Utwory wybrane - Neil Gaiman

-
Proszę czekać

Przed­mowa

Przed­mowa

Dzięki Neilowi Gaima­nowi obec­nie na widok pają­ków zamie­ram - to doprawdy bar­dzo dziwny zwrot wyda­rzeń, godny jed­nej z jego powie­ści. Zamiast pró­bo­wać je prze­pę­dzić albo roz­gnieść, tkwię jak przy­mu­ro­wany i zasta­na­wiam się, czy ten ośmio­nogi brat zaraz powie mi coś, czym pró­bo­wał się podzie­lić od cza­sów sprzed stat­ków z nie­wol­ni­kami. Coś, co dopiero teraz jestem gotów usły­szeć. Wyja­śnił­bym wię­cej, wów­czas jed­nak moja przed­mowa zamie­ni­łaby się we wstęp do tylko jed­nej powie­ści, "Chło­pa­ków Anan­siego", a ten zbiór to znacz­nie, znacz­nie wię­cej.

Poza tym nie ścią­gnęły mnie tu wcale pająki, tylko Tori Amos. Już to samo brzmi jak kawa­łek pio­senki z lat dzie­więć­dzie­sią­tych, a cytat, o któ­rym mówię, pocho­dzi z roku 1992 i to ona go napi­sała: "Gdy­by­ście mnie potrze­bo­wali, razem z Neilem posie­dzimy tro­chę u władcy snów". Tekst ten wyraź­nie coś zna­czył dla Amos i dla Gaimana, lecz dla mło­dego fana mają­cego obse­sję na punk­cie ich obojga miał zupeł­nie inne zna­cze­nie. W owym cza­sie już od lat czy­ta­łem tek­sty Neila, ale przez ten kawa­łek zaczą­łem myśleć, że u Amos ów pro­ces wyglą­dał zupeł­nie ina­czej, że zagłę­biła się w jego dzieła i odna­la­zła sie­bie. Pamię­tam, jak usły­sza­łem tę pio­senkę i pomy­śla­łem: "Czyli nie tylko ja wie­rzę w świat Neila bar­dziej niż w swój wła­sny!".

Na­dal uwa­żam, że żyję bar­dziej w świe­cie Neila niż w moim. Nam, nie­przy­sto­so­wa­nym wyrzut­kom, tylko ucieczka do jego świata pozwo­liła prze­trwać w naszym. Powie­dział­bym, że Gaiman two­rzy tek­sty, które łatwo rodzą obse­sje, ale wydaje mi się to zbyt pro­ste. Każde wiel­kie dzieło sztuki ma swo­ich fana­ty­ków, lecz Gaiman, zwłasz­cza dla innych pisa­rzy i typów nie­przy­sto­so­wa­nych, nie­za­leż­nie od gatunku bądź formy sztuki, udziela nam pozwo­le­nia, żeby­śmy ni­gdy nie rezy­gno­wali ze świata cudów, który inni każą nam porzu­cić. Oczy­wi­ście naj­lepsi pisa­rze wie­dzą, że to oszu­stwo - nie ma świata fan­ta­zji, sto­ją­cego naprze­ciw rze­czy­wi­stego, ponie­waż wszystko jest rze­czy­wi­ste. To nie są ale­go­rie ani przy­po­wie­ści, lecz rze­czy­wi­stość.

Co może wyja­śnić, dla­czego pochło­ną­łem "Ame­ry­kań­skich bogów", gdy tylko uka­zali się w 2001 roku, w roku, który bar­dzo potrze­bo­wał ucieczki do świata fan­ta­zji. Tyle że powieść ta nie zapew­niła mi ucieczki, lecz coś o wiele bar­dziej rady­kal­nego: ideę, że zapo­mniani bogo­wie wciąż tu są i nie zno­szą dobrze swo­jego zmierz­chu. A sam fakt, że my już w nich nie wie­rzymy, nie ozna­cza, że prze­stali mie­szać w naszych życiach. I nie cho­dziło tylko o cią­głe mani­pu­la­cje bogów, lecz także o nie­ustanną wagę mitów. Osta­tecz­nie mit był kie­dyś reli­gią, a wcze­śniej rze­czy­wi­sto­ścią, i mity wciąż mówią nam wię­cej o nas samych, niż to potra­fią reli­gie. Neil Gaiman two­rzy mity, ale też przy­wraca nam sny. Ni­gdy wcze­śniej nie przy­szło mi do głowy, że potrze­buję, by ktoś ura­to­wał jakąś postać przed ska­za­niem na byto­wa­nie w opo­wie­ściach ludo­wych, dopóki Neil nie się­gnął po rymo­wanki z dzie­ciń­stwa, na wpół zapo­mniane, i nie tchnął w nie żywej, nama­cal­nej, bojowo nasta­wio­nej duszy, a potem cisnął nimi wprost w teraź­niej­szość, na którą nie były gotowe i która zde­cy­do­wa­nie nie była gotowa na nie.

W zbio­rze tym roi się od fan­ta­stycz­nych bestii, zwy­kłych ludzi o oso­bli­wych mocach, dzi­wacz­nych ludzi o nor­mal­nych pro­ble­mach, świa­tów ponad naszym i świa­tów pod nim, a także praw­dzi­wego świata, który nie jest wcale tak praw­dziwy, jak mogli­by­ście sądzić. Nie­które histo­rie na trzech stro­nach prze­mie­rzają oso­bliwe kra­iny, nie­które nie tyle się koń­czą, ile ury­wają, a nie­które nie mają początku, po pro­stu przy­stają na chwilę, cze­ka­jąc, aż je dogo­ni­cie. Nie­które opo­wie­ści zaj­mują całe mia­sto, inne jedną sypial­nię. W nie­któ­rych poja­wiają się zda­rze­nia z dzie­ciń­stwa i ich bar­dzo doro­słe kon­se­kwen­cje, inne poka­zują, co się dzieje, kiedy doro­śli prze­stają rozu­mieć, co zna­czy być dziec­kiem. No i są też histo­rie, które wypusz­czają was z ostrze­że­niem, inne zaś tak bar­dzo pory­wają, że ode­rwa­nie się od nich zaj­muje wiele dni.

I jest jesz­cze wię­cej. Tori Mor­ri­son napi­sała kie­dyś, że Toł­stoj nie mógł mieć poję­cia, iż tak naprawdę pisał dla ciem­no­skó­rej dziew­czyny z Lor­ra­ine w sta­nie Ohio. Neil nie miał poję­cia, że pisze dla zagu­bio­nego dzie­ciaka z Jamajki, który, sam o tym nie wie­dząc, wciąż nie mógł dojść do sie­bie po stu­le­ciach wyma­zy­wa­nia jego wła­snych bogów i potwo­rów. Jasne, mity były kie­dyś reli­gią, ale stoją u pod­staw toż­sa­mo­ści ludzi i naro­dów. Kiedy więc po dru­giej stro­nie owego wiel­kiego wyma­za­nia ujrza­łem Anan­siego, reagu­ją­cego na to, jak skre­ślono go i zapo­mniano, zaczą­łem się zasta­na­wiać, kim, do dia­bła, jest ów czło­wiek z Wiel­kiej Bry­ta­nii, który wła­śnie przy­wró­cił nam tę opo­wieść. Już wcze­śniej rozu­mia­łem, czym jest dla mnie ode­rwa­nie od naszych mitów, ale ni­gdy nie zasta­na­wia­łem się, co to ozna­cza dla samego mitu.

O ile lek­tura komik­sów i powie­ści gra­ficz­nych Gaimana uczy­niła ze mnie pewien rodzaj fana, jego opo­wia­da­nia i powie­ści bar­dzo mnie zmie­niły. Zazdrosz­czę ludziom, któ­rzy, się­ga­jąc po ten zbiór, po raz pierw­szy prze­czy­tają słowa Neila. Z dru­giej jed­nak strony ludzie zna­jący na pamięć wszyst­kie pio­senki Beatle­sów i tak się­gają po skła­danki i robią to nie bez powodu. To wpro­wa­dze­nie poprzez rzu­ce­nie na głę­boką wodę, poka­zu­jące nie­mal wszystko, co zapew­niło Gaima­nowi sławę jed­nego z naszych mistrzów fan­tasy. A prze­cież i dla kogoś, kto czy­tał sporo jego dzieł, wciąż jest tu wiele do odkry­cia, nawet pośród sta­roci. Jak mówi­łem, ist­nieją ludzie, któ­rzy, choć mają na wła­sność wszyst­kie płyty, na­dal kupują skła­danki, i to nie z powodu nostal­gii.

Po pro­stu dzięki umiesz­cza­niu owych opo­wia­dań obok sie­bie wyła­nia się nowa nar­ra­cja: nar­ra­cja autora. Wyją­tek z "Nig­dzie­bądź" jest bły­sko­tliwy sam w sobie, lecz dzięki wci­śnię­ciu pomię­dzy "Nie pytaj dia­bła" i "Córkę sów" wszyst­kie trzy tek­sty nabie­rają nowego wymiaru. Po ich połą­cze­niu to temat prze­wodni staje się histo­rią. Tajemne życia dzieci, świat grozy i cudów, w któ­rym je pozo­sta­wiamy, kiedy gasimy świa­tło i zamy­kamy drzwi. To, co się dzieje, gdy drzwi pozo­staną zamknięte. Co dzieje się, kiedy jeden świat idzie naprzód, a drugi nie. Czy­tel­nicy z pew­no­ścią zauwa­żyli pokre­wień­stwo tytułu "Nig­dzie­bądź" do "Niby­lan­dii", kolej­nego miej­sca, w któ­rym dzieci płacą wysoką cenę za to, że ni­gdy nie dora­stają. Jed­nakże wej­ście w jeden świat, gdy wciąż czu­jemy skutki wizyty (i podtek­sty) tego, który wła­śnie opu­ści­li­śmy, coś z nami robi. Zabie­ramy lęki i cuda z jed­nej histo­rii do następ­nej. Czy jesz­cze lepiej - wędru­jąc przez cały zbiór, widzimy, co nie pozwala Gaima­nowi zasnąć.

W tomie tym dzieją się też inne dziwne rze­czy. To, jak odczy­tu­jemy pewne postaci z "Ja, Cthulhu", wpływa na to, jak zare­agu­jemy na ich imiona poja­wia­jące się kil­ka­na­ście tek­stów dalej. I choć postaci te tak naprawdę nie poja­wiają się w dru­gim tek­ście, nie ma to zna­cze­nia, bo odci­snęły takie piętno na naszej wyobraźni, że led­wie zda­jemy sobie sprawę z faktu, iż groza, która towa­rzy­szy im pod­czas dru­giego spo­tka­nia, jest wyłącz­nie naszą zasługą. Pod­tekst prze­czu­cia nad­cią­ga­ją­cego zła, tego, że wszystko może się wyda­rzyć, pocho­dzi od nas. Oto efekt świet­nych zbio­rów: posta­wie­nie opo­wia­dań w nowym kontek­ście, nawet tych, które już wcze­śniej czy­ta­li­śmy, i ofia­ro­wa­nie nam nowych spo­so­bów na ich odczy­ta­nie. Razem uka­zują także aspekty opo­wie­ści, któ­rych wcze­śniej mogli­śmy nie być świa­domi. Na przy­kład nie­zwy­kły humor. Humor i groza zawsze pozo­sta­wały nie­roz­łączne: groza spra­wia, że humor staje się zabaw­niej­szy, humor, że groza prze­raża jesz­cze bar­dziej. Dający nam potęż­nego kopa począ­tek opo­wia­da­nia "Zała­twimy ich panu hur­towo" jest prze­za­bawny nie tylko z powodu tego, jak mroczny i idio­tyczny się staje, ale ponie­waż dodat­kowo prze­syca go najbar­dziej bry­tyj­ska z cech: skąp­stwo. Jak daleko jesteś w sta­nie się posu­nąć, jeśli możesz zro­bić nie­zły inte­res? Spo­iler: aż do końca świata.

Może lep­szym porów­na­niem do tego zbioru jest Biały Album Beatle­sów: olbrzymi roz­mia­rami i roz­ma­chem, pełen poje­dyn­czych genial­nych utwo­rów przed­sta­wio­nych razem, bo jedy­nym kon­tek­stem, jakiego potrze­bują, jest to, jakie są świetne. W tym tomie znaj­dzie­cie tek­sty zabawne. Straszne. Fan­ta­styczne. Kry­mi­nalne. O duchach. Dla dzieci. Tek­sty, które już czy­ta­li­ście, i wiele dotąd wam nie­zna­nych. Opo­wie­ści potwier­dza­jące wszystko, co wie­cie o dzie­łach Neila Gaimana, i takie, które rzu­cają temu wyzwa­nie. Kusi stwier­dze­nie, iż wspa­niałą rze­czą u tego czy tam­tego twórcy jest to, że ni­gdy nie dorósł, ale nie­do­kład­nie o to cho­dzi. W isto­cie, kiedy byłem młod­szy, tek­sty Gaimana cie­szyły mnie także dla­tego, że po ich lek­tu­rze czu­łem się taki doro­sły.

Co oczy­wi­ście zna­czy, że jeśli czy­tu­je­cie Neila od tak dawna, jak ja, dostrze­że­cie bole­sną iro­nię w tym, że trzeba wymy­ślo­nych świa­tów, żeby­śmy poczuli się doj­rzali. Jego postaci mie­wają moce, nawie­dzają je wizje, pocho­dzą z wymy­ślo­nych krain i robią różne cudowne i dzi­waczne, a cza­sem straszne rze­czy. Ale też mają wła­sne wewnętrzne pro­blemy, kon­flikty oso­bi­ste, a cza­sami żyją i umie­rają (i powra­cają do życia) w wyniku pod­ję­tych skom­pli­ko­wa­nych wybo­rów. I pomy­śleć, że kie­dyś myśla­łem, że to elfy i wróżki są pro­ste, a ludzie skom­pli­ko­wani.

Idea wyrze­cze­nia się wyobraźni jako oznaki doro­sło­ści ma w sobie coś nie­zwy­kle chrze­ści­jań­skiego, czy raczej pro­te­stanc­kiego, i jako pilny uczeń nie­ży­ją­cych przed­sta­wi­cieli reali­zmu spo­łecz­nego też w nią wie­rzy­łem. Ale realizm to także domy­sły i jeśli jest się ciem­no­skó­rym ner­dem jak ja, biała rodzina z nie­wia­ry­god­nie czy­stego przed­mie­ścia, doświad­cza­jąca tra­ge­dii pora­ża­ją­cej nudy i nisz­cząca sobie życie wyłącz­nie roz­mo­wami o niej, staje się rów­nie fan­ta­styczna jak Super­man.

Ponie­waż nie jestem fanem H.P. Love­cra­fta, oczy­wi­ście zosta­wi­łem go na sam koniec. Nie da się roz­ma­wiać o współ­cze­snych twór­cach fan­ta­styki, nie przy­wo­łu­jąc twórcy "W Górach Sza­leń­stwa", co zabawne, bo on sam abso­lut­nie nie chciałby zna­leźć się w jed­nym sze­regu z tak wie­loma innymi nie­po­dob­nymi do niego. Kiedy jed­nak czy­tam Neila Gaimana, w ogóle nie widzę Love­cra­fta, nawet w "Ja, Cthulhu". Duch, któ­rego widzę, to Bor­ges. Podob­nie jak Jorge Luis, Neil nie pisze zwy­kłej fan­ta­styki - tak bar­dzo pozo­staje oddany swoim świa­tom, że nie są już dla niego fan­ta­zją. On w nich żyje. Podob­nie jak Bor­ges pisze o rze­czach tak, jakby już się wyda­rzyły, opi­suje światy, jak­by­śmy już w nich żyli, i dzieli się z nami histo­riami, jakby prze­ka­zy­wały wyłącz­nie prawdę, na którą przy­pad­kiem natra­fił. Tak naprawdę nie uwa­żam, bym, czy­ta­jąc wielką lite­ra­turę, odnaj­do­wał sie­bie, dowia­duję się raczej, gdzie chciał­bym się zna­leźć. Ponie­waż opo­wie­ści Neila spra­wiają, że czu­jemy, że tak naprawdę zawsze żyli­śmy w jego świe­cie, a "praw­dziwy" świat to tylko wymy­sły.

Mar­lon James

Trol­lowy most (1993)

Trol­lowy most

(1993)

Na początku lat sześć­dzie­sią­tych, gdy mia­łem trzy czy cztery lata, zli­kwi­do­wano więk­szość torów kole­jo­wych. Wła­dze zma­sa­kro­wały wów­czas całą sieć kole­jową. Odtąd można było poje­chać tylko do Lon­dynu, a mia­steczko, w któ­rym miesz­ka­łem, stało się koń­cem trasy.

Oto moje naj­wcze­śniej­sze wyraźne wspo­mnie­nie: mia­łem pół­tora roku. Matka leżała w szpi­talu i rodziła moją sio­strę, a bab­cia zabrała mnie na spa­cer na most i unio­sła, bym mógł oglą­dać prze­jeż­dża­jący w dole pociąg, dyszący i dymiący niczym czarny żela­zny smok.

W ciągu następ­nych kilku lat wyco­fano ostat­nie paro­wozy. Wraz z nimi zli­kwi­do­wano sieć torów łączącą wio­ski z mia­stami, mia­steczka z wsiami.

Nie wie­dzia­łem, że pociągi mogą znik­nąć. Gdy ukoń­czy­łem sie­dem lat, prze­szły do histo­rii.

Miesz­ka­li­śmy w sta­rym domu na przed­mie­ściach. Puste pola naprze­ciwko leżały odło­giem. Czę­sto prze­ła­zi­łem przez płot, kła­dłem się w cie­niu nie­wiel­kiej kępy sito­wia i czy­ta­łem książki albo, gdy ogar­niała mnie żądza przy­gody, bada­łem tereny opusz­czo­nej posia­dło­ści za polami. Był tam stary, zaro­śnięty, ozdobny staw, nad któ­rym prze­rzu­cono niski drew­niany mostek. W trak­cie moich wypraw do ogro­dów i lasów dwor­skich ni­gdy nie natkną­łem się na żad­nego straż­nika bądź dozorcę. Ni­gdy też nie pró­bo­wa­łem wcho­dzić do samego domu. Wola­łem nie kusić losu, a zresztą wie­rzy­łem świę­cie, że wszyst­kie puste i stare domy są nawie­dzone.

Nie ozna­cza to, że byłem naiwny. Po pro­stu wie­rzy­łem we wszystko, co mroczne i nie­bez­pieczne. Jeden z głów­nych arty­ku­łów mej dzie­cię­cej wiary gło­sił, iż noc przy­nosi ze sobą duchy i wiedźmy, wygłod­niałe, łopo­czące płasz­czami i odziane w czerń.

Na szczę­ście obo­wią­zy­wała też zasada odwrotna. Dzień ozna­czał bez­pie­czeń­stwo. Za dnia nic mi nie gro­ziło.

Rytuał: ostat­niego dnia let­niego seme­stru w dro­dze ze szkoły zdej­mo­wa­łem buty i skar­petki i nio­sąc je w rękach, masze­ro­wa­łem bru­ko­waną kamie­niami ścieżką na mięk­kich, różo­wych, bosych sto­pach. Pod­czas waka­cji wkła­da­łem buty wyłącz­nie pod przy­mu­sem, na co dzień napa­wa­jąc się wol­no­ścią od obu­wia, póki we wrze­śniu nie roz­po­czął się kolejny rok szkolny.

Gdy mia­łem sie­dem lat, odkry­łem ścieżkę bie­gnącą przez las. Było wła­śnie lato, jasne i gorące. Tego dnia bar­dzo odda­li­łem się od domu.

Zwie­dza­łem oko­licę. Miną­łem dwór patrzący na mnie śle­pymi, zabi­tymi deskami oczami okien. Prze­sze­dłem przez posia­dłość i przez nie­znany mi las. Zsu­ną­łem się po stro­mym zbo­czu i odkry­łem, że stoję na zupeł­nie nie­zna­nej cie­ni­stej ścieżce wśród gęstych drzew. Prze­ni­ka­jące przez liście świa­tło miało odcień zie­leni i złota. Wydało mi się, że tra­fi­łem do kra­iny cza­rów. Wzdłuż ścieżki biegł wąski stru­myk, w któ­rym roiło się od maleń­kich prze­zro­czy­stych kre­we­tek. Łapa­łem je i patrzy­łem, jak wiją się i sza­mocą na moich pal­cach. Potem wkła­da­łem je do wody.

Ruszy­łem naprzód ścieżką. Była ide­al­nie pro­sta, poro­śnięta krótką trawą. Od czasu do czasu natra­fia­łem na wspa­niałe kamie­nie: obłe bryłki sto­pio­nej skały, brą­zowe, fio­le­towe i czarne. Kiedy unio­sło się je do świa­tła, ich powierzch­nia pło­nęła wszyst­kimi bar­wami tęczy. Prze­ko­nany, że muszą być nie­zwy­kle cenne, napcha­łem nimi kie­sze­nie.

Sze­dłem tak i sze­dłem cichym zło­ci­sto­zie­lo­nym kory­ta­rzem i nikogo nie widzia­łem.

Nie czu­łem głodu ani pra­gnie­nia, jedy­nie cie­ka­wość, dokąd wie­dzie ścieżka. Była ide­al­nie pro­sta i abso­lut­nie pła­ska. Sama ścieżka w ogóle się nie zmie­niała, ale ota­cza­jący ją kra­jo­braz ow­szem. Z początku sze­dłem dnem wąwozu; po obu stro­nach wzno­siły się strome, poro­śnięte trawą ściany. Póź­niej ścieżka pro­wa­dziła górą. Idąc, widzia­łem koły­szące się w dole czubki drzew i dachy nie­licz­nych odle­głych budyn­ków. Moja ścieżka, wciąż pła­ska i pro­sta, prze­ci­nała wzgó­rza i doliny. W końcu w jed­nej z dolin ujrza­łem most.

Zbu­do­wano go z czy­stych czer­wo­nych cegieł. Two­rzył wynio­sły, zakrzy­wiony łuk nad ścieżką. Z boku dostrze­głem kamienne stop­nie wycięte w brzegu. U góry zamy­kała je mała drew­niana furtka.

Obec­ność jakie­go­kol­wiek śladu ist­nie­nia istot ludz­kich na ścieżce zdu­miała mnie, bo od tej pory uwie­rzy­łem już, że jest ona czymś natu­ral­nym, niczym wul­kan. Teraz, wie­dziony bar­dziej cie­ka­wo­ścią niż czym­kol­wiek innym (osta­tecz­nie prze­sze­dłem już setki mil, albo tak przy­naj­mniej sądzi­łem, i mogłem być abso­lut­nie wszę­dzie), wspią­łem się po kamien­nych scho­dach i prze­sze­dłem przez furtkę.

Zna­la­złem się ni­gdzie.

Szczyt mostu pokry­wało błoto. Po obu stro­nach roz­cią­gały się łąki. Na jed­nej rosła trawa, na dru­giej ktoś posiał zboże. W zaschnię­tym bło­cie odci­snęły się ślady sze­ro­kich opon trak­tora. Prze­sze­dłem przez most, by się upew­nić: żad­nego tupa­nia. Moje bose stopy poru­szały się bez­sze­lest­nie. W pro­mie­niu wielu mil nie było niczego, jedy­nie pola, zboże i drzewa.

Zerwa­łem kłos psze­nicy i zaczą­łem wyłu­ski­wać słod­kie ziarna, obie­ra­jąc je mię­dzy pal­cami i prze­żu­wa­jąc z namy­słem. Wtedy zorien­to­wa­łem się, że robię się głodny, i wró­ci­łem po scho­dach na opusz­czony tor. Czas wra­cać do domu. Nie zgu­bi­łem się. Wystar­czyło tylko, bym podą­żył ścieżką.

Pod mostem cze­kał na mnie troll.

- Jestem troll - oznaj­mił. Po chwili dodał od nie­chce­nia: - Fol rol de ol rol.

Był olbrzymi. Jego głowa się­gała szczytu cegla­nego łuku. Był też prak­tycz­nie prze­zro­czy­sty: przez jego ciało dostrze­ga­łem cegły i drzewa, przy­ciem­nione, lecz widoczne. Zupeł­nie jakby wszyst­kie moje kosz­mary stały się cia­łem. Miał wiel­kie, mocne zęby, mor­der­cze szpony i silne, wło­chate dło­nie. Dłu­gie włosy przy­po­mi­nały czu­prynę jed­nego z małych pla­sti­ko­wych masz­ka­ro­nów mojej sio­stry. Oczy miał wyłu­pia­ste i był nagi. Jego penis zwi­sał z gęstwiny splą­ta­nych wło­sów mię­dzy nogami.

- Usły­sza­łem cię, Jack - szep­nął, a jego głos przy­wo­dził na myśl wiatr. - Usły­sza­łem, jak tupiesz na moim moście, a teraz pożrę twoje życie.

Mia­łem zale­d­wie sie­dem lat. Był jed­nak dzień i nie pamię­tam, abym się bał. Lepiej, by to dzieci sta­wały oko w oko z ele­men­tami bajek - są lepiej przy­go­to­wane na taką kon­fron­ta­cję.

- Nie poże­raj mnie - powie­dzia­łem do trolla. Mia­łem na sobie pasia­stą, brą­zową koszulkę i brą­zowe sztruksy. Włosy też mia­łem brą­zowe. Bra­ko­wało mi zęba z przodu. Uczy­łem się gwiz­dać mię­dzy zębami, ale jak dotąd bez powo­dze­nia.

- Zamie­rzam pożreć twoje życie, Jack - odparł troll.

Spoj­rza­łem mu pro­sto w twarz.

- Wkrótce na ścieżce zjawi się moja star­sza sio­stra - skła­ma­łem. - Będzie znacz­nie smacz­niej­sza niż ja. Zjedz ją zamiast mnie.

Troll powę­szył w powie­trzu i uśmiech­nął się.

- Jesteś zupeł­nie sam - rzekł. - Na ścieżce nie ma niczego innego, abso­lut­nie niczego. - Nachy­lił się i prze­su­nął po moim ciele pal­cami, zupeł­nie jakby twarz musnęło mi stadko motyli, jakby doty­kał jej ślepy czło­wiek. Troll pową­chał palce i pokrę­cił olbrzy­mią głową. - Ty w ogóle nie masz star­szej sio­stry. Tylko młod­szą, która dziś została u przy­ja­ciółki.

