i tylko z ziemi...
- Czytać nie umiesz, ale kraść za to potrafisz? Dobre i to! Widać, że głowa nie od parady. A dawnoś to kraść zaczął?
- A bo to ja kradnę czy co?
- No, a twoja miła panna - zwrócił się do chłopca Karpuszka - czego to się tak zadumała żałośnie? Za mało ją pewnie kochasz?
- Cicho bądź, Karpuszka - przerwał Tryfon Siemionowicz. - Wiesz ty co, Grigoriju? Opowiedz nam bajkę.
Grigorij odkaszlnął i uśmiechnął się.
- Ja tam, panie dziedzicu, bajek nie umiem... A co do jabłek - a bo to mi są pańskie jabłka potrzebne? Jak zechcę, to mogę sobie kupić.
- Rad jestem, kochasiu, że masz tak dużo pieniędzy. No, ale opowiedz nam jakąś bajkę. Posłuchamy wszyscy: i ja, i Karpuszka, i twoja śliczna narzeczona. Nie wstydź się! Śmiało! Złodziejska dusza musi być śmiała. Może nie, przyjacielu?
I Tryfon Siemionowicz utkwił jaszczurczy wzrok w przyłapanym chłopaku, któremu pot wystąpił na czoło.
- Niech pan dziedzic każe mu lepiej zaśpiewać, bo i gdzieżby taki dureń umiał bajki opowiadać? - zaklektał swym paskudnym tenorkiem Karpuszka.
- Cicho, Karpuszka! Niech mi najpierw bajkę opowie. No, dalej, kochasiu!
- Nie umiem, panie dziedzicu.
- Ejże? A kraść umiesz? A co powiada siódme przykazanie?
- Czego mnie pan tak wypytuje? Skąd ja mogę wiedzieć? Dalibóg, panie dziedzicu, zjedliśmy tylko jedno jabłko, a i to z ziemi...
- Mów bajkę!
Karpuszka zaczął rwać pokrzywy. Parobczak wiedział dobrze, dla kogo są przeznaczone: Tryfon Siemionowicz, podobnie jak ludzie jego pokroju, lubi w piękny sposób znęcać się nad człowiekiem. Złodzieja zwykł zamykać na całą dobę w piwnicy albo smagać pokrzywą lub też puszczać wolno, rozebrawszy go przedtem do naga... Czy to nowina dla was, moi czytelnicy? Są jednak takie zakątki i tacy w nich ludzie, dla których te rzeczy to jak chleb powszedni. Grigorij spojrzał zezem na pokrzywy, zawahał się, odkaszlnął i zaczął nie tyle opowiadać, co trzepać bajkę. Chrząkając, pocąc się, kaszląc, smarkając co chwila, jął rozpowiadać o tym, jak to onego czasu bohaterowie ruscy tłukli Kościejów7 i żenili się z krasawicami. Tryfon Siemionowicz stał, słuchał i nie spuszczał oczu z opowiadacza.
- Dosyć! - powiedział, kiedy chłopak pod koniec całkiem się już zaplątał i rozbajdurzył. - Bajasz pięknie, ale jeszcze piękniej kradniesz. No, a ty, dziewucho - zwrócił się do dziewczyny - odmów no mi Ojcze nasz!
Dziewucha zaczerwieniła się i z zapartym tchem, ledwie dosłyszalnie zmówiła modlitwę.
- No, a co mówi siódme przykazanie?
- Niechże pan dziedzic nie myśli, żeśmy tego dużo wzięli - powiedział parobczak, machnąwszy rozpaczliwie ręką. - Przeżegnam się, jeżeli pan dziedzic nie wierzy!
- Źle, moi kochani, że nie znacie przykazań Bożych. Trzeba was oświecić. Cóż, moja dziewucho, czy to on cię nauczył kraść? Dlaczego milczysz, aniołeczku? Odpowiadaj! Mówże! Milczysz? Kto milczy, ten przytwierdza. No, ślicznotko, bijże swego galanta za to, że cię nauczył kraść!
- Nie będę - wyszeptała dziewczyna.
- No, troszeczkę! Głupiego trzeba nauczyć rozumu. Wytłucz go, moja duszko! Nie chcesz? Bo każę Karpuszce i Matwiejowi, żeby cię leciutko pokrzywą... Nie chcesz?
- Nie będę.
- Karpuszka, chodź no tutaj!
Dziewczyna pędem podbiegła do parobczaka i wycięła mu policzek. Parobczak uśmiechnął się głupio i rozpłakał się.
- Zuch dziewucha! A teraz go za włosy! Dalejże, duszko! Nie chcesz? Chodź tu, Karpuszka.
Dziewczyna chwyciła narzeczonego za włosy.
- Ale nie tak! Porządnie! Szarp go!
Dziewczyna zaczęła szarpać. Karpuszka oszalał z zachwytu, zanosił się od śmiechu i parskał.
- Dosyć! - oznajmił Tryfon Siemionowicz. - Bóg ci zapłać, duszko, żeś skarciła występek. A teraz ty - zwrócił się do parobczaka - daj nauczkę swej młódce... ona tobie, ty jej.
- Co też pan dziedzic, dalibóg... Za cóż mam ją bić?
- Jak to za co? Wybiła cię przecie? To i ty ją musisz. Wyjdzie to jej na dobre. Nie chcesz? To szkoda... Karpuszka, zawołaj Matwieja!
Chłopak splunął, odchrząknął, chwycił w garść warkocz swej narzeczonej i jął "karcić występek". Czyniąc to, wpadł nieznacznie w zapał, roznamiętnił się, zapomniał, że bije nie Tryfona Siemionowicza, lecz swoją dziewczynę. Ta zaczęła lamentować. A chłopak bił ją długo. I nie wiadomo, czym by się to skończyło, gdyby zza krzaków nie wybiegła Sasza, ładniutka córeczka Tryfona Siemionowicza.
- Tatusiu, na herbatę! - zawołała i na widok tatusiowych psikusów wybuchnęła dźwięcznym śmiechem.
