Utrata pamięci - Konrad Szantula

Kup ebooka

62.99 zł
50.39 zł (46,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Część pierwsza

Rozdział II

Nieszczęście w szczęściu

Jak dobrze wyjść ze szpitala. Nie wiem, ile jeszcze bym w nim wytrzymał. Przez ten szpital prawie zapomniałem, jak to jest być wolnym. A, i ten zapach powietrza! Trudno znaleźć słowo opisujące to zjawisko. Mam nadzieję, że wyciągnę wnioski z tego wszystkiego, co mnie spotkało. A na razie postaram się omijać szpitale szerokim łukiem. Myślałem tak sobie, stojąc koło szpitala w uroczy poranek, gdy miała przyjechać po mnie pani z opieki społecznej, żeby zabrać mnie do domu dziecka, ponieważ nie miałem się gdzie podziać. Czekałem na zewnątrz przez dłuższy czas. Minęła już godzina, to było dziwne, bo umawialiśmy się na ósmą koło szpitala. Nie chciało mi się już czekać, więc postanowiłem przejść się trochę i pójść do parku, ale pielęgniarka mnie zatrzymała i nie chciała wypuścić ze szpitala, bo nie jestem pełnoletni. Musiałem słuchać jej narzekania przez jeszcze dwie godziny. Zaprowadziła mnie do mojej byłej sali i kazała usiąść na łóżku, którego miałem już dosyć. Skrzypiało, gdy tylko ktoś chciał na nim usiąść, wydawało odgłosy, jakby ktoś sobie beknął.

Po całej aferze w szpitalu każdy zachowywał się bardzo dziwnie, a zwłaszcza nowe pielęgniarki, które zastępowały tamte, które poszły siedzieć za nielegalne testy na ludziach i handlowanie narkotykami. To okropne, jak ludzie, którzy cierpią, zostają wciągnięci w czyjąś grę lub jakiś interes. Ludzie to nie króliki doświadczalne. Mam tylko nadzieję, że nie powtórzy się historia z tymi pielęgniarkami. Bo to by oznaczało, że ten szpital jest przeklęty lub nawiedzony. Bądź po prostu mamy kiepską policję, która nie pilnuje porządku. Lub, co gorsza, ona jest w to wplątana, myślałem sobie. Oby dawni pracownicy poszli siedzieć na długo i obym już ich nie musiał widzieć, bo pewnie nie byłoby to miłe, gdybym takich spotkał na ulicy, chyba przeszłyby po mnie ciarki. Osoby te są zdolne do wszystkiego, nie cofną się przed niczym.

Zbliżała się pora obiadu. Myślałem, że właśnie do sali wjeżdża pielęgniarka z posiłkiem, ale gdy drzwi się otworzyły, weszła pani z opieki, przeprosiła mnie za spóźnienie i powiedziała, żebym poszedł za nią. Dotarliśmy do czarnego audi, bardzo luksusowego i zadbanego. W środku były skórzane fotele, na dodatek ogrzewane, również koloru czarnego. Gdy wsiedliśmy do auta, popatrzyła się na mnie i powiedziała, żebym zapiął pasy. Zapaliła silnik i ruszyliśmy w drogę. Zapytałem, dokąd jedziemy, ale nie była zbyt rozmowna.

Jechaliśmy przez las autostradą, bo droga się nie kończyła. Patrzyłem w okno z mojej prawej strony, był to niesamowity widok, tak dawno nie widziałem lasu, że zapomniałem, jak pachnie i wygląda.

- Chciałbym kiedyś pójść na spacer. Będzie to możliwe na miejscu? - spytałem panią z opieki.

Odpowiedziała sarkastycznie, że nie, bo tam nie rośnie las i to ośrodek zamknięty, nikt z niego nie wychodzi bez opiekuna na zewnątrz. Są tam zasady i trzeba się ich trzymać. Wyjść można wtedy, gdy ktoś kogoś zaadoptuje. To były chyba pierwsze zdania wypowiedziane przez nią od początku drogi.

- Tak w ogóle jestem Katarzyna Zielińska. - Podała mi dłoń, wiec ją uścisnąłem w geście dobrego wychowania i grzeczności. - Możesz mówić mi Kasia. Jeszcze długa droga, możesz iść spać. Aha, jedziemy do domu dziecka na ulicy Świrka osiemnaście w Cieszynie. Dom dziecka nazywa się Pod Wesołą Chmurką. Ten dom jest bardzo sławny pod względem takim, że ludzie bardzo często przychodzą adoptować dzieci właśnie w okresie wiosennym i najczęściej dom zostaje pusty, a dzieci, które opuściły swoich przyjaciół lub znajomych, wciąż utrzymują ze sobą kontakt i piszą do nas e-maile. Najczęściej piszą, jak się czują i czy jest im dobrze. Po drodze trzeba jeszcze wstąpić do szpitala w miejscowości Gdanu, musimy odebrać tam dwie osoby w twoim wieku. Nie patrz tak na mnie, nie jesteś jedyną osobą, która straciła pamięć i została postrzelona. W całym kraju były cztery takie przypadki i wciąż nie możemy zrozumieć, dlaczego czwórka nastolatków w tym wieku, z różnych miast i województw, została zaatakowana, a ataki się nie powiodły.

- Kim są te osoby? Są to bracia?

- Tak, bliźniacy. Są blondynami, jak na swój wiek posługują się nietypowym słownictwem.

- To znaczy?

- Mają bardzo bogate słownictwo, tak jakby ktoś otworzył im głowę i wrzucił do niej parę książek. Są dość sympatyczni i przyjaźni. Stracili rodziców. O dziwo, ta czwórka nastolatków nie ma krewnych, a ich rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Wygląda to tak, jakby ktoś planował to miesiącami i chciał popełnić zbrodnię doskonałą, lecz nie do końca mu się udało. - W jej oczach widziałem współczucie, tak jakby sama przez to przechodziła.

Gdy tylko dojechaliśmy do szpitala w Gdanu, pani Kasia zaparkowała auto i wysiadła, aby odebrać bliźniaki ze szpitala. Jednak gdy miała zamykać drzwi, zatrzymała się i spytała mnie, czy z nią pójdę. Pokiwałem głową, odpiąłem pasy i wyszedłem z auta. Gdy weszliśmy do szpitala, skierowaliśmy się na pierwsze piętro. Wyglądało to tak, jakby tu już bywała.

Weszliśmy do pokoju z numerem dwadzieścia dziewięć. Od razu zobaczyliśmy dwóch blondynów z walizkami. Mieli szczupłe sylwetki i byli dość przystojni.

- Poznajcie Konrada. Jedziecie do tego samego domu dziecka co on, a więcej opowiem wam w aucie. Chodźcie za mną.

Poszliśmy schodami na parter i dotarliśmy do auta. Wsiedliśmy i trzasnąłem drzwiami.

- Gdzie są kluczyki? - zapytała ze zdziwieniem pani Kasia.

- Mogę się dowiedzieć, kim pani jest naprawdę? Żadna pani od opieki nie ubiera się na czarno, nie nosi ciemnych okularów i nie zna takich informacji jak ty - zapytałem.

- Ale o czym ty mówisz?

- Dobrze pani wie. Kim pani jest? - spytałem, dość poirytowanym głosem.

- To prawda, jestem agentką. Mam was zabrać do Cieszyna. I dopilnować, żebyście dotarli tam cali i zdrowi.

- Czyli teraz jedziemy po kolejną osobę? - odezwał się blondyn Kamil, drugi zaś uważnie słuchał.

- Nie, oni już są w drodze do domu Pod Wesołą Chmurką. Nimi opiekuje się kolega z pracy. Jak sądzę, już pewnie są na miejscu. Mogę teraz kluczyki?

- Tak, proszę - powiedziałem.

Oddałem jej kluczyki od auta, zapięliśmy pasy i ruszyliśmy w drogę. Atmosfera nie była zbyt przyjazna, każdy siedział cicho przez całą podróż. Na szczęście drogi już nie zostało zbyt wiele, może z sześćdziesiąt minut. Minęliśmy znak "Cieszyn". Był tak duży, że nie sposób go było nie dostrzec.

Każdy zabrał swoje rzeczy z auta i ruszył za agentką lub, jak wolała, panią z opieki społecznej. Ten budynek wyglądał dość dobrze. Nie był aż tak stary, jak by się innym wydawało. Nad drzwiami widniał duży napis "Pod Wesołą Chmurką". Gdy już każdy popatrzył sobie na niego, ruszyliśmy w stronę recepcji, żeby odebrać klucze do pokojów. Weszliśmy po schodach, a każdy stopień skrzypiał, jakby ktoś zapomniał naoliwić drzwi. Na korytarzach wisiały obrazy, i to dość stare, nawet na niektórych farba wyblakła. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze - ja, Kamil i Arek - w jednym pokoju.

- Drzwi z numerem trzynaście to wasz pokój. Kolacja jest o godzinie osiemnastej - powiedziała nasza opiekunka. - Lekcje zaczynają się o ósmej, śniadanie jest o siódmej dwadzieścia.

- Uczyć się będziemy w tym budynku czy w szkole? - zapytałem.

Opiekunka odpowiedziała, że lekcje odbędą się tutaj. A dokładnie na parterze. Ale dopóki wszyscy nie przyjadą, lekcje się nie odbędą.

Gdy już wyszła, zaczęliśmy się rozpakowywać.

- No, nareszcie sobie poszła - powiedział Kamil. - W końcu trochę prywatności, musimy odpocząć. Po tej całej podróży aż w głowie się kręci.

Nagle opiekunka otworzyła drzwi i powiedziała:

- Jakbyście czegoś potrzebowali, to kuchnia jest otwarta.

- Ha, ha, mówiłeś coś - odparł Arek.

- Nie wiem, czy przyjechaliśmy tu odpoczywać - zacząłem rozmowę z bliźniakami.

- Dlaczego tak uważasz? - zapytał ze zdziwieniem Arek.

- Nie wiem jeszcze, ale to wszystko jest jakieś dziwne.

- Też tak uważam - powiedział Kamil.

- Po co nas tu ściągnęli? Czego od nas chcą, czego oczekują?

- Myślimy, że na te pytania szybko dostaniemy odpowiedzi - powiedzieli Arek i Kamil.