- Potra­fisz to stwier­dzić po zapa­chu? - spy­ta­łem zdu­miony.

- Trolle umieją wywę­szyć tęczę. Trolle umieją wywę­szyć gwiazdy - szep­nął ze smut­kiem. - Trolle czują woń snów, które śni­łeś, nim jesz­cze przy­sze­dłeś na świat. Podejdź do mnie, a ja pożrę twoje życie.

- Mam w kie­szeni szla­chetne kamie­nie - poin­for­mo­wa­łem trolla. - Weź je sobie. Spójrz. - Poka­za­łem mu zna­le­zione wcze­śniej klej­noty z lawy.

- Żużel - oświad­czył troll. - Porzu­cone odpady z parow­ców. Nie mają żad­nej war­to­ści.

Otwo­rzył sze­roko usta. Ostre zęby, oddech cuch­nący ple­śnią i wil­go­cią spod świata.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wstęp

Wstęp

Jeśli o mnie cho­dzi, naj­go­rzej zwy­kle roz­ma­wia mi się z tak­sów­ka­rzami.

- To czym się pan zaj­muje? - pytają.

- Piszę - odpo­wia­dam na to.

- Ale co pan pisze?

- Uhm. Różne rze­czy - mówię nie­zbyt prze­ko­nu­jąco. Sły­szę to w swoim gło­sie.

- Tak? No to co to zna­czy różne rze­czy? Bele­try­stykę, lite­ra­turę faktu, książki, sce­na­riu­sze tele­wi­zyjne?

- Tak. Takie rze­czy.

- No to co pan pisze? Fan­tasy? Kry­mi­nały? Fan­ta­stykę naukową? Lite­ra­turę wysoką? Książki dla dzieci? Poezje? Recen­zje? Zabawne tek­sty? Straszne? No co?

- Prawdę mówiąc, to wszystko.

Wów­czas kie­rowcy cza­sami posy­łają mi spoj­rze­nie w lusterku i uznają, że się z nich nabi­jam, i milkną. A cza­sami gadają dalej. Następne pyta­nie zawsze brzmi:

- Coś, o czym sły­sza­łem?

Wów­czas wymie­nia­łem tytuły ksią­żek, które napi­sa­łem, i nie­mal wszy­scy tak­sów­ka­rze zada­jący to pyta­nie odpo­wia­dali, kiwa­jąc gło­wami i mówiąc, że nie sły­szeli o żad­nej z nich, ale z pew­no­ścią je spraw­dzą. Cza­sami pytają też, jak się pisze moje nazwi­sko.

(Jedyny wyją­tek sta­no­wił tak­sów­karz, który zje­chał na pobo­cze, wysiadł z wozu, a potem mnie uści­skał i popro­sił, żebym pod­pi­sał coś dla żony. Sta­no­wił wyją­tek, ale był to wyją­tek, który naprawdę mi się spodo­bał).

A mnie było głu­pio, że nie jestem czło­wie­kiem, który pisze tylko jedno - na przy­kład kry­mi­nały czy opo­wie­ści o duchach. Kimś, kogo łatwo wyja­śnić w tak­sów­kach.

Oto książka dla wszyst­kich tych tak­sów­ka­rzy. Ale nie tylko dla nich. To książka dla każ­dego, kto, zapy­taw­szy mnie, co robię, a potem, co piszę, chce wie­dzieć, jaką moją książkę powi­nien prze­czy­tać.

Bo odpo­wiedź dla mnie zawsze brzmi: "A co dokład­nie lubisz?", potem zaś pró­buję wska­zać im coś z moich rze­czy, co będzie naj­bliż­sze ich zain­te­re­so­wa­niom.

W tej książce znaj­dzie­cie opo­wia­da­nia, nowelki i nowele, a nawet kilka frag­men­tów powie­ści. (Nie znaj­dzie­cie nato­miast komik­sów, tek­stów kry­tycz­nych, ese­jów, sce­na­riu­szy ani wier­szy). Opo­wia­da­nia, krót­kie i dłu­gie, są tu, ponie­waż jestem z nich dumny i ponie­waż może­cie się w nie zanu­rzyć, a potem wypły­nąć. Należą do naj­róż­niej­szych gatun­ków i poru­szają różne tematy. Co je łączy? Przede wszyst­kim fakt, że jestem ich auto­rem. Łączy je też to, że wybrali je czy­tel­nicy z inter­netu, gdy popro­si­łem, by gło­so­wali na opo­wia­da­nia, które lubią naj­bar­dziej. Ozna­czało to, że nie musia­łem sam pró­bo­wać wybie­rać swo­ich ulu­bio­nych tek­stów. Pozwo­li­łem, by głosy na poszcze­gólne histo­rie stały się naszym prze­wod­ni­kiem w powsta­wa­niu tej książki, i nie doci­ska­łem ukrad­kiem wagi, by dodać bądź usu­nąć cokol­wiek, prócz jed­nego opo­wia­da­nia. To przy­po­wieść, którą zaty­tu­ło­wa­łem "Małpa i Dama". Dołą­czy­łem ją do książki, ponie­waż jak dotąd nie poka­zała się w żad­nym zbio­rze, a tylko w książce, do któ­rej ją napi­sa­łem, anto­lo­gii Dave'a McKe­ana z roku 2017 "The Weight of Words". Bar­dzo lubię tę histo­rię, choć nie potra­fię wyja­śnić dla­czego.

Zde­cy­do­wa­nie trud­niej było wybrać frag­menty powie­ści i w tej kwe­stii pozwo­li­łem, by drogę wska­zała mi moja ulu­biona redak­torka, Jen­ni­fer Brehl. W mojej gło­wie żaden frag­ment powie­ści nie jest samo­dzielny, co ozna­cza, że nie da się wyjąć kawał­ków z kon­tek­stu - tyle że pamię­tam, jak w dzie­ciń­stwie zna­la­złem książkę, która musiała nale­żeć do mojego ojca, noszącą tytuł "Księga dow­cipu i humoru" pod redak­cją Micha­ela Bar­sleya, skła­da­jącą się głów­nie z wyjąt­ków z powie­ści. Na­dal ją mam. Zako­cha­łem się w nie­któ­rych kawał­kach i pozwo­li­łem, by dopro­wa­dziły mnie do ksią­żek, które też poko­cha­łem i które do dziś czy­tam z ogromną przy­jem­no­ścią, takich jak cudowna opo­wieść Stelli Gib­bons o mrocz­nym i strasz­li­wym domu na far­mie w Sus­sex "Cold Com­fort Farm", albo magiczna szek­spi­row­ska kome­dia Carl Brahms i S.J. Simona "No Bed for Bacon". Może zatem ktoś czy­ta­jący tę książkę posta­nowi na pod­sta­wie przed­sta­wio­nych tu stron, że "Ame­ry­kań­scy bogo­wie" bądź "Gwiezdny pył" (by wymie­nić dwie bar­dzo różne powie­ści, które przy­da­rzyły mi się jako auto­rowi) aku­rat odpo­wia­dają jego gustom i warto przyj­rzeć im się bli­żej. Bar­dzo bym tego chciał.

Histo­rie zebrane w tej książce dru­ku­jemy w kolej­no­ści publi­ka­cji, nie według tego, jak bar­dzo podo­bały się ludziom. Na początku są zatem naj­wcze­śniej­sze. Dzięki temu widać, jak pró­bo­wa­łem dowie­dzieć się, kim wła­ści­wie jestem jako pisarz, przy­mie­rza­łem kape­lu­sze i oku­lary innych ludzi i zasta­na­wia­łem się, czy mi pasują, aż w końcu odkry­łem, kim byłem od początku. Zachę­cam, żeby­ście sami w niej pogrze­bali. Zacznij­cie, gdzie tylko zechce­cie, prze­czy­taj­cie to, na co aku­rat macie ochotę.

Uwiel­biam być pisa­rzem.

Uwiel­biam być pisa­rzem, bo kiedy piszę, mogę robić, co zechcę. Nie ma żad­nych reguł. Nie ma nawet żad­nych zabez­pie­czeń. Mogę pisać rze­czy zabawne i smutne, histo­rie wiel­kie i małe. Mogę pisać tek­sty, które was uszczę­śli­wią, albo które zmrożą wam krew w żyłach. Nie wąt­pię, że odniósł­bym więk­szy suk­ces komer­cyjny, gdy­bym co roku pisał po pro­stu książkę wyglą­da­jącą nie­mal jak kopia poprzed­nich, ale nie byłoby to nawet w poło­wie tak zabawne.

Wkrótce skoń­czę sześć­dzie­siąt lat. Zawo­dowo zaj­muję się pisa­niem od dwu­dzie­stego dru­giego roku życia. Mam szczerą nadzieję, że zostało mi jesz­cze dwa­dzie­ścia, może nawet trzy­dzie­ści lat pisa­nia: jest jesz­cze tyle histo­rii, które chciał­bym opo­wie­dzieć! I zaczy­nam odno­sić wra­że­nie, że jeśli będę pisał dalej, może pew­nego dnia znajdę odpo­wiedź dla wszyst­kich, nawet tak­sów­ka­rzy, któ­rzy chcą wie­dzieć, jakim pisa­rzem jestem.

Może nawet sam się dowiem.

Jeśli wędro­wa­li­ście ze mną tą drogą przez te wszyst­kie lata, czy­ta­jąc te histo­rie i powie­ści, gdy się uka­zy­wały, dzię­kuję wam. Naprawdę doce­niam i to, i was samych. Jeśli to nasze pierw­sze spo­tka­nie, mam nadzieję, że znaj­dzie­cie na tych stro­nach coś, co was roz­bawi, roze­rwie, zadziwi albo zmusi do myśle­nia - albo może sprawi, że będzie­cie chcieli czy­tać dalej.

Dzię­kuję, że do mnie przy­szli­ście, moi czy­tel­nicy.

Miłej lek­tury.

Neil Gaiman

Lista zaszczy­tów

Lista zaszczy­tów

W tomie tym zebrano utwory, które zdo­były bądź zostały nomi­no­wane do róż­nych nagród lite­rac­kich. Oto one.

Trol­lowy most (1993) Nomi­na­cja do World Fan­tasy Award

Szkło, śnieg i jabłka (1994) Nagroda Brama Sto­kera Nomi­na­cja do Seiun Award (Japo­nia)

Nig­dzie­bądź (1996) Nomi­na­cja do Mytho­po­eic Fan­tasy Award

Gwiezdny pył (1999) Mytho­po­eic Fan­tasy Award Nagroda Alex ALA (Ame­ry­kań­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Biblio­tek) Nagroda Gef­fena (Izrael) Fina­li­sta, Nagroda Locusa Nomi­na­cja do Deut­sche Phan­ta­stik Preis (Niemcy)

Ame­ry­kań­scy bogo­wie (2001) Nagroda Nebula Nagroda Hugo Nagroda Locusa Nagroda Brama Sto­kera Nagroda Gef­fena (Izrael) Nomi­na­cja do World Fan­tasy Award Nomi­na­cja do Mytho­po­eic Fan­tasy Award Nomi­na­cja do Nagrody Bri­tish Fan­tasy Society/Nagrody Augu­sta Der­le­tha Nomi­na­cja do Nagrody Bri­tish Science Fic­tion Asso­cia­tion Award Nomi­na­cja do Inter­na­tio­nal Hor­ror Guild Award Nomi­na­cja do Grand Prix de l'Ima­gi­na­ire (Fran­cja) Nomi­na­cja do Deut­sche Phan­ta­stik Preis (Niemcy) Nomi­na­cja do Nagrody Ita­lia (Wło­chy)

Paź­dzier­nik w fotelu (2002) Nagroda Locusa Nomi­na­cja do World Fan­tasy Award

Pora zamy­ka­nia (2002) Nagroda Locusa

Stu­dium w szma­rag­dzie (2003) Nagroda Hugo Nagroda Locusa Seiun Award (Japo­nia)

Smak gory­czy (2003) Fina­li­sta, Nagroda Locusa Nomi­na­cja do SLF Foun­tain Award

Pro­blem Zuzanny (2004) Nomi­na­cja do Bri­tish Fan­tasy Award

Zbłą­kane oblu­bie­nice zło­wiesz­czych opraw­ców w bez­i­mien­nym domu nocy potwor­nego pożą­da­nia (2004) Nagroda Locusa

Władca gór­skiej doliny (2004) Fina­li­sta, Nagroda Locusa

Chło­paki Ana­siego (2005) Nagroda Locusa Mytho­po­eic Fan­tasy Award Nagroda Bri­tish Fan­tasy Society/Nagroda Augu­sta Der­le­tha Nagroda Gef­fena (Izrael) Nomi­na­cja do Nagrody Alex ALA (Ame­ry­kań­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Biblio­tek)

Ptak słońca (2005) Nagroda Locusa

Jak roz­ma­wiać z dziew­czy­nami na pry­wat­kach (2006) Nagroda Locusa Nomi­na­cja do Nagrody Hugo

Prawda to jaski­nia w czar­nych górach (2010) Nagroda Locusa Nagroda Shir­ley Jack­son

Pro­blem z Cas­san­drą (2010) Nagroda Locusa

Śmierć i miód (2011) Nagroda Locusa Nomi­na­cja do Nagrody Edgara

Ocean na końcu drogi (2013) Nagroda Locusa Bri­tish Natio­nal Book Award dla książki roku Deut­sche Phan­ta­stik Preis (Niemcy) Nagroda Gef­fena (Izrael) Nomi­na­cja do World Fan­tasy Award Nomi­na­cja do Nagrody Nebula Nomi­na­cja do Mytho­po­eic Fan­tasy Award Nomi­na­cja do Bri­tish Fan­tasy Award

Śpiąca i wrze­ciono (2013) Nagroda Locusa

Czarny pies (2015) Nagroda Locusa

Więk­szość opo­wia­dań zebra­nych w tym tomie pocho­dzi z trzech wcze­śniej opu­bli­ko­wa­nych zbio­rów: Dym i lustra, Rze­czy ulotne i Draż­liwe tematy. Zbiory te także zebrały kilka nagród i nomi­na­cji:

Dym i lustra: Opo­wia­da­nia i złu­dze­nia (1998) Nagroda Gef­fena (Izrael) Fina­li­sta, Nagroda Locusa Nomi­na­cja do Nagrody Brama Sto­kera Nomi­na­cja do Grand Prix de l'Ima­gi­na­ire (Fran­cja)

Rze­czy ulotne: Cuda i zmy­śle­nia (2006) Nagroda Locusa Bri­tish Fan­tasy Award Grand Prix de l'Ima­gi­na­ire (Fran­cja)

Draż­liwe tematy: Krót­kie formy i punkty zapalne (2015) Nagroda Locusa Goodre­ads Cho­ice Award dla naj­lep­szej książki fan­tasy

Zała­twimy ich panu hur­towo (1984)

Zała­twimy ich panu hur­towo

(1984)

Peter Pin­ter ni­gdy nie sły­szał o Ary­sty­pie Cyre­nej­czyku, jed­nym z mniej zna­nych uczniów Sokra­tesa, który twier­dził, że uni­ka­nie kło­po­tów to naj­wyż­sze dobro osią­galne dla czło­wieka, jed­nak prze­żył całe swe spo­kojne życie zgod­nie z tą wła­śnie zasadą, pod­po­rząd­ko­wu­jąc jej wszystko, poza jed­nym (nie­zdol­no­ścią nie­wy­ko­rzy­sta­nia nada­rza­ją­cej się oka­zji - a któż jest wolny od tej przy­wary?). Był bar­dzo skrom­nym czło­wie­kiem, nie posu­wał się do eks­tre­mów. Mówił krótko, z rezerwą, rzadko się prze­ja­dał, pił dość, by nie wyróż­niać się w towa­rzy­stwie, i tylko tyle, z całą pew­no­ścią nie był bogaty i w żad­nym razie nie biedny, lubił ludzi i ludzie lubili jego. Bio­rąc to wszystko pod uwagę, czy ocze­ki­wa­li­by­ście, że zasta­nie­cie go w nawie­dza­nym przez szu­mo­winy pubie w gor­szej czę­ści lon­dyń­skiego East Endu, szy­ku­ją­cego się do zawar­cia tak zwa­nego "kon­traktu" na kogoś, kogo led­wie znał? Z pew­no­ścią nie. W ogóle nie spo­dzie­wa­li­by­ście się ujrzeć go w tym miej­scu.

I do pew­nego piąt­ko­wego popo­łu­dnia mie­li­by­ście rację, jed­nak miłość robi różne rze­czy z męż­czy­znami, nawet tak bez­barw­nymi jak Peter Pin­ter. A odkry­cie, że panna Gwen­do­lyn Thorpe, dwa­dzie­ścia trzy lata, zamiesz­kała w Pur­ley przy Oak­tree Ter­race 9, zadaje się (jak mawiają ludzie przy­ziemni) z gład­kim mło­dzień­cem z działu księ­go­wo­ści - i to po tym, gdy zgo­dziła się przy­wdziać zarę­czy­nowy pier­ścio­nek wysa­dzany praw­dzi­wymi odłam­kami rubinu, zro­biony z dzie­wię­cio­ka­ra­to­wego złota z czymś, co mogło być nawet bry­lan­tem pośrodku (Ł 37.50), któ­rego wybór zabrał Pete­rowi nie­mal całą prze­rwę na lunch - potrafi zro­bić z męż­czy­zną naprawdę bar­dzo dziwne rze­czy.

Gdy Peter doko­nał tego wstrzą­sa­ją­cego odkry­cia, przez całą noc prze­wra­cał się w łóżku, nie mogąc zasnąć, drę­czony wizjami Gwen­do­lyn i Archiego Gib­bonsa (don­żu­ana działu księ­go­wo­ści domu towa­ro­wego Cla­ma­ges), tań­czą­cymi mu przed oczami. W jego wyobraźni oboje doko­ny­wali aktów, które, jak musiałby przy­znać, gdyby ktoś przy­ci­snął go do muru, praw­do­po­dob­nie w rze­czy­wi­sto­ści nie byłyby wyko­nalne. Jed­nakże żółć zazdro­ści wez­brała mu w gar­dle i ran­kiem Peter posta­no­wił, że jego rywal powi­nien znik­nąć z powierzchni ziemi.

Cały sobotni ranek zasta­na­wiał się, jak nawią­zać kon­takt z zabójcą. Z tego, co Peter wie­dział, w Cla­ma­ges (skle­pie zatrud­nia­ją­cym całą trójkę złą­czoną w odwiecz­nym trój­ką­cie; skąd­inąd pier­ścio­nek także kupił w tym wła­śnie skle­pie) nie pra­co­wał ani jeden zabójca, a Peter nie miał ochoty pytać kogo­kol­wiek wprost, bo bałby się zwró­cić na sie­bie uwagę.

I tak w sobot­nie popo­łu­dnie zaczął prze­trzą­sać książkę tele­fo­niczną.

Wkrótce odkrył, że zabój­ców nie ma pomię­dzy zaba­wek pro­duk­cją i zabyt­ków reno­wa­cją, a mor­der­ców nie znaj­dzie pomię­dzy mode­lek agen­cjami a moto­cy­klami (sprze­daż, naprawa). Eks­ter­mi­na­cja wyglą­dała cał­kiem obie­cu­jąco, jed­nak po bliż­szym przyj­rze­niu się rekla­mom stwier­dził, że doty­czą one nie­mal wyłącz­nie szczu­rów, myszy, pcheł, kara­lu­chów, kró­li­ków, kre­tów i szczu­rów (by zacy­to­wać jedną z nich; Peter uznał, że szczury trak­tuje się w niej nieco zbyt surowo), nie zaś tego, o co mu cho­dziło. Jed­nakże pedan­tyczny z natury sta­ran­nie przej­rzał wszyst­kie ogło­sze­nia w tej kate­go­rii i na dole dru­giej strony, napi­sane małym dru­kiem, dostrzegł coś, co wyglą­dało obie­cu­jąco.

Cał­ko­wi­cie dys­kretne usu­wa­nie draż­nią­cych, nie­chcia­nych ssa­ków itp., brzmiało ogło­sze­nie. Ketch, Hare, Burke i Ketch. Stara Firma. Nie było adresu, jedy­nie numer tele­fonu.

Peter wystu­kał numer, zaska­ku­jąc samego sie­bie. Serce tłu­kło mu się w piersi, sta­rał się zacho­wy­wać non­sza­lancko. Tele­fon zadzwo­nił raz, drugi, trzeci. Peter zaczy­nał już mieć nadzieję, że nikt nie odpo­wie i będzie mógł zapo­mnieć o całej spra­wie, gdy roz­legł się szczęk i ener­giczny kobiecy głos powie­dział:

- Ketch, Hare, Burke, Ketch. Czym mogę słu­żyć?

Uwa­ża­jąc, by nie podać wła­snego nazwi­ska, Peter spy­tał:

- Jak duże, to zna­czy jakiej wiel­ko­ści ssaki pod­pa­dają pod waszą ofertę? Wie pani, cho­dzi o pozby­cie się.

- To zależy wyłącz­nie od roz­miaru, który pana inte­re­suje.

Zebrał się na odwagę.

- Jak... czło­wieka?

Jej głos nie zmie­nił się nawet odro­binę.

- Oczy­wi­ście, pro­szę pana. Ma pan pod ręką pióro i kartkę papieru? Dosko­nale. Pro­szę dziś o ósmej zja­wić się w pubie Pod Brud­nym Osłem przy Lit­tle Court­ney Street, E 3. Niech pan przy­nie­sie zwi­nięty egzem­plarz Finan­cial Timesa - to różowa gazeta, pro­szę pana. Nasz przed­sta­wi­ciel skon­tak­tuje się z panem. - To rze­kł­szy, odło­żyła słu­chawkę.

Peter był wnie­bo­wzięty. Cała sprawa oka­zała się znacz­nie łatwiej­sza, niż sobie wyobra­żał. Poszedł do kio­sku i kupił egzem­plarz Finan­cial Timesa. Następ­nie zna­lazł w książ­ko­wym pla­nie mia­sta Lit­tle Court­ney Street. Przez resztę popo­łu­dnia oglą­dał w tele­wi­zji foot­ball i wyobra­żał sobie pogrzeb gład­kiego mło­dzieńca z księ­go­wo­ści.

***

Odna­le­zie­nie pubu zabrało mu nieco czasu. W końcu dostrzegł szyld, na któ­rym wyma­lo­wano osła i który był rze­czy­wi­ście brudny.

Pod Brud­nym Osłem oka­zał się nie­wiel­kim, obskur­nym, kiep­sko oświe­tlo­nym loka­lem. W środku roiło się od nie­ogo­lo­nych ludzi w zaku­rzo­nych mary­nar­kach, któ­rzy przy­glą­dali się sobie nawza­jem, chru­piąc chipsy i pijąc guin­nessa (Peter ni­gdy za nim nie prze­pa­dał). Peter trzy­mał pod pachą swego Finan­cial Timesa, sta­ra­jąc się czy­nić to jak naj­bar­dziej demon­stra­cyj­nie. Nikt do niego nie pod­szedł, toteż kupił sobie pół kufla piwa z lemo­niadą i wyco­fał się do sto­lika w rogu. Nie­zdolny myśleć o czym­kol­wiek spró­bo­wał poczy­tać gazetę, wkrótce jed­nak zgu­bił się w labi­ryn­cie pro­gno­zo­wa­nych cen zboża i firmy gumo­wej sprze­da­ją­cej coś krót­kiego (nie potra­fił powie­dzieć, o co krót­kiego cho­dziło), zre­zy­gno­wał zatem, wpa­tru­jąc się w drzwi.

Cze­kał tak nie­mal dzie­sięć minut. Wresz­cie do środka wpadł drobny, ener­giczny męż­czy­zna, rozej­rzał się szybko, pod­szedł wprost do sto­lika Petera i usiadł.

Wycią­gnął rękę.

- Kem­ble, Bur­ton Kem­ble z firmy Ketch, Hare, Burke, Ketch. Sły­sza­łem, że ma pan dla nas pracę.

Nie wyglą­dał jak zabójca. Peter powie­dział to gło­śno.

- O mój Boże, nie! Nie należę do pionu robo­czego. Zaj­muję się sprze­dażą.

Peter przy­tak­nął. To miało sens.

- Czy my... no... możemy swo­bod­nie roz­ma­wiać?

- Oczy­wi­ście. Nikogo to nie inte­re­suje. Ilu ludzi chciałby się pan pozbyć?

- Tylko jed­nego. Nazywa się Archi­bald Gib­bons. Pra­cuje w dziale księ­go­wym domu towa­ro­wego Cla­ma­ges, jego adres to...

- Do tego przej­dziemy póź­niej - prze­rwał mu Kem­ble - jeśli nie ma pan nic prze­ciwko temu. Na razie omówmy kwe­stie finan­sowe. Po pierw­sze, kon­trakt będzie pana kosz­to­wał pięć­set fun­tów...

Peter przy­tak­nął. Mógł sobie na to pozwo­lić. Prawdę mówiąc, ocze­ki­wał nieco więk­szej sumy.

- ...choć ist­nieje też oferta spe­cjalna - dokoń­czył gładko Kem­ble.

Oczy Petera roz­bły­sły. Jak już wcze­śniej wspo­mnia­łem, uwiel­biał wszel­kie oka­zje i czę­sto na wyprze­da­żach bądź prze­ce­nach kupo­wał rze­czy, któ­rych w ogóle nie potrze­bo­wał. Poza tą jedną wadą (jakże powszechną) był bar­dzo skrom­nym mło­dzień­cem.

- Oferta spe­cjalna?

- Dwóch za cenę jed­nego, pro­szę pana.

Peter zasta­no­wił się. To ozna­czało zale­d­wie dwie­ście pięć­dzie­siąt fun­tów za osobę. Nie­źle, jak­kol­wiek by na to patrzeć. Ist­niał tylko jeden haczyk.

- Oba­wiam się, że nie mam nikogo innego, kogo chciał­bym się pozbyć.

Kem­ble spra­wiał wra­że­nie zawie­dzio­nego.

- Szkoda, pro­szę pana. Przy dwóch oso­bach mogli­by­śmy zbić cenę nawet do... powiedzmy czte­ry­stu pięć­dzie­się­ciu fun­tów.

- Naprawdę?