- No, dosyć tego! - powiedział Tryfon Siemionowicz. - Możecie odejść, moi kochani! Żegnam! Na wesele przyślę wam jabłuszek.
Tryfon Siemionowicz ukłonił się nisko ukaranej parze. Młodzi ogarnęli się i poszli: chłopiec na prawo, dziewczyna na lewo i... od tej chwili po dziś dzień już się nie widują. Gdyby nie nadejście Saszy - kto wie, może by zakosztowali pokrzywy. Tak oto na starość zabawia się Tryfon Siemionowicz. Jego rodzinka wstępuje w ślady tatusia. Córeczki mają zwyczaj przyszywać gościom "podlejszego stanu" cebule do czapek, pijanym zaś gościom tegoż stanu piszą kredą na plecach wielkimi literami: "osioł" i "dureń". Synalek Mitia, podporucznik w stanie spoczynku, którejś zimy zakasował nawet tatusia: wespół z Karpuszką wysmarował dziegciem wrota pewnego wysłużonego żołnierza za to, że nie chciał mu podarować młodego wilczka, tudzież za to, że ów żołnierz podobno źle usposabia swe córki do pierników i cukierków pana podporucznika...
I jakże po tym wszystkim nazywać Tryfona Siemionowicza - Tryfonem Siemionowiczem?8
1880
przełożył Jerzy Wyszomirski
ŻONY ARTYSTÓWPrzekład... z portugalskiego
Cieszący się nieskrępowaną swobodą obywatel Lizbony, Alfonso Zinzaga, młody pisarz znany... tylko samemu sobie i rokujący wielkie nadzieje... tylko we własnym mniemaniu, znużony całodziennym chodzeniem po bulwarach i przesiadywaniem w redakcjach, wrócił do domu głodny jak pies. Mieszkał w hotelu występującym w jego powieści pod nazwą Jadowity Łabędź. Wszedłszy do pokoju numer 147, omiótł wzrokiem króciutkie, wąziutkie i niewysokie mieszkanko, pokręcił nosem i zapalił świeczkę. Jego oczom ukazała się rozczulająca scena: pośród papierów, książek, zeszłorocznych gazet, zniszczonych krzeseł, butów, szlafroków, sztyletów i czapek - na malutkiej, obitej szaroniebieskim kaliko1 kozetce spała jego śliczna żona, Amaranta. Wzruszony Zinzaga podszedł do niej i - po pewnym namyśle - pociągnął ją za rękę. Amaranta głęboko westchnęła, ale się nie obudziła. Poklepał ją po ramieniu, postukał palcem po jej marmurowym czole, dotknął kilkakrotnie jej trzewika, szarpnął za suknię, kichnął jak z armaty, a ona... nawet się nie poruszyła.
"Śpi - pomyślał Zinzaga. - Do diabła! Może wzięła truciznę? Kłopoty z moją ostatnią powieścią mogły źle na nią wpłynąć..."
I Zinzaga, zdjęty strachem, potrząsnął kozetką. Z Amaranty zsunęła się powoli jakaś książka i szeleszcząc, uderzyła o podłogę. Pisarz wziął ją do rąk, otworzył, spojrzał i zbladł. To nie była jakaś tam książka, to była jego najnowsza powieść wydrukowana za pieniądze hrabiego don Barabanta-Alimonda, nosząca tytuł Łamanie kołem w Sankt Moskowsku czterdziestu czterech mężczyzn mających po dwadzieścia dwie żony, opisująca, jak widzicie, rosyjskie, czyli najciekawsze życie - i nagle...
- Zasnęła, czytając moją powieść!?! - wyszeptał Zinzaga. - Jaki brak szacunku dla szczodrości hrabiego don Barabanta-Alimonda i dla pracy Alfonsa Zinzagi, który dał jej swoje słynne nazwisko! Kobieto! - ryknął Zinzaga ze wszystkich portugalskich sił i walnął pięścią o brzeg kozetki.
Amaranta głęboko westchnęła, otworzyła czarne oczy i uśmiechnęła się.
- To ty, Alfonso? - spytała, przeciągając się.
- Tak, to ja!... Śpisz? Ty... śpisz? - odparł Alfonso, siadając na zwiotczało-cherlawym krześle. - Co robiłaś, nim zasnęłaś?
- Poszłam do matki prosić o pieniądze.
- A potem?
- Czytałam twoją powieść.
- I zasnęłaś? Powiedz! Zasnęłaś?
- I zasnęłam... Dlaczego się gniewasz, Alfonso?
- Ja się nie gniewam, ale wydaje mi się niestosowne, że tak lekceważąco traktujesz to, co wkrótce da mi sławę! Zasnęłaś, bo czytałaś moją powieść! Tak to widzę!
- Dosyć, Alfonso! Twoją powieść czytałam z wielką rozkoszą... Przykuła moją uwagę. Ja... ja... mną najbardziej wstrząsnęła scena, gdy młody pisarz, Alfonso Zenzega, zabija się strzałem z pistoletu...
- To scena z innej powieści, z Tysiąca ogni!
- Tak? Więc jaka scena wstrząsnęła mną w tej powieści? Ach, tak... Płakałam nad tą stronicą, gdzie rosyjski markiz Iwan Iwanowicz rzuca się z okna do rzeki... rzeki... Wołgi.
- Aaaa... hm.
- I topi się, błogosławiąc wicehrabinę Ksenię Pietrownę... Byłam wstrząśnięta.
- Dlaczego zasnęłaś, skoro byłaś wstrząśnięta?
- Tak mi się chciało spać! Przecież nie spałam zeszłej nocy. Całą noc byłeś taki kochany, czytałeś mi swoją nową, bardzo dobrą powieść i rozkoszy słuchania ciebie nie mogłam zamienić na sen...
- Aaaa... hm... Rozumiem! Daj mi jeść!
- Czyżbyś nie jadł jeszcze obiadu?
- Nie.
- Przecież rano powiedziałeś, że zjesz obiad u redaktora "Wiadomości Lizbońskich".