Powoli na podwórku nastawała ciemność i zbliżał się zachód słońca. Dochodziła osiemnasta. Spokojnie poszliśmy na stołówkę, żeby zjeść kolację, bo prawdę mówiąc, byliśmy głodni. Na stołówce było trzynaście stolików. Każdy pokój miał jeden stolik i tam siadały osoby, aby zjeść posiłek. Gdy tylko weszliśmy, nagle każdy zwrócił wzrok w naszą stronę, tak jakby zobaczył ducha. Ale nikt z naszej trójki nie zwracał na to uwagi i powędrowaliśmy do swojego stolika. Na wszystkich stolikach były cztery talerze i cztery kubki, koszyk z chlebem, masło i trochę wędliny i sera, ale tylko przy naszym stoliku były trzy krzesła, trzy talerze i kubki. Wyglądało na to, że jutro nie odbędą się lekcje dla nas.

Na ladzie stały jeszcze herbata i chleb, w razie czego, jakby się skończyły. Nienawidzę mięsa, zwłaszcza szynki. Widać bliźniaki też, bo jak już coś jedli, to tylko chleb z serem. No, ale lepsze to niż jedzenie szpitalne, pomyślałem sobie.

Nie sposób było jeść w tym miejscu, tyle oczu skierowanych było na nas. Pomyślałem sobie, że tutaj słowo "prywatność" chyba każdemu jest obce. O dziwo, każdy wyglądał normalnie, miejsce jak miejsce, tłoczno tu nie było.

- Pięćdziesiąt dwie osoby w domu dziecka to chyba mało, co nie? - spytałem Kamila.

- Tak, ten jest chyba najmniejszy w całej Polsce.

-Ta agentka miała rację - szepnąłem.

- O czym mówisz? - zapytał Kamil.

- W drodze do tego ośrodka opowiadała mi, że w okresie wiosennym ten budynek zostaje pusty, bo ludzie adoptują wtedy dzieci i zabierają do swoich domów. Bardzo chwaliła ten ośrodek, nawet przez chwilę miałem wrażenie, że w nim pracuje.

- I chyba się nie myliłeś - odparł Arek. - Popatrz tam. Stolik numer czternaście, dla wychowawców i opiekunów.

- Nie rozumiem. Skoro nie jest agentką ani z opieki społecznej, to kim jest? - zdziwiłem się.

- Dobre pytanie - odparli bliźniacy.

Po kolacji odnieśliśmy naczynia do zlewu i poszliśmy do swojego pokoju. Może nie była to najlepsza kolacja, ale lepsze to niż nic.

I tak mieliśmy ciężko, więc nie narzekaliśmy, jedynym dla nas marzeniem było wydostać się z tego całego koszmaru.

- Ej, chłopaki, jesteście ze mną?

- Oczywiście, tacy jak my muszą trzymać się razem - odparł Kamil.

- Pomożecie mi ustalić, kim jest Katarzyna Zielińska? Czy faktycznie jest tym, za kogo się podaje.

- Czekamy na resztę czy zaczynamy? - odparł Arek.

- Zaczekajmy. Jak będzie nas więcej, to szybko dojdziemy do prawdy.

- Racja.

Była godzina dziewiętnasta czterdzieści pięć, poszliśmy się myć. Najpierw Kamil, Arek, a na końcu ja. Nie spieszyło mi się, i tak idę spać o dwudziestej drugiej.

- Jutro wstajemy na śniadanie. Oby było warte wstania o tej porze - powiedział Kamil.

Gdy już wszyscy wyszli spod prysznica, zbliżała się dziesiąta. Ukląkłem przed swoim łóżkiem, zrobiłem znak krzyża i zacząłem się modlić. Trochę to było okropne, jak w pokoju nie wisi żaden krzyż na ścianie. Gdy skończyłem się modlić, bliźniacy patrzyli na mnie jak na wariata.

- No co, jestem wierzący - powiedziałem.

- Nie o to nam chodzi. Jeszcze nie spotkaliśmy kogoś, kto by przy nieznanych mu osobach się modlił. Zazwyczaj bał się reakcji lub się wstydził. No wiesz, straciliśmy pamięć, ale o szpitalu nie zapomnimy tak szybko.

Wybiła już dwudziesta druga.

- Nie wiem jak wy, ale ja idę spać. Dobranoc - powiedziałem.

Rankiem, gdy się obudziłem, zobaczyłem, że na mojej pościeli leży koperta. Byłem zdziwiony. Znowu mam tajemniczego wielbiciela, pomyślałem sobie. Kiedy otworzyłem kopertę, wyjąłem list i zacząłem czytać. W liście było napisane:

Historia znów się powtarza, a na twoje pytanie odpowiedź jest blisko.

I dopisek:

Spal list, bo jak ktoś go znajdzie, to będziesz w niebezpieczeństwie.

Bez wahania zrobiłem to, o co poprosił mnie mój tajemniczy pomocnik. Akurat w sam raz, ponieważ już budzili się bliźniacy.

- Czy wam też spało się koszmarnie? - zapytałem.

-Tak - odpowiedzieli.

Gdy się ogarnęliśmy, zeszliśmy na śniadanie. Jednak ku naszemu zdziwieniu wszystkiego było po cztery, a to musiało oznaczać, że kolejna osoba zaraz powinna się zjawić. Usiedliśmy na krzesłach i zaczęliśmy jeść, oczekując gościa. W połowie śniadania weszła jedna osoba, dziewczyna. Przywitała się i usiadła na wolnym krześle. Niestety niczego nie tknęła, a patrzyła na nas tak, jakby chciała nam coś powiedzieć. Nagle ktoś z opiekunów poprosił o ciszę i zaczął mówić:

- Jesteście już wszyscy w komplecie, a więc jutro rozpoczynają się lekcje. Wasi opiekunowie przekażą wam plan lekcji i potrzebne rzeczy jeszcze dzisiaj. Dziękuję za uwagę.

Po śniadaniu wyszliśmy szybko do pokoju, aby porozmawiać.

- Witajcie, jestem Kornelia - odezwała się dziewczyna.

- Jestem Konrad, a to są bliźniacy Kamil i Arek.

Dziewczyna była szczupłą, wysoką blondynką o kręconych włosach i zielonych oczach.

- Posłuchajcie mnie - odezwał się Konrad. - Jesteśmy w komplecie. Musimy się dowiedzieć, kim jest Katarzyna Zielińska.

- Tak, sama spróbuję dowiedzieć się czegoś o tym gościu, co mnie tu przywiózł - powiedziała Kornelia. - A więc umowa stoi.

Godzinę później, jak się trochę poznaliśmy i rozpakowaliśmy swoje walizki, przyszła nasza opiekunka i była nią właśnie Katarzyna. Przyniosła nam plan lekcji i potrzebne przybory służące do nauki. Zeszyty, długopisy, książki, podręczniki i tak dalej.

-Waszą jutrzejszą lekcją jest biologia. Zostawiam wam wszystko, czego potrzebujecie. Biologia odbędzie się w sali jeden i rozpocznie się o godzinie dziewiątej. To by było na tyle. - Skierowała się do wyjścia, ale nagle się odwróciła i dodała: - Tylko się nie spóźnijcie. Pierwszego dnia nie wypada. - I zamknęła za sobą drzwi.

- Czeka nas jutro pracowity dzień - powiedziała Kornelia.

Podzieliliśmy się przyborami i książkami. Lekcję mieliśmy w tej samej klasie. Nie mogliśmy się już doczekać jutra. Bardzo ciekawiło nas, jak wyglądają tutaj lekcje. Choć tylko ja wiedziałem to, czego nie wiedzieli oni. I czułem niepokój, a oni byli bardzo zachwyceni. Postanowiłem sam zrobić śledztwo, takie dodatkowe, na wszelki wypadek. Położyłem się na łóżku i zacząłem sobie wszystko układać w głowie od początku. Pomyślmy, gdyby była to osoba z opieki, wiedziałaby tylko o mnie, a nie o całej czwórce, i znałaby trochę moją przeszłość. Jeśliby była opiekunką, nie stać by jej było na takie auto. Ten budynek jest zaniedbany, a mają auto cenniejsze od niego. Bardzo prawdopodobne jest to, że może być agentką bądź dla kogoś pracować. Gdybym miał telefon albo komputer i dostęp do Internetu, to sprawdziłbym informacje o niej, a tak to muszę polegać tylko na bibliotece. Może znajdę coś na jej temat w kronice lub jakąś umowę o pracę czy zlecenie gdzieś w biurze. Ciekawe, czy mają tu bibliotekę, pomyślałem sobie. Cokolwiek, żebym mógł odetchnąć z ulgą.

- Słyszeliście, że zaczynają montować kamery w ośrodku? - powiedział Kamil.

- Nie, dlaczego to robią? - spytałem.

- Jak byliśmy na śniadaniu, przez przypadek usłyszałem rozmowę opiekunów. Mówili, że wchodził do ośrodka na pierwsze piętro ktoś z zewnątrz. Nawet wśród młodzieży było to słychać, każdy o tym rozmawiał, bo jakiś chłopak widział, jak się panoszy na piętrze.

- Słyszałeś może, o kim mówią? - zapytał Arek.

- Nie, ale jeśli tak było, to jest duże prawdopodobieństwo, że opiekunowie zechcą go wysłuchać - powiedział Kamil.

- Przesłuchać - poprawiła go Kornelia.

- Dobre spostrzeżenie - dodałem.

- Gdy tylko skończą montować kamery, naszym zadaniem będzie znać ich lokalizację, tak na wszelki wypadek, ostrożności nigdy za wiele. - Kamil zaczął rozmowę. - Po długim namyśle doszliśmy z bratem do wniosku, że to zostało zaaranżowane.

- Co masz na myśli? - spytała Kornelia.

- Popatrzcie, jak tu przyjechaliśmy, ten budynek był w okropnym stanie, wyblakłe obrazy, zepsute schody i wiele innych. Mają drogie auta, a na dodatek teraz zaczynają montować kamery, może nawet za niedługo będzie remont, tylko taki większy, pozbędą się nas, na przykład pojedziemy na jakąś wycieczkę, a robotnicy zrobią swoje. Stwierdzam, że Katarzyna nas okłamała i pewnie to nie jest żaden dom dziecka.

- Nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Nie mamy dowodów - powiedziałem, a reszta przytaknęła. - Może to tylko pozory, ale mówię, co widzę.

- Dobrze widzisz, czasami pozory nie mylą - powiedziała Kornelia.

- Może uda się coś ustalić na obiedzie.

- Co masz na myśli? - spytała Kornelia.