- Dzięki temu nasi agenci mają co robić. Musi pan wie­dzieć - tu zni­żył głos - że w naszej branży nie ma zbyt wiele pracy. Nie to, co w daw­nych cza­sach. Czy naprawdę nie ma nikogo innego, kogo śmierci pan sobie życzy?

Peter zasta­no­wił się głę­boko. Nie zno­sił prze­ga­piać oka­zji, ale zupeł­nie nie mógł wymy­ślić nikogo innego. Lubił ludzi. Mimo wszystko oka­zja to oka­zja...

- Pro­szę posłu­chać - rzekł - czy mógł­bym się nad tym zasta­no­wić i spo­tkać z panem tutaj jutro, o tej samej porze?

Sprze­dawca uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem.

- Oczy­wi­ście, pro­szę pana. Jestem pewien, że coś pan wymy­śli.

Odpo­wiedź - jakże oczy­wi­sta - przy­szła Pete­rowi do głowy w chwili, gdy tej nocy odpły­wał w sen. Gwał­tow­nie usiadł na łóżku, zapa­lił lampkę nocną i na sta­rej koper­cie zapi­sał nazwi­sko na wypa­dek, gdyby go zapo­mniał. Prawdę mówiąc, wąt­pił, by kie­dy­kol­wiek zdo­łał je zapo­mnieć, było bowiem bole­śnie oczy­wi­ste, ale z noc­nymi myślami ni­gdy nic nie wia­domo.

Nazwi­sko zapi­sane na sta­rej koper­cie brzmiało:

Gwen­do­lyn Thorpe.

Peter zga­sił świa­tło, prze­krę­cił się na drugi bok i wkrótce zasnął, śniąc spo­kojne, by­naj­mniej nie mor­der­cze sny.

***

Gdy w nie­dzielny wie­czór Peter zja­wił się Pod Brud­nym Osłem, Kem­ble już na niego cze­kał. Peter kupił sobie drinka i usiadł obok tam­tego.

- Chcę wyko­rzy­stać ofertę spe­cjalną - oznaj­mił na powi­ta­nie.

Kem­ble skwa­pli­wie ski­nął głową.

- Bar­dzo mądra decy­zja, jeśli chce pan znać moje zda­nie.

Peter Pin­ter uśmiech­nął się skrom­nie niczym czło­wiek, który czy­tuje Finan­cial Timesa i podej­muje mądre decy­zje biz­ne­sowe.

- To będzie czte­ry­sta pięć­dzie­siąt fun­tów, zga­dza się?

- Powie­dzia­łem czte­ry­sta pięć­dzie­siąt fun­tów? Dobry Boże! Bar­dzo prze­pra­szam, strasz­nie pana prze­pra­szam. Myśla­łem o tary­fie gru­po­wej. Za dwie osoby to będzie czte­ry­sta sie­dem­dzie­siąt pięć fun­tów.

Na nud­nej mło­dzień­czej twa­rzy Petera poczu­cie zawodu wal­czyło o lep­sze z chci­wo­ścią. To ozna­czało dodat­kowe dwa­dzie­ścia pięć fun­tów. Jed­nak coś, co powie­dział Kem­ble, przy­cią­gnęło jego uwagę.

- Taryfa gru­powa?

- Oczy­wi­ście, ale wąt­pię, czy to pana zain­te­re­suje.

- Ależ nie, inte­re­suje. Pro­szę mi o niej opo­wie­dzieć.

- Dosko­nale. Taryfa gru­powa, czte­ry­sta pięć­dzie­siąt fun­tów, doty­czy dużego zle­ce­nia. Dzie­się­ciu osób.

Peter zasta­na­wiał się, czy dobrze usły­szał.

- Dzie­sięć osób? Ależ to zale­d­wie czter­dzie­ści pięć fun­tów za jedną.

- Ow­szem, pro­szę pana. To wiel­kość zamó­wie­nia spra­wia, że jest zyskowna.

- Rozu­miem - rzekł Peter. Odchrząk­nął. - Czy zechce pan przyjść tu jutro o tej samej porze?

- Oczy­wi­ście, pro­szę pana.

Po powro­cie do domu Peter wziął do ręki kartkę i dłu­go­pis. Z jed­nej strony zapi­sał w kolum­nie liczby od jed­nego do dzie­się­ciu, a potem zaczął wypeł­niać miej­sca obok nich.

1... Archie G.

2... Gwen­nie.

3...

I tak dalej.

Zapeł­niw­szy dwa pierw­sze miej­sca, siadł bez ruchu. Ssał dłu­go­pis i poszu­ki­wał w pamięci wyrzą­dzo­nych sobie krzywd i ludzi, bez któ­rych świat oka­załby się lep­szy.

Zapa­lił papie­rosa. Zaczął krą­żyć po pokoju.

Aha! W szkole miał nauczy­ciela fizyki, który z roz­ko­szą uprzy­krzał mu życie. Jak on się nazy­wał? I czy w ogóle jesz­cze żyje? Peter nie był pewien, zapi­sał jed­nak "nauczy­ciel fizyki, liceum przy Abbot Street" obok cyfry trzy. Następny kan­dy­dat oka­zał się łatwiej­szy - szef działu kilka mie­sięcy wcze­śniej odmó­wił mu pod­wyżki. Fakt, że w końcu ją dostał, nie miał zna­cze­nia. Pan Hun­ter­son stał się nume­rem cztery.

Kiedy Peter miał pięć lat, chło­pak nazwi­skiem Simon Ellis wylał mu na głowę farbę, pod­czas gdy inny chło­pak, James Jakoś­tam, go przy­trzy­my­wał, a dziew­czyna, Sha­ron Hart­sharpe, śmiała się gło­śno. Zostali nume­rami pięć do sied­miu.

Kto jesz­cze?

W tele­wi­zji był facet czy­tu­jący dzien­niki z iry­tu­ją­cym uśmiesz­kiem. Tra­fił na listę. A co z kobietą z miesz­ka­nia obok, hodu­jącą małego jazgo­tli­wego pie­ska, który srał w holu? Umie­ścił ją wraz z psem pod nume­rem dzie­więć. Dzie­siątka oka­zała się naj­trud­niej­sza. Peter dra­pał się po gło­wie. Poszedł do kuchni napić się kawy, nagle jed­nak śmi­gnął z powro­tem i napi­sał na wol­nym miej­scu "mój cio­teczny dzia­dek Mervyn". Stary był podobno dość majętny i ist­niała moż­li­wość (choć raczej nie­wielka), że zostawi mu tro­chę gro­sza.

Zado­wo­lony z dobrze wyko­na­nej pracy poło­żył się do łóżka.

Ponie­dzia­łek w Cla­ma­ges prze­bie­gał jak zawsze. Peter był star­szym asy­sten­tem sprze­daży w dziale książ­ko­wym. Praca ta nie wyma­gała zbyt wiele. W pra­wej dłoni, ukry­tej głę­boko w kie­szeni, ści­skał mocno listę, napa­wa­jąc się poczu­ciem wła­dzy, jakie się z nią wią­zało. Prze­rwę na lunch spę­dził miło w sto­łówce w towa­rzy­stwie mło­dej Gwen­do­lyn (która nie miała poję­cia, że widział, jak razem z Archiem wcho­dziła do maga­zynu). Uśmiech­nął się nawet do gład­kiego mło­dzieńca z księ­go­wo­ści, mija­jąc go w kory­ta­rzu.

Tego wie­czoru z dumą zapre­zen­to­wał Kem­ble'owi swą listę.

Drobny męż­czy­zna zmar­twił się wyraź­nie.

- Oba­wiam się, że to nie dzie­sięć osób, panie Pin­ter - wyja­śnił. - Poli­czył pan kobietę zza ściany i jej psa jako jedną osobę. To ozna­cza jede­na­ście, czyli jedną dodat­kową. - Bły­ska­wicz­nie wydo­był kie­szon­kowy kal­ku­la­tor. - Dodat­kowe sie­dem­dzie­siąt fun­tów. Może odpu­ścimy sobie psa?

Peter potrzą­snął głową.

- Pies jest rów­nie okropny jak kobieta. Albo jesz­cze gor­szy.

- Zatem mamy drobny pro­blem. Chyba że...

- Co takiego?

- Chyba że wyko­rzy­sta pan ofertę hur­tową. Ale oczy­wi­ście nie byłby pan...

Ist­nieją słowa, które dzia­łają na ludzi, słowa spra­wia­jące, że ludz­kie twa­rze roz­świe­tla nagła radość, pod­nie­ce­nie, namięt­ność. Przy­kła­dem może być "śro­do­wi­skowy" albo "okul­ty­styczny". W przy­padku Petera było to słowo "hur­towy". Wygod­niej roz­siadł się na swym krze­śle.

- Pro­szę mi o tym opo­wie­dzieć - rzekł z wyćwi­czoną pew­no­ścią sie­bie doświad­czo­nego miło­śnika zaku­pów.

- No cóż, pro­szę pana - rzekł Kem­ble z lek­kim uśmiesz­kiem. - Możemy, umm, zała­twić ich panu hur­towo, sie­dem­na­ście pięć­dzie­siąt sztuka za każdy cel powy­żej pięć­dzie­się­ciu albo dzie­sięć fun­tów sztuka powy­żej dwu­stu osób.

- Podej­rze­wam, że gdy­bym chciał się pozbyć tysiąca ludzi, to zszedłby pan do pię­ciu?

- Ależ nie, pro­szę pana. - Kem­ble spra­wiał wra­że­nie wstrzą­śnię­tego. - Jeśli mówimy o tym rzę­dzie wiel­ko­ści, możemy to zro­bić za funta od sztuki.

- Jed­nego funta???

- Zga­dza się, pro­szę pana. Nie przy­nosi to zbyt wiel­kiego zysku, ale zado­wa­lają nas wysoki obrót i pro­duk­tyw­ność.

Kem­ble wstał.

- Jutro o tej samej porze?

Peter przy­tak­nął.

Tysiąc fun­tów. Tysiąc ludzi. Peter Pin­ter nawet nie znał tysiąca ludzi. Ale mimo wszystko... był prze­cież Par­la­ment. Nie lubił poli­ty­ków; cały czas gadali i kłó­cili się bez końca.

A skoro już o tym mowa...

Nowy pomysł, i to wstrzą­sa­jący w swej śmia­ło­ści. Odważny. Nie­zwy­kły. Utkwił mu w gło­wie i nie chciał znik­nąć. Jego daleka kuzynka poślu­biła młod­szego brata hra­biego, barona czy kogoś w tym stylu.

Tego popo­łu­dnia, wra­ca­jąc z pracy, Peter odwie­dził mały skle­pik, który mijał wcze­śniej tysiące razy. W oknie wisiał wielki szyld - gwa­ran­tu­jemy, że spraw­dzimy dokład­nie każde drzewo gene­alo­giczne, a nawet przy­go­tu­jemy herb, jeśli przy­pad­kiem zagi­nął - i impo­nu­jący wykres heral­dyczny.

Pra­cow­nicy zakładu oka­zali się bar­dzo sko­rzy do pomocy. Tuż po siód­mej zadzwo­nili i prze­ka­zali mu wia­do­mość.

Gdyby zgi­nęło około czter­na­stu milio­nów sie­dem­dzie­się­ciu dwóch tysięcy ośmiu­set jede­na­stu ludzi, Peter Pin­ter zostałby kró­lem Anglii.

Oczy­wi­ście nie miał czter­na­stu milio­nów sie­dem­dzie­się­ciu dwóch tysięcy ośmiu­set jede­na­stu fun­tów, podej­rze­wał jed­nak, że przy takim rzę­dzie wiel­ko­ści pan Kem­ble zapro­po­nuje mu jedną ze zni­żek spe­cjal­nych.

I rze­czy­wi­ście.

Kem­ble nawet nie uniósł brwi.

- Prawdę mówiąc - wyja­śnił - wszystko to odbywa się dość tanio. Nie będziemy musieli zała­twiać ich indy­wi­du­al­nie. Mała gło­wica jądrowa, ści­śle zapla­no­wane bom­bar­do­wa­nie, uży­cie gazu, broni bio­lo­gicz­nej, wrzu­ca­nie odbior­ni­ków radio­wych do base­nów, a potem dokoń­cze­nie reszty. Powiedzmy cztery tysiące fun­tów.

- Cztery ty...? To nie­wia­ry­godne!

Sprze­dawca spra­wiał wra­że­nie ogrom­nie zado­wo­lo­nego z sie­bie.

- Nasi agenci chęt­nie przyjmą to zle­ce­nie, pro­szę pana. - Uśmiech­nął się sze­roko. - Szczy­cimy się naszą pierw­szo­rzędną obsługą klien­tów hur­to­wych.

Gdy Peter wycho­dził z pubu, powiał zimny wiatr, koły­sząc sta­rym szyl­dem. Przed­sta­wione na nim zwie­rzę nie przy­po­mina brud­nego osła, pomy­ślał Peter. Prę­dzej bla­dego konia.

Tej nocy Peter już zasy­piał, w myślach powta­rza­jąc mowę koro­na­cyjną, gdy nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł, wpadł i nie chciał odejść. Czyżby - czyżby wciąż ist­niała jesz­cze więk­sza oka­zja? Czy to moż­liwe, by nie dostrzegł nada­rza­ją­cej się spo­sob­no­ści?

Wygra­mo­lił się z łóżka i pod­szedł do tele­fonu. Docho­dziła trze­cia rano, ale jed­nak...

Książka tele­fo­niczna leżała otwarta w miej­scu, gdzie zosta­wił ją zeszłej soboty. Wybrał numer.

Wyda­wało się, że tele­fon dzwoni wiecz­nie. W końcu roz­legł się szczęk i znu­dzony głos powie­dział:

- Burke, Hare, Ketch, czym mogę słu­żyć?

- Mam nadzieję, że nie dzwo­nię zbyt późno... - zaczął.

- Oczy­wi­ście, że nie, pro­szę pana.

- Zasta­na­wiam się, czy mógł­bym roz­ma­wiać z panem Kem­ble.

- Zaczeka pan? Zoba­czę, czy jest uchwytny.

Peter odcze­kał kilka minut, słu­cha­jąc upior­nych trza­sków i szep­tów nie­odmien­nie towa­rzy­szą­cych ciszy w tele­fo­nie.

- Jest pan tam?

- Tak, jestem.

- Prze­łą­czam.

Roz­legł się brzęk, a potem:

- Mówi Kem­ble.

- Panie Kem­ble, dobry wie­czór. Prze­pra­szam, jeśli wyrwa­łem pana z łóżka. Mówi Peter Pin­ter.

- Tak, panie Pin­ter?

- Prze­pra­szam, że dzwo­nię tak późno, ale zasta­na­wia­łem się... ile kosz­to­wa­łoby zabi­cie wszyst­kich? Wszyst­kich na świe­cie?

- Wszyst­kich? Wszyst­kich ludzi?

- Tak. Ile? To zna­czy... przy podob­nym zamó­wie­niu musiałby pan zasto­so­wać zna­czący upust. Ile by to wynio­sło? Za wszyst­kich?

- Abso­lut­nie nic, panie Pin­ter.

- To zna­czy, że tego nie zro­bi­cie?

- To zna­czy, że zro­bimy to za darmo, panie Pin­ter. Wystar­czy nas tylko popro­sić. Zawsze trzeba nas popro­sić.

Peter nie do końca rozu­miał.

- Ale... kiedy zacznie­cie?

- Zaczniemy natych­miast, w tej chwili. Od dawna byli­śmy gotowi, ale trzeba nas było popro­sić, panie Pin­ter. Dobra­noc. Miło się z panem współ­pra­co­wało.

W tele­fo­nie zapa­dła cisza.

Peter czuł się dziw­nie. Wszystko wyda­wało się bar­dzo odle­głe. Zapra­gnął usiąść. O co, u licha, cho­dziło tam­temu face­towi? "Zawsze trzeba nas popro­sić". Dziwne. Na tym świe­cie nikt niczego nie robi za darmo. Miał wielką ochotę zadzwo­nić do Kem­ble'a i wszystko odwo­łać. Może zare­ago­wał zbyt prze­sad­nie? Może ist­niał zupeł­nie nie­winny powód, dla któ­rego Archie i Gwen­do­lyn wybrali się razem do maga­zynu? Poroz­ma­wia z nią, oto co zrobi. Jutro z samego rana poroz­ma­wia z Gwen­nie.

I wtedy zaczął się hałas.

Dziwne krzyki z dru­giej strony ulicy. Koci poje­dy­nek? Raczej lisy. Miał nadzieję, że ktoś rzuci w nie butem. A potem w kory­ta­rzu przed drzwiami miesz­ka­nia usły­szał stłu­miony stuk i sze­lest, jakby ktoś cią­gnął po pod­ło­dze coś bar­dzo cięż­kiego. Dźwięk ucichł. Ktoś zastu­kał do jego drzwi, dwu­krot­nie, bar­dzo cicho.

Za oknem krzyki sta­wały się coraz gło­śniej­sze. Peter sie­dział w fotelu, wie­dząc, że gdzieś coś jed­nak prze­oczył, coś waż­nego. Stu­ka­nie roz­le­gło się ponow­nie. Rad był, że nocą zawsze zamyka drzwi na klucz i łań­cuch.

Od bar­dzo dawna byli gotowi, ale naj­pierw ktoś musiał ich popro­sić...

***

Kiedy istota prze­szła przez drzwi, Peter zaczął krzy­czeć, ale nie krzy­czał długo.

Ja, Cthulhu (1986)

Ja, Cthulhu

(1986)

I

Cthulhu, tak mnie nazy­wają. Wielki Cthulhu.

Nikt nie potrafi wymó­wić tego, jak należy.

Piszesz to? Każde słowo? To dobrze. Od czego by zacząć?

No dobrze, dobrze. Od początku. Pisz, Wha­te­ley.

Wyklu­łem się nie­zli­czone eony temu w mrocz­nych mgłach Khhaa'yngna­iih (nie, oczy­wi­ście, że nie wiem, jak to się pisze, zapisz ze słu­chu), spło­dzony przez bez­i­mien­nych, obmier­z­łych rodzi­ców pod cię­żar­nym księ­ży­cem. Rzecz jasna, nie przy­po­mi­nał księ­życa tej pla­nety - to był praw­dziwy księ­życ. Bywały noce, gdy prze­sła­niał ponad pół nieba, a kiedy wscho­dził, widzia­łeś szkar­łatną krew ska­pu­jącą i spły­wa­jącą po jego roz­dę­tej twa­rzy, pla­miącą ją czer­wie­nią, aż w końcu w zeni­cie zale­wał mokra­dła i wieże szkar­łat­nym, mar­twym, krwi­stym świa­tłem.

To były piękne dni.

Czy raczej, ogól­nie rzecz bio­rąc, noce. Nasza pla­neta miała słońce, ale nawet w tam­tych cza­sach było bar­dzo stare. Pamię­tam, że gdy w końcu eks­plo­do­wało, wszy­scy wypeł­zli­śmy na plażę, by popa­trzeć. Ale nie uprze­dzajmy wypad­ków.

Nie zna­łem moich rodzi­ców.

Ojciec został pożarty przez matkę, gdy tylko ją zapłod­nił. Ona z kolei zapew­niła mi pokarm, kiedy się uro­dzi­łem. Tak się składa, że to moje pierw­sze wspo­mnie­nie. Wijąc się, wypeł­zam z matki, wciąż czu­jąc wśród swo­ich macek jej ostry, mię­si­sty smak.

Nie uda­waj wstrzą­śnię­tego, Wha­te­ley; wy, ludzie, jeste­ście dla mnie rów­nie obrzy­dliwi.

Co mi przy­po­mina - czy ktoś pamię­tał, żeby nakar­mić shog­go­tha? Zda­wało mi się, że sły­szę, jak beł­ko­cze.

Moje pierw­sze kilka tysięcy lat spę­dzi­łem na tych mokra­dłach. Przy­znaję, nie­zbyt mi to odpo­wia­dało, byłem bowiem koloru mło­dego pstrąga i mia­łem naj­wy­żej cztery wasze stopy dłu­go­ści. Przez więk­szość czasu pod­kra­da­łem się do róż­nych stwo­rzeń i je zja­da­łem, i ze swej strony uni­ka­łem innych, które pod­kra­dały się, chcąc zjeść mnie.

Tak upły­nęła mi mło­dość.

A potem pew­nego dnia - mam wra­że­nie, że to był wto­rek - odkry­łem, że życie to nie tylko jedze­nie. (Seks? Oczy­wi­ście, że nie. Nie osią­gnę tego etapu aż do mojej następ­nej esty­wa­cji; do tego czasu wasza mizerna pla­netka już dawno zdąży osty­gnąć). W tam­ten wto­rek mój wuj Hastur przy­pełzł do mojej czę­ści bagna z zaklesz­czo­nymi szczę­kami.

To ozna­czało, że nie zamie­rza poży­wiać się pod­czas tej wizyty i że możemy poroz­ma­wiać.

Naprawdę, to nie­zwy­kle głu­pie pyta­nie, nawet jak na cie­bie, Wha­te­ley. Prze­cież do komu­ni­ka­cji z tobą nie uży­wam żad­nej z moich dwóch gąb. No wła­śnie. Jesz­cze jedno takie pyta­nie i poszu­kam sobie kogoś innego, kto wysłu­cha moich wspo­mnień, a ty będziesz kar­mić shog­go­tha.

- Wyby­wamy stąd - oznaj­mił Hastur. - Chciał­byś nam towa­rzy­szyć?

- Wyby­wamy? - powtó­rzy­łem. - My? Czyli kto?

- No, ja - rzekł. - Aza­thoth, Yog-Sothoth, Nyar­la­tho­tep, Tsa­thog­ghua, Ia! Shub Nig­gu­rath, młody Yug­goth i paru innych. No wiesz - dodał - chło­paki. - (Rozu­miesz chyba, Wha­te­ley, że to dość swo­bodny prze­kład. Więk­szość z nich była a-, bi- bądź tri­sek­su­alna, a stara Ia! Shug Nig­gu­rath miała co naj­mniej tysiąc mło­dych, tak przynaj­mniej mówią. Ta gałąź rodziny zawsze lubiła prze­sa­dzać). - Wyby­wamy stąd - dokoń­czył - i zasta­na­wia­li­śmy się, czy masz ochotę się zaba­wić.

Nie od razu odpo­wie­dzia­łem. Prawdę mówiąc, nie­zbyt prze­pa­da­łem za swymi kuzy­nami, w dodatku z powodu pew­nego wyjąt­kowo oso­bli­wego i kosz­mar­nego odkształ­ce­nia płasz­czyzn zawsze mia­łem poważny pro­blem z wyraź­nym ich widze­niem. Zwy­kle roz­ma­zują się na kra­wę­dziach, a nie­któ­rzy z nich - przy­kła­dem choćby Saba­oth - mają doprawdy mnó­stwo kra­wę­dzi.

Byłem jed­nak młody, łak­ną­łem pod­niety. Musi być coś wię­cej w życiu, krzy­cza­łem czę­sto, gdy roz­kosz­nie odra­ża­jące rzeźne mia­zmaty bagni­ska gęst­niały wokół mnie, a nad moją głową zawo­dziły i skrar­kały ngau'ngau i zita­dory. Jak się pew­nie domy­śli­łeś, powie­dzia­łem "tak" i zaczą­łem prze­le­wać się w ślad za Hastu­rem na miej­sce spo­tka­nia.

Z tego, co pamię­tam, następny mie­siąc dys­ku­to­wa­li­śmy nad tym, dokąd się udamy. Aza­thoth całymi ser­cami pra­gnął odwie­dzić odle­głą Shag­gai, a Nyar­la­tho­tep miał sła­bość do Nie­na­zwa­nego Miej­sca (zupeł­nie nie poj­muję dla­czego; kiedy ostatni raz tam wpa­dłem, wszystko było poza­my­kane). Mnie było wszystko jedno, Wha­te­ley. Daj­cie mi dowolne mokre i sub­tel­nie oso­bliwe miej­sce, a poczuję się jak w domu. Jed­nakże ostat­nie słowo, jak zawsze, nale­żało do Yog-Sotho­tha i przy­by­li­śmy na tę płasz­czy­znę.

Spo­tka­łeś już Yog-Sotho­tha, prawda, mój mały dwu­nogi potworku?

Tak też sądzi­łem.

To on otwo­rzył przed nami drogę i przy­by­li­śmy tutaj.

Szcze­rze mówiąc, nie­spe­cjal­nie mi się tu spodo­bało. Wciąż mi się nie podoba. Gdy­bym wie­dział, w jakie kło­poty się wpa­ku­jemy, wąt­pię, czy­bym się zde­cy­do­wał. Ale wów­czas byłem młod­szy.

Pamię­tam, że naj­pierw odwie­dzi­li­śmy mroczną Car­cosę. Potwor­nie mnie wystra­szyła. Dziś potra­fię już patrzeć na was bez mru­gnię­cia okiem, ale wtedy ci wszy­scy ludzie, pozba­wieni choćby jed­nej łuski czy niby­nóżki, wstrzą­snęli mym jeste­stwem.

Pierw­szą osobą, z jaką się doga­da­łem, był Żółty Król.

Król w łach­ma­nach. Nie sły­sza­łeś o nim? W Necro­no­mi­co­nie na stro­nie 704 (peł­nego wyda­nia) znaj­dziesz alu­zję do jego ist­nie­nia. Mam też wra­że­nie, że ten idiota Prinn wspo­mina o nim w De Ver­mis Myste­riis. No i oczy­wi­ście jest jesz­cze Cham­bers.

Uro­czy gość, kiedy już się do niego przy­wyk­nie.

To on pierw­szy pod­su­nął mi ten pomysł.

- Na nie­wy­po­wie­dziane pie­kielne głę­bie, co wła­ści­wie można robić w tym upior­nym wymia­rze? - spy­ta­łem go.

Roze­śmiał się.

- Gdy pierw­szy raz tu przy­by­łem, jako skromny kolor z prze­stwo­rzy, zada­łem sobie to samo pyta­nie. A potem odkry­łem frajdę, jaką spra­wia pod­bi­ja­nie tych dzi­wacz­nych świa­tów, pod­po­rząd­ko­wy­wa­nie sobie ich miesz­kań­ców, zmu­sza­nie, by lękali się cie­bie i czcili. To świetna zabawa. Oczy­wi­ście Star­szym Isto­tom się to nie spodo­bało.

