Utopiec - Aldona Reich

Kup ebooka

30.00 zł

-
Proszę czekać

12 KWIETNIA, WTOREK

Wieczór był chłodny, ale pogodny i niemal bezwietrzny. Dzięki temu rzeka zdawała się być jednolicie gładką i błyszczącą płaszczyzną, która coraz intensywniej odbijała blask księżyca. O tej porze już po obu stronach Warty panowała cisza, przerywana raz po raz sygnałami wysyłanymi przez mieszkańców szuwar.

W zaparkowanym nieopodal brzegu samochodzie na miejscu kierowcy siedział mężczyzna. Kręcąc się nerwowo, próbował przebić wzrokiem gęsty mrok, aby dojrzeć sylwetkę, która jeszcze kilka minut temu oddalała się w stronę rzeki. Po dłuższej chwili, już mocno zniecierpliwiony, opuścił szybę i niemal wysunął głowę na zewnątrz. Z napięciem słuchał dźwięków, które w nocnym powietrzu rozchodziły się w różne strony, wzajemnie się przenikając i odbijając najbardziej nieoczekiwanym echem. Już chciał wysiąść z samochodu, gdy drzwi po stronie pasażera otworzyły się niespodziewanie.

- A ty dokąd? - padło kpiące pytanie. - Chciałeś mi pomóc? Czy może raczej spieprzyć stąd i mnie zostawić?

- Nie... nie... - Wystraszony kierowca gwałtownie pokręcił przecząco głową. - Ja tylko... - Zamilkł, przygryzając nerwowo wargę. - Wszystko okay?

- Wrzucenie odpadków do rzeki nie jest jakimś specjalnym wyczynem, nie sądzisz? - prychnął pasażer. - Dobra, teraz mnie odwieź i możesz wracać do domu, między nami kwita.

- Boże, co myśmy najlepszego zrobili... Co myśmy zrobili... - półgłosem powiedział do siebie kierowca. - To jakiś obłęd - jęknął z niedowierzaniem i odpalił silnik. Kręciło mu się w głowie, a niebezpiecznie silne uderzenia pulsu nie chciały w żaden sposób zelżeć. Przymknął powieki i chwilę oddychał głęboko.

- Przestań się nad sobą rozczulać. - Usłyszał w odpowiedzi. - Zapewniam, że reklamacji nie będzie. - Pasażer roześmiał się z wysiłkiem. - Zawsze mówiłem, że jesteś najlepszy, masz ręce artysty. Poradziłeś sobie koncertowo - pochwalił z udawanym podziwem. - Nawet krwi nie było dużo. Myślałem, że zwykle w takich sytuacjach człowiek krwawi jak świnia... No! Ruszaj wreszcie!

- Ale... - Kierowca zawahał się przez moment. - Jaką mam gwarancję, że...? No, wiesz...

- Nie masz żadnej. - Pasażer wzruszył ramionami, sięgnął po torbę leżącą na tylnym siedzeniu samochodu i położył ją sobie na kolanach. - Nigdy nie ma gwarancji. Mogę tylko obiecać, że z mojej strony nic ci nie grozi. - Bezceremonialnie rozpiął suwak, zajrzał do środka i wyjął kilka opakowań opioidów w ampułkach. - O, bardzo ładnie! Elegancko! Dobry towar zawsze w cenie - mrugnął jowialnie do sparaliżowanego ze strachu kierowcy. - Boże, chłopie, no nie bądź takim ćwokiem! - roześmiał się. - Swoje zrobiłeś, sprawa zamknięta. Teraz możesz zapomnieć o długach i zabrać żonę, gdzie tam chcesz. Zaczynasz nowe życie!

- Ty jesteś chory... - wyszeptał kierowca i powoli ruszył w stronę drogi, którą tu dojechali. - Człowieku, w coś ty mnie wplątał...

- Skończysz to jojczenie, czy mam cię wypierdolić z samochodu?! Weź się, do ciężkiej cholery, w garść!

- A... pieniądze?

- Zgodnie z umową, dostaniesz te swoje pięćdziesiąt kawałków. Ja słowa dotrzymuję.

- I co teraz zrobisz? - Kierowca odwrócił wzrok na drogę i skupił się na omijaniu wszelkich nierówności. Po chwili wyjechali na odcinek pokryty asfaltem i można było nieco przyspieszyć.

- Nie twój zasrany interes. Im mniej wiesz, tym dłużej pożyjesz - roześmiał się pasażer.

Kierowca chwilę milczał, lecz wyraźnie wciąż coś nie dawało mu spokoju. Odwrócił wzrok od drogi i spojrzał na pasażera. Zawahał się, ale wreszcie wyrzucił z siebie pytanie:

- A jak ktoś się na lotnisku zorientuje, że brakowało jednego pasażera?

- Ty serio pytasz? - Tamten pokręcił głową z politowaniem. - Miałem cię za rozgarniętego gościa, ale najwyraźniej coś przeszacowałem. To chyba nie będzie pierwszy raz, gdy jakiś gamoń spóźnił się na lot? To nie taksówka, tam nikt na nikogo nie będzie czekał. Mamy kilka dni spokoju, zanim rozpęta się piekło. - Spojrzał badawczo na kierowcę. - I pamiętaj, obaj jedziemy na tym samym wózku, więc niech ci nie przyjdzie do głowy jakiś autorski pomysł - zastrzegł. - Wiesz, jakiś anonim, telefon albo inna głupota. Ja mam do stracenia dużo, ale tobie także się nie opłaca nadmierna szczerość. I jeszcze jedno... Przesyłka ma wyjść nie wcześniej niż za tydzień, zrozumiałeś? - Kierowca pod wpływem jego wzroku potulnie kiwnął głową. - Grzeczny chłopiec!