Utopia Avenue - David Mitchell

Kup ebooka

62.00 zł
52.70 zł (51,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Abandon Hope / Porzućcie wszelką nadzieję

Dean mija pędem Pho­enix The­atre, udaje mu się omi­nąć nie­wi­do­mego w czar­nych oku­la­rach i wbiega na jezd­nię Cha­ring Cross Road, żeby wyprze­dzić kobietę, która powoli pcha po chod­niku wózek z dziec­kiem. Potem prze­ska­kuje przez brudną kałużę i ostro skręca w Den­mark Street. Na zakrę­cie jego buty śli­zgają się na czar­nym lodzie. Nogi fruną w górę. Jest w powie­trzu na tyle długo, żeby widzieć zamie­nione miej­scami kra­węż­nik i niebo i pomy­śleć: kur­czę, będzie bolało. I zaraz potem chod­nik wali go w żebra, w kolano i w kostkę. Kur­czę, boli. Nikt nie zatrzy­muje się, by mu pomóc. Kurde, Lon­dyn. Facet w typie maklera gieł­do­wego, z wąsami, w melo­niku, na widok pecho­wego upadku beat­nika z dłu­gimi wło­sami uśmie­cha się zło­śli­wie i zaraz znika. Mimo pul­su­ją­cego bólu Dean ostroż­nie się pod­nosi i modli, żeby niczego sobie nie zła­mał. Pan Craxi nie płaci cho­ro­bo­wego. Ale przy­naj­mniej nad­garstki i dło­nie są całe. Pie­nią­dze. Spraw­dza, czy w kie­szeni płasz­cza na­dal ma bez­piecz­nie scho­wany port­fel z cenną zawar­to­ścią dzie­się­ciu bank­no­tów pię­cio­fun­to­wych. Wszystko na swoim miej­scu. Kuś­tyka dalej. W oknie kawiarni Gio­conda po dru­giej stro­nie ulicy zauważa Ricka Wake­mana, zwa­nego "Jeden Dubel". Żałuje, że nie może się do niego przy­siąść, wypić kawy, zapa­lić i poga­dać o sesji, ale w piątki rano trzeba pła­cić czynsz i pani Nevitt już czeka w swoim salo­nie jak olbrzy­mia paję­czyca. Dean i tak zawsze płaci w ostat­niej chwili, ale w tym tygo­dniu już po pro­stu ledwo zdąży. Dopiero wczo­raj dostał czek od Raya i wła­śnie stra­cił w banku czter­dzie­ści minut w kolejce do wypłaty, bie­gnie więc dalej, mija wydaw­nic­two muzyczne Lynch & Lup­ton's, gdzie pan Lynch powie­dział mu, że wszyst­kie jego pio­senki są do niczego, oprócz kilku, które są tra­giczne. Mija agen­cję arty­styczną Alfa Cum­mingsa, gdzie Alf Cum­mings poło­żył tłu­stą dłoń na wnę­trzu uda Deana i wyszep­tał: "Obaj wiemy, co mogę dla cie­bie zro­bić, mój piękny. Pyta­nie: co ty możesz zro­bić dla mnie?". Mija stu­dio Fun­gus Hut, gdzie miał nagry­wać demo z Bat­tle­ship Potem­kin, zanim go wyrzu­cili z zespołu.

- Niech mi pan pomoże. Pro­szę. Strasz­nie mnie... - Czer­wony na twa­rzy męż­czy­zna chwyta Deana za koł­nierz i mam­ro­cze: - Mam chyba... - Zgina się wpół z bólu. - O Boże, jak boli...

- Dobrze, niech pan usią­dzie tutaj, na schodku. Gdzie pana boli?

Z wykrzy­wio­nych warg czło­wieka ścieka ślina.

- W piersi...

- Jasne... Zaraz spro­wa­dzimy panu pomoc. - Roz­gląda się, ale ludzie mijają ich w pośpie­chu, z posta­wio­nymi koł­nie­rzami, opusz­czo­nymi dasz­kami cza­pek, odwró­co­nym wzro­kiem.

Męż­czy­zna jęczy z bólu i opiera się o Deana.

- Aaa-aaagh.

- Chyba trzeba wezwać karetkę, pójdę...

- Co się dzieje? - Czło­wiek, który się przy nich zatrzy­mał, jest w wieku Deana, ma krót­kie włosy, a na sobie roz­sąd­nie wyglą­da­jącą budry­sówkę. Poluź­nia osła­błemu męż­czyź­nie kra­wat i zagląda mu w oczy. - Nazy­wam się Hop­kins. Jestem leka­rzem. Pro­szę kiw­nąć głową, jeśli mnie pan rozu­mie.

Męż­czy­zna krzywi się, chwyta powie­trze i z tru­dem kiwa głową.

- Dobrze. - Hop­kins zwraca się do Deana. - To pań­ski ojciec?

- Niee. Nie znam go. Mówi, że go boli w klatce pier­sio­wej.

- W klatce pier­sio­wej, tak? - Hop­kins zdej­muje jedną ręka­wiczkę i bada dło­nią puls na szyi męż­czy­zny. - Wysoka aryt­mia. Sir, zdaje się, że ma pan atak serca.

Męż­czy­zna otwiera sze­roko oczy, ale zaraz zaci­ska powieki w nowym napa­dzie bólu.

- W kawiarni jest tele­fon - infor­muje Dean. - Zadzwo­nię po pogo­to­wie.

- Nie zdążą - odpo­wiada Hop­kins. - Cała Cha­ring Cross Road stoi w korku. Zna pan może Frith Street?

- Znam. I jest tam przy­chod­nia, przy Soho Squ­are.

- O nią mi cho­dzi. Niech pan tam bie­gnie i powie, że czło­wiek ma atak serca przed skle­pem z tyto­niem na Den­mark Street i że dok­tor Hop­kins potrze­buje sani­ta­riu­szy z noszami, na już. Będzie pan wie­dział, co powie­dzieć?

Hop­kins, Den­mark Street, nosze.

- Tak, pamię­tam.

- Dobrze. Ja tu zostanę i udzielę pierw­szej pomocy. A pan niech już pędzi. Los bie­daka jest w pań­skich rękach.

***

Dean bie­gnie Cha­ring Cross Road, skręca w Manette Street, mija księ­gar­nię Foy­lesa, prze­biega krót­kim zauł­kiem przy pubie Pil­lars of Her­cu­les. Jego ciało już zapo­mniało o bólu. Na Greek Street mija śmie­cia­rzy, któ­rzy opróż­niają kosze do śmie­ciarki, pędzi środ­kiem jezdni do Soho Squ­are, gdzie pod­rywa do lotu stadko wystra­szo­nych gołębi, na zakrę­cie we Frith Street nie­mal drugi raz się wywraca, ale wbiega po schod­kach przy­chodni do reje­stra­cji, gdzie pie­lę­gniarz czyta Daily Mir­ror. "NIE ŻYJE DONALD CAMP­BELL" - głosi pierw­sza strona.

- Przy­syła mnie dok­tor Hop­kins... - wyrzuca z sie­bie, z tru­dem łapiąc oddech. - Atak serca na Den­mark Street... Potrzebni jak naj­szyb­ciej sani­ta­riu­sze z noszami...

Pie­lę­gniarz opusz­cza gazetę. Nie wydaje się poru­szony. Do jego wąsów przy­kleił się okru­szek cia­sta.

- Tam umiera czło­wiek - powta­rza Dean. - Nie sły­szy pan?

- Oczy­wi­ście, że pana sły­szę. Krzy­czy pan.

- To niech pan wyśle pomoc! To prze­cież pla­cówka opieki zdro­wot­nej, tak?

Pie­lę­gniarz gło­śno pociąga nosem.

- Wypła­cał pan sporą sumę pie­nię­dzy z banku tuż przed spo­tka­niem z tym "dok­to­rem Hop­kin­sem", prawda?

- Ow­szem. Pięć­dzie­siąt fun­tów. A co?

Pie­lę­gniarz strze­puje okru­szek z klapy mary­narki.

- Na­dal ma pan te pie­nią­dze?

- Mam je tutaj. - Dean sięga do kie­szeni po port­fel.

Port­fela nie ma. Musi być. Spraw­dza inną kie­szeń. Obok prze­jeż­dża skrzy­piący wózek. Jakiś dzie­ciak gapi się na niego wytrzesz­czo­nymi oczami.

- Cho­lera... Musiał mi wypaść po dro­dze, kiedy bie­głem...

- Przy­kro mi, skro­ili pana.

Dean przy­po­mina sobie, jak męż­czy­zna nie­mal upadł mu na pierś... Nie. Nie. To naprawdę był atak serca. On ledwo się trzy­mał na nogach. Jesz­cze raz spraw­dza kie­sze­nie. Pie­nię­dzy na­dal nie ma.

- Wiem, że to żadne pocie­sze­nie, ale jest pan już piątą osobą od listo­pada. Wieść się roz­nio­sła. Żaden szpi­tal ani przy­chod­nia w cen­trum Lon­dynu nie wyśle już noszy dla żad­nego dok­tora Hop­kinsa. Strata czasu. Ni­gdy nikogo nie zastają na miej­scu.

- Ale... - Dean czuje mdło­ści. - Ale...

- Pew­nie chce pan powie­dzieć, że nie wyglą­dali na kie­szon­kow­ców?

Wła­śnie to Dean zamie­rza zro­bić.

- Ale skąd wie­dzieli, że mam przy sobie pie­nią­dze?

Myśli inten­syw­nie. Bank.

- Obser­wo­wali mnie, jak wypła­cam. A potem za mną poszli.

Por­tier gry­zie bułkę z kieł­basą.

- Strzał w dzie­siątkę, Sher­locku.

- Ale... więk­szość tych pie­nię­dzy była na mój bas i... - Dean przy­po­mina sobie o pani Nevitt. - Cho­lera. Reszta była na czynsz. Z czego go zapłacę?

- Może pan zło­żyć zawia­do­mie­nie w komi­sa­ria­cie, ale nie liczył­bym na cud. Jeśli cho­dzi o prawo i porzą­dek, Soho oto­czone jest tabli­cami: "Porzuć­cie wszelką nadzieję, wy, któ­rzy tu wcho­dzicie".

- Wła­ści­cielka mojego miesz­ka­nia to faszystka. Wywali mnie na zbity pysk.

Por­tier sior­bie her­batę.

- Niech jej pan powie, że chciał być pan dobrym sama­ry­ta­ni­nem. Może się zli­tuje. Kto wie?

***

Pani Nevitt sie­dzi przy wyso­kim oknie. W salo­nie pach­nie wil­go­cią i smal­cem. Komi­nek wygląda na zabity deskami. Na sekre­ta­rzyku leży otwarta księga rachun­kowa wła­ści­cielki. W jej rękach podzwa­niają i stu­kają druty z robótką. Pod sufi­tem wisi żyran­dol, ni­gdy nie­za­pa­lany. Barwne kwiaty na tape­tach wybla­kły i pociem­niały, zmie­nia­jąc się w ponure ziel­sko. Na ścia­nie, w błysz­czą­cych zło­co­nych ramach, wiszą trzy foto­gra­fie zmar­łych mężów pani Nevitt.

- Dzień dobry pani.

- Dla kogo dobry, dla tego dobry, panie Moss.

- Tak, cóż, uhm... - Deanowi zaschło w gar­dle. - Okra­dziono mnie.

Druty zasty­gają w bez­ru­chu.

- Co za pech.

- Fatalny. Wypła­ci­łem pie­nią­dze na czynsz, ale obro­biło mnie dwóch kie­szon­kow­ców, na Den­mark Street. Musieli widzieć, jak reali­zuję w banku czek, i szli za mną ulicą. Roz­bój w biały dzień. Cał­kiem dosłow­nie.

- Ojoj. Co za pech.

Jest prze­ko­nana, że zmy­ślam, myśli Dean.

- Tym więk­sza szkoda, że nie zagrzał pan miej­sca w Bret­ton's Royal Prin­ters. Praca w dru­karni to solidne zaję­cie. A w May­fair, porząd­nej dziel­nicy, nie ma "kie­szon­kow­ców".

W Bret­ton's musia­łem im obcią­gać na eta­cie, myśli Dean.

- Tak, ale już mówi­łem, w Bret­ton's nie wyszło.

- To oczy­wi­ście nie moja sprawa. Mnie inte­re­suje czynsz. Mam rozu­mieć, że potrze­buje pan wię­cej czasu na zapłatę?

Dean odro­binę się uspo­kaja.

- Naprawdę, był­bym pani bar­dzo wdzięczny...

Pani Nevitt zaci­ska usta i roz­sze­rza noz­drza.

- Zatem w dro­dze wyjątku, tylko tym razem, prze­sunę panu ter­min uisz­cze­nia czyn­szu...

- Dzię­kuję pani bar­dzo. Pro­szę mi wie­rzyć, że...

- ...do godziny dru­giej. Pro­szę bar­dzo, potra­fię iść na ustęp­stwa.

Czy ona sobie kpi?

- Do dru­giej... dzi­siaj?

- Mnó­stwo czasu, żeby pójść do banku i z powro­tem. Tylko tym razem pro­szę nie machać pie­niędzmi na ulicy.

Dean czuje fale gorąca, zimna i mdło­ści.

- Na kon­cie mam już zero, ale coś mi wpły­nie w ponie­dzia­łek. Ure­gu­luję wtedy całość.

Wła­ści­cielka pociąga za sznu­rek zwi­sa­jący z sufitu. Z sekre­ta­rzyka wyj­muje kartkę z napi­sem: "Wynajmę pokój zain­te­re­so­wa­nym (oprócz czar­nych i Irland­czy­ków)".

- Nie, pro­szę tego nie robić. Nie ma potrzeby.

Wła­ści­cielka umiesz­cza kartkę w oknie.

- A gdzie mam dzi­siaj spać?

- Gdzie tylko ma pan ochotę. Ale już nie tutaj.

Naj­pierw pie­nią­dze, teraz pokój.

- Pro­szę o zwrot depo­zytu.

- Najemcy, któ­rzy nie regu­lują należ­no­ści, tracą prawo do zwrotu depo­zytu. Regu­la­min wisi na każ­dych drzwiach. Nie jestem panu winna ani pensa.

- To moje pie­nią­dze, pani Nevitt.

- Umowa, którą pan pod­pi­sał, mówi co innego.

- Znaj­dzie pani nowego loka­tora do wtorku czy środy. Naj­póź­niej. Nie może pani przy­własz­czać sobie mojego depo­zytu. To kra­dzież.

Pani Nevitt wraca do prze­rwa­nej robótki.

- Wie pan, od razu wyczu­łam w panu pro­staka, cock­neya. Ale powie­dzia­łam sobie: "Daj mło­demu czło­wie­kowi szansę. Dru­kar­nia Jej Kró­lew­skiej Mości prze­cież dostrze­gła w nim poten­cjał". Zatem dałam panu szansę. I co? Rzu­cił pan dru­kar­nię dla jakie­goś "zespołu pop". Zapu­ścił pan włosy jak dziew­czyna. Wydał pan wszyst­kie pie­nią­dze na gitary i na Bóg wie co jesz­cze. I nie odło­żył nic na czarną godzinę. A teraz jesz­cze zarzuca mi pan kra­dzież. Mam nauczkę, że nie zaufa­łam intu­icji. Słoma zawsze wyj­dzie z butów. Aa, jest pan Har­ris... - W drzwiach salonu poja­wia się miesz­ka­jący u niej goryl, były żoł­nierz. - Ten... - wła­ści­cielka spo­gląda na Deana - ...czło­wiek nas opusz­cza. Nie­zwłocz­nie.

- Klu­cze - rzuca do Deana pan Har­ris. - Oba.

- A mój sprzęt? Jego też pani sobie przy­własz­cza, tak?

- Niech pan zabiera swój "sprzęt" - mówi pani Nevitt - i żegnam. Wszystko, czego do dru­giej nie uprząt­nie pan z pokoju, o trze­ciej będzie już w skle­pie Armii Zba­wie­nia. Może pan odejść.

- Rany, Boże jedyny - bur­czy Dean. - Żebyś zde­chła.

Pani Nevitt nie zwraca na niego uwagi. Jej druty znowu stu­kają i pobrzę­kują. Pan Har­ris mocno chwyta Deana z tyłu za koł­nierz i wypro­wa­dza z salonu.

Dean pra­wie nie może oddy­chać.

- Dusisz mnie, głą­bie!

Były sier­żant wypy­cha go na kory­tarz.

- Na górę do pokoju, pakuj się i zjeż­dżaj. Bo zoba­czysz, co jesz­cze ci zro­bię, pedziu lewy. Praca cię brzy­dzi, co?

***

Przy­naj­mniej na­dal mam pracę. Dean ubija kawę w meta­lo­wej kol­bie eks­presu, umiesz­cza ją pod dyszą, prze­kręca, aż zasko­czy, i pociąga waj­chę w dół. Z eks­presu "Gag­gia" strzela para. Ósma godzina zmiany Deana okrop­nie się dłuży. Bolą go siniaki po upadku na Den­mark Street. Wie­czór jest mroźny, ale wnę­trze kawiarni na rogu D'Arblay i Bre­wer Street cie­płe, jasne i pełne gwaru. Stu­denci i nasto­lat­ko­wie z przed­mieść roz­ma­wiają, flir­tują, toczą spory. Modsi spo­ty­kają się tutaj, zanim pójdą do klu­bów na wcią­ga­nie nar­ko­ty­ków i tańce. Ele­ganccy i zadbani starsi męż­czyźni mie­rzą wzro­kiem gład­ko­skórą mło­dzież w potrze­bie spon­sora. Mniej zadbani starsi męż­czyźni zatrzy­mują się na kawę przed wizytą w kinach porno albo bur­de­lach. Sie­dzi tu pew­nie jakaś setka ludzi, myśli Dean, a każdy z nich ma dziś w nocy gdzie spać. Odkąd zaczął zmianę, ma nadzieję, że może wpad­nie jakiś zna­jomy, który jest mu winien przy­sługę, żeby mógł wyże­brać u niego prze­ki­ma­nie się na kana­pie. Z szafy gra­ją­cej leci gło­śno "19th Nervous Bre­ak­down" Rol­ling Sto­ne­sów. Dean kie­dyś roz­pra­co­wał chwyty tej pio­senki razem z Ken­nym Year­wo­odem, dawno temu, w cza­sach The Gra­ve­dig­gers, kiedy wszystko było prost­sze. Z dyszy gag­gii ścieka kawa, napeł­nia­jąc fili­żankę w dwóch trze­cich. Dean odłą­cza kolbę, wyrzuca fusy do pojem­nika. Pan Craxi prze­cho­dzi obok z tacą brud­nych tale­rzy. Poproś go o wcze­śniej­szą wypłatę, powta­rza w myślach Dean pięć­dzie­siąty raz, nie masz wyboru.

- Prze­pra­szam, pro­szę pana, czy mógł­bym...?

Pan Craxi nie zwraca na niego uwagi.

- Pru, prze­trze kon­tuar od przód. Bo aż diso­nore, wstyd!

Teraz pan Craxi prze­ci­ska się z powro­tem w drugą stronę, odsła­nia­jąc widok na klienta, który sie­dzi za kon­tu­arem mię­dzy dozow­ni­kiem z zim­nym mle­kiem a eks­pre­sem do kawy. Męż­czy­zna w typie mola książ­ko­wego ma około trzy­dziestki, łysieje, ubrany jest w mary­narkę w pepitkę i ma modne kwa­dra­towe oku­lary z nie­bie­skimi szkłami. Pew­nie homo, ale w Soho ni­gdy nie ma pew­no­ści.

Klient pod­nosi wzrok znad cza­so­pi­sma "Record Weekly" i bez skrę­po­wa­nia odpo­wiada na spoj­rze­nie Deana. Marsz­czy brwi, jakby usi­ło­wał przy­po­mnieć sobie, skąd go zna. Gdyby byli w pubie, Dean zapy­tałby: "Co się pan tak gapi?". Tutaj odwraca wzrok i opłu­kuje kolbę pod zimną wodą, czu­jąc na sobie spoj­rze­nie klienta. Może myśli, że mi się podoba.

Zja­wia się Sha­ron, przy­no­sząc kartkę z nowym zamó­wie­niem.

- Dwa razy espresso i dwie cole na dzie­wiątkę.

- Dwa espresso, dwie cole, na dzie­wiątkę. Się robi.

Dean odwraca się do gag­gii, włą­cza przy­cisk i na kawę spływa mleczna piana.

Sha­ron obcho­dzi kon­tuar i staje po stro­nie Deana, żeby napeł­nić cukier­nicę.

- Przy­kro mi, że nie mogę cię prze­ki­mać u sie­bie na pod­ło­dze, naprawdę.

- Nie ma sprawy. - Dean posy­puje cap­puc­cino odro­biną kakao i sta­wia je na kon­tu­arze dla Pru. - Bałem się cie­bie zapy­tać, serio.

- Moja gospo­dyni to agentka KGB i matka prze­ło­żona w jed­nej oso­bie. Gdy­bym spró­bo­wała cię prze­my­cić, oznaj­mi­łaby: "To przy­zwo­ity dom, a nie bur­del!" i wyrzu­ci­łaby mnie na bruk.

Dean napeł­nia kolbę kawą na espresso.

- Rozu­miem. Nie ma sprawy.

- Ale nie będziesz chyba spał pod mostem, prawda?

- Niee, pew­nie, że nie. Mam kum­pli, zadzwo­nię do nich.

Sha­ron się uśmie­cha.

- W takim razie... - wdzię­czy się, koły­sząc bio­drami - ...cie­szę się, że mnie pierw­szą zapy­ta­łeś. Jeśli mogę coś dla cie­bie zro­bić, po pro­stu powiedz.

Deana nie kręci ta słodka, ale przy­sa­dzi­sta, pyzata dziew­czyna z małymi, wąsko roz­sta­wio­nymi oczami... ale w miło­ści i na woj­nie wszyst­kie chwyty dozwo­lone.

- Poży­czy­ła­byś mi forsę do ponie­działku? Tylko do wypłaty?

Sha­ron się waha.

- A opłaci mi się?

O, ty flir­ciaro. Dean uśmie­cha się swoim krzy­wym uśmiesz­kiem. Otwiera butelkę coli.

- Kiedy tylko stanę na nogi, zachwycę cię z pro­cen­tem.

Sha­ron pro­mie­nieje, a Dean nie­mal czuje wyrzuty sumie­nia, bo takie to łatwe.

- Chyba mam jakieś pie­nią­dze w torebce. Tylko pamię­taj o mnie, kiedy jako gwiazda pop będziesz już spał na for­sie.

- Pięt­nastka dalej czeka! - krzy­czy pan Craxi swoim akcen­tem tro­chę z Sycy­lii, tro­chę z robot­ni­czego Lon­dynu. - Trzy cze­ko­lady na gorąco! Z pian­kami! Rusz­cie się!

- Trzy cze­ko­lady na gorąco! - powta­rza gło­śno Dean.