- Star­szym isto­tom? - spy­ta­łem.

- Nie - popra­wił. - Star­szym Isto­tom. Z wiel­kiej litery. Zabawni goście; wyglą­dają jak wiel­kie beczki zwień­czone roz­gwiaz­dami, z bło­nia­stymi skrzy­dłami, na któ­rych latają w prze­strzeni.

- Latają w prze­strzeni? Latają?

Byłem wstrzą­śnięty. Nie sądzi­łem, że w dzi­siej­szych cza­sach ktoś jesz­cze lata. Po co, skoro można slug­glo­wać? Zro­zu­mia­łem, czemu nazy­wają je star­szymi isto­tami. Prze­pra­szam, Star­szymi.

- Co wła­ści­wie robią te Star­sze Istoty? - spy­ta­łem Króla.

(Póź­niej opo­wiem ci dokład­niej o slug­glo­wa­niu, Wha­te­ley. Choć w sumie nie ma po co, brak ci wna­isngh'anga. No, może sprzęt do bad­min­tona mógłby go zastą­pić). (Gdzie to ja byłem? A, tak).

- Co wła­ści­wie robią te Star­sze Istoty? - spy­ta­łem Króla.

- Nie­wiele - wyja­śnił. - I nie lubią, by kto­kol­wiek inny cokol­wiek robił.

Roz­wi­ną­łem się, krę­cąc mac­kami, jak­bym chciał powie­dzieć "Spo­ty­ka­łem już takich", lękam się jed­nak, że Król mnie nie zro­zu­miał.

- Znasz jakieś miej­sca nada­jące się do pod­boju? - zapy­ta­łem.

Mach­nął ręką mniej wię­cej w kie­runku małej, nie­cie­ka­wej gro­madki gwiazd.

- Jest tam jedna, która mogłaby ci się spodo­bać. Nazywa się Zie­mia. Tro­chę na ubo­czu, ale przy­naj­mniej miał­byś mnó­stwo miej­sca.

Stary dureń.

To wszystko na dzi­siaj, Wha­te­ley.

Po dro­dze każ komuś nakar­mić shog­go­tha.

II

To już czas, Wha­te­ley?

Nie bądź nie­mą­dry, wiem, że po cie­bie posła­łem. Moja pamięć jest rów­nie dobra jak zawsze.

Ph'nglui nglw'nafh Cthulhu R'lyeh wgah'nagl fthagn.

Oczy­wi­ście wiesz, co to zna­czy.

W tym domu w Rlyeh czeka w uśpie­niu zmarły Cthulhu.

Ow­szem, prze­sada, ale cał­kiem uspra­wie­dli­wiona. Ostat­nio nie­zbyt dobrze się czuję.

To był żart, jed­no­głowy, żart. Piszesz to wszystko? Świet­nie, pisz dalej. Wiem, na czym skoń­czy­li­śmy wczo­raj.

R'lyeh.

Earth. Zie­mia.

Oto przy­kład, jak zmie­niają się języki i zna­cze­nie słów. Roz­my­cie; nie zno­szę go. Kie­dyś dawno temu R'lyeh było Zie­mią, a przy­naj­mniej tą czę­ścią Ziemi, którą rzą­dzi­łem. Mokrą czę­ścią. Teraz to tylko mój skromny dom tutaj, 47° 9' sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej połu­dnio­wej, 126° 43'dłu­go­ści geo­gra­ficz­nej zachod­niej.

Albo weźmy Star­sze Istoty. Teraz tak nas nazy­wają. Oraz Wiel­kimi Przed­wiecz­nymi, zupeł­nie jak­by­śmy niczym nie róż­nili się od tych lata­ją­cych beczu­łek.

Roz­my­cie.

Przy­by­łem zatem na Zie­mię, która w owych cza­sach była znacz­nie bar­dziej mokra niż dziś. Cudowne miej­sce, morza gęste niczym zupa. I świet­nie doga­dy­wa­łem się z miesz­kań­cami, Dago­nem i chło­pa­kami (tym razem w dosłow­nym zna­cze­niu tego słowa). W owych odle­głych cza­sach wszy­scy żyli­śmy w wodzie i nim zdą­żył­byś powie­dzieć Cthulhu fthagn, nauczy­łem ich budo­wać, słu­żyć i goto­wać. I oczy­wi­ście być goto­wa­nymi.

Co mi przy­po­mina pewną histo­rię, którą chcia­łem ci opo­wie­dzieć. Praw­dziwą histo­rię.

Był sobie sta­tek pły­wa­jący po morzach. Odby­wa­jący rejs po Pacy­fiku. A na tym statku pra­co­wał magik, ilu­zjo­ni­sta, który miał zaba­wiać pasa­że­rów. Na statku miesz­kała też papuga.

Za każ­dym razem, kiedy magik robił jakąś sztuczkę, papuga ruj­no­wała mu efekt. Jak? Mówiła, jak to zro­bił, oto jak. "Wsa­dził go do rękawa!", skrze­czała. Albo: "Pod­mie­nił talię". Albo: "Ma dru­gie dno".

Magi­kowi się to nie podo­bało.

W końcu nade­szła kolej na naj­waż­niej­szy numer.

Zapo­wie­dział go.

Pod­ka­sał rękawy.

Mach­nął rękami.

I w tym momen­cie sta­tek zatrzy­mał się z szarp­nię­ciem i prze­wa­lił na bok.

Pod nimi wyro­sło zato­pione R'lyeh. Hordy moich sług, ohyd­nych rybo­lu­dzi, wyro­iły się na pokład, pochwy­ciły pasa­że­rów i załogę i wcią­gnęły ich pod fale.

R'lyeh znów zato­nęło i czeka na dzień, gdy strasz­liwy Cthulhu powsta­nie i będzie pano­wał nad świa­tem.

A na powierzchni nie­czy­stych wód samotny magik - prze­oczony przez moich pła­zich palan­tów, za co drogo zapła­cili - uno­sił się na falach kur­czowo ucze­piony belki. Nagle wysoko w górze dostrzegł nie­wielką zie­loną plamę. Obni­żyła się, w końcu przy­sia­dła na pobli­skim kawałku deski i prze­ko­nał się, że to papuga.

Ptak prze­krzy­wił głowę i, mru­żąc oczy, przyj­rzał się magi­kowi.

"No dobra", rzekł. "Pod­daję się. Jak to zro­bi­łeś?".

Oczy­wi­ście, że to praw­dziwa histo­ria, Wha­te­ley.

Czy czarny Cthulhu, który przy­był tu z mrocz­nych gwiazd, gdy wasze naj­upior­niej­sze kosz­mary wciąż jesz­cze ssały pseu­do­sutki matek, który czeka na dzień, gdy gwiazdy znajdą się we wła­ści­wej pozy­cji, by móc powstać ze swego pałacu gro­bowca, oży­wić wier­nych, znów zawład­nąć pla­netą i ponow­nie nauczać naj­wyż­szych nie­wy­mow­nych roz­ko­szy, śmierci i hula­nek, mógłby cię okła­mać?

Jasne, że tak.

Zamknij się, Wha­te­ley, teraz ja mówię. Nie obcho­dzi mnie, gdzie już to sły­sza­łeś.

Świet­nie się bawi­li­śmy w tam­tych cza­sach. Rze­zie i znisz­cze­nie, ofiary i potę­pie­nie, ikra, śluz i szlam, a także ohydne, nie­wy­mowne igraszki. Żar­cie i harce. To była jedna wielka impreza i wszy­scy świet­nie się bawili, prócz tych, któ­rzy nagle tra­fili na drew­niane szpi­kulce w towa­rzy­stwie kawał­ków sera i ana­nasa.

Och, w tam­tych cza­sach na ziemi żyli olbrzymi.

To nie mogło trwać wiecz­nie.

Przy­byli z gwiazd na swych bło­nia­stych skrzy­dłach, przy­no­sząc prze­pisy, prawa i porządki oraz jeden Dho'Hna wie ile for­mu­la­rzy do wypeł­nie­nia w pię­ciu kopiach. Mali, nudni, biu­ro­kra­tyczni nudzia­rze. Wystar­czyło na nich spoj­rzeć: pię­cio­ra­mienne głowy - każdy, na kogo spoj­rza­łeś, miał na gło­wie pięć szpi­kul­ców czy ramion (a dodam, że głowy też mieli zawsze w tym samym miej­scu). Żad­nemu nie star­czyło wyobraźni, by wyho­do­wać sobie trzy ramiona albo sześć, albo sto dwa. Zawsze pięć, bez wyjątku.

Bez urazy.

Nie potra­fi­li­śmy się doga­dać.

Nie spodo­bała im się moja impreza.

Walili w ściany (mówię w prze­no­śni), a my nie zwra­ca­li­śmy uwagi. Potem wpa­dli w złość. Kłó­cili się. Maru­dzili. Narze­kali.

No dobra, rze­kli­śmy. Chce­cie dostać morze? Może­cie je sobie wziąć co do ostat­niej roz­gwiazdy. Prze­nie­śli­śmy się na ląd - w tam­tych cza­sach był mocno wil­gotny - i wznie­śli­śmy gar­gan­tu­iczne, cyklo­powe mono­lity, przy któ­rych góry wyda­wały się dro­bin­kami.

Wiesz, co zabiło dino­zaury, Wha­te­ley? My. Pod­czas jed­nego grilla.

Ale te gwiaź­dzi­sto­głowe marudy nie dawały nam spo­koju. Pró­bo­wały prze­nieść pla­netę bli­żej słońca - a może dalej? W sumie ni­gdy nie spy­ta­łem. Zanim się zorien­to­wa­li­śmy, znów wylą­do­wa­li­śmy pod wodą.

Można paść ze śmie­chu.

Mia­sto Star­szych Istot obe­rwało naj­bar­dziej. Nie zno­sili zimna i suchego lądu, podob­nie ich stwory. I nagle zna­leźli się na Antark­ty­dzie, suchej jak kość i zim­nej jak zagu­bione rów­niny trzy­kroć prze­klę­tego Leng.

Tak koń­czy się dzi­siej­sza lek­cja, Wha­te­ley.

I mógł­byś kazać komuś nakar­mić tego prze­klę­tego shog­go­tha?

III

(Pro­fe­so­ro­wie Armi­tage i Wil­marth twier­dzą zgod­nie, że bio­rąc pod uwagę treść i dłu­gość tek­stu, w tym miej­scu bra­kuje co naj­mniej trzech kart ręko­pisu. Zga­dzam się z nimi).

Gwiazdy się zmie­niły, Wha­te­ley.

Wyobraź sobie, że nagle coś odcina ci głowę od ciała i pozo­sta­wia leżący na zim­nej mar­mu­ro­wej pły­cie kawał dła­wią­cego się, mru­ga­ją­cego mięsa. Tak to wła­śnie wyglą­dało. Impreza dobie­gła końca.

To nas zabiło.

Teraz cze­kamy tu, na dnie.

Paskudne, co?

Wcale nie, wcale mnie to nie rusza. Nie dam nawet dwóch bez­i­mien­nych tru­po­szy.

Cze­kam tu mar­twy, uśpiony, patrząc, jak mrów­cze kró­le­stwa czło­wieka powstają i upa­dają, wzno­szą się i walą w gruzy.

Pew­nego dnia - może nadej­dzie jutro, może za wię­cej dni, niż potrafi objąć twój mizerny móż­dżek - gwiazdy ułożą się na nie­bie, jak należy, i nadej­dzie czas znisz­cze­nia. Wów­czas powstanę z głę­bin i raz jesz­cze zawładnę tym świa­tem.

Nastaną zamęt i zabawa, krwawa rzeź i ohyda, wieczny zmierzch, kosz­mary i krzyki umar­łych i jesz­cze nie umar­łych, a także pie­śni wier­nych.

A potem?

Potem, gdy wasz świat zamieni się w bryłkę zim­nego węgla, krą­żącą wokół wysty­głego słońca, opusz­czę ten wymiar. Powrócę do sie­bie, do domu, gdzie krew co noc ścieka z tar­czy księ­życa, która pęcz­nieje niczym oko uto­pio­nego mary­na­rza, i przejdę esty­wa­cję.

A potem znajdę part­nera i w końcu poczuję wewnątrz sie­bie poru­sze­nie, gdy moje młode zacznie mnie poże­rać, zmie­rza­jąc ku świa­tłu.

Uhm.

Zapi­sa­łeś to, Wha­te­ley?

Dobrze.

No cóż, to wszystko. Koniec. Opo­wieść skoń­czona.

Zgad­nij, co zro­bimy teraz. Zga­dza się.

Nakar­mimy shog­go­tha.

Rycer­skość (1992)

Rycer­skość

(1992)

Pani Whi­ta­ker zna­la­zła Świę­tego Gra­ala; leżał pod sta­rym futrem.

Każ­dego czwart­ko­wego popo­łu­dnia, choć jej nogi nie były już tak sprawne jak kie­dyś, pani Whi­ta­ker wybie­rała się na spa­cer na pocztę. Tam odbie­rała eme­ry­turę. W dro­dze powrot­nej wpa­dała do sklepu Oxfam.

W skle­pie Oxfam sprze­da­wano stare ubra­nia, dro­bia­zgi, bibe­loty, naj­róż­niej­sze róż­no­ści oraz mnó­stwo sta­rych ksią­żek. Wszyst­kie zostały oddane za darmo; śmieci z dru­giej ręki, czę­sto pocho­dzące z domów zmar­łych. Wszel­kie zyski prze­ka­zy­wano na cele dobro­czynne.

W skle­pie pra­co­wali wyłącz­nie ochot­nicy. Tego dnia za ladą stała Marie, sie­dem­na­sto­latka z lekką nad­wagą, ubrana w wor­ko­watą liliową bluzę wyglą­da­jącą, jakby także pocho­dziła ze skle­po­wych pó­łek.

Marie sie­działa przy kasie; przed sobą roz­ło­żyła pismo Nowo­cze­sna kobieta. Wypeł­niała wła­śnie test "Odkryj swoją ukrytą oso­bo­wość". Od czasu do czasu zaglą­dała na koniec i spraw­dzała punk­ta­cję przy­pi­saną do odpo­wie­dzi A, B lub C, dopiero potem podej­mu­jąc decy­zję, którą z nich wybrać.

Pani Whi­ta­ker drep­tała po skle­pie.

Zauwa­żyła, że wciąż nie sprze­dali wypcha­nej kobry. Cze­kała tu już pół roku, obra­sta­jąc kurzem. Jej szklane oczy spo­glą­dały gniew­nie na wie­szaki z ubra­niami, a także szafę pełną obtłu­czo­nej por­ce­lany i pogry­zio­nych zaba­wek.

Prze­cho­dząc, pani Whi­ta­ker pogła­skała ją po gło­wie.

Z półki z książ­kami wybrała dwie powie­ści wydaw­nic­twa Mills & Boon - Jej wzbu­rzoną duszę i Jej drżące serce, każdą po szy­lingu. Z namy­słem przyj­rzała się pustej butelce po mateus rosé nakry­tej ozdob­nym aba­żu­rem, w końcu jed­nak uznała, że nie mia­łaby jej gdzie posta­wić.

Przy­su­nęła wyle­niałe futro ostro śmier­dzące naf­ta­liną. Pod futrem leżała laska i popla­miony wodą egzem­plarz książki Romanse i legendy rycer­skie A.R. Hope Mon­crieffa wyce­niony na pięć pen­sów. Obok książki spo­czy­wał na boku Święty Graal. Na spo­dzie pod­stawki umiesz­czono okrą­głą nalepkę, na któ­rej fla­ma­strem wypi­sano cenę: 30 pen­sów.

Pani Whi­ta­ker pod­nio­sła zaku­rzony srebrny kie­lich i przyj­rzała mu się uważ­nie przez grube szkła oku­la­rów.

- Ładny! - zawo­łała do Marie.

Marie wzru­szyła ramio­nami.

- Wyglą­dałby ład­nie na kominku.

Ponowne wzru­sze­nie ramion.

Pani Whi­ta­ker podała Marie pięć­dzie­siąt pen­sów i otrzy­mała dzie­sięć pen­sów reszty oraz brą­zową papie­rową torbę, do któ­rej scho­wała książki i Świę­tego Gra­ala. Ruszyła do rzeź­nika, gdzie kupiła ładny kawa­łek wątróbki. Potem wró­ciła do domu.

Wnę­trze kie­li­cha pokry­wała gruba war­stwa czer­wo­no­brą­zo­wego kurzu. Pani Whi­ta­ker umyła go ostroż­nie, po czym na godzinę pozo­sta­wiła w zle­wie, w cie­płej wodzie z odro­biną octu.

Następ­nie wypo­le­ro­wała kie­lich pastą do metalu, a gdy zaczął lśnić, posta­wiła go na kominku w salo­nie, pomię­dzy małym melan­cho­lij­nym bas­se­tem z por­ce­lany i zdję­ciem nie­ży­ją­cego męża, Henry'ego, na plaży we Frin­ton w 1953 roku.

Miała rację: wyglą­dał ład­nie.

Tego dnia na obiad zja­dła panie­ro­waną wątróbkę z cebulką. Była pyszna.

Następ­nego dnia wypa­dał pią­tek. W co drugi pią­tek panie Whi­ta­ker i Gre­en­berg odwie­dzały się nawza­jem. Dziś przy­pa­dała kolej pani Gre­en­berg. Usia­dły w salo­nie, sącząc her­batę i chru­piąc maka­ro­niki. Pani Whi­ta­ker wrzu­ciła do her­baty kostkę cukru. Pani Gre­en­berg uży­wała sło­dzika. Zawsze nosiła go w torebce w małym pla­sti­ko­wym pudełku.

- Ładny - zauwa­żyła pani Gre­en­berg, wska­zu­jąc Gra­ala. - Co to?

- Święty Graal - odparła pani Whi­ta­ker. - To kie­lich, z któ­rego Jezus pił pod­czas Ostat­niej Wie­cze­rzy. Póź­niej, przy ukrzy­żo­wa­niu, zebrano weń Jego cudowną krew, gdy cen­tu­rion prze­bił Mu bok.

Pani Gre­en­berg pocią­gnęła pogar­dli­wie nosem. Była Żydówką; nie zno­siła wszyst­kiego, co nie­hi­gie­niczne.

- No nie wiem - rze­kła. - Ale kie­lich jest naprawdę bar­dzo ładny. Nasz Myron dostał podobny, kiedy wygrał zawody pły­wac­kie, tyle że na tam­tym wygra­we­ro­wano jego nazwi­sko.

- Wciąż spo­tyka się z tą miłą dziew­czyną? Fry­zjerką?

- Ber­nice? O, tak. Pla­nują nawet zarę­czyny - oznaj­miła pani Gre­en­berg.

- To miłe - odparła pani Whi­ta­ker, się­ga­jąc po maka­ro­nik.

Pani Gre­en­berg sama pie­kła maka­ro­niki i przy­no­siła je co drugi pią­tek: małe, słod­kie jasno­brą­zowe cia­steczka posy­pane mig­da­łami.

Roz­ma­wiały o Myro­nie i Ber­nice, a także sio­strzeńcu pani Whi­ta­ker, Rolan­dzie (pani Whi­ta­ker nie miała dzieci), oraz o przy­ja­ciółce, pani Per­kins, która zła­mała bio­dro i leżała w szpi­talu, bie­dac­two.

W połu­dnie pani Gre­en­berg poże­gnała się.

Pani Whi­ta­ker przy­rzą­dziła sobie na lunch grzankę z serem, a potem zażyła pigułki - białą, czer­woną i dwie małe, poma­rań­czowe.

Zadźwię­czał dzwo­nek.

Pani Whi­ta­ker otwarła drzwi. Za pro­giem stał młody męż­czy­zna z się­ga­ją­cymi ramion wło­sami, tak jasnymi, że wyda­wały się nie­mal białe. Miał na sobie lśniącą srebrną zbroję i biały płaszcz.

- Witam - rzekł.

- Witam - odparła pani Whi­ta­ker.

- Jestem w trak­cie wyprawy.

- To miło - mruk­nęła non­sza­lancko pani Whi­ta­ker.

- Mogę wejść? - spy­tał.

Pani Whi­ta­ker pokrę­ciła głową.

- Przy­kro mi, ale raczej nie.

- Poszu­kuję Świę­tego Gra­ala - powie­dział mło­dzie­niec. - Jest może tutaj?

- Ma pan przy sobie jakiś doku­ment? - Pani Whi­ta­ker wie­działa, że nie należy wpusz­czać do domu obcych, gdy jest się star­szą osobą i mieszka samot­nie. Mogło to się skoń­czyć opróż­nie­niem torebki albo czymś znacz­nie gor­szym.

Mło­dzie­niec cof­nął się parę kro­ków ogro­dową ścieżką. Jego wierz­cho­wiec, potężny szary ogier, wielki jak per­sze­ron, z wysoko unie­sioną głową i lśnią­cymi, bystrymi oczami, stał przy­wią­zany do furtki pani Whi­ta­ker. Rycerz pogrze­bał w tor­bie przy sio­dle i powró­cił, nio­sąc w dłoni zwój.

Pod­pi­sał go Artur, król Bry­ta­nii. Pismo infor­mo­wało wszel­kie oso­bi­sto­ści, nie­za­leż­nie od ich tytułu i rangi, że ten oto Galaad to Rycerz Okrą­głego Stołu, który wyru­szył na Prawą, Szla­chetną Wyprawę. Poni­żej wid­niał rysu­nek przed­sta­wia­jący mło­dego męż­czy­znę. Był cał­kiem podobny.

Pani Whi­ta­ker ski­nęła głową. Ocze­ki­wała raczej małej karty ze zdję­ciem, ale to było znacz­nie bar­dziej impo­nu­jące.

- Chyba może pan wejść - rze­kła.

Prze­szli do kuchni. Nalała Gala­adowi fili­żankę her­baty, po czym zapro­wa­dziła go do salonu.

Galaad ujrzał Gra­ala sto­ją­cego na kominku i natych­miast ukląkł na jedno kolano. Sta­ran­nie odsta­wił fili­żankę na rdzawy dywan. Prze­ni­ka­jący przez firanki pro­mień słońca zalał jego twarz zło­tym bla­skiem. Jasne włosy lśniły niczym sre­brzy­sta aure­ola.

- Zaprawdę, to on, San­graal - rzekł cicho.

Trzy­krot­nie zamru­gał, bar­dzo szybko, jakby chciał zdu­sić łzy zbie­ra­jące się w jego jasno­nie­bie­skich oczach.

Pochy­lił głowę w mil­czą­cej modli­twie.

Potem wstał i odwró­cił się do pani Whi­ta­ker.

- Szla­chetna pani, powier­niczko Naj­święt­szej Świę­to­ści, pozwól mi odejść stąd z bło­go­sła­wio­nym kie­li­chem, bym mógł zakoń­czyć poszu­ki­wa­nia i wypeł­nić me zada­nie.

- Słu­cham? - zdzi­wiła się pani Whi­ta­ker.

Galaad pod­szedł do kobiety i ujął jej stare dło­nie.

- Moja wyprawa zakoń­czona - rzekł. - W końcu odna­la­złem San­gra­ala.

Pani Whi­ta­ker ścią­gnęła wargi.

- Zechcesz pod­nieść fili­żankę i spode­czek?

Galaad z prze­pra­sza­jącą miną posłu­chał.

- Nie. Raczej nie - oznaj­miła pani Whi­ta­ker. - Podoba mi się tam, gdzie jest. Ide­al­nie pasuje pomię­dzy psem i zdję­ciem mojego Henry'ego.

- Aza­liż pra­gniesz złota? Czy tak? Pani, mogę ci przy­nieść złoto...

- Nie - rze­kła pani Whi­ta­ker. - Dzię­kuję, nie chcę żad­nego złota. To mnie nie inte­re­suje.

Odpro­wa­dziła Gala­ada do fron­to­wych drzwi.

- Miło cię było poznać.

Koń prze­chy­lał głowę nad ogro­dze­niem, sku­biąc płatki gla­dioli. Tuż obok na chod­niku stała grupka dzieci z sąsiedz­twa.

Galaad wyjął z torby kilka bry­łek cukru i zade­mon­stro­wał naj­od­waż­niej­szym dzie­ciom, jak się karmi konia. Dzieci zachi­cho­tały, kolejno uno­sząc wypro­sto­wane dło­nie. Jedna z dziew­czy­nek pogła­dziła koń­skie chrapy.

Galaad jed­nym płyn­nym ruchem wsko­czył na sio­dło. Obaj - koń i rycerz - odje­chali uliczką Haw­thorne Cre­scent.

Pani Whi­ta­ker odpro­wa­dziła ich wzro­kiem. Potem wes­tchnęła i wró­ciła do domu.

Week­end upły­nął jej spo­koj­nie.

W sobotę poje­chała auto­bu­sem do Mares­field, by odwie­dzić swego sio­strzeńca Ronalda, jego żonę Eupho­nię i ich córki, Cla­rissę i Dil­lian. Zawio­zła im cia­sto z porzecz­kami, domo­wej roboty.

W nie­dzielę rano pani Whi­ta­ker poszła do kościoła. Kościół para­fialny Świę­tego Jakuba Młod­szego był jak na jej gust nieco zanadto w stylu: "Nie myśl o tym budynku jak o kościele, lecz jak o miej­scu, w któ­rym możesz spo­ty­kać się z podob­nymi sobie przy­ja­ciółmi". Lubiła jed­nak pro­bosz­cza, wie­leb­nego Bar­tho­lo­mew, jeśli tylko nie grał aku­rat na gita­rze. Po mszy przez chwilę miała ochotę wspo­mnieć, że w jej salo­nie stoi Święty Graal, ale po namy­śle zre­zy­gno­wała.

W ponie­dzia­łek rano pani Whi­ta­ker pra­co­wała wła­śnie w ogro­dzie na tyłach domu, na grządce z zio­łami. Była z niej nie­zmier­nie dumna: kope­rek, wer­bena, mięta, roz­ma­ryn, tymia­nek i cały zagon pie­truszki. Klę­czała wła­śnie na ziemi i ple­wiła w gru­bych zie­lo­nych ogro­do­wych ręka­wi­cach. Zbie­rała też pomrowy i wkła­dała do pla­sti­ko­wego worka. Jeśli cho­dzi o pomrowy, pani Whi­ta­ker miała nie­zmier­nie mięk­kie serce. Zano­siła je na sam tył ogrodu, gra­ni­czący z linią kole­jową, i prze­rzu­cała przez siatkę.