- Myślałem, że w tych "Wiadomościach" zostanie opublikowany mój wiersz, niech ich diabli porwą!
- Czyżby nie został opublikowany?
- Nie...
- To nieszczęście! Od chwili gdy jestem twoja, z całej duszy nienawidzę redaktorów! I jesteś głodny?
- Głodny.
- Biedniutki Alfonso! I pieniędzy nie masz?
- Hm... Co za pytanie?! Niczego nie ma do jedzenia?
- Nie, mój drogi! Matka mnie nakarmiła, ale pieniędzy nie dała.
- Hm.
Zatrzeszczało krzesło, Zinzaga wstał i wyszedł... Pochodziwszy trochę i pomyślawszy, uczuł silne pragnienie, by utwierdzić się w przekonaniu, że głód świadczy o małoduszności, że człowiek jest stworzony do walki z przyrodą, że nie samym chlebem żyje człowiek, że ten jest artystą, kto chodzi głodny - i zapewne to by mu się udało, gdyby nie przypomniał sobie, że tuż obok, pod numerem 148 Jadowitego Łabędzia, zatrzymał się malarz rodzajowy, Włoch, Francesco Butronza, człek utalentowany, gdzieś już komuś znany i - co nie takie błahe na tym świecie - posiadający umiejętność, której zawsze zbywało Zinzadze: codziennie potrafił zasiąść do obiadu.
- Pójdę do niego! - postanowił Zinzaga i udał się do sąsiada.
Wszedłszy do numeru 148, ujrzał scenę, która jako pisarza wprawiła go w zachwyt, a że czuł głód - ścisnęła mu serce. Nadzieja zjedzenia obiadu w towarzystwie Butronzy rozwiała się, gdy Zinzaga - pośród ram, blejtramów, bezrękich manekinów, sztalug, krzeseł obwieszonych spłowiałymi strojami wszystkich fasonów i epok - dojrzał swego przyjaciela Butronzę... Francesco Butronza, w kapeluszu a la van Dyck2 i w stroju Piotra z Amiens3, machał wściekle pędzlem i grzmiał. Wyglądał strasznie. Jedną nogą stał na taborecie, drugą na stole. Twarz mu płonęła, oczy błyszczały, szpicbródka drżała, włosy stały dęba - gotowe w każdej chwili unieść kapelusz w górę. W kącie, przytuliwszy się do statui bezrękiego, beznosego Apolla z dużym kanciastym otworem na piersi, stała żona porywczego malarza, Niemka Karolina, i z przerażeniem patrzyła na lampę. Była blada i drżała na całym ciele.
- Barbarzyńcy! - grzmiał Butronza. - Nie kochacie, ale dusicie sztukę, niech was diabli porwą! I ja się z tobą ożeniłem, zimna niemiecka krowo?! I ja, głupiec, mogłem wolnego jak wiatr człowieka, orła, kozicę, jednym słowem artystę, przywiązać do tego kawałka lodu, ulepionego z przesądów i błahostek... Do diabła!!! Tyś - lód! Tyś martwa, skamieniała wołowina! Tyś - głupia! Płacz, nędzna, przetrawiona niemiecka kiełbaso! Twój mąż to artysta, nie handlarz! Płacz, butelko piwa! To pan, Zinzaga? Proszę nie odchodzić! Proszę zaczekać! Cieszę się, że pan przyszedł... Niech pan spojrzy na tę kobietę!
Butronza lewą nogą wskazał na Karolinę. Karolina zapłakała.
- Starczy! - zaczął Zinzaga. - O co ta sprzeczka? Co zrobiła donna Butronza? Dlaczego płacze? Niech pan sobie przypomni swoją wielką ojczyznę, kraj, w którym kult piękna ściśle jest związany z kultem kobiety! Pamięta pan?
- Jestem wściekły! - krzyknął Butronza. - Proszę się postawić w mojej sytuacji! Jak pan wie, przyjąłem od hrabiego Barabanta-Alimonda propozycję wykonania imponującego obrazu... Hrabia zlecił mi namalowanie starotestamentowej Zuzanny... Proszę ją, tę oto tłustą Niemkę, żeby się rozebrała i służyła za modelkę, proszę od samego rana, pełzam na kolanach, wychodzę z siebie, a ona nie chce! Proszę się postawić w mojej sytuacji! Czy mogę malować bez modelki?
- Nie mogę! - zaszlochała Karolina. - To przecież nieprzyzwoite!
- Słyszy pan, słyszy pan? Oto całe wytłumaczenie! Niech to diabli!
- Nie mogę, słowo honoru, nie mogę! Każe mi się rozebrać i jeszcze stać w oknie...
- Tak ma być! Chcę namalować Zuzannę przy świetle księżyca! Światło księżyca pada jej na piersi... Światło pochodni zbliżających się faryzeuszy barwi jej plecy... Gra kolorów! Nie mogę inaczej!
- Dla sztuki - rzekł Zinzaga - powinna pani zapomnieć nie tylko o wstydliwości, ale w ogóle o wszystkich... uczuciach!
- Nie mogę się przemóc! Nie mogę stać w oknie na pokaz!
- Na pokaz... Naprawdę, można pomyśleć, donna Butronza, że boi się pani oczu tłumu, który, by tak rzec, jeśli spojrzeć na niego... Punkt widzenia sztuki i rozumu... jest taki, że...
I Zinzaga powiedział coś takiego, czego grzecznemu człowiekowi nie wolno nawet w bajce powiedzieć ani piórem napisać - coś nader przyzwoitego, ale krańcowo niepojętego.
Karolina zamachała rękami i jęła biegać po pokoju, jakby się bała, że ją siłą rozbiorą.
- Myję jego pędzle, palety i ciuchy, plamię swoje suknie o jego płótna, udzielam lekcji, by go wyżywić, szyję dla niego ubrania, znoszę zapach oleju z konopi, całymi dniami pozuję, wszystko robię, ale... naga? naga? - nie mogę!!!