Sha­ron odcho­dzi z cukier­nicą. Zja­wia się Pru, żeby zanieść cap­puc­cino na ósemkę, więc Dean nadziewa kartkę z zamó­wie­niem na szpi­ku­lec, na któ­rym kar­teczki się­gają już dwóch trze­cich wyso­ko­ści. Pan Craxi powi­nien być zado­wo­lony. Niech mnie drzwi ści­sną, jeśli nie jest. Dean zaczyna przy­go­to­wy­wać espresso dla dzie­wiątki. Po Sto­ne­sach z szafy gra­ją­cej pły­nie "Sun­shine Super­man" Dono­vana. Z gag­gii z sykiem strzela para. Dean zasta­na­wia się, ile forsy się uzbiera w torebce Sha­ron. Na pewno nie dość na hotel. Jest jesz­cze YMCA na Tot­ten­ham Court Road, ale nie wia­domo, czy będą mieli wolne łóżko. Zanim tam dotrze, będzie już wpół do jede­na­stej. Po raz kolejny prze­biega w myślach listę zna­jo­mych z Lon­dynu, któ­rzy (a) mogliby mu pomóc i (b) mają tele­fon. Metro prze­staje kur­so­wać koło pół­nocy, więc jeśli Dean ze swoim basem i ple­ca­kiem zjawi się u kogoś pod drzwiami w Bri­xton czy Ham­mer­smith i poca­łuje klamkę, utknie tam na całą noc. Bie­rze nawet pod uwagę sta­rych kum­pli z Bat­tle­ship Potem­kin, ale podej­rzewa, że spa­lił za sobą mosty.

Dean spo­gląda na klienta w nie­bie­skich oku­la­rach. Męż­czy­zna zamie­nił "Record Weekly" na książkę, Na dnie w Paryżu i w Lon­dy­nie. Dean zasta­na­wia się, czy facet jest beat­ni­kiem. W aka­de­mii sztuki kilku chło­pa­ków pozo­wało na beat­ni­ków. Palili gau­lo­isesy, roz­ma­wiali o egzy­sten­cja­li­zmie i cho­dzili z fran­cu­skimi gaze­tami pod pachą.

- Ej, Clap­ton. - Pru ma dar do prze­zwisk. - Cze­kasz, aż te cze­ko­lady na gorąco same się zro­bią, czy jak?

- Clap­ton gra na pro­wa­dzą­cej - wyja­śnia Dean po raz setny. - Ja jestem basi­stą. - Dostrzega, że Pru wydaje się z sie­bie zado­wo­lona.

***

Nie­wiel­kie podwórko za kuch­nią Etny jest jak stud­nia grubo pokryta sadzą i pełna mgły, miesz­czą się tam tylko kosze na śmieci i nie­wiele wię­cej. Dean patrzy, jak szczur wspina się po rurze ku ciem­nemu kwa­dra­towi nieba zasnu­tego wie­czorną chmurą. Zaciąga się ostat­nim szta­chem dymu z ostat­niego dun­hilla. Minęła już dzie­siąta, zmiana jego i Sha­ron dobie­gła końca. Sha­ron poje­chała do domu, ale zdą­żyła poży­czyć Deanowi osiem szy­lin­gów. Jeśli nic innego nie wypali, będzie na pociąg do Gra­ve­send. Przez drzwi do kuchni Dean sły­szy, jak pan Craxi roz­ma­wia po wło­sku z naj­now­szym bra­tan­kiem, który przy­był z Sycy­lii. Pan Craxi pra­wie nie mówi po angiel­sku, ale angiel­ski nie jest potrzebny, żeby warzyć kadzie sosu boloń­skiego, któ­rego cho­chla wylana na talerz spa­ghetti jest jedy­nym daniem, jakie ser­wuje Etna.

Zja­wia się pan Craxi.

- Chciał roz­ma­wiać, Moss.

Dean gasi papie­rosa na wyło­żo­nym cegłami podwórku. Szef pio­ru­nuje go wzro­kiem. Cho­lera. Dean pod­nosi nie­do­pa­łek.

- Prze­pra­szam.

- Śpie­szy mi się.

- Czy mógł­bym dzi­siaj dostać wypłatę?

Pan Craxi upew­nia się, czy dobrze usły­szał.

- Dostać wypłatę? Dzi­siaj?

- Tak. Wypłatę. Dzi­siaj. Teraz. Bar­dzo pro­szę.

Pan Craxi wpa­truje się w niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Pła­cam w ponie­dzia­łek.

- Tak, ale, jak już wcze­śniej mówi­łem, okra­dli mnie.

Życie w Lon­dy­nie zro­biło z pana Crak­siego czło­wieka podejrz­li­wego. A może już się taki uro­dził.

- Pech. Ale zawsze pła­cam w ponie­dzia­łek.

- Nie pro­sił­bym pana, gdy­bym nie był w despe­ra­cji. Nie mogłem ure­gu­lo­wać czyn­szu, więc gospo­dyni mnie wyrzu­ciła. Wła­śnie dla­tego w szafce per­so­nelu stoją mój ple­cak i gitara.

- Aa. Myśla­łem, że jedzie na waka­cje.

Dean udaje uśmiech, na wypa­dek gdyby to był żart.

- Chciał­bym. Ale niee. I naprawdę potrzebna mi dziś wypłata. Może na pokój w YMCA.

Pan Craxi się namy­śla.

- Wpadł w gówno, Moss. Ale jego gówno, jego dupa. Zawsze pła­cam w ponie­dzia­łek.

- Mógłby mi pan poży­czyć cho­ciaż dwa funty? Pro­szę?

- Ma gitara. Idzie do lom­bard.

Serce z kamie­nia. Nie dobi­jesz się, myśli Dean.

- Po pierw­sze, nie spła­ci­łem jesz­cze ostat­niej raty, więc gitara nie jest moja, żebym mógł ją sprze­dać. Zło­dzieje ukra­dli mi wła­śnie pie­nią­dze na ratę.

- Ale mówi, że były na czynsz.

- Część była na czynsz. Więk­szość na gitarę. Po dru­gie, jest już po dzie­sią­tej w pią­tek wie­czo­rem i lom­bardy są zamknięte.

- Nie jestem bank. Pła­cam w ponie­dzia­łek. Koniec.

- Jak mam tu przyjść w ponie­dzia­łek, skoro dostanę obu­stron­nego zapa­le­nia płuc od spa­nia cały week­end na ławce w Hyde Parku?

Panu Crak­siemu drga poli­czek.

- Nie ma go tu w ponie­dzia­łek, okej. Nie pła­cam, chuj. Tylko wymó­wie­nie. Jasne?

- Co za róż­nica, czy mi pan da wypłatę teraz, czy w ponie­dzia­łek? Prze­cież, kur­czę, nawet nie pra­cuję w week­end!

Pan Craxi zakłada ręce na piersi.

- Moss, zwol­niony.

- No nie, do kurwy nędzy! Nie może mi pan tego robić!

Gruby palec stuka Deana w splot sło­neczny.

- Mogę. Robię. Idzie stąd.

- Nie. - Naj­pierw pie­nią­dze, potem chata, a teraz praca. - Nie. Nie. - Dean odpę­dza od sie­bie palec Crak­siego. - Jest mi pan winien za pięć dni pracy.

- Udo­wodni. Poda do sądu. Weź­mie praw­nik.

Dean zapo­mina, że ma pięć stóp sie­dem cali, a nie sześć stóp pięć cali, i krzy­czy Crak­siemu w twarz:

- WISISZ MI ZA PIĘĆ DNI PRACY, MENDO ZŁO­DZIEJ­SKA!

- Aa, sí, sí. Wiszę. Masz, pła­cam, co wiszę.

Potężny cios pię­ścią roz­płasz­cza żołą­dek Deana. Dean zgina się wpół i w szoku ląduje na ple­cach, z tru­dem łapiąc oddech. To dzi­siaj drugi raz. Gdzieś szczeka pies. Dean pod­nosi się, ale Crak­siego już nie ma, a w drzwiach kuchni zja­wiają się dwaj sycy­lij­scy bra­tan­ko­wie. Jeden trzyma fen­dera Deana, drugi jego ple­cak. Siłą wypro­wa­dzają Deana przez kawiar­nię. The Kinks z szafy gra­ją­cej śpie­wają "Sunny After­noon". Dean tylko raz odwraca się przez ramię. Craxi, z zało­żo­nymi rękami, patrzy groź­nie zza kasy.

Dean poka­zuje byłemu sze­fowi środ­kowy palec.

W odpo­wie­dzi Craxi pod­rzyna dło­nią gar­dło.

***

Dean stoi na D'Arblay Street i nie ma dokąd pójść. Roz­waża, co by się stało, gdyby rzu­cił cegłą w okno kawiarni. Cela na komi­sa­ria­cie od razu roz­wią­za­łaby pro­blemy loka­lowe, ale patrząc per­spek­ty­wicz­nie, bycie noto­wa­nym nie­spe­cjal­nie mu pomoże. Wcho­dzi do budki tele­fo­nicz­nej na rogu ulicy. Wnę­trze jest powy­kle­jane ulot­kami z imio­nami dziew­czyn i nume­rami tele­fo­nów. Dean opiera fen­dera tuż przy nodze, a posta­wio­nym ple­ca­kiem przy­trzy­muje uchy­lone drzwi. Wyj­muje sze­ścio­pen­sówkę i wer­tuje czarny notes. Prze­niósł się do Bri­stolu... Cią­gle mu wiszę pią­taka... Wyje­chał... Znaj­duje numer Roda Demp­seya. Nie zna go dobrze, ale Rod też jest z Gra­ve­send. Mie­siąc temu otwo­rzył na Cam­den sklep ze skó­rza­nymi kurt­kami i akce­so­riami dla moto­cy­kli­stów. Dean wykręca numer, ale nikt nie odpo­wiada.

Co teraz?

Wycho­dzi z budki tele­fo­nicz­nej. Zama­rza­jąca mgła roz­mywa kra­wę­dzie, zaciera twa­rze prze­chod­niów, roz­ma­zuje neo­nowe litery - girls! girls! girls! - i wypeł­nia płuca. Dean ma pięt­na­ście szy­lin­gów i trzy pensy oraz dwa spo­soby na ich wyda­nie. Może pójść D'Arblay Street do Cha­ring Cross Road, wsiąść w auto­bus do dworca Lon­don Bridge i zła­pać pociąg do Gra­ve­send, obu­dzić Raya, Shirl i ich synka, przy­znać się, że ciężko zaro­bione przez Raya pięć­dzie­siąt fun­tów - o któ­rych nie wie Shirl - ukra­dli mu dzie­sięć minut po tym, jak zre­ali­zo­wał w banku czek, i popro­sić, żeby prze­no­co­wali go na kana­pie. Ale nie może u nich zostać na zawsze.

A jutro? Wpro­wa­dzić się z powro­tem do babci i Billa? W wieku dwu­dzie­stu trzech lat? Za kilka dni zwróci fen­dera do sklepu muzycz­nego Sel­mer's i będzie bła­gał o czę­ściowy zwrot tego, co już zapła­cił. Po odję­ciu za fakt, że gitara prze­stała być nowa. Zawo­dowy muzyk Dean Moss niech spo­czywa w pokoju. Oczy­wi­ście Harry Mof­fat się dowie. I umrze ze śmie­chu.

Albo też... Dean spo­gląda ku Bre­wer Street, gdzie są kluby, świa­tła, ludzie, kabiny peep-show, salony gier, puby... Zary­zy­kuję ostatni raz. W Coach and Hor­ses może sie­dzieć Goof. Nick Woo zwy­kle w piątki bywa w Man­drake. Al prze­sia­duje w Bun­jie's na Litch­field Street. Może pozwoli mu prze­ki­mać na pod­ło­dze do ponie­działku. Jutro poszuka nowej pracy w jakiejś kawiarni. Naj­le­piej gdzieś dalej od Etny. Mogę jeść chleb z mar­mite'em, aż znowu dostanę jakąś wypłatę.

Ale... Co, jeśli for­tuna sprzyja roz­trop­nym? A jeśli ostatni raz zary­zy­kuje, wyda forsę na bilet do klubu, zacznie zaga­dy­wać do jakiejś boga­tej panny z wła­snym miesz­ka­niem, która potem się zmyje, kiedy Dean pój­dzie do kibla? Już się tak zda­rzało... Albo jeśli bram­karz wyrzuci go, napru­tego na oblo­dzony, zarzy­gany chod­nik o trze­ciej nad ranem, kiedy wła­śnie prze­pu­ścił pie­nią­dze na bilet? Wtedy do Gra­ve­send dosta­nie się już jedy­nie na nogach. Po dru­giej stro­nie ulicy jakiś żul w świe­tle witryny pralni grze­bie w prze­sy­pu­ją­cym się koszu na śmieci. Może on też kie­dyś ten ostatni raz zary­zy­ko­wał?

Dean pyta gło­śno sam sie­bie:

- A jeśli moje pio­senki rze­czy­wi­ście są do niczego i tra­giczne?

A jeśli tylko sam sie­bie oszu­kuję, że umiem grać?

Musi pod­jąć decy­zję. Jesz­cze raz wyj­muje sze­ścio­pen­sówkę.

Jeżeli wypad­nie kró­lowa - D'Arblay Street i Gra­ve­send.

Jeżeli reszka - Bre­wer Street, Soho i muzyka.

Dean pod­rzuca monetę...

***

- Prze­pra­szam, Dean Moss?

Pie­niądz wpada do rynsz­toka i gdzieś znika. Moje sześć pen­sów! Dean odwraca się i widzi ewen­tu­al­nego homo­be­at­nika, który sie­dział w Etnie. Beat­nik nosi na gło­wie futrzaną czapkę jak rosyj­ski szpieg, cho­ciaż akcent ma ame­ry­kań­ski.

- Rany, prze­pra­szam, przeze mnie zgu­bi­łeś monetę...

- Ow­szem, raczej.

- Zaraz, o tutaj jest, patrz... - Nie­zna­jomy schyla się i wydo­bywa sze­ścio­pen­sówkę Deana ze szcze­liny rynsz­toka. - Bar­dzo pro­szę.

Dean chowa ją do kie­szeni.

- A pan kim jest?

- Nazy­wam się Levon Fran­kland. Pozna­li­śmy się w sierp­niu, za kuli­sami Bri­gh­ton Odeon. Na Prze­glą­dzie Przy­szłych Gwiazd. Byłem mena­dże­rem Great Apes. A przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało. Ty byłeś w Bat­tle­ship Potem­kin. Gra­li­ście "Dirty River". Świetny kawa­łek.

Dean ostroż­nie pod­cho­dzi do pochwał, szcze­gól­nie z ust ewen­tu­al­nego cie­płego. Z dru­giej strony ten cie­pły jest mena­dże­rem arty­stów, a ostat­nio Deanowi bar­dzo bra­kuje jakich­kol­wiek pochwał, na dowolny temat.

- Ja napi­sa­łem "Dirty River". To mój kawa­łek.

- Tak się domy­ślam. Rozu­miem też, że się roz­sta­łeś z Potem­ki­nami.

Czu­bek nosa Deana jest lodo­waty.

- Wywa­lili mnie. Za "rewi­zjo­nizm".

Levon Fran­kland się śmieje, wypusz­cza­jąc z ust na mróz kłęby pary.

- Przy­naj­mniej wresz­cie coś innego niż "róż­nice arty­styczne".

- Napi­sali kawa­łek o prze­wod­ni­czą­cym Mao, a ja stwier­dzi­łem, że był do dupy. Refren szedł: "Prze­wod­ni­czący Mao, Mao, Mao, twa czer­wona flaga to nie święta krowa". Przy­się­gam, że tak to szło.

- Lepiej sobie pora­dzisz bez nich. - Fran­kland wyj­muje paczkę roth­man­sów i czę­stuje Deana.

- Bez nich to jestem spłu­kany. - Zgra­bia­łymi pal­cami Dean bie­rze papie­rosa. - Spłu­kany i po szyję w gów­nie.

Fran­kland podaje Deanowi ogień, ele­ganc­kie zippo, potem przy­pala sobie.

- Tak się zło­żyło, że wszystko sły­sza­łem... - Wska­zuje głową w stronę Etny. - Nie masz gdzie spać, tak?

Mija ich mar­szem plu­ton mod­sów w peł­nym rynsz­tunku na piąt­kową noc. Dean zga­duje, że wcią­gnęli po kre­sce i idą do Marquee.

- Zga­dza się. Nie mam.

- Złożę ci pewną pro­po­zy­cję - oznaj­mia Fran­kland.

Deana prze­szywa dreszcz.

- Tak? A jaką?

- W klu­bie 2i's jest dziś kon­cert pew­nej grupy. Chciał­bym poznać twoją opi­nię jako muzyka na temat jej poten­cjału. Jeśli ze mną pój­dziesz, będziesz mógł się prze­spać na kana­pie. Mam miesz­ka­nie w Bay­swa­ter. Ritz to nie jest, ale u mnie będzie cie­plej niż pod Water­loo Bridge.

- Już nie jesteś mena­dże­rem Great Apes?

- Już nie. Róż­nice arty­styczne. Teraz jestem... - gdzieś obok na chod­niku roz­bija się szklanka i sły­szą salwę demo­nicz­nego śmie­chu - ...łowcą mło­dych talen­tów.

Dean czuje pokusę. Będzie cie­pło i sucho. Jutro wyże­brze od niego jakieś śnia­da­nie, będzie mógł się umyć i uważ­niej przej­rzeć czarny notes. Fran­kland musi mieć tele­fon. Pyta­nie, czy przy tym kole ratun­ko­wym nie wisi cza­sem metka z ceną.

- Gdy­byś u mnie na kana­pie czuł się zagro­żony... - Levon ma roz­ba­wioną minę - ...możesz spać w łazience. Jest zamy­kana.

Czyli jest homo, uświa­da­mia sobie Dean, i wie, że się zorien­to­wa­łem... ale jeśli on się tym nie mar­twi, czemu ja miał­bym się przej­mo­wać?

- Na kana­pie będzie super.

***

W zatę­chłej piw­nicy kawiarni 2i's przy Old Comp­ton Street 59 jest gorąco i ciemno jak w dupie. Nad niską scenką z desek i skrzy­nek na mleko wiszą dwie nagie żarówki. Po ścia­nach spływa wil­goć, sufit się poci. A prze­cież zale­d­wie pięć lat temu 2i's było jed­nym z naj­mod­niej­szych miejsc w Soho, w któ­rych grali mło­dzi arty­ści. To wła­śnie tutaj zaczy­nali karierę Cliff Richard, Hank Marvin, Tommy Ste­ele i Adam Faith. Dzi­siaj na sce­nie staje Blues Cadil­lac Archiego Kin­nocka - Archie Kin­nock na wokalu i gita­rze ryt­micz­nej; Larry Rat­ner na basie; per­ku­si­sta w kami­zelce z mnó­stwem kie­szo­nek, za dużo ich na scenę; i wysoki, chudy gita­rzy­sta o dzi­kim wyglą­dzie, z różową cerą, rudymi wło­sami i wąsko roz­sta­wio­nymi oczami. Jego fio­le­towa mary­narka faluje, a włosy zwie­szają się nad gry­fem. Zespół gra stary hit Archiego Kin­nocka "Lonely As Hell". Już po chwili Dean widzi, że nie jedno, a dwa koła Blues Cadil­laca się oblu­zo­wują. Archie Kin­nock jest pijany albo upa­lony, albo jedno i dru­gie. Blu­esowo jęczy do mikro­fonu: I'm looo-ooonely as hell, babe, looo-ooonely as hell - ale kale­czy par­tie gita­rowe. Jego chórki You're looo-ooonely as well, babe, you're looo-ooonely as well nie trzy­mają tona­cji, nie brzmi to dobrze. W środku pio­senki war­czy na bęb­nia­rza: "Za wolno!". Per­ku­si­sta patrzy spode łba. Gita­rzy­sta roz­po­czyna solówkę, pod­trzy­muje jęczącą, wibru­jącą nutę przez trzy takty, a w końcu prze­cho­dzi do sta­rego jak świat riffu. Archie Kin­nock z powro­tem podej­muje swoją par­tię ryt­miczną, trzy­mając się pod­kładu E-A-G, a tym­cza­sem gita­rzy­sta pro­wa­dzący gra melo­dię i cza­ru­jąco ją odwraca. Dru­gie solo robi na Deanie jesz­cze więk­sze wra­że­nie niż pierw­sze. Ludzie wycią­gają szyje, żeby patrzeć, jak palce gita­rzy­sty pro­wa­dzą­cego suną, szar­pią, ści­skają, cią­gną, ska­czą i ude­rzają po całej dłu­go­ści gryfu.

Jak mu się to udaje?

***

Po "I'm Your Hoochie Coochie Man" Muddy'ego Watersa zespół ser­wuje pomniej­szy prze­bój Archiego Kin­nocka "Magic Car­pet Ride", a zaraz potem płyn­nie prze­cho­dzi do "Green Onions" Bookera T. and the MGs. Gita­rzy­sta i bęb­niarz grają z coraz więk­szą werwą, za to stare wygi, Kin­nock i Rat­ner, cią­gną grupę w dół. Lider zespołu koń­czy pierw­szy set, pozdra­wia­jąc te kil­ka­dzie­siąt osób publicz­no­ści, jakby były sza­le­ją­cym tłu­mem w Royal Albert Hall.

- Halo, Lon­dyn! Nazy­wam się Archie Kin­nock. Powró­ci­łem! Nie­długo zagramy część drugą, okej?

The Blues Cadil­lac zni­kają w zapa­dłym bun­krze z boku sceny klubu 2i's. "I Feel Free" Cream zawo­dzi z lichych gło­śnicz­ków, a połowa publicz­no­ści idzie na górę, żeby kupić colę, sok poma­rań­czowy i kawę.

- I jak? - pyta Fran­kland Deana.

- Przy­pro­wa­dzi­łeś mnie tu, żebym zoba­czył gita­rzy­stę, prawda?

- Zga­dza się.

- Nie­zły jest.

Mina Levona wyraża pyta­nie: "Tylko tyle?".

- Kurde, jest nie­sa­mo­wity. Kto to?

- Nazywa się Jasper de Zoet.

- Rany, w moich stro­nach nie miałby życia za takie nazwi­sko.

- Ojciec Holen­der, matka Angielka. Jest w Anglii od pół­tora mie­siąca, dopiero się tu odnaj­duje. Może tro­chę bur­bona do tej coli?

Dean wyciąga do Levona butelkę ze swoim napo­jem i dostaje solidny chlust.

- Dzięki! Mar­nuje swój talent u Archiego Kin­nocka.

- Jest jak ty w Bat­tle­ship Potem­kin.

- A kto gra na bęb­nach? Też jest nie­zły.

- Peter Grif­fin. "Griff". Z York­shire. Nabie­rał szli­fów w krę­gach jaz­zo­wych na pół­nocy, grał w Wally Whitby Ensem­ble.

- U Wally'ego Whitby'ego, tego jaz­zo­wego trę­ba­cza?

- Tego samego. - Levon pociąga z pier­siówki.

- A czy Jasper de Coś-Tam pisze rów­nie dobrze, jak gra? - pyta Dean.

- Podobno. Ale Archie nie pozwala mu wyko­ny­wać wła­snych kawał­ków.

Dean czuje ukłu­cie zazdro­ści.

- Zdolna bestia.

Levon ociera błysz­czące czoło brudną chu­s­teczką.

- Ow­szem. Ale ma też pewien pro­blem. Jest zbyt ory­gi­nalny, żeby wpa­so­wać się w już ist­nie­jącą grupę, jak Blues Cadil­lac Archiego Kin­nocka, a z dru­giej strony nie ma tego cze­goś na występy solo. Potrze­buje sta­ran­nie dobra­nego zespołu rów­nie uta­len­to­wa­nych muzy­ków, któ­rzy będą moty­wo­wać i inspi­ro­wać jego, a on ich.