Ścięła nieco pie­truszki na sałatkę. W tym momen­cie usły­szała czy­jeś kaszl­nię­cie. Tuż za nią stał Galaad: wysoki i piękny. Jego zbroja lśniła w poran­nym słońcu. W dło­niach trzy­mał długą paczkę owi­niętą natłusz­czoną skórą.

- Wró­ci­łem - rzekł.

- Witaj - odparła pani Whi­ta­ker. Wstała powoli i zdjęła ręka­wice. - Cóż - dodała - skoro już tu jesteś, mógł­byś mi pomóc.

Wrę­czyła mu worek pełen pomro­wów i pole­ciła prze­rzu­cić je przez ogro­dze­nie.

Posłu­chał.

Potem ruszyli do kuchni.

- Her­baty czy lemo­niady?

- To samo co pani - odparł Galaad.

Pani Whi­ta­ker wyjęła z lodówki dzba­nek domo­wej lemo­niady i wysłała Gala­ada, by zerwał gałązkę mięty. Wybrała dwie wyso­kie szklanki. Sta­ran­nie umyła miętę, wło­żyła kilka liści do każ­dej szklanki i nalała lemo­niady.

- Czy twój koń czeka na zewnątrz?

- O, tak. Nazywa się Griz­zel.

- I przy­pusz­czam, że przy­by­wasz z daleka?

- Z bar­dzo daleka.

- Rozu­miem - mruk­nęła pani Whi­ta­ker.

Wyjęła spod zlewu błę­kitną pla­sti­kową miskę. Do połowy napeł­niła ją wodą. Galaad wyniósł miskę Griz­ze­lowi. Odcze­kał, aż koń się napije, i oddał pani Whi­ta­ker puste naczy­nie.

- A zatem - rze­kła - przy­pusz­czam, że wciąż szu­kasz Gra­ala?

- Zaprawdę, na­dal szu­kam San­gra­ala. - Galaad wziął z pod­łogi skó­rzany paku­nek, poło­żył go na sto­liku dese­ro­wym i roz­wi­nął. - W zamian ofe­ruję ci, pani, to.

To był miecz. Jego klinga liczyła sobie nie­mal cztery stopy dłu­go­ści. Wyryto na niej słowa i ele­ganc­kie sym­bole. Ręko­jeść miał srebrno-złotą, zwień­czoną wiel­kim szla­chet­nym kamie­niem.

- Bar­dzo ładny - powie­działa z powąt­pie­wa­niem pani Whi­ta­ker.

- Oto miecz Bal­mung - oznaj­mił Galaad - wykuty przez kowala Way­landa u zara­nia dzie­jów. Jego bliź­nia­czy brat to Flam­berge. Ten, kto go nosi, jest nie­po­ko­nany w bitwie, nie­zwy­cię­żony, nie­zdolny do czy­nów tchórz­li­wych i nik­czem­nych. W ręko­je­ści osa­dzono sar­do­nyks Bir­cone, chro­niący wła­ści­ciela przed tru­ci­zną wrzu­coną do wina bądź piwa i przed zdradą przy­ja­ciół.

Pani Whi­ta­ker zer­k­nęła na miecz.

- Musi być bar­dzo ostry - mruk­nęła po chwili.

- Może prze­ciąć na pół spa­da­jący włos. Wię­cej, nawet pro­mień słońca - oznaj­mił z dumą Galaad.

- Może zatem lepiej by było, gdy­byś go odło­żył - zapro­po­no­wała pani Whi­ta­ker.

- Nie chcesz go, pani? - Galaad był wyraź­nie zawie­dziony.

- Nie, dzię­kuję - odparła pani Whi­ta­ker.

Nagle pomy­ślała, że jej nie­ży­ją­cemu mężowi, Henry'emu, miecz mógłby się spodo­bać. Powie­siłby go na ścia­nie w gabi­ne­cie obok wypcha­nego kar­pia, któ­rego zła­pał w Szko­cji, i poka­zy­wałby gościom.

Galaad ponow­nie okrył ostrze Bal­munga natłusz­czoną skórą i obwią­zał bia­łym sznu­rem. Sie­dział bez ruchu nie­po­cie­szony.

Pani Whi­ta­ker zro­biła mu na drogę kanapki z serem topio­nym i ogór­kiem. Zawi­nęła je w per­ga­min. Dorzu­ciła jabłko dla Griz­zela. Galaad spra­wiał wra­że­nie zado­wo­lo­nego z pre­zentu.

Poma­chała im na do widze­nia.

Tego popo­łu­dnia wsia­dła do auto­busu i poje­chała do szpi­tala spo­tkać się z panią Per­kins, która wciąż leżała w łóżku z cho­rym bio­drem. Bie­dac­two. Pani Whi­ta­ker przy­nio­sła jej domowy keks, choć wyeli­mi­no­wała z prze­pisu orze­chy. Zęby pani Per­kins nie były już tak mocne, jak kie­dyś.

Wie­czo­rem pooglą­dała przez krótką chwilę tele­wi­zję. Wcze­śnie poło­żyła się spać.

We wto­rek zadzwo­nił listo­nosz. Pani Whi­ta­ker sprzą­tała wła­śnie w skła­dziku na stry­chu. I choć zeszła na dół, jej powolne, ostrożne kroki spra­wiły, że nie zdą­żyła. Listo­nosz zosta­wił wia­do­mość, iż pró­bo­wał dostar­czyć paczkę, ale nikogo nie zastał.

Pani Whi­ta­ker wes­tchnęła.

Wło­żyła awizo do torebki i ruszyła na pocztę.

Paczkę nadała jej sio­strze­nica, Shi­relle, miesz­ka­jąca w Syd­ney w Austra­lii. W środku były zdję­cia jej męża Wal­lace'a i dwóch córek, Dixie i Vio­let, oraz owi­nięta w watę muszla.

Pani Whi­ta­ker miała w sypialni kilka ozdob­nych muszel. Na jej ulu­bio­nej wyma­lo­wano ema­lią wido­czek z Baha­mów. Dostała ją w pre­zen­cie od sio­stry Ethel, która zmarła w 1983 roku.

Scho­wała muszlę i zdję­cia do torby na zakupy, a że była już w oko­licy, po dro­dze do domu zaj­rzała do sklepu Oxfam.

- Dzień dobry, pani W. - powi­tała ją Marie.

Pani Whi­ta­ker przyj­rzała się jej. Marie miała usta poma­lo­wane szminką (co prawda odcień nie­zu­peł­nie jej paso­wał, a sama szminka nie została zbyt fachowo nało­żona, ale - pomy­ślała pani Whi­ta­ker - to już jakiś począ­tek) i ele­gancką spód­nicę. Efekt był powa­la­jący.

- Witaj, moja droga - powie­działa pani Whi­ta­ker.

- W zeszłym tygo­dniu był u nas męż­czy­zna i pytał o ten dro­biazg, który pani kupiła. Tam­ten meta­lowy kie­lich. Powie­dzia­łam, gdzie mógłby panią zna­leźć. Nie ma pani nic prze­ciw temu, prawda?

- Nie, moja droga - odparła pani Whi­ta­ker. - Już mnie zna­lazł.

- Był super. Naprawdę super. - Marie wes­tchnęła z żalem. - Strasz­nie mi się podo­bał. Miał też wiel­kiego siwego konia i w ogóle - dokoń­czyła.

Pani Whi­ta­ker zauwa­żyła z apro­batą, że dziew­czyna trzyma się bar­dziej pro­sto.

Na półce zna­la­zła nowy romans - Jej pory­wa­jąca namięt­ność, wydaw­nic­twa Mills & Boon. Zabrała go, choć nie skoń­czyła jesz­cze dwóch poprzed­nich.

Pod­nio­sła też Romanse i legendy rycer­skie i otwo­rzyła. Książka pach­niała ple­śnią. Na pierw­szej stro­nie czer­wo­nym atra­men­tem wypi­sano sta­ran­nie: EX LIBRIS RYBAK.

Pani Whi­ta­ker odło­żyła książkę.

Gdy wró­ciła do domu, Galaad już na nią cze­kał. Woził kolejno dzieci z sąsiedz­twa na grzbie­cie Griz­zela.

- Cie­szę się, że cię widzę - oznaj­miła. - Mam kilka pudeł, które trzeba prze­su­nąć.

Zapro­wa­dziła go do schowka na pod­da­szu. Galaad posłusz­nie prze­su­nął stare walizki, aby mogła dostać się do sto­ją­cej z tyłu szafy.

Wszystko wokół pokry­wała gruba war­stwa kurzu.

Pani Whi­ta­ker zatrzy­mała go tam przez więk­szość popo­łu­dnia. Prze­su­wał rze­czy, pod­czas gdy ona ście­rała kurz.

Na jed­nym policzku miał ranę. Nieco sztywno poru­szał ręką.

Pod­czas porząd­ków roz­ma­wiali. Pani Whi­ta­ker opo­wie­działa mu o swym nie­ży­ją­cym mężu, Hen­rym. O tym, że spła­ciła dom z ubez­pie­cze­nia i że ma mnó­stwo rze­czy, ale nikogo, komu mogłaby je zosta­wić, chyba że Ronal­dowi i jego żonie, ale oni lubią wyłącz­nie nowo­cze­sne przed­mioty. Opo­wie­działa, jak poznała męża pod­czas wojny, gdy Henry słu­żył w ochot­ni­czej służ­bie prze­ciw­lot­ni­czej, a ona nie dość szczel­nie zacią­gnęła zasłony w kuchni pod­czas zaciem­nie­nia. Mówiła o potań­ców­kach za sześć pen­sów, o tym, jak wybrali się razem do Lon­dynu, gdy skoń­czyła się wojna, i jak pierw­szy raz skosz­to­wała wina.

Galaad opo­wie­dział pani Whi­ta­ker o swo­jej matce Ela­ine, nie­sta­łej i sza­lo­nej, a do tego cza­row­nicy. O dziadku, królu Pel­le­sie, dobrym, lecz nieco roz­ko­ja­rzo­nym, i o mło­do­ści spę­dzo­nej w zamku Bliant na Wyspie Rado­ści. A także o ojcu, w owym cza­sie kom­plet­nie sza­lo­nym, któ­rego znał pod przy­dom­kiem "Le Che­va­lier Mal Fet". W rze­czy­wi­sto­ści był to Lan­ce­lot z Jeziora, naj­więk­szy z ryce­rzy, prze­brany i pozba­wiony rozumu. Mówił też o cza­sach, które spę­dził jako gier­mek w Came­lo­cie.

O pią­tej po połu­dniu pani Whi­ta­ker rozej­rzała się po schowku i uznała, iż panu­jący w nim porzą­dek zasłu­guje na jej apro­batę. Otwo­rzyła okno, by prze­wie­trzyć pomiesz­cze­nie, po czym razem zeszli na dół do kuchni, gdzie nasta­wiła wodę.

Galaad usiadł za sto­łem.

Roz­wią­zał wiszącą u pasa skó­rzaną sakwę i wyjął z niej okrą­gły biały kamień wiel­ko­ści kuli do kry­kieta.

- Pani - rzekł. - To dla cie­bie, jeśli oddasz mi San­gra­ala.

Pani Whi­ta­ker pod­nio­sła kamień. Był cięż­szy, niż na to wyglą­dał. Unio­sła go do świa­tła. W mlecz­no­bia­łym, pół­prze­zro­czy­stym wnę­trzu poły­ski­wały srebrne iskierki odbi­ja­jące pro­mie­nie popo­łu­dnio­wego słońca. Kamień wyda­wał się cie­pły w dotyku.

Gdy go tak trzy­mała, ogar­nęło ją dziwne uczu­cie. W głębi ducha poczuła wszech­ogar­nia­jący spo­kój. Pokój ducha - oto wła­ściwe okre­śle­nie. Czuła uko­je­nie.

Nie­chęt­nie odło­żyła kamień na stół.

- Bar­dzo ładny - mruk­nęła.

- To Kamień Filo­zo­ficzny, który nasz pra­oj­ciec Noe zawie­sił na Arce, by rzu­cał świa­tło w chwi­lach naj­głęb­szego mroku. Kamień ów potrafi prze­mie­niać zwy­kłe metale w złoto. Ma też inne cechy - oświad­czył z dumą Galaad. - A to nie wszystko. Mam jesz­cze coś. Pro­szę. - Wyjął z sakwy jajko i wrę­czył jej.

Jajko było wiel­ko­ści jaja gęsiego: lśniące, czarne, pokryte szkar­łat­nymi i bia­łymi cęt­kami. Gdy pani Whi­ta­ker go dotknęła, wło­ski na jej karku zje­żyły się nagle. Natych­miast poczuła ogar­nia­jące ją cie­pło i poczu­cie wol­no­ści. Usły­szała trzask odle­głych pło­mieni. Przez uła­mek sekundy wydało się jej, że szy­buje nad świa­tem, wznosi się i opada na ogni­stych skrzy­dłach.

Odło­żyła jajko na stół obok Kamie­nia Filo­zo­ficz­nego.

- To Jajo Feniksa - rzekł Galaad. - Pocho­dzi z odle­głej Ara­bii. Pew­nego dnia wykluje się z niego Feniks. A gdy nadej­dzie czas, ptak zbu­duje sobie pło­mienne gniazdo, złoży jajko i umrze, by odro­dzić się w ogniu w póź­niej­szej erze świata.

- Tak mi się wła­śnie zda­wało - powie­działa pani Whi­ta­ker.

- I wresz­cie, o pani - dodał Galaad - przy­nio­słem ci to.

Wyjął coś z sakwy i wrę­czył jej. To było jabłko, naj­wy­raź­niej wyrzeź­bione z jed­nego wiel­kiego rubinu, z bursz­ty­no­wym ogon­kiem.

Nieco ner­wowo ujęła je w dłoń. Zda­wało się mięk­kie, złud­nie deli­katne. Jej palce naru­szyły rubi­nową powierzch­nię. Krwi­sto­czer­wony sok spły­nął po dłoni pani Whi­ta­ker.

W kuchni roz­szedł się nie­mal nie­do­strze­galny magiczny zapach let­nich owo­ców: malin, brzo­skwiń, tru­ska­wek i czer­wo­nych porze­czek. Jakby z daleka doszły ją głosy nucące pieśń do wtóru odle­głej muzyki.

- To jedno z jabłek Hespe­ryd - powie­dział cicho Galaad. - Jeden kęs ule­czy każdą cho­robę bądź ranę, nie­ważne jak głę­boką. Drugi przy­wraca mło­dość i urodę. Trzeci daje życie wieczne.

Pani Whi­ta­ker obli­zała lepki sok z pal­ców. Sma­ko­wał niczym naj­lep­sze wino.

W jed­nym momen­cie powró­ciła do niej prze­szłość. Przy­po­mniała sobie, jak to jest być młodą, mieć jędrne, szczu­płe ciało słu­cha­jące wszel­kich pole­ceń. Biec wiej­ską dróżką z rado­ścią nie­godną damy. Dostrze­gać uśmie­chy męż­czyzn pozdra­wia­ją­cych ją, bo jest szczę­śliwa, jest sobą.

Pani Whi­ta­ker spoj­rzała na sir Gala­ada, naj­sza­now­niej­szego z ryce­rzy, sie­dzą­cego w jej kuchni w całym swym splen­do­rze.

Wes­tchnęła.

- To wszystko, co ci przy­nio­słem, pani - oznaj­mił Galaad. - Nie­ła­two było mi to zdo­być.

Pani Whi­ta­ker odło­żyła rubi­nowy owoc na stół. Przyj­rzała się uważ­nie Kamie­niowi Filo­zo­ficz­nemu, Jaju Feniksa i Jabłku Życia.

Potem podrep­tała do salonu i spoj­rzała na komi­nek, na małego por­ce­la­no­wego bas­seta, Świę­tego Gra­ala i zdję­cie nie­ży­ją­cego męża Henry'ego, z nagim tor­sem, uśmiech­nię­tego, pała­szu­ją­cego lody w czerni i bieli, nie­mal czter­dzie­ści lat wcze­śniej.

Wró­ciła do kuchni. Czaj­nik zaczął już gwiz­dać. Nalała do imbryka odro­binę paru­ją­cej wody, prze­płu­kała go i wylała wrzą­tek. Następ­nie wsy­pała dwie łyżeczki her­baty i dodat­kowo jedną do imbryka. Wlała resztkę wody. Wszystko to robiła w mil­cze­niu.

W końcu odwró­ciła się do Gala­ada i spoj­rzała na niego.

- Scho­waj to jabłko - pole­ciła sta­now­czo. - Nie powi­nie­neś przy­no­sić podob­nych rze­czy star­szym paniom. To nie­sto­sowne. - Na moment zawie­siła głos. - Resztę wezmę - dodała po chwili namy­słu. - Będą ład­nie wyglą­dały na kominku. Dwa za jeden, to uczciwa wymiana, jeśli chcesz znać moje zda­nie.

Galaad roz­pro­mie­nił się. Scho­wał rubi­nowe jabłko do sakwy, ukląkł na pod­ło­dze i uca­ło­wał dłoń pani Whi­ta­ker.

- Prze­stań - pole­ciła. Roz­lała her­batę do fili­ża­nek. Na tę oka­zję wyjęła swą naj­lep­szą, odświętną por­ce­lanę.

Sie­dzieli w mil­cze­niu, pijąc her­batę.

Gdy skoń­czyli, prze­szli do salonu. Galaad prze­że­gnał się i pod­niósł Gra­ala.

Pani Whi­ta­ker usta­wiła na jego miej­scu Jajko i Kamień. Jajko cały czas prze­wra­cało się na bok. W końcu pod­parła je małym por­ce­la­no­wym pie­skiem.

- Wyglą­dają bar­dzo ład­nie - rze­kła.

- O, tak - zgo­dził się Galaad - bar­dzo ład­nie.

- Czy mogła­bym dać ci coś do jedze­nia? - spy­tała.

Pokrę­cił głową.

- Kawa­łek keksu - zde­cy­do­wała. - W tej chwili możesz myśleć, że ci się nie przyda, ale za kilka godzin podzię­ku­jesz mi za niego. Powi­nie­neś też chyba sko­rzy­stać z toa­lety. Daj mi go, zapa­kuję ci.

Poka­zała mu drogę do nie­wiel­kiej łazienki na końcu kory­ta­rza i poma­sze­ro­wała do kuchni, trzy­ma­jąc w ręku Gra­ala. W spi­żarni prze­cho­wy­wała świą­teczny papier. Zapa­ko­wała weń Gra­ala i prze­wią­zała paczkę sznur­kiem. Potem odcięła gruby kawał keksu i scho­wała do brą­zo­wej papie­ro­wej torby wraz z bana­nem i kawał­kiem topio­nego sera.

Galaad wró­cił do niej. Wrę­czyła mu torbę i Świę­tego Gra­ala. Potem sta­nęła na pal­cach i uca­ło­wała go w poli­czek.

- Miły z cie­bie chło­piec - rze­kła. - Uwa­żaj na sie­bie.

Uści­snął ją, a ona wypro­wa­dziła go z kuchni i zatrza­snęła za nim tylne drzwi. Nalała sobie kolejną fili­żankę her­baty i zaczęła cicho pła­kać, ocie­ra­jąc oczy papie­rową chu­s­teczką. Tętent kopyt odda­lał się w głąb Haw­thorne Cre­scent.

W środę pani Whi­ta­ker nie wycho­dziła z domu.

W czwar­tek wybrała się na pocztę, by ode­brać eme­ry­turę. Potem wpa­dła do sklepu Oxfam.

Nie znała sto­ją­cej za ladą kobiety.

- Gdzie Marie? - spy­tała.

Kobieta przy kasie - siwe włosy zabar­wione błę­kitną płu­kanką, nie­bie­skie oku­lary z bry­lan­ci­kami w kąci­kach - pokrę­ciła głową i wzru­szyła ramio­nami.

- Wyje­chała z mło­dym męż­czy­zną - oznaj­miła. - Na koniu. Coś takiego. Dziś powin­nam pra­co­wać w skle­pie w Heath­field. Musia­łam pro­sić Johnny'ego, żeby mnie tu przy­wiózł, póki nie znaj­dziemy kogoś na zastęp­stwo.

- Ach tak - mruk­nęła pani Whi­ta­ker. - To miłe, że zna­la­zła sobie mło­dzieńca.

- Dla niej może miłe - odparła kobieta przy kasie. - Ale nie­któ­rzy z nas powinni być dziś w Heath­field.

Na półce w głębi sklepu pani Whi­ta­ker zna­la­zła zaśnie­działy srebrny przed­miot z dłu­gim dziób­kiem. Wyce­niono go na sześć­dzie­siąt pen­sów; tak przy­naj­mniej gło­siła mała papie­rowa nalepka. Przed­miot przy­po­mi­nał spłasz­czony, wydłu­żony imbryk.

Wzięła też nową powieść, któ­rej nie czy­tała, zaty­tu­ło­waną Jej nie­zwy­kła miłość. Poło­żyła obie rze­czy przed kobietą.

- Sześć­dzie­siąt pięć pen­sów, moja droga - oznaj­miła tamta, pod­no­sząc srebrny bibe­lot. - Zabawny dro­biazg, prawda? Dosta­li­śmy go dziś rano. - Jedną ściankę przed­miotu pokry­wały wygra­we­ro­wane chiń­skie znaki. Miał też ele­gancki wygięty uchwyt. - To chyba pojem­nik na oliwę?

- Nie, to nie pojem­nik na oliwę - odparła pani Whi­ta­ker, która dokład­nie wie­działa, z czym ma do czy­nie­nia. - To lampa.

Do uchwytu lampy brą­zo­wym sznur­kiem przy­wią­zano mały meta­lowy pier­ścień.

- Po zasta­no­wie­niu - dodała pani Whi­ta­ker - wezmę chyba tylko książkę.

Zapła­ciła pięć pen­sów i odsta­wiła lampę tam, gdzie ją zna­la­zła. Osta­tecz­nie, pomy­ślała pani Whi­ta­ker w dro­dze do domu, i tak nie mia­ła­bym jej gdzie posta­wić.

Mor­der­stwa i tajem­nice (1992)

Mor­der­stwa i tajem­nice

(1992)

Czwarty Anioł powiada:

Otom stwo­rzony w jed­no­ści,

By strzec miej­sca tego

Od grze­chów ludz­ko­ści

Wbrew łasce Jedy­nego.

Wyrzec się muszą występ­ków

Albo zaznać mego Mie­cza,

Wro­giem mym bowiem wina

Grzech i występ­ność czło­wie­cza.

Miste­ria z Che­ster, Stwo­rze­nie Adama i Ewy, 1461.

To wszystko zda­rzyło się naprawdę.

Dzie­sięć lat temu z dokład­no­ścią mniej wię­cej do roku utkną­łem na krótko w Los Ange­les, daleko od domu. W Kali­for­nii pano­wała piękna, cie­pła pogoda, Anglię nato­miast spo­wi­jały mgły i nękały burze śnieżne. Nie lądo­wały tam żadne samo­loty. Co dzień dzwo­ni­łem na lot­ni­sko i co dzień mówiono mi, żebym zacze­kał do jutra.

Trwało to nie­mal tydzień.

W owym cza­sie led­wie prze­kro­czy­łem dwu­dziestkę. Gdy dziś cofam się myślami do czę­ści mego życia, która pozo­stała mi z owych dni, czuję się nie­swojo, jak­bym otrzy­mał od kogoś nie­pro­szony pre­zent: dom, żonę, dzieci, powo­ła­nie. Mógł­bym oznaj­mić z nie­winną miną, że prze­szłość nie ma ze mną nic wspól­nego. Jeśli to prawda, że co sie­dem lat każda komórka w naszym ciele umiera i zostaje zastą­piona przez nową, nie­wąt­pli­wie odzie­dzi­czy­łem życie nie­bosz­czyka i występki owych cza­sów zostały wyba­czone, pogrze­bane wraz z jego kośćmi.

Byłem w Los Ange­les. O, tak.

Szó­stego dnia dosta­łem wia­do­mość od mojej daw­nej dziew­czyny z Seat­tle: ona także była w L.A. Dowie­działa się od przy­ja­ciół, że jestem w mie­ście. Czy chciał­bym ją odwie­dzić?

Zosta­wi­łem jej wia­do­mość na sekre­tarce: Jasne.

Wie­czór: gdy tylko wysze­dłem z miej­sca, gdzie się zatrzy­ma­łem, zbli­żyła się do mnie drobna jasno­włosa kobieta. Zapadł już mrok. Przyj­rzała mi się, jakby pró­bu­jąc dopa­so­wać to, co widzi, do opisu. Potem z waha­niem wymó­wiła moje nazwi­sko.

- To ja. Jesteś przy­ja­ciółką Tink?

- Tak. Samo­chód stoi z tyłu. Chodź. Tink nie może się już docze­kać spo­tka­nia.

Samo­chód kobiety był jedną z olbrzy­mich, przy­po­mi­na­ją­cych łodzie maszyn, jakie spo­tyka się wyłącz­nie w Kali­for­nii. Pach­niało w nim popę­kaną, łusz­czącą się skórą. Poje­cha­li­śmy z miej­sca, w któ­rym się zatrzy­ma­łem, do miej­sca, ku któ­remu zmie­rza­li­śmy.

W owych cza­sach Los Ange­les sta­no­wiło dla mnie nie­prze­nik­nioną tajem­nicę i nie mogę rzec, bym dziś znał je dużo lepiej. Potra­fię zro­zu­mieć Lon­dyn, Nowy Jork i Paryż: można w nich spa­ce­ro­wać, pod­czas jed­nego dnia wędró­wek zorien­to­wać się, co i jak, może jesz­cze prze­je­chać się metrem. Los Ange­les nato­miast kręci się wokół samo­cho­dów. W owych cza­sach w ogóle nie umia­łem pro­wa­dzić; nawet dziś nie zasia­dam za kie­row­nicą w Ame­ryce. Moje wspo­mnie­nia z L.A. łączą się z prze­jażdż­kami w samo­cho­dach innych ludzi. Brak w nich wyczu­cia mia­sta, związ­ków łączą­cych miesz­kań­ców i to miej­sce. Regu­lar­ność ulic, powta­rzal­ność form i budowli spra­wia, że kiedy pró­buję przy­po­mnieć je sobie w cało­ści, dostrze­gam jedy­nie miliardy maleń­kich świa­te­łek, które ujrza­łem ze wzgó­rza w Grif­fith Park pew­nej nocy pod­czas pierw­szych odwie­dzin w Los Ange­les. Z daleka był to jeden z naj­pięk­niej­szych wido­ków, jakie zda­rzyło mi się oglą­dać.

