Abandon Hope / Porzućcie wszelką nadzieję
Dean mija pędem Phoenix Theatre, udaje mu się ominąć niewidomego w czarnych okularach i wbiega na jezdnię Charing Cross Road, żeby
wyprzedzić kobietę, która powoli pcha po chodniku wózek z dzieckiem.
Potem przeskakuje przez brudną kałużę i ostro skręca w Denmark Street.
Na zakręcie jego buty ślizgają się na czarnym lodzie. Nogi fruną w górę.
Jest w powietrzu na tyle długo, żeby widzieć zamienione miejscami
krawężnik i niebo i pomyśleć: kurczę, będzie bolało. I zaraz potem
chodnik wali go w żebra, w kolano i w kostkę. Kurczę, boli. Nikt nie
zatrzymuje się, by mu pomóc. Kurde, Londyn. Facet w typie maklera
giełdowego, z wąsami, w meloniku, na widok pechowego upadku beatnika z długimi włosami uśmiecha się złośliwie i zaraz znika. Mimo pulsującego
bólu Dean ostrożnie się podnosi i modli, żeby niczego sobie nie złamał.
Pan Craxi nie płaci chorobowego. Ale przynajmniej nadgarstki i dłonie są
całe. Pieniądze. Sprawdza, czy w kieszeni płaszcza nadal ma
bezpiecznie schowany portfel z cenną zawartością dziesięciu banknotów
pięciofuntowych. Wszystko na swoim miejscu. Kuśtyka dalej. W oknie
kawiarni Gioconda po drugiej stronie ulicy zauważa Ricka Wakemana,
zwanego "Jeden Dubel". Żałuje, że nie może się do niego przysiąść, wypić
kawy, zapalić i pogadać o sesji, ale w piątki rano trzeba płacić czynsz
i pani Nevitt już czeka w swoim salonie jak olbrzymia pajęczyca. Dean i tak zawsze płaci w ostatniej chwili, ale w tym tygodniu już po prostu
ledwo zdąży. Dopiero wczoraj dostał czek od Raya i właśnie stracił w banku czterdzieści minut w kolejce do wypłaty, biegnie więc dalej, mija
wydawnictwo muzyczne Lynch & Lupton's, gdzie pan Lynch powiedział
mu, że wszystkie jego piosenki są do niczego, oprócz kilku, które są
tragiczne. Mija agencję artystyczną Alfa Cummingsa, gdzie Alf Cummings
położył tłustą dłoń na wnętrzu uda Deana i wyszeptał: "Obaj wiemy, co
mogę dla ciebie zrobić, mój piękny. Pytanie: co ty możesz zrobić dla
mnie?". Mija studio Fungus Hut, gdzie miał nagrywać demo z Battleship
Potemkin, zanim go wyrzucili z zespołu.
- Niech mi pan pomoże. Proszę. Strasznie mnie... - Czerwony na twarzy
mężczyzna chwyta Deana za kołnierz i mamrocze: - Mam chyba... - Zgina się
wpół z bólu. - O Boże, jak boli...
- Dobrze, niech pan usiądzie tutaj, na schodku. Gdzie pana boli?
Z wykrzywionych warg człowieka ścieka ślina.
- W piersi...
- Jasne... Zaraz sprowadzimy panu pomoc. - Rozgląda się, ale ludzie mijają
ich w pośpiechu, z postawionymi kołnierzami, opuszczonymi daszkami
czapek, odwróconym wzrokiem.
Mężczyzna jęczy z bólu i opiera się o Deana.
- Aaa-aaagh.
- Chyba trzeba wezwać karetkę, pójdę...
- Co się dzieje? - Człowiek, który się przy nich zatrzymał, jest w wieku
Deana, ma krótkie włosy, a na sobie rozsądnie wyglądającą budrysówkę.
Poluźnia osłabłemu mężczyźnie krawat i zagląda mu w oczy. - Nazywam się
Hopkins. Jestem lekarzem. Proszę kiwnąć głową, jeśli mnie pan rozumie.
Mężczyzna krzywi się, chwyta powietrze i z trudem kiwa głową.
- Dobrze. - Hopkins zwraca się do Deana. - To pański ojciec?
- Niee. Nie znam go. Mówi, że go boli w klatce piersiowej.
- W klatce piersiowej, tak? - Hopkins zdejmuje jedną rękawiczkę i bada
dłonią puls na szyi mężczyzny. - Wysoka arytmia. Sir, zdaje się, że ma
pan atak serca.
Mężczyzna otwiera szeroko oczy, ale zaraz zaciska powieki w nowym
napadzie bólu.
- W kawiarni jest telefon - informuje Dean. - Zadzwonię po pogotowie.
- Nie zdążą - odpowiada Hopkins. - Cała Charing Cross Road stoi w korku.
Zna pan może Frith Street?
- Znam. I jest tam przychodnia, przy Soho Square.
- O nią mi chodzi. Niech pan tam biegnie i powie, że człowiek ma atak
serca przed sklepem z tytoniem na Denmark Street i że doktor Hopkins
potrzebuje sanitariuszy z noszami, na już. Będzie pan wiedział, co
powiedzieć?
Hopkins, Denmark Street, nosze.
- Tak, pamiętam.
- Dobrze. Ja tu zostanę i udzielę pierwszej pomocy. A pan niech już
pędzi. Los biedaka jest w pańskich rękach.
***
Dean biegnie Charing Cross Road, skręca w Manette Street, mija
księgarnię Foylesa, przebiega krótkim zaułkiem przy pubie Pillars of
Hercules. Jego ciało już zapomniało o bólu. Na Greek Street mija
śmieciarzy, którzy opróżniają kosze do śmieciarki, pędzi środkiem jezdni
do Soho Square, gdzie podrywa do lotu stadko wystraszonych gołębi, na
zakręcie we Frith Street niemal drugi raz się wywraca, ale wbiega po
schodkach przychodni do rejestracji, gdzie pielęgniarz czyta Daily
Mirror. "NIE ŻYJE DONALD CAMPBELL" - głosi pierwsza strona.
- Przysyła mnie doktor Hopkins... - wyrzuca z siebie, z trudem łapiąc
oddech. - Atak serca na Denmark Street... Potrzebni jak najszybciej
sanitariusze z noszami...
Pielęgniarz opuszcza gazetę. Nie wydaje się poruszony. Do jego wąsów
przykleił się okruszek ciasta.
- Tam umiera człowiek - powtarza Dean. - Nie słyszy pan?
- Oczywiście, że pana słyszę. Krzyczy pan.
- To niech pan wyśle pomoc! To przecież placówka opieki zdrowotnej, tak?
Pielęgniarz głośno pociąga nosem.
- Wypłacał pan sporą sumę pieniędzy z banku tuż przed spotkaniem z tym
"doktorem Hopkinsem", prawda?
- Owszem. Pięćdziesiąt funtów. A co?
Pielęgniarz strzepuje okruszek z klapy marynarki.
- Nadal ma pan te pieniądze?
- Mam je tutaj. - Dean sięga do kieszeni po portfel.
Portfela nie ma. Musi być. Sprawdza inną kieszeń. Obok przejeżdża
skrzypiący wózek. Jakiś dzieciak gapi się na niego wytrzeszczonymi
oczami.
- Cholera... Musiał mi wypaść po drodze, kiedy biegłem...
- Przykro mi, skroili pana.
Dean przypomina sobie, jak mężczyzna niemal upadł mu na pierś... Nie. Nie.
To naprawdę był atak serca. On ledwo się trzymał na nogach. Jeszcze raz
sprawdza kieszenie. Pieniędzy nadal nie ma.
- Wiem, że to żadne pocieszenie, ale jest pan już piątą osobą od
listopada. Wieść się rozniosła. Żaden szpital ani przychodnia w centrum
Londynu nie wyśle już noszy dla żadnego doktora Hopkinsa. Strata czasu.
Nigdy nikogo nie zastają na miejscu.
- Ale... - Dean czuje mdłości. - Ale...
- Pewnie chce pan powiedzieć, że nie wyglądali na kieszonkowców?
Właśnie to Dean zamierza zrobić.
- Ale skąd wiedzieli, że mam przy sobie pieniądze?
Myśli intensywnie. Bank.
- Obserwowali mnie, jak wypłacam. A potem za mną poszli.
Portier gryzie bułkę z kiełbasą.
- Strzał w dziesiątkę, Sherlocku.
- Ale... większość tych pieniędzy była na mój bas i... - Dean przypomina
sobie o pani Nevitt. - Cholera. Reszta była na czynsz. Z czego go
zapłacę?
- Może pan złożyć zawiadomienie w komisariacie, ale nie liczyłbym na
cud. Jeśli chodzi o prawo i porządek, Soho otoczone jest tablicami:
"Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie".
- Właścicielka mojego mieszkania to faszystka. Wywali mnie na zbity
pysk.
Portier siorbie herbatę.
- Niech jej pan powie, że chciał być pan dobrym samarytaninem. Może się
zlituje. Kto wie?
***
Pani Nevitt siedzi przy wysokim oknie. W salonie pachnie wilgocią i smalcem. Kominek wygląda na zabity deskami. Na sekretarzyku leży otwarta
księga rachunkowa właścicielki. W jej rękach podzwaniają i stukają druty
z robótką. Pod sufitem wisi żyrandol, nigdy niezapalany. Barwne kwiaty
na tapetach wyblakły i pociemniały, zmieniając się w ponure zielsko. Na
ścianie, w błyszczących złoconych ramach, wiszą trzy fotografie zmarłych
mężów pani Nevitt.
- Dzień dobry pani.
- Dla kogo dobry, dla tego dobry, panie Moss.
- Tak, cóż, uhm... - Deanowi zaschło w gardle. - Okradziono mnie.
Druty zastygają w bezruchu.
- Co za pech.
- Fatalny. Wypłaciłem pieniądze na czynsz, ale obrobiło mnie dwóch
kieszonkowców, na Denmark Street. Musieli widzieć, jak realizuję w banku
czek, i szli za mną ulicą. Rozbój w biały dzień. Całkiem dosłownie.
- Ojoj. Co za pech.
Jest przekonana, że zmyślam, myśli Dean.
- Tym większa szkoda, że nie zagrzał pan miejsca w Bretton's Royal
Printers. Praca w drukarni to solidne zajęcie. A w Mayfair, porządnej
dzielnicy, nie ma "kieszonkowców".
W Bretton's musiałem im obciągać na etacie, myśli Dean.
- Tak, ale już mówiłem, w Bretton's nie wyszło.
- To oczywiście nie moja sprawa. Mnie interesuje czynsz. Mam rozumieć,
że potrzebuje pan więcej czasu na zapłatę?
Dean odrobinę się uspokaja.
- Naprawdę, byłbym pani bardzo wdzięczny...
Pani Nevitt zaciska usta i rozszerza nozdrza.
- Zatem w drodze wyjątku, tylko tym razem, przesunę panu termin
uiszczenia czynszu...
- Dziękuję pani bardzo. Proszę mi wierzyć, że...
- ...do godziny drugiej. Proszę bardzo, potrafię iść na ustępstwa.
Czy ona sobie kpi?
- Do drugiej... dzisiaj?
- Mnóstwo czasu, żeby pójść do banku i z powrotem. Tylko tym razem
proszę nie machać pieniędzmi na ulicy.
Dean czuje fale gorąca, zimna i mdłości.
- Na koncie mam już zero, ale coś mi wpłynie w poniedziałek. Ureguluję
wtedy całość.
Właścicielka pociąga za sznurek zwisający z sufitu. Z sekretarzyka
wyjmuje kartkę z napisem: "Wynajmę pokój zainteresowanym (oprócz
czarnych i Irlandczyków)".
- Nie, proszę tego nie robić. Nie ma potrzeby.
Właścicielka umieszcza kartkę w oknie.
- A gdzie mam dzisiaj spać?
- Gdzie tylko ma pan ochotę. Ale już nie tutaj.
Najpierw pieniądze, teraz pokój.
- Proszę o zwrot depozytu.
- Najemcy, którzy nie regulują należności, tracą prawo do zwrotu
depozytu. Regulamin wisi na każdych drzwiach. Nie jestem panu winna ani
pensa.
- To moje pieniądze, pani Nevitt.
- Umowa, którą pan podpisał, mówi co innego.
- Znajdzie pani nowego lokatora do wtorku czy środy. Najpóźniej. Nie
może pani przywłaszczać sobie mojego depozytu. To kradzież.
Pani Nevitt wraca do przerwanej robótki.
- Wie pan, od razu wyczułam w panu prostaka, cockneya. Ale powiedziałam
sobie: "Daj młodemu człowiekowi szansę. Drukarnia Jej Królewskiej Mości
przecież dostrzegła w nim potencjał". Zatem dałam panu szansę. I co?
Rzucił pan drukarnię dla jakiegoś "zespołu pop". Zapuścił pan włosy jak
dziewczyna. Wydał pan wszystkie pieniądze na gitary i na Bóg wie co
jeszcze. I nie odłożył nic na czarną godzinę. A teraz jeszcze zarzuca mi
pan kradzież. Mam nauczkę, że nie zaufałam intuicji. Słoma zawsze
wyjdzie z butów. Aa, jest pan Harris... - W drzwiach salonu pojawia się
mieszkający u niej goryl, były żołnierz. - Ten... - właścicielka spogląda
na Deana - ...człowiek nas opuszcza. Niezwłocznie.
- Klucze - rzuca do Deana pan Harris. - Oba.
- A mój sprzęt? Jego też pani sobie przywłaszcza, tak?
- Niech pan zabiera swój "sprzęt" - mówi pani Nevitt - i żegnam.
Wszystko, czego do drugiej nie uprzątnie pan z pokoju, o trzeciej będzie
już w sklepie Armii Zbawienia. Może pan odejść.
- Rany, Boże jedyny - burczy Dean. - Żebyś zdechła.
Pani Nevitt nie zwraca na niego uwagi. Jej druty znowu stukają i pobrzękują. Pan Harris mocno chwyta Deana z tyłu za kołnierz i wyprowadza z salonu.
Dean prawie nie może oddychać.
- Dusisz mnie, głąbie!
Były sierżant wypycha go na korytarz.
- Na górę do pokoju, pakuj się i zjeżdżaj. Bo zobaczysz, co jeszcze ci
zrobię, pedziu lewy. Praca cię brzydzi, co?
***
Przynajmniej nadal mam pracę. Dean ubija kawę w metalowej kolbie
ekspresu, umieszcza ją pod dyszą, przekręca, aż zaskoczy, i pociąga
wajchę w dół. Z ekspresu "Gaggia" strzela para. Ósma godzina zmiany
Deana okropnie się dłuży. Bolą go siniaki po upadku na Denmark Street.
Wieczór jest mroźny, ale wnętrze kawiarni na rogu D'Arblay i Brewer
Street ciepłe, jasne i pełne gwaru. Studenci i nastolatkowie z przedmieść rozmawiają, flirtują, toczą spory. Modsi spotykają się tutaj,
zanim pójdą do klubów na wciąganie narkotyków i tańce. Eleganccy i zadbani starsi mężczyźni mierzą wzrokiem gładkoskórą młodzież w potrzebie sponsora. Mniej zadbani starsi mężczyźni zatrzymują się na
kawę przed wizytą w kinach porno albo burdelach. Siedzi tu pewnie jakaś
setka ludzi, myśli Dean, a każdy z nich ma dziś w nocy gdzie spać.
Odkąd zaczął zmianę, ma nadzieję, że może wpadnie jakiś znajomy, który
jest mu winien przysługę, żeby mógł wyżebrać u niego przekimanie się na
kanapie. Z szafy grającej leci głośno "19th Nervous Breakdown" Rolling
Stonesów. Dean kiedyś rozpracował chwyty tej piosenki razem z Kennym
Yearwoodem, dawno temu, w czasach The Gravediggers, kiedy wszystko było
prostsze. Z dyszy gaggii ścieka kawa, napełniając filiżankę w dwóch
trzecich. Dean odłącza kolbę, wyrzuca fusy do pojemnika. Pan Craxi
przechodzi obok z tacą brudnych talerzy. Poproś go o wcześniejszą
wypłatę, powtarza w myślach Dean pięćdziesiąty raz, nie masz wyboru.
- Przepraszam, proszę pana, czy mógłbym...?
Pan Craxi nie zwraca na niego uwagi.
- Pru, przetrze kontuar od przód. Bo aż disonore, wstyd!
Teraz pan Craxi przeciska się z powrotem w drugą stronę, odsłaniając
widok na klienta, który siedzi za kontuarem między dozownikiem z zimnym
mlekiem a ekspresem do kawy. Mężczyzna w typie mola książkowego ma około
trzydziestki, łysieje, ubrany jest w marynarkę w pepitkę i ma modne
kwadratowe okulary z niebieskimi szkłami. Pewnie homo, ale w Soho nigdy
nie ma pewności.
Klient podnosi wzrok znad czasopisma "Record Weekly" i bez skrępowania
odpowiada na spojrzenie Deana. Marszczy brwi, jakby usiłował przypomnieć
sobie, skąd go zna. Gdyby byli w pubie, Dean zapytałby: "Co się pan tak
gapi?". Tutaj odwraca wzrok i opłukuje kolbę pod zimną wodą, czując na
sobie spojrzenie klienta. Może myśli, że mi się podoba.
Zjawia się Sharon, przynosząc kartkę z nowym zamówieniem.
- Dwa razy espresso i dwie cole na dziewiątkę.
- Dwa espresso, dwie cole, na dziewiątkę. Się robi.
Dean odwraca się do gaggii, włącza przycisk i na kawę spływa mleczna
piana.
Sharon obchodzi kontuar i staje po stronie Deana, żeby napełnić
cukiernicę.
- Przykro mi, że nie mogę cię przekimać u siebie na podłodze, naprawdę.
- Nie ma sprawy. - Dean posypuje cappuccino odrobiną kakao i stawia je
na kontuarze dla Pru. - Bałem się ciebie zapytać, serio.
- Moja gospodyni to agentka KGB i matka przełożona w jednej osobie.
Gdybym spróbowała cię przemycić, oznajmiłaby: "To przyzwoity dom, a nie
burdel!" i wyrzuciłaby mnie na bruk.
Dean napełnia kolbę kawą na espresso.
- Rozumiem. Nie ma sprawy.
- Ale nie będziesz chyba spał pod mostem, prawda?
- Niee, pewnie, że nie. Mam kumpli, zadzwonię do nich.
Sharon się uśmiecha.
- W takim razie... - wdzięczy się, kołysząc biodrami - ...cieszę się, że
mnie pierwszą zapytałeś. Jeśli mogę coś dla ciebie zrobić, po prostu
powiedz.
Deana nie kręci ta słodka, ale przysadzista, pyzata dziewczyna z małymi,
wąsko rozstawionymi oczami... ale w miłości i na wojnie wszystkie chwyty
dozwolone.
- Pożyczyłabyś mi forsę do poniedziałku? Tylko do wypłaty?
Sharon się waha.
- A opłaci mi się?
O, ty flirciaro. Dean uśmiecha się swoim krzywym uśmieszkiem. Otwiera
butelkę coli.
- Kiedy tylko stanę na nogi, zachwycę cię z procentem.
Sharon promienieje, a Dean niemal czuje wyrzuty sumienia, bo takie to
łatwe.
- Chyba mam jakieś pieniądze w torebce. Tylko pamiętaj o mnie, kiedy
jako gwiazda pop będziesz już spał na forsie.
- Piętnastka dalej czeka! - krzyczy pan Craxi swoim akcentem trochę z Sycylii, trochę z robotniczego Londynu. - Trzy czekolady na gorąco! Z piankami! Ruszcie się!
- Trzy czekolady na gorąco! - powtarza głośno Dean.
Sharon odchodzi z cukiernicą. Zjawia się Pru, żeby zanieść cappuccino na
ósemkę, więc Dean nadziewa kartkę z zamówieniem na szpikulec, na którym
karteczki sięgają już dwóch trzecich wysokości. Pan Craxi powinien być
zadowolony. Niech mnie drzwi ścisną, jeśli nie jest. Dean zaczyna
przygotowywać espresso dla dziewiątki. Po Stonesach z szafy grającej
płynie "Sunshine Superman" Donovana. Z gaggii z sykiem strzela para.