- Rozwiodę się z tobą, rudowłosa harpio! - wrzasnął Butronza.
- Gdzie ja się podzieję? - żachnęła się Karolina. - Daj mi pieniądze, żebym mogła dojechać do Berlina, skąd mnie przywiozłeś, wtedy się rozwiedziemy!
- Dobrze, skończę Zuzannę i wyślę cię do twoich Prus, kraju karaluchów, zepsutych kiełbas i trychin4! - krzyknął Butronza, niechcący szturchając Zinzagę łokciem w pierś. - Nie możesz być moją żoną, jeśli nie możesz poświęcić się dla sztuki! Wwww... Rrr... Do diabła!
Karolina zaszlochała, złapała się za głowę i opadła na krzesło.
- Co robisz? - ryknął Butronza. - Usiadłaś na mojej palecie!!!
Karolina wstała. Pod nią rzeczywiście była paleta ze świeżo rozcieńczonymi farbami...
"O bogowie! Dlaczego nie jestem malarzem? Gdybym był malarzem, dałbym Portugalii wspaniały obraz!" Zinzaga machnął ręką i wybiegł z pokoju 148, ciesząc się, że jednak nie jest malarzem, i bolejąc całym sercem nad tym, że jest pisarzem, któremu się nie udało zjeść obiadu u malarza.
W drzwiach swego pokoju spotkał bladą, strwożoną, roztrzęsioną mieszkankę pokoju 113, żonę przyszłego artysty teatrów królewskich, Piotra Petrucenza-Petruria.
- Co pani jest? - spytał ją Zinzaga.
- Ach, don Zinzaga! U nas nieszczęście! Mój Piotr się potłukł!
- Jak to się potłukł?
- Uczył się padać i uderzył skronią o kufer.
- Nieszczęśnik!
- On umiera! Co mam robić?
- Zawołać doktora!
- Ale on nie chce doktora! Nie wierzy w medycynę, a poza tym... wszystkim lekarzom jest winien pieniądze.
- W takim razie trzeba pójść do apteki i kupić wodę ołowianą. Jest bardzo dobra na stłuczenia.
- A ile kosztuje?
- Grosze, naprawdę grosze.
- Dziękuję panu. Zawsze był pan dobrym przyjacielem mojego Piotra! Ale zostało nam mało pieniędzy z tych, które zarobił, grając w amatorskim spektaklu u hrabiego Barabanta-Alimonda... Nie wiem, czy starczy. Czy... czy mógłby pan dać trochę tytułem pożyczki na tę wodę cynową?
- Ołowianą.
- Szybko panu oddamy.
- Nie mogę. Wydałem ostatnie pieniądze na zakup trzech ryz papieru.
- Do zobaczenia!
- Życzę dużo zdrowia! - powiedział Zinzaga i ukłonił się.
Nie zdążyła odejść od niego żona przyszłego artysty teatrów królewskich, a ujrzał przed sobą mieszkankę pokoju 101, małżonkę śpiewaka operetkowego, przyszłego portugalskiego Offenbacha, wiolonczelisty i flecisty, Ferdynanda Laiego.
- Czego pani sobie życzy?
- Don Zinzaga - odezwała się małżonka śpiewaka i muzyka, załamując ręce - niech pan będzie tak miły i uspokoi mojego awanturnika! Jest pan jego przyjacielem... Może uda się panu go powstrzymać. Od samego rana ten bezecny człowiek drze gardło i śpiewem żyć mi nie daje! Dziecko spać nie może, a mnie po prostu rwie na strzępy swoim barytonem! Na Boga, don Zinzaga! Wstyd mi za niego przed sąsiadami... Da pan wiarę? Dzieci sąsiadów śpią zdane na jego łaskę. Proszę pójść! Może panu uda się go jakoś uspokoić.
- Jestem do pani usług.
Zinzaga podał żonie śpiewaka i muzyka rękę i udał się do numeru 101. Tam, między łóżkiem zajmującym połowę pokoju a kołyską zajmującą ćwierć pokoju, stał pulpit. Na pulpicie leżały pożółkłe nuty, a w nuty patrzył przyszły portugalski Offenbach i śpiewał. Trudno było początkowo zrozumieć, co śpiewał. Tylko po jego spoconej, czerwonej twarzy i po wrażeniu, które robił na swoich i cudzych uszach, można było się domyślić, że śpiewał z udręką, z trudem, z gniewem. Znać było, że śpiewa i jednocześnie cierpi. Wystukiwał rytm prawą nogą i pięścią, wysoko je wznosząc, ciągle strącał z pulpitu nuty, wyciągał szyję, mrużył oczy, wykrzywiał usta, bił się pięścią po brzuchu... W kołysce leżał maleńki ludzik, który krzykiem, kwileniem i piskiem akompaniował rozdygotanemu tatusiowi.
- Don Lai, może by pan odpoczął? - zapytał Zinzaga.
Lai nie usłyszał.
- Don Lai, może by pan odpoczął? - powtórzył Zinzaga.
- Proszę go stąd zabrać! - zaśpiewał Lai i wskazał podbródkiem na kołyskę.
- Czego się pan uczy? - spytał Zinzaga, usiłując przekrzyczeć Laiego.
Lai zakrztusił się, zamilkł i skierował wzrok na Zinzagę.
- Czego pan sobie życzy? - spytał.
- Ja? Hm... To znaczy... może by pan odpoczął?
- A panu co do tego?
- Zmęczył się pan. Czego się pan uczy?
- Kantaty poświęconej hrabinie Barabant-Alimond. Ale co to pana obchodzi?
- Jest już noc... Pora snu...
- Powinienem śpiewać do dziesiątej rano. Sen niczego nie da. Niech śpią ci, co chcą, a ja dla dobra Portugalii, a może i całego świata, spać nie mogę.
- Ale, mój drogi - wtrąciła się żona - mnie i naszemu dziecku chce się spać! Ty tak głośno krzyczysz, że nie tylko nie można spać, ale nawet trudno wysiedzieć w pokoju!
- Jeżeli zachce ci się spać, to zaśniesz.