- Widzisz ten budy­nek? - spy­tała moja jasno­włosa szo­ferka, przy­ja­ciółka Tink. Miała na myśli dom z czer­wo­nej cegły w stylu art déco, uro­czy i okrop­nie brzydki.

- Tak.

- Zbu­do­wano go w latach trzy­dzie­stych - oznaj­miła z sza­cun­kiem i dumą.

Odpo­wie­dzia­łem coś uprzej­mie, pró­bu­jąc zro­zu­mieć mia­sto, w któ­rym pięć­dzie­siąt lat uważa się za długi czas.

- Tink jest naprawdę pod­eks­cy­to­wana. Kiedy usły­szała, że jesteś w mie­ście, strasz­nie się pod­nie­ciła.

- Nie mogę się docze­kać ponow­nego spo­tka­nia.

Naprawdę Tink nazy­wała się Tin­ker­bell Rich­mond. Bla­szany Dzwo­ne­czek. Nie żar­tuję. Miesz­kała z przy­ja­ciółmi w nie­wiel­kiej kamie­nicy, godzinę jazdy od cen­trum L.A.

Oto co musi­cie wie­dzieć o Tink: była dzie­sięć lat star­sza ode mnie, prze­kro­czyła już trzy­dziestkę. Miała błysz­czące czarne włosy i czer­wone zdu­mione usta oraz bar­dzo białą cerę, jak kró­lewna Śnieżka z bajki. Gdy ujrza­łem ją po raz pierw­szy, pomy­śla­łem, że jest naj­pięk­niej­szą kobietą na świe­cie.

W któ­rymś momen­cie w swym życiu wyszła za mąż i teraz miała pię­cio­let­nią córkę imie­niem Susan. Ni­gdy nie pozna­łem Susan - gdy Tink prze­by­wała w Anglii, Susan miesz­kała w Seat­tle z ojcem. Kobiety imie­niem Tin­ker­bell nazy­wają swe córki Susan.

Pamięć to wielki kłamca. Być może ist­nieją ludzie, któ­rych pamięć przy­po­mina nagra­nie, codzienny zapis ich życia, wyraźny do ostat­niego szcze­gółu, ale ja do nich nie należę. Moje wspo­mnie­nia to cha­otyczna mie­szanka wyda­rzeń, ode­rwa­nych zja­wisk, nie­zdar­nie połą­czo­nych w jedną całość. Czę­ści, które pamię­tam, pamię­tam dosko­nale. Inne zni­kają w mroku.

Nie pamię­tam przy­jazdu do domu Tink ani tego, gdzie podziała się jej współ­lo­ka­torka.

Przy­po­mi­nam sobie, że sie­dzia­łem w salo­nie. Świa­tło było przy­ga­szone. Oboje przy­cup­nę­li­śmy obok sie­bie na kana­pie.

Gawę­dzi­li­śmy o niczym. Minął rok, odkąd widzie­li­śmy się po raz ostatni, lecz dwu­dzie­sto­letni chło­pak ma nie­wiele do powie­dze­nia trzy­dzie­sto­dwu­let­niej kobie­cie, toteż wkrótce, czu­jąc, że nic nas nie łączy, przy­cią­gną­łem ją do sie­bie.

Przy­warła do mnie z wes­tchnie­niem. Zło­żyła wargi do poca­łunku; w pół­mroku jej usta były czarne. Jakiś czas cało­wa­li­śmy się na kana­pie, a ja pie­ści­łem jej piersi przez bluzkę. W końcu powie­działa:

- Nie możemy się pie­przyć. Mam okres.

- Jasne.

- Mogę zro­bić ci laskę, jeśli chcesz.

Ski­ną­łem głową i Tink roz­pięła mi spodnie, po czym schy­liła się nad mym roz­por­kiem.

Gdy dosze­dłem, wstała i pobie­gła do kuchni. Usły­sza­łem, jak spluwa do zlewu. Potem roz­legł się szum odkrę­co­nej wody. Pamię­tam, że zasta­na­wia­łem się, czemu to zro­biła, jeśli tak bar­dzo nie znosi tego smaku.

Po chwili wró­ciła i znów sie­dzie­li­śmy obok sie­bie.

- Susan jest na górze. Śpi - oznaj­miła Tink. - Jest całym moim życiem. Chciał­byś ją zoba­czyć?

- Chęt­nie.

Poszli­śmy na górę. Tink zapro­wa­dziła mnie do ciem­nej sypialni. Wszyst­kie ściany były pokryte dzie­cię­cymi bazgro­łami - wyko­na­nymi kredką świe­cową por­tre­tami skrzy­dla­tych wró­żek i paja­cy­ków. W łóżku spała mała jasno­włosa dziew­czynka.

- Jest bar­dzo piękna - powie­działa Tink i poca­ło­wała mnie. Jej usta wciąż nieco się lepiły. - Ma to po ojcu.

Zeszli­śmy na dół. Nie mie­li­śmy już nic do powie­dze­nia, nic do zro­bie­nia. Tink włą­czyła świa­tło. Po raz pierw­szy zauwa­ży­łem małe kurze łapki w kąci­kach jej oczu - obcy ele­ment na ide­al­nej twa­rzy lalki Bar­bie.

- Kocham cię - powie­działa.

- Dzię­kuję.

- Pod­wieźć cię z powro­tem?

- Jeśli możesz zosta­wić Susan samą...

Wzru­szyła ramio­nami. Po raz ostatni przy­cią­gną­łem ją do sie­bie.

W nocy Los Ange­les składa się z samych świa­teł i cieni.

Tu w umy­śle mam pustą plamę. Po pro­stu nie pamię­tam, co się dalej stało. Musiała odwieźć mnie do hotelu - jak ina­czej bym się tam dostał? Nie pamię­tam nawet poca­łunku na poże­gna­nie. Może sta­łem na chod­niku i patrzy­łem, jak odjeż­dża?

Może.

Wiem jed­nak, że gdy dotar­łem do miej­sca, w któ­rym się zatrzy­ma­łem, sta­ną­łem bez ruchu nie­zdolny wejść do środka, umyć się i zasnąć, nie chcąc robić nic innego.

Nie byłem głodny, nie mia­łem ochoty na alko­hol, nie chciało mi się roz­ma­wiać ani czy­tać. Bałem się zanadto odda­lać - oszo­ło­miony powta­rza­ją­cymi się moty­wami Los Ange­les mógł­bym zabłą­dzić, dać się im wessać i ni­gdy nie tra­fić do domu. Cza­sami cen­trum Los Ange­les wydaje mi się zbu­do­wane według pro­stego wzoru, niczym zestaw powta­rza­ją­cych się kloc­ków: sta­cja ben­zy­nowa, kilka domów, minicen­trum han­dlowe (cukier­nia, labo­ra­to­rium foto­gra­ficzne, pral­nie, fast foody) i znów od początku, póki ofiara nie zosta­nie zahip­no­ty­zo­wana. Maleń­kie odmiany w budo­wie cen­trów han­dlo­wych i domów pod­kre­ślają jesz­cze tę regu­lar­ność.

Pomy­śla­łem o ustach Tink. Potem pogrze­ba­łem w kie­szeni kurtki i wycią­gną­łem paczkę papie­ro­sów.

Zapa­li­łem, zacią­gną­łem się i wypu­ści­łem błę­kitny dym w cie­płe nocne powie­trze. Przed wej­ściem do miej­sca, w któ­rym się zatrzy­ma­łem, rosła kar­ło­wata palma. Posta­no­wi­łem przejść się kawa­łek, nie spusz­cza­jąc jej z oka, wypa­lić papie­rosa, może nawet pomy­śleć. Byłem jed­nak zbyt wykoń­czony, by myśleć. Czu­łem się bez­pł­ciowy i bar­dzo samotny.

Prze­cznicę dalej na chod­niku stała ławka. Gdy do niej dotar­łem, usia­dłem. Z całych sił cisną­łem nie­do­pa­łek na chod­nik, patrząc, jak ude­rza o niego i wzbija w powie­trze fon­tannę poma­rań­czo­wych iskie­rek.

- Kupię od cie­bie papie­rosa, stary - powie­dział ktoś obok mnie. - Pro­szę.

Ręka przed moją twa­rzą trzy­ma­jąca ćwierć­do­la­rówkę. Unio­słem wzrok.

Nie wyglą­dał staro, choć nie potra­fił­bym okre­ślić jego wieku. Może pod czter­dziestkę, do czter­dzie­stu pię­ciu. Miał na sobie długi pod­nisz­czony płaszcz, bez­barwny w żół­tym świe­tle latarni. Jego oczy były ciemne.

- Pro­szę, ćwiartka. To dobra cena.

Potrzą­sną­łem głową, wycią­gną­łem paczkę marl­boro i poczę­sto­wa­łem go.

- Zatrzy­maj pie­nią­dze. Dam ci go za darmo. Pro­szę.

Wyjął papie­rosa. Poda­łem mu ksią­żeczkę zapa­łek (pamię­tam, że rekla­mo­wała jakiś sek­ste­le­fon), a on zapa­lił. Oddał mi zapałki, ja jed­nak potrzą­sną­łem głową.

- Pro­szę je wziąć. W Ame­ryce zawsze zbie­ram stosy zapa­łek.

- Mm-hmm.

Usiadł obok mnie, paląc papie­rosa. Gdy wypa­lił go do połowy, strzą­snął na beton żarzącą się część, resztę zga­sił i wsu­nął za ucho.

- Nie­wiele palę - oznaj­mił. - Szkoda jed­nak byłoby go zmar­no­wać.

Ulicą prze­je­chał z piskiem samo­chód, zata­cza­jąc się od kra­węż­nika do kra­węż­nika. Sie­działo w nim czte­rech mło­dych męż­czyzn. Dwaj z przodu wspól­nie mani­pu­lo­wali kie­row­nicą i zano­sili się śmie­chem. Mieli otwarte okna, toteż sły­sza­łem ich śmiech, a także dwójkę na tyl­nym sie­dze­niu ("Gaaary, ty dupku, czym się, do dia­bła, zaćpa­łeś?") i pul­su­jący rytm rocka. Nie roz­po­zna­łem pio­senki. Samo­chód skrę­cił za róg i znik­nął mi z oczu.

Wkrótce dźwięki także uci­chły.

- Jestem ci coś winien - oznaj­mił czło­wiek na ławce.

- Słu­cham?

- Jestem ci coś winien. Za papie­rosa i zapałki. Nie chcia­łeś wziąć pie­nię­dzy. Jestem ci coś winien.

Zakło­po­tany wzru­szy­łem ramio­nami.

- Ależ to tylko papie­ros. Tak sobie myślę, że jeśli będę dawał ludziom papie­rosy, to kiedy mnie ich zabrak­nie, może ludzie także mi je dadzą. - Zaśmia­łem się, by poka­zać, że nie mówię serio, choć w isto­cie byłem śmier­tel­nie poważny. - Nie ma sprawy.

- Mhm. Chcesz usły­szeć histo­rię? Praw­dziwą histo­rię. Kie­dyś histo­rie sta­no­wiły dosko­nałą zapłatę. W dzi­siej­szych cza­sach... - wzru­szył ramio­nami - nie tak dobrą.

Z powro­tem usia­dłem na ławce. Noc była cie­pła. Zer­k­ną­łem na zega­rek. Docho­dziła pierw­sza w nocy. W Anglii zaczy­nał się już nowy, mroźny dzień. Dzień pracy dla tych, któ­rzy zdo­łają prze­chy­trzyć śnieg i dostać się do roboty. Kolejna garstka sta­rych i bez­dom­nych ludzi zmarła w nocy z zimna.

- Jasne - powie­dzia­łem. - No pew­nie, opo­wiedz mi histo­rię.

Męż­czy­zna zaka­słał, uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc białe zęby - krótki błysk w ciem­no­ści - i zaczął:

- Pierw­szą rze­czą, jaką pamię­tam, było Słowo, i Słowo było Bogiem. Cza­sami, gdy naprawdę wpa­dam w przy­gnę­bie­nie, przy­po­mi­nam sobie dźwięk owego Słowa w mojej gło­wie, kształ­tu­jący mnie, for­mu­jący, tchnący we mnie życie.

Słowo dało mi ciało i oczy. Otwo­rzy­łem oczy i ujrza­łem świa­tła Srebr­nego Mia­sta.

Znaj­do­wa­łem się w pokoju - srebr­nym pokoju. Poza mną nie było w nim niczego. Przed sobą mia­łem okno się­ga­jące od pod­łogi do sufitu. Widzia­łem przez nie niebo, a dalej wieże Mia­sta i na jego skraju Mrok.

Nie wiem, jak długo tam cze­ka­łem. Nie nie­cier­pli­wi­łem się jed­nak. Nic z tych rze­czy. To pamię­tam. Zupeł­nie, jak­bym cze­kał na wezwa­nie i wie­dział, że kie­dyś zostanę wezwany. A gdy­bym musiał cze­kać do końca wszyst­kiego i nikt nie usły­szałby woła­nia, i tak byłoby świet­nie. Ale zostanę wezwany. Byłem tego pewien. A wtedy poznam swoje imię i zada­nie.

Przez okna widzia­łem srebrne wie­życe. W wielu z nich otwie­rały się okna. W oknach dostrze­ga­łem innych mnie podob­nych. Stąd dowie­dzia­łem się, jak wyglą­dam.

Teraz trudno to po mnie poznać, ale byłem piękny. Od tam­tych cza­sów sporo prze­sze­dłem w życiu. Byłem wtedy wyż­szy i mia­łem skrzy­dła.

To były wiel­kie, potężne skrzy­dła o pió­rach barwy macicy per­ło­wej. Wyra­stały mi spod łopa­tek. Były wspa­niałe. Moje skrzy­dła.

Cza­sami widy­wa­łem innych sobie podob­nych, tych, któ­rzy opusz­czali swe kom­naty i wypeł­niali obo­wiązki. Patrzy­łem, jak śmi­gają po nie­bie od wieży do wieży, wyko­nu­jąc zada­nia, któ­rych nie potra­fi­łem sobie nawet wyobra­zić. Niebo nad Mia­stem było cudowne, zawsze jasne, choć nie oświe­tlało go słońce - być może spra­wiało to samo Mia­sto, lecz świa­tło to ule­gało nie­usta­ją­cym zmia­nom. W jed­nej chwili miało barwę cyny, potem mosią­dzu, deli­kat­nego złota, mil­czą­cego ame­ty­stu...

Męż­czy­zna urwał. Spoj­rzał na mnie, prze­chy­la­jąc głowę. W jego oczach dostrze­głem błysk, który mnie prze­ra­ził.

- Wiesz, co to ame­tyst? Taki fio­le­towy kamień?

Przy­tak­ną­łem.

Poczu­łem nie­przy­jemny ucisk w kro­czu.

Nagle przy­szło mi do głowy, że być może mój roz­mówca nie jest wcale sza­lony, i myśl ta zanie­po­ko­iła mnie znacz­nie bar­dziej niż jej alter­na­tywa.

Nie­zna­jomy znów zaczął mówić.

- Nie wiem, jak długo cze­ka­łem w mej kom­na­cie, ale czas nie miał żad­nego zna­cze­nia. Nie wtedy. Mie­li­śmy do dys­po­zy­cji cały czas tego świata.

Następną godną uwagi rze­czą było zja­wie­nie się w mojej celi Anioła Lucy­fera. Był on wyż­szy ode mnie. Miał potężne, impo­nu­jące skrzy­dła o ide­al­nym upie­rze­niu, skórę barwy mor­skiej mgły, krę­cone, srebrne włosy i cudowne szare oczy...

Mówię "on", ale powi­nie­neś zro­zu­mieć, że żaden z nas tak naprawdę nie miał płci.

Gestem wska­zał swój roz­po­rek.

- Gładko i pusto. Nic tam nie ma. No wiesz.

Lucy­fer lśnił. Dosłow­nie - świe­cił od środka. Tak samo jest ze wszyst­kimi anio­łami. W ich wnę­trzu kryje się świa­tło. Wtedy w mojej celi Anioł Lucy­fer pło­nął niczym bły­ska­wica.

Spoj­rzał na mnie, a potem mnie nazwał.

- Jesteś Raguel - oznaj­mił. - Zemsta Pana.

Skło­ni­łem głowę, bo wie­dzia­łem, że to prawda. To było moje imię, moja rola.

- Stało się coś... coś złego - rzekł. - Pierw­sze zło. Jesteś potrzebny.

Odwró­cił się i wzle­ciał w prze­stwór, a ja podą­ży­łem jego śla­dem, lecąc ponad Srebr­nym Mia­stem na obrzeża, gdzie Mia­sto się koń­czy i zaczyna Ciem­ność. Tam wła­śnie pod wynio­słą srebrną iglicą opa­dli­śmy na ulicę i ujrza­łem mar­twego anioła.

Zgnie­cione i poła­mane ciało leżało na srebr­nym chod­niku. Kilka piór ze zmiaż­dżo­nych skrzy­deł wylą­do­wało już w srebr­nym rynsz­toku.

Ciało było nie­mal zupeł­nie ciemne. Od czasu do czasu w jego wnę­trzu roz­bły­ski­wało świa­tełko, migo­ta­nie zim­nego ognia w piersi, oczach bądź pozba­wio­nych płci lędź­wiach. To ostatni blask życia opusz­czał je na zawsze.

Na jego piersi zbie­rała się rubi­nowa krew i pla­miła szkar­ła­tem białe skrzy­dła. Był bar­dzo piękny, nawet w śmierci.

Jego widok zła­małby ci serce.

Wtedy Lucy­fer prze­mó­wił do mnie.

- Musisz odkryć, kto jest za to odpo­wie­dzialny, jak to się stało, i wywrzeć Zemstę Imie­nia na tym, kto się do tego przy­czy­nił.

Tak naprawdę nie musiał niczego mówić. Sam już wie­dzia­łem. Poszu­ki­wa­nia i zapłata: po to mnie stwo­rzono na Początku. Tym wła­śnie byłem.

- Muszę zająć się innymi spra­wami - oznaj­mił Anioł Lucy­fer.

Mocno ude­rzył skrzy­dłami i wzle­ciał w powie­trze. Powiew wia­tru uniósł w głąb ulicy pióra mar­twego anioła.

Pochy­li­łem się, by zba­dać ciało. Do tego czasu opu­ściło je wszel­kie świa­tło. Pozo­stała czarna postać, paro­dia anioła. Miała dosko­nałą bez­pł­ciową twarz obra­mo­waną srebr­nymi wło­sami. Jedna z powiek unio­sła się, uka­zu­jąc spo­kojne szare oko, druga pozo­stała zamknięta. Na piersi bra­ko­wało sut­ków, mię­dzy nogami była tylko gładka skóra.

Pod­nio­słem ciało.

Plecy anioła przy­po­mi­nały ruinę. Miał poła­mane, wykrę­cone skrzy­dła i wgnie­ciony tył głowy. Same zwłoki były dziw­nie wiot­kie, co suge­ro­wało, że krę­go­słup także został zła­many. Tył ciała pokry­wała krew.

Jedyna krew z przodu gru­po­wała się pośrodku piersi. Zba­da­łem to miej­sce pal­cem, który bez trudu wnik­nął w głąb ciała.

Spadł - pomy­śla­łem. Lecz przed upad­kiem już był mar­twy.

Potem pod­nio­słem wzrok ku oknom wzno­szą­cym się nad ulicą. Spoj­rza­łem na Srebrne Mia­sto. Zro­bi­łeś to - pomy­śla­łem. - Znajdę cię, kim­kol­wiek jesteś. I wywrę na tobie Zemstę Pana.

Męż­czy­zna wyjął zza ucha nie­do­pa­łek papie­rosa, zapa­lił go zapałką. Przez moment czu­łem woń popiel­niczki i popiołu, kwa­śną i ostrą. Potem ogień dotarł do nie­tknię­tego tyto­niu. Męż­czy­zna wypu­ścił w nocne powie­trze chmurę błę­kit­nego dymu.

- Anioł, który pierw­szy odkrył ciało, nazy­wał się Fanuel.

Roz­ma­wia­łem z nim w Sali Ist­nie­nia. Mie­ściła się ona w wieży, obok któ­rej leżał mar­twy anioł. W sali wisiały... można to nazwać pro­jek­tami tego, co miało stać się... tym wszyst­kim. - Mach­nął trzy­ma­jącą papie­rosa ręką, wska­zu­jąc nocne niebo, zapar­ko­wane samo­chody i cały świat. - No wiesz, wszech­świa­tem.

Fanuel był star­szym pro­jek­tan­tem. Pod­le­gały mu rze­sze anio­łów pra­cu­ją­cych nad szcze­gó­łami Stwo­rze­nia. Obser­wo­wa­łem go z posadzki sali. Fanuel wisiał w powie­trzu pod Pla­nem. Anio­ło­wie sfru­wali ku niemu, cze­ka­jąc grzecz­nie na swą kolej, by zadać pyta­nia, uzgod­nić dro­bia­zgi, popro­sić o komen­tarz do swo­jej pracy. W końcu zosta­wił ich i opadł na zie­mię.

- Ty jesteś Raguel - rzekł. Głos miał wysoki i zrzę­dliwy. - Czego chcesz ode mnie?

- To ty zna­la­złeś ciało?

- Bied­nego Kara­sela? Ow­szem. Opusz­cza­łem wła­śnie Salę - obec­nie zaj­mu­jemy się budową kil­ku­na­stu róż­nych kon­cep­tów i chcia­łem zasta­no­wić się nad jed­nym z nich; dokład­nie mówiąc nad Żalem. Zamie­rza­łem odda­lić się nieco od mia­sta - to zna­czy wzle­cieć nad nie, nie zagłę­biać się w Mrok na zewnątrz. Tego bym nie zro­bił, choć sły­sza­łem pogło­ski krą­żące wśród... Ale tak, zamie­rza­łem wzle­cieć w górę i oddać się kon­tem­pla­cji. Opu­ści­łem Salę i... - Był mały jak na anioła, jego świa­tło przy­ga­sło, lecz oczy żywo błysz­czały. Naprawdę błysz­czały. - Biedny Kara­sel. Jak mógł zro­bić sobie coś takiego? Jak?

- Sądzisz, że sam spo­wo­do­wał swoje znisz­cze­nie?

Wyglą­dał na zdu­mio­nego - zasko­czo­nego, że mogło ist­nieć inne roz­wią­za­nie.

- Ależ oczy­wi­ście. Kara­sel pra­co­wał pod moim kie­row­nic­twem, roz­wi­ja­jąc kilka kon­cep­cji klu­czo­wych dla Wszech­świata, gdy jego Imię zosta­nie Wypo­wie­dziane. Jego zespół świet­nie spi­sał się pod­czas pracy nad pod­sta­wami - naj­pierw Wymia­rem, potem Snem. Były też inne pro­jekty. Świetna robota. Część jego suge­stii, doty­czą­cych wyko­rzy­sta­nia indy­wi­du­al­nych punk­tów widze­nia do okre­śla­nia wymia­rów, była naprawdę genialna.

W każ­dym razie zaczął wła­śnie pracę nad nowym pro­jek­tem. To jeden z naj­waż­niej­szych, tych, któ­rymi zwy­kle zaj­muję się oso­bi­ście czy wręcz prze­ka­zuję Zefkie­lowi. - Zer­k­nął w górę. - Ale Kara­sel dosko­nale się spi­sy­wał, a jego ostatni pro­jekt był naprawdę wyjąt­kowy. Coś z pozoru try­wial­nego, lecz wraz z Sara­qu­aelem roz­wi­nęli to w... - Wzru­szył ramio­nami. - Nie­ważne. To obecny pro­jekt dopro­wa­dził go do nie­ist­nie­nia. Nikt z nas nie mógł prze­wi­dzieć...

- Jaki to był pro­jekt?

Fanuel spoj­rzał na mnie.

- Nie wiem, czy powi­nie­nem ci mówić. Wszyst­kie nowe kon­cep­cje uwa­żamy za tajne, póki nie dopro­wa­dzimy ich do osta­tecz­nej postaci, w któ­rej zostaną Wypo­wie­dziane.

Poczu­łem, że się zmie­niam. Nie potra­fię tego wyja­śnić, ale nagle nie byłem już sobą, tylko czymś więk­szym. Zosta­łem odmie­niony. Sta­łem się moją rolą.

Fanuel nie mógł spoj­rzeć mi w oczy.

- Jestem Raguel, Zemsta Pana. Służę bez­po­śred­nio Imie­niu. Moją misją jest odkryć naturę tego czynu i wywrzeć Zemstę Imie­nia na tych, któ­rzy za niego odpo­wia­dają. Masz odpo­wia­dać na moje pyta­nia.

Mały anioł zadrżał i zaczął mówić bar­dzo szybko:

- Kara­sel i jego part­ner zaj­mo­wali się Śmier­cią, usta­niem życia, koń­cem oży­wio­nego, cie­le­snego ist­nie­nia. Skła­dali wszystko do kupy, lecz Kara­sel zawsze posu­wał się za daleko w swej pracy - mie­li­śmy z nim mnó­stwo kło­po­tów, gdy pra­co­wał nad Zde­ner­wo­wa­niem. Wtedy zaj­mo­wał się Uczu­ciami...

- Sądzisz, że Kara­sel umarł, aby... zgłę­bić to zja­wi­sko?

- Albo dla­tego, że go intry­go­wało. Czy może posu­nął się zbyt daleko w swych bada­niach? Tak. - Fanuel wypro­sto­wał palce i spoj­rzał na mnie błysz­czą­cymi oczami. - Ufam, że nie powtó­rzysz tego nikomu nie­upraw­nio­nemu, Ragu­elu?

- Co uczy­ni­łeś, gdy zna­la­złeś ciało?

- Jak mówi­łem, wysze­dłem z Sali i ujrza­łem Kara­sela na chod­niku, patrzą­cego w górę. Spy­ta­łem, co robi. Nie odpo­wie­dział. Wtedy zauwa­ży­łem wewnętrzny płyn i dostrze­głem, że Kara­sel nie tyle nie chce ze mną roz­ma­wiać, ile nie może.