Dean zastanawia się, ile forsy się uzbiera w torebce Sharon. Na pewno
nie dość na hotel. Jest jeszcze YMCA na Tottenham Court Road, ale nie
wiadomo, czy będą mieli wolne łóżko. Zanim tam dotrze, będzie już wpół
do jedenastej. Po raz kolejny przebiega w myślach listę znajomych z Londynu, którzy (a) mogliby mu pomóc i (b) mają telefon. Metro przestaje
kursować koło północy, więc jeśli Dean ze swoim basem i plecakiem zjawi
się u kogoś pod drzwiami w Brixton czy Hammersmith i pocałuje klamkę,
utknie tam na całą noc. Bierze nawet pod uwagę starych kumpli z Battleship Potemkin, ale podejrzewa, że spalił za sobą mosty.
Dean spogląda na klienta w niebieskich okularach. Mężczyzna zamienił
"Record Weekly" na książkę, Na dnie w Paryżu i w Londynie. Dean
zastanawia się, czy facet jest beatnikiem. W akademii sztuki kilku
chłopaków pozowało na beatników. Palili gauloisesy, rozmawiali o egzystencjalizmie i chodzili z francuskimi gazetami pod pachą.
- Ej, Clapton. - Pru ma dar do przezwisk. - Czekasz, aż te czekolady na
gorąco same się zrobią, czy jak?
- Clapton gra na prowadzącej - wyjaśnia Dean po raz setny. - Ja jestem
basistą. - Dostrzega, że Pru wydaje się z siebie zadowolona.
***
Niewielkie podwórko za kuchnią Etny jest jak studnia grubo pokryta sadzą
i pełna mgły, mieszczą się tam tylko kosze na śmieci i niewiele więcej.
Dean patrzy, jak szczur wspina się po rurze ku ciemnemu kwadratowi nieba
zasnutego wieczorną chmurą. Zaciąga się ostatnim sztachem dymu z ostatniego dunhilla. Minęła już dziesiąta, zmiana jego i Sharon dobiegła
końca. Sharon pojechała do domu, ale zdążyła pożyczyć Deanowi osiem
szylingów. Jeśli nic innego nie wypali, będzie na pociąg do Gravesend.
Przez drzwi do kuchni Dean słyszy, jak pan Craxi rozmawia po włosku z najnowszym bratankiem, który przybył z Sycylii. Pan Craxi prawie nie
mówi po angielsku, ale angielski nie jest potrzebny, żeby warzyć kadzie
sosu bolońskiego, którego chochla wylana na talerz spaghetti jest
jedynym daniem, jakie serwuje Etna.
Zjawia się pan Craxi.
- Chciał rozmawiać, Moss.
Dean gasi papierosa na wyłożonym cegłami podwórku. Szef piorunuje go
wzrokiem. Cholera. Dean podnosi niedopałek.
- Przepraszam.
- Śpieszy mi się.
- Czy mógłbym dzisiaj dostać wypłatę?
Pan Craxi upewnia się, czy dobrze usłyszał.
- Dostać wypłatę? Dzisiaj?
- Tak. Wypłatę. Dzisiaj. Teraz. Bardzo proszę.
Pan Craxi wpatruje się w niego z niedowierzaniem.
- Płacam w poniedziałek.
- Tak, ale, jak już wcześniej mówiłem, okradli mnie.
Życie w Londynie zrobiło z pana Craksiego człowieka podejrzliwego. A może już się taki urodził.
- Pech. Ale zawsze płacam w poniedziałek.
- Nie prosiłbym pana, gdybym nie był w desperacji. Nie mogłem uregulować
czynszu, więc gospodyni mnie wyrzuciła. Właśnie dlatego w szafce
personelu stoją mój plecak i gitara.
- Aa. Myślałem, że jedzie na wakacje.
Dean udaje uśmiech, na wypadek gdyby to był żart.
- Chciałbym. Ale niee. I naprawdę potrzebna mi dziś wypłata. Może na
pokój w YMCA.
Pan Craxi się namyśla.
- Wpadł w gówno, Moss. Ale jego gówno, jego dupa. Zawsze płacam w poniedziałek.
- Mógłby mi pan pożyczyć chociaż dwa funty? Proszę?
- Ma gitara. Idzie do lombard.
Serce z kamienia. Nie dobijesz się, myśli Dean.
- Po pierwsze, nie spłaciłem jeszcze ostatniej raty, więc gitara nie
jest moja, żebym mógł ją sprzedać. Złodzieje ukradli mi właśnie
pieniądze na ratę.
- Ale mówi, że były na czynsz.
- Część była na czynsz. Większość na gitarę. Po drugie, jest już po
dziesiątej w piątek wieczorem i lombardy są zamknięte.
- Nie jestem bank. Płacam w poniedziałek. Koniec.
- Jak mam tu przyjść w poniedziałek, skoro dostanę obustronnego
zapalenia płuc od spania cały weekend na ławce w Hyde Parku?
Panu Craksiemu drga policzek.
- Nie ma go tu w poniedziałek, okej. Nie płacam, chuj. Tylko wymówienie.
Jasne?
- Co za różnica, czy mi pan da wypłatę teraz, czy w poniedziałek?
Przecież, kurczę, nawet nie pracuję w weekend!
Pan Craxi zakłada ręce na piersi.
- Moss, zwolniony.
- No nie, do kurwy nędzy! Nie może mi pan tego robić!
Gruby palec stuka Deana w splot słoneczny.
- Mogę. Robię. Idzie stąd.
- Nie. - Najpierw pieniądze, potem chata, a teraz praca. - Nie. Nie. -
Dean odpędza od siebie palec Craksiego. - Jest mi pan winien za pięć dni
pracy.
- Udowodni. Poda do sądu. Weźmie prawnik.
Dean zapomina, że ma pięć stóp siedem cali, a nie sześć stóp pięć cali,
i krzyczy Craksiemu w twarz:
- WISISZ MI ZA PIĘĆ DNI PRACY, MENDO ZŁODZIEJSKA!
- Aa, sí, sí. Wiszę. Masz, płacam, co wiszę.
Potężny cios pięścią rozpłaszcza żołądek Deana. Dean zgina się wpół i w szoku ląduje na plecach, z trudem łapiąc oddech. To dzisiaj drugi raz.
Gdzieś szczeka pies. Dean podnosi się, ale Craksiego już nie ma, a w drzwiach kuchni zjawiają się dwaj sycylijscy bratankowie. Jeden trzyma
fendera Deana, drugi jego plecak. Siłą wyprowadzają Deana przez
kawiarnię. The Kinks z szafy grającej śpiewają "Sunny Afternoon". Dean
tylko raz odwraca się przez ramię. Craxi, z założonymi rękami, patrzy
groźnie zza kasy.
Dean pokazuje byłemu szefowi środkowy palec.
W odpowiedzi Craxi podrzyna dłonią gardło.
***
Dean stoi na D'Arblay Street i nie ma dokąd pójść. Rozważa, co by się
stało, gdyby rzucił cegłą w okno kawiarni. Cela na komisariacie od razu
rozwiązałaby problemy lokalowe, ale patrząc perspektywicznie, bycie
notowanym niespecjalnie mu pomoże. Wchodzi do budki telefonicznej na
rogu ulicy. Wnętrze jest powyklejane ulotkami z imionami dziewczyn i numerami telefonów. Dean opiera fendera tuż przy nodze, a postawionym
plecakiem przytrzymuje uchylone drzwi. Wyjmuje sześciopensówkę i wertuje
czarny notes. Przeniósł się do Bristolu... Ciągle mu wiszę piątaka...
Wyjechał... Znajduje numer Roda Dempseya. Nie zna go dobrze, ale Rod też
jest z Gravesend. Miesiąc temu otworzył na Camden sklep ze skórzanymi
kurtkami i akcesoriami dla motocyklistów. Dean wykręca numer, ale nikt
nie odpowiada.
Co teraz?
Wychodzi z budki telefonicznej. Zamarzająca mgła rozmywa krawędzie,
zaciera twarze przechodniów, rozmazuje neonowe litery - girls! girls!
girls! - i wypełnia płuca. Dean ma piętnaście szylingów i trzy pensy
oraz dwa sposoby na ich wydanie. Może pójść D'Arblay Street do Charing
Cross Road, wsiąść w autobus do dworca London Bridge i złapać pociąg do
Gravesend, obudzić Raya, Shirl i ich synka, przyznać się, że ciężko
zarobione przez Raya pięćdziesiąt funtów - o których nie wie Shirl -
ukradli mu dziesięć minut po tym, jak zrealizował w banku czek, i poprosić, żeby przenocowali go na kanapie. Ale nie może u nich zostać na
zawsze.
A jutro? Wprowadzić się z powrotem do babci i Billa? W wieku
dwudziestu trzech lat? Za kilka dni zwróci fendera do sklepu muzycznego
Selmer's i będzie błagał o częściowy zwrot tego, co już zapłacił. Po
odjęciu za fakt, że gitara przestała być nowa. Zawodowy muzyk Dean Moss
niech spoczywa w pokoju. Oczywiście Harry Moffat się dowie. I umrze ze
śmiechu.
Albo też... Dean spogląda ku Brewer Street, gdzie są kluby, światła,
ludzie, kabiny peep-show, salony gier, puby... Zaryzykuję ostatni raz. W Coach and Horses może siedzieć Goof. Nick Woo zwykle w piątki bywa w Mandrake. Al przesiaduje w Bunjie's na Litchfield Street. Może pozwoli
mu przekimać na podłodze do poniedziałku. Jutro poszuka nowej pracy w jakiejś kawiarni. Najlepiej gdzieś dalej od Etny. Mogę jeść chleb z marmite'em, aż znowu dostanę jakąś wypłatę.
Ale... Co, jeśli fortuna sprzyja roztropnym? A jeśli ostatni raz
zaryzykuje, wyda forsę na bilet do klubu, zacznie zagadywać do jakiejś
bogatej panny z własnym mieszkaniem, która potem się zmyje, kiedy Dean
pójdzie do kibla? Już się tak zdarzało... Albo jeśli bramkarz wyrzuci
go, naprutego na oblodzony, zarzygany chodnik o trzeciej nad ranem,
kiedy właśnie przepuścił pieniądze na bilet? Wtedy do Gravesend dostanie
się już jedynie na nogach. Po drugiej stronie ulicy jakiś żul w świetle
witryny pralni grzebie w przesypującym się koszu na śmieci. Może on też
kiedyś ten ostatni raz zaryzykował?
Dean pyta głośno sam siebie:
- A jeśli moje piosenki rzeczywiście są do niczego i tragiczne?
A jeśli tylko sam siebie oszukuję, że umiem grać?
Musi podjąć decyzję. Jeszcze raz wyjmuje sześciopensówkę.
Jeżeli wypadnie królowa - D'Arblay Street i Gravesend.
Jeżeli reszka - Brewer Street, Soho i muzyka.
Dean podrzuca monetę...
***
- Przepraszam, Dean Moss?
Pieniądz wpada do rynsztoka i gdzieś znika. Moje sześć pensów! Dean
odwraca się i widzi ewentualnego homobeatnika, który siedział w Etnie.
Beatnik nosi na głowie futrzaną czapkę jak rosyjski szpieg, chociaż
akcent ma amerykański.
- Rany, przepraszam, przeze mnie zgubiłeś monetę...
- Owszem, raczej.
- Zaraz, o tutaj jest, patrz... - Nieznajomy schyla się i wydobywa
sześciopensówkę Deana ze szczeliny rynsztoka. - Bardzo proszę.
Dean chowa ją do kieszeni.
- A pan kim jest?
- Nazywam się Levon Frankland. Poznaliśmy się w sierpniu, za kulisami
Brighton Odeon. Na Przeglądzie Przyszłych Gwiazd. Byłem menadżerem Great
Apes. A przynajmniej tak mi się wydawało. Ty byłeś w Battleship
Potemkin. Graliście "Dirty River". Świetny kawałek.
Dean ostrożnie podchodzi do pochwał, szczególnie z ust ewentualnego
ciepłego. Z drugiej strony ten ciepły jest menadżerem artystów, a ostatnio Deanowi bardzo brakuje jakichkolwiek pochwał, na dowolny temat.
- Ja napisałem "Dirty River". To mój kawałek.
- Tak się domyślam. Rozumiem też, że się rozstałeś z Potemkinami.
Czubek nosa Deana jest lodowaty.
- Wywalili mnie. Za "rewizjonizm".
Levon Frankland się śmieje, wypuszczając z ust na mróz kłęby pary.
- Przynajmniej wreszcie coś innego niż "różnice artystyczne".
- Napisali kawałek o przewodniczącym Mao, a ja stwierdziłem, że był do
dupy. Refren szedł: "Przewodniczący Mao, Mao, Mao, twa czerwona flaga to
nie święta krowa". Przysięgam, że tak to szło.
- Lepiej sobie poradzisz bez nich. - Frankland wyjmuje paczkę rothmansów
i częstuje Deana.
- Bez nich to jestem spłukany. - Zgrabiałymi palcami Dean bierze
papierosa. - Spłukany i po szyję w gównie.
Frankland podaje Deanowi ogień, eleganckie zippo, potem przypala sobie.
- Tak się złożyło, że wszystko słyszałem... - Wskazuje głową w stronę
Etny. - Nie masz gdzie spać, tak?
Mija ich marszem pluton modsów w pełnym rynsztunku na piątkową noc. Dean
zgaduje, że wciągnęli po kresce i idą do Marquee.
- Zgadza się. Nie mam.
- Złożę ci pewną propozycję - oznajmia Frankland.
Deana przeszywa dreszcz.
- Tak? A jaką?
- W klubie 2i's jest dziś koncert pewnej grupy. Chciałbym poznać twoją
opinię jako muzyka na temat jej potencjału. Jeśli ze mną pójdziesz,
będziesz mógł się przespać na kanapie. Mam mieszkanie w Bayswater. Ritz
to nie jest, ale u mnie będzie cieplej niż pod Waterloo Bridge.
- Już nie jesteś menadżerem Great Apes?
- Już nie. Różnice artystyczne. Teraz jestem... - gdzieś obok na chodniku
rozbija się szklanka i słyszą salwę demonicznego śmiechu - ...łowcą
młodych talentów.
Dean czuje pokusę. Będzie ciepło i sucho. Jutro wyżebrze od niego jakieś
śniadanie, będzie mógł się umyć i uważniej przejrzeć czarny notes.
Frankland musi mieć telefon. Pytanie, czy przy tym kole ratunkowym nie
wisi czasem metka z ceną.
- Gdybyś u mnie na kanapie czuł się zagrożony... - Levon ma rozbawioną
minę - ...możesz spać w łazience. Jest zamykana.
Czyli jest homo, uświadamia sobie Dean, i wie, że się zorientowałem...
ale jeśli on się tym nie martwi, czemu ja miałbym się przejmować?
- Na kanapie będzie super.
***
W zatęchłej piwnicy kawiarni 2i's przy Old Compton Street 59 jest gorąco
i ciemno jak w dupie. Nad niską scenką z desek i skrzynek na mleko wiszą
dwie nagie żarówki. Po ścianach spływa wilgoć, sufit się poci. A przecież zaledwie pięć lat temu 2i's było jednym z najmodniejszych
miejsc w Soho, w których grali młodzi artyści. To właśnie tutaj
zaczynali karierę Cliff Richard, Hank Marvin, Tommy Steele i Adam Faith.
Dzisiaj na scenie staje Blues Cadillac Archiego Kinnocka - Archie
Kinnock na wokalu i gitarze rytmicznej; Larry Ratner na basie;
perkusista w kamizelce z mnóstwem kieszonek, za dużo ich na scenę; i wysoki, chudy gitarzysta o dzikim wyglądzie, z różową cerą, rudymi
włosami i wąsko rozstawionymi oczami. Jego fioletowa marynarka faluje, a włosy zwieszają się nad gryfem. Zespół gra stary hit Archiego Kinnocka
"Lonely As Hell". Już po chwili Dean widzi, że nie jedno, a dwa koła
Blues Cadillaca się obluzowują. Archie Kinnock jest pijany albo upalony,
albo jedno i drugie. Bluesowo jęczy do mikrofonu: I'm looo-ooonely as
hell, babe, looo-ooonely as hell - ale kaleczy partie gitarowe. Jego
chórki You're looo-ooonely as well, babe, you're looo-ooonely as well
nie trzymają tonacji, nie brzmi to dobrze. W środku piosenki warczy na
bębniarza: "Za wolno!". Perkusista patrzy spode łba. Gitarzysta
rozpoczyna solówkę, podtrzymuje jęczącą, wibrującą nutę przez trzy
takty, a w końcu przechodzi do starego jak świat riffu. Archie Kinnock z powrotem podejmuje swoją partię rytmiczną, trzymając się podkładu E-A-G,
a tymczasem gitarzysta prowadzący gra melodię i czarująco ją odwraca.
Drugie solo robi na Deanie jeszcze większe wrażenie niż pierwsze. Ludzie
wyciągają szyje, żeby patrzeć, jak palce gitarzysty prowadzącego suną,
szarpią, ściskają, ciągną, skaczą i uderzają po całej długości gryfu.
Jak mu się to udaje?
***
Po "I'm Your Hoochie Coochie Man" Muddy'ego Watersa zespół serwuje
pomniejszy przebój Archiego Kinnocka "Magic Carpet Ride", a zaraz potem
płynnie przechodzi do "Green Onions" Bookera T. and the MGs. Gitarzysta
i bębniarz grają z coraz większą werwą, za to stare wygi, Kinnock i Ratner, ciągną grupę w dół. Lider zespołu kończy pierwszy set,
pozdrawiając te kilkadziesiąt osób publiczności, jakby były szalejącym
tłumem w Royal Albert Hall.
- Halo, Londyn! Nazywam się Archie Kinnock. Powróciłem! Niedługo zagramy
część drugą, okej?
The Blues Cadillac znikają w zapadłym bunkrze z boku sceny klubu 2i's.
"I Feel Free" Cream zawodzi z lichych głośniczków, a połowa publiczności
idzie na górę, żeby kupić colę, sok pomarańczowy i kawę.
- I jak? - pyta Frankland Deana.
- Przyprowadziłeś mnie tu, żebym zobaczył gitarzystę, prawda?
- Zgadza się.
- Niezły jest.
Mina Levona wyraża pytanie: "Tylko tyle?".
- Kurde, jest niesamowity. Kto to?
- Nazywa się Jasper de Zoet.
- Rany, w moich stronach nie miałby życia za takie nazwisko.
- Ojciec Holender, matka Angielka. Jest w Anglii od półtora miesiąca,
dopiero się tu odnajduje. Może trochę burbona do tej coli?
Dean wyciąga do Levona butelkę ze swoim napojem i dostaje solidny
chlust.
- Dzięki! Marnuje swój talent u Archiego Kinnocka.
- Jest jak ty w Battleship Potemkin.
- A kto gra na bębnach? Też jest niezły.
- Peter Griffin. "Griff". Z Yorkshire. Nabierał szlifów w kręgach
jazzowych na północy, grał w Wally Whitby Ensemble.
- U Wally'ego Whitby'ego, tego jazzowego trębacza?
- Tego samego. - Levon pociąga z piersiówki.
- A czy Jasper de Coś-Tam pisze równie dobrze, jak gra? - pyta Dean.
- Podobno. Ale Archie nie pozwala mu wykonywać własnych kawałków.
Dean czuje ukłucie zazdrości.
- Zdolna bestia.
Levon ociera błyszczące czoło brudną chusteczką.
- Owszem. Ale ma też pewien problem. Jest zbyt oryginalny, żeby wpasować
się w już istniejącą grupę, jak Blues Cadillac Archiego Kinnocka, a z drugiej strony nie ma tego czegoś na występy solo. Potrzebuje starannie
dobranego zespołu równie utalentowanych muzyków, którzy będą motywować i inspirować jego, a on ich.
- Jaki zespół masz na myśli?