Powiedziawszy to, Lai wybił nogą rytm i zaśpiewał.
Zinzaga zatkał uszy i jak oparzony wybiegł z pokoju 101. Wróciwszy do siebie, ujrzał rozczulający obrazek. Amaranta siedziała za stołem i przepisywała na czysto jedną z jego powieści. Z jej dużych oczu kapały na zeszyt łzy.
- Amaranto! - krzyknął i chwycił żonę za rękę. - Czy naprawdę żałosny bohater mojej marnej powieści mógł wzruszyć cię do łez? Naprawdę, Amaranto?
- Nie, ja nie płaczę nad twoim bohaterem...
- A nad kim? - spytał rozczarowany Zinzaga.
- Moja przyjaciółka, żona twojego przyjaciela rzeźbiarza, Zofia Ferdrabantero-Nerakrutz-Rózga, rozbiła statuę, nad którą pracował jej mąż, by dać ją w prezencie hrabiemu Barabantowi-Alimondowi, i... nie zniosła smutku męża... Otruła się siarką z zapałek!
- Biedna... statua. O żony, żeby was diabli wzięli razem z waszymi o wszystko się zaczepiającymi trenami sukien! Otruła się? A niech to, temat do powieści!!! Zresztą błahy! Wszystko jest śmiertelne na tym świecie, moja droga... Nie dzisiaj, to jutro, nie jutro, to pojutrze twoja przyjaciółka i tak by umarła... Obetrzyj łzy i zamiast płakać, wysłuchaj mnie...
- Temat nowej powieści? - cicho spytała Amaranta.
- Tak...
- Czy nie będzie lepiej, mój drogi, jeśli wysłucham cię jutro rano? Rano mózg jakoś lepiej...
- Nie, dzisiaj słuchaj. Jutro nie będzie czasu. Przyjechał do Lizbony rosyjski pisarz Dierżawin i będę musiał jutro rano złożyć mu wizytę. Przyjechał razem z twoim ulubionym... niestety ulubionym Wiktorem Hugo.
- Tak?
- Tak... Posłuchaj!
Zinzaga siadł naprzeciw Amaranty, odrzucił głowę do tyłu i zaczął:
- Miejsce akcji: cały świat... Portugalia, Hiszpania, Francja, Rosja, Brazylia i tak dalej. W Lizbonie bohater dowiaduje się z gazet o nieszczęśliwym wypadku bohaterki w Nowym Jorku. Jedzie tam. Porywają go piraci, przekupieni przez agentów Bismarcka. Bohaterka jest agentką Francji. W gazetach aluzje, że to... Anglicy. Sekta Polaków w Austrii i Cygan w Indii. Intrygi. Bohater w niewoli. Chcą go przekupić. Rozumiesz? Dalej...
Zinzaga mówił z pasją, porywająco, machając rękami, z błyskiem w oku... mówił długo, długo... strasznie długo.
Amaranta dwa razy zasypiała i dwa razy się budziła, na ulicach zgasły latarnie i wzeszło słońce, a on wciąż mówił. Wybiła godzina szósta, po porannej herbacie Amarantę ścisnął głód, a on wciąż mówił.
- Bismarck podaje się do dymisji, a bohater, nie chcąc trzymać swego imienia w tajemnicy, mówi, że nazywa się Alfonso Zunzuga, i umiera w strasznych męczarniach. Cichy anioł unosi w błękitne niebo jego dobrą duszę...
Tak skończył Zinzaga, a wtedy wybiła godzina siódma.
- No? - spytał Amarantę. - Co powiesz? Nie uważasz, że sceny z Alfonsem i Marią nie puści cenzura?
- Nie, scenka miła.
- W ogóle to dobrze? Mów szczerze. Jesteś kobietą, a większość moich czytelników to kobiety, dlatego chcę znać twoje zdanie.
- Jak by to powiedzieć? Mnie się wydaje, że ja twojego bohatera już gdzieś spotkałam, tylko nie pamiętam gdzie...
- Nie może być!
- Naprawdę. Twojego bohatera spotkałam w jakiejś powieści i, muszę ci powiedzieć, w najgłupszej powieści! Kiedy czytałam tę powieść, dziwiłam się, jak mogli wydrukować taką bzdurę, a kiedy ją przeczytałam, pomyślałam, że autor musi być głupi jak but... Brednie drukują, a ciebie drukują tak mało. Dziwne!
- A pamiętasz tytuł tej powieści?
- Tytułu nie pamiętam, ale pamiętam imię bohatera. Wryło mi się w pamięć, bo ma w sobie cztery "r" jedno po drugim... Głupie imię... Carrrro.
- Lunatyk pośrodku oceanu?
- Tak, tak, tak, ta właśnie. Jak ty dobrze znasz naszą literaturę! W tej samej... Twój bohater bardzo jest podobny do Carrrro, ale twój jest oczywiście mądrzejszy. Co z tobą, Alfonso?
Alfonso zerwał się.
- To ja napisałem Lunatyka pośrodku oceanu! - krzyknął.
Amarancie zrobiło się gorąco.
- Czyli moja powieść jest najgłupsza, moja?! - wrzeszczał tak głośno, że nawet Amarantę zabolało gardło. - Ty durny nocniku! Takie więc masz zdanie o moich utworach? Takie, oślico? Wygadałaś się! Już mnie więcej nie zobaczysz! Żegnaj! Hm... brrr... idiotka! Moja powieść najgłupsza?! Hrabia Barabant-Alimond wiedział, co wydawał!
Spojrzawszy z pogardą na żonę, Zinzaga naciągnął kapelusz na czoło, trzasnął drzwiami i wyszedł z pokoju 147.