Prze­ra­zi­łem się. Nie wie­dzia­łem, co robić.

Wtedy zja­wił się Anioł Lucy­fer. Spy­tał, czy coś się stało. Powie­dzia­łem mu. Poka­za­łem ciało. A potem... potem Lucy­fer przy­brał swój Aspekt i połą­czył się z Imie­niem. Tak jasno pło­nął.

Następ­nie powie­dział, że musimy spro­wa­dzić tego, któ­rego rola obej­muje podobne wyda­rze­nia. I odle­ciał - przy­pusz­czam, że po cie­bie. Ponie­waż ktoś inny zaj­mo­wał się już śmier­cią Kara­sela, a jego los nie był moją sprawą, wró­ci­łem do pracy, zysku­jąc nowy - jak sądzę, cenny - obraz dzia­ła­nia mecha­ni­zmów Żalu.

Zasta­na­wiam się nad ode­bra­niem Śmierci zespo­łowi Kara­sela i Sara­qu­aela. Może przy­dzielę go Zefkie­lowi, mojemu star­szemu wspól­ni­kowi, jeśli on zechce się nim zająć. Dosko­nale radzi sobie z głę­bo­kimi pro­ble­mami...

Tym­cza­sem w powie­trzu utwo­rzyła się kolejka anio­łów cze­ka­ją­cych na roz­mowę z Fanu­elem. Czu­łem, że usły­sza­łem już nie­mal wszystko, co mógłby mi prze­ka­zać.

- Z kim pra­co­wał Kara­sel? Kto ostatni mógł widzieć go żywego?

- Sądzę, że powi­nie­neś poroz­ma­wiać z Sara­qu­aelem. Osta­tecz­nie był jego wspól­ni­kiem. A teraz, jeśli mi wyba­czysz...

Powró­cił do roju swych pomoc­ni­ków, radząc, popra­wia­jąc, suge­ru­jąc, zabra­nia­jąc.

Męż­czy­zna urwał.

Na ulicy pano­wał spo­kój. Pamię­tam cichy szmer jego głosu, świer­got samot­nego świersz­cza. Jakieś małe zwie­rzę - może kot albo coś bar­dziej egzo­tycz­nego, szop pracz czy nawet sza­kal - prze­mknęło wśród cieni zapar­ko­wa­nych samo­cho­dów po dru­giej stro­nie ulicy.

- Sara­qu­ael pra­co­wał w naj­wyż­szej z gale­rii ota­cza­ją­cych pier­ście­niami Salę Ist­nie­nia. Jak już mówi­łem, pośrodku Sali tkwił Wszech­świat, poły­sku­jący i migo­czący jasnym bla­skiem. Się­gał wysoko w górę.

- Wszech­świat, o któ­rym mówisz, to był dia­gram? - spy­ta­łem, prze­ry­wa­jąc mu po raz pierw­szy.

- Nie­zu­peł­nie. Mniej wię­cej. Coś w tym rodzaju. To był pro­jekt wiel­ko­ści natu­ral­nej. Wisiał w Sali, a wszy­scy anio­ło­wie krzą­tali się wokół niego i cały czas przy nim maj­stro­wali. Zaj­mo­wali się Cią­że­niem, Muzyką, Porząd­kiem i innymi spra­wami. Tak naprawdę nie był to wszech­świat, jesz­cze nie. Miał się nim stać, gdy zosta­nie ukoń­czony i nadej­dzie czas Nazwa­nia.

- Ale... - Gorącz­kowo szu­ka­łem słów, które mogłyby wyra­zić moje zmie­sza­nie.

Nie­zna­jomy prze­rwał mi.

- Nie przej­muj się. Myśl o tym jak o modelu, jeśli to ci uła­twi sprawę. Albo mapie. Albo... jak to się nazywa? Pro­to­ty­pie. Tak. Match­bok­sie wszech­świata. - Uśmiech­nął się sze­roko. - Musisz wie­dzieć, że wiele z tych rze­czy, o któ­rych ci opo­wia­dam, już i tak sta­nowi tłu­ma­cze­nie na postaci i formy, które potra­fisz zro­zu­mieć. W prze­ciw­nym razie nie mógł­bym opowie­dzieć tej histo­rii. Chcesz jej wysłu­chać?

- Tak. - Nie obcho­dziło mnie, czy była praw­dziwa, czy nie. Musia­łem wysłu­chać jego opo­wie­ści do samego końca.

- Świet­nie. A zatem zamknij się i słu­chaj.

Spo­tka­łem się z Sara­qu­aelem na naj­wyż­szej gale­rii. W pobliżu nie było nikogo innego - tylko on, nieco papie­rów i kilka małych, lśnią­cych modeli.

- Przy­cho­dzę w spra­wie Kara­sela - oznaj­mi­łem.

Spoj­rzał na mnie.

- Kara­sela chwi­lowo nie ma - rzekł. - Spo­dzie­wam się, że nie­długo wróci.

Potrzą­sną­łem głową.

- Kara­sel nie wróci. Prze­stał ist­nieć jako byt duchowy - oznaj­mi­łem.

Jego świa­tło zbla­dło. Oczy otwarły się sze­roko.

- Nie żyje?

- To wła­śnie powie­dzia­łem. Wiesz może, jak to się stało?

- Ja... To takie nie­spo­dzie­wane. To zna­czy mówił o... ale nie mia­łem poję­cia, że mógłby...

- Powoli.

Sara­qu­ael przy­tak­nął. Wstał i pod­szedł do okna. Nie roz­ta­czał się z niego widok na Srebrne Mia­sto - widzie­li­śmy jedy­nie wiszący w powie­trzu odbity blask Mia­sta i nieba i dalej Mrok. Wiatr z Mroku łagod­nie pie­ścił włosy Sara­qu­aela, który stał odwró­cony do mnie ple­cami..

- Kara­sel jest... nie, był. Tak powi­nie­nem powie­dzieć, prawda? Był zawsze taki zaan­ga­żo­wany i taki twór­czy. Niczym się nie zado­wa­lał. Zawsze chciał wszystko zro­zu­mieć - doświad­czyć tego, nad czym pra­cuje. Nie zado­wa­lało go samo two­rze­nie, zro­zu­mie­nie w sen­sie inte­lek­tu­al­nym. Pra­gnął wszyst­kiego.

Wcze­śniej, gdy pra­co­wa­li­śmy nad wła­ści­wo­ściami mate­rii, nie sta­no­wiło to pro­blemu. Ale kiedy zaczę­li­śmy pro­jek­to­wać Nazwane uczu­cia... zanadto zaan­ga­żo­wał się w swoją pracę.

Naszym ostat­nim pro­jek­tem była Śmierć. To jedno z naj­trud­niej­szych zadań - podej­rze­wam też, że jedno z naj­waż­niej­szych. Moż­liwe nawet, że sta­nie się ono dla Stwo­rzo­nych atry­bu­tem, okre­śla­ją­cym całe Stwo­rze­nie. Gdyby nie Śmierć, mogliby po pro­stu ist­nieć, ale dzięki niej ich życia nabiorą sensu - sta­nie się gra­nicą, któ­rej nie potra­fią prze­kro­czyć...

- Uwa­żasz zatem, że sam się zabił?

- Wiem, że to zro­bił - powie­dział Sara­qu­ael.

Pod­sze­dłem do okna i wyj­rza­łem. Daleko w dole, bar­dzo daleko, dostrze­głem małą białą kropkę. Było to ciało Kara­sela. Będę musiał wezwać kogoś, by się nim zajął. Zasta­na­wia­łem się, co z nim zro­bimy. Ktoś z pew­no­ścią będzie wie­dział. Ktoś, kogo rolą jest usu­wa­nie nie­po­trzeb­nych rze­czy. Nie była to moja rola. Tyle wie­działem.

- Jak?

Wzru­szył ramio­nami.

- Po pro­stu wiem. Ostat­nio zaczął zada­wać pyta­nia - pyta­nia o Śmierć. Skąd możemy wie­dzieć, czy słusz­nie jest two­rzyć coś takiego, usta­lać zasady, jeśli sami tego nie doświad­czymy? Cały czas o tym mówił.

- A ty? Nie zasta­na­wia­łeś się nad tym?

Sara­qu­ael po raz pierw­szy odwró­cił się i spoj­rzał na mnie.

- Nie. To nasza rola - dys­ku­to­wać, impro­wi­zo­wać, wspo­ma­gać Stwo­rze­nie i Stwo­rzo­nych. Usta­lamy wszystko teraz, by, kiedy się Zacznie, wszystko dzia­łało jak w zegarku. W tej chwili pra­cu­jemy nad Śmier­cią, zatem jej wła­śnie się przy­glą­damy. Aspek­towi fizycz­nemu, uczu­cio­wemu, filo­zo­ficz­nemu...

I wzor­com. Kara­sel uwa­żał, że wszystko, co czy­nimy tu, w Sali Ist­nie­nia, two­rzy wzorce, struk­tury i formy odpo­wied­nie dla istot i wyda­rzeń, które, jeśli raz powstaną, będą trwać do swego kresu i być może doty­czyć nie tylko ich, ale i nas. Zapewne uwa­żał, że to jeden z jego wzor­ców.

- Dobrze zna­łeś Kara­sela?

- Tak dobrze, jak któ­ryś z nas może poznać innego. Widy­wa­li­śmy się tutaj, pra­co­wa­li­śmy razem. Cza­sami odcho­dzi­łem do mojej celi po dru­giej stro­nie mia­sta. Cza­sami on robił to samo.

- Opo­wiedz mi o Fanu­elu.

Jego usta wygięły się w uśmie­chu.

- Jest nad­gor­liwy. Sam nie­wiele robi. Zbiera dzieła innych i przy­pi­suje sobie wszyst­kie zasługi. - Zni­żył głos, choć na gale­rii poza nami nie było nikogo. - Słu­cha­jąc go, mógł­byś pomy­śleć, że Miłość była wyłącz­nie jego dzie­łem. Trzeba jed­nak przy­znać, że pil­nuje roboty. Z dwóch star­szych pro­jek­tan­tów to Zefkiel jest praw­dzi­wym twórcą, ale on tu nie przy­cho­dzi. Tkwi w swo­jej celi w Mie­ście i oddaje się kon­tem­pla­cjom; roz­wią­zuje pro­blemy z daleka. Jeśli chcesz pomó­wić z Zefkie­lem, idziesz do Fanu­ela i Fanuel prze­ka­zuje mu twoje pyta­nia...

- A co z Lucy­fe­rem? - prze­rwa­łem mu. - Opo­wiedz mi o nim.

- Lucy­fer? Dowódca Zastę­pów? On tu nie pra­cuje. Kilka razy odwie­dzał Salę, doko­nu­jąc inspek­cji Stwo­rze­nia. Mówią, że składa mel­dunki bez­po­śred­nio Imie­niu. Ni­gdy z nim nie roz­ma­wia­łem.

- Czy znał Kara­sela?

- Wąt­pię. Jak mówi­łem, był tu tylko dwa razy. Widy­wa­łem go jed­nak cza­sami. Tam. - Mach­nął czub­kiem skrzy­dła, wska­zu­jąc świat za oknem. - W locie.

- Dokąd zmie­rzał?

Sara­qu­ael spra­wiał wra­że­nie, jakby zamie­rzał coś powie­dzieć, potem jed­nak zmie­nił zda­nie.

- Nie wiem.

Wyj­rza­łem przez okno na Ciem­ność poza Srebr­nym Mia­stem.

- Może będę chciał jesz­cze z tobą poroz­ma­wiać - poin­for­mo­wa­łem Sara­qu­aela.

- Dobrze.

Odwró­ci­łem się.

- Panie? Wiesz może, czy przy­dzielą mi następ­nego wspól­nika? Do Śmierci?

- Nie - odpar­łem. - Nie­stety nie wiem.

Pośrodku Srebr­nego Mia­sta leżał park - miej­sce roz­rywki i odpo­czynku. Tam wła­śnie obok rzeki zna­la­złem Anioła Lucy­fera. Stał bez ruchu, patrząc na prze­pły­wa­jące wody.

- Lucy­fe­rze?

Skło­nił głowę.

- Ragu­elu. Czy­nisz jakieś postępy?

- Nie wiem. Może. Muszę zadać ci kilka pytań. Masz coś prze­ciw temu?

- Ależ nie.

- Jak zna­la­złeś ciało?

- Nie zna­la­złem. Nie­zu­peł­nie. Ujrza­łem Fanu­ela sto­ją­cego na ulicy. Wyglą­dał na zanie­po­ko­jo­nego. Spy­ta­łem, czy coś się stało, a on poka­zał mi mar­twego anioła. Ja zaś spro­wa­dzi­łem cie­bie.

- Rozu­miem.

Schy­lił się i wło­żył dłoń do zim­nej rzecz­nej wody. Nurt obmy­wał z plu­skiem jego palce.

- To wszystko?

- Nie­zu­peł­nie. Co robi­łeś w tej czę­ści mia­sta?

- Nie rozu­miem, czemu cię to obcho­dzi.

- Obcho­dzi mnie, Lucy­fe­rze. Co tam robi­łeś?

- Ja... spa­ce­ro­wa­łem. Robię to cza­sem. Spa­ce­ruję i myślę. I pró­buję zro­zu­mieć. - Wzru­szył ramio­nami.

- Spa­ce­ru­jesz na skraju Mia­sta?

Chwila ciszy. Potem:

- Tak.

- To wszystko, co chcia­łem wie­dzieć. Na razie.

- Z kim jesz­cze roz­ma­wia­łeś?

- Z sze­fem Kara­sela i jego part­ne­rem. Obaj uwa­żają, że sam się zabił. Zakoń­czył wła­sne życie.

- Z kim jesz­cze zamie­rzasz pomó­wić?

Unio­słem wzrok. Nad nami wzno­siły się wynio­słe wieże Mia­sta Anio­łów.

- Może ze wszyst­kimi.

- Wszyst­kimi?

- Jeśli będzie trzeba. To moja rola. Nie spo­cznę, póki nie zro­zu­miem, co się stało, i póki Zemsta Imie­nia nie dotknie tego, kto za to odpo­wiada. Ale jedno wiem na pewno.

- Co?

Z dosko­na­łych pal­ców Anioła Lucy­fera ście­kały kro­ple wody lśniące niczym dia­menty.

- Kara­sel się nie zabił.

- Skąd wiesz?

- Jestem Zemstą. Gdyby Kara­sel zgi­nął z wła­snej ręki - wyja­śni­łem Dowódcy Zastę­pów Nie­bie­skich - nie miał­bym tu nic do roboty, prawda?

Nie odpo­wie­dział.

Wzle­cia­łem ku świa­tłom wiecz­nego poranka.

- Masz może jesz­cze papie­rosa?

Pogrze­ba­łem w czer­wono-bia­łej paczce i poda­łem mu jed­nego.

- Dzięki.

Cela Zefkiela była więk­sza od mojej.

Nie było to miej­sce tylko do cze­ka­nia, lecz do życia, pracy, ist­nie­nia. Wypeł­niały je księgi, zwoje, papiery. Na ścia­nach wisiały podo­bi­zny i wize­runki - obrazy. Ni­gdy dotąd nie widzia­łem obrazu.

Pośrodku kom­naty stał wielki fotel. Sie­dział w nim Zefkiel, z zamknię­tymi oczami i odchy­loną głową.

Gdy się zbli­ży­łem, otwo­rzył oczy.

Nie pło­nęły jaśniej niż oczy innych anio­łów, które spo­tka­łem, zda­wało się jed­nak, że oglą­dały wię­cej. Było coś w jego wyglą­dzie. Nie potra­fię tego wyja­śnić. Poza tym nie miał skrzy­deł.

- Witaj, Ragu­elu - rzekł.

W jego gło­sie brzmiało zmę­cze­nie.

- Ty jesteś Zefkiel? - Nie wiem, dla­czego zada­łem to pyta­nie. Wie­dzia­łem prze­cież, kim jest. To część mojej roli. Roz­po­zna­wa­nie. Wiem, kim ty jesteś.

- W isto­cie. Nie gap się, Ragu­elu. Rze­czy­wi­ście nie mam skrzy­deł, ale moja rola nie wymaga, bym opusz­czał tę celę. Pozo­staję tu i roz­my­ślam. Fanuel składa mi mel­dunki. Przy­nosi do zaopi­nio­wa­nia nowe rze­czy, prze­ka­zuje pro­blemy, a ja zasta­na­wiam się nad nimi i od czasu do czasu czy­nię drobne suge­stie. To moja rola, tak jak twoja jest zemsta.

- Tak.

- Przy­cho­dzisz w spra­wie śmierci anioła Kara­sela?

- Tak.

- Ja go nie zabi­łem.

Gdy to powie­dział, poją­łem, że to prawda.

- To twoja rola, prawda? Odkry­cie, kto zabił nie­szczę­śnika, i wywar­cie na nim Zemsty Imie­nia.

- Tak.

Ski­nął głową.

- O co chciał­byś spy­tać?

Mil­cza­łem, zasta­na­wia­jąc się nad tym, co usły­sza­łem tego dnia.

- Wiesz, co Lucy­fer robił w tam­tej czę­ści Mia­sta, zanim zna­le­ziono ciało?

Stary anioł spoj­rzał na mnie.

- Mogę zgad­nąć.

- Tak?

- Spa­ce­ro­wał w Mroku.

Przy­tak­ną­łem. W moim umy­śle ryso­wał się już pewien zarys, coś, co nie­mal potra­fi­łem dostrzec. Zada­łem ostat­nie pyta­nie:

- Co możesz mi powie­dzieć o Miło­ści?

A on powie­dział. I sądzi­łem, że mam już wszystko.

Wró­ci­łem do miej­sca, w któ­rym leżało ciało Kara­sela. Szczątki zostały usu­nięte, krew zmyta, pióra zebrane i uprząt­nięte. Na srebr­nym chod­niku nie pozo­stało nic, co wska­zy­wa­łoby, że kie­dyś leżał tu trup, ale wie­dzia­łem, gdzie spo­czy­wał.

Wznio­słem się na skrzy­dłach. Pole­cia­łem w górę, póki nie zrów­na­łem się nie­mal ze szczy­tem wieży Sali Ist­nie­nia. Było tam okno. Wle­cia­łem przez nie do środka.

Sara­qu­ael pra­co­wał w sku­pie­niu. Umiesz­czał wła­śnie pozba­wio­nego skrzy­deł mane­kina w małej skrzynce. Po jed­nej jej stro­nie leżała podo­bi­zna małego brą­zo­wego stwo­rze­nia z ośmioma nogami. Po dru­giej wize­ru­nek bia­łego kwiatu.

- Sara­qu­aelu?

- Co? A, to ty. Witaj. Spójrz. Gdy­byś miał umrzeć i, powiedzmy, zostać pogrze­bany w ziemi w skrzyni, wolał­byś, aby co na tobie zło­żono - tego tu pająka czy tamtą lilię?

- Chyba lilię.

- Ja też tak myślę, ale czemu? Chciał­bym... - Pod­parł dło­nią brodę, wpa­tru­jąc się w dwa modele. Eks­pe­ry­men­tal­nie uło­żył na skrzyni naj­pierw jeden, potem drugi. - Jest tak wiele do zro­bie­nia, Ragu­elu. Tak wiele rze­czy, które trzeba usta­lić, a my mamy tylko jedną szansę. Będzie tylko jeden wszech­świat - nie możemy pró­bo­wać, póki się nam nie uda. Chciał­bym wie­dzieć, czemu to wszystko jest dla Niego takie ważne...

- Wiesz, gdzie leży cela Zefkiela? - spy­ta­łem.

- Tak. To zna­czy, ni­gdy tam nie byłem, ale wiem, gdzie jest.

- Dosko­nale. Udaj się tam. Będzie cię ocze­ki­wał. Tam się spo­tkamy.

Potrzą­snął głową.

- Mam tu pracę. Nie mogę tak po pro­stu...

Poczu­łem, jak opada na mnie moja rola. Spoj­rza­łem na niego z góry i powie­dzia­łem:

- Będziesz tam cze­kał. Idź już.

Nie odpo­wie­dział. Cof­nął się w stronę okna, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzroku. Potem odwró­cił się, zatrze­po­tał skrzy­dłami i zosta­łem sam.

Pod­sze­dłem do środ­ko­wej studni Sali i zaczą­łem spa­dać, kozioł­ku­jąc przez model wszech­świata, który lśnił wokół mnie pełen nie­zna­jo­mych kształ­tów i barw wiją­cych się wokół bez celu i zna­cze­nia.

Gdy zbli­ży­łem się do dna, ude­rzy­łem skrzy­dłami, spo­wal­nia­jąc upa­dek, i lekko opa­dłem na srebrną posadzkę. Fanuel stał tam pomię­dzy dwoma anio­łami, któ­rzy pró­bo­wali zwró­cić na sie­bie jego uwagę.

- Nie obcho­dzą mnie względy czy­sto este­tyczne - wyja­śniał jed­nemu. - W żad­nym razie nie możemy umie­ścić go pośrodku. Pro­mie­nio­wa­nie tła unie­moż­li­wi­łoby powsta­nie jakich­kol­wiek form życia, a zresztą jest zbyt nie­sta­bilne.

Odwró­cił się do dru­giego.

- W porządku, pokaż. Hmm. A więc tak wygląda Zie­leń. Tro­chę ina­czej ją sobie wyobra­ża­łem, ale... Hmm. Zostaw ją tu. Dam ci znać. - Wyjął papier z ręki anioła i zło­żył go zde­cy­do­wa­nym gestem.

Odwró­cił się do mnie. Zacho­wy­wał się szorstko i lek­ce­wa­żąco.

- Tak?

- Muszę z tobą pomó­wić.

- Hmm. Lepiej więc się pośpiesz. Mam mnó­stwo pracy. Jeśli cho­dzi o śmierć Kara­sela, powie­dzia­łem ci wszystko, co wiem.

- Cho­dzi o śmierć Kara­sela. Ale nie będę teraz z tobą roz­ma­wiał. Nie tutaj. Idź do celi Zefkiela. On cię ocze­kuje. Tam się spo­tkamy.

Wyglą­dało na to, że zamie­rza coś powie­dzieć, lecz jedy­nie ski­nął głową i ruszył ku drzwiom.

Odwró­ci­łem się, by odejść, gdy nagle coś przy­szło mi do głowy. Zatrzy­ma­łem anioła z Zie­le­nią.

- Powiedz mi coś.

- Jeśli potra­fię.

- Ta rzecz. - Wska­za­łem wszech­świat. - Czemu ona służy?

- Służy? To prze­cież wszech­świat.

- Wiem, jak go nazy­wają, ale po co ist­nieje?

Zmarsz­czył brwi.

- To część planu. Imię wymaga tego i tego, w tych wymia­rach, przy takich wła­ści­wo­ściach i skład­ni­kach. Naszą rolą jest nada­nie wszyst­kiemu kształtu wedle Jego woli. Jestem pewien, że On wie, do czego służy wszech­świat, ale mnie tego nie zdra­dził. - W jego gło­sie pobrzmie­wał łagodny wyrzut.

Ski­ną­łem głową i opu­ści­łem to miej­sce.

Wysoko nad Mia­stem falanga anio­łów krą­żyła, zawra­cała i nur­ko­wała. Każdy z nich dzier­żył w dłoni ogni­sty miecz, który cią­gnął za sobą pasmo pło­mien­nej jasno­ści rażą­cej wzrok. Wszy­scy poru­szali się jak jeden na tle łoso­sio­wego nieba. Byli bar­dzo piękni, zupeł­nie jak... Znasz takie let­nie wie­czory, gdy na nie­bie tań­czą całe stada pta­ków? Łączą się, krążą, zbie­rają i roz­dzie­lają, raz po raz, i myślisz, że dostrze­głeś już wzór, gdy nagle uświa­da­miasz sobie, że nie i że ni­gdy go nie zoba­czysz. To było takie samo, tyle że lep­sze.

Nade mną wisiało niebo, pode mną roz­cią­gało się lśniące Mia­sto - mój dom. A poza Mia­stem Mrok.

Lucy­fer wisiał w powie­trzu tuż pod Zastę­pem, obser­wu­jąc manewry.

- Lucy­fe­rze.

- Tak, Ragu­elu? Czy odkry­łeś swego zło­czyńcę?

- Chyba tak. Zechcesz towa­rzy­szyć mi do celi Zefkiela? Cze­kają tam na nas inni. Wtedy wszystko wyja­śnię.

Przez chwilę mil­czał, a potem rzekł:

- Oczy­wi­ście.

Uniósł dosko­nałą twarz ku anio­łom wyko­nu­ją­cym na nie­bie powolny obrót. Wszy­scy poru­szali się w powie­trzu w ide­al­nym tem­pie, równo, choć w ogóle się nie doty­kali.

- Aza­zelu.

Z kręgu wyfru­nął anioł. Pozo­stali odro­binę zmie­nili pozy­cję, zapeł­nia­jąc puste miej­sce tak, że po chwili nie dało się stwier­dzić, gdzie był.

- Muszę odejść. Teraz ty dowo­dzisz, Aza­zelu. Kon­ty­nuuj ćwi­cze­nia. Wciąż muszą dosko­na­lić swe umie­jęt­no­ści.

- Tak, panie.

Aza­zel zawisł w powie­trzu w miej­scu, gdzie wcze­śniej tkwił Lucy­fer, patrząc w górę na rze­szę anio­łów. My zaś z Lucy­ferem pole­cie­li­śmy ku Mia­stu.

- To mój zastępca - oznaj­mił Lucy­fer. - Bły­sko­tliwy, pełen entu­zja­zmu. Aza­zel poszedłby za mną wszę­dzie.

- Po co ich szko­lisz?

- Na wojnę.

- Z kim?

- Skąd mam wie­dzieć?

- Z kim będą wal­czyć? Kto jesz­cze ist­nieje?

Spoj­rzał na mnie. Jego oczy były czy­ste i szczere.

- Nie wiem, ale On Nazwał nas, byśmy byli Jego armią. Toteż sta­niemy się dosko­nali. Dla Niego. Imię jest nie­omylne, wszech­mą­dre i spra­wie­dliwe, Ragu­elu. Nie może być ina­czej. Nie­ważne, co... - Odwró­cił wzrok.

