Utracona - Miriam Georg

Kup ebooka

51.90 zł
42.04 zł (39,96 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Motto Prolog Część pierwsza Frankfurt

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37

PROLOG

W pracowni pachniało drewnem. Na zewnątrz majowe słońce otulało dziedziniec złotym blaskiem, a w środku tworzyło tańczące na podłodze cienie. Przychodził tu raczej rzadko - w tych ścianach było zbyt wiele wspomnień z ich dawnego życia. Zakurzone pędzle tkwiły wyczekująco w szklanych pojemnikach, farby i płótna również od dawna pozostawały nietknięte. Na drabinie prowadzącej do pomieszczeń, gdzie niegdyś znajdowały się kwatery parobków, stał zapomniany kieliszek z zaschniętą resztką czerwonego wina. Kiedyś zdarzało im się leżeć tam we dwoje, na górze, patrzeć przez okno na niebo i rozmawiać, nie zwracając przy tym uwagi na upływ czasu. W tamtych chwilach istnieli tylko oni i przedsmak przyszłości, który wszystko osnuwał.

Myśl o tym, jacy młodzi kiedyś byli, wydawała mu się niemal absurdalna. Starość okrada człowieka z tylu rzeczy. Przede wszystkim sprawia, że brakuje mu na wszystko czasu. Od lat miał wrażenie, że musi się spieszyć. Jak to zawsze mawiała jego żona? "Jeszcze ten jeden raz".

"Jeszcze ten jeden raz pojedziemy na wakacje, jeszcze ten jeden raz udamy się w podróż do Szwecji..." Jeszcze ten jeden raz... zanim będzie za późno. Osiągnęli taki wiek, że na wiele rzeczy było już za późno. Ostatni sezon urlopowy przyszedł i minął, a oni nie nazwali go ostatnim. A jednak oboje wiedzieli, że następnego już nie będzie.

Powoli obrócił się wokół własnej osi, wsuwając kciuki pod szelki. Gdzieś brzęczały naczynia, pachniało pietruszką i ziemniakami. Aneta na pewno zaczęła już przygotowywać kolację. Okna, przed którymi stał, były wysokie, zwieńczone łukiem. Kiedyś w tych ścianach tkwiły jedynie małe, pozbawione szyb kwadraty. Usunęli sufit dawnej stajni, rozebrali sąsiek z kwaterami dla parobków i wpuścili do środka światło. Kochał to pomieszczenie. Panującą w nim ciszę. Wiszącą w powietrzu inspirację. A poza tym rozciągał się stąd najpiękniejszy widok na dom.

Dom. Widać go było nie tylko przez okna - został też uwieczniony na wielu płótnach opartych o ściany. Zimą pokryty śniegiem, latem skryty za bluszczem, cegły żarzące się czerwienią w wieczornym słońcu, żółte wilgi jako jasne plamki farby wśród topoli. Na każdym obrazie okna były oświetlone, lecz na żadnym nie było ludzi. Wyraźnie natomiast dało się dostrzec postępujące zniszczenie. Obrazy ukazywały przede wszystkim przemijanie. Dokumentowały wszystkie minione lata.

Ogarnęło go dziwne wzruszenie. Obrazów zdecydowanie już więcej nie będzie. A jeśli nowi dzierżawcy nie dokonają cudu, to i dom popadnie w ruinę. Widok przez okno świadczył wyraźnie, że gospodarstwo chyliło się ku upadkowi. Dokładnie jak on sam.

Na połowie obrazów widniała kobieta. W przeciwieństwie do domu pozostawała młoda. Jedno z malowideł szczególnie było bliskie jego sercu. Akryl na płótnie, w kolorach burzowego nieba. Kiedyś zaproponował, żeby powiesić ten obraz, lecz już w chwili, gdy wypowiadał te słowa, czuł, jak bardzo były one chybione.

Obraz stał od lat na sztaludze, zdawało się, że od zawsze. Powoli podszedł bliżej i przyjrzał się twarzy kobiety. Twarzy, która była mu tak dobrze znana. Którą tak bardzo kochał.

Kobieta na obrazie siedziała przed lustrem. Uśmiechała się łagodnie, prawie nieobecnie, natomiast jej odbicie pogrążone było w smutku. Wyciągało ku niej ręce, jakby chciało dosięgnąć jej przez szkło.

Patrzenie na obraz sprawiało mu ból. Przypominało, że można dać drugiemu człowiekowi z siebie wszystko, a mimo to nie być dla niego wystarczającym.

Większość obrazów zamierzali rozdać. Nie należało z tym dłużej zwlekać. Pożegnania zawsze są trudne, lecz nie chciał zrzucać tego na innych. Musiał sam zrobić z tym porządek, póki jeszcze był w stanie.

Aneta oparła złożone kartony o drzwi. Oczywiście zaproponowała pomoc, lecz on chciał zrobić to sam. Składał karton jeden po drugim, ustawiał pudła rzędem na podłodze. Potem zaczął wkładać do nich rzeczy: puszki, farby, butelki do mieszania kolorów. Robił to metodycznie i powoli, jak wszystko, czego się podejmował.

Wyjął pędzle ze słoików, przesunął palcami po ich miękkich końcówkach, jakby żegnał się kawałek po kawałku z życiem, które wkrótce miało dobiec kresu. W pewnym sensie już dobiegło.

Mimo wszystko cieszył się, że tu jest, chociaż nie było to przyjemne zadanie. Cisza, słońce na karku. Kto wie, czy to nie będzie ich ostatnie lato. Jeszcze ten jeden raz...

Kiedy spakował do pudeł wszystkie farby i pędzle, zabrał się za przeglądanie szuflad w regale. Od dziesięcioleci wszystko było tu upychane: dokumenty, listy, materiały biurowe. Panował tu rozgardiasz. Chciał się z tym szybko uporać. I tak żadna z tych rzeczy nie miała większej wartości.

Pod wpływem impulsu wysunął do końca pierwszą szufladę i postawił ją na stole. Jakaś kartka zaszybowała w powietrzu. Musiała utknąć za szufladą. Bezgłośnie spadła na podłogę i wślizgnęła się pod regał.

Mężczyzna się zawahał. Ze względu na kolana schylanie się było udręką. Nie chciał jednak wołać Anety, by podniosła coś, co leżało u jego stóp.

- No dobrze, do dzieła!

Zebrał się w sobie, ugiął kolana i sięgnął po kartkę. Stawy zatrzeszczały niepokojąco. O mało nie wrzucił jej bez namysłu do kartonu z innymi rzeczami. O mało nie przeoczył tego, co było na niej napisane.

Ale jego wzrok zatrzymał się na czymś. Na czymś, co mimo słońca ogrzewającego mu kark przeszyło go zimnym dreszczem.

Na imieniu.

Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w litery, zanim w końcu pojął, co ma przed sobą. Odwrócił się gwałtownie i pokuśtykał przez sień do kuchni, gdzie Aneta właśnie odcedzała ziemniaki.

Kiedy wszedł, trzymając kartkę w dłoni jak oskarżenie, jego żona spojrzała na niego ze zdziwieniem.

- Wiedziałaś o tym przez te wszystkie lata. - Głos mu drżał z gniewu. Z oszołomienia. - Przez te wszystkie lata wiedziałaś, gdzie ona jest.