Amaranta westchnęła, ale nie zapłakała, nie zemdlała nawet. Wiedziała, że Alfonso Zinzaga wróci do numeru 147, jakkolwiek byłby rozgniewany. Opuścić na zawsze pokój 147 znaczyło dla niego to samo, co zacząć żyć, czyli pisać i znaleźć bezpłatną przepisywaczkę na lizbońskich bulwarach, pod błękitnym portugalskim niebem. Amaranta o tym wiedziała i nie martwiła się tak bardzo wyjściem męża. Westchnęła tylko i postanowiła się pocieszyć. Na ogół po kłótni z mężem pocieszała się lekturą starej gazeciny, przechowywanej z malutkim flakonikiem perfum w blaszanym pudełeczku po landrynkach. Pomiędzy ogłoszeniami, telegramami, polityką, kroniką i innymi ludzkimi sprawami stara gazeta zawierała perełkę, określaną w gazetach mianem "Rozmaitości". W tychże "Rozmaitościach", pod opowieścią o tym, jak Amerykanin przechytrzył Amerykanina i jak znana śpiewaczka, miss Dubadolla Świst, zjadła beczkę ostryg i przeszła, nie zamoczywszy bucików, Andy, widniała opowiastka bardzo przydatna w niesieniu pociechy Amarancie i innym żonom artystów. Przytaczam tę opowiastkę co do słowa:
"Uwadze Portugalczyków i ich córek.
W jednym z miast Ameryki odkrytym przez Krzysztofa Kolumba, człowieka nader energicznego i odważnego, żył sobie doktor Tanner. Ów Tanner bardziej był jednak swego rodzaju artystą niż uczonym, dlatego znany jest światu i Portugalii nie jako uczony, lecz jako swoisty artysta. Będąc Amerykaninem, był jednocześnie człowiekiem, a jeśli był człowiekiem, to wcześniej czy później powinien był się zakochać, co też pewnego razu uczynił. Zakochał się w ślicznej Amerykance, zakochał do szaleństwa, jak artysta, zakochał się tak bardzo, że któregoś dnia zamiast aquae destillatae5 przepisał argentum nitricum6 - zakochał się, poprosił o rękę i wziął ślub. Początkowo żył ze śliczną Amerykanką bardzo szczęśliwie, tak szczęśliwie, iż miesiąc miodowy trwał, wbrew jego nazwie, nie miesiąc, ale sześć miesięcy. Nie ulega wątpliwości, że Tanner, będąc człowiekiem uczonym, czyli wielce dobrodusznym, żyłby z żoną szczęśliwie do samej śmierci, gdyby nie dostrzegł u niej strasznej wady. Wada pani Tanner polegała na tym, że jadła po ludzku. Ta wada żony zakłuła Tannera w samo serce. "Wyedukuję ją na nowo!" - postawił przed sobą zadanie i zaczął edukować panią Tanner. Najpierw oduczył ją jeść śniadań i kolacji, potem pić herbaty. Rok po ślubie pani Tanner przygotowywała na obiad już nie cztery, ale tylko jedną potrawę; po dwóch latach od podpisania aktu ślubnego umiała się zadowalać bajkową porcją jedzenia. A mówiąc ściśle, w ciągu doby zjadała i wypijała następujące ilości substancji odżywczych: jeden gram soli, pięć gramów substancji białkowych, dwa gramy tłuszczu, siedem gramów wody (destylowanej), jedną dwudziestą trzecią grama węgierskiego wina.
W sumie 15 i 1/23 grama.
Gazów nie liczymy, gdyż nauka nie umie jeszcze dokładnie określić ilości spożywanych przez nas gazów. Tanner triumfował, ale nie za długo. W czwartym roku małżeństwa zaczęła go dręczyć myśl, że pani Tanner zjada za dużo substancji białkowych, więc z jeszcze większą energią kontynuował tresurę i chyba zredukowałby pięć gramów do jednego grama albo do zera gramów, gdyby nie zdał sobie sprawy, że już się odkochał w żonie. Będąc estetą, musiał się odkochać, gdyż pani Tanner, miast zachować urodę do późnej starości, stała się ni stąd, ni zowąd podobna do drzazgi, utraciwszy powabne kształty i bystrość umysłu, czym wykazała, iż choć się jeszcze nadaje do tresury, to stała się już całkiem niezdatna do życia małżeńskiego. Tanner zażądał rozwodu. Zjawili się w jego domu uczeni eksperci, obejrzeli panią Tanner ze wszystkich stron, poradzili jechać do wód, uprawiać gimnastykę, zaordynowali dietę i uznali potrzebę swojego szanownego kolegi za w pełni uzasadnioną. Doktor Tanner dał kolegom ekspertom po dolarze, poczęstował ich smacznym śniadaniem i... od tamtej pory mieszka w jednym miejscu, a jego żona w innym. Smutna historia! Kobiety, jakże często bywacie przyczyną nieszczęść wielkich ludzi! Kobiety, czy to nie wasza wina, że wielcy ludzie często umierają bezpotomnie? Portugalczycy, na was spoczywa obowiązek wychowania waszych córek! Nie róbcie z waszych córek burzycielek domowych ognisk i gniazd!!
Zamknęliśmy temat. Jutrzejszy numer, z powodu urodzin redaktora, nie ukaże się.
Portugalczycy! Kto z was nie zapłacił za prenumeratę, niech z tym nie zwleka!"
- Biedna pani Tanner - wyszeptała Amaranta, przeczytawszy tę powiastkę. - Biedna. I jaka nieszczęśliwa! W porównaniu z nią ile ja mam szczęścia! Ile szczęścia!
Pocieszona tym, że są na tym świecie ludzie nieszczęśliwsi od niej, starannie złożyła gazetkę, umieściła ją w pudełeczku i ciesząc się, że nie jest panią Tanner, rozebrała się i poszła spać.
Spała dotąd, aż ją zbudził straszny głód Zinzagi.
- Chcę jeść! - powiedział. - Ubierz się, moja droga, i pójdź do matki po pieniądze. A propos: przepraszam cię, byłem niesprawiedliwy. Właśnie się dowiedziałem od rosyjskiego pisarza Dierżawina, który przyjechał z innym pisarzem rosyjskim, Lermontowem, że są dwie, zupełnie do siebie niepodobne, powieści noszące ten sam tytuł: Lunatyk pośrodku oceanu. Idź, moja droga.