- Zamie­rza­łeś coś powie­dzieć?

- To nie­istotne.

- Aha.

Przez resztę drogi do celi Zefkiela mil­cze­li­śmy.

Spoj­rza­łem na zega­rek. Docho­dziła trze­cia. Ulicą L.A. prze­to­czył się powiew zim­nego wia­tru. Zadrża­łem. Męż­czy­zna zauwa­żył to i zawie­sił głos.

- Wszystko w porządku? - spy­tał.

- Jasne. Pro­szę, mów dalej. To fascy­nu­jące.

Kiw­nął głową.

- Cze­kali już w celi Zefkiela: Fanuel, Sara­qu­ael i sam Zefkiel. Zefkiel sie­dział w fotelu. Lucy­fer zajął miej­sce obok okna.

Prze­sze­dłem na śro­dek kom­naty i zaczą­łem mówić.

- Dzię­kuję, że wszy­scy zgo­dzi­li­ście się tu przy­być. Wie­cie, kim jestem. Zna­cie moją rolę. Jestem Zemstą Imie­nia. Ramie­niem Pana. Jestem Raguel.

Anioł Kara­sel nie żyje. Moim zada­niem jest wykryć, czemu zgi­nął, kto go zabił. Uczy­ni­łem to. Anioł Kara­sel był pro­jek­tan­tem w Sali Ist­nie­nia. Świet­nie się spi­sy­wał, a przy­naj­mniej tak sły­sza­łem...

Lucy­fe­rze, powiedz mi, co robi­łeś, nim natkną­łeś się na Fanu­ela i ciało?

- Już mówi­łem. Spa­ce­ro­wa­łem.

- Gdzie dokład­nie spa­ce­ro­wa­łeś?

- Nie rozu­miem, czemu mia­łoby cię to obcho­dzić?

- Powiedz mi.

Zawie­sił głos. Był wyż­szy niż któ­ry­kol­wiek z nas. I dumny.

- Dosko­nale. Wędro­wa­łem w Mroku. Od jakie­goś czasu spa­ce­ruję w Ciem­no­ści. Dzięki temu spo­glą­dam na Mia­sto z innej per­spek­tywy, z zewnątrz. Widzę, jakie jest piękne, jakie dosko­nałe. Nie ma niczego cudow­niej­szego niż nasz dom, niczego peł­niej­szego. Nikt nie mógłby pra­gnąć zna­leźć się gdzie indziej.

- A co takiego robisz w Mroku, Lucy­fe­rze?

Spoj­rzał na mnie.

- Spa­ce­ruję i... w Mroku są też głosy. Słu­cham tych gło­sów. Obie­cują mi różne rze­czy, zadają pyta­nia, szep­czą, bła­gają, a ja je igno­ruję. Zbie­ram siły i spo­glą­dam na Mia­sto. To jedyna metoda wypró­bo­wa­nia mej woli - wysta­wie­nia się na próbę. Jestem dowódcą Zastę­pów, pierw­szym pośród anio­łów, i muszę dowieść swych sił.

Ski­ną­łem głową.

- Czemu nie wspo­mnia­łeś mi o tym wcze­śniej?

Spoj­rzał na mnie z góry.

- Bo jestem jedy­nym anio­łem spa­ce­ru­ją­cym w Mroku. Bo nie chcę, by inni się tam zna­leźli. Ja jestem dość silny, by rzu­cić wyzwa­nie gło­som, pod­dać się pró­bie. Pozo­stali nie. Mogliby potknąć się bądź upaść.

- Dzię­kuję, Lucy­fe­rze. Na razie to wszystko. - Odwró­ci­łem się do następ­nego anioła. - Fanu­elu, od jak dawna przy­pi­su­jesz sobie zasługi za pracę Kara­sela?

Jego usta otwarły się, nie dobył się z nich jed­nak żaden dźwięk.

- Słu­cham?

- Ja... ni­gdy nie przy­pi­sał­bym sobie zasług za czy­jąś pracę.

- Ale przy­pi­sa­łeś sobie Miłość.

Zamru­gał.

- Ow­szem, zro­bi­łem to.

- Zechcesz wyja­śnić nam wszyst­kim, czym jest Miłość? - spy­ta­łem.

Rozej­rzał się zakło­po­tany.

- To uczu­cie głę­bo­kiej sym­pa­tii i pociągu do innej istoty, czę­sto połą­czone z namięt­no­ścią bądź żądzą - potrzebą bycia z kimś. - Prze­ma­wiał sucho tonem nauczy­ciela, jakby recy­to­wał wzór mate­ma­tyczny. - Uczu­cie, jakim obda­rzamy Imię, naszego Stwórcę, jest miło­ścią... mię­dzy innymi. Miłość sta­nie się impul­sem, który potrafi inspi­ro­wać albo pro­wa­dzi do ruiny. Jeste­śmy... - Urwał, po czym powtó­rzył: - Jeste­śmy z niej bar­dzo dumni.

Wyma­wiał słowa, lecz naj­wy­raź­niej nie żywił nadziei, że mu wie­rzymy.

- Kto wyko­nał więk­szość pracy nad Miło­ścią? Nie, nie odpo­wia­daj. Naj­pierw muszę zadać pyta­nia pozo­sta­łym. Zefkielu, gdy Fanuel prze­ka­zał ci do zatwier­dze­nia szcze­góły doty­czące Miło­ści, powie­dział, że czyim jest dzie­łem?

Bez­skrzy­dły anioł uśmiech­nął się łagod­nie.

- Twier­dził, że to jego pro­jekt.

- Dzię­kuję. A teraz ty, Sara­qu­aelu. Czyja była Miłość?

- Moja. Moja i Kara­sela. Może bar­dziej jego niż moja, ale pra­co­wa­li­śmy nad nią razem.

- Wie­dzia­łeś, że Fanuel sobie przy­pi­suje zasługę?

- Tak.

- I pozwo­li­łeś na to?

- On... przy­rzekł, że da nam nowy świetny pro­jekt. Obie­cał, że jeśli nic nie powiemy, dosta­niemy kolejne wiel­kie pro­jekty. I dotrzy­mał słowa. Dał nam Śmierć.

Odwró­ci­łem się do Fanu­ela.

- I co?

- To prawda, że twier­dzi­łem, iż Miłość jest moja.

- Była jed­nak Kara­sela i Sara­qu­aela.

- Tak.

- Ich ostatni pro­jekt przed Śmier­cią?

- Tak.

- To wszystko.

Pod­sze­dłem do okna, wyj­rza­łem na srebrne wieże i dalej w mrok. Potem zaczą­łem mówić:

- Kara­sel był nie­zwy­kłym pro­jek­tan­tem. Jeśli miał jakąś wadę, to tę, że zanadto anga­żo­wał się w swoją pracę. - Odwró­ci­łem się do nich. Anioł Sara­qu­ael drżał. Świa­tła pod jego skórą migo­tały. - Sara­qu­aelu, kogo kochał Kara­sel? Kto był jego kochan­kiem?

Spu­ścił wzrok, potem uniósł go z dumą i agre­sją. I uśmiech­nął się.

- Ja.

- Chcesz mi o tym opo­wie­dzieć?

- Nie - wzru­szył ramio­nami - ale pew­nie muszę. Dobrze zatem.

Pra­co­wa­li­śmy razem. A gdy zaczę­li­śmy pra­co­wać nad Miło­ścią... zosta­li­śmy kochan­kami. To był jego pomysł. Gdy tylko nada­rzała się oka­zja, wra­ca­li­śmy do jego celi. Tam doty­ka­li­śmy się, obej­mo­wa­li­śmy, szep­ta­li­śmy sobie słowa czu­ło­ści i przy­sięgi wiecz­nego odda­nia. Jego los zna­czył dla mnie wię­cej niż mój wła­sny. Ist­nia­łem dla niego. Gdy byłem sam, powta­rza­łem sobie jego imię i myśla­łem tylko o nim.

- Gdy byli­śmy razem... - Spu­ścił głowę. - Nie liczyło się nic innego.

Pod­sze­dłem do niego, ują­łem go pod brodę i spoj­rza­łem wprost w szare oczy.

- Czemu zatem go zabi­łeś?

- Bo już mnie nie kochał. Gdy zaczę­li­śmy pracę nad Śmier­cią, on... stra­cił zain­te­re­so­wa­nie. Nie był już mój. Nale­żał do Śmierci. A skoro nie mogłem go mieć, wola­łem, by zabrał go nowy kocha­nek. Nie mogłem znieść jego obec­no­ści. Cier­pia­łem, gdy był w pobliżu, a ja wie­dzia­łem, że niczego już do mnie nie czuje. To wła­śnie bolało naj­bar­dziej. Sądzi­łem... mia­łem nadzieję... że kiedy odej­dzie, prze­sta­nie mnie obcho­dzić, że ból usta­nie. Toteż go zabi­łem. Pchną­łem nożem i wyrzu­ci­łem ciało z naszego okna w Sali Ist­nie­nia, lecz ból nie ustał. - Ostat­nie słowo zamie­niło się w jęk.

Sara­qu­ael uniósł rękę i ode­pchnął moją dłoń.

- Co teraz?

Poczu­łem, jak ogar­nia mnie mój aspekt, jak moja rola obej­muje mnie we wła­da­nie. Nie byłem już jed­nostką, lecz Zemstą Pana.

Zbli­ży­łem się do Sara­qu­aela i obją­łem go. Przy­ci­sną­łem wargi do jego ust. Wepchną­łem w nie język. Poca­ło­wa­li­śmy się. Zamknął oczy.

I wtedy poczu­łem, jak coś we mnie wzbiera: ogień, jasność. Kątem oka widzia­łem, jak Lucy­fer i Fanuel odwra­cają twa­rze od mego świa­tła. Czu­łem na sobie spoj­rze­nie Zefkiela. Mój blask sta­wał się coraz jaśniej­szy i jaśniej­szy, aż w końcu eks­plo­do­wał - z moich oczu, piersi, pal­ców, ust - biały, nisz­czący ogień.

Białe pło­mie­nie powoli pochła­niały Sara­qu­aela, który przy­warł do mnie, pło­nąc.

Wkrótce nic z niego nie zostało, abso­lut­nie nic.

Poczu­łem, że pło­mień mnie opusz­cza. Ponow­nie sta­łem się sobą.

Fanuel łkał. Lucy­fer był blady. Zefkiel sie­dział w fotelu, obser­wu­jąc mnie w mil­cze­niu.

Odwró­ci­łem się do Fanu­ela i Lucy­fera.

- Widzie­li­ście Zemstę Pana - oznaj­mi­łem. - Niech sta­nie się prze­strogą dla was obu.

Fanuel ski­nął głową.

- Stała się. O, tak. Ja... pójdę już, panie. Wrócę na moje sta­no­wi­sko, jeśli nie masz nic prze­ciw temu.

- Idź.

Poty­ka­jąc się, pod­szedł do okna i runął w blask, gwał­tow­nie bijąc skrzy­dłami.

Lucy­fer pod­szedł do miej­sca na srebr­nej posadzce, w któ­rym stał nie­gdyś Sara­qu­ael. Ukląkł, despe­racko wpa­tru­jąc się w pod­łogę, jakby pró­bo­wał zna­leźć szczątki anioła, któ­rego znisz­czy­łem, pła­tek popiołu, frag­ment kości, zwę­glo­nego pióra. Nie dostrzegł jed­nak niczego. Potem spoj­rzał na mnie.

- To nie było słuszne - rzekł. - To nie było spra­wie­dliwe. - Pła­kał. Mokre łzy ście­kały mu po twa­rzy. Co prawda Sara­qu­ael poko­chał jako pierw­szy, lecz to Lucy­fer pierw­szy prze­lał łzy. Ni­gdy o tym nie zapo­mnę.

Patrzy­łem na niego obo­jęt­nie.

- To była spra­wie­dli­wość. Zabił innego. Sam także został zabity. Wezwa­łeś mnie, bym wypeł­nił swoją rolę, i zro­bi­łem to.

- Ale... on kochał. Powinno się mu wyba­czyć, pomóc. Nie powi­nien zostać znisz­czony. To było złe.

- Taka jest Jego wola.

Lucy­fer wstał.

- Może zatem Jego wola jest nie­spra­wie­dliwa. Może jed­nak głosy w Ciem­no­ści mówią prawdę. Jak coś takiego mogłoby być słuszne?

- Jest słuszne. To Jego wola. Ja jedy­nie wypeł­ni­łem swe zada­nie.

Otarł łzy grzbie­tem dłoni.

- Nie - rzekł sta­now­czo. Pokrę­cił głową, po czym rzekł: - Muszę się nad tym zasta­no­wić. Pójdę już.

Pod­szedł do okna, wyszedł w niebo i znik­nął.

Zosta­li­śmy sami z Zefkie­lem. Sta­ną­łem obok niego. Pozdro­wił mnie ski­nie­niem.

- Dobrze speł­ni­łeś swe zada­nie, Ragu­elu. Czy nie powi­nie­neś wró­cić do celi i zacze­kać, aż znów będziesz potrzebny?

Męż­czy­zna na ławce odwró­cił się, szu­ka­jąc mnie wzro­kiem. Do tej pory mia­łem wra­że­nie, że nie­mal nie dostrzega mojej obec­no­ści. Patrzył przed sie­bie, mono­ton­nym gło­sem szep­cząc swą histo­rię. Teraz wyglą­dał, jakby nagle odkrył, że tam jestem, i zaczął mówić do mnie zamiast w powie­trze, do mia­sta Los Ange­les.

- Wie­dzia­łem, że ma rację, ale nie mogłem jesz­cze odejść, nawet gdy­bym pra­gnął. Mój aspekt nie do końca mnie opu­ścił. Nie w pełni wyko­na­łem zada­nie. I wtedy wszystko zro­zu­mia­łem, ogar­ną­łem całość i, podob­nie jak Lucy­fer, uklą­kłem. Dotkną­łem czo­łem srebr­nej posadzki.

- Nie, Panie - rze­kłem. - Jesz­cze nie.

Zefkiel dźwi­gnął się z fotela.

- Wstań. Nie przy­stoi, by jeden anioł trak­to­wał tak dru­giego. To nie ucho­dzi. Wstań!

Potrzą­sną­łem głową.

- Ojcze, ty nie jesteś anio­łem - szep­ną­łem.

Zefkiel nie odpo­wie­dział. Przez chwilę serce zamarło mi w piersi. Bałem się.

- Ojcze, naka­zano mi odkryć, kto odpo­wiada za śmierć Kara­sela. I już wiem.

- Doko­na­łeś swo­jej zemsty, Ragu­elu.

- Two­jej zemsty, Panie.

Wtedy on wes­tchnął i znów usiadł.

- Ach, mały Ragu­elu, pro­blem z two­rze­niem rze­czy polega na tym, że spi­sują się znacz­nie lepiej, niż pla­no­wa­łem. Czy mam spy­tać, jak mnie roz­po­zna­łeś?

- Ja... nie jestem pewien, Panie. Nie masz skrzy­deł. Cze­kasz w sercu Mia­sta, bez­po­śred­nio nad­zo­ru­jąc Stwo­rze­nie. Gdy znisz­czy­łem Sara­qu­aela, ty jeden nie odwró­ci­łeś wzroku. Wiesz zbyt wiele rze­czy. Ty... - Urwa­łem, zasta­na­wia­jąc się przez chwilę. - Nie wiem, skąd wiem. Jak mówisz, dobrze mnie stwo­rzy­łeś, ale zro­zu­mia­łem, kim jesteś, i poją­łem zna­cze­nie ode­gra­nego tu przed twym obli­czem dra­matu, gdy ujrza­łem, jak odcho­dzi Lucy­fer.

- Co zro­zu­mia­łeś, dzie­cię?

- Kto zabił Kara­sela. A przy­naj­mniej, kto pocią­gał za sznurki. Kto, na przy­kład, spra­wił, że Kara­sel i Sara­qu­ael razem pra­co­wali nad Miło­ścią, choć znał skłon­ność Kara­sela do zbyt­niego anga­żo­wa­nia się w pracę.

- Czemu ktoś miałby "pocią­gać za sznurki", Ragu­elu? - Prze­ma­wiał do mnie łagod­nie, nie­mal drwiąco, jak doro­sły, który udaje, że toczy poważną dys­putę z dziec­kiem.

- Bo nic nie dzieje się bez przy­czyny. A wszel­kie przy­czyny są Twoje. Sara­qu­ael był tylko ofiarą. Ow­szem, zabił Kara­sela, ale uczy­nił to po to, bym ja mógł znisz­czyć jego.

- I czy myli­łeś się, nisz­cząc go?

Spoj­rza­łem pro­sto w Jego stare, jakże stare, oczy.

- To moja rola, ale nie uwa­żam tego za spra­wie­dliwe. Myślę, iż trzeba było, abym znisz­czył Sara­qu­aela po to, by zade­mon­stro­wać Lucy­fe­rowi nie­spra­wie­dli­wość Pana.

Wów­czas uśmiech­nął się.

- A jaki cel mógłby mną kie­ro­wać?

- Ja... nie wiem, nie rozu­miem... tak jak nie rozu­miem, czemu stwo­rzy­łeś Mrok i głosy w Ciem­no­ści. Uczy­ni­łeś to jed­nak. Stwo­rzy­łeś to wszystko.

Przy­tak­nął.

- Ow­szem. Lucy­fer musi zasta­no­wić się nad nie­spra­wie­dli­wo­ścią znisz­cze­nia Sara­qu­aela. I to wła­śnie - mię­dzy innymi - pchnie go do pew­nego dzia­ła­nia. Biedny, słodki Lucy­fer. Jego los będzie naj­cięż­szy spo­śród wszyst­kich moich dzieci. Ist­nieje bowiem rola, którą musi ode­grać w nad­cho­dzą­cym dra­ma­cie. To wielka rola.

Wciąż klę­cza­łem przed Stwórcą Wszech­rze­czy.

- Co uczy­nisz teraz, Ragu­elu? - spy­tał mnie.

- Muszę wró­cić do celi. Wypeł­ni­łem swoją rolę. Wywar­łem Zemstę i ujaw­ni­łem sprawcę. To wystar­czy. Ale... Panie?

- Tak, dzie­cię?

- Czuję się brudny, nie­czy­sty, zbru­kany. Może to prawda, że wszystko, co się dzieje, dzieje się wedle Twej woli, a zatem jest dobre. Cza­sami jed­nak pozo­sta­wiasz krew na Swych narzę­dziach.

Przy­tak­nął, jakby się ze mną zga­dzał.

- Jeśli chcesz, Ragu­elu, możesz zapo­mnieć o tym wszyst­kim, o wszyst­kim, co się dziś zda­rzyło. - A potem dodał: - Jed­nakże jeśli nawet wolisz to zapa­mię­tać, ni­gdy nie będziesz mógł opo­wie­dzieć o tym innemu anio­łowi.

- Będę pamię­tał.

- To twój wybór. Prze­ko­nasz się jed­nak, że cza­sem łatwiej jest zapo­mnieć. Nie­pa­mięć może nieść ze sobą wol­ność. A teraz, jeśli pozwo­lisz... - się­gnął ręką, zdjął teczkę ze stosu na pod­ło­dze i otwo­rzył ją - muszę wra­cać do pracy.

Wsta­łem i pod­sze­dłem do okna. Mia­łem nadzieję, że On wezwie mnie z powro­tem, wyja­śni każdy szcze­gół swego planu. Sprawi, że poczuję się lepiej. On jed­nak mil­czał i opu­ści­łem Go, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Męż­czy­zna umilkł i mil­czał - nie sły­sza­łem nawet jego odde­chu - tak długo, że zaczą­łem się dener­wo­wać, myśląc, iż może zasnął albo umarł.

Nagle wstał.

- Pro­szę, druhu, to twoja histo­ria. Myślisz, że warta była paru papie­ro­sów i zapa­łek? - Zadał to pyta­nie bez cie­nia iro­nii w gło­sie, jakby odpo­wiedź była dla niego naprawdę ważna.

- Tak - odpar­łem. - O, tak. Ale co się stało dalej? Jak ty... to zna­czy, jeśli... - Urwa­łem.

Na ulicy nie było już ciemno. Zbli­żał się świt. Latar­nie powoli zaczy­nały gasnąć. Widzia­łem tylko ciemną syl­wetkę na tle jaśnie­ją­cego nieba. Wetknął ręce do kie­szeni.

- Co się dalej działo? Opu­ści­łem dom i zagu­bi­łem się, a w dzi­siej­szych cza­sach dom leży daleko stąd. Cza­sami robimy coś, czego żału­jemy, ale nic nie da się na to pora­dzić. Czasy się zmie­niają. Drzwi zamy­kają się za nami. Ruszamy dalej. Sam wiesz.

W końcu zna­la­złem się tutaj. Powia­dają, że w L.A. są sami przy­by­sze skąd­inąd. W moim przy­padku to dia­blo słuszna uwaga.

I wtedy, nim zdą­ży­łem zro­zu­mieć, co robi, nachy­lił się i poca­ło­wał mnie lekko w poli­czek. Jego zarost był szorstki i kłu­jący, lecz oddech pach­niał zaska­ku­jąco słodko. Nie­zna­jomy szep­nął mi do ucha:

- Nie upa­dłem. Nie­ważne, co mówią. Wciąż wyko­nuję swoją pracę naj­le­piej, jak umiem.

Czu­łem, jak poli­czek pło­nie mi w miej­scu, gdzie dotknęły go jego usta.

Wypro­sto­wał się.

- Lecz na­dal pra­gnę wró­cić do domu.

Męż­czy­zna odda­lił się mroczną ulicą. Sie­dzia­łem na ławce, odpro­wa­dza­jąc go wzro­kiem. Mia­łem wra­że­nie, jakby coś mi ode­brał, choć nie pamię­ta­łem już co. I czu­łem, że pozo­sta­wił coś w zamian - może roz­grze­sze­nie albo nie­win­ność, choć jaką, z jakich grze­chów, nie potra­fi­łem już rzec.

Nagle ujrza­łem obraz: nakre­ślone kredką posta­cie dwóch anio­łów wal­czą­cych nad dosko­nale pięk­nym mia­stem. A na nich odcisk dzie­cię­cej dłoni. Krwawa plama na bia­łym papie­rze. Poja­wił mi się w gło­wie nie­pro­szony i nie wiem, co ozna­czał.

Wsta­łem.

Było zbyt ciemno, bym mógł dostrzec tar­czę zegarka, ale wie­dzia­łem, że tego dnia nie zaznam snu. Wró­ci­łem do miej­sca, w któ­rym się zatrzy­ma­łem, do domu obok kar­ło­wa­tej palmy, by umyć się i cze­kać. Roz­my­śla­łem o anio­łach i o Tink, i zasta­na­wia­łem się, czy miłość i śmierć zawsze kro­czą obok sie­bie.

Następ­nego dnia samo­loty do Anglii znów latały.

Czu­łem się dziw­nie - nie­wy­spa­nie wpra­wiło mnie w żało­sny stan, w któ­rym wszystko wydaje się bez­barwne i pozba­wione zna­cze­nia, kiedy nic się nie liczy, a rze­czy­wi­stość spra­wia wra­że­nie ską­pej i ulot­nej. Jazda tak­sówką na lot­ni­sko była praw­dzi­wym kosz­ma­rem. Zmę­cze­nie i upał wzmo­gły moją iry­ta­cję. W gorą­cym L.A. nosi­łem tylko pod­ko­szu­lek; płaszcz zapa­ko­wa­łem na samo dno torby. Tkwił tam przez cały pobyt.

Na lot­ni­sku pano­wał tłok. Nie prze­szka­dzało mi to jed­nak.

Ste­war­desa prze­szła przez samo­lot, pcha­jąc przed sobą wózek z gaze­tami: Herald Tri­bune, USA Today i L.A. Time­sem. Wzią­łem egzem­plarz Timesa, lecz słowa opusz­czały moją głowę w chwili, gdy zare­je­stro­wały je oczy. Nic z tego, co prze­czy­ta­łem, nie pozo­stało w pamięci. Nie­prawda, kła­mię - gdzieś na dal­szych stro­nach zna­la­złem notatkę o potrój­nym mor­der­stwie: dwie kobiety i małe dziecko. Nie podano nazwisk i nie wiem, czemu w ogóle zapa­mię­ta­łem tę wia­do­mość.

Wkrótce zasną­łem. Śniło mi się, że pie­przę się z Tink, pod­czas gdy z jej zamknię­tych oczu i ust powoli wypływa krew. Krew była zimna, gęsta i lepka. Obu­dzi­łem się wstrzą­sany dresz­czami w kli­ma­ty­zo­wa­nym samo­lo­cie, czu­jąc nie­smak w ustach. Język i wargi mia­łem suche. Wyj­rza­łem przez podra­pane owalne okno, spoj­rza­łem w dół na chmury i nagle (nie po raz pierw­szy) pomy­śla­łem, że w isto­cie są one inną kra­iną, kra­iną, w któ­rej wszy­scy wie­dzą, czego szu­kają i jak mają wró­cić do miej­sca wyj­ścia. Przy­glą­da­nie się chmu­rom to jedna z rze­czy, którą naj­bar­dziej lubię w lata­niu. To oraz bli­skość wła­snej śmierci.

Cia­sno owi­ną­łem się cien­kim kocem i znów zasną­łem. Jeśli nawet nawie­dziły mnie kolejne sny, nic po nich nie zostało.

Wkrótce po tym, jak samo­lot wylą­do­wał w Anglii, nad­cią­gnęła śnie­życa, uszka­dza­jąc linie zasi­la­nia. Byłem wtedy sam w win­dzie, która pociem­niała i utknęła mię­dzy pię­trami. Natych­miast włą­czyła się słaba lampka awa­ryjna. Naci­ska­łem czer­wony przy­cisk alarmu, póki bate­rie nie wyczer­pały się i dzwo­nek nie umilkł. Potem drża­łem już tylko w koszulce z L.A., sku­lony w kącie małego, srebr­nego pokoju, patrząc, jak oddech paruje mi w powie­trzu.

Nie było tam niczego poza mną. Mimo wszystko jed­nak czu­łem się pew­nie i bez­piecz­nie. Wkrótce ktoś się zjawi i otwo­rzy drzwi. W końcu ktoś mnie wypu­ści i wie­dzia­łem, że nie­długo wrócę do domu.