- Jeszcze taki nie istnieje. Ale mam wrażenie, że właśnie patrzę na
basistę.
Dean parska śmiechem.
- Jasne.
- Mówię poważnie. Dobieram zespół. I jestem coraz bardziej przekonany,
że ty, Jasper i Griff możecie mieć magiczną chemię.
- Żartujesz, prawda?
- Wyglądam, jakbym żartował?
- Nie, ale... A oni co powiedzieli?
- Jeszcze z nimi nie rozmawiałem. Z tej układanki ty, Dean, jesteś
pierwszy. Niewielu basistów będzie dla Griffa wystarczająco czuło rytm,
a dla Jaspera okaże się wystarczająco twórczych.
Dean idzie za ciosem.
- I ty będziesz menadżerem?
- Ma się rozumieć.
- Ale Jasper i Griff już grają w zespole.
- Blues Cadillac to nie zespół. To zdychający pies. Należałoby mu
skrócić cierpienia.
Na kark Deana spada kropla wilgoci z sufitu.
- Ich menadżer byłby innego zdania.
- Były menadżer Archiego uciekł ze skarbonką, więc to Larry Ratner
kieruje zespołem. Niestety taki z niego menadżer jak ze mnie
lekkoatleta.
Dean bierze łyk burbonu z colą.
- Czyli składasz mi ofertę?
- Propozycję.
- Nie powinniśmy odbyć jakiejś próby, zanim... - Dean gryzie się w język,
bo chciał powiedzieć "pójdziemy razem do łóżka" - ...podejmiemy jakieś
decyzje?
- Jasne, że tak. Tak się składa, że masz ze sobą swój bas, a publika
jest rozgrzana. Ja tylko czekam na twój znak.
O czym on mówi?
- To koncert Archiego Kinnocka. On ma basistę. Nie możemy teraz
organizować przesłuchania.
Levon zdejmuje niebieskie okulary i zaczyna przecierać szkła.
- Ale odpowiedź na pytanie: "Czy chciałbyś zagrać próbę z Jasperem i Griffem?" brzmi: "Tak"?
- No tak, chyba tak, ale...
- Wracam za kilka minut. - Frankland z powrotem zakłada okulary. - Mam
spotkanie. Nie potrwa długo.
- Spotkanie? Teraz? Z kim?
- Z Mrocznymi Sztukami.
***
Czekając, aż Levon Frankland wróci, Dean staje w rogu, pilnując swojego
basu i plecaka. Z głośników leci "Sha-La-La-La-Lee" Small Faces. Dean w myślach zauważa, że z tekstem mogliby się bardziej postarać, i wtedy
słyszy znajomy głos:
- Mosser!
Dean wpatruje się w Kenny'ego Yearwooda, kolegę z akademii sztuki,
chłopaka o orlim nosie, szeroko rozstawionych oczach i głupawym
uśmiechu.
- Kenny!
- Czyli żyjesz. Rany, ale ci włosy urosły.
- Za to ty masz krótsze.
- Z powodu, który nazywają "zdobyciem posady". Nie mogę powiedzieć,
żebym za tym szalał. Byłeś w domu na święta? Nie widziałem cię w Captain
Marlow.
- Taak, miałem grypę i siedziałem u babci. Nie dzwoniłem do nikogo z kumpli. - Przyznaj się raczej, że bałeś się z nimi spotkać.
- Dalej grasz w Battleship Potemkin? Słyszałem pogłoski, że EMI
podpisało z wami kontrakt czy coś.
- Nie, nic z tego wyszło. Odszedłem z zespołu w październiku zeszłego
roku.
- O. Ale świat się na nich nie kończy, co nie?
- Miejmy nadzieję.
- Czyli... z kim teraz grasz?
- Nie bar... uhm... no. Tak jakby. Zobaczymy.
Kenny czeka, aż Dean odpowie normalnie.
- Wszystko okej?
Dean uświadamia sobie, że powiedzenie prawdy będzie mniej wyczerpujące
niż kłamstwo.
- Mam koszmarny dzień, szczerze mówiąc. Dziś rano mnie obrobili.
- Ja pierdolę, Mosser.
- Napadło mnie na ulicy sześciu kafarów. Parę ciosów ode mnie oberwali,
ale zabrali pieniądze na czynsz - wszystkie, jakie miałem, tak naprawdę
- więc właścicielka pokoju mnie wywaliła. A na dokładkę wylali mnie z pracy w kawiarni. Więc, jak sam widzisz, stary, jestem w niezłej dupie.
- To gdzie się teraz zatrzymasz?
- U kogoś na kanapie, do poniedziałku.
- A potem?
- Coś się znajdzie. Tylko nie mów nikomu w Gravesend, dobrze? Plotki się
roznoszą, dowie się babcia, Bill i mój brat, i będą się martwić, więc...
- Jasne, jasne, ale słuchaj. Masz tu zaliczkę, aż staniesz na nogi. -
Kenny wyjmuje portfel i wsuwa coś w kieszeń Deana. - To pięć funtów, a nie szybkie macanko.
Dean chce się zapaść pod ziemię.
- Stary, ja nie dlatego, nie po to mówiłem, żeby...
- Wiem. Wiem. Ale gdybyś był na moim miejscu, zrobiłbyś dla mnie to
samo, tak?
Dean rozważa oddanie Kenny'emu pieniędzy. Przez całe trzy sekundy. Pięć
funtów to jedzenie na dwa tygodnie.
- Jezu, Kenny, nie wiem, jak ci dziękować. Oddam ci całość.
- Wiem. Najpierw podpisz kontrakt na płytę.
- Nie zapomnę tego. Jak Boga kocham. Dzięki...
Nagle rozlegają się krzyki i wrzaski. Jakiś człowiek rzuca się do
ucieczki przez tłum, rozpychając gości klubu na prawo i lewo. Kenny
uskakuje w jedną stronę, Dean w drugą. To Larry Ratner, basista Blues
Cadillaca. Biegnie ku schodom, a goni go Archie Kinnock, ale potyka się
o futerał z gitarą Deana, który zsunął się na podłogę. Archie Kinnock
niezgrabnie się potyka, przewraca i z hukiem wali głową w betonową
podłogę. Ratner dociera do stromych schodów i wbiega na górę,
przeskakując po dwa stopnie i przepychając się obok zdumionych stałych
bywalców klubu. Archie Kinnock z rozkwaszonym nosem podnosi się z podłogi i ryczy w stronę schodów:
- Zobaczysz, kurde, wyrwę ci serce! Jak ty wyrwałeś moje!
Po czym chwiejnym krokiem wchodzi po schodach za członkiem swojego
zespołu i również znika.
Wszyscy patrzą po sobie.
- Co to było? - pyta Kenny.
Dean redaguje w myślach groźbę Archiego i powierza ją pamięci: Wyrwę ci
serce-serce-serce, jak ty wyrwałeś moje.
Zjawia się Levon Frankland.
- Jezu, widzieliście?
- Trudno było nie widzieć. Levon, to jest Kenny, kumpel z akademii
sztuki. Graliśmy razem w zespole w latach wczesnej młodości.
- Miło mi, Kenny. Levon Frankland. Mam nadzieję, że obaj zdołaliście
uciec przed huraganami Kinnock i Ratner.
- Taak - potwierdza Kenny. - Ledwo, ledwo. A o co im chodziło?
Frankland w przesadny sposób wzrusza ramionami.
- Znam tylko plotki i pogłoski, a kto by się tam przejmował plotkami.
- Plotki i pogłoski o czym? - dopytuje Dean.
- O Larrym Ratnerze, o żonie Archiego Kinnocka, o ich namiętnym romansie
i o nieprawidłowościach finansowych.
Dean zaczyna rozumieć.
- Larry pukał żonę Archiego Kinnocka?
- Czy ktokolwiek może powiedzieć, że zna całą prawdę o świecie?
- I Archie Kinnock właśnie się dowiedział? - pyta Kenny. - Przed chwilą?
W połowie występu?
Levon robi zamyśloną, poważną minę.
- To najpewniej wyjaśniałoby jego żądzę krwi. Jak myślicie?
Zanim Dean ma czas głębiej przeanalizować sprawę, mija ich Oscar Morton
- wybrylantynowany, wielkooki menadżer klubu 2i's. Kieruje się do
zapadniętego bunkra.
- Kenny, mógłbyś popilnować przez moment plecaka Deana? - prosi Levon. -
Dean i ja możemy się przydać.
- Uhm... jasne. - Kenny jest tak samo zdezorientowany jak Dean.
Menadżer prowadzi Deana za łokieć w ślad za Oscarem Mortonem.
- Dokąd idziemy? - pyta Dean.
- Za okazją.
- Jaką okazją?
- Która się właśnie nadarza.
***
W zapadłym bunkrze cuchnie kanalizacją. Oskar Morton przesłuchuje
pozostałych członków Blues Cadillaca i nie zauważa, że Dean i Frankland
wślizgują się do środka. Jasper de Zoet siedzi w fotelu z niskim
oparciem, ze swoim stratocasterem na kolanach. Perkusista Griff jest
wkurzony.
- I to na pierwszym lepszym drzewie. Odrzuciłem propozycję dwóch tygodni
grania w Blackpool Winter Gardens, a oni teraz takie coś odpierdalają.
Menadżer 2i's próbuje wydobyć jakąkolwiek informację z Jaspera de Zoeta.
- Wrócą?
- Trudno powiedzieć - odpowiada de Zoet obojętnym tonem. Ma akcent z wyższych sfer.
- Ale co się stało? - dopytuje Morton.
- Zadzwonił telefon. - Griff wskazuje ruchem głowy czarny aparat na
kablu. - Kinnock odebrał. A potem tylko dobrą minutę słuchał i kiwał
głową. Coraz bardziej czerwieniał na twarzy. Patrzył na Ratnera.
Pomyślałem: "Oho, będzie się działo", ale Ratner niczego nie zauważał.
Zakładał nowe struny na gitarę. Kiedy ten, kto dzwonił, wszystko już
powiedział, Kinnock się rozłączył bez słowa i tylko patrzył na Ratnera,
który w końcu to zauważył i powiedział Kinnockowi, że wygląda, jakby się
zesrał. Kinnock zapytał Ratnera, bardzo cicho: "Posuwasz Joy? I kupiliście razem mieszkanie za pieniądze zespołu?".
- Kto to jest Joy? - pyta Oscar Morton. - Dziewczyna Archiego?
- Pani Joy Kinnock - odpowiada Griff. - Jego żona.
- No to nieźle - przyznaje Morton. - A co na to Larry?
- Nic - odpowiada Griff. - Więc Kinnock mówi: "Czyli to prawda". A Ratner zaczął bełkotać, że czekali na odpowiedni moment, żeby mu
powiedzieć, i że mieszkanie było inwestycją dla zespołu, i że człowiek
nie wybiera, w kim się zakochuje. Kiedy wspomniał o miłości, Kinnock
zaryczał jak Hulk i... resztę na sali już sami widzieliście. Gdyby Ratner
nie siedział tuż przy drzwiach i nie uciekł, Kinnock pewnie by go zabił.
Oscar Morton pociera skronie.
- A kto dzwonił?
- Nie mam pojęcia - mówi Griff.
- Możecie zagrać drugi set tylko we dwóch?
- Pojebało cię? - odpowiada bębniarz.
- Elektryczny blues bez basu? - Jasper ma powątpiewającą minę. - Będzie
brzmiał jednowymiarowo. I kto zagra na harmonijce?
- Ślepy Willie Johnson miał tylko sfatygowaną akustyczną - zauważa Oscar
Morton. - Żadnych wzmacniaczy, żadnych bębnów, niczego.
- Jeśli mam sobie iść - mówi perkusista - najpierw mi zapłać.
- Miałem z Archiem umowę na dziewięćdziesiąt minut koncertu - odpowiada
Oscar Morton. - Zagraliście trzydzieści. Dopóki nie dostanę półtorej
godziny, nie jestem wam, kurwa, winny ani pensa.
- Panowie - odzywa się Levon. - Mam propozycję.
Oscar Morton się odwraca.
- A ty kto?
- Levon Frankland, Moonwhale Music. A to mój klient, znany basista Dean
Moss. Niewykluczone, że spadamy wam z nieba.
Jestem jego klientem? - dziwi się Dean w myślach. Spadamy z nieba?
- Niby jak?
- Możemy rozwiązać wasz problem - wyjaśnia Levon. - Za tymi drzwiami
czeka sto osób, które zaraz zaczną domagać się zwrotu pieniędzy za
bilet. Zwrotu, panie Morton. Czynsze poszły w górę. Zbliżają się wydatki
na święta. Naprawdę chce pan robić zwroty za sto biletów? Z drugiej
strony, jeśli pan odmówi... - Levon się krzywi - ...połowa z tej młodzieży
nawciągała się koksu. Może się zrobić dość nieprzyjemnie. Mogą wybuchnąć
burdy. Jaki to da sygnał władzom dzielnicy? Musi pan zorganizować nowy
zespół. I to szybko.
- A pan, jak rozumiem, akurat ma taki zespół sprytnie ukryty w jelicie
grubym? - pyta Griffin.
- Mamy wszyscy taki zespół przed sobą. - Levon wskazuje muzyków. -
Jasper de Zoet, gitara i wokal; Peter "Griff" Griffin, perkusja; oraz... -
klepie Deana w ramię - ...przedstawiam Deana Mossa, muzyczny talent, bas,
harmonijka, śpiew. Ma fendera, zagra.
Bębniarz patrzy na Deana spode łba.
- Zupełnym trafem masz przy sobie bas, kiedy akurat nam uciekł basista?
- Mam bas i cały swój dobytek. Kilka godzin temu musiałem w pośpiechu
opuścić kwaterę.
Jasper do tej pory dziwnie zachowywał milczenie, ale teraz pyta Deana:
- A jesteś dobry?
- Lepszy niż Larry Ratner - odpowiada Dean.
- Dean jest świetny - mówi Levon. - Nie zajmuję się amatorami.
Perkusista zaciąga się papierosem.
- Umiesz śpiewać?
- Lepiej niż Archie Kinnock - odpowiada Dean.
- Wykastrowany osioł śpiewa lepiej od niego - zauważa Griff.
- Jakie znasz kawałki? - pyta Jasper.
- Uhm... Mógłbym zagrać "House of the Rising Sun", "Johnny B. Goode",
"Chain Gang". A wy je umiecie grać?
- Z zamkniętymi oczami - potwierdza Griff - i z palcem w dupie.
- To ja kieruję tym klubem - zaznacza Oscar Morton. - I jeśli tych
trzech nigdy wcześniej razem nie grało, to skąd pewność, że dadzą radę?
- Stąd - odpowiada Levon - że Jasper to wirtuoz gitary, a Griff grał w Wally Whitby Ensamble. A Deana musisz przyjąć na wiarę.
Griff burczy pod nosem, ale nie brzmi, jakby był niezadowolony. Jasper
nie mówi nie. Dean myśli: Nie mam nic do stracenia. Oscar Morton jest
spocony, boli go brzuch i potrzebuje jeszcze jednego argumentu.
- Wiem, że w show-biznesie roi się od naciągaczy i oszustów - mówi
Levon. - Obaj znamy ich aż za dużo. Ale ja taki nie jestem.
Właściciel 2i's wzdycha.
- Żebym nie był rozczarowany.
- Nie będziesz żałował - przyrzeka Levon. - A piętnaście funtów to
półdarmo. - Muzykom oznajmia: - Panowie, każdy dostanie cztery funty.
Trzy funty prowizji dla mnie. Zgoda?
- Zaraz, chwila! - Oscar Morton jest oburzony. - Czternaście funtów? Za
trzy nieznane twarze? Chyba sobie jaja robisz!
Levon wpatruje się w niego przez niekończącą się chwilę.
- Dean, źle odczytałem okoliczności. Wygląda na to, że pan Morton jednak
nie szuka wyjścia z sytuacji. Chodźmy stąd, zanim pójdą w ruch stołki
barowe.
- Spokojnie, spokojnie! - Morton przegrał ten pokerowy blef. - Nie
powiedziałem, że w ogóle nic nie zapłacę. Ale nawet Archiemu Kinnockowi
płaciłem dwanaście.
Levon wbija w niego spojrzenie zza swoich niebieskich okularów.
- O, ale przecież obaj wiemy, że Archie Kinnock miał dostać osiemnaście.
Prawda?
Oscar Morton waha się zbyt długo i przegrywa.
Griff chmurzy czoło.
- Osiemnaście? Archie mówił, że dwanaście.
- Właśnie dlatego wszystko trzeba załatwiać na papierze - zauważa Levon.
- Wszystko, co nie jest czarno na białym, jest de jure pisane moczem
na śniegu.
Wchodzi spocony bramkarz.
- Zaczynają się burzyć, szefie.
Przez drzwi dobiegają rozgniewane okrzyki:
- Kurwa, gdzie ten zespół?! Osiem szylingów za cztery kawałki? Nabrali
nas. Jaja sobie robią! Lecą w człona! Zwrot for-sy! Zwrot for-sy! Zwrot
for-sy!
- Co robimy, szefie? - pyta bramkarz.
***
- Panie i panowie... - Oskar Morton nachyla się do mikrofonu. - Z powodu...
- spięcie zwrotnej daje Deanowi kilka dodatkowych sekund na sprawdzenie
kabli - ...nieprzewidzianych okoliczności Archie Kinnock i jego Blues
Cadillac nie zagrają dziś dla nas po przerwie... - Tłum gwiżdże i buczy. -
Ale, ale, mamy za to dla was występ wyjątkowej grupy...
Dean stroi gitarę, jednocześnie sprawdzając poziomy wzmacniacza Ratnera.
Jasper mówi mu:
- Wchodzimy z A-dur. Griff, na wejście daj shuffle tak jak The Animals.
Bębniarz kiwa głową. Dean robi minę "jestem w pełni gotów". Zadowolony
Levon staje z założonymi rękami. To nie ciebie rozszarpie tłum fanów
Archiego Kinnocka, jeśli to spieprzymy, myśli Dean. Jasper rzuca do
Oscara Mortona:
- Na twój znak.
- W klubie 2i's przed wami, tylko na ten jeden wieczór... Przywitajcie
brawami...
Dopiero teraz Dean zdaje sobie sprawę, że nie mają nazwy.
Po minie Levona widać, że myśli: Dobra, nazwa. Wymyśl nazwę.
Jasper zerka na Deana i pyta bezgłośnie: Masz jakiś pomysł?
Dean już ma na czubku języka... Co? "Kieszonkowców"? "Bezdomnych"?
"Spłukanych"? "Desperatów"?
- Przywitajcie oklaskami - ryczy Oscar Morton. - The... Way... Out1!
A Raft and a River / Tratwa i rzeka
Trzeciego dnia po zerwaniu Elf przyznała w duchu, że tym razem Bruce
może już nie wrócić. Torturom nie było końca. Jego szczoteczka do zębów,
każda piosenka o rozstaniu, nieważne jak ckliwa, nawet widok jego
słoiczka z vegemitem w szafce, wystarczały, żeby od razu wybuchała
szlochem. Nie wiedziała, gdzie Bruce jest, i to było nie do zniesienia,
ale bała się też zadzwonić do znajomych i zapytać, czy go widzieli.
Gdyby go nie widzieli, musiałaby tłumaczyć, dlaczego pyta. Gdyby go
widzieli, tylko by się upokorzyła, a im byłoby niezręcznie ulegać jej
usilnym prośbom, żeby opowiadali każdy bolesny szczegół.
Czwartego dnia poszła zapłacić rachunek za telefon, zanim jej go
odłączą. Zatrzymała się na kawę w Etnie, gdzie wpadła na Andy'ego z Les
Cousins. Jeszcze nawet zanim zapytał Elf o Bruce'a, wypaliła, że Bruce
odwiedza rodzinę w Nottingham. Jej własne kłamstwo ją przeraziło. To
żałosne, jak błyskawicznie z nowoczesnej dziewczyny, która nie da sobą
pomiatać, zmieniła się w porzuconą roztrzęsioną byłą. "Byłą". Czuła się
jak Billy Holiday w "Don't Explain", tyle że nie otaczał jej tragiczny
splendor uzależnienia od heroiny...