Gdy Amaranta się ubierała, Zinzaga opowiedział o pewnym wypadku, który zamierza opisać, a mimochodem dodał, że opis tego rozszarpującego duszę i ciało wypadku wymaga od niej pewnej ofiary.
- Ofiara, moja droga, będzie niewielka. Będziesz pisać pod moje dyktando, co zajmie ci nie więcej niż siedem, osiem godzin, przepiszesz to potem na czysto i ot tak, mimochodem, wyrazisz na papierze swoją opinię o moich utworach... Jesteś kobietą, a mnie czytają głównie kobiety...
Zinzaga troszkę zełgał. Nie głównie, lecz wyłącznie, a ściśle mówiąc: jedna kobieta - Amaranta.
- Zgadzasz się?
- Tak - odparła cicho Amaranta, zbladła i padła bez czucia na zniszczony, wiecznie poniewierający się na podłodze, zakurzony słownik encyklopedyczny...
- Zadziwiające są te kobiety! - krzyknął Zinzaga. - Miałem rację, nazywając kobietę w Tysiącach ogni istotą, która na zawsze pozostanie zagadką dla ludzkości! Najmniejsza radość może ją powalić na podłogę! O nerwy kobiece!
Szczęśliwy Zinzaga ukląkł przed nieszczęśliwą Amarantą i pocałował ją w czoło...
I tak to jest, czytelniczki!
Wiecie co, dziewczęta i wdowy? Nie bierzcie za mężów artystów. Niech ich diabli wezmą! Lepiej, dziewczęta i wdowy, pracować w sklepiku tytoniowym lub sprzedawać gęsi na bazarze, niż mieszkać w najlepszym pokoju Jadowitego Łabędzia i być zdaną na najlepszą protekcję hrabiego Barabanta-Alimonda.
Naprawdę lepiej.
1880
przełożył Robert Papieski
SĄD
Chata Kuźmy Jegorowa, sklepikarza. Duszno, gorąco. Przeklęte muchy i komary chmarami krążą dokoła uszu i oczu, dokuczają... Kłęby dymu tytoniowego; ale w izbie czuć nie tytoniem, tylko solonymi rybami. W powietrzu, na twarzach, w bzykaniu komarów - nuda...
Duży stół: na nim spodek z łupinami od orzechów, nożyce, słoik z maścią zieloną, czapki, puste butle. Przy stole zasiadają: gospodarz - Kuźma Jegorow, sołtys, felczer Iwanow, diak1 Teofan Manafuiłow, bas cerkiewny Michajło, kum Parfenty Iwanycz i żandarm Fortunatow, przybyły z miasta w odwiedziny do swej ciotki Anisji. W przyzwoitej odległości od stołu stoi syn Jegorowa, Serapion, zatrudniony w mieście u golarza, obecnie zaś goszczący u ojca z racji świąt. Jest bardzo zmieszany i drżącą ręką skubie wąsiki. Chata Jegorowa jest czasowo odnajęta na ambulatorium, toteż w sieni czekają "słabujący". Właśnie przed chwilą przywieziono skądś babę ze złamanym żebrem... Leży oto, jęczy i czeka, kiedy wreszcie felczer zwróci łaskawie na nią uwagę. Za oknami tłoczą się ludzie, którzy chcą popatrzeć, jak też stary Kuźma będzie prał syna.
- Wszyscy gadacie, że ja łżę - oświadcza Serapion - dlatego też długo mówić z wami nie zamiaruję. W dziewiętnastym stuleciu, tatulu, gadaniem wiele się nie zwojuje, ponieważ teoria, jak wam powinno być wiadomo, bez praktyki istnieć nie może.
- Stul gębę! - mówi surowo Kuźma Jegorow. - Nie mędrkuj, tylko gadaj do rzeczy: gdzieś podział moje pieniądze?
- Pieniądze? Hum... Człowiek z was rozumny, więc powinniście wiedzieć, że pieniędzy waszych nie ruszałem. Te swoje papierki nie dla mnie ciułacie... Co tu Pana Boga obrażać!
- Przyznajcie się szczerze, Serapionie - odzywa się diak. - Bo i po co niby was pytamy? Po to, żeby was przekonać, skierować na drogę cnoty... Tatulo wasz pragnie tylko waszego dobra... Ot, i nas po to zaprosił... Więc mówcie szczerze... Kto jest bez grzechu? Wzięliście zatem te dwadzieścia pięć rubli, co leżały w komodzie u ojca, czy też nie?
Serapion spluwa na bok i milczy.
- Gadajże! - krzyczy Kuźma, waląc pięścią w stół. - Wziąłeś czy nie?
- Jak tam sobie chcecie... Niechaj...
- Niechta - poprawia żandarm.
- A niechta będzie, że ja... Niechta! Tylko że po próżnicy tatulo krzyczy na mnie. Walić w stół też nie ma potrzeby. Choćbyś nie wiem jak walił, nie wwalisz stołu do ziemi... Pieniędzy waszych nie brałem, a jeżelim kiedykolwiek brał, to tylko z musu... Człowiek jestem żyjący, rzeczownik, że tak powiem, osobowy - i pieniądze są mi potrzebne. Nie jestem z kamienia!
- Jak ci są potrzebne, to idź i zarób, a mnie nie odzieraj. Nie tylko ciebie jednego mam: siedmioro was w chałupie.
- O tym wiem sam, bez waszego kazania. Ale z powodu słabości zdrowia, jak wam wiadomo, zapracować skutecznie nie mogę. A że mi ten kawałek chleba wymawiacie, odpowiecie za to przed Panem Bogiem.
- Słabość zdrowia! Mójżeś ty... Niewielkać to robota - nożyczkami machać. A ty nawet od niej uciekasz.
- Alboż to robota? Co to za robota! Jeden pozór, nie robota! A i wykształcenie moje też nie takie, żebym się mógł z tej roboty utrzymać.