- Jaki zespół masz na myśli?

- Jesz­cze taki nie ist­nieje. Ale mam wra­że­nie, że wła­śnie patrzę na basi­stę.

Dean par­ska śmie­chem.

- Jasne.

- Mówię poważ­nie. Dobie­ram zespół. I jestem coraz bar­dziej prze­ko­nany, że ty, Jasper i Griff może­cie mieć magiczną che­mię.

- Żar­tu­jesz, prawda?

- Wyglą­dam, jak­bym żar­to­wał?

- Nie, ale... A oni co powie­dzieli?

- Jesz­cze z nimi nie roz­ma­wia­łem. Z tej ukła­danki ty, Dean, jesteś pierw­szy. Nie­wielu basi­stów będzie dla Griffa wystar­cza­jąco czuło rytm, a dla Jaspera okaże się wystar­cza­jąco twór­czych.

Dean idzie za cio­sem.

- I ty będziesz mena­dże­rem?

- Ma się rozu­mieć.

- Ale Jasper i Griff już grają w zespole.

- Blues Cadil­lac to nie zespół. To zdy­cha­jący pies. Nale­ża­łoby mu skró­cić cier­pie­nia.

Na kark Deana spada kro­pla wil­goci z sufitu.

- Ich mena­dżer byłby innego zda­nia.

- Były mena­dżer Archiego uciekł ze skar­bonką, więc to Larry Rat­ner kie­ruje zespo­łem. Nie­stety taki z niego mena­dżer jak ze mnie lek­ko­atleta.

Dean bie­rze łyk bur­bonu z colą.

- Czyli skła­dasz mi ofertę?

- Pro­po­zy­cję.

- Nie powin­ni­śmy odbyć jakiejś próby, zanim... - Dean gry­zie się w język, bo chciał powie­dzieć "pój­dziemy razem do łóżka" - ...podej­miemy jakieś decy­zje?

- Jasne, że tak. Tak się składa, że masz ze sobą swój bas, a publika jest roz­grzana. Ja tylko cze­kam na twój znak.

O czym on mówi?

- To kon­cert Archiego Kin­nocka. On ma basi­stę. Nie możemy teraz orga­ni­zo­wać prze­słu­cha­nia.

Levon zdej­muje nie­bie­skie oku­lary i zaczyna prze­cie­rać szkła.

- Ale odpo­wiedź na pyta­nie: "Czy chciał­byś zagrać próbę z Jaspe­rem i Grif­fem?" brzmi: "Tak"?

- No tak, chyba tak, ale...

- Wra­cam za kilka minut. - Fran­kland z powro­tem zakłada oku­lary. - Mam spo­tka­nie. Nie potrwa długo.

- Spo­tka­nie? Teraz? Z kim?

- Z Mrocz­nymi Sztu­kami.

***

Cze­ka­jąc, aż Levon Fran­kland wróci, Dean staje w rogu, pil­nu­jąc swo­jego basu i ple­caka. Z gło­śni­ków leci "Sha-La-La-La-Lee" Small Faces. Dean w myślach zauważa, że z tek­stem mogliby się bar­dziej posta­rać, i wtedy sły­szy zna­jomy głos:

- Mos­ser!

Dean wpa­truje się w Kenny'ego Year­wo­oda, kolegę z aka­de­mii sztuki, chło­paka o orlim nosie, sze­roko roz­sta­wio­nych oczach i głu­pa­wym uśmie­chu.

- Kenny!

- Czyli żyjesz. Rany, ale ci włosy uro­sły.

- Za to ty masz krót­sze.

- Z powodu, który nazy­wają "zdo­by­ciem posady". Nie mogę powie­dzieć, żebym za tym sza­lał. Byłeś w domu na święta? Nie widzia­łem cię w Cap­tain Mar­low.

- Taak, mia­łem grypę i sie­dzia­łem u babci. Nie dzwo­ni­łem do nikogo z kum­pli. - Przy­znaj się raczej, że bałeś się z nimi spo­tkać.

- Dalej grasz w Bat­tle­ship Potem­kin? Sły­sza­łem pogło­ski, że EMI pod­pi­sało z wami kon­trakt czy coś.

- Nie, nic z tego wyszło. Odsze­dłem z zespołu w paź­dzier­niku zeszłego roku.

- O. Ale świat się na nich nie koń­czy, co nie?

- Miejmy nadzieję.

- Czyli... z kim teraz grasz?

- Nie bar... uhm... no. Tak jakby. Zoba­czymy.

Kenny czeka, aż Dean odpo­wie nor­mal­nie.

- Wszystko okej?

Dean uświa­da­mia sobie, że powie­dze­nie prawdy będzie mniej wyczer­pu­jące niż kłam­stwo.

- Mam kosz­marny dzień, szcze­rze mówiąc. Dziś rano mnie obro­bili.

- Ja pier­dolę, Mos­ser.

- Napa­dło mnie na ulicy sze­ściu kafa­rów. Parę cio­sów ode mnie obe­rwali, ale zabrali pie­nią­dze na czynsz - wszyst­kie, jakie mia­łem, tak naprawdę - więc wła­ści­cielka pokoju mnie wywa­liła. A na dokładkę wylali mnie z pracy w kawiarni. Więc, jak sam widzisz, stary, jestem w nie­złej dupie.

- To gdzie się teraz zatrzy­masz?

- U kogoś na kana­pie, do ponie­działku.

- A potem?

- Coś się znaj­dzie. Tylko nie mów nikomu w Gra­ve­send, dobrze? Plotki się roz­no­szą, dowie się bab­cia, Bill i mój brat, i będą się mar­twić, więc...

- Jasne, jasne, ale słu­chaj. Masz tu zaliczkę, aż sta­niesz na nogi. - Kenny wyj­muje port­fel i wsuwa coś w kie­szeń Deana. - To pięć fun­tów, a nie szyb­kie macanko.

Dean chce się zapaść pod zie­mię.

- Stary, ja nie dla­tego, nie po to mówi­łem, żeby...

- Wiem. Wiem. Ale gdy­byś był na moim miej­scu, zro­bił­byś dla mnie to samo, tak?

Dean roz­waża odda­nie Kenny'emu pie­nię­dzy. Przez całe trzy sekundy. Pięć fun­tów to jedze­nie na dwa tygo­dnie.

- Jezu, Kenny, nie wiem, jak ci dzię­ko­wać. Oddam ci całość.

- Wiem. Naj­pierw pod­pisz kon­trakt na płytę.

- Nie zapo­mnę tego. Jak Boga kocham. Dzięki...

Nagle roz­le­gają się krzyki i wrza­ski. Jakiś czło­wiek rzuca się do ucieczki przez tłum, roz­py­cha­jąc gości klubu na prawo i lewo. Kenny uska­kuje w jedną stronę, Dean w drugą. To Larry Rat­ner, basi­sta Blues Cadil­laca. Bie­gnie ku scho­dom, a goni go Archie Kin­nock, ale potyka się o fute­rał z gitarą Deana, który zsu­nął się na pod­łogę. Archie Kin­nock nie­zgrab­nie się potyka, prze­wraca i z hukiem wali głową w beto­nową pod­łogę. Rat­ner dociera do stro­mych scho­dów i wbiega na górę, prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie i prze­py­cha­jąc się obok zdu­mio­nych sta­łych bywal­ców klubu. Archie Kin­nock z roz­kwa­szo­nym nosem pod­nosi się z pod­łogi i ryczy w stronę scho­dów:

- Zoba­czysz, kurde, wyrwę ci serce! Jak ty wyrwa­łeś moje!

Po czym chwiej­nym kro­kiem wcho­dzi po scho­dach za człon­kiem swo­jego zespołu i rów­nież znika.

Wszy­scy patrzą po sobie.

- Co to było? - pyta Kenny.

Dean reda­guje w myślach groźbę Archiego i powie­rza ją pamięci: Wyrwę ci serce-serce-serce, jak ty wyrwa­łeś moje.

Zja­wia się Levon Fran­kland.

- Jezu, widzie­li­ście?

- Trudno było nie widzieć. Levon, to jest Kenny, kum­pel z aka­de­mii sztuki. Gra­li­śmy razem w zespole w latach wcze­snej mło­do­ści.

- Miło mi, Kenny. Levon Fran­kland. Mam nadzieję, że obaj zdo­ła­li­ście uciec przed hura­ga­nami Kin­nock i Rat­ner.

- Taak - potwier­dza Kenny. - Ledwo, ledwo. A o co im cho­dziło?

Fran­kland w prze­sadny spo­sób wzru­sza ramio­nami.

- Znam tylko plotki i pogło­ski, a kto by się tam przej­mo­wał plot­kami.

- Plotki i pogło­ski o czym? - dopy­tuje Dean.

- O Lar­rym Rat­ne­rze, o żonie Archiego Kin­nocka, o ich namięt­nym roman­sie i o nie­pra­wi­dło­wo­ściach finan­so­wych.

Dean zaczyna rozu­mieć.

- Larry pukał żonę Archiego Kin­nocka?

- Czy kto­kol­wiek może powie­dzieć, że zna całą prawdę o świe­cie?

- I Archie Kin­nock wła­śnie się dowie­dział? - pyta Kenny. - Przed chwilą? W poło­wie występu?

Levon robi zamy­śloną, poważną minę.

- To naj­pew­niej wyja­śnia­łoby jego żądzę krwi. Jak myśli­cie?

Zanim Dean ma czas głę­biej prze­ana­li­zo­wać sprawę, mija ich Oscar Mor­ton - wybry­lan­ty­no­wany, wiel­ko­oki mena­dżer klubu 2i's. Kie­ruje się do zapad­nię­tego bun­kra.

- Kenny, mógł­byś popil­no­wać przez moment ple­caka Deana? - prosi Levon. - Dean i ja możemy się przy­dać.

- Uhm... jasne. - Kenny jest tak samo zdez­o­rien­to­wany jak Dean.

Mena­dżer pro­wa­dzi Deana za łokieć w ślad za Osca­rem Mor­to­nem.

- Dokąd idziemy? - pyta Dean.

- Za oka­zją.

- Jaką oka­zją?

- Która się wła­śnie nada­rza.

***

W zapa­dłym bun­krze cuch­nie kana­li­za­cją. Oskar Mor­ton prze­słu­chuje pozo­sta­łych człon­ków Blues Cadil­laca i nie zauważa, że Dean i Fran­kland wśli­zgują się do środka. Jasper de Zoet sie­dzi w fotelu z niskim opar­ciem, ze swoim stra­to­ca­ste­rem na kola­nach. Per­ku­si­sta Griff jest wku­rzony.

- I to na pierw­szym lep­szym drze­wie. Odrzu­ci­łem pro­po­zy­cję dwóch tygo­dni gra­nia w Black­pool Win­ter Gar­dens, a oni teraz takie coś odpier­da­lają.

Mena­dżer 2i's pró­buje wydo­być jaką­kol­wiek infor­ma­cję z Jaspera de Zoeta.

- Wrócą?

- Trudno powie­dzieć - odpo­wiada de Zoet obo­jęt­nym tonem. Ma akcent z wyż­szych sfer.

- Ale co się stało? - dopy­tuje Mor­ton.

- Zadzwo­nił tele­fon. - Griff wska­zuje ruchem głowy czarny apa­rat na kablu. - Kin­nock ode­brał. A potem tylko dobrą minutę słu­chał i kiwał głową. Coraz bar­dziej czer­wie­niał na twa­rzy. Patrzył na Rat­nera. Pomy­śla­łem: "Oho, będzie się działo", ale Rat­ner niczego nie zauwa­żał. Zakła­dał nowe struny na gitarę. Kiedy ten, kto dzwo­nił, wszystko już powie­dział, Kin­nock się roz­łą­czył bez słowa i tylko patrzył na Rat­nera, który w końcu to zauwa­żył i powie­dział Kin­nockowi, że wygląda, jakby się zesrał. Kin­nock zapy­tał Rat­nera, bar­dzo cicho: "Posu­wasz Joy? I kupi­li­ście razem miesz­ka­nie za pie­nią­dze zespołu?".

- Kto to jest Joy? - pyta Oscar Mor­ton. - Dziew­czyna Archiego?

- Pani Joy Kin­nock - odpo­wiada Griff. - Jego żona.

- No to nie­źle - przy­znaje Mor­ton. - A co na to Larry?

- Nic - odpo­wiada Griff. - Więc Kin­nock mówi: "Czyli to prawda". A Rat­ner zaczął beł­ko­tać, że cze­kali na odpo­wiedni moment, żeby mu powie­dzieć, i że miesz­ka­nie było inwe­sty­cją dla zespołu, i że czło­wiek nie wybiera, w kim się zako­chuje. Kiedy wspo­mniał o miło­ści, Kin­nock zary­czał jak Hulk i... resztę na sali już sami widzie­li­ście. Gdyby Rat­ner nie sie­dział tuż przy drzwiach i nie uciekł, Kin­nock pew­nie by go zabił.

Oscar Mor­ton pociera skro­nie.

- A kto dzwo­nił?

- Nie mam poję­cia - mówi Griff.

- Może­cie zagrać drugi set tylko we dwóch?

- Poje­bało cię? - odpo­wiada bęb­niarz.

- Elek­tryczny blues bez basu? - Jasper ma powąt­pie­wa­jącą minę. - Będzie brzmiał jed­no­wy­mia­rowo. I kto zagra na har­mo­nijce?

- Ślepy Wil­lie John­son miał tylko sfa­ty­go­waną aku­styczną - zauważa Oscar Mor­ton. - Żad­nych wzmac­nia­czy, żad­nych bęb­nów, niczego.

- Jeśli mam sobie iść - mówi per­ku­si­sta - naj­pierw mi zapłać.

- Mia­łem z Archiem umowę na dzie­więć­dzie­siąt minut kon­certu - odpo­wiada Oscar Mor­ton. - Zagra­li­ście trzy­dzie­ści. Dopóki nie dostanę pół­to­rej godziny, nie jestem wam, kurwa, winny ani pensa.

- Pano­wie - odzywa się Levon. - Mam pro­po­zy­cję.

Oscar Mor­ton się odwraca.

- A ty kto?

- Levon Fran­kland, Moon­whale Music. A to mój klient, znany basi­sta Dean Moss. Nie­wy­klu­czone, że spa­damy wam z nieba.

Jestem jego klien­tem? - dziwi się Dean w myślach. Spa­damy z nieba?

- Niby jak?

- Możemy roz­wią­zać wasz pro­blem - wyja­śnia Levon. - Za tymi drzwiami czeka sto osób, które zaraz zaczną doma­gać się zwrotu pie­nię­dzy za bilet. Zwrotu, panie Mor­ton. Czyn­sze poszły w górę. Zbli­żają się wydatki na święta. Naprawdę chce pan robić zwroty za sto bile­tów? Z dru­giej strony, jeśli pan odmówi... - Levon się krzywi - ...połowa z tej mło­dzieży nawcią­gała się koksu. Może się zro­bić dość nie­przy­jem­nie. Mogą wybuch­nąć burdy. Jaki to da sygnał wła­dzom dziel­nicy? Musi pan zor­ga­ni­zo­wać nowy zespół. I to szybko.

- A pan, jak rozu­miem, aku­rat ma taki zespół spryt­nie ukryty w jeli­cie gru­bym? - pyta Grif­fin.

- Mamy wszy­scy taki zespół przed sobą. - Levon wska­zuje muzy­ków. - Jasper de Zoet, gitara i wokal; Peter "Griff" Grif­fin, per­ku­sja; oraz... - kle­pie Deana w ramię - ...przed­sta­wiam Deana Mossa, muzyczny talent, bas, har­mo­nijka, śpiew. Ma fen­dera, zagra.

Bęb­niarz patrzy na Deana spode łba.

- Zupeł­nym tra­fem masz przy sobie bas, kiedy aku­rat nam uciekł basi­sta?

- Mam bas i cały swój doby­tek. Kilka godzin temu musia­łem w pośpie­chu opu­ścić kwa­terę.

Jasper do tej pory dziw­nie zacho­wy­wał mil­cze­nie, ale teraz pyta Deana:

- A jesteś dobry?

- Lep­szy niż Larry Rat­ner - odpo­wiada Dean.

- Dean jest świetny - mówi Levon. - Nie zaj­muję się ama­to­rami.

Per­ku­si­sta zaciąga się papie­ro­sem.

- Umiesz śpie­wać?

- Lepiej niż Archie Kin­nock - odpo­wiada Dean.

- Wyka­stro­wany osioł śpiewa lepiej od niego - zauważa Griff.

- Jakie znasz kawałki? - pyta Jasper.

- Uhm... Mógł­bym zagrać "House of the Rising Sun", "Johnny B. Goode", "Chain Gang". A wy je umie­cie grać?

- Z zamknię­tymi oczami - potwier­dza Griff - i z pal­cem w dupie.

- To ja kie­ruję tym klu­bem - zazna­cza Oscar Mor­ton. - I jeśli tych trzech ni­gdy wcze­śniej razem nie grało, to skąd pew­ność, że dadzą radę?

- Stąd - odpo­wiada Levon - że Jasper to wir­tuoz gitary, a Griff grał w Wally Whitby Ensam­ble. A Deana musisz przy­jąć na wiarę.

Griff bur­czy pod nosem, ale nie brzmi, jakby był nie­za­do­wo­lony. Jasper nie mówi nie. Dean myśli: Nie mam nic do stra­ce­nia. Oscar Mor­ton jest spo­cony, boli go brzuch i potrze­buje jesz­cze jed­nego argu­mentu.

- Wiem, że w show-biz­ne­sie roi się od nacią­ga­czy i oszu­stów - mówi Levon. - Obaj znamy ich aż za dużo. Ale ja taki nie jestem.

Wła­ści­ciel 2i's wzdy­cha.

- Żebym nie był roz­cza­ro­wany.

- Nie będziesz żało­wał - przy­rzeka Levon. - A pięt­na­ście fun­tów to pół­darmo. - Muzy­kom oznaj­mia: - Pano­wie, każdy dosta­nie cztery funty. Trzy funty pro­wi­zji dla mnie. Zgoda?

- Zaraz, chwila! - Oscar Mor­ton jest obu­rzony. - Czter­na­ście fun­tów? Za trzy nie­znane twa­rze? Chyba sobie jaja robisz!

Levon wpa­truje się w niego przez nie­koń­czącą się chwilę.

- Dean, źle odczy­ta­łem oko­licz­no­ści. Wygląda na to, że pan Mor­ton jed­nak nie szuka wyj­ścia z sytu­acji. Chodźmy stąd, zanim pójdą w ruch stołki barowe.

- Spo­koj­nie, spo­koj­nie! - Mor­ton prze­grał ten poke­rowy blef. - Nie powie­dzia­łem, że w ogóle nic nie zapłacę. Ale nawet Archiemu Kin­noc­kowi pła­ci­łem dwa­na­ście.

Levon wbija w niego spoj­rze­nie zza swo­ich nie­bie­skich oku­la­rów.

- O, ale prze­cież obaj wiemy, że Archie Kin­nock miał dostać osiem­na­ście. Prawda?

Oscar Mor­ton waha się zbyt długo i prze­grywa.

Griff chmu­rzy czoło.

- Osiem­na­ście? Archie mówił, że dwa­na­ście.

- Wła­śnie dla­tego wszystko trzeba zała­twiać na papie­rze - zauważa Levon. - Wszystko, co nie jest czarno na bia­łym, jest de jure pisane moczem na śniegu.

Wcho­dzi spo­cony bram­karz.

- Zaczy­nają się burzyć, sze­fie.

Przez drzwi dobie­gają roz­gnie­wane okrzyki:

- Kurwa, gdzie ten zespół?! Osiem szy­lin­gów za cztery kawałki? Nabrali nas. Jaja sobie robią! Lecą w człona! Zwrot for-sy! Zwrot for-sy! Zwrot for-sy!

- Co robimy, sze­fie? - pyta bram­karz.

***

- Panie i pano­wie... - Oskar Mor­ton nachyla się do mikro­fonu. - Z powodu... - spię­cie zwrot­nej daje Deanowi kilka dodat­ko­wych sekund na spraw­dze­nie kabli - ...nie­prze­wi­dzia­nych oko­licz­no­ści Archie Kin­nock i jego Blues Cadil­lac nie zagrają dziś dla nas po prze­rwie... - Tłum gwiż­dże i buczy. - Ale, ale, mamy za to dla was występ wyjąt­ko­wej grupy...

Dean stroi gitarę, jed­no­cze­śnie spraw­dza­jąc poziomy wzmac­nia­cza Rat­nera. Jasper mówi mu:

- Wcho­dzimy z A-dur. Griff, na wej­ście daj shuf­fle tak jak The Ani­mals.

Bęb­niarz kiwa głową. Dean robi minę "jestem w pełni gotów". Zado­wo­lony Levon staje z zało­żo­nymi rękami. To nie cie­bie roz­szar­pie tłum fanów Archiego Kin­nocka, jeśli to spie­przymy, myśli Dean. Jasper rzuca do Oscara Mor­tona:

- Na twój znak.

- W klu­bie 2i's przed wami, tylko na ten jeden wie­czór... Przy­wi­taj­cie bra­wami...

Dopiero teraz Dean zdaje sobie sprawę, że nie mają nazwy.

Po minie Levona widać, że myśli: Dobra, nazwa. Wymyśl nazwę.

Jasper zerka na Deana i pyta bez­gło­śnie: Masz jakiś pomysł?

Dean już ma na czubku języka... Co? "Kie­szon­kow­ców"? "Bez­dom­nych"? "Spłu­ka­nych"? "Despe­ra­tów"?

- Przy­wi­taj­cie okla­skami - ryczy Oscar Mor­ton. - The... Way... Out1!

A Raft and a River / Tratwa i rzeka

Trze­ciego dnia po zerwa­niu Elf przy­znała w duchu, że tym razem Bruce może już nie wró­cić. Tor­tu­rom nie było końca. Jego szczo­teczka do zębów, każda pio­senka o roz­sta­niu, nie­ważne jak ckliwa, nawet widok jego sło­iczka z vege­mi­tem w szafce, wystar­czały, żeby od razu wybu­chała szlo­chem. Nie wie­działa, gdzie Bruce jest, i to było nie do znie­sie­nia, ale bała się też zadzwo­nić do zna­jo­mych i zapy­tać, czy go widzieli. Gdyby go nie widzieli, musia­łaby tłu­ma­czyć, dla­czego pyta. Gdyby go widzieli, tylko by się upo­ko­rzyła, a im byłoby nie­zręcz­nie ule­gać jej usil­nym proś­bom, żeby opo­wia­dali każdy bole­sny szcze­gół.

Czwar­tego dnia poszła zapła­cić rachu­nek za tele­fon, zanim jej go odłą­czą. Zatrzy­mała się na kawę w Etnie, gdzie wpa­dła na Andy'ego z Les Cousins. Jesz­cze nawet zanim zapy­tał Elf o Bruce'a, wypa­liła, że Bruce odwie­dza rodzinę w Not­tin­gham. Jej wła­sne kłam­stwo ją prze­ra­ziło. To żało­sne, jak bły­ska­wicz­nie z nowo­cze­snej dziew­czyny, która nie da sobą pomia­tać, zmie­niła się w porzu­coną roz­trzę­sioną byłą. "Byłą". Czuła się jak Billy Holi­day w "Don't Explain", tyle że nie ota­czał jej tra­giczny splen­dor uza­leż­nie­nia od hero­iny...