- Zobaczymy, jak do tego podejdą inni, może będą plotkować lub rozmawiać między sobą. Musimy mieć uszy i oczy szeroko otwarte. Trzeba też popytać innych, pochodzić po pokojach i porozmawiać z nimi, ale musimy być bardzo ostrożni. Bo nie wiemy, z kim lub z czym mamy do czynienia. Podzielimy się na dwie grupy, tak będzie szybciej. Jedna jest moja i jest w niej Kamil, a druga należy do ciebie i w jej skład wchodzi Arek. Dowodzić będziesz ty, Kornelio. Moja drużyna zajmie się sprawą Katarzyny. A twoja będzie miała za zadanie dowiedzieć się, co tu się dzieje. Musimy poruszyć wiele kwestii, zanim zaczniemy wszyscy działać. Musimy być niezauważalni, nie wiemy, kto z kim trzyma. Róbmy to, co do nas należy, a w wolnym czasie zajmujmy się tym, co konieczne, starajmy się nie rzucać w oczy - powiedziałem.

- Będzie to trudne, skoro każdy patrzy na nas jak na zjawę - odparła Kornelia.

- Nasze słabości niech staną się naszą mocną stroną - stwierdziłem.

- Co masz na myśli? - spytał Kamil.

- To proste. Jutro zaczynają się lekcje, więc na pewno będą też jakieś konkursy. Musimy w nich uczestniczyć, nie każdy, ale jedno z nas do jednego konkursu to dobry pomysł. W międzyczasie musicie zaprzyjaźnić się z tyloma osobami, z iloma się da. Ale nie róbcie nic na siłę. Pamiętajcie, mamy być dyskretni. Im nas więcej, tym większa szansa na odkrycie prawdy. Z nikim nie rozmawiajcie o naszych planach.

Nagle w naszym pokoju i na korytarzu rozległ się jakiś znajomy głos:

- Zapraszamy wszystkich na obiad. - Był to radiowęzeł.

- Byliśmy tak zajęci rozmową, że nawet nie zauważyliśmy, co wisi na ścianie - powiedział Kamil.

- To niemożliwe, jeszcze wczoraj tego tu nie było - odparł Arek.

Wszyscy zaczęliśmy się zastanawiać, jak do tego doszło, i widać było po nas, że trochę zaczynaliśmy wątpić w swoje cele. To się działo pod naszym nosem, a nawet o tym nie wiedzieliśmy.

Spodziewaliśmy się już tylko coraz to nowych niespodzianek. Zdziwieni wyszliśmy z pokoju w kierunku stołówki. Miałem wrażenie, jakby ktoś mnie obserwował. I nie myliłem się. Gdy tylko spojrzałem w lewo, zobaczyłem, że ktoś spoglądał zza drzwi. Był to chłopak, blondyn, w okularach, strasznie płochliwy, bo gdy tylko go zauważyłem, natychmiast zamknął drzwi. Mieszkał tuż obok naszego pokoju, pod numerem dwunastym. Wzruszyłem ramionami i spróbowałem dogonić moich kolegów. Gdy weszliśmy na obiad i usiedliśmy przy swoim stoliku, zaczęliśmy jeść. Dziś na obiad była potrawka z kurczaka, ziemniaki i zupa ziemniaczana, a na deser kompot. Mało ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że kompot to też deser. Praktycznie nikt o tym nie wie prócz osób, które poszły na kierunek gastronomiczny. Każdy myśli, że to tylko napój do popicia po poczęstunku.

Był nasz pierwszy wspólny zjedzony obiad. Obiad to zawsze jest zagadka dla każdego. Myślę tak, ponieważ nikt nie wie, co dzisiaj serwują w kuchni. Śniadanie czy kolacja, tam zawsze może być coś dobrego lub jakiś wybór, a na obiad czasami może się trafić coś, czego nie lubimy. Na szczęście ten obiad nie był aż taką tragedią. Bacznie obserwowałem innych, jak spożywają swój poczęstunek. Każdy był choć odrobinę uśmiechnięty, coś się tu zmieniało, kuchnia chyba też. Wypadało tylko czekać na kolację, może ona też będzie pyszna.

- Jakie dobre. Ciekawe, co zmienili: składniki czy kucharzy? - zaśmiał się Arek.

Kiedy tak spoglądałem na wszystkich dookoła, w ich oczach nie widziałem żadnego strachu czy choćby przygnębienia, goryczy. Ale zauważyłem ich szczęście. Nie wiem, czy było prawdziwe, ale miałem obawy co do powodzenia naszej misji. A co, jeśli komuś coś powiedzą lub ktoś ich podsłucha? To było jasne, chcieli kupić ich lojalność, dadzą im luksusy i będą wiedzieć wszystko, nawet kto o której poszedł spać. Ale musiałem zacząć trzeźwo myśleć, nie mogłem skupiać się tylko na tym, co by było, gdyby....

- Słuchajcie, dzisiaj jest coś specjalnego dla was. Deser to galaretka owocowa dla każdego. Smacznego - powiedział łysy opiekun.

- Nie jem słodkiego, chce ktoś za mnie? - zapytałem.

- Ja - zgłosił się Kamil.

- Proszę.

Skończyliśmy obiad i poszliśmy do pokoju. Zasady się zmieniły. Od teraz każdy pokój ma dyżur i jego zadaniem jest zbieranie brudnych naczyń i zaniesienie ich do zmywalni.

Wszyscy usiedliśmy na swoich łóżkach i niespodziewanie każdy zasnął. Zastanawiałem się, co się stało. Ale przez moje zamyślenie nie zauważyłem, że na mojej szafce, która stoi obok łóżka, leży koperta. Wziąłem ją w dłonie i nagle ktoś otworzył drzwi. Niestety weszła nasza opiekunka Katarzyna. Wyglądała na zdziwioną. Zauważyła moją kopertę i zapytała mnie:

- Co to?

Odpowiedziałem, że to moja koperta. Podeszła szybkim krokiem i zabrała mi kopertę, ale gdy ją otworzyła, nie znalazła w niej nic, była tylko pusta kartka prostokątna złożona na pół. Gdy stwierdziła, że mówię prawdę, oddała mi ją i wyszła z pokoju. Kiedy to zrobiła, otworzyłem kopertę i zacząłem się jej przyglądać, a gdy zbliżyłem ją do nosa, poczułem zapach octu. Później przypomniałem sobie, że w szpitalu w bibliotece czytałem o piratach, przemytnikach i ich sztuczkach. Chwilę potem pomyślałem, że to może być zaszyfrowany list, coś podobnego do sztuczki przemytników. Rozglądałem się po pokoju i szukałem czegoś, co pomoże mi odczytać list - zapałek lub zapalniczki.

Na szczęście pogrzebałem trochę w walizkach i w torbie Kornelii znalazłem zapałki. Zapaliłem jedną i przybliżyłem do listu. To, co zobaczyłem, zmiotło mnie z ziemi. W liście było napisane:

Witaj, Konrad, za niedługo dowiesz się, kim jestem, poznasz moją prawdziwą twarz. Ale to teraz nie jest istotne, uważaj. Pewnie domyślasz się, dlaczego oni śpią? Dali im środki nasenne i dlatego po przebudzeniu nie będą nic pamiętać. I ty także masz udawać, razem z nimi. Każda osoba w tym ośrodku, która nosi okulary, ma ukryty mikrofon właśnie w okularach, więc nie mów za dużo przy takich osobach, mikrofony są także w szafie i każdym pokoju. Pozbądź się ich. POWODZENIA.

Po zdobyciu tylu informacji zniszczyłem list, zapaliwszy jedną z zapałek.

Natychmiast zabrałem się do pracy. Póki wszyscy spali, przeszukałem każde łóżko i prześwietliłem każdą szafkę, szukając mikrofonów. Znalazłem cztery-trzy pod łóżkiem, a jeden za szafką. Teraz miałem pewność, że to, co powiedziałem i nasze zadania będą praktycznie niewykonalne, chyba że nas zignorują i nie wezmą za zagrożenie, tylko za dzieci. Ale kto to wie, wszystko się skomplikowało, nie wiedziałem, od czego zacząć, bo znaliby nasz każdy ruch. Czułem się, jakbym miał przed sobą miecz skierowany w serce, a każdy ruch w przód groził niebezpieczeństwem. Ale istniało pytanie, kiedy je zamontowano, wszystko działo się tu tak szybko: kamery, kuchnia i mikrofony.

Być może podrzucili je, gdy byliśmy na obiedzie. Ale w pewnym momencie pomyślałem sobie, że wykorzystam to na swoją korzyść, będą słyszeć tylko to, co ja będę chciał, bo jeśli zniszczę mikrofony, to może być podejrzane, że tylko u nas nic nie słychać. Mogą nam podrzucić nowe i tak dalej. Nie osiągnę niczego, jeśli będę rzucał kamieniami w każdego człowieka, który stoi mi na drodze. Pomyślałem sobie, że może uda się ich przechytrzyć. Gdy myślałem, że to już koniec, myliłem się, to był dopiero początek. Sprawa się znacznie ułatwiła, zagrają tak, jak im powiem, będę dawał fałszywe znaki. To ja mam teraz przewagę i dobrze ją wykorzystam. Nagle zaczęli się budzić, szybko wszystko położyłem na swoje miejsce i ruszyłem w kierunku łóżka, aby udawać, że dopiero się budzę, tak jak reszta.

- Ała, jak boli mnie głowa - powiedział Kamil.

Wszyscy wstali w bardzo złym humorze z powodu bólu głowy. I nie pamiętali nic, nawet tego, że byli na obiedzie. Było już po dziewiętnastej, ale nikt nie myślał o jedzeniu, bo z takim bólem wszyscy chcieli pójść pod prysznic i spać, choć ledwo co wstali. Ten proszek nasenny naprawdę jest niebezpieczny w dużych ilościach, ale to chyba nie o to chodziło, pomyślałem sobie, być może chcieli nas ogłupić, może ten środek nasenny miał takie same skutki uboczne jak tabletki na uspokojenie. Wciąż mi chodziło po głowie pytanie: dlaczego ja nie zasnąłem? W czym dokładnie był ten proszek nasenny? I czemu miał służyć?

Musiałem się trochę cofnąć w czasie, najlepiej do momentu, w którym weszła opiekunka. Była bardzo zdziwiona, że nie śpię, widać było to na jej twarzy. Myślała, że wejdzie niezauważona. A tu wszystko się zepsuło.