- Fałszywie rozumujecie, Serapionie Kuźmiczu - mówi diak. - Praca wasza jest szacowna i umysłowa, albowiem mieszkacie w mieście gubernialnym, strzyżecie i golicie ludzi wykształconych, szlachetnie urodzonych. Ba, nawet generałowie nie stronią od waszego rzemiosła.
- Jeżeli chodzi o generałów, to ja sam mogę wam coś o tym powiedzieć!
Felczer Iwanow jest lekko podchmielony.
- Jako przedstawiciel medycyny - powiada - jestem zdania, żeś terpentyna - i tyle!
- Znam ja się na waszej medycynie! A któż to, za pozwoleniem, w roku zeszłym, zamiast zwłok, o mało nie pokrajał pijanego cieśli? Gdyby się nie obudził, tobyście mu brzucho rozpruli. A kto olej rycynowy miesza z konopnym?
- W medycynie bez tego ani rusz.
- A kto Melanię na tamten świat wyprawił? Daliście jej na rozwolnienie, potem na wzmocnienie, potem znowu na rozwolnienie - no i nie wytrzymała. Takiemu to nie ludzi leczyć, tylko - z przeproszeniem - psy.
- Melania niech spoczywa w spokoju - mówi Kuźma Jegorow. - Światłość wiekuista... Nie ona wzięła pieniądze, więc i nie o niej mowa. Powiedz lepiej, komuś je dał? Musić Alonie?
- Hm... Alonie! Wstydzilibyście się tak mówić wobec duchowieństwa lub choćby pana żandarma.
- Gadaj więc: wziąłeś pieniądze czy nie?
Sołtys gramoli się zza stołu, pociera o kolano zapałkę i z oznakami szacunku przytyka ją do fajki żandarma.
- Pfu! - złości się żandarm. - Pełno siarki wpuścił do nosa.
Po czym, rozpaliwszy fajkę, wstaje od stołu, podchodzi do Serapiona, patrzy mu ze złością prosto w oczy i zaczyna wrzeszczeć przeraźliwie:
- Coś ty za jeden?! Co ty sobie myślisz?! Skąd to niby?! Hę? Co to ma znaczyć? Dlaczego nie odpowiadasz? Krnąbrność? To tak! Przywłaszczać sobie cudze pieniądze? Milczeć! Odpowiadaj! Mów! Gadaj!
- Jeżeli...
- Milczeć!
- Jeżeli... Ciszej proszę! Jeżeli... Tyle się was boję!... Za dużo sobie wyobrażacie! A w gruncie dureń z was i tyle! Jeżeli tatulo ma chęć wydać mnie na katusze - jestem gotów.... Katujcie! Bijcie!
- Milczeć! Nie pyskować mi tu! Znam twoje myśli! Ukradłeś? Coś ty za jeden? Milczeć! Nie wiesz, kogo masz przed sobą? Nie mędrkować!
- Nie ma co, trzeba ukarać - mówi diak z westchnieniem. - Jeżeli nie chce zmniejszyć swej winy przez przyznanie się, to baty trzeba dać musowo, Kuźmo Jegoryczu. Takie jest moje zdanie: musowo!
- Wrzepić! - odzywa się bas Michajło tak niskim głosem, że aż przestrasza wszystkich.
- Po raz ostatni: wziąłeś czy nie? - pyta Kuźma Jegorow.
- Jak tam sobie chcecie... A niechta... Katujcie! Jestem gotów...
- Lanie! - orzeka Kuźma Jegorow i cały szkarłatny wstaje od stołu.
Gawiedź pcha się do okien. Słabujący tłoczą się w drzwiach i zadzierają głowy. Nawet baba ze złamanym żebrem, nawet ona unosi głowę.
- Kładź się! - rozkazuje Kuźma.
Serapion zrzuca swoją marynareczkę, żegna się i kładzie z pokorą na ławie.
- Katujcie! - zwraca się do ojca.
Kuźma odpina rzemień, przez chwilę patrzy na zebranych jakby w oczekiwaniu, czy mu kto nie pomoże, po czym zaczyna...
- Raz! Dwa! Trzy! - liczy Michajło swym basem. - Osiem! Dziewięć!
Diak stanął w kącie i spuściwszy oczy, przegląda książkę...
- Dwadzieścia! Dwadzieścia jeden!
- Dosyć! - stwierdza Kuźma Jegorow.
- Mało! - szepcze żandarm Fortunatow. - Jeszcze! Jeszcze! A dobrze!
- Co do mnie, sądzę, że trzeba by jeszcze trochę! - powiada diak, odrywając oczy od książki.
- Niechby choć pisnął! - dziwi się widownia. - A ten nic.
Chorzy rozstępują się, bo do izby, szeleszcząc nakrochmalonymi spódnicami, wchodzi żona Jegorowa.
- Kuźmo! - zwraca się do męża. - Co to za pieniądze znalazłam u ciebie w kieszeni? Czy to nie te, coś ich z rana szukał?
- Te same... Serapionie, wstawaj! Znalazły się pieniądze! Włożyłem je wczoraj do kieszeni i na śmierć zapomniałem...
- Jeszcze mu! - burczy Fortunatow. - Wsypać! A dobrze!
- Znalazły się pieniądze! Wstawaj!
Serapion podnosi się, wdziewa marynareczkę i siada przy stole. Długie milczenie. Zawstydzony diak wyjmuje chustkę i wyciera nos.
- Wybacz mi - mruczy Jegorow, zwracając się do syna. - Nie miej mi za złe... Diabliż wiedzieli, że się znajdą? Przepraszam cię...
- Nie szkodzi... Dla mnie to nie pierwszyzna... Nie martwcie się... Jam zawsze gotów na każde męki...
- Wypij no, to ci odejdzie.
Serapion pije, po czym, wznosząc do góry zsiniały nos, z miną bohatera opuszcza chatę. Żandarm zaś rozczerwieniony, wybałuszając oczy, długo spaceruje po podwórzu, powtarzając:
- Jeszcze mu! Jeszcze! A dobrze!
1881
przełożył Jerzy Wyszomirski