To wszystko tylko czę­ściowo wyja­śniało, dla­czego Elf wsu­nęła teraz klucz w zamek drzwi wła­snego miesz­ka­nia cicho jak wła­my­wacz. Bo jeśli - jeśli - Bruce wró­cił, nie chciała go wystra­szyć. Żeby nie uciekł. Głu­pie? Ow­szem. Irra­cjo­nalne? Ow­szem. Ale zła­mane serca nie są mądre ani logiczne.

Tego zwy­kłego dnia w lutym, w środku tygo­dnia, Elf bez­sze­lest­nie wemknęła się więc do miesz­ka­nia, modląc się, żeby Bruce był w domu...

***

...i oto stała jego walizka. A na niej leżały rzu­cone jego płaszcz, jego czapka, jego sza­lik. Elf usły­szała go w sypialni. Ode­tchnęła głę­boko po raz pierw­szy od czte­rech dni. Przy­tknęła jego sza­lik do twa­rzy i zacią­gnęła się weł­nianą wil­gotną Bru­so­wo­ścią. Wszyst­kie chude jak Twiggy fanki, które poja­wiały się na kon­cer­tach Flet­chera i Hol­lo­way, które wpa­try­wały się w Bruce'a, które mie­rzyły wzro­kiem Elf, bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo się myliły. Elf nie była dla Bruce'a kolej­nym szcze­blem kariery. On ją kochał. Zawo­łała:

- Wró­ci­łam, Kan­gurku! - I cze­kała, aż Bruce odpo­wie: "Wom­batku!" i wybie­gnie, żeby ją poca­ło­wać.

Ale kiedy Bruce się poja­wił, twarz miał kamienną. Z jego ple­caka wysta­wała jakaś płyta.

- Myśla­łem, że dziś rano uczysz.

Elf nie zro­zu­miała.

- Klasa ma grypę... ale... cześć.

- Pomy­śla­łem, że wpadnę po resztę rze­czy.

Elf uświa­do­miła sobie, że walizka przy drzwiach jest pełna rze­czy Bruce'a, ale nie takich, które przy­niósł z powro­tem, tylko tych, które zabie­rał.

- Przy­sze­dłeś, kiedy mnie nie było.

- Stwier­dzi­łem, że tak będzie lepiej.

- Gdzie noco­wa­łeś? Okrop­nie się mar­twi­łam.

- Ktoś mnie prze­no­co­wał - odpo­wiada suchym tonem, jakby to nie była jej sprawa.

- Kto? - Elf nie mogła się powstrzy­mać. Gdyby prze­no­co­wał go jakiś męż­czy­zna, wtedy Bruce, Austra­lij­czyk, powie­działby raczej "kum­pel". - Jakaś dziew­czyna?

Bruce wes­tchnął jak cier­pliwy doro­sły.

- Po co to robisz?

Elf zało­żyła ręce na piersi jak skrzyw­dzona kobieta.

- Co robię?

- Jesteś taka zabor­cza. Dla­tego mnie od sie­bie ode­pchnę­łaś.

- Chcesz powie­dzieć: "Będę robił, co mi się podoba, a jeśli będziesz narze­kać, tylko potwier­dzisz, że jesteś histe­ryczką?".

Bruce zamknął oczy, jakby usi­ło­wał opa­no­wać pul­su­jący ból głowy.

- Jeśli ze mną zry­wasz, po pro­stu powiedz, że to koniec.

- Skoro sama tego chcesz. - Bruce spoj­rzał na nią. - To koniec.

- A co ze wspól­nym gra­niem? - Elf poczuła, że bra­kuje jej tchu. - Toby lada moment zapro­po­nuje nam płytę.

- Nie, nie zapro­po­nuje. - Bruce mówił gło­śno i wyraź­nie, jakby Elf była z obcego kraju i nie rozu­miała ina­czej. - Nie będzie żad­nej płyty.

- Nie chcesz nagrać płyty? - zapy­tała cichym, głu­chym gło­sem.

- A&B Records jed­nak nie wyda albumu Flet­chera i Hol­lo­way. Powie­dzieli, cytuję: "She­pherd's Crook nie spro­stała ocze­ki­wa­niom". Płyty nie będzie. Odrzu­cili nas. Koniec wspól­nego gra­nia.

W dole, na Livo­nia Street, prze­je­chał z rykiem moto­cykl. Kurie­rzy i drobne zbiry jeź­dzili tędy na skróty.

Dwa pię­tra wyżej Elf zbie­rało się na wymioty.

- Nie.

- Zadzwoń do Toby'ego, jeśli uwa­żasz, że kła­mię.

- A co z kon­cer­tami? Andy dał nam scenę o dzie­wią­tej w Cousins w przy­szłą nie­dzielę. A za mie­siąc jest festi­wal w Cam­bridge.

Bruce wzru­szył ramio­nami i wydął usta.

- Odwo­łaj, graj solo, rób, co chcesz. - Wło­żył płaszcz. - Mój sza­lik.

Elf podała mu go.

- A jeśli będę chciała się z tobą skon­tak­to­wać...

Bruce zatrza­snął za sobą drzwi.

W miesz­ka­niu zapa­dła cisza. Wytwór­nia pły­towa - prze­pa­dła. Wspólne gra­nie - prze­pa­dło. Bruce - odszedł. Elf ucie­kła do łóżka - jej, już nie ich - sku­liła się pod koł­drą i w tym dusz­nym łonie wypła­kała sobie serce. Czyli znowu wszystko od początku.

***

Jest luty, dzień dzie­wiąty. Deszcz bębni w okna salonu domu rodzin­nego Hol­lo­wayów, willi w stylu pseudo-Tudo­rów, i wyma­zuje błot­ni­sty ogró­dek przy Chi­sle­hurst Road. Law­rence, odziany w gar­ni­tur chło­pak Imo­gen, star­szej sio­stry Elf, zacho­wuje się dziw­nie.

- No bo, ehm... - Pod­nosi się, siada z powro­tem, potem się nachyla. - Bo, ehm... - Pal­cami popra­wia kra­wat. - Bo, ehm, mamy... nie­spo­dzie­waną nowinę.

Imo­gen uśmie­chem dodaje mu odwagi, jakby Law­rence był stre­mo­wa­nym uczniem w szkol­nym przed­sta­wie­niu jase­łek.

Mój Boże, myśli Elf. Zarę­czają się.

Jedno spoj­rze­nie mówi jej, że rodzice już wie­dzą.

- Myślę, że pan Hol­lo­way nie będzie zasko­czony - cią­gnie Law­rence.

- Myślę, że powin­ni­śmy przejść na "ty", mów mi Clive - pro­po­nuje tata Elf. - Co ty na to?

- Daj mu powie­dzieć, Clive - stro­fuje go mama Elf.

- Czy ja mu nie daję powie­dzieć?

- Mój Boże! Law­rence ma wypieki, jest cały czer­wony. - Młod­sza sio­stra Elf, Bea, udaje zanie­po­ko­joną.

Law­rence rze­czy­wi­ście poczer­wie­niał na twa­rzy.

- Nic mi nie jest...

- Może zadzwo­nię po pogo­to­wie? - Bea odsta­wia kie­li­szek z szam­pa­nem. - Masz jakiś atak?

- Bea - ostrzega ją mama Elf. - Dosyć.

- A jeśli Law­rence wpad­nie w samo­za­płon, mamo? Sama soda oczysz­czona nie wywabi z dywanu plam po Law­ren­sie.

Nor­mal­nie Elf wybu­chłaby śmie­chem, ale odkąd odszedł Bruce, nie śmie­szy jej nic. Kon­trolę nad sytu­acją przej­muje tata.

- Dokończ, co chcia­łeś powie­dzieć, Law­rence, zanim się wystra­szysz i stwier­dzisz, że z tym wariat­ko­wem nie chcesz mieć nic wspól­nego.

- Law­rence wcale nie jest wystra­szony - wsta­wia się za nim mama Elf. - Prawda, Law­rence?

- Ah-uh-um... nie, wcale, pro­szę pani.

- Jeśli tata to "Clive", to czy do cie­bie, mamo, Law­rence nie powi­nien mówić "Mirando"? - wtrąca Bea. - Tylko pytam.

- Bea - wzdy­cha mama - jeśli się nudzisz, możesz iść.

- I nie poznać tajem­ni­czej nowiny Law­rence'a? Nie co dzień twoja sio­stra się zarę­cza. - Bea zakrywa dło­nią usta. - Ups. Sorry. Czy to wła­śnie była ta tajem­ni­cza nowina? Tylko zga­duję.

Na Chi­sle­hurst Road jakiś samo­chód strzela z rury wyde­cho­wej. Law­rence z ulgą wypusz­cza powie­trze.

- Tak. Popro­si­łem Immy, by zgo­dziła się zostać moją żoną. Odparła...

- "Niech będzie, skoro nale­gasz" - koń­czy za niego Imo­gen.

- Jeste­śmy z Clive'em zachwy­ceni - zapew­nia mama.

- Chyba że Anglia wygra The Ashes2 - zazna­cza tata, inten­syw­nie pyka­jąc fajkę, żeby nie zga­sła. Pusz­cza oko do Law­rence'a.

- Gra­tu­la­cje - mówi Elf. - Dla was obojga.

- No to poka­zuj pier­ścio­nek, sio­stra - mówi Bea.

Imo­gen wyj­muje z torebki pude­łeczko. Wszy­scy się przy­su­wają.

- Cho­ler­cia! Raczej nie z lom­bardu - stwier­dza Bea.

- Ktoś się nie­źle wykosz­to­wał - oce­nia tata Elf. - No, no!

- Wła­ści­wie, panie Holl... Clive, dosta­łem go po babci, dla... - Law­rence patrzy, jak Imo­gen wsuwa pier­ścio­nek na palec. - Dla narze­czo­nej.

- Jakie wzru­sza­jące - szep­cze mama Elf. - Prawda, Clive?

- Ow­szem, kocha­nie. - Tata Elf rzuca Law­rence'owi poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie. - Dwa magiczne słowa, które odtąd czę­sto będziesz powta­rzał.

Mama i tata two­rzą nie­złe duo, myśli Elf. Tak jak wcze­śniej Bruce i ja. Żal po "Bru­sie i mnie" ści­ska jej żebra. Boli.

- No to wznie­śmy toast za narze­czo­nych! - mówi mama.

Wszy­scy pod­no­szą kie­liszki i mówią chó­rem:

- Za narze­czo­nych!

- Witamy w rodzi­nie Hol­lo­wayów - prze­ma­wia Bea gło­sem jak z hor­roru. - Teraz jesteś jed­nym z nas... "Law­rence Hol­lo­way".

- Dzię­kuję, Bea... - Law­rence spo­gląda wyro­zu­miale na przy­szłą szwa­gierkę - ...ale to nie działa w ten spo­sób.

- To samo mówiło dwóch ostat­nich - odpo­wiada Bea. - Leżą pod pły­tami patio. Co roku nasze patio przy­ra­sta o jard, a Elf dorzuca jedną zwrotkę do swo­jej krwa­wej bal­lady pod tytu­łem "Kochan­ko­wie Imo­gen Hol­lo­way". Dziwne.

Nawet mama się na to uśmie­cha, ale Elf nie znaj­duje w sobie dość siły.

- Nakryjmy do stołu.

Bea obser­wuje sio­strę, która jest zupeł­nie inna niż zwy­kle.

- Okej...

***

Elf nagrała solową EP-kę Oak, Ash and Thorn. I wspól­nie z Bruce'em drugą, She­pherd's Crook. Skom­po­no­waną przez Elf pio­senkę "Any Way the Wind Blows" ame­ry­kań­ska pio­sen­karka fol­kowa Wanda Vir­tue zaśpie­wała na swoim albu­mie, który sprze­dał się w milio­no­wym nakła­dzie, a jako sin­giel "Any Way the Wind Blows" tra­fiła na Top Twenty. Za tan­tiemy Elf kupiła sobie miesz­ka­nie w Soho, co nawet jej ojciec nie­chęt­nie pochwa­lił jako inwe­sty­cję. Umie zagrać pół­to­ra­go­dzinny set pio­se­nek fol­ko­wych na kon­cer­cie dla trzy­stu obcych osób. Umie dawać sobie radę z pija­nymi krzy­ka­czami. Może gło­so­wać w wybo­rach, pro­wa­dzić samo­chód, pić, palić papie­rosy, upra­wiać seks - korzy­sta ze wszyst­kich tych praw. A jed­nak wystar­czy wpro­wa­dzić ją do jadalni w rodzin­nym domu przed akwa­relę wujka Dereka z HMS "Tra­fal­gar", na któ­rego pokła­dzie magicz­nie pły­wała w wyobraźni niczym dzieci z Podróży wędrowca do świtu, albo przed ele­gancki rząd tomów ency­klo­pe­dii Bri­tan­nica na kre­den­sie, a doro­sła część osoby Elf łusz­czy się pła­tami, uka­zu­jąc pod spodem prysz­czatą, nadą­saną, zakom­plek­sioną nasto­latkę.

- Dla mnie za dużo woło­winy, tato.

- Tylko dwa kawałki. Schud­niesz i już w ogóle nic z cie­bie nie zosta­nie.

- To prawda, wyglą­dasz blado, skar­bie - zauważa mama. - Mam nadzieję, że nie zara­zi­łaś się niczym od Bruce'a, cokol­wiek mu jest.

Elf dalej brnie w kłam­stwo.

- Lekarz powie­dział, że ma zapa­le­nie gar­dła.

- Wielka szkoda, że nie mógł być z nami, kiedy Immy i Law­rence oznaj­mili, że się zarę­czyli.

Elf wątpi w szcze­rość tych słów, bo przy­pusz­cza, że matka pro­wa­dzi rejestr występ­ków Bruce'a. A rze­komo jest ich nie­mało: żyje w grze­chu z Elf, karmi ją ilu­zją, że muzyka to pro­fe­sja, jest męż­czy­zną z dłu­gimi wło­sami i do tego Austra­lij­czy­kiem. Mama ucie­szy­łaby się z naszego roz­sta­nia nawet bar­dziej niż z zarę­czyn Immy i Law­rence'a.

Za oknem cięż­kie kro­ple desz­czu bom­bar­dują kro­kusy, zmie­nia­jąc je w aksa­mitną mia­zgę.

- Elf? - Imo­gen patrzy na sio­strę, jak zresztą wszy­scy pozo­stali.

- Rany, prze­pra­szam, jakoś tak... - Elf sięga po słoik z musz­tardą, któ­rej wcale nie chce - ...błą­dzi­łam myślami. Co mówi­łaś, Immy?

- Law­rence i ja mamy nadzieję, że razem z Bruce'em zagrasz dla nas kilka pio­se­nek. Na weselu.

Powiedz im, że się roz­sta­li­ście, mówi sobie Elf.

- Z przy­jem­no­ścią.

- Świet­nie. - Mama Elf bada stan tale­rzy na stole. - Jeśli każdy już sobie nało­żył york­shire pud­ding, możemy zaczy­nać.

Dźwię­czą noże, męż­czyźni jedzą z ape­ty­tem i gło­śno wyra­żają uzna­nie.

- Woło­wina jest boska, pro­szę pani - zapew­nia Law­rence. - I sos też prze­pyszny.

- Miranda uwiel­bia goto­wać z winem. - Tata ser­wuje stary dow­cip. - Cza­sem nawet dodaje je do potraw.

Law­rence uśmie­cha się, jakby sły­szał to po raz pierw­szy.

- Po ślu­bie na­dal będziesz uczyła? - pyta sio­strę Bea.

- Już nie w Malvern. Szu­kamy domu w Edg­ba­ston.

- Nie będzie ci tego bra­ko­wało?

- Tak to już jest w życiu - odpo­wiada Imo­gen. - Jeden roz­dział się koń­czy, zaczyna się kolejny.

Mama ociera usta ser­wetką.

- Tak będzie lepiej, kocha­nie. Nie można łapać zbyt wielu srok za ogon.

- Bar­dzo roz­sąd­nie - zga­dza się tata. - Bycie żoną i matką to praca na cały etat. W banku nie zatrud­niamy męża­tek.

- Mnie się wydaje... - Bea kręci młyn­kiem do pie­przu - ...że poli­tyka, która ma na celu kara­nie kobiet za zamąż­pój­ście, powinna raczej szybko odejść w nie­pa­mięć.

Tata łapie przy­nętę.

- Prze­cież nikt nikogo nie karze. Cho­dzi po pro­stu o uświa­do­mie­nie sobie nowych życio­wych prio­ry­te­tów.

Na przy­nętę łapie się Bea.

- Ale według mnie to na­dal ozna­cza, że kobiety koń­czą w kuchni albo przy desce do pra­so­wa­nia.

Tata połyka haczyk.

- Nie zmie­nisz bio­lo­gii.

- Nie cho­dzi o bio­lo­gię. - Bea połyka haczyk.

- Nie? - Tata ma zasko­czoną minę. - A o co w takim razie cho­dzi?

- O nasta­wie­nie. Nie tak dawno kobiety nie mogły gło­so­wać ani się roz­wo­dzić, ani posia­dać żad­nej wła­sno­ści, ani stu­dio­wać na uni­wer­sy­te­tach. Teraz możemy. A co się takiego zmie­niło? Prze­cież nie bio­lo­gia. Zmie­niło się nasta­wie­nie. A nasta­wie­nie zmie­niło prawo.

- Ach, być mło­dym... - tata nadziewa mar­chewkę na wide­lec - ...i z defi­ni­cji mieć słuszny pogląd na urzą­dze­nie świata.

***

- Rozu­miem, Elf, że w przy­szłym tygo­dniu zaczy­na­cie z Bruce'em pracę nad nowym albu­mem? - pyta Law­rence, pod­czas gdy mama Elf nakłada każ­demu po wiel­kiej łyżce z krysz­ta­ło­wej misy peł­nej tri­fle z Water­forda.

- Taki był plan, ale oka­zało się, że w stu­diu... jest jakieś zamie­sza­nie. Nie­stety.

- Czyli prze­su­nęli wam sesję nagra­niową? - pyta zasko­czona Bea.

- Tylko o tydzień czy dwa. - Elf nie znosi kła­mać.

- Jakie znowu "zamie­sza­nie"? - Tata marsz­czy czoło.

- Mieli podwójną rezer­wa­cję - wyja­śnia Elf. - Naj­wy­raź­niej.

- Chyba tam mają okropny bała­gan. - Mama Elf podaje tacie misę z dese­rem. - Nie może­cie zmie­nić stu­dia na inne?

Nie tylko nie­na­wi­dzę kła­mać, myśli Elf, ale do tego jestem w tym bez­na­dziejna.

- Pew­nie możemy, ale w Regent jest inży­nier dźwięku, z któ­rym lubimy pra­co­wać, i znamy ich sprzęt.

- Olym­pic fan­ta­stycz­nie zma­ste­ro­wało wam She­pherd's Crook - oce­nia Imo­gen.

- Świetna robota - potwier­dza Law­rence, jakby wie­dział cokol­wiek o sesjach nagrań.

Elf w wyobraźni widzi, jak ta świeża para narze­czo­nych za trzy­dzie­ści lat zmie­nia się w Clive'a i Mirandę Hol­lo­wayów. Jakaś część Elf zwija się z żenady, ale inna zazdro­ści Imo­gen jasnej wizji przy­szłego życia.

- Jeśli już wszy­scy mają deser... - mama bada wzro­kiem stół - ...możemy zaczy­nać.

- Jak się pozna­li­ście, ty i Bruce? - pyta Law­rence.

Prę­dzej wydłu­bię sobie nerki, niż odpo­wiem, myśli Elf, ale wtedy, zorien­tują się, że coś nie gra. Mama wydusi ze mnie tę całą obrzy­dliwą histo­rię.

- Za kuli­sami w klu­bie fol­ko­wym na Isling­ton. W święta dwa lata temu. Austra­lij­ski folk dopiero zaczy­nał być popu­larny, więc wszy­scy byli cie­kawi kon­certu Bruce'a. Po wystę­pie pode­szłam do niego i zapy­ta­łam, jak stroi gitarę, a on zapy­tał mnie o moją irlandzką bal­ladę.

A potem poszli­śmy do miesz­ka­nia przy Cam­den Lock, gdzie ktoś mu uży­czał pokoju, i do Nowego Roku byłam już w nim tak bez­na­dziej­nie, bez­rad­nie zako­chana, jak dziew­czyna z fol­ko­wej pio­senki, a on poko­chał mnie rów­nie mocno. Tak przy­naj­mniej myśla­łam. Ale może byłam dla niego tylko spo­so­bem na to, żeby już nie musiał sypiać u kum­pli na kana­pie ani nale­wać piwa z kija w tanich barach na Earl's Court. Tego już się nie dowiem. Dzie­więć dni temu wyrzu­cił mnie jak zasmar­kaną chu­s­teczkę...

Elf zmu­sza się do uśmie­chu.

- Histo­ria o tobie i Immy na obo­zie dla chrze­ści­jan jest dużo bar­dziej roman­tyczna.

- Ale ty nagry­wasz płyty. Mirando, jak to jest mieć sławną córkę? - zwraca się Law­rence do mamy Elf.

Mama dopija wino.

- Mar­twię się, dokąd ją to zapro­wa­dzi. Pio­sen­ka­rze pop dzi­siaj są, jutro ich nie ma. Szcze­gól­nie kobiety.

- Cilla Black nie­źle daje sobie radę - zauważa Bea. - I Dusty Spring­field.

- A w Sta­nach Joan Baez - dodaje Imo­gen. - Judy Col­lins.

- No i Wanda Vir­tue - dorzuca Bea.

- Ale co się z nimi sta­nie, kiedy wszy­scy wpa­trzeni w nich fani prze­rzucą się na kolejną modną pio­sen­karkę? - pyta mama.

- Naj­pew­niej wrócą na wła­ściwą drogę - mówi Elf. - Wyjdą za mąż za faceta, który przy­mknie oko na ich podej­rzaną prze­szłość, ustat­kują się, będą pra­so­wać koszule i wycho­wy­wać dzieci.

Bea obli­zuje łyżeczkę do czy­sta.

- Bada boom.

- Zja­wi­skowe tri­fle, Mirando - mówi tata Elf roz­ba­wio­nym tonem.

Mama wzdy­cha i patrzy przez okno na ogród.

Deszcz mąci wodę w sta­wie z ryb­kami.

Z nosa kra­snala kapie, kap, kap, kap...

- Chcia­ła­bym dostrze­gać w śpie­wa­niu jakąś porządną pro­fe­sję - mówi mama - ale nic na to nie pora­dzę. Widzę jedy­nie, że Elf mar­nuje oka­zję, żeby zro­bić karierę w innej dzie­dzi­nie.

Czuję złość, myśli Elf, bo ona wyraża na głos moje wła­sne obawy.

Zegar w kory­ta­rzu wybija drugą.

- Może Elf będzie tą pierw­szą? - pod­rzuca Imo­gen.