Nasuwa się drugie pytanie: po co przyszła? Chciała założyć więcej mikrofonów do podsłuchu? Czy sprawdzić, czy wszyscy śpią? Tyle pytań, a żadnej odpowiedzi. W pewnym momencie pomyślałem, że muszę kogoś odwiedzić. Wyszedłem, mówiąc im, że idę do łazienki, ale udałem się do pokoju obok. Chciałem porozmawiać z tym chłopakiem, którego widziałem przed obiadem. Zapukałem do drzwi z numerem dwanaście.

- Cześć, mogę wejść?

- Tak, proszę - powiedział blondyn.

Chłopak siedział na łóżku, przykryty kołdrą, zachowywał się tak, jakby bawił się w chowanego lub się kogoś obawiał.

- Coś się stało? - zapytałem.

- Zgubiłem coś i nie mogę znaleźć.

- Mogę jakoś pomóc?

- O, już mam, ale dzięki za chęć.

- Co to? - byłem ciekawy.

- To jest naszyjnik. Coś podobnego do tego, co ty nosisz, tylko ja nie mam krzyżyka. Dostałem go od mojej mamy, to jedyna pamiątka po niej.

- Jak zginęła?

- Skąd pomysł, że zginęła, a nie umarła śmiercią naturalną?

- Przepraszam, nie chciałem, po prostu wydaje mi się, że jesteśmy tutaj wszyscy z tego samego powodu. - Po tym przybliżyłem palec do ust i zdjąłem blondynowi okulary. Otworzyłem okno i położyłem je na zewnątrz, na parapecie. - W okularach jest mikrofon - powiedziałem cichym szeptem.

Blondyn był bardzo zdziwiony tym, co do niego mówię.

- Opowiesz mi, jak tu trafiłeś?

- Dobrze. Jestem tutaj już trzeci dzień, jak każdy chyba. Trafiłem tu przez przypadek, nie z własnej woli. Nie mam nikogo, straciłem rodziców, miesiąc temu dowiedziałem się o tym z telewizji w szpitalu. Bardzo się to na mnie odbiło. Ktoś do mnie strzelił, straciłem pamięć, następnie moja rodzina zginęła w wypadku motocyklowym. Moi rodzice uwielbiali motocykle, kochali jeździć w dłuższe trasy, pomagało im się to w pewnym stopniu odstresować. Któregoś dnia wybrali się na przejażdżkę, no i stało się. Nie miałem żadnego rodzeństwa, byłem jedynakiem. A teraz zostałem sam, bez rodziców, nie mam nikogo i nie znam nikogo. I jeszcze przyszło mi siedzieć tutaj. Przyjechałem tutaj z takim łysym opiekunem, można go spotkać na obiedzie, śniadaniu i kolacji. Mieszka w tym budynku. Każdy opiekun tu przebywa i mieszka, ma swój prywatny pokój, telewizor.

- Byłeś już u niego w pokoju? - zapytałem.

- Tak, raz.

- Co tam robiłeś?

- W ten dzień, co przyjechałem, źle się poczułem i chwilę posiedziałem w jego pokoju.

- Gdzie znajduje się ten pokój?

- Wszyscy opiekunowie mają pokoje na drugim piętrze. A, i w czasie podróży do tego miejsca, opowiadał mi o tym, że w całym kraju były cztery takie przypadki. Trochę dziwne. Są tu pięćdziesiąt dwie osoby. Po co wszystkim by tak mówili? - zastanowił się blondyn.

- Może żeby każdy myślał, że wszyscy są tutaj z innego powodu i każdy jest inny - odparłem.

- Mam pewne podejrzenia co do wiarygodności budynku.

- Jakie? - zapytałem.

- Nie jest to dziwne, że jak tu przyjechaliśmy, to budynek był w opłakanym stanie, i nagle stać ich na zakup kamer, mikrofonów? Twierdzę, że to wszystko bajka. I zostało przygotowane na nasz przyjazd. Prawie wszystko, bo te obrazy były tak stare i wyglądały jak z jakiegoś opuszczonego muzeum. Nie podoba mi się to miejsce.

- Mnie również - powiedziałem. - Muszę już iść, do jutra. Nie zapomnij wziąć okularów z parapetu.

- Pa - odparł blondyn.

Wróciłem do swojego pokoju, jak gdyby nic się nie stało.

- Gdzie byłeś? - zapytała Kornelia.

- W ubikacji - odparłem.

- Tak długo? Już prawie dwudziesta pierwsza.

Podszedłem do swojego łóżka i położyłem się, gdy nagle usłyszeliśmy na korytarzu głos z radiowęzła. Mówił, że po godzinie dwudziestej drugiej nie wolno wychodzić z pokoi. I wszyscy mają być w łóżkach! Życzył dobrej nocy. Ten dźwięk brzmiał, jakby radiowęzeł obsługiwało dziecko.

- Co za utrudnienia, a gdy będę musiała skorzystać? - denerwowała się Kornelia.

- Będziesz musiała wytrzymać do rana. Dobrze, że nie powiedzieli, że pobudka jest o piątej - odparł Arek. - Kocham biologię, nie mogę się doczekać jutra. A wy?

- My też - odpowiedzieli wszyscy.

- Tak dawno nie byliśmy w szkole, że już zapomniałem, jak to jest siedzieć w klasie - powiedział Kamil.

- Jutro się dowiesz. Może nawet będziesz żałował - powiedział Arek.

- Dobra, chodźmy już spać. Dobranoc - dodałem.

Odwróciłem się w kierunku okna i patrzyłem w świecące gwiazdy. Byłem zmęczony tą sytuacją, jeszcze chwila i popadnę w depresję.

Ranek

- Uwaga, uwaga, niech wszyscy wstają i przygotowują się do śniadania. Dziś odbywają się lekcje - rozległo się z radiowęzła rano.

- Ten głos jest strasznie irytujący - powiedziała Kornelia.

- Jest dopiero szósta pięćdziesiąt, a śniadanie jest o siódmej dwadzieścia - powiedział Arek.

Wszyscy wstali i poszli do łazienki myć zęby i jakoś się ogarnąć.

W łazience w tym samym czasie był blondyn.

- Cześć, jak się spało? - spytałem.

- Nie narzekam, a tobie?

- Nie potrafię zasnąć, od kiedy tu jestem. Powiesz mi, jak się nazywasz?

- Kacper, jestem Kacper, a ty jak masz na imię?

- Mam na imię Konrad. Nie wiem, skąd pochodzę, wiem tylko, że przebywałem w szpitalu w miejscowości Krokodyle Łzy. A ty wiesz, skąd pochodzisz?

- Niestety pamiętam tylko tyle, ile ci powiedziałem wcześniej. Miewam czasami jakieś sny lub wspomnienia, ale nie wiem, czy są prawdziwe.

- Najgorsze uczucie to nie wiedzieć, skąd się pochodzi i kim się było. Nikomu tego nie życzę - powiedziałem to strasznie smutnym głosem i z żalem.

- Zapraszamy wszystkich na śniadanie! - Głos z pudła był tak głośny, że dochodził nawet do łazienki.

- Chodźmy już - powiedziałem do Kacpra.

Po śniadaniu wszyscy udali się do pokoi i czekali na swoich opiekunów, którzy mieli przyjść i powiedzieć, w której sali mamy lekcje. Zostało dziesięć minut. Przez ten czas do plecaków włożyliśmy potrzebne przybory.

- Puk, puk! Dzień dobry. Przyszłam do was, żeby powiedzieć wam o kilku zasadach, które będą obowiązywać podczas prowadzenia lekcji i w czasie przerw. - Do pokoju weszła Katarzyna.

Oto zasady, które nam przedstawiła:

1. Przerwy trwają dziesięć minut i są tylko dwie.

2. Od poniedziałku do piątku odbędzie się tylko piętnaście lekcji.

3. W każdym dniu będą po trzy lekcje po czterdzieści minut każda.

4. Każda osoba spędza przerwę w swoim pokoju. Po usłyszeniu dzwonka wychodzi do swojego pokoju i nie ogląda się za siebie. Gdy dzwonek na lekcję zadzwoni, natychmiast kieruje się do swojej sali.

5. Każdy musi uczestniczyć w lekcjach. Jedynie chorzy są zwolnieni.

6. Nie używamy wulgarnych słów w czasie lekcji.

7. Nie ma możliwości poprawy sprawdzianu czy jakiejś innej formy sprawdzenia wiedzy ucznia.

8. W każdej sali znajdują się cztery stoliki i krzesła.

9. Osoba, która zniszczy mienie w budynku, będzie musiała to odpracować.

10. Zasady, jakie panują na lekcji, i to, jak ona jest prowadzona, ustala nauczyciel. Lekcja może być w formie multimedialnej lub innej.

11. Opiekunowie nie prowadzą lekcji, tylko zwykli nauczyciele.

12. Jedyna lekcja, w której wszystkie osoby z pokoi uczestniczą razem, to WF prowadzony w dużej sali gimnastycznej, na basenie lub siłowni. To zależy od nauczyciela, co będziecie robić.

- Dobrze, to by było na tyle, zapraszam wszystkich na lekcje. Pierwszą lekcję, biologię, macie w sali na parterze - powiedziała nasza opiekunka.

Wszyscy wstali ze swoich łóżek i ruszyli gęsiego w kierunku schodów, żeby zejść na parter. Katarzyna poszła schodami na drugie piętro, pewnie odpoczywać.

A my już staliśmy pod drzwiami z numerem A1.

- Kto puka? - spytał Kamil.

- Na mnie nie patrz - powiedział Arek.

- Co za dzieci, ja zapukam - powiedziała Kornelia.

Weszliśmy do sali, każdy powiedział "dzień dobry" i usiadł w ławce. To było bez różnicy, czy ktoś siedzi z przodu, czy z tyłu. Stoliki i krzesła były ustawione obok siebie, więc wszyscy byli blisko nauczyciela, ponieważ biurko stało pośrodku. Tablica znajdowała się za nauczycielem. Była ogromna, ciemnozielona i, co najważniejsze, prostokątna. Przy prawym końcu tablicy znajdował się szkielet ludzki.

Nauczyciel wyglądał dość normalnie. Ubrany był w czarne, eleganckie buty, niebieskie spodnie dżinsowe i koszulę w niebieską kratkę, z długimi rękawami.

- Dzień dobry wszystkim - powiedział. - Nazywam się Hubert Lisowski i uczę, jak pewnie już wiecie, biologii. - Podszedł do tablicy, wziął kawałek kredy i zaczął pisać temat. - Dzisiejszy temat to: "Mrówki i ich kolonie". Proszę, zapiszcie go w zeszytach i róbcie notatki, ponieważ pod koniec zajęć sprawdzam zeszyty.