To wszystko tylko częściowo wyjaśniało, dlaczego Elf wsunęła teraz klucz
w zamek drzwi własnego mieszkania cicho jak włamywacz. Bo jeśli -
jeśli - Bruce wrócił, nie chciała go wystraszyć. Żeby nie uciekł.
Głupie? Owszem. Irracjonalne? Owszem. Ale złamane serca nie są mądre ani
logiczne.
Tego zwykłego dnia w lutym, w środku tygodnia, Elf bezszelestnie
wemknęła się więc do mieszkania, modląc się, żeby Bruce był w domu...
***
...i oto stała jego walizka. A na niej leżały rzucone jego płaszcz, jego
czapka, jego szalik. Elf usłyszała go w sypialni. Odetchnęła głęboko po
raz pierwszy od czterech dni. Przytknęła jego szalik do twarzy i zaciągnęła się wełnianą wilgotną Brusowością. Wszystkie chude jak Twiggy
fanki, które pojawiały się na koncertach Fletchera i Holloway, które
wpatrywały się w Bruce'a, które mierzyły wzrokiem Elf, bardzo, bardzo,
bardzo się myliły. Elf nie była dla Bruce'a kolejnym szczeblem
kariery. On ją kochał. Zawołała:
- Wróciłam, Kangurku! - I czekała, aż Bruce odpowie: "Wombatku!" i wybiegnie, żeby ją pocałować.
Ale kiedy Bruce się pojawił, twarz miał kamienną. Z jego plecaka
wystawała jakaś płyta.
- Myślałem, że dziś rano uczysz.
Elf nie zrozumiała.
- Klasa ma grypę... ale... cześć.
- Pomyślałem, że wpadnę po resztę rzeczy.
Elf uświadomiła sobie, że walizka przy drzwiach jest pełna rzeczy
Bruce'a, ale nie takich, które przyniósł z powrotem, tylko tych, które
zabierał.
- Przyszedłeś, kiedy mnie nie było.
- Stwierdziłem, że tak będzie lepiej.
- Gdzie nocowałeś? Okropnie się martwiłam.
- Ktoś mnie przenocował - odpowiada suchym tonem, jakby to nie była jej
sprawa.
- Kto? - Elf nie mogła się powstrzymać. Gdyby przenocował go jakiś
mężczyzna, wtedy Bruce, Australijczyk, powiedziałby raczej "kumpel". -
Jakaś dziewczyna?
Bruce westchnął jak cierpliwy dorosły.
- Po co to robisz?
Elf założyła ręce na piersi jak skrzywdzona kobieta.
- Co robię?
- Jesteś taka zaborcza. Dlatego mnie od siebie odepchnęłaś.
- Chcesz powiedzieć: "Będę robił, co mi się podoba, a jeśli będziesz
narzekać, tylko potwierdzisz, że jesteś histeryczką?".
Bruce zamknął oczy, jakby usiłował opanować pulsujący ból głowy.
- Jeśli ze mną zrywasz, po prostu powiedz, że to koniec.
- Skoro sama tego chcesz. - Bruce spojrzał na nią. - To koniec.
- A co ze wspólnym graniem? - Elf poczuła, że brakuje jej tchu. - Toby
lada moment zaproponuje nam płytę.
- Nie, nie zaproponuje. - Bruce mówił głośno i wyraźnie, jakby Elf była
z obcego kraju i nie rozumiała inaczej. - Nie będzie żadnej płyty.
- Nie chcesz nagrać płyty? - zapytała cichym, głuchym głosem.
- A&B Records jednak nie wyda albumu Fletchera i Holloway.
Powiedzieli, cytuję: "Shepherd's Crook nie sprostała oczekiwaniom".
Płyty nie będzie. Odrzucili nas. Koniec wspólnego grania.
W dole, na Livonia Street, przejechał z rykiem motocykl. Kurierzy i drobne zbiry jeździli tędy na skróty.
Dwa piętra wyżej Elf zbierało się na wymioty.
- Nie.
- Zadzwoń do Toby'ego, jeśli uważasz, że kłamię.
- A co z koncertami? Andy dał nam scenę o dziewiątej w Cousins w przyszłą niedzielę. A za miesiąc jest festiwal w Cambridge.
Bruce wzruszył ramionami i wydął usta.
- Odwołaj, graj solo, rób, co chcesz. - Włożył płaszcz. - Mój szalik.
Elf podała mu go.
- A jeśli będę chciała się z tobą skontaktować...
Bruce zatrzasnął za sobą drzwi.
W mieszkaniu zapadła cisza. Wytwórnia płytowa - przepadła. Wspólne
granie - przepadło. Bruce - odszedł. Elf uciekła do łóżka - jej, już nie
ich - skuliła się pod kołdrą i w tym dusznym łonie wypłakała sobie
serce. Czyli znowu wszystko od początku.
***
Jest luty, dzień dziewiąty. Deszcz bębni w okna salonu domu rodzinnego
Hollowayów, willi w stylu pseudo-Tudorów, i wymazuje błotnisty ogródek
przy Chislehurst Road. Lawrence, odziany w garnitur chłopak Imogen,
starszej siostry Elf, zachowuje się dziwnie.
- No bo, ehm... - Podnosi się, siada z powrotem, potem się nachyla. - Bo,
ehm... - Palcami poprawia krawat. - Bo, ehm, mamy... niespodziewaną nowinę.
Imogen uśmiechem dodaje mu odwagi, jakby Lawrence był stremowanym
uczniem w szkolnym przedstawieniu jasełek.
Mój Boże, myśli Elf. Zaręczają się.
Jedno spojrzenie mówi jej, że rodzice już wiedzą.
- Myślę, że pan Holloway nie będzie zaskoczony - ciągnie Lawrence.
- Myślę, że powinniśmy przejść na "ty", mów mi Clive - proponuje tata
Elf. - Co ty na to?
- Daj mu powiedzieć, Clive - strofuje go mama Elf.
- Czy ja mu nie daję powiedzieć?
- Mój Boże! Lawrence ma wypieki, jest cały czerwony. - Młodsza siostra
Elf, Bea, udaje zaniepokojoną.
Lawrence rzeczywiście poczerwieniał na twarzy.
- Nic mi nie jest...
- Może zadzwonię po pogotowie? - Bea odstawia kieliszek z szampanem. -
Masz jakiś atak?
- Bea - ostrzega ją mama Elf. - Dosyć.
- A jeśli Lawrence wpadnie w samozapłon, mamo? Sama soda oczyszczona nie
wywabi z dywanu plam po Lawrensie.
Normalnie Elf wybuchłaby śmiechem, ale odkąd odszedł Bruce, nie śmieszy
jej nic. Kontrolę nad sytuacją przejmuje tata.
- Dokończ, co chciałeś powiedzieć, Lawrence, zanim się wystraszysz i stwierdzisz, że z tym wariatkowem nie chcesz mieć nic wspólnego.
- Lawrence wcale nie jest wystraszony - wstawia się za nim mama Elf. -
Prawda, Lawrence?
- Ah-uh-um... nie, wcale, proszę pani.
- Jeśli tata to "Clive", to czy do ciebie, mamo, Lawrence nie powinien
mówić "Mirando"? - wtrąca Bea. - Tylko pytam.
- Bea - wzdycha mama - jeśli się nudzisz, możesz iść.
- I nie poznać tajemniczej nowiny Lawrence'a? Nie co dzień twoja siostra
się zaręcza. - Bea zakrywa dłonią usta. - Ups. Sorry. Czy to właśnie
była ta tajemnicza nowina? Tylko zgaduję.
Na Chislehurst Road jakiś samochód strzela z rury wydechowej. Lawrence z ulgą wypuszcza powietrze.
- Tak. Poprosiłem Immy, by zgodziła się zostać moją żoną. Odparła...
- "Niech będzie, skoro nalegasz" - kończy za niego Imogen.
- Jesteśmy z Clive'em zachwyceni - zapewnia mama.
- Chyba że Anglia wygra The Ashes2 - zaznacza tata, intensywnie
pykając fajkę, żeby nie zgasła. Puszcza oko do Lawrence'a.
- Gratulacje - mówi Elf. - Dla was obojga.
- No to pokazuj pierścionek, siostra - mówi Bea.
Imogen wyjmuje z torebki pudełeczko. Wszyscy się przysuwają.
- Cholercia! Raczej nie z lombardu - stwierdza Bea.
- Ktoś się nieźle wykosztował - ocenia tata Elf. - No, no!
- Właściwie, panie Holl... Clive, dostałem go po babci, dla... - Lawrence
patrzy, jak Imogen wsuwa pierścionek na palec. - Dla narzeczonej.
- Jakie wzruszające - szepcze mama Elf. - Prawda, Clive?
- Owszem, kochanie. - Tata Elf rzuca Lawrence'owi porozumiewawcze
spojrzenie. - Dwa magiczne słowa, które odtąd często będziesz powtarzał.
Mama i tata tworzą niezłe duo, myśli Elf. Tak jak wcześniej Bruce i ja. Żal po "Brusie i mnie" ściska jej żebra. Boli.
- No to wznieśmy toast za narzeczonych! - mówi mama.
Wszyscy podnoszą kieliszki i mówią chórem:
- Za narzeczonych!
- Witamy w rodzinie Hollowayów - przemawia Bea głosem jak z horroru. -
Teraz jesteś jednym z nas... "Lawrence Holloway".
- Dziękuję, Bea... - Lawrence spogląda wyrozumiale na przyszłą szwagierkę
- ...ale to nie działa w ten sposób.
- To samo mówiło dwóch ostatnich - odpowiada Bea. - Leżą pod płytami
patio. Co roku nasze patio przyrasta o jard, a Elf dorzuca jedną zwrotkę
do swojej krwawej ballady pod tytułem "Kochankowie Imogen Holloway".
Dziwne.
Nawet mama się na to uśmiecha, ale Elf nie znajduje w sobie dość siły.
- Nakryjmy do stołu.
Bea obserwuje siostrę, która jest zupełnie inna niż zwykle.
- Okej...
***
Elf nagrała solową EP-kę Oak, Ash and Thorn. I wspólnie z Bruce'em
drugą, Shepherd's Crook. Skomponowaną przez Elf piosenkę "Any Way the
Wind Blows" amerykańska piosenkarka folkowa Wanda Virtue zaśpiewała na
swoim albumie, który sprzedał się w milionowym nakładzie, a jako singiel
"Any Way the Wind Blows" trafiła na Top Twenty. Za tantiemy Elf kupiła
sobie mieszkanie w Soho, co nawet jej ojciec niechętnie pochwalił jako
inwestycję. Umie zagrać półtoragodzinny set piosenek folkowych na
koncercie dla trzystu obcych osób. Umie dawać sobie radę z pijanymi
krzykaczami. Może głosować w wyborach, prowadzić samochód, pić, palić
papierosy, uprawiać seks - korzysta ze wszystkich tych praw. A jednak
wystarczy wprowadzić ją do jadalni w rodzinnym domu przed akwarelę wujka
Dereka z HMS "Trafalgar", na którego pokładzie magicznie pływała w wyobraźni niczym dzieci z Podróży wędrowca do świtu, albo przed
elegancki rząd tomów encyklopedii Britannica na kredensie, a dorosła
część osoby Elf łuszczy się płatami, ukazując pod spodem pryszczatą,
nadąsaną, zakompleksioną nastolatkę.
- Dla mnie za dużo wołowiny, tato.
- Tylko dwa kawałki. Schudniesz i już w ogóle nic z ciebie nie zostanie.
- To prawda, wyglądasz blado, skarbie - zauważa mama. - Mam nadzieję, że
nie zaraziłaś się niczym od Bruce'a, cokolwiek mu jest.
Elf dalej brnie w kłamstwo.
- Lekarz powiedział, że ma zapalenie gardła.
- Wielka szkoda, że nie mógł być z nami, kiedy Immy i Lawrence
oznajmili, że się zaręczyli.
Elf wątpi w szczerość tych słów, bo przypuszcza, że matka prowadzi
rejestr występków Bruce'a. A rzekomo jest ich niemało: żyje w grzechu z Elf, karmi ją iluzją, że muzyka to profesja, jest mężczyzną z długimi
włosami i do tego Australijczykiem. Mama ucieszyłaby się z naszego
rozstania nawet bardziej niż z zaręczyn Immy i Lawrence'a.
Za oknem ciężkie krople deszczu bombardują krokusy, zmieniając je w aksamitną miazgę.
- Elf? - Imogen patrzy na siostrę, jak zresztą wszyscy pozostali.
- Rany, przepraszam, jakoś tak... - Elf sięga po słoik z musztardą, której
wcale nie chce - ...błądziłam myślami. Co mówiłaś, Immy?
- Lawrence i ja mamy nadzieję, że razem z Bruce'em zagrasz dla nas kilka
piosenek. Na weselu.
Powiedz im, że się rozstaliście, mówi sobie Elf.
- Z przyjemnością.
- Świetnie. - Mama Elf bada stan talerzy na stole. - Jeśli każdy już
sobie nałożył yorkshire pudding, możemy zaczynać.
Dźwięczą noże, mężczyźni jedzą z apetytem i głośno wyrażają uznanie.
- Wołowina jest boska, proszę pani - zapewnia Lawrence. - I sos też
przepyszny.
- Miranda uwielbia gotować z winem. - Tata serwuje stary dowcip. -
Czasem nawet dodaje je do potraw.
Lawrence uśmiecha się, jakby słyszał to po raz pierwszy.
- Po ślubie nadal będziesz uczyła? - pyta siostrę Bea.
- Już nie w Malvern. Szukamy domu w Edgbaston.
- Nie będzie ci tego brakowało?
- Tak to już jest w życiu - odpowiada Imogen. - Jeden rozdział się
kończy, zaczyna się kolejny.
Mama ociera usta serwetką.
- Tak będzie lepiej, kochanie. Nie można łapać zbyt wielu srok za ogon.
- Bardzo rozsądnie - zgadza się tata. - Bycie żoną i matką to praca na
cały etat. W banku nie zatrudniamy mężatek.
- Mnie się wydaje... - Bea kręci młynkiem do pieprzu - ...że polityka, która
ma na celu karanie kobiet za zamążpójście, powinna raczej szybko odejść
w niepamięć.
Tata łapie przynętę.
- Przecież nikt nikogo nie karze. Chodzi po prostu o uświadomienie sobie
nowych życiowych priorytetów.
Na przynętę łapie się Bea.
- Ale według mnie to nadal oznacza, że kobiety kończą w kuchni albo przy
desce do prasowania.
Tata połyka haczyk.
- Nie zmienisz biologii.
- Nie chodzi o biologię. - Bea połyka haczyk.
- Nie? - Tata ma zaskoczoną minę. - A o co w takim razie chodzi?
- O nastawienie. Nie tak dawno kobiety nie mogły głosować ani się
rozwodzić, ani posiadać żadnej własności, ani studiować na
uniwersytetach. Teraz możemy. A co się takiego zmieniło? Przecież nie
biologia. Zmieniło się nastawienie. A nastawienie zmieniło prawo.
- Ach, być młodym... - tata nadziewa marchewkę na widelec - ...i z definicji
mieć słuszny pogląd na urządzenie świata.
***
- Rozumiem, Elf, że w przyszłym tygodniu zaczynacie z Bruce'em pracę nad
nowym albumem? - pyta Lawrence, podczas gdy mama Elf nakłada każdemu po
wielkiej łyżce z kryształowej misy pełnej trifle z Waterforda.
- Taki był plan, ale okazało się, że w studiu... jest jakieś zamieszanie.
Niestety.
- Czyli przesunęli wam sesję nagraniową? - pyta zaskoczona Bea.
- Tylko o tydzień czy dwa. - Elf nie znosi kłamać.
- Jakie znowu "zamieszanie"? - Tata marszczy czoło.
- Mieli podwójną rezerwację - wyjaśnia Elf. - Najwyraźniej.
- Chyba tam mają okropny bałagan. - Mama Elf podaje tacie misę z deserem. - Nie możecie zmienić studia na inne?
Nie tylko nienawidzę kłamać, myśli Elf, ale do tego jestem w tym
beznadziejna.
- Pewnie możemy, ale w Regent jest inżynier dźwięku, z którym lubimy
pracować, i znamy ich sprzęt.
- Olympic fantastycznie zmasterowało wam Shepherd's Crook - ocenia
Imogen.
- Świetna robota - potwierdza Lawrence, jakby wiedział cokolwiek o sesjach nagrań.
Elf w wyobraźni widzi, jak ta świeża para narzeczonych za trzydzieści
lat zmienia się w Clive'a i Mirandę Hollowayów. Jakaś część Elf zwija
się z żenady, ale inna zazdrości Imogen jasnej wizji przyszłego życia.
- Jeśli już wszyscy mają deser... - mama bada wzrokiem stół - ...możemy
zaczynać.
- Jak się poznaliście, ty i Bruce? - pyta Lawrence.
Prędzej wydłubię sobie nerki, niż odpowiem, myśli Elf, ale wtedy,
zorientują się, że coś nie gra. Mama wydusi ze mnie tę całą obrzydliwą
historię.
- Za kulisami w klubie folkowym na Islington. W święta dwa lata temu.
Australijski folk dopiero zaczynał być popularny, więc wszyscy byli
ciekawi koncertu Bruce'a. Po występie podeszłam do niego i zapytałam,
jak stroi gitarę, a on zapytał mnie o moją irlandzką balladę.
A potem poszliśmy do mieszkania przy Camden Lock, gdzie ktoś mu użyczał
pokoju, i do Nowego Roku byłam już w nim tak beznadziejnie, bezradnie
zakochana, jak dziewczyna z folkowej piosenki, a on pokochał mnie równie
mocno. Tak przynajmniej myślałam. Ale może byłam dla niego tylko
sposobem na to, żeby już nie musiał sypiać u kumpli na kanapie ani
nalewać piwa z kija w tanich barach na Earl's Court. Tego już się nie
dowiem. Dziewięć dni temu wyrzucił mnie jak zasmarkaną chusteczkę...
Elf zmusza się do uśmiechu.
- Historia o tobie i Immy na obozie dla chrześcijan jest dużo bardziej
romantyczna.
- Ale ty nagrywasz płyty. Mirando, jak to jest mieć sławną córkę? -
zwraca się Lawrence do mamy Elf.
Mama dopija wino.
- Martwię się, dokąd ją to zaprowadzi. Piosenkarze pop dzisiaj są, jutro
ich nie ma. Szczególnie kobiety.
- Cilla Black nieźle daje sobie radę - zauważa Bea. - I Dusty
Springfield.
- A w Stanach Joan Baez - dodaje Imogen. - Judy Collins.
- No i Wanda Virtue - dorzuca Bea.
- Ale co się z nimi stanie, kiedy wszyscy wpatrzeni w nich fani
przerzucą się na kolejną modną piosenkarkę? - pyta mama.
- Najpewniej wrócą na właściwą drogę - mówi Elf. - Wyjdą za mąż za
faceta, który przymknie oko na ich podejrzaną przeszłość, ustatkują się,
będą prasować koszule i wychowywać dzieci.
Bea oblizuje łyżeczkę do czysta.
- Bada boom.
- Zjawiskowe trifle, Mirando - mówi tata Elf rozbawionym tonem.
Mama wzdycha i patrzy przez okno na ogród.
Deszcz mąci wodę w stawie z rybkami.
Z nosa krasnala kapie, kap, kap, kap...
- Chciałabym dostrzegać w śpiewaniu jakąś porządną profesję - mówi mama
- ale nic na to nie poradzę. Widzę jedynie, że Elf marnuje okazję, żeby
zrobić karierę w innej dziedzinie.
Czuję złość, myśli Elf, bo ona wyraża na głos moje własne obawy.
Zegar w korytarzu wybija drugą.
- Może Elf będzie tą pierwszą? - podrzuca Imogen.
***
Elf gra na pianinie, a jej rodzina i Lawrence siedzą i słuchają.