***

Elf gra na pia­ni­nie, a jej rodzina i Law­rence sie­dzą i słu­chają. Wykrę­ciła się od śpie­wa­nia, mówiąc, że musi oszczę­dzać głos, ale nie potra­fiła się wymi­gać od gra­nia, ina­czej Imo­gen, Bea i ich matka zaczę­łyby podej­rze­wać, że coś jest nie tak. Pia­nino "Bro­adwood" ma cie­płe tony niskie, a wyso­kie jasne. Na jego kla­wia­tu­rze Elf naj­pierw opa­no­wała "Twin­kle, Twin­kle, Lit­tle Star", a potem gamy, arpeg­gia i ćwi­cze­nia z całego stosu ksią­żek do nauki gry na pia­ni­nie. W branży folk narzę­dziem pracy jest być może gitara aku­styczna, ale pierw­szą miło­ścią Elf - zanim zaczęli mi się podo­bać chłopcy, zanim zaczęły mi się podo­bać dziew­czyny - było pia­nino. Bab­cia Elf zmarła, kiedy ona miała zale­d­wie sześć lat, ale dosko­nale pamięta bab­cine słowa: "Pia­nino to i tra­twa, i rzeka". Dzi­siaj, wiele lat póź­niej, Dzie­wią­tego Dnia Zła­ma­nego, Zbro­czo­nego Krwią Serca, Elf nie­spo­dzie­wa­nie impro­wi­zuje melo­dię, dla któ­rej inspi­ra­cją stały się słowa babci: Tra­twa i rzeka, tra­twa i rzeka, tra­twa i rzeka. To pierw­szy muzyczny pomysł, jaki jej przy­szedł do głowy od odej­ścia Bruce'a. Poza tym jest wdzięczna za te kilka minut, pod­czas któ­rych o nim nie myślała... Ale się wła­śnie skoń­czyły. Utwór dobiega końca, a rodzina Elf i jej przy­szły szwa­gier nagra­dzają ją okla­skami. Pierw­sze tej wio­sny żon­kile w wazo­nie nad komin­kiem roz­chy­liły płatki.

- Prze­ślicz­nie, kocha­nie - mówi mama.

- Eee, tylko tak sobie brzdą­kam.

- Jaki to ma tytuł? - pyta Imo­gen.

- Nie ma.

Law­rence unosi brwi.

- Sama to teraz wymy­śli­łaś?

- Wystar­czy znać sztuczki z akor­dami - wyja­śnia Elf.

- To było genialne. Zagra­ła­byś to w czerwcu?

- Jeśli powsta­nie z tego pio­senka, która nadaje się na ślub, to tak.

- Śluby w let­nie prze­si­le­nie mają wyjąt­kową moc - mówi mama do Imo­gen. - Z twoim ojcem pobra­li­śmy się w czerwcu, prawda, Clive?

Tata pyka fajkę.

- I do tej pory świeci nam słońce.

- Mnie też pasuje czer­wiec - mówi Bea. - I wtedy będę już absol­wentką liceum. Prze­ra­ża­jące.

- Imo­gen mówi, że sta­rasz się dostać do RADA3? - infor­muje pyta­jąco Law­rence.

- Pierw­sze prze­słu­cha­nie mam za mie­siąc. Jeśli przejdę do kolej­nego etapu, w maju wezwą mnie drugi raz. Aku­rat w trak­cie matur.

- Jakie masz szanse? - pyta Law­rence.

- Na czter­na­ście miejsc jest mniej wię­cej tysiąc kan­dy­da­tów. Ale z dru­giej strony, jakie szanse ma Elf na pod­pi­sa­nie kon­traktu z wytwór­nią?

Z dzióbka dzbanka na kawę unosi się smuga pary.

- To tylko dowo­dzi, że należy mie­rzyć wysoko - stwier­dza Imo­gen.

Zegar w kory­ta­rzu wybija trze­cią.

Elf dopija kawę.

- Lepiej już będę się zbie­rać.

- Nie chcesz odwo­łać dzi­siej­szego występu w Cousins? - pyta Bea. - Skoro Bruce, jak rozu­miem, jest zbyt chory, żeby śpie­wać?

W Elf dotąd tliła się iskierka nadziei, że jeśli nie odwoła kon­certu, Bruce może się pojawi i ostat­nie dzie­więć dni będzie można puścić w nie­pa­mięć. Teraz jed­nak trzeba zapła­cić rachu­nek za złu­dze­nia.

- Zagram solo.

- Ale Bruce chyba nie pozwoli ci się włó­czyć samej po Soho w środku nocy? - pyta tata.

- Tato, miesz­kam tam od roku i jak dotąd nic mi się nie stało.

- Może ja się przejdę? - pyta Bea. - Będę ochroną Elf.

- Słaby żart - stwier­dza mama, a Elf czuje ulgę. - Jutro masz szkołę. Już wystar­czy, że jedna córka wałęsa się po Soho.

- Może my się przej­dziemy, kocha­nie? - pyta narze­czoną Law­rence. - Dużo sły­sza­łem o tym fol­ko­wym klu­bie, o Les Cousins.

- Jutro jedziesz kawał drogi do Malvern - mówi Elf. - A poza tym w Cousins czuję się jak w domu. Będą sami zna­jomi.

***

Trzy mie­siące temu Elf i Bruce bie­gli po pero­nie sta­cji kolejki w Rich­mond pod lam­pami oto­czo­nymi aure­olą mgły. Serce waliło jej jak mło­tem, nogi ją bolały, z tru­dem chwy­tała oddech. Pla­kat na ścia­nie obie­cy­wał jezus jest zba­wie­niem. W powie­trzu w porze zmierz­chu uno­sił się zapach pie­czo­nych kasz­ta­nów. Orkie­stra Armii Zba­wie­nia grała "While She­pherds Wat­ched Their Flocks By Night". Bruce sta­wiał dłuż­sze kroki, więc dobiegł do wagonu kolejki dużo szyb­ciej i wsko­czył do środka. "Pro­szę odsu­nąć się od drzwi!", oznaj­mił zawia­dowca. "Pro­szę odsu­nąć się od drzwi!". Elf była pewna, że nie zdąży, ale dosłow­nie w ostat­niej chwili Bruce chwy­cił ją i wcią­gnął do wagonu, a potem razem opa­dli na sie­dze­nia.

- Myśla­łam, że mnie zosta­wisz - powie­działa.

- Chyba żar­tu­jesz. - Bruce poca­ło­wał ją w czoło. - To byłoby zabój­cze dla mojej kariery.

Elf tak przy­tu­liła głowę do jego piersi, że sły­szała, jak bije mu serce. Wdy­chała woń jego zamszo­wej mary­narki i ledwo wyczu­walny zapach wody po gole­niu. On gła­dził jej oboj­czyk pal­cami gita­rzy­sty, całymi w odci­skach.

- Cześć, moja dziew­czyno - wymru­czał, a przez nerwy Elf - zzzzzzt - prze­biegł prąd.

Zrób zdję­cie tej chwili - przy­szedł jej do głowy taki wers - zrób zdję­cie tej chwili pola­ro­idem oczu... i pomy­ślała, że nawet gdyby dożyła stu lat, już ni­gdy aż tak nie będzie się cie­szyła, że żyje. Nie aż tak.

***

Trzy mie­siące póź­niej Elf stoi na tym samym pero­nie sta­cji kolejki w Rich­mond, po któ­rym bie­gła z Bruce'em. Dzi­siaj ni­gdzie się nie śpie­szy. Na District Line są opóź­nie­nia z powodu "incy­dentu na torach w Ham­mer­smith": to eufe­mizm lon­dyń­skiego metra ozna­cza­jący samo­bój­stwo. Nie­dzielny wie­czór nad­ciąga nad lon­dyń­skie ogrody, wnika w szcze­liny i zasnuwa ulice mro­kiem. Ni­gdzie w zachod­niej czę­ści mia­sta dzień nie jest dzi­siaj suchy, ni­gdzie nie jest cie­pło. Pla­kat zapew­nia­jący jezus jest zba­wie­niem odcho­dzi od ściany, cały w zacie­kach. Na prze­gląd swo­jego sta­rego solo­wego pro­gramu będzie miała mniej czasu, niż myślała. Publicz­ność w Cousins ją przej­rzy, zoba­czy, że Elf Hol­lo­way nie prze­ćwi­czyła dobrze utwo­rów, a jej pio­senki są do kitu, i doj­dzie do wnio­sku, że kiedy Bruce Flet­cher od niej odszedł, zabrał ze sobą całą magię. Na pewno już wszy­scy wie­dzą - jestem porzu­coną panną Havi­sham4 sceny fol­ko­wej. Elf spo­gląda w ciemne okno zamknię­tej her­ba­ciarni. Patrzy na nią wil­kiem jej wła­sne odbi­cie w szy­bie. Spo­śród sióstr Hol­lo­way ni­gdy nie była tą ładną. Imo­gen jest ładna na zdrowy, chrze­ści­jań­ski spo­sób. Sta­tusu Bei jako pięk­no­ści ni­gdy w rodzi­nie nie pod­wa­żano, nawet kiedy jesz­cze była dziew­czynką. Elf, jak zga­dzają się krewni, jest podobna do ojca. To zna­czy, że koja­rzę się z przy­sa­dzi­stym męż­czy­zną w śred­nim wieku, kie­row­ni­kiem wydziału w banku. Nie­dawno w klu­bo­wej toa­le­cie Elf pod­słu­chała przy­pad­kiem jakąś kobietę: "Elf Hol­lo­way? Elf? Raczej goblin".

Mama jej powta­rzała: "Dbaj o włosy, pod­kre­ślaj je, kocha­nie, to twój naj­więk­szy atut". Włosy ma blond, dłu­gie. Bruce lubił zanu­rzać w nich twarz. Kom­ple­men­to­wał poje­dyn­czo różne czę­ści jej ciała, ale ni­gdy cało­ści. Albo mówił: "Ład­nie dziś wyglą­dasz". Jak­bym przy innych oka­zjach wyglą­dała okrop­nie. Elf zawsze sobie powta­rzała, że jej talent jako pio­sen­karki fol­ko­wej okaże się waż­niej­szy niż fakt, że nie wygląda jak Joan Baez ani Wanda Vir­tue. Miała nadzieję, że dzięki talen­towi zmieni się z brzyd­kiego kaczątka w łabę­dzia. Zain­te­re­so­wa­nie Bruce'a jej osobą pozwa­lało wie­rzyć, że wła­śnie zacho­dzi w niej ta zmiana, ale teraz Bruce odszedł... Patrzę na sie­bie i myślę: "Kom­plet­nie prze­ciętna". Jej odbi­cie pyta: "A jeśli nie jesteś tak dobra, jak myślisz?".

Po torze ska­cze gołąb z tylko jed­nym pazu­rem.

Tuż obok tłu­sty szczur nie zwraca na niego uwagi.

Przy barier­kach przed wej­ściem na perony stoi budka tele­fo­niczna. Elf mogłaby zadzwo­nić do Andy'ego w Les Cousins i powie­dzieć, że ma zapa­le­nie gar­dła. Nie będzie mu trudno zna­leźć zastęp­stwo na nie­dzielny występ. Spo­koj­nie zagrają Sandy Denny albo Davy Gra­ham, albo Roy Har­per. Kilku muzy­ków regu­lar­nie gry­wa­ją­cych w Cousins już wydało wła­sne albumy - całe płyty, a nie tylko EP-ki. Elf mogłaby po pro­stu wró­cić do domu, zwi­nąć się pod kocem i...

I co? Ryczeć, aż usnę? Znowu? Nie robić nic, aż mi się skoń­czy forsa za Wandę Vir­tue, a potem wró­cić z pod­ku­lo­nym ogo­nem do rodzi­ców, bez pie­nię­dzy, bez pracy, bez kon­traktu? Jeśli dziś nie zja­wię się w Les Cousins, Bruce wygra. Wygrają wszy­scy, któ­rzy we mnie wąt­pią. "Bez wspar­cia Bruce'a to tylko ama­torka, któ­rej śle­pym far­tem udała się jedna pio­senka". Okaże się, że mama miała rację. "Gdy­byś tylko chciała się zatrosz­czyć o przy­szłość jak Immy, też mia­ła­byś już swo­jego Law­rence'a".

Chrza­nić to, myśli Elf.

***

Les Cousins zawdzię­cza nazwę tytu­łowi fran­cu­skiego filmu, ale wszy­scy zna­jomi Elf wyma­wiają ją po angiel­sku "Lez Cuz­zins", albo po pro­stu "Cousins". Wąskie drzwi pod dys­kret­nym szyl­dem wci­śnięto mię­dzy wło­ską restau­ra­cję przy Greek Street 49 a punkt naprawy radio­od­bior­ni­ków. Elf scho­dzi po stro­mych scho­dach, zer­ka­jąc na pla­katy Berta Jan­scha i Johna Ren­bo­urna, apo­sto­łów odro­dze­nia folku. Gwar, papie­ro­sowy dym i woń haszu gęst­nieją w powie­trzu. U stóp scho­dów czeka Nobby, były strze­lec woj­skowy, który przyj­muje opłaty za wej­ście i od czasu do czasu wypro­wa­dza pija­nego gościa z powro­tem na górę.

- Cześć, kochana - wita ją. - Rześki wie­czór.

- Cześć, Nobby. - Elf powstrzy­muje chęć, by z miej­sca zapy­tać: "Jest Bruce?". Dopóki nie zapyta, może się łudzić, że się zja­wił z prze­pro­si­nami i że ich duet zosta­nie wskrze­szony. Może jest na sce­nie, usta­wia sprzęt...

Dostrzega ją Andy i macha do niej z baru w rogu sali, gdzie ser­wuje colę, her­batę i kawę. Brak zezwo­le­nia na sprze­daż alko­holu ozna­cza, że baru nie trzeba zamy­kać o kon­kret­nej porze, a to pozwala na cało­nocne kon­certy. W Cousins grywa każdy uznany pio­sen­karz fol­kowy, a ściana sławy Andy'ego może się poszczy­cić por­tre­tami Lon­niego Done­gana ze ski­flo­wych cza­sów klubu; The Vipers; blu­eso­wego emi­granta Ale­xisa Kor­nera; Ewana Mac­Colla i Peggy Seeger; Dono­vana wska­zu­ją­cego swoją gitarę, na któ­rej napis głosi: "Ta maszyna zabija"; Joan Baez i zmar­łego przed­wcze­śnie Richarda Fari?ę; Paula Simona; i samego Boba Dylana. Elf widziała go cztery lata temu na tej wła­śnie sce­nie, grał wtedy swój nowy kawa­łek "Blo­win' in the Wind" pod wiel­kim drew­nia­nym kołem od wozu i pod roz­wie­szo­nymi sie­ciami rybac­kimi, gdzie dziś nie czeka na nią żaden złoty Austra­lij­czyk nazwi­skiem Bruce Flet­cher...

- Elf? - zatrzy­muje ją Sandy Denny, która też daje tu regu­larne kon­certy. - Jak się trzy­masz? W porządku? Sły­sza­łam o Bru­sie i tak mi okrop­nie przy­kro...

Elf usi­łuje poka­zać, że wszystko w porządku.

- Nie ma o czym...

- To jakiś non­sens - oznaj­mia Sandy Denny. - Widzia­łam go z tą jego nową cizią w kawiarni w Vic­to­ria and Albert.

Elf rap­tem nie może zła­pać tchu ani wydo­być z sie­bie słowa. Muszę coś powie­dzieć.

- A, tak. - Czyli chciał odpo­cząć nie ogól­nie od dziew­czyn, tylko ode mnie.

Sandy zakrywa dło­nią usta.

- O Boże... ty... wie­dzia­łaś, prawda?

- Oczy­wi­ście. Pew­nie. Tak, jasne.

- Dzięki Bogu! Myśla­łam już, że pal­nę­łam jakąś gafę. Kar­mili się nawza­jem jed­nym ciast­kiem, a ja myśla­łam, że to ty z nim sie­dzisz, więc pode­szłam i powie­dzia­łam: "Pro­szę, jakie zako­chane ptaszki!". I wtedy sku­ma­łam: "To nie Elf". Więc sta­łam jak­bym kij połknęła i nie wie­dzia­łam, co powie­dzieć.

Zabrał mnie do tej kawiarni na pierw­szej randce, przy­po­mina sobie Elf.

- Bruce zacho­wy­wał się, jakby się nic nie stało. "Cześć, Sandy, poznaj Vanessę. Jest modelką w agen­cji Coś Tam Coś Tam" - jakby mnie to w ogóle obcho­dziło. Więc powie­dzia­łam jej: "Cześć", a panna modelka odparła: "Sza­le­nie mi miło", jakby się zabłą­kała z jakiejś sztuki Noela Cowarda.

Vanessa. Była jakaś Vanessa na pry­watce u Jak Mu Tam na Crom­well Road, w stycz­niu. Była modelką.

- Faceci - wzdy­cha współ­czu­jąco Sandy. - Cza­sami mogła­bym ich... - Robi zamach ręką i wali pię­ścią prze­cho­dzą­cego męż­czy­znę. - O, prze­pra­szam, John.

John Mar­tyn, młody czło­wiek o wyglą­dzie dzi­kusa, odwraca głowę i patrzy kto to.

- Nic się nie stało, Sandy. Elf, poła­ma­nia nóg. - I odcho­dzi.

- Prze­pra­szam. - Obok nich mate­ria­li­zuje się Andy. - Dotarły do mnie wie­ści. Jeśli chcesz odwo­łać występ, wszy­scy zro­zu­mieją.

Elf patrzy ponad jego ramie­niem na drzwi wyj­ściowe i dostrzega wizję tego, co ją czeka w przy­szło­ści, jeśli teraz opu­ści klub. Przez kilka tygo­dni pomieszka u rodzi­ców, latem zatrudni się doryw­czo jako maszy­nistka, zapi­sze się na kurs nauczy­ciel­ski, znaj­dzie posadę nauczy­cielki muzyki w szkole dla dziew­cząt, wyj­dzie za mąż za nauczy­ciela geo­gra­fii i będzie wspo­mi­nała ten moment, wła­śnie ten moment, kiedy jej przy­szłość jako artystki muzycz­nej po pro­stu prze­stała ist­nieć. Jak zamek z pia­sku zmyty przez falę.

- Elf? Co się dzieje? - Sandy ma zanie­po­ko­joną minę.

- Jest ci nie­do­brze? Będziesz wymio­to­wać? - Andy nie­po­koi się jesz­cze bar­dziej.

***

Elf dokręca klucz struny D. Twa­rze są ciem­nymi pla­mami na jesz­cze ciem­niej­szym tle, z dwiema krop­kami bieli zamiast oczu. Punk­ciki papie­ro­so­wego żaru mają barwę ponu­rej umbry. W Cousins nie trzeba palić, wystar­czy oddy­chać. Elf czuje tremę. Dawno nie grała solo. Już choćby w duecie wystę­po­wać jest raź­niej.

- Jeśli przy­szli­ście na kon­cert - powiedz to - Flet­chera i Hol­lo­way, wybacz­cie. Bruce'a nie będzie... - Ści­ska ją w gar­dle. - Ponie­waż wymie­nił mnie na atrak­cyj­niej­szy model. A kon­kret­nie na modelkę.

Przez salę prze­biega szmer zasko­cze­nia, sły­chać kilka zdu­mio­nych "co takiego?" i "jak to?".

Elf nie­mal chi­cho­cze. Powiedz gło­śno.

- Duet Flet­cher i Hol­lo­way prze­stał ist­nieć.

Szu­flada kasy otwiera się z gło­śnym dzyń. Ludzie patrzą po sobie z kon­ster­na­cją.

Nie­wielu wie­działo, zga­duje. Cóż, teraz wie­dzą.

Sandy Denny woła:

- Elf, jego strata, nie nasza!

Żeby powstrzy­mać się od łez, Elf zaczyna grać "Oak, Ash and Thorn", swój stary numer, któ­rym tra­dy­cyj­nie otwie­rała występy. To pierw­sza pio­senka, jaką wyko­nała przed nie­znaną publicz­no­ścią, na King­ston Folk Barge. Jej głos, dzi­siaj sztywny i piskliwy, drży na paru gór­nych C. Odchu­dzona, bez­bruce'owa wer­sja nie jest okropna, ale nie jest też świetna. W następ­nej kolej­no­ści Elf gra akordy "King of Tra­fal­gar", jej naj­lep­szego utworu z EP-ki She­pherd's Crook... ale tchó­rzy po trze­cim tak­cie intro. Bez gitary Bruce'a utwór będzie brzmiał ano­rek­tycz­nie. Co mam zagrać w zamian? Pauza się wydłuża. Elf powraca więc do "King of Tra­fal­gar" i potyka się przy g-moll do E7 na bridge'u. Tylko co lepsi gita­rzy­ści to zauwa­żają, ale pio­senka brzmi skąpo. Spo­tyka się z uprzej­mym aplau­zem. Potem Elf gra "Dink's Song" z anto­lo­gii Lomaxa. Bruce gry­wał do tego świetną par­tię banjo, ale teraz nie zagra. Nie zaśpiewa też swo­jej wyso­kiej oktawy na "fare thee well". "Dink's Song" w lep­szym wyko­na­niu niż w wer­sji Elf można usły­szeć w wielu klu­bach fol­ko­wych w całym kraju. Elf uświa­da­mia sobie, że na­dal gra pro­gram Flet­cher i Hol­lo­way, ale bez­flet­che­rowo. I co teraz? Nowe pio­senki? Z czte­rech utwo­rów, które miały tra­fić na long­play Flet­cher & Hol­lo­way, dwa są o miło­ści do Bruce'a, trzeci to blues na for­te­pian, oda do Soho, która jesz­cze nawet nie ma tytułu, a czwarty to bal­lada o zazdro­ści pod tytu­łem "Never Eno­ugh". Elf wątpi, czy zdoła prze­brnąć przez pio­senki o Bru­sie, nie zmie­nia­jąc się w szlo­cha­jącą roz­trzę­sioną gala­retę, gra więc "Wild Moun­tain Thyme". Zapo­mina zmie­nić wer­sję męską na żeń­ską i śpiewa "pój­dziesz, dziew­czę, pój­dziesz", zamiast "pój­dziesz, chłop­cze, pój­dziesz". Przy wer­sie "jeśli ze mną nie pój­dziesz, znajdę sobie inną" myśli o tym, jak Bruce i Vanessa się nawza­jem roz­bie­rają... kiedy ja sie­dzę tutaj i śpie­wam stare ramoty...

Dopiero teraz uświa­da­mia sobie, że prze­stała grać.

Wśród publicz­no­ści sły­chać poka­sły­wa­nia i szu­ra­nie.

Zasta­na­wiają się, czy zapo­mnia­łam tekst.

Inni są cie­kawi: "Czy ona się roz­kleja?".

Na co Elf pew­nie by odparła: "Dobre pyta­nie".

Uświa­da­mia sobie, że upu­ściła gita­rową kostkę.

Poci się pod maki­ja­żem.

Myśli: tak wła­śnie koń­czy się kariera.

***

Prze­rwij występ. Wyjdź z klubu z god­no­ścią. Ratuj jej resztki. Kiedy opusz­cza gitarę, wychyla się ku niej ktoś z pierw­szego rzędu pod sceną. Gdy dostaje się w krąg świa­tła reflek­tora, widać faceta mniej wię­cej w jej wieku, o kobie­cej uro­dzie: owalną twarz, czarne włosy się­ga­jące pod­bródka, wydatne usta, bystre oczy. Chło­pak w pal­cach trzyma jej kostkę. Elf odbiera ją od niego.

Była pewna, że chce prze­rwać kon­cert. Teraz już nie jest.

Z lewej strony tego od kostki sie­dzi wysoki facet w fio­le­to­wej mary­narce. Mówi do niej pra­wie nie­sły­szal­nie jak sufler w teatrze: "Jeśli ze mną nie pój­dziesz, znajdę sobie inną".