- Chyba trafiliśmy na lekcję przyrody - mruknął Kamil.

- Cicho, bo usłyszy - powiedziała szeptem Kornelia.

- Nie rozmawiać na lekcji! - powiedział profesor.

Nauczyciel pisał notatkę na tablicy, a reszta klasy bacznie się przyglądała, jakie wykonuje ruchy. Kamil nie wytrzymał i zaczął się śmiać, ale reszta próbowała nie śmiać się z nauczyciela, żeby nie zrobić mu przykrości w pierwszy dzień nauki. Nieprzerwanie próbowaliśmy uciszyć Kamila.

Nauczyciel odwrócił się w stronę uczniów i jedyne, co ujrzał, to mnie, kiedy to łaskotałem Kamila po brzuchu, bo tylko tak mogłem nie sprawić przykrości nauczycielowi. Odetchnąłem z ulgą, gdy tylko nauczyciel nas upomniał i odwrócił się do tablicy.

- Przestań! - powiedziałem do Kamila.

- No co? Nie mogłem się powstrzymać.

- Cicho! - powiedział profesor. - Jak wiecie, mrówki to bardzo pożyteczne stworzenia. Wie ktoś, jaka jest budowa mrówki?

W sali nastała cisza, nawet Kamil przestał się śmiać. Nikt z nas nie interesował się mrówkami, dlatego praktycznie nic o nich nie wiedzieliśmy.

- Dobrze, w takim razie słuchajcie. Ciało mrówki składa się z trzech członów: głowy, tułowia i odwłoka. Zapiszcie w zeszycie kolejny punkt i posłuchajcie następnego - powiedział nauczyciel i zaczął czytać z podręcznika do biologii.

- Taki mądry, to dlaczego czyta to z podręcznika? - powiedział cichym głosem Arek.

Mrówki są trochę podobne do ludzi. Mało kto rozmnaża się w okresie zimowym, pomyślał Arek.

- Dobrze, do dzwonka zostało pięć minut, proszę pokazać zeszyty. Wszystko jest okej, możecie już wyjść z klasy do swojego pokoju. A, bym zapomniał, na zadanie domowe idźcie do biblioteki i poczytajcie trochę o tych malutkich stworzeniach.

- Do widzenia - powiedzieli wszyscy.

- Do widzenia - odpowiedział profesor.

Poszliśmy gęsiego, ponieważ wszędzie były kamery. Poszliśmy przez schody i, o dziwo, nie skrzypiały już jak ostatnio. Obrazy się pozmieniały, nie były to te same co poprzednio, były nowe i wyglądały, jakby zostały dopiero kupione. Patrzyłem się na nie dość krótko, ponieważ wszędzie na korytarzu są kamery i nie wiadomo, kto mnie teraz ogląda. Weszliśmy do pokoju, zamknęliśmy drzwi i kompletnie nie zwracałem uwagi na to, że nas podsłuchują.

- Jak wrażenia po lekcji? - spytałem.

- Może być, mogło być gorzej - powiedziała Kornelia.

- Muszę iść do łazienki - powiedziałem.

- Masz dziesięć minut, pospiesz się - odparł Arek.

Wyszedłem i udałem się w kierunku pokoju obok, do blondyna Kacpra. Ale gdy zapukałem i otworzyłem drzwi, nie było go w pokoju. Więc udałem się do łazienki, bo akurat musiałem skorzystać. Gdy już wyszedłem z łazienki, ujrzałem coś bardzo dziwnego. Zdawało mi się, jakby ktoś przeszedł koło mnie do pokoju i zaglądał z pokoju numer dwanaście.

Nagle na korytarzu zrobiło się zimno, jakby wiatr wiał właśnie zza drzwi z pokoju, w którym mieszkał Kacper. To było dość dziwne, ponieważ nie było go tam. Więc zdobyłem się na odwagę, żeby tam wejść po jednominutowym zastanowieniu. Jednak gdy podszedłem do drzwi, które były niedomknięte, zajrzałem przed zamek, do którego wkłada się kluczyk, by otworzyć bądź zamknąć drzwi. Ale zobaczyłem tylko niezamknięte okno, więc wszedłem, aby je zamknąć. Chwilę potem zauważyłem, że w środku pokoju jest gołąb, który miał dziwną wstążkę przyczepioną do swojej prawej nóżki. Zbliżyłem się do niego, by przyjrzeć się mu z bliska. Jednak on nie odlatywał, tylko stał w miejscu. Wyciągnąłem rękę, aby odwiązać mu wstążkę z nogi. Zdawało mi się, że to normalna wstążka, która mu się gdzieś przyczepiła. Ale nie - na czerwonej wstążce była napisana wiadomość. Chyba nie do mnie, bo była zaadresowana do Kacpra Blossoma. Czyżby też miał tajemniczego pomocnika? I właśnie wtedy zacząłem się zastanawiać, czy to ten sam, który pisze do mnie. Czy każdy tutaj ma tajemniczego pomocnika, którego nie zna, ani nie widział jego twarzy? Nie przeczytałem wiadomości, ponieważ nie była zaadresowana do mnie, lecz do Kacpra. Więc uszanowałem to i otworzyłem okno, zaczepiłem gołębiowi na łapkę z powrotem wstążkę i wyszedłem z pokoju, zostawiając wszystko tak, jak było.

Popatrzyłem na zegar, który był na końcu korytarza. Zostały niecałe dwie minuty, więc postanowiłem wrócić do pokoju. Prawie zdążyłem, bo inni już wychodzili wolnym krokiem. Wziąłem swoje rzeczy i ruszyłem razem z nimi do klasy. Teraz zaczynała się lekcja geografii.

- Dzień dobry - powiedzieliśmy wszyscy w tym samym czasie.

- Dzień dobry, proszę, zajmijcie swoje miejsca - odpowiedział nauczyciel. - Nazywam się Dawid Czarniecki i uczę geografii.

Nauczyciel był dość wysoki, miał czarne oprawki okularów, był ubrany w spodnie dżinsowe z paskiem i białą bluzkę, buty miał sportowe, tak jakby właśnie przyszedł z siłowni. Był bardzo umięśniony i przystojny. Kornelia nie mogła oderwać od niego wzroku. Wydawało się, jakby miał dwadzieścia kilka lat. Taki młody nauczyciel. W sali był globus, który stał na biurku i wyglądał jak jakaś piłka. Na biurku znajdował się również laptop, i generalnie sale niczym się od siebie nie różniły.

- Zapiszcie, proszę, temat w zeszytach: "Kraje Europy i na całym świecie" - powiedział pan Dawid. - Proszę, powiedzcie mi, z kim sąsiaduje Polska, nasz piękny kraj?

- Niemcy, Czechy, Słowacja, Ukraina, Białoruś, Litwa i Rosja - odparła Kornelia.

- Tak, zgadza się. Największe państwo na świecie to... Może odpowie nam Konrad.

- Rosja - odpowiedziałem.

- Tak, dobrze.

- Najmniejsze państwo na świecie to...

- Watykan - odpowiedziała Kornelia.

- Świetnie - pochwalił nauczyciel. - Kto wie, ile na świecie jest krajów, mórz, oceanów i ludzi?

- Wszystkich państw na świecie jest sto dziewięćdziesiąt pięć, mórz natomiast jest siedemdziesiąt jeden, oceanów jest pięć, a ludzi siedem miliardów - powiedziałem.

- Bardzo dobrze. Nie będziemy pisać dzisiaj notatki, skończymy na następnej lekcji.

Lekcja zaraz miała się skończyć, zostały niecałe dwie minuty.

- Możecie już się spakować i wychodzić, do widzenia - powiedział nauczyciel.

- Do widzenia - odpowiedzieliśmy.

Gdy szliśmy do naszego pokoju, minęliśmy się z Kacprem na schodach. Wyglądał na bardzo przygnębionego, tak jakby się czegoś smutnego przed chwilą dowiedział, nie zwracał nawet uwagi, że ktoś koło niego przechodzi, po prostu trzymał głowę tak nisko, jak mógł.

Zastanawiałem się, co mogło spowodować u niego takie zachowanie. Czy to wina tego listu? Co w nim było napisane? Tego już się nie dowiem. Miałem okazję, ale uszanowałem czyjąś prywatność. Byliśmy już koło naszego pokoju i mieliśmy wchodzić.

- Wszyscy tak tutaj wyglądają? Chodzą tacy ponurzy, przygnębieni - powiedziała Kornelia.

- Nie mam pojęcia - odparł Kamil. - Ale każdego mogło to tu spotkać, nie mamy rodzin, krewnych, nikogo, nawet pamięci, więc kto mu mógł sprawić przykrość?

- Mógł albo złapać depresję, albo opiekun sprawił mu przykrość. Wszystko jest prawdopodobne, żyjemy w okropnym świecie, ktoś nam zgotował piekło - wtrącił się Arek.

- Nie pora na marudzenie i narzekania - powiedziała Kornelia.

- Może po prostu go spytajmy, co się stało? - zaproponował Kamil.

- Przecież nie wolno nam z nikim rozmawiać. Jak mamy to zrobić niezauważeni? Wszędzie są kamery, a być może nawet jest podsłuch, żeby bardziej nas kontrolować - odparł Arek.

- To tylko domysły - powiedziałem.

Na to Kamil:

- Nie sądzę. Patrzcie, co znalazłem pod swoim łóżkiem. Co wam to przypomina?

Wyglądało to jak mały, okrągły magnes.

- Taki niewielki mikrofon? Przecież mogą być wszędzie. Pytanie, kto tu je podrzucił? - zastanawiała się Kornelia. - Czy dowiedzieliście się czegoś na temat naszej opiekunki?

- Nawet nie zaczęliśmy szukać, a wy coś macie? - zapytałem.

- Musimy coś w końcu zacząć robić, bo czarno to widzę - stwierdziła Kornelia.

- Trudno jest szukać czegoś, co praktycznie nie istnieje - odparł Kamil. - Wiemy, że jest tu biblioteka, na pewno są tam książki, kroniki czy jakieś notatki prowadzone na temat tego miejsca. Może wypadałoby się tam wybrać?

- Oczywiście, ale zmieńmy trochę zasady, działajmy razem, nie twórzmy grup, bo szukanie zajmie nam wieczność. I nie idźmy do biblioteki razem, bo to będzie zbyt podejrzane - zaproponowałem.