Wykręciła się od śpiewania, mówiąc, że musi oszczędzać głos, ale nie
potrafiła się wymigać od grania, inaczej Imogen, Bea i ich matka
zaczęłyby podejrzewać, że coś jest nie tak. Pianino "Broadwood" ma
ciepłe tony niskie, a wysokie jasne. Na jego klawiaturze Elf najpierw
opanowała "Twinkle, Twinkle, Little Star", a potem gamy, arpeggia i ćwiczenia z całego stosu książek do nauki gry na pianinie. W branży folk
narzędziem pracy jest być może gitara akustyczna, ale pierwszą miłością
Elf - zanim zaczęli mi się podobać chłopcy, zanim zaczęły mi się
podobać dziewczyny - było pianino. Babcia Elf zmarła, kiedy ona miała
zaledwie sześć lat, ale doskonale pamięta babcine słowa: "Pianino to i tratwa, i rzeka". Dzisiaj, wiele lat później, Dziewiątego Dnia
Złamanego, Zbroczonego Krwią Serca, Elf niespodziewanie improwizuje
melodię, dla której inspiracją stały się słowa babci: Tratwa i rzeka,
tratwa i rzeka, tratwa i rzeka. To pierwszy muzyczny pomysł, jaki jej
przyszedł do głowy od odejścia Bruce'a. Poza tym jest wdzięczna za te
kilka minut, podczas których o nim nie myślała... Ale się właśnie
skończyły. Utwór dobiega końca, a rodzina Elf i jej przyszły szwagier
nagradzają ją oklaskami. Pierwsze tej wiosny żonkile w wazonie nad
kominkiem rozchyliły płatki.
- Prześlicznie, kochanie - mówi mama.
- Eee, tylko tak sobie brzdąkam.
- Jaki to ma tytuł? - pyta Imogen.
- Nie ma.
Lawrence unosi brwi.
- Sama to teraz wymyśliłaś?
- Wystarczy znać sztuczki z akordami - wyjaśnia Elf.
- To było genialne. Zagrałabyś to w czerwcu?
- Jeśli powstanie z tego piosenka, która nadaje się na ślub, to tak.
- Śluby w letnie przesilenie mają wyjątkową moc - mówi mama do Imogen. -
Z twoim ojcem pobraliśmy się w czerwcu, prawda, Clive?
Tata pyka fajkę.
- I do tej pory świeci nam słońce.
- Mnie też pasuje czerwiec - mówi Bea. - I wtedy będę już absolwentką
liceum. Przerażające.
- Imogen mówi, że starasz się dostać do RADA3? - informuje
pytająco Lawrence.
- Pierwsze przesłuchanie mam za miesiąc. Jeśli przejdę do kolejnego
etapu, w maju wezwą mnie drugi raz. Akurat w trakcie matur.
- Jakie masz szanse? - pyta Lawrence.
- Na czternaście miejsc jest mniej więcej tysiąc kandydatów. Ale z drugiej strony, jakie szanse ma Elf na podpisanie kontraktu z wytwórnią?
Z dzióbka dzbanka na kawę unosi się smuga pary.
- To tylko dowodzi, że należy mierzyć wysoko - stwierdza Imogen.
Zegar w korytarzu wybija trzecią.
Elf dopija kawę.
- Lepiej już będę się zbierać.
- Nie chcesz odwołać dzisiejszego występu w Cousins? - pyta Bea. - Skoro
Bruce, jak rozumiem, jest zbyt chory, żeby śpiewać?
W Elf dotąd tliła się iskierka nadziei, że jeśli nie odwoła koncertu,
Bruce może się pojawi i ostatnie dziewięć dni będzie można puścić w niepamięć. Teraz jednak trzeba zapłacić rachunek za złudzenia.
- Zagram solo.
- Ale Bruce chyba nie pozwoli ci się włóczyć samej po Soho w środku
nocy? - pyta tata.
- Tato, mieszkam tam od roku i jak dotąd nic mi się nie stało.
- Może ja się przejdę? - pyta Bea. - Będę ochroną Elf.
- Słaby żart - stwierdza mama, a Elf czuje ulgę. - Jutro masz szkołę.
Już wystarczy, że jedna córka wałęsa się po Soho.
- Może my się przejdziemy, kochanie? - pyta narzeczoną Lawrence. - Dużo
słyszałem o tym folkowym klubie, o Les Cousins.
- Jutro jedziesz kawał drogi do Malvern - mówi Elf. - A poza tym w Cousins czuję się jak w domu. Będą sami znajomi.
***
Trzy miesiące temu Elf i Bruce biegli po peronie stacji kolejki w Richmond pod lampami otoczonymi aureolą mgły. Serce waliło jej jak
młotem, nogi ją bolały, z trudem chwytała oddech. Plakat na ścianie
obiecywał jezus jest zbawieniem. W powietrzu w porze zmierzchu unosił
się zapach pieczonych kasztanów. Orkiestra Armii Zbawienia grała "While
Shepherds Watched Their Flocks By Night". Bruce stawiał dłuższe kroki,
więc dobiegł do wagonu kolejki dużo szybciej i wskoczył do środka.
"Proszę odsunąć się od drzwi!", oznajmił zawiadowca. "Proszę odsunąć się
od drzwi!". Elf była pewna, że nie zdąży, ale dosłownie w ostatniej
chwili Bruce chwycił ją i wciągnął do wagonu, a potem razem opadli na
siedzenia.
- Myślałam, że mnie zostawisz - powiedziała.
- Chyba żartujesz. - Bruce pocałował ją w czoło. - To byłoby zabójcze
dla mojej kariery.
Elf tak przytuliła głowę do jego piersi, że słyszała, jak bije mu serce.
Wdychała woń jego zamszowej marynarki i ledwo wyczuwalny zapach wody po
goleniu. On gładził jej obojczyk palcami gitarzysty, całymi w odciskach.
- Cześć, moja dziewczyno - wymruczał, a przez nerwy Elf - zzzzzzt -
przebiegł prąd.
Zrób zdjęcie tej chwili - przyszedł jej do głowy taki wers - zrób
zdjęcie tej chwili polaroidem oczu... i pomyślała, że nawet gdyby dożyła
stu lat, już nigdy aż tak nie będzie się cieszyła, że żyje. Nie aż tak.
***
Trzy miesiące później Elf stoi na tym samym peronie stacji kolejki w Richmond, po którym biegła z Bruce'em. Dzisiaj nigdzie się nie śpieszy.
Na District Line są opóźnienia z powodu "incydentu na torach w Hammersmith": to eufemizm londyńskiego metra oznaczający samobójstwo.
Niedzielny wieczór nadciąga nad londyńskie ogrody, wnika w szczeliny i zasnuwa ulice mrokiem. Nigdzie w zachodniej części miasta dzień nie jest
dzisiaj suchy, nigdzie nie jest ciepło. Plakat zapewniający jezus jest
zbawieniem odchodzi od ściany, cały w zaciekach. Na przegląd swojego
starego solowego programu będzie miała mniej czasu, niż myślała.
Publiczność w Cousins ją przejrzy, zobaczy, że Elf Holloway nie
przećwiczyła dobrze utworów, a jej piosenki są do kitu, i dojdzie do
wniosku, że kiedy Bruce Fletcher od niej odszedł, zabrał ze sobą całą
magię. Na pewno już wszyscy wiedzą - jestem porzuconą panną
Havisham4 sceny folkowej. Elf spogląda w ciemne okno
zamkniętej herbaciarni. Patrzy na nią wilkiem jej własne odbicie w szybie. Spośród sióstr Holloway nigdy nie była tą ładną. Imogen jest
ładna na zdrowy, chrześcijański sposób. Statusu Bei jako piękności nigdy
w rodzinie nie podważano, nawet kiedy jeszcze była dziewczynką. Elf, jak
zgadzają się krewni, jest podobna do ojca. To znaczy, że kojarzę się z przysadzistym mężczyzną w średnim wieku, kierownikiem wydziału w banku.
Niedawno w klubowej toalecie Elf podsłuchała przypadkiem jakąś kobietę:
"Elf Holloway? Elf? Raczej goblin".
Mama jej powtarzała: "Dbaj o włosy, podkreślaj je, kochanie, to twój
największy atut". Włosy ma blond, długie. Bruce lubił zanurzać w nich
twarz. Komplementował pojedynczo różne części jej ciała, ale nigdy
całości. Albo mówił: "Ładnie dziś wyglądasz". Jakbym przy innych
okazjach wyglądała okropnie. Elf zawsze sobie powtarzała, że jej talent
jako piosenkarki folkowej okaże się ważniejszy niż fakt, że nie wygląda
jak Joan Baez ani Wanda Virtue. Miała nadzieję, że dzięki talentowi
zmieni się z brzydkiego kaczątka w łabędzia. Zainteresowanie Bruce'a jej
osobą pozwalało wierzyć, że właśnie zachodzi w niej ta zmiana, ale teraz
Bruce odszedł... Patrzę na siebie i myślę: "Kompletnie przeciętna".
Jej odbicie pyta: "A jeśli nie jesteś tak dobra, jak myślisz?".
Po torze skacze gołąb z tylko jednym pazurem.
Tuż obok tłusty szczur nie zwraca na niego uwagi.
Przy barierkach przed wejściem na perony stoi budka telefoniczna. Elf
mogłaby zadzwonić do Andy'ego w Les Cousins i powiedzieć, że ma
zapalenie gardła. Nie będzie mu trudno znaleźć zastępstwo na niedzielny
występ. Spokojnie zagrają Sandy Denny albo Davy Graham, albo Roy Harper.
Kilku muzyków regularnie grywających w Cousins już wydało własne albumy
- całe płyty, a nie tylko EP-ki. Elf mogłaby po prostu wrócić do domu,
zwinąć się pod kocem i...
I co? Ryczeć, aż usnę? Znowu? Nie robić nic, aż mi się skończy forsa za
Wandę Virtue, a potem wrócić z podkulonym ogonem do rodziców, bez
pieniędzy, bez pracy, bez kontraktu? Jeśli dziś nie zjawię się w Les
Cousins, Bruce wygra. Wygrają wszyscy, którzy we mnie wątpią. "Bez
wsparcia Bruce'a to tylko amatorka, której ślepym fartem udała się jedna
piosenka". Okaże się, że mama miała rację. "Gdybyś tylko chciała się
zatroszczyć o przyszłość jak Immy, też miałabyś już swojego
Lawrence'a".
Chrzanić to, myśli Elf.
***
Les Cousins zawdzięcza nazwę tytułowi francuskiego filmu, ale wszyscy
znajomi Elf wymawiają ją po angielsku "Lez Cuzzins", albo po prostu
"Cousins". Wąskie drzwi pod dyskretnym szyldem wciśnięto między włoską
restaurację przy Greek Street 49 a punkt naprawy radioodbiorników. Elf
schodzi po stromych schodach, zerkając na plakaty Berta Janscha i Johna
Renbourna, apostołów odrodzenia folku. Gwar, papierosowy dym i woń haszu
gęstnieją w powietrzu. U stóp schodów czeka Nobby, były strzelec
wojskowy, który przyjmuje opłaty za wejście i od czasu do czasu
wyprowadza pijanego gościa z powrotem na górę.
- Cześć, kochana - wita ją. - Rześki wieczór.
- Cześć, Nobby. - Elf powstrzymuje chęć, by z miejsca zapytać: "Jest
Bruce?". Dopóki nie zapyta, może się łudzić, że się zjawił z przeprosinami i że ich duet zostanie wskrzeszony. Może jest na scenie,
ustawia sprzęt...
Dostrzega ją Andy i macha do niej z baru w rogu sali, gdzie serwuje
colę, herbatę i kawę. Brak zezwolenia na sprzedaż alkoholu oznacza, że
baru nie trzeba zamykać o konkretnej porze, a to pozwala na całonocne
koncerty. W Cousins grywa każdy uznany piosenkarz folkowy, a ściana
sławy Andy'ego może się poszczycić portretami Lonniego Donegana ze
skiflowych czasów klubu; The Vipers; bluesowego emigranta Alexisa
Kornera; Ewana MacColla i Peggy Seeger; Donovana wskazującego swoją
gitarę, na której napis głosi: "Ta maszyna zabija"; Joan Baez i zmarłego
przedwcześnie Richarda Fari?ę; Paula Simona; i samego Boba Dylana. Elf
widziała go cztery lata temu na tej właśnie scenie, grał wtedy swój nowy
kawałek "Blowin' in the Wind" pod wielkim drewnianym kołem od wozu i pod
rozwieszonymi sieciami rybackimi, gdzie dziś nie czeka na nią żaden
złoty Australijczyk nazwiskiem Bruce Fletcher...
- Elf? - zatrzymuje ją Sandy Denny, która też daje tu regularne
koncerty. - Jak się trzymasz? W porządku? Słyszałam o Brusie i tak mi
okropnie przykro...
Elf usiłuje pokazać, że wszystko w porządku.
- Nie ma o czym...
- To jakiś nonsens - oznajmia Sandy Denny. - Widziałam go z tą jego nową
cizią w kawiarni w Victoria and Albert.
Elf raptem nie może złapać tchu ani wydobyć z siebie słowa. Muszę coś
powiedzieć.
- A, tak. - Czyli chciał odpocząć nie ogólnie od dziewczyn, tylko ode
mnie.
Sandy zakrywa dłonią usta.
- O Boże... ty... wiedziałaś, prawda?
- Oczywiście. Pewnie. Tak, jasne.
- Dzięki Bogu! Myślałam już, że palnęłam jakąś gafę. Karmili się
nawzajem jednym ciastkiem, a ja myślałam, że to ty z nim siedzisz, więc
podeszłam i powiedziałam: "Proszę, jakie zakochane ptaszki!". I wtedy
skumałam: "To nie Elf". Więc stałam jakbym kij połknęła i nie
wiedziałam, co powiedzieć.
Zabrał mnie do tej kawiarni na pierwszej randce, przypomina sobie Elf.
- Bruce zachowywał się, jakby się nic nie stało. "Cześć, Sandy, poznaj
Vanessę. Jest modelką w agencji Coś Tam Coś Tam" - jakby mnie to w ogóle
obchodziło. Więc powiedziałam jej: "Cześć", a panna modelka odparła:
"Szalenie mi miło", jakby się zabłąkała z jakiejś sztuki Noela Cowarda.
Vanessa. Była jakaś Vanessa na prywatce u Jak Mu Tam na Cromwell Road,
w styczniu. Była modelką.
- Faceci - wzdycha współczująco Sandy. - Czasami mogłabym ich... - Robi
zamach ręką i wali pięścią przechodzącego mężczyznę. - O, przepraszam,
John.
John Martyn, młody człowiek o wyglądzie dzikusa, odwraca głowę i patrzy
kto to.
- Nic się nie stało, Sandy. Elf, połamania nóg. - I odchodzi.
- Przepraszam. - Obok nich materializuje się Andy. - Dotarły do mnie
wieści. Jeśli chcesz odwołać występ, wszyscy zrozumieją.
Elf patrzy ponad jego ramieniem na drzwi wyjściowe i dostrzega wizję
tego, co ją czeka w przyszłości, jeśli teraz opuści klub. Przez kilka
tygodni pomieszka u rodziców, latem zatrudni się dorywczo jako
maszynistka, zapisze się na kurs nauczycielski, znajdzie posadę
nauczycielki muzyki w szkole dla dziewcząt, wyjdzie za mąż za
nauczyciela geografii i będzie wspominała ten moment, właśnie ten
moment, kiedy jej przyszłość jako artystki muzycznej po prostu
przestała istnieć. Jak zamek z piasku zmyty przez falę.
- Elf? Co się dzieje? - Sandy ma zaniepokojoną minę.
- Jest ci niedobrze? Będziesz wymiotować? - Andy niepokoi się jeszcze
bardziej.
***
Elf dokręca klucz struny D. Twarze są ciemnymi plamami na jeszcze
ciemniejszym tle, z dwiema kropkami bieli zamiast oczu. Punkciki
papierosowego żaru mają barwę ponurej umbry. W Cousins nie trzeba palić,
wystarczy oddychać. Elf czuje tremę. Dawno nie grała solo. Już choćby w duecie występować jest raźniej.
- Jeśli przyszliście na koncert - powiedz to - Fletchera i Holloway,
wybaczcie. Bruce'a nie będzie... - Ściska ją w gardle. - Ponieważ wymienił
mnie na atrakcyjniejszy model. A konkretnie na modelkę.
Przez salę przebiega szmer zaskoczenia, słychać kilka zdumionych "co
takiego?" i "jak to?".
Elf niemal chichocze. Powiedz głośno.
- Duet Fletcher i Holloway przestał istnieć.
Szuflada kasy otwiera się z głośnym dzyń. Ludzie patrzą po sobie z konsternacją.
Niewielu wiedziało, zgaduje. Cóż, teraz wiedzą.
Sandy Denny woła:
- Elf, jego strata, nie nasza!
Żeby powstrzymać się od łez, Elf zaczyna grać "Oak, Ash and Thorn", swój
stary numer, którym tradycyjnie otwierała występy. To pierwsza piosenka,
jaką wykonała przed nieznaną publicznością, na Kingston Folk Barge. Jej
głos, dzisiaj sztywny i piskliwy, drży na paru górnych C. Odchudzona,
bezbruce'owa wersja nie jest okropna, ale nie jest też świetna. W następnej kolejności Elf gra akordy "King of Trafalgar", jej najlepszego
utworu z EP-ki Shepherd's Crook... ale tchórzy po trzecim takcie intro.
Bez gitary Bruce'a utwór będzie brzmiał anorektycznie. Co mam zagrać w zamian? Pauza się wydłuża. Elf powraca więc do "King of Trafalgar" i potyka się przy g-moll do E7 na bridge'u. Tylko co lepsi gitarzyści to
zauważają, ale piosenka brzmi skąpo. Spotyka się z uprzejmym aplauzem.
Potem Elf gra "Dink's Song" z antologii Lomaxa. Bruce grywał do tego
świetną partię banjo, ale teraz nie zagra. Nie zaśpiewa też swojej
wysokiej oktawy na "fare thee well". "Dink's Song" w lepszym wykonaniu
niż w wersji Elf można usłyszeć w wielu klubach folkowych w całym kraju.
Elf uświadamia sobie, że nadal gra program Fletcher i Holloway, ale
bezfletcherowo. I co teraz? Nowe piosenki? Z czterech utworów, które
miały trafić na longplay Fletcher & Holloway, dwa są o miłości do
Bruce'a, trzeci to blues na fortepian, oda do Soho, która jeszcze nawet
nie ma tytułu, a czwarty to ballada o zazdrości pod tytułem "Never
Enough". Elf wątpi, czy zdoła przebrnąć przez piosenki o Brusie, nie
zmieniając się w szlochającą roztrzęsioną galaretę, gra więc "Wild
Mountain Thyme". Zapomina zmienić wersję męską na żeńską i śpiewa
"pójdziesz, dziewczę, pójdziesz", zamiast "pójdziesz, chłopcze,
pójdziesz". Przy wersie "jeśli ze mną nie pójdziesz, znajdę sobie inną"
myśli o tym, jak Bruce i Vanessa się nawzajem rozbierają... kiedy ja
siedzę tutaj i śpiewam stare ramoty...
Dopiero teraz uświadamia sobie, że przestała grać.
Wśród publiczności słychać pokasływania i szuranie.
Zastanawiają się, czy zapomniałam tekst.
Inni są ciekawi: "Czy ona się rozkleja?".
Na co Elf pewnie by odparła: "Dobre pytanie".
Uświadamia sobie, że upuściła gitarową kostkę.
Poci się pod makijażem.
Myśli: tak właśnie kończy się kariera.
***
Przerwij występ. Wyjdź z klubu z godnością. Ratuj jej resztki. Kiedy
opuszcza gitarę, wychyla się ku niej ktoś z pierwszego rzędu pod sceną.
Gdy dostaje się w krąg światła reflektora, widać faceta mniej więcej w jej wieku, o kobiecej urodzie: owalną twarz, czarne włosy sięgające
podbródka, wydatne usta, bystre oczy. Chłopak w palcach trzyma jej
kostkę. Elf odbiera ją od niego.
Była pewna, że chce przerwać koncert. Teraz już nie jest.
Z lewej strony tego od kostki siedzi wysoki facet w fioletowej
marynarce. Mówi do niej prawie niesłyszalnie jak sufler w teatrze:
"Jeśli ze mną nie pójdziesz, znajdę sobie inną".
Elf zwraca się do publiczności:
- Pomyślałam, że zmienię trochę słowa... - ponownie trąca struny czubkami
palców - ...żeby oddać w całej pełni katastrofę, jaką są moje sprawy
sercowe... - Sama sobie podaje rytm i śpiewa: - "Nawet gdy pójdziesz ze
mną, i tak się z inną prześpię..." - zmienia akcent na australijski - "...
bo jestem Brucey Fletcher, podrywam nawet we śnie...".
Wybuchy śmiechu i radości rozchodzą się po całym klubie. Elf kończy
piosenkę bez dalszych zmian, nagradzana burzą oklasków.
Właściwie czemu nie? Podchodzi do pianina.
- Chciałabym zagrać na próbę trzy nowe piosenki. Nie są stricte folkowe,
ale...
- Zagraj, Elf! - krzyczy John Martyn.
Elf chwyta byka za rogi i gra intro do "Never Enough". Podczas bridge'a nagle przechodzi do "You Don't Know What Love Is". Widziała ten trik w wykonaniu Niny Simone w klubie Ronniego Scotta - włączenie fragmentu
jednej piosenki w środek drugiej. Oba utwory ze sobą rezonują. Elf wraca
do "Never Enough" i kończy na dźwięcznym Fis. Oklaski narastają i dodają
jej odwagi. Z boku pod sceną Al Stewart klaszcze z zachwytem. Elf z powrotem pochyla się nad gitarą i gra "Your Polaroid Eyes" oraz "I Watch
You Sleep". Potem śpiewa a capella folkową piosenkę, której się nauczyła
od Annie Briggs, pod tytułem "Willie o' Winsbury", przykłada przy tym
dłoń do ucha a la Ewan MacColl. Wersy króla śpiewa po królewsku, wersy
jego brzemiennej córki prowokująco, a wersy Williego ze spokojem. Śpiewa
świetnie jak nigdy.
- Mamy czas na jeszcze jedną - mówi, z powrotem siadając na taborecie.
- Śpiewaj, Elf - oznajmia Bert Jansch - bo inaczej Andy cię nie wypuści.
Może "Any Way the Wind Blows" jest dla niej brzemieniem i wyrzutem
sumienia, ale jeśli tak, to szczodrym wyrzutem sumienia.
- Ostatnia piosenka to mój wielki amerykański przebój... - znowu ta
obluzowana struna D - ...mój wielki amerykański przebój napisany dla Wandy
Virtue.
Ten tekst niezawodnie wywołuje śmiech. Elf śpiewała ten utwór na wiele
lat przed poznaniem Bruce'a, zanim on zmienił zakończenie, żeby gładko
przechodziło w jego balladę o Nedzie Kellym. Elf zamyka oczy. Palcami
po strunach w dół-w górę-w dół, w dół-w górę. Głęboki wdech...
***
Później, po oklaskach, po kilku ciepłych uściskach, po wielu wariacjach
stwierdzenia "lepiej ci będzie bez niego" oraz po kilku wysłuchanych
opiniach na temat jej nowych piosenek Elf wraca do magazynku, który
służy także Andy'emu za biuro. Ku jej zaskoczeniu w pomieszczeniu tłoczy
się czterech mężczyzn, jak również Andy. Elf rozpoznaje dwóch z nich:
tego przystojnego, który podniósł jej kostkę, i jego tyczkowatego
sąsiada, który podpowiedział jej słowa "Wild Mountain Thyme". Trzeci ma
falujące ciemne włosy, długie wąsy, opadające powieki, przez które
wygląda, jakby się ironicznie uśmiechał, i sprawia wrażenie bezczelnego.
Czwarty, opierający się o szafkę z dokumentami, jest kilka lat starszy.
Ma szeroką, kościstą twarz, wyraźne zakola, okulary z jasnoniebieskimi
szkłami, bije od niego pewność siebie, ubrany jest w kobaltowy garnitur
z czerwonymi guzikami, jaskrawymi jak zachodzące słońca.
- Bohaterka wieczoru - wita ją Andy. - Nowe piosenki są fantastyczne.
Ktoś będzie chciał je nagrać, jeśli w A&B są zbyt głupi.
- Miło, że ci się podobają - odpowiada Elf. - Skoro macie tu jakieś
spotkanie, przyjdę później.
- Nie tyle spotkanie - wyjaśnia Andy - co raczej naradę spiskowców.
Poznaj Levona Franklanda. Mojego starego kompana.
Facet w niebieskich okularach kładzie dłoń na sercu.
- Świetny występ. Naprawdę doskonały. - Jest Amerykaninem. - Te trzy
nowe piosenki? Czysty dynamit.
- Dzięki. - Elf zastanawia się, czy gość jest homo. Odwraca się do tego
ciemniejszego, niższego. - Dziękuję za kostkę.
- Do usług. Dean Moss. Fantastyczny koncert. I ta przerwa, kiedy wszyscy
myśleliśmy, że zapomniałaś słów. Genialny zabieg sceniczny.
- To nie był zabieg - przyznaje się Elf.
Dean Moss tylko kiwa głową, jakby i tak wszystko było w najlepszym
porządku.
Elf zastanawia się, czy jego twarz nie wygląda czasem znajomo.
- Czy my się skądś znamy?
- Poznaliśmy się rok temu. Na przesłuchaniach do programu talentów w Thames TV. Grałem w zespole Battleship Potemkin. A ty śpiewałaś piosenkę
folkową.
- Właśnie! Wszyscy przegraliśmy, bo wygrał dzieciak-brzuchomówca z ptakiem dodo - przypomina sobie Elf. - Przepraszam, że cię nie poznałam.
- Cóż. To był jeden z tych dni, o których wolałbym zapomnieć. A oprócz
tego jeszcze w zeszłym miesiącu pracowałem w kawiarni Etna na D'Arblay
Street. Przychodziłaś całkiem często, ale mnie zwykle zasłaniały
ekspresy do kawy, więc pewnie nie zwracałaś na mnie uwagi.
- Obawiam się, że nie. Dlaczego nie wyszedłeś zza ekspresów i nie
zagadałeś: "Hej, to ja, ten z przesłuchania do Thames TV"?
Dean bada własne dłonie.
- Chyba się wstydziłem.
Elf nie wie, co na to odpowiedzieć.
- Jesteś bardzo szczery.
- Mówią na mnie Griff - przedstawia się ten rozczochrany z wąsami. -
Gram na bębnach. Najbardziej podobały mi się "Polaroid Eyes". Boskie. -
Ewidentnie jest z północy Anglii. - A ten tutaj... - ruchem głowy Griff
wskazuje wysokiego, chudego rudzielca - ...to Jasper de Zoet. Trudno
uwierzyć, ale naprawdę tak się nazywa.
Jasper ściska dłoń Elf, jakby wykonywał polecenie.
- Nigdy wcześniej nie poznałem nikogo o imieniu Elf. - Ma akcent z wyższych sfer.
- "El" jest z Elizabeth, a "F" z Frances. Moja siostra Bea zaczęła tak
na mnie mówić, kiedy była mała, i już tak zostało.
- Pasuje - ocenia Jasper. - Masz głos jak elf. Grałem "Oak, Ash and
Thorn" ze sto razy. Twoje nagranie "Króla Trafalgaru" ma zdumiewającą... -
palcem kreśli w powietrzu spiralę - ...psychoakustykę. Jest takie słowo?
- Psychoakustyka? Być może - odpowiada Elf i dodaje swobodnie: - Jeżeli
jest, rymuje się z "tłusty kat".
Jasper patrzy na nią z ukosa.
- A wręcz ze "złotousty kat".
Ooo, myśli Elf. Ktoś jeszcze pisze tu teksty.
Levon zdejmuje okulary.
- Mamy propozycję, Elf.
- W porządku. Skoro jesteście znajomymi Andy'ego, posłucham.
- To ja już was zostawię. - Andy wręcza jej kopertę. - Gaża za dzisiaj.
Stawka jak dla duetu. Zarobiłaś na nią. - Andy wymyka się z magazynku.
- Najpierw powiem ogólnie, o co chodzi. - Levon Frankland zamyka za
Andym drzwi. - Jestem menadżerem artystów. Wychowałem się w Toronto, ale
potem wyjechałem do Nowego Jorku, bo chciałem zostać gigantem folku. I swetry z golfem miałem, jak trzeba, ale wszystkiego innego jednak mi
brakowało, więc przez jakiś czas pracowałem na Tin Pan Alley5.
Najpierw dla wydawcy, potem dla agenta koncertowego, który wyszukiwał
zespoły "British Invasion". Do Londynu przyjechałem cztery lata temu,
żeby się opiekować paroma amerykańskimi artystami na trasach
koncertowych po Anglii, i już tu zostałem. Byłem też chłopcem na posyłki
u Mickiego Mosta, potem zająłem się wyszukiwaniem młodych talentów, a dzisiaj reprezentuję artystów. Można powiedzieć, że w branży robiłem już
wszystko. Ludzie różnie o mnie mówią. Nigdy nie biorę tego do siebie.
Papierosa?
- Chętnie - przystaje na jego propozycję Elf.
Levon częstuje zgromadzonych rothmansami.
- Pod koniec zeszłego roku byłem na kolacji z dwoma panami - Freddym
Dukiem i Howiem Stokerem. Freddy organizuje trasy koncertowe, ma agencję
na Denmark Street. Pochodzi ze starej szkoły, ale jest otwarty na nowe
pomysły. Howie jest amerykańskim inwestorem, który niedawno nabył Van
Dyke Talent, średniej wielkości agencję promocyjną z Nowego Jorku.
Wielki plan Freddy'ego i Howie'ego polegał - polega - na tym, żeby
połączyć obie firmy w jedną agencję z siedzibami po obu stronach
Atlantyku. Wtedy będą mogli zajmować się brytyjskimi artystami
zainteresowanymi występami w Stanach i vice versa. Zagraniczne trasy
koncertowe to pola minowe, jeśli się nie zna lokalnej specyfiki. Przez
branżowe przepisy związkowe człowiekowi odechciewa się żyć. Dlatego
Freddy i Howie zwrócili się do mnie z nowym pomysłem. Mianowicie, czy
chciałbym założyć niewielką stajnię artystów, nagrać ich demo, być ich
menadżerem, zawierać w ich imieniu umowy z wytwórniami i kontrakty
płytowe, organizować im trasy koncertowe przez Duke-Stoker oraz budować
ich rozpoznawalną markę. Działałbym w ramach biura na Denmark Street,
ale miałbym artystyczną autonomię. Duke-Stoker daliby mi kapitał na
start i przez rok wypłacali pensję w zamian za - stosunkowo skromny -
udział w przyszłych zyskach. Doszliśmy do porozumienia, jeszcze zanim
kelner zaproponował desery. I tak oto narodziło się Moonwhale Music.
- Nowe wytwórnie wyrastają jak grzyby po deszczu - zauważa Elf.
- I większość z nich przetrwa tyle, ile grzyby. - Levon zaciąga się
papierosem. - Podpiszą kontrakt z pierwszą lepszą bandą młodzieńców w garniturach we wzorki spotkaną na Carnaby Street, kapitał im się
rozejdzie na opłaty za studia nagraniowe, nie uda im się zdobyć czasu
antenowego i utoną w długach w ciągu roku. Dlatego ja chcę zmontować
zespół osobiście. Żadnych zbiorowych przesłuchań. I zanim ruszymy z koncertami, będziemy grać próby, żebyśmy od samego początku sprzedawali
doskonałą jakość. A co najbardziej rewolucyjne, zamierzam oddawać moim
artystom sprawiedliwy kawałek tortu, a nie kraść tort i udawać, że
żadnego w ogóle nie było.
- Nowatorskie podejście - przyznaje Elf. - A o jakim zespole myślisz?
- Zespół stoi przed tobą - mówi Griff. - Dean na basie, Jasper na
prowadzącej, ja na bębnach. Dean i Jasper oprócz tego śpiewają i piszą.
- Brakuje nam kogoś na klawiszach - wyjaśnia Jasper.
Oferują mi pracę, myśli Elf.
- Kogoś na klawiszach, kto do tego pisze - dorzuca Levon. - Większość
zespołów nie daje rady wypocić tyle przyzwoitego materiału, żeby
wystarczył na całą płytę. Ale jeśli Dean, Jasper i jeszcze ktoś trzeci
napiszą po trzy, cztery piosenki, ułożymy całą płytę z naszych
oryginalnych utworów.
- Znasz może kogoś, kto by się nadawał? - pyta Dean.
- Kogoś z odpowiednią psychoakustyką? - dodaje Levon. - Kto potrafi
zagrać solo na organach i riffy na pianinie?
- Czuję się nakłaniana, żeby rzucić wszystko i ruszyć w nieznane - mówi
Elf. - Upewnię się jeszcze: nie jesteście grupą folkową?
- Nie jesteśmy - potwierdza Levon. - Folkowy duch będzie twoją działką.
Dean ma wrażliwość bluesową, Griff grał jazz, a Jasper to...
Wszyscy spoglądają na rudzielca.
- To cholernie sprawny gitarzysta - stwierdza Dean. - I mówię to pomimo
faktu, że jest moim gospodarzem, a nie dlatego, że nim jest.
- Myślałem, że gospodarz to ktoś, komu pieniądze się płaci, a nie od
niego pożycza - zauważa Griff z kpiną.
- Elf, słyszę w głowie, jak świetnie byście wszyscy brzmieli - mówi
Levon. - Proszę tylko o to, żebyś coś z chłopakami zagrała. Mamy salę
prób w barze na Ham Yard. Po prostu... zobaczmy, jak wyjdzie.
- Jeśli podróż w nieznane ci się nie spodoba, do domu będziesz miała
kwadrans na piechotę - dodaje Dean.
Elf zaciąga się papierosem.
- Nazywacie się jakoś?
- Myśleliśmy o "The Way Out" - mówi Levon.
- Ale klamka jeszcze nie zapadła - uspokaja ją Dean.
To dobrze.
- A skoro jesteście grupą nie-folkową, to jaką?
- Kalejdoskopową - mówi Jasper. - Heterogeniczną. Lukullusową.
- W dzieciństwie zjadł słownik - wyjaśnia Dean.
Elf próbuje jeszcze raz.
- Okej, chcecie brzmieć jak kto?
Trzej muzycy odpowiadają unisono:
- Jak my.
Darkroom / Ciemnia
Klub UFO wibruje, gdy Pink Floydzi ustawiają kurs statku na sam środek
tarczy pulsującego słońca. Mecca tańczy, patrząc na niego. Ma oczy
niebieskie jak Berlin. Meduzy kolorowego światła rozmnażają się i unoszą, falując na tańczących sylwetkach, a myśli Jaspera płyną.
Abrakadabra! To chłopiec, może damy mu na imię Jasper? Skąd akurat to
imię? Na pamiątkę przyjaciela? Od jaspisu? Po dawnym kochanku? To wie
tylko matka Jaspera, a ona śpi w skrzyni na dnie morza u wybrzeży
Egiptu. Przybywamy, widzimy, zostajemy, aż Śmierć zdmuchnie naszą
świeczkę... Dużo więcej nas było tam, skąd przybyliśmy. Milion na kroplę
esencji życia. Śledzenie nas wszystkich doprowadziłoby Boga do obłędu.
Na scenie Syd Barrett przeciąga grzebieniem po strunach fendera w otwartym stroju. Samica pterodaktyla daje upust rozpaczy. Syd nie jest
wirtuozem, to prawda, ale z powodzeniem nadrabia to sceniczną charyzmą i chmurną, bajroniczną urodą. Tymczasem oświetleniowiec Hoppy wciska inny
guzik i teraz po ścianach przechadzają się samurajowie Kurosawy. Słynny
pokaz świetlny w klubie UFO. Dłoń Jaspera od pewnego czasu kreśli
ósemki: "8" to nieskończoność, która się podniosła. Docierają do niego
słowa, rwane i pełne trzasków jak fale radiowe o zmierzchu... "Gdyby
bramy percepcji zostały otwarte, wszystko objawiłoby się człowiekowi
takie, jakie jest, nieskończone. Człowiek żyje bowiem w zamknięciu i patrzy na wszystko przez wąskie szczeliny swej jaskini"6. Kto
to powiedział? Wiem, że nie ja. Puk-Puk? Albo jakiś przodek? Lazurowa
meduza światła przepływa nad Rickiem. Rick Wright gra na klawiszach - na
farfisie - ma fioletowy krawat do żółtej koszuli. Pink Floydzi podpisali
miesiąc temu kontrakt z EMI. Ten tydzień spędzili na Abbey Road. Rick
opowiadał Jasperowi: "Inżynier dźwięku ze studia B zaszedł do nas i mówi: "W studiu obok chłopcy akurat mają przerwę - chcecie się
przywitać?". Więc poszliśmy. John robił sobie jaja, George'a bolał ząb,
Ringo opowiedział nam sprośny dowcip". Słuchali piosenki Paula pod
tytułem "Lovely Rita, Meter Maid". Mecca zbliża się w tańcu. Sylaby jej
mowy podniecają jego ucho:
- Ich bin bereit abzuheben.
Niemiecki Jaspera jest nieco zakurzony, choć Mecca ściera ten kurz z każdą cenną godziną.
- Czujesz odlot?
Faktycznie, metakwalon zaczyna działać. Bramkarze w lobby klubu
sprzedają najczystsze prochy w Londynie, i właśnie teraz i się zaczyna,
i się zaczyna - - - - - - - - -
***
...ciało Jaspera pozostaje w miejscu, tańczy w klubie UFO przy Tottenham
Court Road, ale jego myśli wystrzeliły jak z procy i lecą, najpierw
wokół nawadnianego Marsa, a potem dalej, coraz dalej, do pożerającego
własne potomstwo Saturna; a potem jeszcze zuchwalej, wytrwalej,
wspanialej, osiągając prędkość światła, gdzie czas i przestrzeń się
zestalają, i znowu słychać ten chrapliwy głos: "Chwała Pańska zewsząd
ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. Lecz anioł rzekł do
nich: zapnijcie pasy, przyjemnej podróży7". Teraz biblijna,
bezgwiezdna czerń. Ogon komety, srebrna nić, która się rozplata i rozwija. Puk puk. Kto tam? Nie, nie odpowiadaj. Zamiast tego pomyślmy
o czymś bardziej rozsądnym i niesugerującym obłędu. Nick Mason gra na
bębnach. Bębny istniały jeszcze przed nami. Rytm serc naszych matek.
Mecca wylatuje w poniedziałek wieczorem. Ameryka połknie ją, jak
wieloryb Jonasza. Teraz pulsujemy w rytm basu Rogera, rickenbackera
fireglo. Uśmiech na twarzy Rogera Watersa jest jak płaszcz i zarazem
szpada. Twarz Mekki staje się wklęsła. Wydłuża się i okrąża Jaspera.
"Krzewiłby się mój zapał do roślin podobny rozleglej niż imperia i powolniej od nich8". Jej twarz odbija jego twarz, a jego jej, a które odbicie kiedykolwiek zgadło, że jest odbiciem? Jasper pyta:
- Naprawdę myślisz, że rzeczywistość jest tylko lustrem dla czegoś
innego?
Odpowiedź Mekki spływa z opóźnieniem z jej woskowych chłopięcych warg:
- Ja, bestimmt. Dlatego fotografia jest bardziej prawdziwa niż to, co
przedstawia. - Jasper kładzie jej dłoń na swoim sercu. Twarz Mekki z powrotem staje się normalna. - Gratulacje, czuję, jak kopie. Kiedy masz
termin?
- Pomyślnie przeszedłem rozmowę kwalifikacyjną?
- Złapmy jakąś taksówkę.
***
Czarna taksówka czeka przed klubem na ulicy.
- Blacklands Terrace w Chelsea. Naprzeciwko księgarni Johna Sandoesa -
mówi Mecca kierowcy.
Przelatują obok nich ciemne ulice. Amsterdam zawija się wokół siebie.
Londyn się rozwija, rozwija, rozwija. Mecca trzyma go za rękę, całkiem
niewinnie. W niewielu oknach pali się światło. Jasper nadal słyszy
bębnienie. Z odrobiną Pink Floydów zajedziesz daleko. Taksówka się
zatrzymuje.
- Reszty nie trzeba - mówi Mecca.
Wietrzna noc, chodnik, zamek Yale, schody, kuchnia, przyćmiona lampka.
- Wezmę prysznic - mówi Mecca.
Jasper siada za stołem. Mecca po chwili wraca, ubrana dużo bardziej
skąpo niż wcześniej. To było zaproszenie. Biorą razem prysznic. Później
są w łóżku. Potem zalega cisza. A jeszcze później jakaś ciężarówka z łoskotem przejeżdża gdzieś ulicę czy dwie dalej. Na Chelsea High
Street? Możliwe. Mecca śpi. Na plecach ma wypukłe znamię. Jasperowi
przychodzi na myśl Ayers Rock. Przeszłość i przyszłość zlewają się w jedno. Jasper stoi na tarasie obserwacyjnym z widokiem na zatokę ponad
domami, szczytami dachów i składami towarowymi. Kanonada z dział. To
musi być jakiś film. W jego zmysły uderza z wielką siłą staccato
wybuchów. Niebo huśta się w lewo i w prawo. Zaczynają nagle ujadać
wszystkie psy, a wrony oszalały. Krępy mężczyzna w stroju z epoki
napoleońskiej opiera się o balustradę i spogląda przez teleskop ku
morzu. Jasper pyta go, czy to sen, czy też może pigułka, którą połknął w UFO, nie była zwykłą amfetaminą.
Człowiek z teleskopem pstryka palcami. Trrr-trrr. Jasper idzie
ulicą. Dociera do stancji w Lyme Regis, którą prowadzi jego ciotka.
Wujek w wózku inwalidzkim mówi: "Zostawiłeś nas, bo zachciało ci się
lepszego życia, pamiętasz? To teraz zjeżdżaj!".
Pstryk. Trrr-trrr. Jasper mija Swaffham House na terenie szkoły
imienia Biskupa Ely. Dyrektor szkoły stoi w drzwiach jak ochroniarz na
bramce. "Dalej, dalej, tu nic nie znajdziesz".
Pstryk. Trrr-trrr. Pub The Duke of Argyll na Great Windmill Street.
Jasper zagląda przez rżnięte szybki. Za stołem siedzą Elf, Dean, Griff,
on sam i Mecca. "Dla części moich znajomych "The Way Out" brzmi jak
tytuł poradnika dla samobójców" - mówi Elf. - "A dla pozostałych jak
motto życia hipisa. Gdybyśmy mieli teraz wybrać zupełnie nową nazwę,
jeszcze raz, od początku, to jaką byśmy wybrali?". Wszyscy wpatrują się
w oko Jaspera przy szybce, łącznie z samym Jasperem za stołem.
Pstryk. Trrr-trrr. Śnieg jak ze snu albo wirujące kwiaty, a może
wyszywane złotą nicią ćmy przesłaniają Jasperowi widok. Zgubił się w Soho, w labiryncie ulic jeszcze gęstszym niż ten prawdziwy. Szuka
jakiegoś znaku. Znak powoli wyłania się z mroku, w miarę jak ciemność
rozjaśnia się i wyostrza. Tablica z nazwą ulicy, zupełnie jak te w Londynie, głosi: utopia avenue. Pstryk. Trrr-trrr...
***
Z liter tworzy się słowo P-E-N-T-A-X, zaledwie kilka cali przed jego
twarzą. Pstryk. Dźwięk przewijanej kliszy w aparacie - trrr-trrr.
Mecca ma na sobie kremowy sweter do kolan, z grubej wełny. Kadruje
kolejne zdjęcie. Pstryk. Trrr-trrr. Przez okno dachowe nad jej głową
widać brudne niebo. Wrony fruwają w kółko jak skarpety w suszarce. Co
jeszcze? Koc. Zaschłe chusteczki. Kominek elektryczny. Dywan. Ubranie
Jaspera. Czarno-białe zdjęcia, dziesiątki fotografii przypiętych do
ścian. Chmury w kałużach, ukośne promienie słońca, ludzie w metrze,
kloszardzi, psy, graffiti, śnieg zawiewany przez wybitą szybę,
kochankowie w progu, na wpół zatarte napisy na nagrobkach, i każdy inny
okruch Londynu, który zwrócił uwagę Mekki tak, że pomyślała: "Chcę cię
zachować". Pstryk. Trrr-trrr.
Mecca opuszcza pentaxa i siada po turecku.
- Dzień dobry.
- Widzę, że wcześnie zaczynasz pracę.
- Oczy ci... - Mecca nie znajduje odpowiedniego słowa - ...ruszały się
bardzo szybko pod powiekami. Miałeś sen?
- Owszem.
- Może ułożę cię w serię: "De Zoet - sen; de Zoet - przebudzenie". Albo
dam tytuł "Raj utracony". - Mecca wciąga granatowe skarpety. - Śniadanie
jest na dole. - Wychodzi.
Jasper zastanawia się, czy on i Mecca nadal są kochankami, czy też może
miniona noc była ich pierwszą i ostatnią. Nie śpieszy się przy wkładaniu
ubrania i przez kilka minut uważnie ogląda fotografie Mekki.
***
Mecca je miskę płatków w służbowej kuchence i przegląda żurnal mody.
Elektryczny czajnik szumi i gwiżdże. Przez żaluzje Jasper wygląda na
cichy zaułek w Chelsea. Podmuchy wiatru zaganiają suche liście w stado,
targają wierzbę i wyginają parasol księdza. W drugim końcu kuchenki jest
balkonik z niską balustradą. Jasper podchodzi do barierki i patrzy w dół
na duże atelier z masą kotar, rozwiniętych rolek tła, lamp, statywów. Są
też ustawione do zdjęcia bele siana, o które stoją oparte dwie gitary
akustyczne. Jasper powtarza to, co Dean powiedział po wejściu do
mieszkania przy Chetwynd Mews.
- Całkiem fajny kwadrat.
- Jaki kwadrat? - pyta Mecca.
- Lokum. Mieszkanie, kawalerka.
- Dlaczego kwadrat? Przecież nie zawsze to kwadrat.
- Nie mam pojęcia. Nie ja wymyśliłem nasz język.
Mecca robi minę, której Jasper nie potrafi odczytać.
- Od poniedziałku do soboty jest tu mój szef Mike i modelki, i personel.
Ja jestem od czarna robota - pomagam przy sesjach, dużo tego. Mam
"kwadrat" za darmo, od Mike'a mam kliszę i ciemnię.
- Twoje zdjęcia są wyjątkowe.
- Dziękuję. Ciągle jeszcze się uczę.
- Jest tam jedna seria zdjęć jakiejś pikiety.
- Strajkujący dokerzy z East Endu.
- Jak ich przekonałaś, żeby ci pozowali?
- Po prostu. "Przepraszam, jestem fotografka z Niemiec, mogę zrobić panu
zdjęcie?". Kilku odpowie: "Spieprzaj". Jeden rzuci: "Masz, zrób zdjęcie
mój kutas, miss Hitler". Większość powie: "Okej". Kiedy ktoś robi ci
zdjęcie, to jakby mówił: "Istniejesz".
- Zupełnie jakby tu byli - mówi Jasper. - Jakby patrzyli na obserwatora,
jakby usiłowali ustalić, czy jesteś przyjacielem, czy wrogiem. A przecież to tylko reakcja chemiczna na papierze. Fotografia jest dziwną
iluzją.
- W czwartek na "kwadracie" Heinza grałeś hiszpańska piosenka.
Czajnik wydaje teraz przeciągły gardłowy pomruk.
- "Asturias" Isaaca Albéniza.
- Właśnie. Dostałam Gänsehaut... gęsia skórka, tak?
- Zgadza się.
Czajnik zagotował wodę i wyłącza się z klikiem.
- Muzyka to tylko wibracje powietrza. Czemu te wibracje wywołują
fizyczne reakcje? To dla mnie tajemnica.
- Tego, jak działa muzyka, czyli całej teorii i praktyki, można się
nauczyć. - Jasper podważa wieczko puszki z kawą. - Ale dlaczego działa,
Bóg jeden wie. A może nawet sam Bóg nie wie.
- Czyli tak samo jak fotografia. Sztuka to paradoks. Nie ma sens, ale
sama jest sens. Ta kawa smakuje jak kocie siki. Herbata jest lepsza.
Jasper zaparza dzbanek herbaty i stawia na stole.
- Dokąd będziesz stąd jechał? - pyta Mecca.
- Mam próbę zespołu o drugiej. W Soho.
- Dobrzy jesteście?
- Wydaje mi się, że coraz lepsi. - Jasper dmucha na herbatę w kubku. -
Zaczęliśmy grać razem dopiero miesiąc temu, więc ciągle jeszcze szukamy
własnego brzmienia. Levon chce, żebyśmy mieli program dziesięciu
perfekcyjnych kawałków, zanim zaczniemy grać koncerty. Jak mówi, dąży do
tego, żebyśmy wyskoczyli z głowy Zeusa w pełni ukształtowani.
Mecca rozgryza łyżkę płatków śniadaniowych.
- To twój ostatni dzień w Anglii, więc pewnie musisz się pożegnać z mnóstwem osób. Ale jeśli masz wolne, zapraszam do nas.
Półuśmiech na twarzy Mekki na pewno coś oznacza.
- Kolejna randka?
Jasper boi się, że źle ten uśmiech zrozumiał.
- Jeśli to nie jest zbyt obcesowa propozycja.
- "Obcesowa"? - Mecca może jest rozbawiona. - Przed chwilą uprawialiśmy
seks. Trochę już za późno na "obcesowa".
- Przepraszam. Nie umiem rozeznać się w zasadach. Szczególnie jeśli
chodzi o kobiety.
- Naprawdę znamy się dopiero dwa dni i trzy noce?
- A co?
Mecca dmucha na swoją herbatę.
- Mam wrażenie, że znacznie dłużej.
***
Dwa dni i trzy noce temu Heinz Formaggio otworzył drzwi swojego
mieszkania przy łuku uliczki w zamożnej okolicy Regent's Park. Miał na
sobie garnitur, krawat z wyszytymi algebraicznymi wzorami, a na nosie
groźnie wyglądające okulary.
- De Zoet! - Objął starego kumpla ze szkoły uściskiem, który Jasper
dzielnie wytrzymał. - Wiedziałem, że to ty. Kiedy inni ludzie naciskają
domofon, przeważnie dzwonią po prostu długim trrrrrrrrrrrr, a ty
zadzwoniłeś trrut-tidley-trrut-trrut trrut-trrut. Boże, ale strzechę
zapuściłeś! Włosy nosisz dłuższe niż moja siostra.
- Masz większe zakola - odparł Jasper. - I przytyłeś.
- Taktowny jak zawsze. Ale niestety, co do mojej wagi masz rację.
Właśnie odkrywam, że absolwenci Oxbridge jadają po królewsku. - Na
korytarz wylał się gwar rozmów gości oraz My Favourite Things Johna
Coltrane'a. Formaggio zabezpieczył drzwi przed zatrzaśnięciem i wyślizgnął się na korytarz.
- Zanim wejdziemy do środka... jak zdrowie?
- W listopadzie byłem przeziębiony i mam łuszczycę na łokciu.
- Pytam o Puk-Puka.
Jasper zawahał się. Nie odważył się podzielić głośno swoim podejrzeniem
z nikim w zespole.
- Myślę, że Puk-Puk do mnie wraca.
Formaggio świdrował go wzrokiem.
- Na jakiej podstawie tak sądzisz?
- Słyszę go. A przynajmniej tak mi się wydaje.
- Słyszysz pukanie? Tak jak wcześniej?
- Jest jeszcze dość słabe, nie jestem pewien. Ale... tak podejrzewam.
- Mówiłeś o tym doktorowi Galavaziemu?
Jasper pokręcił głową.
- Jest już na emeryturze.
Z mieszkania Formaggia dobiegła ich salwa śmiechu.
- Masz tutaj jakieś lekarstwa, gdybyś potrzebował?
- Nie mam. - Spojrzenie Jaspera powędrowało po łuku korytarza
półkolistego budynku, w którym wujek Formaggia miał drugie, rzadziej
używane mieszkanie. W korytarzu wisiała nieprzyjemnie duża liczba
wielkich luster.
- Potrzebowałbym skierowania do psychiatry. Boję się, co z takiej wizyty
może wyniknąć. Jeśli mnie tutaj zamkną, nie mam nikogo, kto by mnie
wyciągnął.
- Przecież doktor Galavazi mógłby chyba uruchomić kontakty w twojej
sprawie?
Jasper nie był przekonany.
- Pomyślę nad tym.
- Pomyśl. - Czoło jego kumpla się wygładziło. - A teraz wchodź. Wszyscy
chętnie zobaczą na własne oczy prawdziwego profesjonalnego gitarzystę.
- Na razie jestem raczej półprofesjonalny.
- Ale nikomu nie mów, chwaliłem się tobą. Jest tu też pewna niemiecka
fotografka. Kobieta, która podróżuje po świecie! I do tego dość
zjawiskowa. Wiem z wiarygodnych źródeł, że jest piekielnie zdolna.
Łamałem sobie głowę, kogo mi przypomina, aż w końcu mnie olśniło -
ciebie, de Zoet. To kobieca wersja ciebie. A do tego zdaje się, że jest
do wzięcia...
Jasper zastanawiał się, dlaczego Formaggio mu to mówi.
***
Kolacja u Heinza Formaggia była przyjęciem bardzo wytwornym, akademickim
i bez narkotyków - zupełnym przeciwieństwem spotkań muzyków, na których
bywał Jasper od czasu przyjazdu do Londynu w listopadzie zeszłego roku.
O północy obsługa kelnerska już wyszła i pozostała tylko piątka gości.
Jasper zamierzał wrócić piechotą na Chetwynd Mews, ale zmienił zdanie,
ze względu na mróz, brandy, Kind of Blue Milesa Davisa, grawitację
oraz dywanik z owczej skóry. Odpłynął w półdrzemkę, a pozostali,
rozgrzani winem, rozprawiali o przyszłości.
- Kapitalizm dogorywa, daję mu jeszcze dwadzieścia lat - przewidywał
sejsmolog. - Z końcem wieku będziemy już mieli komunistyczny rząd
światowy.
Filozof odpowiedział na to salwą liverpoolskiego rechotu.
- Brednie! Imperium sowieckie jest moralnym bankrutem, odkąd świat
dowiedział się o gułagach. Socjalizm kona w przedśmiertnych drgawkach.
- No właśnie - zgodził się Kenijczyk. - Bladoskóra ludzkość nigdy nie
podzieli się z nami władzą. Wszyscy się boicie: "A jeśli zrobią z nami
to samo, co my z nimi?".
- Bomba atomowa stawia pod znakiem zapytania przyszłość w jakimkolwiek
kształcie - zaznaczył klimatolog. - Przyszłość to napromieniowane
pustkowie. Kiedy ludzkość już wynajdzie jakąś broń, to jej używa.
- Z bombą wodorową może być inaczej - wtrąciła Mecca, fotografka.
Jasperowi podobało się brzmienie jej głosu, jakby ktoś grał
szczoteczkami na talerzach perkusji. - Gdybyś użył takiej broni, to
jeśli przeciwnik też ją ma, twoje dzieci również zginą.
- Śmieszni wszyscy jesteście - odezwał się ekonomista. - Może jeszcze
zaczniecie mówić o koloniach na Marsie? O telefonach z telewizorkiem? O silniczkach odrzutowych w plecakach, o srebrnych strojach i robotach,
które mówią "przyjąłem" zamiast "tak"?
Kenijczyk parsknął śmiechem.
- Założę się, że powstaną inteligentne roboty, które w końcu zrozumieją,
że gatunek Homo sapiens rozmnaża się jak króliki i zabija Ziemię.
Dlatego podejmą rozsądną decyzję i użyją naszej broni, żeby nas
unicestwić.
- A co powie nasz muzyk? - zapytał klimatolog. - Dokąd prowadzi nas
przyszłość?
- Tego nie wie nikt. - Jasper zmusił się, żeby usiąść prosto. - Przecież
kto mógł pół wieku temu przewidzieć Hiroszimę, Drezno, bombardowanie
Londynu, Stalingrad, Auschwitz? Berlin podzielony murem na pół?
Telewizję? Wyzwolenie zależnych kolonii? Wojnę w Wietnamie między
Chinami i Ameryką? Elvisa Presleya? Stonesów? Stockhausena? Jodrell
Bank? Plastiki? Lekarstwa na polio, odrę, syfilis? Wyścig w kosmosie?
Teraźniejszość jest jak kurtyna. Większość z nas nic za nią nie widzi. A jeśli ktoś coś zobaczył - dzięki łutowi szczęścia czy zdolności
przewidywania - zmienił to przez sam fakt obserwacji. Właśnie dlatego
przyszłość jest niezbadana. Konstytutywnie. Rudymentarnie. Lubię
przysłówki.
Skończyły się "Flamenco Sketches". Longplay wyłączył się z klikiem.
Gęsta cisza opływała ich z pluskiem.
- Straszna lipa, Jasper - stwierdził filozof. - Chcieliśmy poznać twoją
prognozę, ale barwnymi słowy powiedziałeś tylko "nie mam pojęcia".
Jasper nie miał w sobie energii na dysputy z filozofami. Podniósł gitarę
Formaggia i zapytał:
- Mogę?
- Nie musi pan pytać, maestro - odparł Formaggio.
Jasper zagrał "Asturias" Isaaca Albéniza. Gitara Formaggia nie była
najlepsza, ale czar melodii kołysał jak księżyc, prażył jak słońce,
burzył krew, a kiedy Jasper skończył, nikt się nie poruszył.
- Za pięćdziesiąt lat - powiedział Jasper - czy za pięćset, czy za pięć
tysięcy muzyka nadal będzie miała na ludzi taki sam wpływ, jak teraz na
was. Taka jest moja prognoza. Zrobiło się późno.
***
Jasper obudził się na kanapie wujka Formaggia. Poszedł do kuchni, nalał
sobie kubek mleka, zapalił papierosa, usiadł przy mokrym od deszczu
oknie i przyglądał się nagim ciemnym drzewom rosnącym wzdłuż półkolistej
uliczki. Trawniki były upstrzone krokusami. Mleczarz w ceratowym
kapeluszu wymieniał po kolei na każdym progu puste butelki na pełne, a ich foliowe kapsle przykrywał słoikiem po dżemie, żeby ptaki nie dostały
się do mleka.
- Ranny z ciebie ptaszek - przywitała go Mecca, chuda, blada dziewczyna.
Miała na sobie czarną aksamitną kurtkę. Sprawiała wrażenie gotowej do
wyjścia.
Jasper nie był pewien, co ma powiedzieć.
- Dzień dobry.
- Pięknie grasz na gitarze.
- Staram się.
- Gdzie się uczyłeś?
- W różnych salach lekcyjnych przez sześć czy siedem lat.
Twarz Mekki przybrała trudny do odczytania wyraz.
- Odpowiedziałem dziwnie? Przepraszam.
- Nie ma sprawy. Heinz mówił wczoraj, że jesteś bardzo wörtlich.
Dosłow...ny?
- Dosłowny. Próbuję nie być, ale to niełatwe. Masz kojący głos. Jak
stalowe szczotki na talerzach.
Twarz Mekki przybrała znowu ten sam wyraz, co chwilę wcześniej.
- To też było dziwne, prawda?
- Stalowe szczotki na talerzach. Miłe.
Zapytaj ją, myśli Jasper.
- Znasz Pink Floydów?
- Paru asystentów Mike'a wspominało o tej grupie.
- Grają jutro wieczorem w UFO. Znam Joe'ego Boyda, menadżera klubu.
Jeśli chciałabyś pójść, wpuści nas.
Brwi Mekki się uniosły. Zdziwienie.
- To oficjalna randka?
- Oficjalna, nieoficjalna, randka, nie randka. Jak wolisz.
- Młoda kobieta w obce miasto musi być ostrożna.
- To prawda. Może najpierw sprawdzisz mnie w rozmowie przy kolacji?
Jeśli wydam ci się zbyt dziwny, możesz zniknąć, kiedy pójdę do toalety.
Nie będę miał pretensji. Nie jestem nawet pewien, czy umiem mieć
pretensję.
Mecca się zawahała.
- Możesz mi dać swój numer telefonu?
***
Dwa dni i dwie noce później, w niedzielne południe, w barze Ho Kwok jest
parno i gwarno, słychać chińskie słowa wyrzucane w błyskawicznym tempie.
Kotek z białej porcelany macha łapką i zaprasza pomyślność z Lisle
Street do środka. Jasper i Mecca mają szczęście, bo dostali stolik przy
oknie.
- Chinatown jest jak Soho - mówi Jasper. - Stworzyli je przybysze z innego kraju i panują tu inne zasady.
- Enklave. Po angielsku jest tak samo?
Jasper kiwa głową. Kelnerka przynosi jaśminową herbatę i bez słowa
przyjmuje od nich zamówienie na zupę z wontonami. Za oknem przechodnie
podnoszą kołnierze i opuszczają ronda kapeluszy. Po drugiej stronie
ulicy, między chińskim zielarzem a pralnią chemiczną, jakiś mężczyzna
wyjmuje z taniego futerału sfatygowaną gitarę i wrzuca do pudła kilka
monet z własnej kieszeni. Zaczyna ostrym riffem i chrapliwie śpiewa
początek "Satisfaction" Rolling Stonesów. Już przy drugiej zwrotce
zjawiają się trzy chińskie babcie. Dzierżąc miotły, przepędzają go:
"Idzie! Idzie!". Muzykant protestuje: "To wolny kraj!", ale babcie
zamiatają chodnik tuż przy jego butach. Kilka osób zatrzymuje się i patrzy z rozbawieniem, a w tym czasie jakaś chuda dziewczyna ucieka z drobniakami zwędzonymi z futerału grajka. Ten rzuca się za nią w pościg,
przewraca się, ląduje tuż przy krawężniku i łamie gryf gitary. Wpatruje
się w połamany instrument z niedowierzaniem i rozgląda w poszukiwaniu
kogoś, komu mógłby się wyżalić albo na niego zwalić, albo go zjechać.
Ale jest zupełnie sam. Grajek - były grajek - kuśtyka z powrotem do
futerału, chowa do niego połamaną gitarę i utykając, odchodzi w kierunku
Leicester Square.
- He can't get no satisfaction - zauważa Mecca.
- Powinien uważniej wybierać miejsce. Nie można po prostu się rozstawić
byle gdzie i liczyć na szczęście.
- Często grywasz na ulicy?
- W Amsterdamie, na placu Dam. W Londynie jest większe ryzyko. Jak sama
widziałaś. Albo na przykład ludzie chcą się przyłączać.
Kelnerka przynosi ich zamówienie oraz cztery plastikowe pałeczki. Jasper
pochyla twarz nad parującą sadzawką z pierożkami, wieprzowiną, kapustą
pekińską i połówką jajka brązową od sosu sojowego. Para lekko rozmywa
ostre linie jego powiek. Pstryk, trrr-trrr. Jasper zerka z ukosa w okrągłe oko pentaxa Mekki. Pstryk, trrr-trrr. Mecca z powrotem zakrywa
obiektyw zaślepką.
- Nigdy nie bierzesz wolnego? - pyta Jasper.
- Chcę mieć pamiątkę. Jeszcze zanim twój zespół stanie się sławny.
- Ja też chcę mieć coś po tobie na pamiątkę. Pożyczysz mi aparat?
- A ty byś pożyczył komuś obcemu gitarę?
- Nie. Ale tobie bym pożyczył.
Mecca podaje mu pentaxa. Jasper spogląda przez wizjer na gości
restauracji, którzy wciągają makaron, kiwają głowami, żartują, siedzą w milczeniu. Przesuwa kadr na Mechthild Rohmer, tę niezwykłą kobietę.
Mecca posłusznie patrzy w obiektyw.
- Nie taką chcę cię zapamiętać - mówi Jasper.
- A jaką?
- Wyobraź sobie, że byłaś dwa lata w Stanach. Wyobraź sobie, że w końcu
wracasz do kraju. Że dzwonisz do drzwi rodziców. Nie spodziewają się
ciebie. To niespodzianka. Wyobraź sobie, że słyszysz ich kroki w przedpokoju... - Twarz Mekki się zmienia, ale nadal nie jest taka, na jaką
czeka Jasper. - Słyszysz dźwięk odsuwanej zasuwki. Widzisz miny
rodziców, kiedy cię rozpoznają w progu.
Pstryk, trrr-trrr.
***
Ściszone rim-shoty Griffa, rozkołysane boogie-woogie Elf i bas Deana
dobiegają głośniej, kiedy Jasper na trzecim piętrze otwiera drzwi z napisem "Club Z". Grupa gra dwunastotaktowe bluesowe monstrum autorstwa
Deana, "Abandon Hope9". Mecca się waha.
- Jesteś pewien, że nie będą mieli nic naprzeciw?
- Dlaczego mieliby mieć?
- Nie znają mnie.
Jasper bierze ją za rękę i prowadzi za aksamitną kotarę do przestronnej
sali urządzonej na wzór salonu z Mitteleuropy. Wysokie krzesła stoją
wokół stołu pod żyrandolami rzucającymi przyćmione światło. Z obrazów i fotografii na ścianach spoglądają bohaterowie polskiego wojska. Polska
flaga, podziurawiona pociskami z Powstania Warszawskiego, wisi oprawiona
nad barem, w którego przykurzonych lustrach odbija się sto butelek
wódki. Jasper się uczy, że wiele nieznanych drzwi w Soho to portale do
innego czasu albo miejsca. Club Z jest miejscówką zarówno jazzmanów, jak
i Polaków. Znajduje się tu ogromny fortepian Steinwaya oraz
ośmioelementowa perkusja Ludwiga. Elf gra teraz na steinwayu, Griff na
perkusji, a Dean zawodzi na harmonijce. Publiczność składa się z Levona
i Pawła, właściciela Club Z. Obaj palą cygara. Kiedy Dean zauważa Mekkę,
"Abandon Hope" traci rozpęd. Elf i Griff podnoszą wzrok i przestają grać
kilka taktów później.
- Przepraszam za spóźnienie. Coś mnie zatrzymało - wyjaśnia Jasper.
- Właśnie widzimy. - Griff przygląda się Mekce.
- Czyli to ona? - pyta Dean Jaspera.
- Tak, to ona - odpowiada Mecca. - A ty pewnie jesteś Dean.
Griff obraca pałeczkę i wybija umpc-umpc.
Przedstaw ją, przypomina sobie Jasper.
- Słuchajcie... uhm, to jest Mecca. A to Levon, nasz menadżer, i Paweł,
który wpuszcza nas tu na próby.
Wszyscy oprócz Pawła mówią "cześć". Ten przekrzywia łysiejącą jak u Lenina głowę.
- Pani jest z Niemiec, jeśli się nie mylę.
- Za to pan nie. Niech zgadnę... - Mecca się rozgląda - ...jest pan z Polski.
- Z Krakowa. Może pani o słyszała o takim mieście?
- Dlaczego miałabym nie znać geografia Polski?
Paweł prycha.
- A tak, to historii wasz naród woli nie pamiętać. Woli zapomnieć o dniach chwały Lebensraum.
- Wielu Niemców nie nazywa tego "dniami chwały".
- Naprawdę? Ci, którzy przejęli mój rodzinny dom, tak to nazywali.
Nawet Jasper wyczuwa wrogość Pawła.
Mecca ostrożnie dobiera słowa.
- Mój ojciec był nauczycielem historii w Pradze. Zanim zabrał go
Wermacht i wysłał do Normandii. Ojciec nie chciał jechać, ale gdyby
odmówił, zastrzeliliby go. Matka uciekła ze mną z Pragi do Nürnberg
tuż przed wkroczeniem Rosjan. Więc wiem to i owo o historii. O Lebensraum. O ludobójstwach. O zbrodniach wojennych. Wiem to wszystko.
Ale ja urodziłam się w tysiąc dziewięćset czterdziesty czwarty. Nie
wydawałam rozkazów. Nie zrzucałam bomb. Przykro mi, że zginął mój
ojciec. Przykro mi, że cierpiała Polska. Przykro mi, że cierpiała cała
Europa. Ale jeśli wini mnie pan... za to, kim jestem - Niemka - czym się
pan różni od nazista, który mówi: "Wszyscy Żydzi są tacy" albo "wszyscy
homoseksualiści są tacy" albo "wszyscy Cyganie"? To myślenie Nazi.
Jeśli pan chce tak myśleć, proszę bardzo, ale ja nie chcę. Takie
myślenie doprowadziło do wojny. A ja mówię: pieprzyć wszystkie wojny.
Pieprzyć starych, którzy je wszczynają i wysyłają młodych, żeby ginęli.
Pieprzyć nienawiść, która doprowadza do wojen. Pieprzyć ludzi, którzy
karmią ta nienawiść, nawet dwadzieścia lat później. Koniec już to
pierdolenie.
Griff odpala szybką rundę po bębnach i talerzach.
- Opuszczę pański bar, jeśli pan sobie życzy - mówi Mecca.
Nie wychodź, myśli Jasper. Paweł przez chwilę wpatruje się w Mekkę.
Wszyscy czekają.
- W Polsce doceniamy dobre przemowy. A ta była dobra. Czego się pani
napije? Na koszt firmy.
Mecca odpowiada długim spojrzeniem.
- W takim razie poproszę najlepszą polską wódkę.
***
- Nie, nie, nie - irytuje się Elf. - G-dur, A-dur, D-dur, e-moll.
- Cholera, przecież zagrałem e-moll - protestuje Dean.
- Nie, nie zagrałeś - upiera się Elf. - To było E-dur. Zobacz. - Bazgrze
coś w zeszycie, wyrywa kartkę i mu wręcza. - Rozwiń e-moll na końcu
drugiego i czwartego wersu, kiedy śpiewam "na tratwie rzeką" i potem na
"płynę daleko". Griff, mógłbyś grać... bardziej pierzaście?
- "Bardziej pierzaście"? - Griff marszczy czoło. - Jak Paul Motian?
Teraz Elf marszczy brwi.
- Paul kto?
- Bębniarz Billa Evansa. Gra posuwiście, szepcząco, z powietrzem.
- Spróbuj. Jasper, mógłbyś skrócić solówkę o dwa takty?
- Okej. - Jasper zauważa, że Levon szepcze coś Mekce na ucho.
- No to od początku - komenderuje Elf. - Raz i dwa, i...
- Przepraszam, kochani, przepraszam. - Levon wstaje. - Szybka narada
zespołu.
Griff daje rundkę po talerzach. Elf spogląda na niego. Dean opuszcza
gitarę. Jasper zastanawia się, co to ma wspólnego z Meccą.
- Będą nam potrzebne zdjęcia grupy - mówi Levon - na plakaty, dla prasy.
Kto wie... na okładki albumów? Szczęśliwym trafem mamy dziś z nami
fotografkę. Proponuję wynająć Mekkę do sesji zdjęciowej. Już teraz.
- A czy Mecca nie wylatuje jutro do Stanów? - pyta Elf.
- Owszem. Teraz zrobię wam zdjęcia, wywołam klisza wieczorem i przywiozę
najlepsze zdjęcia na Denmark Street jutro w drodze na lotnisko.
- No ale co z ubraniami, z fryzurami? - pyta Griff.
- Mecca zrobi wam zdjęcia, kiedy gracie - wyjaśnia Levon. - In situ.
Żadnych tanich sztuczek. Przypomnijcie sobie portrety na płytach Blue
Note.
- Wymieniłeś akurat Blue Note po to, żebym się zgodził - burczy Griff.
- Przejrzałeś mnie na wylot - przyznaje Levon.
- Ja jestem za - stwierdza Elf.
- Widziałem zdjęcia Mekki - mówi Jasper. - Jestem za.
- Nie obraź się, Mecca - mówi Dean - ale czy nie powinniśmy zatrudnić
kogoś ze znanym nazwiskiem? Terence'a Donovana? Davida Baileya? Mike'a Angleseya?
- Znane nazwiska - mówi Levon - żądają znanych honorariów.
- Jaka płaca, taka praca - zauważa Dean.
- Nie schodzą poniżej dwustu. Za sesję.
- Kurczę, zawsze powtarzam, że sławne nazwiska to zdziercy - mówi Dean.
- Ja głosuję za Meccą. Zgoda, Griff?
- A potrafisz zrobić mnie tak, żebym wyglądał jak Max Roach? - pyta
perkusista fotografkę.
Mecca się zastanawia.
- Jeśli cię mocno umalujemy i zrobimy odbitki z negatyw, matka Maxa
Roacha weźmie cię za własny syn.
- To rozumiem, konkretnie i na temat - ocenia Griff. - Jestem za.
***
Pub The Duke of Argyll na Brewer Street otwiera się w niedzielę o szóstej po południu. Kilka minut po szóstej cały zespół plus Mecca
siadają w kąciku przy oknie. Szyby są matowe, oprócz rżniętego szklanego
herbu, przez który Jasper widzi przechodniów i aptekę po drugiej stronie
ulicy. The Duke of Argyll to elegancki pub wiktoriański, z tapicerowanymi oparciami krzeseł, mosiężnymi okuciami i tabliczkami z napisem plucie wzbronione. Do popielniczki, w miarę czystej, Griff
wysypuje wieprzowe skwarki z papierowej torebki i cały zespół wraz z Meccą stuka się szklankami, każdą inną.
- Za to, żeby zdjęcia Mekki trafiły na okładkę naszej pierwszej płyty -
mówi Dean i wychyla do dna małe ciemne london pride. - Patrzmy w przyszłość z optymizmem.
- Za "Raft and a River" - mówi Griff. - Mogłaby trafić na singiel.
- Albo na świetną stronę B. - Dean ociera pianę z ust.
Elf swoją szklankę piwa z lemoniadą wznosi w stronę Mekki.
- Spokojnej podróży po Stanach. Zazdroszczę ci jak nie wiem co. Pomyśl o mnie czasem, że ja tu tkwię z tą bandą, a ty podróżujesz sobie jak w powieści Jacka Kerouaca.
Deana i Griffa wyraźnie to rozbawia, więc również Jasper sili się na
uśmiech.
- Zjeździcie Amerykę z koncertami - przepowiada Mecca. - I to już
niedługo. Cała wasza czwórka ma niesamowita chemia. Taka, że aż
fühlbar - jak się mówi fühlbar? Że się ją czuje...
- Namacalną - podpowiada Elf.
Wchodzi grupa ludzi w stylowych ubraniach z Carnaby Street, włosy mają
jeszcze dłuższe niż Jasper. Nikt się na nich nie gapi. W Soho to ludzie
o przeciętnym wyglądzie stanowią dziwaków.
- Słuchajcie - zaczyna Elf. - Tak sobie myślałam...
- Oho - przerywa jej Dean. - Będzie poważnie.
- Usiłowałam polubić nazwę "The Way Out". Naprawdę się starałam, ale mi
nie wychodzi. Połowa znajomych ciągle się myli i mówi "The Far Out".
Jakoś nie mogą zapamiętać... Czy możemy - bardzo was proszę - zastanowić
się nad inną nazwą?
- W sensie... teraz? - pyta Dean.
- Niedługo będzie już za późno na zmianę - zauważa Elf.
Jasper zapala camela.
- Kopsniesz szluga? - prosi Griff.
- "Kopsniesz szluga"... Jako nazwa zespołu? - Jasper nie jest do końca
pewien, czy Dean nie łapie, czy też udaje, że nie łapie, dla komicznego
efektu. - Niee. Amerykanie mogą nie zrozumieć. Myśl dalej.
- Wydaj te swoje dowcipy w książce - burczy Griff. - I zacznij od
własnego wyczucia czasu.
- Ja się zacząłem przyzwyczajać do "The Way Out" - przyznaje Dean.
- Ale dlaczego mamy się trzymać nazwy, do której się trzeba
przyzwyczajać? - pyta Elf. - Dlaczego nie możemy wymyślić takiej, że
każdy z miejsca będzie myślał: "Ale się fajnie nazywają!"? Mecca, podoba
ci się "The Way Out"?
- Mecca przyzna ci rację. - Dean wzrusza ramionami. - Kobieca
solidarność.
- Przyznałabym Elf rację również, gdybym była chłopak - odpowiada Mecca.
- "The Way Out" jest bez pazura. Nie jest nawet odpowiednio zła.
- Tak, ale jesteś Niemką - zaznacza Dean. - Bez obrazy.
- Bycie Niemką, jak dla mnie, nie jest obraźliwe.
- Chodzi mi o to, że nie czujesz naszego języka. A my jesteśmy zespołem
brytyjskim.
- Nie chcecie sprzedawać płyt w NRF-ie? Jest nas sześćdziesiąt miliony.
Spory rynek dla brytyjskiej muzyki.
Dean wydmuchuje dym ku sufitowi.
- Słuszna uwaga.
- Zauważę tylko - dorzuca Griff - że większość zespołów ma w nazwie
"The". The Beatles. The Stones. The Who. The Hollies.
- I właśnie dlatego nie powinniśmy iść za stadem - upiera się Dean.
- "The Herd10". - Griff próbuje, jak to by brzmiało. - "Meee Meee"?
Dean popija london pride.
- Moim drugim typem dla "Gravediggers" było "Lambs to the
Slaughter"11.
- Świetnie - stwierdza Elf. - Możemy występować w zakrwawionych
fartuchach i ze świńskim łbem zatkniętym na kiju. Czysty Władca much.
Jasper wychwytuje sarkazm, ale nie jest pewny, czemu Dean pyta:
- A co śpiewał Władca much?
Elf marszczy brwi i pyta:
- Serio?
- Co serio? - nie rozumie Dean.
- Władca much to powieść Williama Goldinga.
- Ach tak? Najmocniej przepraszam. - Dean udaje akcent z wyższych sfer.
- Nie każdy z nas czytywał literaturę angielską podczas studiów na
uniwersytecie.
Jasper ma nadzieję, że to przyjazna wymiana zdań, a nie słowna walka na
noże.
- Nowe zespoły amerykańskie... - Griff tłumi beknięcie - ...mają nazwy,
które zapadają w pamięć. Big Brother and the Holding Company.
Quicksilver Messenger Service. Country Joe and the Fish.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. The Way Out - (ang.) w wolnym tłumaczeniu: wyjście z sytuacji (przyp. tłum.). [wróć]
2. Doroczny turniej krykieta między Anglią i Australią (przyp. tłum.). [wróć]
3. Royal Academy of Dramatic Art - londyńska akademia teatralna (przyp. tłum.). [wróć]
4. Miss Havisham - postać z Wielkich nadziei Charlesa Dickensa, stara panna porzucona przez narzeczonego przy ołtarzu, która postanawia do końca życia nosić ślubną suknię (przyp. tłum.). [wróć]
5. Określenie producentów i wydawców muzyki popularnej (przyp. tłum.). [wróć]
6. Cytat z Zaślubin nieba i piekła Williama Blake'a (przyp. tłum.). [wróć]
7. Na podstawie: Łk, 2:9. Ten i dalsze cytaty z Pisma Świętego za Biblią Tysiąclecia (przyp. tłum.). [wróć]
8. Fragment wiersza "Do cnotliwej damy" Andrew Marvella w przekładzie Artura Międzyrzeckiego (przyp. tłum.). [wróć]
9. "Abandon Hope" - ang. porzućcie nadzieję (przyp. tłum.). [wróć]
10. Herd - stado (przyp. tłum.). [wróć]
11. Gravediggers - grabarze, Lambs to the Slaughter - owieczki na rzeź (przyp. tłum.). [wróć]