Elf zwraca się do publicz­no­ści:

- Pomy­śla­łam, że zmie­nię tro­chę słowa... - ponow­nie trąca struny czub­kami pal­ców - ...żeby oddać w całej pełni kata­strofę, jaką są moje sprawy ser­cowe... - Sama sobie podaje rytm i śpiewa: - "Nawet gdy pój­dziesz ze mną, i tak się z inną prze­śpię..." - zmie­nia akcent na austra­lij­ski - "... bo jestem Bru­cey Flet­cher, pod­ry­wam nawet we śnie...".

Wybu­chy śmie­chu i rado­ści roz­cho­dzą się po całym klu­bie. Elf koń­czy pio­senkę bez dal­szych zmian, nagra­dzana burzą okla­sków.

Wła­ści­wie czemu nie? Pod­cho­dzi do pia­nina.

- Chcia­ła­bym zagrać na próbę trzy nowe pio­senki. Nie są stricte fol­kowe, ale...

- Zagraj, Elf! - krzy­czy John Mar­tyn.

Elf chwyta byka za rogi i gra intro do "Never Eno­ugh". Pod­czas bridge'a nagle prze­cho­dzi do "You Don't Know What Love Is". Widziała ten trik w wyko­na­niu Niny Simone w klu­bie Ron­niego Scotta - włą­cze­nie frag­mentu jed­nej pio­senki w śro­dek dru­giej. Oba utwory ze sobą rezo­nują. Elf wraca do "Never Eno­ugh" i koń­czy na dźwięcz­nym Fis. Okla­ski nara­stają i dodają jej odwagi. Z boku pod sceną Al Ste­wart klasz­cze z zachwy­tem. Elf z powro­tem pochyla się nad gitarą i gra "Your Pola­roid Eyes" oraz "I Watch You Sleep". Potem śpiewa a capella fol­kową pio­senkę, któ­rej się nauczyła od Annie Briggs, pod tytu­łem "Wil­lie o' Wins­bury", przy­kłada przy tym dłoń do ucha a la Ewan Mac­Coll. Wersy króla śpiewa po kró­lew­sku, wersy jego brze­mien­nej córki pro­wo­ku­jąco, a wersy Wil­liego ze spo­ko­jem. Śpiewa świet­nie jak ni­gdy.

- Mamy czas na jesz­cze jedną - mówi, z powro­tem sia­da­jąc na tabo­re­cie.

- Śpie­waj, Elf - oznaj­mia Bert Jansch - bo ina­czej Andy cię nie wypu­ści.

Może "Any Way the Wind Blows" jest dla niej brze­mie­niem i wyrzu­tem sumie­nia, ale jeśli tak, to szczo­drym wyrzu­tem sumie­nia.

- Ostat­nia pio­senka to mój wielki ame­ry­kań­ski prze­bój... - znowu ta oblu­zo­wana struna D - ...mój wielki ame­ry­kań­ski prze­bój napi­sany dla Wandy Vir­tue.

Ten tekst nie­za­wod­nie wywo­łuje śmiech. Elf śpie­wała ten utwór na wiele lat przed pozna­niem Bruce'a, zanim on zmie­nił zakoń­cze­nie, żeby gładko prze­cho­dziło w jego bal­ladę o Nedzie Kel­lym. Elf zamyka oczy. Pal­cami po stru­nach w dół-w górę-w dół, w dół-w górę. Głę­boki wdech...

***

Póź­niej, po okla­skach, po kilku cie­płych uści­skach, po wielu waria­cjach stwier­dze­nia "lepiej ci będzie bez niego" oraz po kilku wysłu­cha­nych opi­niach na temat jej nowych pio­se­nek Elf wraca do maga­zynku, który służy także Andy'emu za biuro. Ku jej zasko­cze­niu w pomiesz­cze­niu tło­czy się czte­rech męż­czyzn, jak rów­nież Andy. Elf roz­po­znaje dwóch z nich: tego przy­stoj­nego, który pod­niósł jej kostkę, i jego tycz­ko­wa­tego sąsiada, który pod­po­wie­dział jej słowa "Wild Moun­tain Thyme". Trzeci ma falu­jące ciemne włosy, dłu­gie wąsy, opa­da­jące powieki, przez które wygląda, jakby się iro­nicz­nie uśmie­chał, i spra­wia wra­że­nie bez­czel­nego. Czwarty, opie­ra­jący się o szafkę z doku­men­tami, jest kilka lat star­szy. Ma sze­roką, kości­stą twarz, wyraźne zakola, oku­lary z jasno­nie­bie­skimi szkłami, bije od niego pew­ność sie­bie, ubrany jest w kobal­towy gar­ni­tur z czer­wo­nymi guzi­kami, jaskra­wymi jak zacho­dzące słońca.

- Boha­terka wie­czoru - wita ją Andy. - Nowe pio­senki są fan­ta­styczne. Ktoś będzie chciał je nagrać, jeśli w A&B są zbyt głupi.

- Miło, że ci się podo­bają - odpo­wiada Elf. - Skoro macie tu jakieś spo­tka­nie, przyjdę póź­niej.

- Nie tyle spo­tka­nie - wyja­śnia Andy - co raczej naradę spi­skow­ców. Poznaj Levona Fran­klanda. Mojego sta­rego kom­pana.

Facet w nie­bie­skich oku­la­rach kła­dzie dłoń na sercu.

- Świetny występ. Naprawdę dosko­nały. - Jest Ame­ry­ka­ni­nem. - Te trzy nowe pio­senki? Czy­sty dyna­mit.

- Dzięki. - Elf zasta­na­wia się, czy gość jest homo. Odwraca się do tego ciem­niej­szego, niż­szego. - Dzię­kuję za kostkę.

- Do usług. Dean Moss. Fan­ta­styczny kon­cert. I ta prze­rwa, kiedy wszy­scy myśle­li­śmy, że zapo­mnia­łaś słów. Genialny zabieg sce­niczny.

- To nie był zabieg - przy­znaje się Elf.

Dean Moss tylko kiwa głową, jakby i tak wszystko było w naj­lep­szym porządku.

Elf zasta­na­wia się, czy jego twarz nie wygląda cza­sem zna­jomo.

- Czy my się skądś znamy?

- Pozna­li­śmy się rok temu. Na prze­słu­cha­niach do pro­gramu talen­tów w Tha­mes TV. Gra­łem w zespole Bat­tle­ship Potem­kin. A ty śpie­wa­łaś pio­senkę fol­kową.

- Wła­śnie! Wszy­scy prze­gra­li­śmy, bo wygrał dzie­ciak-brzu­cho­mówca z pta­kiem dodo - przy­po­mina sobie Elf. - Prze­pra­szam, że cię nie pozna­łam.

- Cóż. To był jeden z tych dni, o któ­rych wolał­bym zapo­mnieć. A oprócz tego jesz­cze w zeszłym mie­siącu pra­co­wa­łem w kawiarni Etna na D'Arblay Street. Przy­cho­dzi­łaś cał­kiem czę­sto, ale mnie zwy­kle zasła­niały eks­presy do kawy, więc pew­nie nie zwra­ca­łaś na mnie uwagi.

- Oba­wiam się, że nie. Dla­czego nie wysze­dłeś zza eks­pre­sów i nie zaga­da­łeś: "Hej, to ja, ten z prze­słu­cha­nia do Tha­mes TV"?

Dean bada wła­sne dło­nie.

- Chyba się wsty­dzi­łem.

Elf nie wie, co na to odpo­wie­dzieć.

- Jesteś bar­dzo szczery.

- Mówią na mnie Griff - przed­sta­wia się ten roz­czo­chrany z wąsami. - Gram na bęb­nach. Naj­bar­dziej podo­bały mi się "Pola­roid Eyes". Boskie. - Ewi­dent­nie jest z pół­nocy Anglii. - A ten tutaj... - ruchem głowy Griff wska­zuje wyso­kiego, chu­dego rudzielca - ...to Jasper de Zoet. Trudno uwie­rzyć, ale naprawdę tak się nazywa.

Jasper ści­ska dłoń Elf, jakby wyko­ny­wał pole­ce­nie.

- Ni­gdy wcze­śniej nie pozna­łem nikogo o imie­niu Elf. - Ma akcent z wyż­szych sfer.

- "El" jest z Eli­za­beth, a "F" z Fran­ces. Moja sio­stra Bea zaczęła tak na mnie mówić, kiedy była mała, i już tak zostało.

- Pasuje - oce­nia Jasper. - Masz głos jak elf. Gra­łem "Oak, Ash and Thorn" ze sto razy. Twoje nagra­nie "Króla Tra­fal­garu" ma zdu­mie­wa­jącą... - pal­cem kre­śli w powie­trzu spi­ralę - ...psy­cho­aku­stykę. Jest takie słowo?

- Psy­cho­aku­styka? Być może - odpo­wiada Elf i dodaje swo­bod­nie: - Jeżeli jest, rymuje się z "tłu­sty kat".

Jasper patrzy na nią z ukosa.

- A wręcz ze "zło­to­usty kat".

Ooo, myśli Elf. Ktoś jesz­cze pisze tu tek­sty.

Levon zdej­muje oku­lary.

- Mamy pro­po­zy­cję, Elf.

- W porządku. Skoro jeste­ście zna­jo­mymi Andy'ego, posłu­cham.

- To ja już was zosta­wię. - Andy wrę­cza jej kopertę. - Gaża za dzi­siaj. Stawka jak dla duetu. Zaro­bi­łaś na nią. - Andy wymyka się z maga­zynku.

- Naj­pierw powiem ogól­nie, o co cho­dzi. - Levon Fran­kland zamyka za Andym drzwi. - Jestem mena­dże­rem arty­stów. Wycho­wa­łem się w Toronto, ale potem wyje­cha­łem do Nowego Jorku, bo chcia­łem zostać gigan­tem folku. I swe­try z gol­fem mia­łem, jak trzeba, ale wszyst­kiego innego jed­nak mi bra­ko­wało, więc przez jakiś czas pra­co­wa­łem na Tin Pan Alley5. Naj­pierw dla wydawcy, potem dla agenta kon­cer­to­wego, który wyszu­ki­wał zespoły "Bri­tish Inva­sion". Do Lon­dynu przy­je­cha­łem cztery lata temu, żeby się opie­ko­wać paroma ame­ry­kań­skimi arty­stami na tra­sach kon­cer­to­wych po Anglii, i już tu zosta­łem. Byłem też chłop­cem na posyłki u Mic­kiego Mosta, potem zają­łem się wyszu­ki­wa­niem mło­dych talen­tów, a dzi­siaj repre­zen­tuję arty­stów. Można powie­dzieć, że w branży robi­łem już wszystko. Ludzie róż­nie o mnie mówią. Ni­gdy nie biorę tego do sie­bie. Papie­rosa?

- Chęt­nie - przy­staje na jego pro­po­zy­cję Elf.

Levon czę­stuje zgro­ma­dzo­nych roth­man­sami.

- Pod koniec zeszłego roku byłem na kola­cji z dwoma panami - Fred­dym Dukiem i Howiem Sto­ke­rem. Freddy orga­ni­zuje trasy kon­cer­towe, ma agen­cję na Den­mark Street. Pocho­dzi ze sta­rej szkoły, ale jest otwarty na nowe pomy­sły. Howie jest ame­ry­kań­skim inwe­sto­rem, który nie­dawno nabył Van Dyke Talent, śred­niej wiel­ko­ści agen­cję pro­mo­cyjną z Nowego Jorku. Wielki plan Freddy'ego i Howie'ego pole­gał - polega - na tym, żeby połą­czyć obie firmy w jedną agen­cję z sie­dzi­bami po obu stro­nach Atlan­tyku. Wtedy będą mogli zaj­mo­wać się bry­tyj­skimi arty­stami zain­te­re­so­wa­nymi wystę­pami w Sta­nach i vice versa. Zagra­niczne trasy kon­cer­towe to pola minowe, jeśli się nie zna lokal­nej spe­cy­fiki. Przez bran­żowe prze­pisy związ­kowe czło­wie­kowi ode­chciewa się żyć. Dla­tego Freddy i Howie zwró­cili się do mnie z nowym pomy­słem. Mia­no­wi­cie, czy chciał­bym zało­żyć nie­wielką staj­nię arty­stów, nagrać ich demo, być ich mena­dże­rem, zawie­rać w ich imie­niu umowy z wytwór­niami i kon­trakty pły­towe, orga­ni­zo­wać im trasy kon­cer­towe przez Duke-Sto­ker oraz budo­wać ich roz­po­zna­walną markę. Dzia­łał­bym w ramach biura na Den­mark Street, ale miał­bym arty­styczną auto­no­mię. Duke-Sto­ker daliby mi kapi­tał na start i przez rok wypła­cali pen­sję w zamian za - sto­sun­kowo skromny - udział w przy­szłych zyskach. Doszli­śmy do poro­zu­mie­nia, jesz­cze zanim kel­ner zapro­po­no­wał desery. I tak oto naro­dziło się Moon­whale Music.

- Nowe wytwór­nie wyra­stają jak grzyby po desz­czu - zauważa Elf.

- I więk­szość z nich prze­trwa tyle, ile grzyby. - Levon zaciąga się papie­ro­sem. - Pod­pi­szą kon­trakt z pierw­szą lep­szą bandą mło­dzień­ców w gar­ni­tu­rach we wzorki spo­tkaną na Car­naby Street, kapi­tał im się rozej­dzie na opłaty za stu­dia nagra­niowe, nie uda im się zdo­być czasu ante­no­wego i utoną w dłu­gach w ciągu roku. Dla­tego ja chcę zmon­to­wać zespół oso­bi­ście. Żad­nych zbio­ro­wych prze­słu­chań. I zanim ruszymy z kon­cer­tami, będziemy grać próby, żeby­śmy od samego początku sprze­da­wali dosko­nałą jakość. A co naj­bar­dziej rewo­lu­cyjne, zamie­rzam odda­wać moim arty­stom spra­wie­dliwy kawa­łek tortu, a nie kraść tort i uda­wać, że żad­nego w ogóle nie było.

- Nowa­tor­skie podej­ście - przy­znaje Elf. - A o jakim zespole myślisz?

- Zespół stoi przed tobą - mówi Griff. - Dean na basie, Jasper na pro­wa­dzą­cej, ja na bęb­nach. Dean i Jasper oprócz tego śpie­wają i piszą.

- Bra­kuje nam kogoś na kla­wi­szach - wyja­śnia Jasper.

Ofe­rują mi pracę, myśli Elf.

- Kogoś na kla­wi­szach, kto do tego pisze - dorzuca Levon. - Więk­szość zespo­łów nie daje rady wypo­cić tyle przy­zwo­itego mate­riału, żeby wystar­czył na całą płytę. Ale jeśli Dean, Jasper i jesz­cze ktoś trzeci napi­szą po trzy, cztery pio­senki, uło­żymy całą płytę z naszych ory­gi­nal­nych utwo­rów.

- Znasz może kogoś, kto by się nada­wał? - pyta Dean.

- Kogoś z odpo­wied­nią psy­cho­aku­styką? - dodaje Levon. - Kto potrafi zagrać solo na orga­nach i riffy na pia­ni­nie?

- Czuję się nakła­niana, żeby rzu­cić wszystko i ruszyć w nie­znane - mówi Elf. - Upew­nię się jesz­cze: nie jeste­ście grupą fol­kową?

- Nie jeste­śmy - potwier­dza Levon. - Fol­kowy duch będzie twoją działką. Dean ma wraż­li­wość blu­esową, Griff grał jazz, a Jasper to...

Wszy­scy spo­glą­dają na rudzielca.

- To cho­ler­nie sprawny gita­rzy­sta - stwier­dza Dean. - I mówię to pomimo faktu, że jest moim gospo­da­rzem, a nie dla­tego, że nim jest.

- Myśla­łem, że gospo­darz to ktoś, komu pie­nią­dze się płaci, a nie od niego poży­cza - zauważa Griff z kpiną.

- Elf, sły­szę w gło­wie, jak świet­nie byście wszy­scy brzmieli - mówi Levon. - Pro­szę tylko o to, żebyś coś z chło­pa­kami zagrała. Mamy salę prób w barze na Ham Yard. Po pro­stu... zobaczmy, jak wyj­dzie.

- Jeśli podróż w nie­znane ci się nie spodoba, do domu będziesz miała kwa­drans na pie­chotę - dodaje Dean.

Elf zaciąga się papie­ro­sem.

- Nazy­wa­cie się jakoś?

- Myśle­li­śmy o "The Way Out" - mówi Levon.

- Ale klamka jesz­cze nie zapa­dła - uspo­kaja ją Dean.

To dobrze.

- A skoro jeste­ście grupą nie-fol­kową, to jaką?

- Kalej­do­sko­pową - mówi Jasper. - Hete­ro­ge­niczną. Lukul­lu­sową.

- W dzie­ciń­stwie zjadł słow­nik - wyja­śnia Dean.

Elf pró­buje jesz­cze raz.

- Okej, chce­cie brzmieć jak kto?

Trzej muzycy odpo­wia­dają uni­sono:

- Jak my.

Darkroom / Ciemnia

Klub UFO wibruje, gdy Pink Floy­dzi usta­wiają kurs statku na sam śro­dek tar­czy pul­su­ją­cego słońca. Mecca tań­czy, patrząc na niego. Ma oczy nie­bie­skie jak Ber­lin. Meduzy kolo­ro­wego świa­tła roz­mna­żają się i uno­szą, falu­jąc na tań­czą­cych syl­wet­kach, a myśli Jaspera płyną. Abra­ka­da­bra! To chło­piec, może damy mu na imię Jasper? Skąd aku­rat to imię? Na pamiątkę przy­ja­ciela? Od jaspisu? Po daw­nym kochanku? To wie tylko matka Jaspera, a ona śpi w skrzyni na dnie morza u wybrzeży Egiptu. Przy­by­wamy, widzimy, zosta­jemy, aż Śmierć zdmuch­nie naszą świeczkę... Dużo wię­cej nas było tam, skąd przy­by­li­śmy. Milion na kro­plę esen­cji życia. Śle­dze­nie nas wszyst­kich dopro­wa­dzi­łoby Boga do obłędu. Na sce­nie Syd Bar­rett prze­ciąga grze­bie­niem po stru­nach fen­dera w otwar­tym stroju. Samica pte­ro­dak­tyla daje upust roz­pa­czy. Syd nie jest wir­tu­ozem, to prawda, ale z powo­dze­niem nad­ra­bia to sce­niczną cha­ry­zmą i chmurną, baj­ro­niczną urodą. Tym­cza­sem oświe­tle­nio­wiec Hoppy wci­ska inny guzik i teraz po ścia­nach prze­cha­dzają się samu­ra­jo­wie Kuro­sawy. Słynny pokaz świetlny w klu­bie UFO. Dłoń Jaspera od pew­nego czasu kre­śli ósemki: "8" to nie­skoń­czo­ność, która się pod­nio­sła. Docie­rają do niego słowa, rwane i pełne trza­sków jak fale radiowe o zmierz­chu... "Gdyby bramy per­cep­cji zostały otwarte, wszystko obja­wi­łoby się czło­wie­kowi takie, jakie jest, nie­skoń­czone. Czło­wiek żyje bowiem w zamknię­ciu i patrzy na wszystko przez wąskie szcze­liny swej jaskini"6. Kto to powie­dział? Wiem, że nie ja. Puk-Puk? Albo jakiś przo­dek? Lazu­rowa meduza świa­tła prze­pływa nad Ric­kiem. Rick Wri­ght gra na kla­wi­szach - na far­fi­sie - ma fio­le­towy kra­wat do żół­tej koszuli. Pink Floy­dzi pod­pi­sali mie­siąc temu kon­trakt z EMI. Ten tydzień spę­dzili na Abbey Road. Rick opo­wia­dał Jaspe­rowi: "Inży­nier dźwięku ze stu­dia B zaszedł do nas i mówi: "W stu­diu obok chłopcy aku­rat mają prze­rwę - chce­cie się przy­wi­tać?". Więc poszli­śmy. John robił sobie jaja, Geo­rge'a bolał ząb, Ringo opo­wie­dział nam spro­śny dow­cip". Słu­chali pio­senki Paula pod tytu­łem "Lovely Rita, Meter Maid". Mecca zbliża się w tańcu. Sylaby jej mowy pod­nie­cają jego ucho:

- Ich bin bereit abzu­he­ben.

Nie­miecki Jaspera jest nieco zaku­rzony, choć Mecca ściera ten kurz z każdą cenną godziną.

- Czu­jesz odlot?

Fak­tycz­nie, meta­kwa­lon zaczyna dzia­łać. Bram­ka­rze w lobby klubu sprze­dają naj­czyst­sze pro­chy w Lon­dy­nie, i wła­śnie teraz i się zaczyna, i się zaczyna - - - - - - - - -

***

...ciało Jaspera pozo­staje w miej­scu, tań­czy w klu­bie UFO przy Tot­ten­ham Court Road, ale jego myśli wystrze­liły jak z procy i lecą, naj­pierw wokół nawad­nia­nego Marsa, a potem dalej, coraz dalej, do poże­ra­ją­cego wła­sne potom­stwo Saturna; a potem jesz­cze zuchwa­lej, wytrwa­lej, wspa­nia­lej, osią­ga­jąc pręd­kość świa­tła, gdzie czas i prze­strzeń się zesta­lają, i znowu sły­chać ten chra­pliwy głos: "Chwała Pań­ska zewsząd ich oświe­ciła, tak że bar­dzo się prze­stra­szyli. Lecz anioł rzekł do nich: zapnij­cie pasy, przy­jem­nej podróży7". Teraz biblijna, bez­gwiezdna czerń. Ogon komety, srebrna nić, która się roz­plata i roz­wija. Puk puk. Kto tam? Nie, nie odpo­wia­daj. Zamiast tego pomyślmy o czymś bar­dziej roz­sąd­nym i nie­su­ge­ru­ją­cym obłędu. Nick Mason gra na bęb­nach. Bębny ist­niały jesz­cze przed nami. Rytm serc naszych matek. Mecca wyla­tuje w ponie­dzia­łek wie­czo­rem. Ame­ryka połknie ją, jak wie­lo­ryb Jona­sza. Teraz pul­su­jemy w rytm basu Rogera, ric­ken­bac­kera fire­glo. Uśmiech na twa­rzy Rogera Watersa jest jak płaszcz i zara­zem szpada. Twarz Mekki staje się wklę­sła. Wydłuża się i okrąża Jaspera. "Krze­wiłby się mój zapał do roślin podobny roz­le­glej niż impe­ria i powol­niej od nich8". Jej twarz odbija jego twarz, a jego jej, a które odbi­cie kie­dy­kol­wiek zga­dło, że jest odbi­ciem? Jasper pyta:

- Naprawdę myślisz, że rze­czy­wi­stość jest tylko lustrem dla cze­goś innego?

Odpo­wiedź Mekki spływa z opóź­nie­niem z jej wosko­wych chło­pię­cych warg:

- Ja, bestimmt. Dla­tego foto­gra­fia jest bar­dziej praw­dziwa niż to, co przed­sta­wia. - Jasper kła­dzie jej dłoń na swoim sercu. Twarz Mekki z powro­tem staje się nor­malna. - Gra­tu­la­cje, czuję, jak kopie. Kiedy masz ter­min?

- Pomyśl­nie prze­sze­dłem roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną?

- Złapmy jakąś tak­sówkę.

***

Czarna tak­sówka czeka przed klu­bem na ulicy.

- Blac­klands Ter­race w Chel­sea. Naprze­ciwko księ­garni Johna San­do­esa - mówi Mecca kie­rowcy.

Prze­la­tują obok nich ciemne ulice. Amster­dam zawija się wokół sie­bie. Lon­dyn się roz­wija, roz­wija, roz­wija. Mecca trzyma go za rękę, cał­kiem nie­win­nie. W nie­wielu oknach pali się świa­tło. Jasper na­dal sły­szy bęb­nie­nie. Z odro­biną Pink Floy­dów zaje­dziesz daleko. Tak­sówka się zatrzy­muje.

- Reszty nie trzeba - mówi Mecca.

Wietrzna noc, chod­nik, zamek Yale, schody, kuch­nia, przy­ćmiona lampka.

- Wezmę prysz­nic - mówi Mecca.

Jasper siada za sto­łem. Mecca po chwili wraca, ubrana dużo bar­dziej skąpo niż wcze­śniej. To było zapro­sze­nie. Biorą razem prysz­nic. Póź­niej są w łóżku. Potem zalega cisza. A jesz­cze póź­niej jakaś cię­ża­rówka z łosko­tem prze­jeż­dża gdzieś ulicę czy dwie dalej. Na Chel­sea High Street? Moż­liwe. Mecca śpi. Na ple­cach ma wypu­kłe zna­mię. Jaspe­rowi przy­cho­dzi na myśl Ayers Rock. Prze­szłość i przy­szłość zle­wają się w jedno. Jasper stoi na tara­sie obser­wa­cyj­nym z wido­kiem na zatokę ponad domami, szczy­tami dachów i skła­dami towa­ro­wymi. Kano­nada z dział. To musi być jakiś film. W jego zmy­sły ude­rza z wielką siłą stac­cato wybu­chów. Niebo huśta się w lewo i w prawo. Zaczy­nają nagle uja­dać wszyst­kie psy, a wrony osza­lały. Krępy męż­czy­zna w stroju z epoki napo­le­oń­skiej opiera się o balu­stradę i spo­gląda przez tele­skop ku morzu. Jasper pyta go, czy to sen, czy też może pigułka, którą połknął w UFO, nie była zwy­kłą amfe­ta­miną.

Czło­wiek z tele­sko­pem pstryka pal­cami. Trrr-trrr. Jasper idzie ulicą. Dociera do stan­cji w Lyme Regis, którą pro­wa­dzi jego ciotka. Wujek w wózku inwa­lidz­kim mówi: "Zosta­wi­łeś nas, bo zachciało ci się lep­szego życia, pamię­tasz? To teraz zjeż­dżaj!".

Pstryk. Trrr-trrr. Jasper mija Swaf­fham House na tere­nie szkoły imie­nia Biskupa Ely. Dyrek­tor szkoły stoi w drzwiach jak ochro­niarz na bramce. "Dalej, dalej, tu nic nie znaj­dziesz".

Pstryk. Trrr-trrr. Pub The Duke of Argyll na Great Wind­mill Street. Jasper zagląda przez rżnięte szybki. Za sto­łem sie­dzą Elf, Dean, Griff, on sam i Mecca. "Dla czę­ści moich zna­jo­mych "The Way Out" brzmi jak tytuł porad­nika dla samo­bój­ców" - mówi Elf. - "A dla pozo­sta­łych jak motto życia hipisa. Gdy­by­śmy mieli teraz wybrać zupeł­nie nową nazwę, jesz­cze raz, od początku, to jaką byśmy wybrali?". Wszy­scy wpa­trują się w oko Jaspera przy szybce, łącz­nie z samym Jaspe­rem za sto­łem.

Pstryk. Trrr-trrr. Śnieg jak ze snu albo wiru­jące kwiaty, a może wyszy­wane złotą nicią ćmy prze­sła­niają Jaspe­rowi widok. Zgu­bił się w Soho, w labi­ryn­cie ulic jesz­cze gęst­szym niż ten praw­dziwy. Szuka jakie­goś znaku. Znak powoli wyła­nia się z mroku, w miarę jak ciem­ność roz­ja­śnia się i wyostrza. Tablica z nazwą ulicy, zupeł­nie jak te w Lon­dy­nie, głosi: uto­pia ave­nue. Pstryk. Trrr-trrr...

***

Z liter two­rzy się słowo P-E-N-T-A-X, zale­d­wie kilka cali przed jego twa­rzą. Pstryk. Dźwięk prze­wi­ja­nej kli­szy w apa­ra­cie - trrr-trrr. Mecca ma na sobie kre­mowy swe­ter do kolan, z gru­bej wełny. Kadruje kolejne zdję­cie. Pstryk. Trrr-trrr. Przez okno dachowe nad jej głową widać brudne niebo. Wrony fru­wają w kółko jak skar­pety w suszarce. Co jesz­cze? Koc. Zaschłe chu­s­teczki. Komi­nek elek­tryczny. Dywan. Ubra­nie Jaspera. Czarno-białe zdję­cia, dzie­siątki foto­gra­fii przy­pię­tych do ścian. Chmury w kału­żach, uko­śne pro­mie­nie słońca, ludzie w metrze, klo­szar­dzi, psy, graf­fiti, śnieg zawie­wany przez wybitą szybę, kochan­ko­wie w progu, na wpół zatarte napisy na nagrob­kach, i każdy inny okruch Lon­dynu, który zwró­cił uwagę Mekki tak, że pomy­ślała: "Chcę cię zacho­wać". Pstryk. Trrr-trrr.

Mecca opusz­cza pen­taxa i siada po turecku.

- Dzień dobry.

- Widzę, że wcze­śnie zaczy­nasz pracę.

- Oczy ci... - Mecca nie znaj­duje odpo­wied­niego słowa - ...ruszały się bar­dzo szybko pod powie­kami. Mia­łeś sen?

- Ow­szem.

- Może ułożę cię w serię: "De Zoet - sen; de Zoet - prze­bu­dze­nie". Albo dam tytuł "Raj utra­cony". - Mecca wciąga gra­na­towe skar­pety. - Śnia­da­nie jest na dole. - Wycho­dzi.

Jasper zasta­na­wia się, czy on i Mecca na­dal są kochan­kami, czy też może miniona noc była ich pierw­szą i ostat­nią. Nie śpie­szy się przy wkła­da­niu ubra­nia i przez kilka minut uważ­nie ogląda foto­gra­fie Mekki.

***

Mecca je miskę płat­ków w służ­bo­wej kuchence i prze­gląda żur­nal mody. Elek­tryczny czaj­nik szumi i gwiż­dże. Przez żalu­zje Jasper wygląda na cichy zaułek w Chel­sea. Podmu­chy wia­tru zaga­niają suche liście w stado, tar­gają wierzbę i wygi­nają para­sol księ­dza. W dru­gim końcu kuchenki jest bal­ko­nik z niską balu­stradą. Jasper pod­cho­dzi do barierki i patrzy w dół na duże ate­lier z masą kotar, roz­wi­nię­tych rolek tła, lamp, sta­ty­wów. Są też usta­wione do zdję­cia bele siana, o które stoją oparte dwie gitary aku­styczne. Jasper powta­rza to, co Dean powie­dział po wej­ściu do miesz­ka­nia przy Che­twynd Mews.

- Cał­kiem fajny kwa­drat.

- Jaki kwa­drat? - pyta Mecca.

- Lokum. Miesz­ka­nie, kawa­lerka.

- Dla­czego kwa­drat? Prze­cież nie zawsze to kwa­drat.

- Nie mam poję­cia. Nie ja wymy­śli­łem nasz język.

Mecca robi minę, któ­rej Jasper nie potrafi odczy­tać.

- Od ponie­działku do soboty jest tu mój szef Mike i modelki, i per­so­nel. Ja jestem od czarna robota - poma­gam przy sesjach, dużo tego. Mam "kwa­drat" za darmo, od Mike'a mam kli­szę i ciem­nię.

- Twoje zdję­cia są wyjąt­kowe.

- Dzię­kuję. Cią­gle jesz­cze się uczę.

- Jest tam jedna seria zdjęć jakiejś pikiety.

- Straj­ku­jący doke­rzy z East Endu.

- Jak ich prze­ko­na­łaś, żeby ci pozo­wali?

- Po pro­stu. "Prze­pra­szam, jestem foto­grafka z Nie­miec, mogę zro­bić panu zdję­cie?". Kilku odpo­wie: "Spie­przaj". Jeden rzuci: "Masz, zrób zdję­cie mój kutas, miss Hitler". Więk­szość powie: "Okej". Kiedy ktoś robi ci zdję­cie, to jakby mówił: "Ist­nie­jesz".

- Zupeł­nie jakby tu byli - mówi Jasper. - Jakby patrzyli na obser­wa­tora, jakby usi­ło­wali usta­lić, czy jesteś przy­ja­cie­lem, czy wro­giem. A prze­cież to tylko reak­cja che­miczna na papie­rze. Foto­gra­fia jest dziwną ilu­zją.

- W czwar­tek na "kwa­dra­cie" Heinza gra­łeś hisz­pań­ska pio­senka.

Czaj­nik wydaje teraz prze­cią­gły gar­dłowy pomruk.

- "Astu­rias" Isa­aca Albéniza.

- Wła­śnie. Dosta­łam Gänsehaut... gęsia skórka, tak?

- Zga­dza się.

Czaj­nik zago­to­wał wodę i wyłą­cza się z kli­kiem.

- Muzyka to tylko wibra­cje powie­trza. Czemu te wibra­cje wywo­łują fizyczne reak­cje? To dla mnie tajem­nica.

- Tego, jak działa muzyka, czyli całej teo­rii i prak­tyki, można się nauczyć. - Jasper pod­waża wieczko puszki z kawą. - Ale dla­czego działa, Bóg jeden wie. A może nawet sam Bóg nie wie.

- Czyli tak samo jak foto­gra­fia. Sztuka to para­doks. Nie ma sens, ale sama jest sens. Ta kawa sma­kuje jak kocie siki. Her­bata jest lep­sza.

Jasper zapa­rza dzba­nek her­baty i sta­wia na stole.

- Dokąd będziesz stąd jechał? - pyta Mecca.

- Mam próbę zespołu o dru­giej. W Soho.

- Dobrzy jeste­ście?

- Wydaje mi się, że coraz lepsi. - Jasper dmu­cha na her­batę w kubku. - Zaczę­li­śmy grać razem dopiero mie­siąc temu, więc cią­gle jesz­cze szu­kamy wła­snego brzmie­nia. Levon chce, żeby­śmy mieli pro­gram dzie­się­ciu per­fek­cyj­nych kawał­ków, zanim zaczniemy grać kon­certy. Jak mówi, dąży do tego, żeby­śmy wysko­czyli z głowy Zeusa w pełni ukształ­to­wani.

Mecca roz­gryza łyżkę płat­ków śnia­da­nio­wych.

- To twój ostatni dzień w Anglii, więc pew­nie musisz się poże­gnać z mnó­stwem osób. Ale jeśli masz wolne, zapra­szam do nas.

Pół­u­śmiech na twa­rzy Mekki na pewno coś ozna­cza.

- Kolejna randka?

Jasper boi się, że źle ten uśmiech zro­zu­miał.

- Jeśli to nie jest zbyt obce­sowa pro­po­zy­cja.

- "Obce­sowa"? - Mecca może jest roz­ba­wiona. - Przed chwilą upra­wia­li­śmy seks. Tro­chę już za późno na "obce­sowa".

- Prze­pra­szam. Nie umiem roze­znać się w zasa­dach. Szcze­gól­nie jeśli cho­dzi o kobiety.

- Naprawdę znamy się dopiero dwa dni i trzy noce?

- A co?

Mecca dmu­cha na swoją her­batę.

- Mam wra­że­nie, że znacz­nie dłu­żej.

***

Dwa dni i trzy noce temu Heinz For­mag­gio otwo­rzył drzwi swo­jego miesz­ka­nia przy łuku uliczki w zamoż­nej oko­licy Regent's Park. Miał na sobie gar­ni­tur, kra­wat z wyszy­tymi alge­bra­icz­nymi wzo­rami, a na nosie groź­nie wyglą­da­jące oku­lary.

- De Zoet! - Objął sta­rego kum­pla ze szkoły uści­skiem, który Jasper dziel­nie wytrzy­mał. - Wie­dzia­łem, że to ty. Kiedy inni ludzie naci­skają domo­fon, prze­waż­nie dzwo­nią po pro­stu dłu­gim trrrrrrrrrrrr, a ty zadzwo­ni­łeś trrut-tidley-trrut-trrut trrut-trrut. Boże, ale strze­chę zapu­ści­łeś! Włosy nosisz dłuż­sze niż moja sio­stra.

- Masz więk­sze zakola - odparł Jasper. - I przy­ty­łeś.

- Tak­towny jak zawsze. Ale nie­stety, co do mojej wagi masz rację. Wła­śnie odkry­wam, że absol­wenci Oxbridge jadają po kró­lew­sku. - Na kory­tarz wylał się gwar roz­mów gości oraz My Favo­urite Things Johna Col­trane'a. For­mag­gio zabez­pie­czył drzwi przed zatrza­śnię­ciem i wyśli­zgnął się na kory­tarz.

- Zanim wej­dziemy do środka... jak zdro­wie?

- W listo­pa­dzie byłem prze­zię­biony i mam łusz­czycę na łok­ciu.

- Pytam o Puk-Puka.

Jasper zawa­hał się. Nie odwa­żył się podzie­lić gło­śno swoim podej­rze­niem z nikim w zespole.

- Myślę, że Puk-Puk do mnie wraca.

For­mag­gio świ­dro­wał go wzro­kiem.

- Na jakiej pod­sta­wie tak sądzisz?

- Sły­szę go. A przy­naj­mniej tak mi się wydaje.

- Sły­szysz puka­nie? Tak jak wcze­śniej?

- Jest jesz­cze dość słabe, nie jestem pewien. Ale... tak podej­rze­wam.

- Mówi­łeś o tym dok­to­rowi Gala­va­ziemu?

Jasper pokrę­cił głową.

- Jest już na eme­ry­tu­rze.

Z miesz­ka­nia For­mag­gia dobie­gła ich salwa śmie­chu.

- Masz tutaj jakieś lekar­stwa, gdy­byś potrze­bo­wał?

- Nie mam. - Spoj­rze­nie Jaspera powę­dro­wało po łuku kory­ta­rza pół­ko­li­stego budynku, w któ­rym wujek For­mag­gia miał dru­gie, rza­dziej uży­wane miesz­ka­nie. W kory­ta­rzu wisiała nie­przy­jem­nie duża liczba wiel­kich luster.

- Potrze­bo­wał­bym skie­ro­wa­nia do psy­chia­try. Boję się, co z takiej wizyty może wynik­nąć. Jeśli mnie tutaj zamkną, nie mam nikogo, kto by mnie wycią­gnął.

- Prze­cież dok­tor Gala­vazi mógłby chyba uru­cho­mić kon­takty w two­jej spra­wie?

Jasper nie był prze­ko­nany.

- Pomy­ślę nad tym.

- Pomyśl. - Czoło jego kum­pla się wygła­dziło. - A teraz wchodź. Wszy­scy chęt­nie zoba­czą na wła­sne oczy praw­dzi­wego pro­fe­sjo­nal­nego gita­rzy­stę.

- Na razie jestem raczej pół­pro­fe­sjo­nalny.

- Ale nikomu nie mów, chwa­li­łem się tobą. Jest tu też pewna nie­miecka foto­grafka. Kobieta, która podró­żuje po świe­cie! I do tego dość zja­wi­skowa. Wiem z wia­ry­god­nych źró­deł, że jest pie­kiel­nie zdolna. Łama­łem sobie głowę, kogo mi przy­po­mina, aż w końcu mnie olśniło - cie­bie, de Zoet. To kobieca wer­sja cie­bie. A do tego zdaje się, że jest do wzię­cia...

Jasper zasta­na­wiał się, dla­czego For­mag­gio mu to mówi.

***

Kola­cja u Heinza For­mag­gia była przy­ję­ciem bar­dzo wytwor­nym, aka­de­mic­kim i bez nar­ko­ty­ków - zupeł­nym prze­ci­wień­stwem spo­tkań muzy­ków, na któ­rych bywał Jasper od czasu przy­jazdu do Lon­dynu w listo­pa­dzie zeszłego roku. O pół­nocy obsługa kel­ner­ska już wyszła i pozo­stała tylko piątka gości. Jasper zamie­rzał wró­cić pie­chotą na Che­twynd Mews, ale zmie­nił zda­nie, ze względu na mróz, brandy, Kind of Blue Milesa Davisa, gra­wi­ta­cję oraz dywa­nik z owczej skóry. Odpły­nął w pół­drzemkę, a pozo­stali, roz­grzani winem, roz­pra­wiali o przy­szło­ści.

- Kapi­ta­lizm dogo­rywa, daję mu jesz­cze dwa­dzie­ścia lat - prze­wi­dy­wał sej­smo­log. - Z koń­cem wieku będziemy już mieli komu­ni­styczny rząd świa­towy.

Filo­zof odpo­wie­dział na to salwą liver­po­ol­skiego rechotu.

- Bred­nie! Impe­rium sowiec­kie jest moral­nym ban­kru­tem, odkąd świat dowie­dział się o guła­gach. Socja­lizm kona w przed­śmiert­nych drgaw­kach.

- No wła­śnie - zgo­dził się Kenij­czyk. - Bla­do­skóra ludz­kość ni­gdy nie podzieli się z nami wła­dzą. Wszy­scy się boicie: "A jeśli zro­bią z nami to samo, co my z nimi?".

- Bomba ato­mowa sta­wia pod zna­kiem zapy­ta­nia przy­szłość w jakim­kol­wiek kształ­cie - zazna­czył kli­ma­to­log. - Przy­szłość to napro­mie­nio­wane pust­ko­wie. Kiedy ludz­kość już wynaj­dzie jakąś broń, to jej używa.

- Z bombą wodo­rową może być ina­czej - wtrą­ciła Mecca, foto­grafka. Jaspe­rowi podo­bało się brzmie­nie jej głosu, jakby ktoś grał szczo­tecz­kami na taler­zach per­ku­sji. - Gdy­byś użył takiej broni, to jeśli prze­ciw­nik też ją ma, twoje dzieci rów­nież zginą.

- Śmieszni wszy­scy jeste­ście - ode­zwał się eko­no­mi­sta. - Może jesz­cze zacznie­cie mówić o kolo­niach na Mar­sie? O tele­fo­nach z tele­wi­zor­kiem? O sil­nicz­kach odrzu­to­wych w ple­ca­kach, o srebr­nych stro­jach i robo­tach, które mówią "przy­ją­łem" zamiast "tak"?

Kenij­czyk par­sk­nął śmie­chem.

- Założę się, że powstaną inte­li­gentne roboty, które w końcu zro­zu­mieją, że gatu­nek Homo sapiens roz­mnaża się jak kró­liki i zabija Zie­mię. Dla­tego podejmą roz­sądną decy­zję i użyją naszej broni, żeby nas uni­ce­stwić.

- A co powie nasz muzyk? - zapy­tał kli­ma­to­log. - Dokąd pro­wa­dzi nas przy­szłość?

- Tego nie wie nikt. - Jasper zmu­sił się, żeby usiąść pro­sto. - Prze­cież kto mógł pół wieku temu prze­wi­dzieć Hiro­szimę, Dre­zno, bom­bar­do­wa­nie Lon­dynu, Sta­lin­grad, Auschwitz? Ber­lin podzie­lony murem na pół? Tele­wi­zję? Wyzwo­le­nie zależ­nych kolo­nii? Wojnę w Wiet­na­mie mię­dzy Chi­nami i Ame­ryką? Elvisa Pre­sleya? Sto­ne­sów? Stoc­khau­sena? Jodrell Bank? Pla­stiki? Lekar­stwa na polio, odrę, syfi­lis? Wyścig w kosmo­sie? Teraź­niej­szość jest jak kur­tyna. Więk­szość z nas nic za nią nie widzi. A jeśli ktoś coś zoba­czył - dzięki łutowi szczę­ścia czy zdol­no­ści prze­wi­dy­wa­nia - zmie­nił to przez sam fakt obser­wa­cji. Wła­śnie dla­tego przy­szłość jest nie­zba­dana. Kon­sty­tu­tyw­nie. Rudy­men­tar­nie. Lubię przy­słówki.

Skoń­czyły się "Fla­menco Sket­ches". Long­play wyłą­czył się z kli­kiem. Gęsta cisza opły­wała ich z plu­skiem.

- Straszna lipa, Jasper - stwier­dził filo­zof. - Chcie­li­śmy poznać twoją pro­gnozę, ale barw­nymi słowy powie­dzia­łeś tylko "nie mam poję­cia".

Jasper nie miał w sobie ener­gii na dys­puty z filo­zo­fami. Pod­niósł gitarę For­mag­gia i zapy­tał:

- Mogę?

- Nie musi pan pytać, maestro - odparł For­mag­gio.

Jasper zagrał "Astu­rias" Isa­aca Albéniza. Gitara For­mag­gia nie była naj­lep­sza, ale czar melo­dii koły­sał jak księ­życ, pra­żył jak słońce, burzył krew, a kiedy Jasper skoń­czył, nikt się nie poru­szył.

- Za pięć­dzie­siąt lat - powie­dział Jasper - czy za pięć­set, czy za pięć tysięcy muzyka na­dal będzie miała na ludzi taki sam wpływ, jak teraz na was. Taka jest moja pro­gnoza. Zro­biło się późno.

***

Jasper obu­dził się na kana­pie wujka For­mag­gia. Poszedł do kuchni, nalał sobie kubek mleka, zapa­lił papie­rosa, usiadł przy mokrym od desz­czu oknie i przy­glą­dał się nagim ciem­nym drze­wom rosną­cym wzdłuż pół­ko­li­stej uliczki. Traw­niki były upstrzone kro­ku­sami. Mle­czarz w cera­to­wym kape­lu­szu wymie­niał po kolei na każ­dym progu puste butelki na pełne, a ich foliowe kap­sle przy­kry­wał sło­ikiem po dże­mie, żeby ptaki nie dostały się do mleka.

- Ranny z cie­bie pta­szek - przy­wi­tała go Mecca, chuda, blada dziew­czyna. Miała na sobie czarną aksa­mitną kurtkę. Spra­wiała wra­że­nie goto­wej do wyj­ścia.

Jasper nie był pewien, co ma powie­dzieć.

- Dzień dobry.

- Pięk­nie grasz na gita­rze.

- Sta­ram się.

- Gdzie się uczy­łeś?

- W róż­nych salach lek­cyj­nych przez sześć czy sie­dem lat.

Twarz Mekki przy­brała trudny do odczy­ta­nia wyraz.

- Odpo­wie­dzia­łem dziw­nie? Prze­pra­szam.

- Nie ma sprawy. Heinz mówił wczo­raj, że jesteś bar­dzo wörtlich. Dosłow...ny?

- Dosłowny. Pró­buję nie być, ale to nie­ła­twe. Masz kojący głos. Jak sta­lowe szczotki na taler­zach.

Twarz Mekki przy­brała znowu ten sam wyraz, co chwilę wcze­śniej.

- To też było dziwne, prawda?

- Sta­lowe szczotki na taler­zach. Miłe.

Zapy­taj ją, myśli Jasper.

- Znasz Pink Floy­dów?

- Paru asy­sten­tów Mike'a wspo­mi­nało o tej gru­pie.

- Grają jutro wie­czo­rem w UFO. Znam Joe'ego Boyda, mena­dżera klubu. Jeśli chcia­ła­byś pójść, wpu­ści nas.

Brwi Mekki się unio­sły. Zdzi­wie­nie.

- To ofi­cjalna randka?

- Ofi­cjalna, nie­ofi­cjalna, randka, nie randka. Jak wolisz.

- Młoda kobieta w obce mia­sto musi być ostrożna.

- To prawda. Może naj­pierw spraw­dzisz mnie w roz­mo­wie przy kola­cji? Jeśli wydam ci się zbyt dziwny, możesz znik­nąć, kiedy pójdę do toa­lety. Nie będę miał pre­ten­sji. Nie jestem nawet pewien, czy umiem mieć pre­ten­sję.

Mecca się zawa­hała.

- Możesz mi dać swój numer tele­fonu?

***

Dwa dni i dwie noce póź­niej, w nie­dzielne połu­dnie, w barze Ho Kwok jest parno i gwarno, sły­chać chiń­skie słowa wyrzu­cane w bły­ska­wicz­nym tem­pie. Kotek z bia­łej por­ce­lany macha łapką i zapra­sza pomyśl­ność z Lisle Street do środka. Jasper i Mecca mają szczę­ście, bo dostali sto­lik przy oknie.

- Chi­na­town jest jak Soho - mówi Jasper. - Stwo­rzyli je przy­by­sze z innego kraju i panują tu inne zasady.

- Enklave. Po angiel­sku jest tak samo?

Jasper kiwa głową. Kel­nerka przy­nosi jaśmi­nową her­batę i bez słowa przyj­muje od nich zamó­wie­nie na zupę z won­to­nami. Za oknem prze­chod­nie pod­no­szą koł­nie­rze i opusz­czają ronda kape­lu­szy. Po dru­giej stro­nie ulicy, mię­dzy chiń­skim zie­la­rzem a pral­nią che­miczną, jakiś męż­czy­zna wyj­muje z taniego fute­rału sfa­ty­go­waną gitarę i wrzuca do pudła kilka monet z wła­snej kie­szeni. Zaczyna ostrym rif­fem i chra­pli­wie śpiewa począ­tek "Satis­fac­tion" Rol­ling Sto­ne­sów. Już przy dru­giej zwrotce zja­wiają się trzy chiń­skie bab­cie. Dzier­żąc mio­tły, prze­pę­dzają go: "Idzie! Idzie!". Muzy­kant pro­te­stuje: "To wolny kraj!", ale bab­cie zamia­tają chod­nik tuż przy jego butach. Kilka osób zatrzy­muje się i patrzy z roz­ba­wie­niem, a w tym cza­sie jakaś chuda dziew­czyna ucieka z drob­nia­kami zwę­dzo­nymi z fute­rału grajka. Ten rzuca się za nią w pościg, prze­wraca się, ląduje tuż przy kra­węż­niku i łamie gryf gitary. Wpa­truje się w poła­many instru­ment z nie­do­wie­rza­niem i roz­gląda w poszu­ki­wa­niu kogoś, komu mógłby się wyża­lić albo na niego zwa­lić, albo go zje­chać. Ale jest zupeł­nie sam. Gra­jek - były gra­jek - kuś­tyka z powro­tem do fute­rału, chowa do niego poła­maną gitarę i uty­ka­jąc, odcho­dzi w kie­runku Leice­ster Squ­are.

- He can't get no satis­fac­tion - zauważa Mecca.

- Powi­nien uważ­niej wybie­rać miej­sce. Nie można po pro­stu się roz­sta­wić byle gdzie i liczyć na szczę­ście.

- Czę­sto gry­wasz na ulicy?

- W Amster­da­mie, na placu Dam. W Lon­dy­nie jest więk­sze ryzyko. Jak sama widzia­łaś. Albo na przy­kład ludzie chcą się przy­łą­czać.

Kel­nerka przy­nosi ich zamó­wie­nie oraz cztery pla­sti­kowe pałeczki. Jasper pochyla twarz nad paru­jącą sadzawką z pie­roż­kami, wie­przo­winą, kapu­stą pekiń­ską i połówką jajka brą­zową od sosu sojo­wego. Para lekko roz­mywa ostre linie jego powiek. Pstryk, trrr-trrr. Jasper zerka z ukosa w okrą­głe oko pen­taxa Mekki. Pstryk, trrr-trrr. Mecca z powro­tem zakrywa obiek­tyw zaślepką.

- Ni­gdy nie bie­rzesz wol­nego? - pyta Jasper.

- Chcę mieć pamiątkę. Jesz­cze zanim twój zespół sta­nie się sławny.

- Ja też chcę mieć coś po tobie na pamiątkę. Poży­czysz mi apa­rat?

- A ty byś poży­czył komuś obcemu gitarę?

- Nie. Ale tobie bym poży­czył.

Mecca podaje mu pen­taxa. Jasper spo­gląda przez wizjer na gości restau­ra­cji, któ­rzy wcią­gają maka­ron, kiwają gło­wami, żar­tują, sie­dzą w mil­cze­niu. Prze­suwa kadr na Mech­thild Roh­mer, tę nie­zwy­kłą kobietę. Mecca posłusz­nie patrzy w obiek­tyw.

- Nie taką chcę cię zapa­mię­tać - mówi Jasper.

- A jaką?

- Wyobraź sobie, że byłaś dwa lata w Sta­nach. Wyobraź sobie, że w końcu wra­casz do kraju. Że dzwo­nisz do drzwi rodzi­ców. Nie spo­dzie­wają się cie­bie. To nie­spo­dzianka. Wyobraź sobie, że sły­szysz ich kroki w przed­po­koju... - Twarz Mekki się zmie­nia, ale na­dal nie jest taka, na jaką czeka Jasper. - Sły­szysz dźwięk odsu­wa­nej zasuwki. Widzisz miny rodzi­ców, kiedy cię roz­po­znają w progu.

Pstryk, trrr-trrr.

***

Ści­szone rim-shoty Griffa, roz­ko­ły­sane boogie-woogie Elf i bas Deana dobie­gają gło­śniej, kiedy Jasper na trze­cim pię­trze otwiera drzwi z napi­sem "Club Z". Grupa gra dwu­na­sto­tak­towe blu­esowe mon­strum autor­stwa Deana, "Aban­don Hope9". Mecca się waha.

- Jesteś pewien, że nie będą mieli nic naprze­ciw?

- Dla­czego mie­liby mieć?

- Nie znają mnie.

Jasper bie­rze ją za rękę i pro­wa­dzi za aksa­mitną kotarę do prze­stron­nej sali urzą­dzo­nej na wzór salonu z Mit­te­leu­ropy. Wyso­kie krze­sła stoją wokół stołu pod żyran­do­lami rzu­ca­ją­cymi przy­ćmione świa­tło. Z obra­zów i foto­gra­fii na ścia­nach spo­glą­dają boha­te­ro­wie pol­skiego woj­ska. Pol­ska flaga, podziu­ra­wiona poci­skami z Powsta­nia War­szaw­skiego, wisi opra­wiona nad barem, w któ­rego przy­ku­rzo­nych lustrach odbija się sto bute­lek wódki. Jasper się uczy, że wiele nie­zna­nych drzwi w Soho to por­tale do innego czasu albo miej­sca. Club Z jest miej­scówką zarówno jazz­ma­nów, jak i Pola­ków. Znaj­duje się tu ogromny for­te­pian Ste­in­waya oraz ośmio­ele­men­towa per­ku­sja Ludwiga. Elf gra teraz na ste­in­wayu, Griff na per­ku­sji, a Dean zawo­dzi na har­mo­nijce. Publicz­ność składa się z Levona i Pawła, wła­ści­ciela Club Z. Obaj palą cygara. Kiedy Dean zauważa Mekkę, "Aban­don Hope" traci roz­pęd. Elf i Griff pod­no­szą wzrok i prze­stają grać kilka tak­tów póź­niej.

- Prze­pra­szam za spóź­nie­nie. Coś mnie zatrzy­mało - wyja­śnia Jasper.

- Wła­śnie widzimy. - Griff przy­gląda się Mekce.

- Czyli to ona? - pyta Dean Jaspera.

- Tak, to ona - odpo­wiada Mecca. - A ty pew­nie jesteś Dean.

Griff obraca pałeczkę i wybija umpc-umpc.

Przed­staw ją, przy­po­mina sobie Jasper.

- Słu­chaj­cie... uhm, to jest Mecca. A to Levon, nasz mena­dżer, i Paweł, który wpusz­cza nas tu na próby.

Wszy­scy oprócz Pawła mówią "cześć". Ten prze­krzy­wia łysie­jącą jak u Lenina głowę.

- Pani jest z Nie­miec, jeśli się nie mylę.

- Za to pan nie. Niech zgadnę... - Mecca się roz­gląda - ...jest pan z Pol­ski.

- Z Kra­kowa. Może pani o sły­szała o takim mie­ście?

- Dla­czego mia­ła­bym nie znać geo­gra­fia Pol­ski?

Paweł pry­cha.

- A tak, to histo­rii wasz naród woli nie pamię­tać. Woli zapo­mnieć o dniach chwały Leben­sraum.

- Wielu Niem­ców nie nazywa tego "dniami chwały".

- Naprawdę? Ci, któ­rzy prze­jęli mój rodzinny dom, tak to nazy­wali.

Nawet Jasper wyczuwa wro­gość Pawła.

Mecca ostroż­nie dobiera słowa.

- Mój ojciec był nauczy­cie­lem histo­rii w Pra­dze. Zanim zabrał go Wermacht i wysłał do Nor­man­dii. Ojciec nie chciał jechać, ale gdyby odmó­wił, zastrze­li­liby go. Matka ucie­kła ze mną z Pragi do Nürnberg tuż przed wkro­cze­niem Rosjan. Więc wiem to i owo o histo­rii. O Leben­sraum. O ludo­bój­stwach. O zbrod­niach wojen­nych. Wiem to wszystko. Ale ja uro­dzi­łam się w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­sty czwarty. Nie wyda­wa­łam roz­ka­zów. Nie zrzu­ca­łam bomb. Przy­kro mi, że zgi­nął mój ojciec. Przy­kro mi, że cier­piała Pol­ska. Przy­kro mi, że cier­piała cała Europa. Ale jeśli wini mnie pan... za to, kim jestem - Niemka - czym się pan różni od nazi­sta, który mówi: "Wszy­scy Żydzi są tacy" albo "wszy­scy homo­sek­su­ali­ści są tacy" albo "wszy­scy Cyga­nie"? To myśle­nie Nazi. Jeśli pan chce tak myśleć, pro­szę bar­dzo, ale ja nie chcę. Takie myśle­nie dopro­wa­dziło do wojny. A ja mówię: pie­przyć wszyst­kie wojny. Pie­przyć sta­rych, któ­rzy je wsz­czy­nają i wysy­łają mło­dych, żeby ginęli. Pie­przyć nie­na­wiść, która dopro­wa­dza do wojen. Pie­przyć ludzi, któ­rzy kar­mią ta nie­na­wiść, nawet dwa­dzie­ścia lat póź­niej. Koniec już to pier­do­le­nie.

Griff odpala szybką rundę po bęb­nach i taler­zach.

- Opusz­czę pań­ski bar, jeśli pan sobie życzy - mówi Mecca.

Nie wychodź, myśli Jasper. Paweł przez chwilę wpa­truje się w Mekkę. Wszy­scy cze­kają.

- W Pol­sce doce­niamy dobre prze­mowy. A ta była dobra. Czego się pani napije? Na koszt firmy.

Mecca odpo­wiada dłu­gim spoj­rze­niem.

- W takim razie popro­szę naj­lep­szą pol­ską wódkę.

***

- Nie, nie, nie - iry­tuje się Elf. - G-dur, A-dur, D-dur, e-moll.

- Cho­lera, prze­cież zagra­łem e-moll - pro­te­stuje Dean.

- Nie, nie zagra­łeś - upiera się Elf. - To było E-dur. Zobacz. - Bazgrze coś w zeszy­cie, wyrywa kartkę i mu wrę­cza. - Roz­wiń e-moll na końcu dru­giego i czwar­tego wersu, kiedy śpie­wam "na tra­twie rzeką" i potem na "płynę daleko". Griff, mógł­byś grać... bar­dziej pie­rza­ście?

- "Bar­dziej pie­rza­ście"? - Griff marsz­czy czoło. - Jak Paul Motian?

Teraz Elf marsz­czy brwi.

- Paul kto?

- Bęb­niarz Billa Evansa. Gra posu­wi­ście, szep­cząco, z powie­trzem.

- Spró­buj. Jasper, mógł­byś skró­cić solówkę o dwa takty?

- Okej. - Jasper zauważa, że Levon szep­cze coś Mekce na ucho.

- No to od początku - komen­de­ruje Elf. - Raz i dwa, i...

- Prze­pra­szam, kochani, prze­pra­szam. - Levon wstaje. - Szybka narada zespołu.

Griff daje rundkę po taler­zach. Elf spo­gląda na niego. Dean opusz­cza gitarę. Jasper zasta­na­wia się, co to ma wspól­nego z Meccą.

- Będą nam potrzebne zdję­cia grupy - mówi Levon - na pla­katy, dla prasy. Kto wie... na okładki albu­mów? Szczę­śli­wym tra­fem mamy dziś z nami foto­grafkę. Pro­po­nuję wyna­jąć Mekkę do sesji zdję­cio­wej. Już teraz.

- A czy Mecca nie wyla­tuje jutro do Sta­nów? - pyta Elf.

- Ow­szem. Teraz zro­bię wam zdję­cia, wywo­łam kli­sza wie­czo­rem i przy­wiozę naj­lep­sze zdję­cia na Den­mark Street jutro w dro­dze na lot­ni­sko.

- No ale co z ubra­niami, z fry­zu­rami? - pyta Griff.

- Mecca zrobi wam zdję­cia, kiedy gra­cie - wyja­śnia Levon. - In situ. Żad­nych tanich sztu­czek. Przy­po­mnij­cie sobie por­trety na pły­tach Blue Note.

- Wymie­ni­łeś aku­rat Blue Note po to, żebym się zgo­dził - bur­czy Griff.

- Przej­rza­łeś mnie na wylot - przy­znaje Levon.

- Ja jestem za - stwier­dza Elf.

- Widzia­łem zdję­cia Mekki - mówi Jasper. - Jestem za.

- Nie obraź się, Mecca - mówi Dean - ale czy nie powin­ni­śmy zatrud­nić kogoś ze zna­nym nazwi­skiem? Terence'a Dono­vana? Davida Baileya? Mike'a Angle­seya?

- Znane nazwi­ska - mówi Levon - żądają zna­nych hono­ra­riów.

- Jaka płaca, taka praca - zauważa Dean.

- Nie scho­dzą poni­żej dwu­stu. Za sesję.

- Kur­czę, zawsze powta­rzam, że sławne nazwi­ska to zdziercy - mówi Dean. - Ja gło­suję za Meccą. Zgoda, Griff?

- A potra­fisz zro­bić mnie tak, żebym wyglą­dał jak Max Roach? - pyta per­ku­si­sta foto­grafkę.

Mecca się zasta­na­wia.

- Jeśli cię mocno uma­lu­jemy i zro­bimy odbitki z nega­tyw, matka Maxa Roacha weź­mie cię za wła­sny syn.

- To rozu­miem, kon­kret­nie i na temat - oce­nia Griff. - Jestem za.

***

Pub The Duke of Argyll na Bre­wer Street otwiera się w nie­dzielę o szó­stej po połu­dniu. Kilka minut po szó­stej cały zespół plus Mecca sia­dają w kąciku przy oknie. Szyby są matowe, oprócz rżnię­tego szkla­nego herbu, przez który Jasper widzi prze­chod­niów i aptekę po dru­giej stro­nie ulicy. The Duke of Argyll to ele­gancki pub wik­to­riań­ski, z tapi­ce­ro­wa­nymi opar­ciami krze­seł, mosięż­nymi oku­ciami i tablicz­kami z napi­sem plu­cie wzbro­nione. Do popiel­niczki, w miarę czy­stej, Griff wysy­puje wie­przowe skwarki z papie­ro­wej torebki i cały zespół wraz z Meccą stuka się szklan­kami, każdą inną.

- Za to, żeby zdję­cia Mekki tra­fiły na okładkę naszej pierw­szej płyty - mówi Dean i wychyla do dna małe ciemne lon­don pride. - Patrzmy w przy­szłość z opty­mi­zmem.

- Za "Raft and a River" - mówi Griff. - Mogłaby tra­fić na sin­giel.

- Albo na świetną stronę B. - Dean ociera pianę z ust.

Elf swoją szklankę piwa z lemo­niadą wznosi w stronę Mekki.

- Spo­koj­nej podróży po Sta­nach. Zazdrosz­czę ci jak nie wiem co. Pomyśl o mnie cza­sem, że ja tu tkwię z tą bandą, a ty podró­żu­jesz sobie jak w powie­ści Jacka Kero­uaca.

Deana i Griffa wyraź­nie to roz­ba­wia, więc rów­nież Jasper sili się na uśmiech.

- Zjeź­dzi­cie Ame­rykę z kon­cer­tami - prze­po­wiada Mecca. - I to już nie­długo. Cała wasza czwórka ma nie­sa­mo­wita che­mia. Taka, że aż fühlbar - jak się mówi fühlbar? Że się ją czuje...

- Nama­calną - pod­po­wiada Elf.

Wcho­dzi grupa ludzi w sty­lo­wych ubra­niach z Car­naby Street, włosy mają jesz­cze dłuż­sze niż Jasper. Nikt się na nich nie gapi. W Soho to ludzie o prze­cięt­nym wyglą­dzie sta­no­wią dzi­wa­ków.

- Słu­chaj­cie - zaczyna Elf. - Tak sobie myśla­łam...

- Oho - prze­rywa jej Dean. - Będzie poważ­nie.

- Usi­ło­wa­łam polu­bić nazwę "The Way Out". Naprawdę się sta­ra­łam, ale mi nie wycho­dzi. Połowa zna­jo­mych cią­gle się myli i mówi "The Far Out". Jakoś nie mogą zapa­mię­tać... Czy możemy - bar­dzo was pro­szę - zasta­no­wić się nad inną nazwą?

- W sen­sie... teraz? - pyta Dean.

- Nie­długo będzie już za późno na zmianę - zauważa Elf.

Jasper zapala camela.

- Kop­sniesz szluga? - prosi Griff.

- "Kop­sniesz szluga"... Jako nazwa zespołu? - Jasper nie jest do końca pewien, czy Dean nie łapie, czy też udaje, że nie łapie, dla komicz­nego efektu. - Niee. Ame­ry­ka­nie mogą nie zro­zu­mieć. Myśl dalej.

- Wydaj te swoje dow­cipy w książce - bur­czy Griff. - I zacznij od wła­snego wyczu­cia czasu.

- Ja się zaczą­łem przy­zwy­cza­jać do "The Way Out" - przy­znaje Dean.

- Ale dla­czego mamy się trzy­mać nazwy, do któ­rej się trzeba przy­zwy­cza­jać? - pyta Elf. - Dla­czego nie możemy wymy­ślić takiej, że każdy z miej­sca będzie myślał: "Ale się faj­nie nazy­wają!"? Mecca, podoba ci się "The Way Out"?

- Mecca przy­zna ci rację. - Dean wzru­sza ramio­nami. - Kobieca soli­dar­ność.

- Przy­zna­ła­bym Elf rację rów­nież, gdy­bym była chło­pak - odpo­wiada Mecca. - "The Way Out" jest bez pazura. Nie jest nawet odpo­wied­nio zła.

- Tak, ale jesteś Niemką - zazna­cza Dean. - Bez obrazy.

- Bycie Niemką, jak dla mnie, nie jest obraź­liwe.

- Cho­dzi mi o to, że nie czu­jesz naszego języka. A my jeste­śmy zespo­łem bry­tyj­skim.

- Nie chce­cie sprze­da­wać płyt w NRF-ie? Jest nas sześć­dzie­siąt miliony. Spory rynek dla bry­tyj­skiej muzyki.

Dean wydmu­chuje dym ku sufi­towi.

- Słuszna uwaga.

- Zauważę tylko - dorzuca Griff - że więk­szość zespo­łów ma w nazwie "The". The Beatles. The Sto­nes. The Who. The Hol­lies.

- I wła­śnie dla­tego nie powin­ni­śmy iść za sta­dem - upiera się Dean.

- "The Herd10". - Griff pró­buje, jak to by brzmiało. - "Meee Meee"?

Dean popija lon­don pride.

- Moim dru­gim typem dla "Gra­ve­dig­gers" było "Lambs to the Slau­gh­ter"11.

- Świet­nie - stwier­dza Elf. - Możemy wystę­po­wać w zakrwa­wio­nych far­tu­chach i ze świń­skim łbem zatknię­tym na kiju. Czy­sty Władca much.

Jasper wychwy­tuje sar­kazm, ale nie jest pewny, czemu Dean pyta:

- A co śpie­wał Władca much?

Elf marsz­czy brwi i pyta:

- Serio?

- Co serio? - nie rozu­mie Dean.

- Władca much to powieść Wil­liama Gol­dinga.

- Ach tak? Naj­moc­niej prze­pra­szam. - Dean udaje akcent z wyż­szych sfer. - Nie każdy z nas czy­ty­wał lite­ra­turę angiel­ską pod­czas stu­diów na uni­wer­sy­te­cie.

Jasper ma nadzieję, że to przy­ja­zna wymiana zdań, a nie słowna walka na noże.

- Nowe zespoły ame­ry­kań­skie... - Griff tłumi bek­nię­cie - ...mają nazwy, które zapa­dają w pamięć. Big Bro­ther and the Hol­ding Com­pany. Quick­si­lver Mes­sen­ger Service. Coun­try Joe and the Fish.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. The Way Out - (ang.) w wol­nym tłu­ma­cze­niu: wyj­ście z sytu­acji (przyp. tłum.). [wróć]

2. Doroczny tur­niej kry­kieta mię­dzy Anglią i Austra­lią (przyp. tłum.). [wróć]

3. Royal Aca­demy of Dra­ma­tic Art - lon­dyń­ska aka­de­mia teatralna (przyp. tłum.). [wróć]

4. Miss Havi­sham - postać z Wiel­kich nadziei Char­lesa Dic­kensa, stara panna porzu­cona przez narze­czo­nego przy ołta­rzu, która posta­na­wia do końca życia nosić ślubną suk­nię (przyp. tłum.). [wróć]

5. Okre­śle­nie pro­du­cen­tów i wydaw­ców muzyki popu­lar­nej (przyp. tłum.). [wróć]

6. Cytat z Zaślu­bin nieba i pie­kła Wil­liama Blake'a (przyp. tłum.). [wróć]

7. Na pod­sta­wie: Łk, 2:9. Ten i dal­sze cytaty z Pisma Świę­tego za Biblią Tysiąc­le­cia (przyp. tłum.). [wróć]

8. Frag­ment wier­sza "Do cno­tli­wej damy" Andrew Marvella w prze­kła­dzie Artura Mię­dzy­rzec­kiego (przyp. tłum.). [wróć]

9. "Aban­don Hope" - ang. porzuć­cie nadzieję (przyp. tłum.). [wróć]

10. Herd - stado (przyp. tłum.). [wróć]

11. Gra­ve­dig­gers - gra­ba­rze, Lambs to the Slau­gh­ter - owieczki na rzeź (przyp. tłum.). [wróć]