- Może odłóżmy na swoje miejsce ten mikrofon, nie wzbudzajmy u nich niepotrzebnych przypuszczeń - powiedział Arek, a Kornelia go poparła:

- Dla mnie brzmi świetnie, a co wy myślicie?

Każdy popatrzył się w stronę Kornelii, Arek wyciągnął rękę, a reszta za nim. I zaczęliśmy mówić:

- Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

W tym samym czasie zadzwonił dzwonek i pomaszerowaliśmy do sali języków obcych.

- Dzień dobry - powiedzieliśmy.

- Wejdźcie, proszę, i zajmijcie miejsca. Dzień dobry - powiedział nauczyciel. - Nazywam się Bartosz Kwieciński.

Sala wyglądała zwyczajnie, jak każda. Krzesła, stoliki, biurko, tablica i laptop. Wszystkie sale lekcyjne były w to wyposażone, to takie podstawy.

Teraz byłem bardzo zaskoczony, bo myślałem, że będzie normalny nauczyciel, a to był ten łysy opiekun, który przywiózł tu Kornelię.

- Zdawało nam się, że opiekunowie nie mogą prowadzić lekcji - powiedziała Kornelia.

- Plany uległy zmianie. Doskonale władam językiem hiszpańskim. Dlatego będę was go uczył.

Zadzwonił już dzwonek na przerwę i poszliśmy do pokoju. Gdy dotarliśmy na piętro, chyba pierwszy raz zobaczyliśmy, kto gdzie mieszka, w którym pokoju. W pokoju numer dwanaście nie było Kacpra, mieszkały tam trzy inne osoby i byli to chłopcy, wyglądali na dość normalnych nastolatków. Pokój numer jedenaście zamieszkiwała brunetka, a oprócz niej dwóch blondynów. Brunetka nosiła okulary i była ubrana na czarno, tylko torba, którą nosiła, miała kolor biały. Wyglądała, jakby dostała się tu przez przypadek i była jakąś milionerką. Każdy chłopak w tym budynku miał na sobie dżinsy i jakąś bluzę albo dresy. Ci dwaj zaliczali się do grupy noszących dresy. W pokoju numer dziesięć były same dziewczyny, każda ubrana tak samo. Na pierwszym piętrze były tylko cztery pokoje, reszta znajdowała się na parterze.

Zbliżała się pora obiadu. Nagle znów z radiowęzła dobiegł głos:

- Za dziesięć minut jest obiad. Prosimy o punktualne przyjście. Jeśli ktoś się spóźni, nie zostanie wpuszczony na stołówkę. Dzisiaj dyżur ma pokój trzynaście. Życzę miłego dnia.

- Ten irytujący głos, jeszcze chwila, a zepsuję to radio-pudło - denerwowała się Kornelia.

- Chodźmy do pokoju i przynajmniej połóżmy swoje zeszyty, nie chcę z nimi obiadu - powiedział Kamil.

- Dziwne, wydawało mi się, że zamykaliśmy okna - zauważyłem po wejściu do pokoju.

- Zamykaliśmy, jestem tego pewna - potwierdziła Kornelia.

- Patrzcie tam! Na żyrandolu, gołąb - zawołał Arek.

- Co tu robi gołąb? - zdziwiła się Kornelia.

- Okno było otwarte, więc pewnie musiał wlecieć - powiedział Kamil.

- Patrzcie, co ma na łapce - dodałem.

- Co to? Jakaś wstążka? - zapytał Arek.

- Sprawdźmy to - odparłem. - Musimy tylko się do niego jakoś dostać. Wiem, przysuńmy tę małą szafkę.

- Co tam jest napisane? - zainteresował się Arek.

- Podejdźcie tu i popatrzcie - powiedziałem. - Na wstążce jest napisane:

Do wszystkich osób z pokoju trzynaście.

Już wiecie, że was podsłuchują, podglądają. To ta sama grupa ludzi, co testowali na was narkotyki. Nie wiemy, co teraz planują, są bardzo ostrożni. Uważajcie na siebie! Wiemy tylko tyle, że za jakiś czas coś się stanie. Mamy tutaj szpiega. Już jedno z was go poznało. Niestety, nie mamy z nim kontaktu. Mieszkał w pokoju numer dwanaście, a teraz zamieszkują ten pokój inne dzieciaki. Straciliśmy kontakt z chłopcem. Być może został przeniesiony do innego pokoju. Chłopak nazywa się Kacper. Wysłaliśmy dzisiaj do niego wiadomość i nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Martwimy się, że może został zdemaskowany. Potrzebujecie nas, inaczej sobie nie poradzicie, a my potrzebujemy was. Konrad, możesz już im o wszystkim powiedzieć. Jest jeszcze coś: w pokoju Kacpra były nasze mikrofony. Musicie je za wszelką cenę odzyskać i umieścić pod stolikami w salach lekcyjnych i na stołówce, a także, jeśli to tylko możliwe, w pokojach opiekunów. W bibliotece w książce jest schowany smartfon z Internetem. Książka nosi tytuł "Akademia pana Kleksa". Bądźcie ostrożni, a w razie czego możecie wezwać pomoc. W telefonie są informacje na temat każdego pracownika w tym budynku. Aby odblokować telefon, musicie wpisać PIN 3233. Powodzenia! Wasz tajemniczy pomocnik.

- Jest coś, o czym powinniśmy wiedzieć? - zapytał Kamil.

- Tak, odkąd tu jestem, dostaję listy tego typu. Zazwyczaj z ostrzeżeniem - odparłem.

- Czyli wiedziałeś o tym, co się tutaj dzieje, i nic nie powiedziałeś? - zapytała Kornelia.

- Wiedziałem tylko, że jesteśmy podsłuchiwani. Milczałem, bo nie byłem pewny, czy mogę wam zaufać.

- Dobra, nie czas na kłótnię. Mamy zadanie do wykonania - przerwał nam Arek.

- I niby co mamy robić? - obruszył się Kamil.

- To proste. Najpierw musimy znaleźć te mikrofony, a następnie je założyć, gdzie trzeba - stwierdziła Kornelia.

- Więc ktoś musi dzisiaj zrezygnować z obiadu - powiedziałem.

- Ja to zrobię - zaproponowała Kornelia. - Wszyscy będą na obiedzie i nikt nie będzie patrzył w kamery. Bułka z masłem. Dołączę do was, jak już je znajdę.

- Nie będziesz mogła wejść - zauważył Kamil.

- Dam sobie radę - odparła Kornelia i pomyślała: "Mam nadzieję".

- Po obiedzie pójdę do biblioteki po "Akademię pana Kleksa" - powiedziałem.

Pora się dowiedzieć, kim naprawdę Katarzyna, pomyślałem.

- Chodźmy już na obiad - powiedział Kamil.

- Powodzenia, trzymaj się. - Arek zwrócił się do Kornelii.

- Dzięki - odpowiedziała.

Wyszliśmy gęsiego z pokoju. Poszliśmy schodami w dół i dotarliśmy na stołówkę. Usiedliśmy na swoich miejscach. Stoliki były już przygotowane do jedzenia. Była porcelanowa waza do zupy, porcelanowe filiżanki, talerze, sztućce przygotowane i poukładane jak na jakimś bankiecie.

- Widzicie?! Co tu się stało? - zdziwił się Arek.

Byłem bardzo zdziwiony, bo nawet dostaliśmy kelnera do stolika, który zbierał brudne naczynia i je odnosił.

Na pierwsze danie był rosół.

- Czujecie, jak to pachnie? - powiedział Arek, gdy otworzył porcelanową wazę do zupy.

Po dość długim czekaniu zaczęliśmy jeść.

Po rosole były ziemniaki z mizerią i kotletem mielonym, a na deser dali nam brzoskwinie. Schowałem jedną dla Kornelii.

- Dziwne - powiedział Kamil. - Wydawało mi się, że dzisiaj to my zbieramy ze stołów brudne naczynia.

- Tutaj wszystko zmienia się za szybko. Może mieli tak ustawione i zapomnieli? - zastanawiałem się.

- Ciekawe, kto obsługuje to pudło - powiedział Arek.

W pokoju czekała na nas już Kornelia z mikrofonami. Wyglądały jak czerwone kulki z plasteliny. Zapukaliśmy, bo drzwi były zamknięte.

- Kto tam? - usłyszeliśmy głos Kornelii.

- To my, otwórz - powiedział Kamil.

- Wchodźcie szybko! - Kornelia była bardzo wystraszona.

- Co się stało? - zapytałem.

- Weszłam do pokoju i zaczęłam szukać. Były bardzo dobrze schowane w szafie. Gdy już miałam wychodzić, nagle zobaczyłam coś albo kogoś. Stało to na korytarzu. I wyglądało potwornie.

- Jak wyglądało? - dociekał Kamil.

- Jak jakaś dama. Była czaszka ludzka, a na górze zamiast włosów róże. Ubrane to było w czarną szatę, a w swej kościstej ręce trzymało miecz samurajski. Jak tylko to zobaczyłam, zamknęłam drzwi, a gdy je otworzyłam, już tego nie było. Udałam się do naszego pokoju. Bardzo się wystraszyłam.

Bardzo dziwne, pomyślałem sobie.

- Co to jest? - zapytał Kamil.

- Co? - Kornelia nie rozumiała.

- Tam coś leży na szafie.

- Skąd to się tu wzięło? - zastanawiałem się.

To była paczka. Rozpakowaliśmy ją i naszym oczom ukazało się jakieś prostokątne pudełko, na którym było napisane: "Witajcie w Grze Khalo".

Otworzyliśmy grę i była tam plansza, na której znajdowały się pola, które trzeba przejść, pól było dwadzieścia pięć i pięć etapów do przejścia.

- Tu jest instrukcja - powiedział Kamil i przeczytał ją na głos.

Wybierz, jakim pionkiem chcesz być. Do dyspozycji masz następujące pionki: Człowiek, Rycerz, Dworzanin i Dama.

1. Rzuć kostką.

2. Jeśli uda ci się wyrzucić pięć oczek, zaczynasz grę.

3. Każdy pionek ma inne zadania. Dama ma najbliżej do wstąpienia, zaś Człowiek najdalej. Jeśli danemu pionkowi z czterech uda się wstąpić, wygrywa grę.

4. Wstąpienie to inaczej spotkanie z Królową.

5. Każdy z członków gry ma za zadanie zwerbować inną osobę do gry, a gdy już to zrobi, przechodzi na wyższy poziom, czyli inny etap.

6. Gdy znajdzie się na etapie drugim, będzie musiał nie ufać nikomu prócz siebie.

7. Etap trzeci to zrobienie sobie znaku na ręce. Znak to róża.

8. Etap czwarty to stworzenie gangów czteroosobowych.

9. Etap piąty, czyli wstąpienie. Gracz dostaje dwa kielichy. W jednym jest cyjanek, a w drugim zwykły sok. Jeśli przejdzie próbę, wstąpi i pozna Królową.

10. Żeby odróżnić Człowieka od Damy i Rycerza od Dworzanina, trzeba założyć opaski, które są w pudełku. Czerwona - dama. Zielona - Dworzanin. Niebieska - Rycerz. Biała - Człowiek.

- Przecież to samobójstwo! - krzyknął Kamil.

- Ciekawe, kto w to będzie grał? - zastanawiała się Kornelia.

- Nie mam pojęcia, ale po coś ta gra tu jest - odparł Kamil.

- Jak ta gra się tu w ogóle znalazła? - zapytałem.

- Nie mam pojęcia, nikogo tu nie widziałam - odparła Kornelia. - I jak tam było na obiedzie?

- Dziwnie, teraz mamy własnego kelnera - powiedział Arek.

- Już nie jemy i nie pijemy z poprzednich kubków i talerzy. Mamy wszystko z porcelany - dodał Kamil. - Na obiad był rosół i ziemniaki z kotletem mielonym.

W tej chwili Kornelii zaburczało w brzuchu.

- Wziąłem dla ciebie brzoskwinię, proszę. - Podałem jej owoc.

- Dzięki - powiedziała.

- Połóżmy tę grę na swoje miejsce. I może schowajmy mikrofony - zaproponowałem. - Wie ktoś, gdzie znajduje się biblioteka?

- Chyba na parterze, koło stołówki - odpowiedział Kamil.

- W takim razie idę jej poszukać.

Wyszedłem z pokoju i udałem się po schodach na parter, stanąłem obok schodów i zacząłem szukać drzwi. Były pod schodami i wyglądało to jak jakiś schowek na miotły. Znajdowała się tam tabliczka z napisem "Biblioteka".

Chwilę stałem i tak sobie myślałem: czy tu jest tak mała biblioteka? Ale zebrałem już trochę odwagi i otworzyłem drzwi. Ukazały mi się schody, które prowadziły na dół. Więc poszedłem nimi i gdy już dotarłem na dół, znów stanąłem przed drzwiami. Obok tych drzwi też była tabliczka z napisem "Biblioteka". Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Własnym oczom nie wierzyłem, że coś tak dużego może znajdować się pod budynkiem. Wszędzie stały wysokie regały z książkami. Niektóre na podłodze, a niektóre były kilka poziomów wyżej. Wydawałoby się, że im wyższe, tym ważniejsze lub starsze są książki. Były schody, dzięki którym można było wejść na wybrane piętro i dostać się do książek. Na suficie wisiał duży żyrandol, był niesamowity. Oświetlał prawie całą bibliotekę. Tuż przy drzwiach stało biurko, przy którym siedziała jakaś starsza pani.

- Dzień dobry - powiedziałem.

- Dzień dobry. W czym mogę pomóc? - odezwała się bibliotekarka.

- Szukam książki.

- Książki, tak. Jakiej?

- "Akademii pana Kleksa", proszę pani.

Starsza pani wyciągnęła z biurka ogromną książkę i zaczęła szukać w niej "Akademii pana Kleksa".

- Tak, tak, dobrze, znajdziesz ją na regale z numerem dziesięć, poziom zero.

- Dziękuję.

Podszedłem do regału z numerem dziesięć i szukałem książki, która była na piątej półce pośrodku, obok innych książek. Upewniłem się, czy nikt mnie nie obserwuje i czy jestem dość daleko od bibliotekarki. Otworzyłem książkę, w której było specjalne gniazdo na telefon.

Telefon był wyłączony, więc go włączyłem i wpisałem kod PIN. W telefonie było kilka folderów. Mnie interesował tylko ten o Katarzynie Zielińskiej.

Mam, teraz się dowiem, kim naprawdę jesteś, pomyślałem.

Katarzyna Zielińska była nauczycielką języka polskiego, uczyła w Zespole Szkół Technicznych imienia Kaczora Donalda w miejscowości Krokodyle Łzy. Została zwolniona z pracy dyscyplinarnie za zastraszanie i pobicie ucznia. Przebywała w więzieniu za handel ludźmi i narkotykami. Jest doskonałą aktorką amatorką. Wielokrotnie zmieniała nazwisko - kiedyś nazywała się Nowak, Czapla, a teraz Zielińska. Jest poszukiwana przez policję. Policja wynagrodzi kwotą dwudziestu tysięcy złotych osobę, która znajdzie i przyprowadzi ją na komisariat. Policja nie wie, gdzie może się ukrywać i przebywać.

Odłożyłem książkę na miejsce i wziąłem drugą taką samą, aby nie wzbudzać podejrzeń.

Postanowiłem trochę się rozejrzeć po bibliotece, niestety mogłem być tylko na poziomie zero. Ale i tak była to duża przestrzeń pełna książek. Tu znajdowało się wszystko od A do Z, każda książka i lektura. Znajdowałem się aktualnie przy regale z książkami o artystach. Nagle zauważyłem coś między regałami. Zbliżyłem się i zobaczyłem buty. Więc musiał być to człowiek, pomyślałem. Podszedłem do niego z dużą ciekawością i strachem. Gdy tak stałem, przez chwilę nie wierzyłem własnym oczom - był to Kacper Blossom. Sprawdziłem, czy ma tętno i czy oddycha. Na szczęście oddychał, ale bardzo słabo. Z jego głowy płynęła krew.

W dłoni trzymał książkę "Wielcy słynni artyści", więc postanowiłem ją wziąć i sprawdzić.

- Pomocy! Ktoś tu potrzebuje pomocy! - zawołałem.

Bibliotekarka przybiegła, najszybciej, jak tylko mogła.

- Co się stało, dziecko? O Boże.

- Znalazłem go tu, gdy się rozglądałem po bibliotece.

- Musimy go zanieść do lekarza. Pomóż mi go podnieść.

- Tak, oczywiście.

Wzięliśmy go, najdelikatniej, jak mogliśmy i potrafiliśmy.

Dotarliśmy do lekarza, na szczęście gabinet był tuż obok biblioteki. Weszliśmy, nie pukając do drzwi, i położyliśmy go na łóżku, lekarz przyszedł bardzo szybko i się nim zajął.

- Dobrze, już jest w dobrych rękach. Za kilka godzin powinien się obudzić - powiedział.

- Co mu jest? - zapytałem.

- Ktoś musiał go mocno uderzyć w głowę i zemdlał. Dobrze, że go znalazłeś. Jeszcze chwila i by się wykrwawił.

Wyszedłem z gabinetu i udałem się do pokoju z książkami. Po drodze myślałem, kto mógł mu to zrobić. I dlaczego?

Wszedłem do pokoju, Kornelia siedziała na łóżku i czytała podręcznik do geografii, coś za bardzo się wciągnęła, chyba przez nauczyciela. Bliźniacy siedzieli przy swoim biurku. Kamil szukał czegoś w tej grze, a Arek zajął się notatkami z lekcji języka hiszpańskiego.

- Znalazłeś coś? - zapytała Kornelia.

- Więcej, niżbym się spodziewał.

- To znaczy?

- Znalazłem Kacpra. Leżał nieprzytomny w bibliotece z książką w dłoni.

- Żyje? - zainteresował się Kamil.

- Tak.

- Gdzie teraz jest? - chciała wiedzieć Kornelia.

- Jest w gabinecie lekarskim - odparłem.

- Znalazłeś coś w bibliotece?

- Tak, mamy bardzo ambitną opiekunkę. Wiemy teraz o niej prawie wszystko. Współpracowała albo pracowała w firmie, która testowała na nas swoje narkotyki. Jest kryminalistką.

- Co to za książka? - zapytała Kornelia.

- "Akademia pana Kleksa".

- Nie ta. Ta druga - uściśliła Kornelia.

- "Wielcy słynni artyści". Kacper miał ją przy sobie.

Kornelia podeszła do mnie i wzięła książkę, którą przyniosłem do pokoju.

- Ciekawe, hm. - Usiadła na swoim łóżku i zaczęła ją przeglądać.

- Jak myślicie, co się mogło przydarzyć Kacprowi? - zastanawiałem się.

- Mógł go ktoś uderzyć bądź sam mógł się przewrócić i rozbić głowę - stwierdził Kamil.

- Racja. Poczekajmy, aż się obudzi, to go spytamy - zaproponował Arek.

Nagle Kornelia się zlękła i krzyknęła:

- To ona! Ona!

- Kto? - zapytałem.

- To ten potwór, którego widziałam. Patrzcie, to Frida Khalo. - Kornelia rzuciła książkę na podłogę i wskazała palcem na portret.

- Co oni jej zrobili? Z takiej kobiety zrobić takiego potwora? Ciekawe, co to za geniusz na to wpadł - powiedział Kamil.

Oby to nie była Katarzyna, pomyślałem.

Nagle rozległ się głos z radiowęzła:

- Zapraszamy wszystkich na kolację.

- Nareszcie coś zjem. Chodźmy.

Dzisiaj na kolację był chleb z dżemem, herbata i ser twarogowy ze szczypiorkiem.

- Mniam, jakie pyszne - pochwaliła Kornelia. - Podasz mi trochę serka? - spytała Kamila.

- Proszę o ciszę - powiedziała Katarzyna, stukając łyżeczką o kieliszek do wina. - Stało się coś strasznego. Nasz uczeń i zarazem wasz przyjaciel Kacper Blossom nie żyje. Znaleziono go w bibliotece, był nieprzytomny. Nasz lekarz robił wszystko, co w jego mocy, ale niestety Kacper zmarł. Nie wiemy, jak do tego doszło ani kto mu to zrobił. Dlatego od dzisiaj wprowadzamy nowe zakazy. Od dwudziestej do szóstej rano nie będzie można wychodzić z pokoi, dlatego na umycie się macie czas od kolacji do dwudziestej. Nie obowiązują już dyżury na stołówce. A lekcje zostają skrócone o połowę. W dniu jutrzejszym odbędzie się tylko jedna lekcja. I uczniowie wracają prędko do swoich pokoi, gdzie będziecie bezpieczni. Czy wszystko jest jasne?

- Tak, proszę pani.

Byłem bardzo zdziwiony, ponieważ lekarz powiedział, że Kacper wyzdrowieje. Katarzyna kłamała, pewnie sama go zabiła.

- Świetnie, zatem wracajcie już do swoich pokoi.

Wszyscy udali się do siebie, a po drodze bardzo komentowali wieści o Kacprze, jak i o nowych zakazach. Nie podobało im się to, że ciągle są nowe zakazy. Nie można nawet wyjść na zewnątrz i pooddychać świeżym powietrzem, bo ośrodek jest zamknięty.

Była już godzina dziewiętnasta. Na korytarzu słychać było, jak sąsiedzi przemieszczali się do łazienek i z powrotem. My też już musieliśmy skorzystać, trzeba było się umyć, a zostało nam niewiele czasu. W jednej łazience były trzy kabiny prysznicowe. Każdy pokój miał swoją łazienkę, ale to nie znaczy, że nie mógł korzystać z innej. Łazienka miała kształt kwadratu, prysznice były po jednej stronie, natomiast umywalki na środku, ponieważ zostały przymocowane do murka dzielącego kwadrat na pół. Znajdowały się od strony wejścia i wisiały nad nimi lustra. Za murem były trzy toalety, a obok nich małe okno. Płytki były dość śliskie, można było się przewrócić podczas kąpieli. Ale to aż tak nam nie przeszkadzało. Jedyną przeszkodą lub niewygodą było zimne powietrze w łazience. Okno nie dało się zamknąć, bo nie posiadało klamki. W łazience było ciepło tylko z rana, gdy świeciło słońce, wieczorem robiło się bardzo zimno, a zwłaszcza jak się wyszło spod prysznica.

- Idziecie się myć? - zapytał Kamil. - Niewiele czasu zostało.

- Tak - odpowiedziałem.

- Tak, już idę - dodała Kornelia.

- Tylko wezmę swoje rzeczy - powiedział Arek.

Rano obudził nas głos z radiowęzła:

- Pora wstawać.

- Co tak w nocy strasznie hałasowało? - zapytała Kornelia.

- Nie wiem, ale nie wyspałem się przez ten hałas - odparł Kamil.

- Co za noc - westchnęła Kornelia.

Właśnie odsłoniła rolety, aby słońce mogło wejść do naszego pokoju. Niestety, pogoda nam nie sprzyjała, było strasznie dużo chmur i zapowiadała się burza.

- Patrzcie! - zawołała Kornelia.

- Kraty? Po co tu kraty? To więzienie? - zdziwił się Kamil.

- Może i masz rację - powiedziałem.

- Dobrze, że przynajmniej okno jeszcze możemy otworzyć - zauważyła Kornelia.

- Cóż za luksus - zaśmiał się Kamil.

- Jakie dzisiaj mamy lekcje? - zapytałem.

- Chyba język polski - odpowiedziała Kornelia.

- Pamiętajcie, dzisiaj musimy przyczepić mikrofon w sali A pięć. Bo chyba tam mamy mieć polski? - przypomniałem.

Kornelia spojrzała właśnie na plan lekcji.

- Tak - potwierdziła.

- Ja przyczepię mikrofon, tylko powiedzcie gdzie - zaproponowałem.

- Do tablicy? - zastanawiała się Kornelia.

- Odpada, nie zrobimy tego niezauważeni - stwierdził Kamil.

- Biurko? - próbowała Kornelia.

- Nie da rady - powiedział Kamil.

Kornelia miała właśnie zacząć mówić kolejną sugestię, ale Arek zasugerował:

- Może pod stolikami?

- A co powiecie, żeby umieścić mikrofon w doniczce? - przedstawiłem swój pomysł.

- A jest wodoodporny? Jeśli podleją kwiatki, to po mikrofonie - powiedział Kamil.

- To może pod krzesłem? - zastanawiał się Arek.

- Albo w krześle - dodałem.

- To znaczy? - Kornelia nie rozumiała.

- Te krzesła nie są jakieś wygodne, jest to po prostu kawałek deski i żelazo. A nogi krzesła przy podłodze mają taką zatyczkę. Wystarczy ją tylko wyciągnąć i włożyć mikrofon - powiedziałem.

- A zmieści się? - Kamil miał wątpliwości.

- Powinien - odparłem.

Kornelia właśnie wychodziła z pokoju, ale gdy dotarła do drzwi i je otworzyła, na korytarzu, obok naszych drzwi i nie tylko, stały paczki. Każdy pokój miał jedną wielką paczkę.

- Ej, chłopcy, musicie coś zobaczyć - zawołała Kornelia.

Wzięła pudełko niespodziankę do pokoju i zamknęła drzwi. Zbliżyliśmy się do paczki, aby na nią spojrzeć i ją otworzyć. To było dość duże pudło.

- Ciekawe, co tam jest - zastanawiał się Arek.

- Sprawdźmy - powiedziała Kornelia.

Otworzyliśmy i to było dość ciekawe, bo pudełko zawierało kostiumy do gry Kahlo. Strój Rycerza, Dworzanina i Damy. Na dnie pudła znajdowały się dwa puchary. I dopisek: "Jeden z tych pucharów jest zatruty. Aby wstąpić, trzeba wybrać właściwy".

- Kto nam to wszystko daje i po co? - zapytał Kamil.

Reszta współlokatorów wzruszyła tylko ramionami. Bo nie wiedzieliśmy, co mamy mu powiedzieć.

- To ja idę do łazienki - powiedziała Kornelia.

- Co mamy z tym zrobić? - zapytał Arek.

- Schowajmy to do szafy razem z planszą - zaproponowałem.

- Już jestem. Idziemy na śniadanie? - Kornelia wróciła z łazienki.

- Tak, chodźmy - odparł Kamil.

Wyszliśmy razem z pokoju z nadzieją, że na śniadanie będzie dzisiaj coś słodkiego.

Niestety, było to, co od kilku dni. Biały ser, szynka, dżem, herbata i oczywiście chleb. Liczyliśmy na coś bardziej słodkiego. Ale to musiało wystarczyć. Zwłaszcza że to dopiero początek, a nie widać końca.

- Nie mamy nawet cukru, żeby posłodzić herbatę - narzekała Kornelia.

- Czy oni się boją, że będę wielorybem? - powiedział Arek.

- To musiałbyś się bardzo postarać - zauważył Kamil.

- Popatrzcie na innych - powiedziałem. - Widocznie nie tylko nam to nie pasuje. Brak w nich energii do życia.

- Racja, ich miny to potwierdzają - stwierdziła Kornelia.

- Nie dziwię się im. W takim miejscu nie da się żyć. Jeśli nawet, to bardzo trudno. Ciągłe zakazy - powiedział Kamil.

- Patrzcie na opiekunów. Dzisiaj są nieswoi, ciągle gdzieś chodzą - zauważyłem.

- Pierwszy raz widzę ich w takim stanie - powiedziała Kornelia.

- Proszę o ciszę! - zawołała Katarzyna. - Posłuchajcie. Mam dla was kilka wiadomości. Po pierwsze jestem nową dyrektorką tego miejsca. Po drugie w dużej sali gimnastycznej odbędzie się uroczyste pożegnanie Kacpra Blossoma. Wszyscy muszą się odpowiednio ubrać. Pożegnanie odbędzie się jutro, dokładnie po śniadaniu, będziecie mieć dziesięć minut na przebranie się. Po trzecie...

Nagle zgasło światło. Słychać było grzmoty. Jeden z opiekunów, Bartek, ten łysy, chyba ta ksywka już mu zostanie, poszedł sprawdzić, co się stało. Chwilę go nie było, a gdy wrócił, opowiedział wszystko dyrektorce. A ona nas poinformowała:

- Już dobrze! To tylko był piorun, który uderzył w słup obok naszego ośrodka. I jest zła wiadomość. Nie będzie prądu przez cały dzień. W takim razie odwołuję dzisiejsze lekcje, a wy wracajcie do swoich pokoi i od tego czasu macie czas wolny dla siebie. Obiad i kolacja będą o tej samej porze co zawsze. Zostanie zamówione jedzenie. Dziękuję za uwagę, a teraz już wracajcie do pokoi.

Weszliśmy na swoje piętro. Kornelia o mały włos nie wybiła sobie zębów na schodach, bo było naprawdę ciemno. W samą porę Kamil ją złapał za rękę.

- Dzięki - powiedziała Kornelia.

- Nie ma sprawy - odpowiedział Kamil.

Staliśmy już przy drzwiach i weszliśmy do pokoju.

- I co teraz mamy zrobić? - zapytał Arek. - Dzisiaj mieliśmy założyć mikrofony.

- Mnie też się to nie podoba - odparłem. - Zrobimy to kiedy indziej. Muszę iść do biblioteki, żeby oddać książkę.

- Jaką? - chciał wiedzieć Kamil.

- "Akademia pana Kleksa". Tę drugą jeszcze sobie zostawię.

- Uważaj na siebie - ostrzegł mnie Kamil. - My w międzyczasie pójdziemy do pokoju obok zapoznać się z jego mieszkańcami.

- Świetny pomysł - odparłem. - To na razie.

Wyszedłem z pokoju, chwilę się porozglądałem. Była straszna ciemność. Niby to ranek, ale na korytarzu nie było żadnego okna. Nic dziwnego, że Kornelia potknęła się na schodach, gdy wracaliśmy ze śniadania. Postarałem się nie przewrócić, trzymałem się poręczy i schodziłem jeden schodek za drugim, aż dotarłem na parter. Stałem już koło drzwi do biblioteki. Otworzyłem je. Moim oczom ukazała się pani bibliotekarka, zachowywała się normalnie, jak osoby starsze. Na jej ogromnym biurku stał kubek z kawą. Gdy tylko się zbliżyłem, aby oddać książkę i sobie pójść, poczułem zapach kawy. Był bardzo intensywny.

- Dzień dobry - przywitałem się. - Przyszedłem oddać książkę.

- Dzień dobry. Jaki tytuł?

- "Akademia pana Kleksa".

Bibliotekarka chwilę się zamyśliła. Miała zacząć pisać coś w swoim zeszycie, ale nie mogła znaleźć długopisu.

- Nie mogę znaleźć swojego długopisu. Poczekaj chwilę, muszę sprawdzić, czy nie zostawiłam go przy regale dziesiątym na poziomie zero. Mógł mi wypaść, gdy zanosiliśmy tego chłopca do gabinetu lekarskiego. Zaraz wracam.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji