Drogocenna/y Czytelniczko/ku
Drogocenna/y
Czytelniczko/ku1
Piszę do Ciebie z niedalekiej przyszłości, co nie znaczy, że wiem coś
więcej i lepiej. Mam jednak inną perspektywę. Znam już dwadzieścia sześć
opowiadań, które znalazły się w niniejszej antologii. Ty je dopiero
przeczytasz. Szczerze Ci tego zazdroszczę, czekają Cię bowiem bezcenna
zabawa i ogromny kapitał przemyśleń. Zapewniam też, że zaskoczenie
będzie niejednokrotne, co stanowi skuteczną wycenę wartościowej sztuki.
Pisarki i pisarze tu zgromadzeni należą do grona znanych i nagradzanych
artystów słowa drukowanego, wydawanego i rozpowszechnianego. Nie
starczyłoby tu miejsca na wymienianie ich osiągnięć. Dość powiedzieć, że
są wśród nich laureaci wielu prestiżowych nagród literackich.
Talent jest niepoliczalny, lecz w odniesieniu do tych twórców o jego
wartości stanowią dzieła, które dotąd napisali - różnorodne gatunkowo,
począwszy od literatury obyczajowej, przez kryminał, po szeroko pojętą
literaturę fantastyczną i dziecięcą. Umiejętność snucia opowieści przez
tych ludzi w przeliczeniu na zapisane słowa znacząco przekracza średnią
krajową brutto, a w niektórych przypadkach nawet netto. Zazwyczaj tematy
do zapisywania wynajdowali sobie sami. Tym razem temat znalazł ich. Ci
wybrańcy fortuny dostali zadanie, by stworzyć opowiadania futurystyczne,
w których podejmą wątek przyszłej waluty. Mieli się zastanowić, jak
pieniądz przyszłości będzie wpływał na człowieka, jaki będzie i czy w ogóle będzie. Mieli przemyśleć zjawisko czekających nas płatności.
Skąd pomysł? Z życia, najtaniej powiedzieć. Wystarczy się rozejrzeć i rozważyć, jak płacono kiedyś, a jak płaci się dziś. Dawno temu
wymienialiśmy się towarami. Za pieniądze służyły różne kamienie,
koraliki, pióra, muszle, sól, futra, tkaniny, cukier, orzechy kokosowe,
zwierzęta, miedź, srebro, złoto, a nawet parmezan. Gdy zaczęliśmy bić
monety, niczym lokaty o wysokim oprocentowaniu rozrosły się miasta i państwa. Wraz z drukowaniem pieniądza papierowego wzrosła rola banków. I pewnie nadal byśmy wirowali wśród monet i banknotów, gdyby nie rewolucja
technologiczna, jaką przyniósł internet. Wraz z rozwojem internetu
nastąpiła rewolucja płatnicza. I nie chodzi tu tylko o wirtualne konta
bankowe, plastikowe karty płatnicze czy płacenie zbliżeniowe smartfonem,
lecz także o powstanie kryptowalut i systemów Blockchain, które - jeśli
pominąć wszelkie detale ich działania - sprawiają, że pieniądz przestaje
być materialny, dotykalny. Staje się wirtualną kopalnią, z której
wykopujesz bogactwo, i płacisz kluczem będącym cyfrowym kodem.
Jakie to ma znaczenie dla naszego życia? Wszak można powiedzieć, jak już
wielokrotnie mówiono, że pieniądz rządzi światem - żądza pieniądza
przecież się nie zmieniła. I dodać: pieniądz rządzi ludźmi, skoro ludźmi
handlowano i nadal się handluje, a wielu jest takich, co za pieniądze
sprzedadzą swoją godność. Wreszcie można rzucić w twarz niedowiarkom i tym wierzącym, że pieniądz to młody-stary bóg, do którego modlimy się o bogactwa wcale nie duchowe.
Kto się z tym nie zgadza, niech pierwszy rzuci pieniądzem!
No tak, tylko jakim pieniądzem, skoro coraz mniej monet i banknotów, a coraz więcej cyferek zapisanych w wirtualnej rzeczywistości? Trudno
rzucić w kogoś walutą cyfrową. Kto nie wierzy, niech spróbuje. Żarty
jednak na bok.
Bo, Drogocenna/y Czytelniczko/ku, w kontekście treści, które za chwilę
przeczytasz, wszystko, co dotąd było o pieniądzach, jest już historią.
Wszak trzymasz w rękach opowieści futurystyczne! A to znaczy, że wizje w nich przedstawione wykroczą poza Twoje dotychczasowe doświadczenie
świata i człowieka oraz otworzą nowe wyobrażenia o działaniu pieniądza.
Być może po ich przeczytaniu zaczniesz zadawać sobie pytania w rodzaju:
Czy rzeczywiście będziemy płacić krwią, i to dosłownie? A może naszymi
kartami płatniczymi będą zwierzęta? Czy energia odzyskana z duszy to
wystarczający kapitał, by otrzymać kredyt na życie? Jaką wartość będą
miały dobre uczynki? Co się stanie, gdy znikną wszystkie pieniądze?
Albo:
Jaką walutę należy uzbierać, by napisać powieść, w dodatku surowo
ocenzurowaną? Dziecko jako przelicznik statusu społecznego? Warzywa jako
pieniądze? A może będziemy płacić fikcyjnymi pieniędzmi stworzonymi
wyłącznie po to, by wzbudzały poczucie zamożności?
Jak będą działać rdzenie teleportów, virtukasa, bithajs, digdongi,
jednostki, globale, kcale, ksydany? Kim będą odklejeńcy, hipersensoryki,
antechy, Kujon, Cybersyn, Sanny? Czym będą ZEW, CUDD, GaX, Bank Dotyku,
Prawda Emocjonalna, Stowarzyszone Lokalności, formy, wysysacze czasu,
edubudki czy gargamele?
Czy można będzie kupić czas? Czy wytworzona przez nas sztuczna
inteligencja będzie miała poczucie czasu i czy obudzi się w niej wola
życia? Wreszcie czy w ogóle będzie istniało coś takiego, czego nie
będzie można kupić albo sprzedać?
Podobne wątpliwości i przewidywania sprawiły, że księga, którą trzymasz
w swoich rękach, została obdarzona tytułem UTOPAY. W swobodnym,
niezobowiązującym przekładzie słowo to można rozumieć jako "utopijne
płatności". Wskazuje na to przedrostek "uto-" i rdzeń "-pay", który, jak
pewnie wiesz, w tłumaczeniu z angielskiego znaczy "płacić". Zresztą
wystarczy zerknąć na UTOPAY, zobaczyć kształt liter i przeczytać głośno,
by usłyszeć "utopej" lub "jutopej" - anglicyzm wywołujący wizualne i fonetyczne skojarzenia ze słowem "utopia". Co prawda utopia to marzenie
o idealnym ustroju politycznym, państwie czy miejscu, ale można je też
odczytać ogólniej - jako gdybanie o świecie, którego jeszcze nie znamy.
Bo czy nie jest tak, że tylko przyszłość nas łączy? W obliczu nieznanego
podziały znikają. O tym, co ma się zdarzyć, wszyscy wiemy tyle co nic.
Dane czerpiemy z teraźniejszości, która prócz krótkich, radosnych
epizodów wspólnoty dzieli nas częściej niż rzadziej - trudno określić
aktualną liczbę konfliktów na świecie. Teraźniejszość jest zbyt
nieuchwytna, by łączyła. Ledwo się staje, już przemija.
Nasze domniemania o przyszłości możemy też wywodzić z wiedzy
historycznej, przeszłości. Ale przeszłość również dzieli. Jak bardzo
odmienne są relacje świadków wczorajszego zdarzenia, a co dopiero
powiedzieć o interpretacjach wydarzeń sprzed lat czy wieków? Każdy ma
inne spojrzenie na historię. Przeszłość jest niesprawdzalna, łatwo nią
manipulować. Można wykrajać z niej to, co komu pasuje.
Zdaje się więc, że tylko przyszłość łączy, nawet jeśli każdy ma odmienne
jej wyobrażenia. Dlaczego łączy? Bo nieznana. Każdy z nas myli się w jej
przewidywaniach. Wykracza bowiem poza ludzką wyobraźnię. Ale wciąż
próbujemy ją nazywać. Jako niesprawdzalna w równym stopniu niepokoi i wywołuje nadzieję. Łączy nas ciekawością tego, co będzie, i snuciem
domysłów, jak może być.
Niniejszą antologię opowiadań futurystycznych spaja jeszcze jedno.
Dwadzieścia sześć ilustracji i okładka autorstwa Wojciecha Stefańca,
który jest jednym z najlepszych współczesnych rysowników komiksowych.
Wizyjność jego obrazów należy oszacować według własnej wewnętrznej
waluty. Zapewniam jednak, że te ilustracje zarówno stanowią subtelny
komentarz, jak i są wizualnym poszerzeniem futurystycznych dociekań
zawartych w tekstach.
Dwadzieścia sześć wizji przyszłości powiązanej z pieniądzem. Aż
dwadzieścia sześć opowieści nigdy wcześniej nieczytanych. Do tego
dziesiątki premierowych ilustracji! Drogocenna/y Czytelniczko/ku, czy
zdarzyło Ci się kiedykolwiek trzymać w rękach tak obszerne i różnorodne
kompendium wyobrażeń tego, co być może nas czeka? Przelicz sobie w myślach. A jeśli nie masz pewności co do swoich rachub, przestań się
zadręczać. Po prostu przewróć stronę i rozpocznij przygodę wiodącą ku
przebogatym lądom słowa i obrazu.
Wielu wartościowych wrażeń życzy Ci
VIRTUKA5JER.D4NIEL.OD1JA
Pierwocina
Pierwocina
Jacek Dukaj
1.
Usłyszawszy, że jej ciąża potrwa ćwierć wieku, przeraziła się.
- Trzeba było nie zadawać się z bogami.
Na śnieżącym ekranie enerdowskiego ultrasonografu niewiele jeszcze dało
się dojrzeć. Poradzili jej wrócić za osiem lat, gdy wejdzie w drugi
trymestr. Rozwiązanie miało nastąpić późną wiosną lub latem dwa tysiące
czternastego roku. Będzie się już zbliżała do pięćdziesiątki, czy
naprawdę dobrze wszystko przemyślała?
- Jest taki doktor Żyd pod Wieliczką, z niejednej wyskrobał niebiańskie
nasienie.
Anna bardzo powoli zapinała pasek dżinsów. Brzuch miała płaski, twardy,
brzuch pływaczki albo zapaśniczki. Przez pierwszy trymestr ciąża
pozostanie niewidoczna i podczas gdy dziecko nieśmiertelnego będzie
wrastało w jej organizm, mieszając krwiobiegi nieba i ziemi, Anna
rozkwitnie wśród ludzi niczym kwiat między chwastami.
- Chłopiec czy dziewczynka?
- Och, za wcześnie na płeć, za wcześnie na gatunek.
Lęk ustępował narastającej ekscytacji wyzwaniem, poczuciu nieodwracalnej
życiowej przemiany: nic już nie będzie takie samo. Wybór należał do
niej. Nie wiedziała, czego się spodziewać, i ogrom tej tajemnicy prawie
odbierał jej dech.
Dopiero za trzy lata mieli przegłosować ustawę przeciwko aborcji ludzi i bogów. Wkrótce po zaprzysiężeniu rządu Mazowieckiego Anna obroniła
magisterkę z teorii teatru. PKB wynosił 82,2 miliarda USD, przeciętne
wynagrodzenie - 206 758 złotych, inflacja - 639 procent, dolar kosztował
6500 złotych, a euro nazywało się ECU, nie istniało w postaci fizycznej
i kupowano je za 7622 złote.
2.
W 1936 roku Vere Gordon Childe opublikował książkę, która miała
ostatecznie wyjaśnić, skąd wzięli się bogowie. Man Makes Himself nie
pozostawiała wątpliwości: zaczęło się od rewolucji neolitycznej. Wtedy
to ludzie poczęli się zbierać w większe grupy, organizować się dla
uprawy ziemi i hodowli zwierząt. Porzucali swe obyczaje nomadyczne i osiedlali się w miejscach słodkiej wody i żyznej gleby. Tam udomawiali
dzikie bestie, lepili garnki, obrabiali drewno. I rodziło się coraz
więcej dzieci, które trzeba było wyżywić z coraz intensywniejszego
rolnictwa. Rosły piramidy społeczne, a wraz z nimi - język, kultura i jej materialne obrazy. Albowiem zaczęli także budować domy, spichlerze i świątynie, i tam oddawali bogom cześć.
Wychowały się na tym pokolenia naukowców, wykwitły stąd urzekające
ideologie i polityki. Childe był marksistą, wszędzie wokół siebie
widział rezultaty rewolucji industrialnej: produkcja i technologia
determinowały mu warunki życia, a warunki życia determinowały zachowania
i przekonania.
Lecz pod koniec dwudziestego wieku owe oczywistości antropologii i archeologii zaczęły się odwracać. W Göbekli Tepe, w Wadi Faynan, w Nevali Çori i na innych terenach wykopalisk odkrywano ośrodki kultu
pochodzące jeszcze sprzed epoki neolitycznej: niekiedy bardzo rozwinięte
architektury z symboliką zdradzającą bogate systemy wierzeń, a bez
wątpienia stanowiące twory kultur łowiecko-zbierackich - miejsca ich
spotkań, pielgrzymek, celebracji.
I dziś wiemy, że to wokół nich i ich rytuałów, że to na sile tamtych
wierzeń jęły się organizować społeczności, zapuszczać fundamenty osady,
i tam zaczęto uprawiać rolę.
To nie rolnictwo, miasta, handel i pieniądze zrobiły bogów - to bogowie
zrobili cywilizację i pieniądze.
3.
Przeszedł był przez akademik jak bartnik przez pasiekę. Zza cienkich
membran ścian i drzwi dobiegał szum dziewczęcego podniecenia, brzęczenie
pszczelich skrzydełek. Anna zapamiętała jego oblicze lśniące miodem,
kiedy wyjadł już ją do syta, i wylizał do czysta, i wychłeptał słodkości
jej wszystkie - jego oblicze ociosane żądzą huraganową, jak spadał na
nią raz za razem z wysokości uniesienia boskiego. Gwałt czy nie gwałt -
bóg posiadł kobietę. Do końca życia będzie Anna tęsknić za tym uczuciem.
Żądza boga znieczuliła ją na afekty mężczyzn. Cóż ich igiełki tępe wobec
ciosu gromu! Znalazła pracę w podmiejskiej firmie sprowadzającej z Zachodu używaną odzież, tam nie mieli jej za złe dyplomu
humanistycznego, mogła sekretarzyć i buchalterzyć. Klienci i dostawcy
emablowali ją z wąsatą subtelnością. Zakochała się nam panna Anna, że od
rana tak promienieje! Niekiedy miała wrażenie, że wybuchnie, jeśli
naprawdę się nie wypromieniuje.
Zapisała się na strzelnicę. Huk i zapach prochu, odkopnięcia twardego
metalu - dopiero to odpowiadało temperaturze jej krwi, rytmowi jej tętna
podwójnego.
Nie zdawała sobie sprawy, ale musiało być coś w sposobie, w jaki
zabijała tarcze i kukły. Tutaj gromowładni rozpoznawali się po
technikach pieszczoty cyngla.
Instruktor, otoczywszy Annę muskularnymi ramionami, gdy układał jej ręce
i korpus do pozy strzeleckiej, opowiadał półgłosem mitografie
współstrzelców.
- Ten tam - dyrektor na sprywatyzowanej fabryce płytek ceramicznych. Ten
- dawniej major ube, teraz kantory i lombardy. Tam - sekretarz kawu
Partii, rada nadzorcza banku. Tamten - syn ambasadora, pośrednictwo ze
Wschodem. A ci, o! - siła miasta, tuzin dziupli i amfa hurtem.
Był to ich sport, ich szpan i ryt, i komunia mocy. Na strzelnicy nic nie
mówili; potem, przy wyjściu i na parkingu, wymieniali się numerami
telefonów i adresami knajp. Anna - Daniel, Daniel - Anna. Anna - Bruno,
Bruno - Anna. Anna - Arnold, Arnold - Anna. Rozpoznali się po melodii
gromu.
Arnold Makler zasypiał z głową złożoną na jej brzuchu, nasłuchując
poruszeń płodu. Średnie kroczące i oscylacje stochastyczne przepływały
jej pod skórą. Językiem ciepłym wiódł od pępka wykresy świecowe,
formacja odwróconego trójkąta wskazywała zawsze trójkąt Anny.
- Elektrim - dwadzieścia siedem dwadzieścia. Jutrzenka - sześćdziesiąt
sześć. Sokołów - dwa dziewięćdziesiąt trzy.
Z początkiem drugiego trymestru denominacja ścięła bowiem z waluty kraju
cztery zera. 1 stycznia 1997 roku wyszły z użytku stare złotówki.
4.
Myślimy falami. Myśli, wrażenia, świat - przepływają przez nas.
Iskra po iskrze, neuron po neuronie, tu rozbłyśnie, tu zagaśnie, tam
rozbłyśnie trzykroć - tak rośnie napięcie elektryczne, aż przeleje się
przez próg potencjału i równinami, wąwozami, korytami mózgu popłynie
lawina sygnałów myślowych. Tysiące, miliony takich lawin przetaczają się
w każdej sekundzie w łożysku mojej i twojej świadomości.
Ich przebieg różni się częstotliwością. I rozpoznaliśmy te
częstotliwości, i odtąd mówimy o falach alfa, falach beta, gamma, delta,
theta, mu.
Każde wrażenie - każda informacja ze świata, każde tchnienie ducha pod
kopułą czaszki - płynie na jakiejś fali. Na początku są chaos i przypadkowe wyładowania burzowe w ciemności. Świat, to znaczy obraz
świata, wyłania się dopiero w harmonii.
Raz stworzony może się on wszakże w każdej chwili obsunąć z powrotem w pierwotną otchłań bezładu. Prowadzone za pomocą EEG badania pokazują, że
aktywność fal mózgowych wprost wpływa na samo postrzeganie
rzeczywistości: rozbłyski światła emitowane podczas minimów fal alfa i theta pozostają dla badanych całkowicie niewidoczne. A gdy rozprzęgają
się fale gamma w poszczególnych rejonach kory, mózg niby widzi wyraz na
papierze, lecz go nie odczyta. Świadomość wymaga zestrojenia wielu fal;
świadomość w istocie jest tym zestrojeniem.
Nie powinno więc dziwić, że fale mózgowe chorych na schizofrenię różnią
się od fal ludzi zdrowych: albo nie rozchodzą się wystarczająco szeroko
i głęboko, albo nie zestroiły się ze sobą wystarczająco ściśle. Wadliwe
fale gamma w hipokampie prowadzą do "niemożności jasnego odróżnienia
myśli formowanych w głowie (na przykład wspomnień i fantazji) od bodźców
pochodzących ze świata zewnętrznego".
Rozstroić nam pływy skojarzeń i percepcji, a tworzymy z przedmiotów
myśli - byty rzeczywiste.
Istnieją techniki celowego wpływania na taniec fal mózgowych. Najstarsze
i najefektywniejsze wywodzą się z praktyk szamanistycznych i rytuałów
przywoływania bogów. Narzędziami są tu dźwięk i światło; dźwięk jest
lepszy. Pierwsze ich naukowe badania przeprowadził w latach
trzydziestych XX wieku William Grey Walter. W 1961 roku Brion Gysin
wynalazł Dreamachine, "pierwsze dzieło sztuki do oglądania z zamkniętymi
oczyma". W roku 1973 Gerald Oster opublikował w "Scientific American" pionierską pracę o tak
zwanych dźwiękach różnicowych - binaural beats. Zaobserwowane w 1839
roku przez Heinricha Wilhelma Dove'a powstają one jako różnica w wysokości dźwięków wlewanych w lewe i w prawe ucho. Rozstrojenie tych
częstotliwości - słyszane jako "dźwięk, którego nie ma" - wpływa
następnie na fale mózgowe, pozwalając programować sny, wprowadzać
człowieka w trans, wytrącać zeń świadomość ciała, kontrolować wrażenia
bólu.
Nie znamy wszystkich metod ani konsekwencji desynchronizacji. Wiemy
jednak: roztrzaskaj rzeczywistość - bogom znacznie łatwiej wejść do
świata materii.
5.
W drugim trymestrze, za panowania Aleksandra Różowego, półbóg
nienarodzony stał się dla Anny prawdziwą uciążliwością i brzemieniem.
Nie dało się już ukryć stanu niebiańskiego, nasienie nieśmiertelne na
dobre zakorzeniło się w śmiertelnym ciele i płód realniał z nieludzką
zajadłością, brzuch rósł i rósł.
- Rozumie pani, ja bardzo chętnie, ja tu pierwszy feminista, niech pani
sama rozpyta, ale, na litość, z etatami obciążonymi piętnastoletnim
urlopem macierzyńskim pójdziemy na dno z całą firmą, zanim zdąży pani
wysylabizować "równouprawnienie"!
Przepłynęły przez Annę wszystkie paradoksy i paranoje Trzeciej Erpe;
doświadczyła na sobie wszystkich zmian ustaw i przemian obyczaju.
Zwalniali ją z powodu ciąży. Zatrudniali ją z powodu ciąży. Z powodu
ciąży przysługiwał jej zasiłek po zwolnieniu; kwalifikowała się do ulg i preferencji. ZOZ-y, Kasy Chorych, ZUS-y i enefzety przekładały ją z kartoteki do kartoteki.
- Taa, teraz wszystkie jesteście samotne matki, teraz wam tak wygodnie.
Nagle ojcowie zniknęli z powierzchni ziemi. Gdzie ten pani chłop?
- Zniknął z powierzchni ziemi.
Opuszczali ją ludzcy kochankowie, oddalały się dotyk i czułość ludzkiego
ciała, coraz bardziej obce, coraz dla niej dziwniejsze. Czy to skutek
tak oczywistej ciąży, czy obraz ducha czasów? Zauważyła to któregoś
dnia, gdy współpasażer wzdrygnął się, pomagając jej wysiąść z tramwaju.
Dotknięcie obcego człowieka nie jest już odruchem, odwrotnie - wymaga
przezwyciężenia głębokiego odruchu osobności.
Tymczasem balast nastoletniego płodu stał się tak wielki, że Anna
zaczęła mówić w liczbie mnogiej: my idziemy, my jemy, my oglądamy
telewizję. Był to jeszcze czas, gdy oglądało się telewizję.
Nadejście bogów Europy przyjęła bez wielkich emocji, bez gorączkowych
nadziei. Jedne godła i flagi zastępowały inne godła i flagi. Po
bulwarach i knajpach wałęsało się teraz więcej obcojęzycznej
chuliganerii. Pociągi stawały się mniej obrzydliwe; w niektórych kobieta
w ciąży mogła nawet skorzystać z toalety. Odnowione starówki wyludniły
się pod zimnymi szyldami banków i towarzystw ubezpieczeniowych. Zniknęły
budki telefoniczne; zastąpiły je bankomaty. Nosiła w torebce trzy karty
płatnicze, każda pokryta sobie właściwymi zaklęciami i runami. Pieniądz
wymagał już przechowywania w głowie cyfrowych inkantacji - co człowiek,
to PIN. Anna zastanawiała się, czy jej półbóg wyjdzie na świat, zanim
także nienarodzonym pozakładają konta i karty. Ustawa z dnia 7 stycznia
1993 roku stanowiła, iż nasciturus ma zdolność prawną, może dziedziczyć
i posiadać pieniądze - pod warunkiem, iż urodzi się żywy. Nawet jeśli
zmarłby sekundę po narodzinach.
Anna Matka Polka - brzuchata, niezgrabna, ociężała, spowolniona i wyosobniona - czuła się, jakby piła z innego źródła czasu, jakby żyła na
jedynej nieruchomej wyspie obmywanej z obu stron przez wzburzony nurt
rzeki, która, przełamawszy tamę, musi w tym wylewie wypuścić cały
nagromadzony dekadami nadmiar wód i szlamu. Pojawiły się stoiska i sklepy z ubraniami dla kobiet w ciąży; pojawiły się mody ciążowe i szkoły rodzenia, i joga dla ciężarnych, i tabloidowa moda na
dzieciobójstwa.
Niespodziewanie naszła ją kontrola z opieki społecznej.
- Sorry, mieliśmy donos, że handluje pani noworodkami: zawsze w ciąży, a bez dzieci.
Założyła sobie konto na Facebooku, status związku: eternity. Była
związana przymierzem krwi, przymierzem nieba z ziemią. Co by się stało,
gdyby tego dziecka nie urodziła? Facebookowi znajomi przysyłali jej
zdjęcia szopek i stajenek z całego świata, ze wszystkich kultur i kontynentów. Bogowie przychodzą na świat co roku, tak obraca się koło
dziejów.
Tuż przed hekatombą Wall Street, zanim popłynęła infostradami świata
krew giełdowych byków i bóstw Zachodu, Anna opanowała wreszcie
podstawową umiejętność człowieka XXI wieku: umiejętność życia na kredyt, życia za pieniądz, którego nie
ma. Jak miliony Polaków utrzymywała się z miesiąca na miesiąc, pomimo że
wydawała więcej, niż zarabiała, pomimo że nie zarabiała w ogóle. Nigdy
bezpieczna w dostatku, i nigdy niedotknięta prawdziwym ubóstwem, zawisła w owym przedziwnym limbo
permanentnej tymczasowości. "Jakoś przeżyję". I jakoś przeżywała.
Była to sztuka wielkomiejskich wiecznych młodzieńców i wyrachowanych
bogów Północy. W ich krajach, kolebkach bezosobowej opiekuńczości,
piękni blondyni o zimnych sercach żyją wygodnie, wyzbyci ambicji i żądz.
Bogowie Południa przynieśli zaś ze sobą nowożytne kulty zniewoleń
zmysłowych; ich domeną był internet, wielka Świątynia Porno, które jest
jedyną szczerą religią dzieci rozstrojonego świata. Najgłębiej, do
kości, w kraj i w ludzi wgryźli się dzięki żertwie smoleńskiej bogowie
Wschodu, upuszczając powolne potoki czarnej krwi.
Bo był to już trzeci trymestr, trymestr walki wewnętrznej i bolesnych
kopanin, kiedy miała wrażenie, że dziecko rozerwie jej brzuch od środka.
Z każdym dniem i nocą nieprzespaną mocniej czuła, jak młody bóg wyrywa
się na świat, i że to jest świat młodych bogów, ich bezlitosnego
wdzięku, smoczej doskonałości i cyfrowej młodości, która nie bierze
jeńców i nie przebacza, trwa wojna, zapach krwi unosi się w powietrzu -
bądź gotów na walkę od pierwszego oddechu, nie czekaj ataku wroga, uderz
wcześniej.
- Syn.
6.
A więc pieniądz nie jest rzeczą ludzką, pieniądz jest eidosem boga.
Starożytne monety zdobią podobizny bóstw, są to pieczęcie niewidzialnego
wyciskane na materii codziennego życia: odbicia Ateny, Kory, Heraklesa,
Zeusa, Apolla, Hadesa. Przejście nastąpiło za sprawą Aleksandra
Wielkiego. Za którego życia jego monety pieczętowały świat Zeusem i Heraklesem. Lecz uszedłszy z życia, przeniósł się Aleksander w oczach
współczesnych do rzędu bogów, toteż rychło pojawiły się srebrne
tetradrachmy z podobizną samego Macedończyka. Następni władcy nie
czekali już wszakże pośmiertnej deifikacji - ubóstwiali się za życia.
Nikt zdrowy na umyśle nie oddaje czci pieniądzu. Lecz posługiwanie się
pieniądzem - jego wymiany, liczenie, gromadzenie, myślenie o nim,
pragnienie, opowiadanie świata językiem pieniądza - jest praktyczną
metodą czczenia tego, co pieniądz jedynie przedstawia w materii.
Czym różni się przemodlenie setki zdrowasiek na drewnianym różańcu od
przeliczenia setki bilansów handlowych na drewnianym liczydle?
Powtarzane rytuały mentalne formują mózg i obraz rzeczywistości
kształtowany w mózgu.
Bitcoin i jemu podobne, już całkowicie pozamaterialne waluty fiat oparte
na kodach cyfrowych i silnej kryptografii obywają się bez mennic i portmonetek. Nie ma już czego ująć w palce, nie modlimy się na
różańcach. Życie duchowe Zachodu realizuje się teraz w praktykach
przenikających niemal wszystkie aktywności świeckie, od sportu, przez
seks i pracę, do gier komputerowych.
Ideałem i praktycznym celem kryptobankierów jest takie rozmycie i zwirtualizowanie pieniądza, że transakcje i płatności odbywać się będą w ułamku sekundy i już bez żadnych fizycznych czynności, bez angażowania
materii - myśl równa się pieniądzu, pieniądz równa się myśli, i cała
rzeczywistość mieści się w nich bez straty.
W maju 2014 roku jeden bitcoin kosztował 1350 złotych.
7.
Poród ciągnął się przez osiem dni; ósmego dnia rozkroili Annę niczym
zgniłą kuropatwę. Dziecko krzyczało od pierwszego wdechu, pękały ekrany
monitorów i tłoki strzykawek.
Nie dali jej synka do piersi, bali się, że ją pokąsa. Miał piękne, ostre
ząbki i ugryzł pielęgniarkę w dłoń, a potem z zamkniętymi oczkami ssał
jej krew.
W szpitalnej łazience Anna długo nie potrafiła się zdobyć na spojrzenie
w lustro. Fałdy skóry na pustym brzuchu zwisały gadzio, przykryte
opatrunkiem szwy po cesarce upodobniły ją do futerału zasuwanego zamkiem
błyskawicznym. To ciało wypełniło swą funkcję i teraz nie ma już żadnego
praktycznego celu.
Stanąwszy potem nad szpitalnym łóżeczkiem synka, załamała się
niespodzianie pod zalewem uczuć nie do nazwania. Musnęła opuszkiem palca
czerwony pyszczek noworodka i zakrztusiła się histerycznym
śmiechem-płaczem. Pielęgniarki odprowadziły ją do pokoju i dały środki
na uspokojenie.
Pierwszy tydzień przepłynęła w milczącym otępieniu. Potem stopniowo
wydobywała się na powierzchnię. Niemowlę jej potrzebowało - to był
wystarczający powód, żeby wstawać z łóżka, ubierać się, jeść, pić, żyć.
Uczyła się groźnej cielesności jej synka - był ciężki, gorący,
metalicznie suchy.
Becikowe wynosiło tysiąc złotych. Miała dla malucha przygotowane
łóżeczko i nosidełko, i wózek z komisu. Nie stać jej było na opiekunkę;
kupiła baby monitor o zasięgu dwóch przecznic i nosiła w uchu słuchawkę
odbiornika.
Gdy tylko ucichł jego oddech, rzuciła zakupy i pobiegła ze sklepu pod
blokiem do mieszkania.
Nie dotarła do sypialni, już na schodach szumiało jej w głowie - w progu
jadalni stanęła jak wmurowana.
Rozparty przy stole, w garniturze Ermenegildo Zegny, pod krawatem
jedwabnym i z zegarkiem Tag Heuera, jej bóg odbeknął głośno. Jeszcze mu
twarz lśniła od wysiłku gryzienia i przeżuwania, jeszcze stópka i paluszki różowe wystawały mu spomiędzy zębów. Gładko ogolony i zaczesany
brylantynowo od wysokiego czoła, spocił się jednak i poczerwieniał.
Wielką białą chustką otarł wargi.
- Dziękuję.
Narastający szum prawie tam Annę unieruchomił; osunęła się na odrzwia.
Gdy bóg ją mijał, zdołała tylko zaczepić go za rękaw, uchwycić między
dwa palce kokainowo biały mankiet jego koszuli ze spinką z logo
nieśmiertelnej korporacji.
- Ile nas wziąłeś? - szepnęła. - Ilu ci ich trzeba?
Najedzony, był w dobrym humorze. Pogłaskał Annę po twarzy
wymanikiurowaną dłonią. Odruchowo wtuliła się w woń tysiącdolarowej wody
kolońskiej. Uśmiechnął się do niej wyrozumiale. Pomyślała o wszystkich
tych newsach o noworodkach znajdowanych w beczkach, na wysypiskach, w lodówkach, noworodkach nieznajdowanych. Coś za coś - nie da się osiągnąć
równowagi, nie odejmując z jednej z szal.
Bóg wychodzi, szum gaśnie, zapada cisza, i po raz pierwszy od
ćwierćwiecza Anna pozostaje sama w kraju śmiertelników. Zniknął ów
rozdźwięk, klin wbity między nią i świat; strona prawa równa się stronie
lewej.
Uprzątnąwszy ostatnie ślady ofiary, może wreszcie wyjść na miasto, nie
myśląc o niczym i nikim poza sobą. Powiedzą, że była w szoku; czuje się,
jakby szok właśnie dopiero zaczynał z niej schodzić. Jest maj 2014 roku.
Na festyn rocznicowy ulice i place udekorowano balonikami
biało-czerwonymi i błękitnymi. Pogoda jest słoneczna, ludzie
uśmiechnięci, samochody błyszczące, psy dobrze odżywione. Anna ma blisko
pięćdziesiąt lat, już prawie nie jest kobietą, już prawie nie
cieleśnieje. Ubiera się nie po to, by do ciała wabić, lecz po to, by
oddzielać ciało od ciała.
Przypatruje się matkom z małymi dziećmi. Te matki także urodziły się już
w nowym świecie. Nie mają do nich przystępu bogowie czasu rozstroju; one
nie czują, nie słyszą żadnego zgrzytu.
PKB wynosi prawie 500 miliardów USD, przeciętne wynagrodzenie - 3521
złotych, dolar jest po trzy złote, a euro - po cztery. Przez galerie
handlowe i hipermarkety przepływają tłumy, pozostawiając w kasach
elektronicznych zapłatę niewidzialnych cyfr, w niewidzialnych rejestrach
bytów nieludzkich i nieśmiertelnych. Na kartach kredytowych i ekranach
telefonów migoczą godła banków i bóstw, cała rzeczywistość się w nich
mieści.
Zew
Zew
Paulina Hendel
Wszystko zaczęło się od jednego teoretycznie prostego pytania: "Ile waży
dusza?".
W całej historii ludzkości na pewno nieraz się nad tym zastanawialiśmy,
ale dopiero stosunkowo niedawno zyskaliśmy środki i możliwości, by na
nie odpowiedzieć. Mówią, że grupka studentów z USA nie miała pomysłu na
projekt na zaliczenie roku i po pijaku uznali, że zważenie ludzkiej
duszy zagwarantuje im nie tylko najwyższą ocenę, lecz także dobrą pracę
po studiach. Na początku wszyscy podchodzili do ich poczynań z przymrużeniem oka. W końcu nie byli pierwszymi śmiałkami, którzy podjęli
się takiego wyzwania. Jednak żaden z poprzednich eksperymentów nie miał
naukowej wartości, a gdy studenci udowodnili, że mogą to zrobić, a ich
metody naukowe będą niepodważalne, w każdym kraju, bez względu na
wyznawaną tam religię, zawrzało jak w ulu.
Niektórzy krzyczeli, że to nieetyczne. Inni ze wzruszeniem ramion
komentowali, że to się nie uda, bo skoro człowiek nie ma duszy, to nie
można jej zważyć. Ale wszyscy tak naprawdę wstrzymywali oddech w oczekiwaniu na wyniki eksperymentu. A te z kolei zatrzęsły posadami
całego świata. Studentów odsunięto od dalszych badań i do pracy zabrały
się najtęższe głowy z każdego zakamarka naszego globu.
Wynik był taki sam: siedemnaście i pół grama. Zawsze siedemnaście i pół
grama. Nieważne, czy ważono duszę staruszki, młodej kobiety, otyłego
mężczyzny czy dziecka. Nieważne, jakie metody badawcze stosowano - za
każdym razem wychodziło siedemnaście i pół grama.
To, co nastąpiło później, było niczym lawina. Nie, raczej pożar, który
ogarnął cały świat. Ludzie masowo powracali do wiary, od której tak
chętnie się odwrócili. Przepowiadano koniec świata... I w całym tym
zamęcie ktoś inny zadał sobie pytanie: "Skoro można zważyć duszę, to
może uda się ją pochwycić?".
- Do jasnej cholery! Patrz, głupia starucho, co robisz!!!
Drgnąłem, wyrwany z moich rozmyślań o przeszłości, i zacząłem się
rozglądać za źródłem wrzasków.
- Już wycieram, proszę patrzeć, nie ma nawet śladu - drobna, zgarbiona
staruszka pocierała brudną szmatą tors wkurzonego, czerwonego na twarzy
Vincenta.
- Idź mi stąd! - odepchnął ją. - I nie myśl, że zapłacę za tę kawę!
Prawie wszystko wylałaś, tępa dzido! - upił łyk z papierowego kubka, a ja założyłbym się, że był on wypełniony co najmniej do połowy.
Staruszka wzruszyła ramionami, chwyciła swój wózek za rączki i pchnęła
go dalej. Kilka osób stojących w kolejce pokręciło głowami. Nie mieli
czym zapłacić.
- Dzień dobry, pani Maju - skinąłem jej głową.
- Dzień dobry, panie Kaziku - uśmiechnęła się ciepło. - To, co zwykle?
- Poproszę - zerknąłem jeszcze na Vincenta popijającego kawę.
- Firmowa kurtka - marudził dalej. - Ta durna baba powinna mi za nią
zapłacić! Przecież to się nie doczyści!
- Niech pani się nim nie przejmuje - pocieszyłem, kiedy staruszka
nalewała kawy. - Daję głowę, że dostał tę kurtkę z darów.
- Różnych ludzi spotykam w kolejce - westchnęła, podając mi kubek. -
Zresztą pan najlepiej wie. Tacy jak on są najgorsi - pochyliła się w moją stronę. - Zaciągnie kredyt energetyczny, zacznie szastać energią i myśli, że złapał samego Boga za nogi.
- Myśli pani, że znów stoi po kredyt? - zdziwiłem się. Przecież
widziałem go w kolejce najdalej trzy miesiące temu.
- Na pewno nie po spłatę - mruknęła. - Słyszałam - rozejrzała się, jakby
w obawie, że ktoś nas podsłuchuje - że ma już sto dwadzieścia siedem
lat.
- Co?!
- Ciszej! - syknęła. - Ostatnim razem, gdy tu stał, opowiadał o jakimś
lukratywnym biznesie, który przyniesie mu miliony. No ale jak tak na
niego popatrzeć, to chyba jeszcze ich nie zarobił.
Oboje zerknęliśmy na Vincenta, który wszem wobec chwalił się nowym
zegarkiem biometrycznym od ZEW-u. Zupełnie jakby nie wiedział, że to
zwykła smycz, tylko o dalekim zasięgu.
- Jakbym miał taki dług, to też bym już się chyba niczym nie przejmował
- westchnąłem. - To ile będzie za kawę? - zacząłem klepać się po
kieszeni.
- Dwa waty - pani Maja wysunęła w moją stronę licznik. Przyłożyłem do
niego energon i poczekałem na sygnał dźwiękowy.
Staruszka pchnęła wózek z kawą dalej, wzdłuż kolejki ciągnącej się na
kilometr.
Usiadłem na moim rozkładanym fotelu i znów spróbowałem pogrążyć się w rozważaniach, jak badania nad ludzką duszą przeorganizowały świat na
nowo. Technika ruszyła z kopyta do przodu, ale wbrew wszelkim
oczekiwaniom nadal nie mamy latających samochodów, zaś ktoś taki jak ja
- facet bez jednej ręki - co trzy miesiące musi odstać swoje w tej
przeklętej kolejce. Czasem trwa to półtora dnia, czasem dwa i zawsze
mnie zastanawia, dlaczego tak długo. Zupełnie jakby ludzie z ZEW-u chcieli udowodnić swoją wyższość.
Usłyszałem za plecami szelest. Odwróciłem się do młodego chłopaka, który
właśnie wystawił zaspaną twarz spod parasola.
- Przestało padać - westchnął.
- Nie na długo - brodą wskazałem ciemne chmury kłębiące się nad wielkim
szklanym budynkiem Zakładu Energii Wysokich. - Następnym razem weź
cieplejsze i nieprzemakające ubrania.
- Nie będzie następnego razu - zapewnił z uśmiechem.
- Oj, zapewniam cię, że będzie. To jest gorsze niż uzależnienie.
- Ja chcę tylko kredyt na mieszkanie. Jestem świeżo po ślubie - wyjął z kieszeni telefon i na pękniętym ekranie pokazał mi zdjęcie swoje i panny
młodej przed ołtarzem. - Trafiła się okazja na piękne małe mieszkanko,
ale wie pan, jak to jest - potarł o siebie zmarznięte dłonie.
- Wiem, wiem - westchnąłem, obracając mój fotel w jego stronę. - Znam
takie historie. Stoję tu co trzy miesiące i poznaję mnóstwo ludzi.
- Naprawdę? Co trzy? - zdziwił się chłopak. - Ale chyba nie po...? -
zawahał się.
- Nie, nie po kredyt - rzuciłem szczerze. - Żeby mi podbili
zaświadczenie, że nadal mogę pobierać rentę - klepnąłem się po kikucie
lewego ramienia. - Jakby mi, kurwa, ta ręka miała odrosnąć! Przepraszam
za wyrażenie, ale to wszystko ciągnie się już od tylu lat, że szlag mnie
trafia. I żadne podania ani pisma nic nie dają.
- A nie chciał pan protezy? - zainteresował się chłopak. - Przecież
teraz są takie refundacje... A biomechaniczne ramię jest chyba nawet
lepsze od prawdziwego.
- A pewnie, że bym chciał! - prychnąłem. - Ale się nie kwalifikuję.
- Jak to? - uniósł brwi.
- Wyobraź sobie, że pracowałem kiedyś dla ZEW-u. Montowałem liczniki w bogatych dzielnicach.
- Naprawdę? - w oczach chłopaka pojawił się szacunek. Jakby sama praca w tamtym miejscu czyniła mnie kimś lepszym, bo chociaż otarłem się o luksus. I to jest właśnie jedna z bolączek obecnych czasów - klasa
średnia zupełnie zniknęła, zaś dystans między biednymi a bogatymi
znacznie się powiększył.
- Ale mniejsza z tym - podjąłem. - To był wypadek przy pracy. Ewidentnie
zawinił przestarzały sprzęt, bo przecież ciągle szukają, na czym mogą
przyciąć...
- Z wyjątkiem swojej siedziby - wtrącił chłopak.
Obaj zerknęliśmy na górujący nad nami budynek. Dzieło architektoniczne,
szkło i metal zespojone w inspirującą całość - tak przed kilku laty
pisali o tym tworze w gazetach elektronicznych.
- No i tak mnie pieprznęło, że musieli amputować mi całą rękę -
ciągnąłem. - Byłem ubezpieczony i wszystko, ale wiesz, jak to jest.
Ledwie udało mi się wywalczyć tę przeklętą rentę. A o biomechanicznych
ramionach mogę zapomnieć. Gdybym był młody, może by mi takie fundnęli.
Byłbym lepszym pracownikiem. Ale po co kupować coś tak drogiego dla
kolesia, który zaraz przejdzie na emeryturę, co?
- To pech - przyznał chłopak. - Współczuję panu.
- Kazik jestem - podałem mu rękę.
- Mieszko - uścisnął ją.
Przestawiłem trochę fotel. Po deszczu wszędzie wokół zrobiło się błoto,
i to takie paskudnego typu - klejące się do wszystkiego, wciągające buty
i nogi krzeseł.
- Ale wracając do ciebie - zagadnąłem. Rozmowy były jedną z niewielu
rozrywek w kolejce. - Nawet jeśli uda ci się nie zaciągnąć kolejnego kredytu energetycznego, i tak będziesz musiał
jeszcze swoje tu odstać.
- No tak, wiem, żeby spłacić pierwszy kredyt, ale to jest chyba coś
zupełnie innego - stwierdził Mieszko.
- Trochę tak - przyznałem i powiodłem wzrokiem po kolejce zakręcającej
przed nami. - O, widzisz tamtą staruszkę na tym wielkim rozkładanym
fotelu?
- Tę w niebieskiej pelerynie przeciwdeszczowej?
Skinąłem głową.
- Pani Jessika spłaca kredyt po mężu. Biedna kobiecina przez całe życie
ledwie wiązała koniec z końcem przy mężu hazardziście, a po jego śmierci
okazało się, że facet nazaciągał mnóstwo długów i zostawił ją w, za
przeproszeniem, czarnej dupie.
- Nie mogli z niego ściągnąć tego długu? - chłopak zmarszczył brwi.
- Nie, bo widzisz, facet, pieprzony egoista, powiesił się w lesie.
Mieszko pokręcił głową z niedowierzaniem. Coś takiego było naprawdę
świństwem ze strony męża Jessiki. Pewnie facet bał się, że ZEW przejmie
jego duszę i będzie ją wypompowywał w nieskończoność.
Właśnie, bo po tym, jak tylko ludzie zdołali pochwycić ludzką duszę,
przyszła pora na kolejne pytanie: "Jak ją wykorzystać?".
Szybko się okazało, że można uwięzić duszę w trumnie ze specjalnego
tworzywa. A jeszcze szybciej, że ludzka dusza ma tyle energii, że może
zasilić całkiem spory budynek. Było to chyba największe odkrycie po
kryzysie energetycznym lat dwudziestych dwudziestego pierwszego wieku.
Ponoć to dopiero były nieciekawe czasy. Pandemia i liczne wojny
nadwyrężyły światową gospodarkę, pojawił się kryzys zdrowotny i grzewczy. Ludzie padali jak muchy, wszystko pogrążało się w ruinie. A to
był dopiero początek. Paliwa kopalne się po prostu wyczerpały. Nastał
wielki głód, zapowiadało się na trzecią wojnę światową... I, o ironio,
dopiero czerpanie energii z duszy ocaliło ludzkość. Wszystko ruszyło w zdwojonym tempie. To było niczym rewolucja przemysłowa. Powstał Zakład
Energii Wysokich, który w ciągu pięćdziesięciu lat przejął niemal
całkowitą kontrolę nad ludźmi. Z chwilą, gdy odrzuciliśmy papierowe i wirtualne pieniądze, a walutą stała się energia, świat się zmienił
bezpowrotnie. Energią płacimy za wszystko. Za kawę i bułki w sklepie, za
ubrania. To ona napędza nasze samochody, ogrzewa i oświetla mieszkania.
Energony - okrągłe urządzenia, nie większe niż podstawka pod szklankę -
stały się naszymi portfelami.
ZEW ma władzę nad naszym życiem i, co gorsza, nad naszą śmiercią. Ludzie
- tacy jak Mieszko czy Vincent - z chwilą zaciągnięcia kredytu otrzymują
zegarek biometryczny, ale taki z naprawdę wysokiej półki, który przez
cały czas monitoruje ich funkcje życiowe. Za zdjęcie go z nadgarstka
dostaje się karę. I nie chodzi o to, że ktokolwiek dba o ich zdrowie. O nie, ZEW-owi nie zależy na tym, żeby żyli długo. Oni mają umrzeć we
właściwym miejscu. Gdy tylko zegarek przekaże do centrali informację, że
stan zdrowia kredytobiorcy jest zagrażający życiu, delikwent od razu
ląduje w ZEW-owskim hospicjum, aby zszedł z tego świata w odpowiednich
warunkach, a lekarze zdołali pochwycić jego duszę. Dusza ta zostaje
przewieziona do elektrowni, umieszczona w specjalnej kapsule i pompuje
się z niej energię. Dlatego ZEW tak chętnie przyznaje kredyt ludziom
starym lub schorowanym, a samo zaciągnięcie go nie jest takie trudne.
Trzeba oczywiście odstać swoje w kolejce, złożyć mnóstwo podpisów na
stercie papierów, a na energonie pojawia się nowa, znacznie wyższa
liczba watów, która wystarczy na kupno samochodu czy remont mieszkania.
Jeśli człowiek nie spłaci kredytu za życia, ZEW przejmuje jego duszę po
śmierci i czerpie z niej energię przez tyle lat, na ile opiewa umowa
kredytowa. Z takiego Vincenta będą wypompowywać przez sto dwadzieścia
siedem lat. Dlatego dostał taki wypasiony zegarek biometryczny, żeby
mogli go dobrze dopilnować. Po spłacie długu jego dusza zostanie
uwolniona, a co dalej się z nią stanie, nikt nie wie. Wierzymy, że
pójdzie do nieba czy gdzie indziej jest jej pisane. Wierzymy, że nie
zostanie skazana na wieczne potępienie za to, że została tak
wykorzystana.
Oczywiście czerpanie z dusz ma wielu przeciwników. Religijni fanatycy
przekonują, że taka dusza nigdy nie trafi do zaświatów. Inni mówią, że
pochwycona dusza cierpi katusze i to jest jej piekło na ziemi. Albo że
jeśli jest zużyta, nie może odrodzić się w innym ciele, a ludzie
przekreślili właśnie możliwość swojej reinkarnacji. Jest naprawdę
mnóstwo teorii na temat tego, co dzieje się z naszymi duszami po
śmierci. Do mnie jakoś żadna z nich nie trafia. A mimo to nigdy nie
wziąłem kredytu energetycznego. Ani ja, ani moja żona. Nawet syna i córkę przed tym przestrzegam, choć już są dorośli. Nieraz było u nas
krucho, temperatura w mieszkaniu spadała do ośmiu stopni Celsjusza,
siedzieliśmy w ciemnościach przez długie tygodnie i jedliśmy dosłownie
ochłapy, ale żadne z nas nie odważyło się wziąć kredytu.
- Mogę o coś zapytać? - odezwał się cicho Mieszko.
- Pytaj, jeśli wiem, to odpowiem.
- Skoro pracował pan dla ZEW-u, widział pan trumnę energetyczną? -
zagadnął. - Ale taką prawdziwą, bo mówią, że te, które nam pokazują, to
ściema...
Uśmiechnąłem się pod nosem. To było częste pytanie zadawane przez tych,
którzy pierwszy raz stali po kredyt. Chcieli wiedzieć, w jakich
warunkach będzie przetrzymywana ich dusza po śmierci, jeśli nie spłacą
długu za życia.
- Masz rację, pokazowa trumna to ściema - odparłem. - To chyba ma
działać na ludzką psychikę. Wiesz, zobaczysz taką dużą, wygodną trumnę z przeźroczystym wiekiem i spodem obitym białym jedwabiem. Normalnie można
by w niej spać przez całą wieczność.
- Moja żona, jak tylko zobaczyła tę poduszkę z koronkami, stwierdziła,
że to przegięcie. Że dusza na pewno nie potrzebuje poduszki i że
prawdziwa trumna energetyczna musi wyglądać inaczej - dodał chłopak.
- Trumny energetyczne są dużo mniejsze. O takie - rozłożyłem dłonie na
odległość około czterdziestu centymetrów. - Są sześcienne, bo to
najłatwiejszy do uzyskania kształt ze sfery. Wiesz - stopu irydu,
platyny i diabli wiedzą czego jeszcze. I nie są przeźroczyste. Dioda na
wieku wskazuje, czy trumna jest pusta, czy w środku znajduje się dusza.
No i jest podłączona pod mnóstwo kabli i rur.
Mieszko w zamyśleniu kiwał głową. Pewnie wyobrażał sobie siebie samego w takiej trumnie.
- A... a widział pan kiedyś... prawdziwą duszę? - zapytał. - Ja niby
widziałem w programach ZEW-u, ale wie pan, na ekranie na pewno wygląda
zupełnie inaczej niż w rzeczywistości.
Powoli pokiwałem głową, przywołując wspomnienia.
- Raz, zupełnie przypadkiem, trafiłem do ekipy naprawiającej trumny
energetyczne - powiedziałem, zamykając oczy. - To było paręnaście lat
temu, wtedy, kiedy były te strajki i nie było komu ogarniać całego
sprzętu...
- I pan nie strajkował? - Mieszko zrobił wielkie oczy, a ja prychnąłem
pod nosem.
Kiedyś bardzo się tego wstydziłem, ale teraz, z perspektywy lat, miałem
to w głębokim poważaniu.
- Chłopcze - westchnąłem - nie strajkujesz, kiedy twoje dzieci mają po
kilka lat i są głodne. A ty nie czujesz głodu, bo pęka ci serce. Idziesz
wtedy radośnie do pracy i bierzesz każdą fuchę, jaką dają, szczególnie
tę, za którą lepiej płacą.
- Rozumiem - rzucił ugodowo Mieszko. Ale ja założyłbym się o drugą rękę,
że nie rozumiał. On głowę miał jeszcze przepełnioną nierealnymi wizjami
równości na świecie. - To jak ta dusza wyglądała? - drążył.
- Była piękna - odparłem, przymykając oczy. Już nie stałem na zabłoconym
placu przed ZEW-em. Znalazłem się w budynku, w którym pozyskuje się
energię, a przede mną stał przenośny - dlatego przeźroczysty - pojemnik
z duszą w środku. - Nie miała kształtu, a mieniła się wszystkimi
kolorami tęczy. Poruszała się leniwie niczym opalizująca mgła.
Błyszczała lekko. I choć nie miała oczu, dałbym głowę, że mnie widziała.
Że mnie słyszała i doskonale wiedziała, gdzie jest i z jakiego powodu.
Dlatego nigdy nie wziąłem kredytu. Ta istota nie była już człowiekiem,
powinna być wolna, a nie więziona w pudle.
Pokręciłem głową, wracając do teraźniejszości. Zaczynało zmierzchać, a gdy tylko słońce skryło się za horyzontem, zrobiło się chłodniej.
Zarzuciłem na plecy kurtkę i zerknąłem na mojego nowego kolegę. Minę
miał nietęgą, a wzrok zamglony.
- Jesteś młody - pocieszyłem. - Będziesz miał całe życie na spłatę
kredytu.
- Uhm - burknął Mieszko.
- Ale nie zamierzasz brać czasem kredytu pokoleniowego?
Chłopak otrząsnął się z zamyślenia.
- Co? Nie, chyba nie - odparł.
- Patrz tam - wskazałem mężczyznę w kolejce kilkadziesiąt metrów za
nami. - Ile dałbyś mu lat?
- Nie wiem. Siedemdziesiąt?
- Antoni ma dopiero pięćdziesiątkę na karku.
- Niemożliwe! - sapnął Mieszko, obserwując go.
- Jego ojciec zaciągnął kredyt pokoleniowy - wyjaśniłem. - Wiesz, ten na
bardzo dobrych warunkach, znacznie bardziej opłacalny... Ale jeśli
zginiesz w jakiś nieprzewidziany sposób i ZEW nie dostanie twojej duszy,
to twoje dzieci nie mogą zrzec się ani spadku po tobie, ani twoich
zobowiązań. Ojciec Antoniego zginął w wypadku samochodowym, kiedy
chłopak miał zaledwie dziesięć lat. Jego matka usiłowała spłacić kredyt,
żeby jak najmniej długu przeszło na syna. To ją wykończyło, a teraz on
co pół roku stoi w kolejce, żeby oddać to, czego sam nie wziął.
- Paranoja jakaś! - sapnął Mieszko.
- Kredyt pokoleniowy dotyczy dzieci nieślubnych oraz tych jeszcze
nienarodzonych, więc... - zawiesiłem głos.
- Nie, nie, czegoś takiego nie zrobię - zarzekał się chłopak. - Ale
jakim cudem ojciec Antoniego mógł zginąć w wypadku samochodowym?
Przecież...
- Taaa, samochody są teraz takie niezawodne - mruknąłem. - W tamtych
czasach jeździły już na energony, ale wtedy można było jeszcze nimi
kierować.
- To dopiero barbarzyństwo! Przecież ludzie byli tacy nierozważni.
Wsiadali za kółko po pijaku, jak byli bardzo zmęczeni albo za starzy,
żeby wykazać się wystarczającym refleksem!
- Tak wyglądała wolność - wzruszyłem ramionami. - Ale właśnie taki
kierowca zabił ojca Antoniego. Zasnął za kierownicą i przegapił czerwone
światło.
Lubiłem być kierowcą i zabierać dzieciaki na wycieczki. Teraz samochody
w pewnym sensie straciły dla mnie swój urok. Wsiadasz, przykładasz
energon do stacyjki i na ekranie wklepujesz miejsce docelowe, a auto
samo cię tam zawozi i parkuje. Nie ma wypadków, nie ma nawet stłuczek.
Usłyszałem skrzypienie kół wózka. To pani Maja znów robiła rundkę wzdłuż
kolejki.
- Kawę, panowie? - zagadnęła. - Mam też świeże bułki. Dopiero odebrałam
z piekarni.
- A zaszaleję i poproszę o dwie drożdżówki - uśmiechnąłem się.
- To będą trzy waty - staruszka podała mi pachnące wypieki i wyciągnęła
w moją stronę licznik, a ja przyłożyłem do niego energon. - A widzieliście, jaka Jessika jest dziś szczęśliwa? - zmieniła temat.
Zerknąłem w stronę staruszki siedzącej w kolejce przed nami.
- Rzeczywiście zdaje się promienieć - przyznałem.
- Mówi, że tym razem spłaci cały kredyt. I wreszcie będzie wolna.
- To dobrze, miło będzie już nigdy jej nie spotkać w kolejce -
stwierdziłem.
Wiedziałem, że Jessika jest bardzo religijna i przez lata odmawiała
sobie dosłownie wszystkiego, żeby tylko spłacić kredyt po mężu i uwolnić
własną duszę od zobowiązań.
- Coś jeszcze, panie Kaziu? To mój ostatni obchód na dziś - staruszka
uniosła wzrok na ciemniejące niebo. - Znów zbiera się na deszcz.
- Nie, dziękuję, kochana pani. Do jutra.
Kobieta się pożegnała i pchnęła wózek dalej. Tak naprawdę miałem jeszcze
w plecaku kanapki zrobione przez żonę, ale zawsze kupowałem coś od tej
staruszki, bo wiedziałem, że tak jak każdy z nas ma historię do
opowiedzenia i wcale nie jest ona zakończona happy endem.
- Trzymaj - podałem jedną bułkę Mieszkowi.
- Nie trzeba - zająknął się.
- Zawrzemy umowę - powiedziałem z wyciągniętą w jego stronę ręką. - Ja
pomogę ci w tej kolejce, a ty pomożesz komuś, jak będziesz stał tu
następnym razem. Ale jest jeden warunek. Staniesz tu tylko raz. Żeby
spłacić kredyt.
Chłopak uśmiechnął się i skinął głową.
- Umowa stoi - wgryzł się w drożdżówkę.
Zrobiło się ciemno. Nad naszymi głowami z głośnym trzaskiem włączyło się
oświetlenie wielkiego billboardu. Obraz przedstawiał reklamę hospicjum
ZEW-u. Była na nim uśmiechnięta staruszka leżąca na szpitalnym łóżku, w śnieżnobiałej pościeli. Tuż przy niej stały jej radosne wnuki. Jakby
było z czego się cieszyć, że babcia wylądowała w hospicjum. Na dole zaś
znajdowało się logo hospicjum - zielona roślinka obejmowana przez dłonie
i jeszcze ten tekst: Troszczymy się o każdego. Akurat! Zawsze, gdy
widziałem ten przeklęty billboard - taki jasny, czysty i przedstawiający
szczęśliwych ludzi - szlag mnie trafiał. Nie tak wyglądały hospicja
ZEW-u. To były zwykłe umieralnie, w których pilnowano, żeby człowiek
zszedł w specjalnej trumnie i można było pochwycić jego duszę. A to
znaczyło, że ktoś znajdujący się na samej krawędzi życia był przez
tygodnie, a czasem nawet miesiące zamknięty w tym przeklętym pudle. Miał
podłączony cewnik i był karmiony przez sondę, a wszyscy wokół tylko
czekali, aż umrze.
Przedsionek piekła - tak to kiedyś określiła moja żona, kiedy zamknęli
tam jej daleką ciotkę. Kobiecina wzięła bardzo duży kredyt na studia
dzieci. Oczywiście dzieciaki skończyły szkoły, wyszły na ludzi i całkiem
nieźle zarabiały, ale zawsze znalazły jakąś wymówkę, żeby nie pomóc
matce w spłacie - a to mieszkanie trzeba kupić, a to wnuki się urodziły,
a to prywatne przedszkole dużo kosztuje. No i kiedy kobiecina podupadła
na zdrowiu, wylądowała w hospicjum. Dwadzieścia osób w pokoju, smród
spoconych ciał i ludzkich wydzielin, duszący zapach środków czystości,
ludzie przykuci do łóżek, wciąż faszerowani lekami. To był koszmar. Ale
co tydzień odwiedzaliśmy ciotkę, bo jej własne dzieci o niej zapomniały.
A gdy odeszła... cóż, poczułem wielką ulgę, że już nigdy nie będę musiał
tam chodzić.
Podniosłem się z fotela, kilka razy zgiąłem nogi w kolanach,
rozprostowałem ramię. Z każdym rokiem coraz trudniej było mi czekać w tej kolejce. Pęcherz też już nie ten.
- Popilnuj mojego miejsca - rzuciłem do Mieszka, ruszając w stronę
rządka obskurnych toalet.
W drodze powrotnej zaś przeszedłem się wzdłuż kolejki, zagadując
znajomych.
- Jak tam, pani Jessiko? - zaczepiłem staruszkę. - Słyszałem, że to
ostatni raz?
- Wreszcie! - sapnęła uradowana kobiecina. - Tyle lat wyrzeczeń! Tyle
lat odejmowania sobie od ust! Oszczędzania na lekach! Dziś spłacę
ostatnią ratę i wreszcie będę wolna.
- Gratulacje - uścisnąłem jej lodowatą dłoń. Naprawdę cieszyłem się jej
szczęściem.
Wtem staruszka zaczęła szybciej oddychać. Przyłożyła rękę do klatki
piersiowej. Jej oczy się powiększyły.
- W porządku? - zaniepokoiłem się. - Co się dzieje?
Kobieta potrzebowała kilku sekund, żeby dojść do siebie.
- Wszystko dobrze - zamrugała. - Chyba obiad mi zaszkodził.
- Jeśli mogę jakoś pomóc...
- Wszystko w porządku - zapewniła trochę oschle.
Pożegnałem się więc i odszedłem. Jessika zawsze wydawała mi się osobą
nie do zdarcia, ale tym razem była blada, miała cienie pod oczami... Może
źle spała z emocji?
Wróciłem na swoje miejsce i rozsiadłem się w fotelu. Wyciągnąłem termos
z herbatą.
- Jak to jest pracować na Wzgórzu? - zagadnął Mieszko.
- Co? - potrząsnąłem głową, upiwszy łyk ciepłego, słodkiego napoju.
- No w bogatych dzielnicach. Byłem tam kilka razy, ale patrzyli na mnie,
jakbym zaraz miał ich okraść albo zarazić pchłami - chłopak prychnął
głośno. - No i taki jeden ochroniarz zaczął łazić za mną i łaził tak
długo, aż po prostu odszedłem.
Biedni rzadko bywali na Wzgórzu, bo i nie mieli tam czego szukać, jeśli
tam nie pracowali. Wszystko tam było przedrożone. Za kawę trzeba było
zapłacić ze dwadzieścia watów. No i co z tego, że była lepsza niż ta
lura od pani Mai? Kto zapłaci dwadzieścia watów za kawę?! To samo było z jedzeniem i ubraniami. Czasami naprawdę dziwiło mnie, jak bardzo ludzie
ze Wzgórza marnotrawili energię. No ale przecież mieli jej pod
dostatkiem.
- Zawsze mnie szokowało, jak jasno jest tam w nocy - ciągnął Mieszko.
- Nawet z daleka jasność Wzgórza bije po oczach - przyznałem.
Oświetlenie billboardu nad nami zatrzeszczało, ale nie zgasło. Gdyby nie
ta przeklęta reklama, stalibyśmy w zupełnych ciemnościach. W ciemnościach i błocie. A przed nami w delikatnej poświacie górowało
szklano-metalowe monstrum budynku ZEW-u. Znajdowaliśmy się na peryferiach miasta, a władze gminy, wciąż
szukając oszczędności, uznały, że nie ma co marnować światła na takich
jak my.
- Wiesz, że oni mają w domach tylko jeden, góra dwa liczniki? -
zagadnąłem. To zawsze było ciekawą anegdotką.
- Bogaci? Ale jak to? - zdziwił się Mieszko.
W mieszkaniach biedoty dosłownie każdy sprzęt miał licznik: telewizor,
piec od centralnego ogrzewania, skrzynka oświetleniowa, kuchenka,
lodówka, często nawet czajnik. Tak ZEW zabezpiecza się przed tymi,
którzy żyją dosłownie z dnia na dzień. Weźmy na przykład takiego
robotnika z fabryki. Dostaje swoją dniówkę, liczba watów na energonie
jest ciut wyższa niż rano, więc kupuje za nie coś do jedzenia, czasem
flaszkę, a później wraca do domu i musi wybrać, czy tego dnia będzie
oglądał telewizję, czy żona namówi go na uruchomienie zmywarki, a może
oszczędzą na ogrzewaniu lub świetle.
Nam nieraz zdarzało się odpalać ogrzewanie tylko na pół gwizdka,
podobnie jak światło. Gdyby nie zmiany klimatyczne i to, że teraz Polska
znajdowała się w cieplejszej strefie, mogłoby być kiepsko. Na szczęście
zimą temperatura prawie nigdy już nie spadała poniżej zera, a latem
mogliśmy hodować nawet cytrusy.
- A więc bogaci mają tylko jeden licznik na cały dom - podjąłem. - Raz
na tydzień czy dwa przykładają do niego energon i ładują tyle watów,
żeby wystarczyło dosłownie na wszystko, nawet na podgrzanie wody w basenie.
- Wody w basenie... - powtórzył głucho Mieszko. - Po co grzać wodę w basenie?
- Żeby ci dupsko nie zmarzło, jak chcesz się wykąpać zimą.
Chłopak pokręcił głową. Dla takich jak my to wszystko było trudne do
wyobrażenia.
- A, no i w swoich domach mają temperaturę co najmniej dwadzieścia
stopni Celsjusza - dodałem.
- Jaja se pan robi!
Pokręciłem głową. W biednych dzielnicach nawet osiemnaście było
marnotrawstwem.
Naraz dostrzegłem jakieś poruszenie z przodu. Wstałem zaciekawiony.
- Cholera! - rzuciłem i pobiegłem w stronę zamieszania.
Jessika leżała na ziemi, ktoś usiłował ją cucić, klepiąc ją po
policzkach.
- Wezwę pogotowie! - jakaś kobieta wyciągnęła z kieszeni telefon.
- Pani Jessiko! Pani Jessiko! - wołali ludzie.
Staruszka oddychała bardzo szybko i płytko. Zdawała się jeszcze bledsza
niż pół godziny temu.
- Ma ktoś wodę?! - rzuciłem w stronę gapiów i przyklęknąłem przed
nieprzytomną.
Ktoś podał mi butelkę. Spróbowałem zwilżyć usta kobiety. Jej całe
ubranie było już uwalane błotem.
Wtem staruszka uniosła powieki i posłała mi nierozumiejące spojrzenie.
- Straciła pani przytomność - powiedziałem. - Pomożemy pani usiąść.
Razem z facetem, który usiłował ją cucić, posadziliśmy ją na fotelu.
- Jak się pani czuje? - zapytała kobieta od telefonu. - Wezwałam
karetkę.
- Nie! - wrzasnęła pani Jessika. - Nic mi nie jest! Niech pani ją
odwoła! Ja tylko przysnęłam na chwilę!
- Niech się pani nie martwi - poklepałem ją po dłoni. - Przyjadą,
obejrzą panią i sobie pojadą.
- Nie trzeba, nic mi nie jest! - zarzekała się.
Kilka minut później jednak przyjechała karetka ZEW-u. Szybko się
uwinęli, ale w takich przypadkach nigdy się nie ociągali. Możliwe, że
zegarek biometryczny Jessiki też wysłał sygnał do centrali.
Sanitariusze wyskoczyli z pojazdu i sprawnie zaczęli badać kobiecinę,
która wciąż zapewniała, że nic jej nie jest.
- Zabieramy panią - jeden z nich pokręcił głową, a drugi już wyciągał
nosze.
- Nie! - krzyczała Jessika. - Ja muszę spłacić kredyt! To moja ostatnia
rata!
- Ma pani stan przedzawałowy i to nie podlega dyskusji - odparł
sanitariusz.
Siłą posadzili ją na noszach i przypięli pasami.
- Nie możecie! To wbrew mojej woli!
- Niech pani wyznaczy kogoś do opieki nad pani rzeczami - rzucił oschle
sanitariusz.
- Ja to zrobię - zgłosiłem się na ochotnika. - Niech się pani nie martwi
- zapewniłem, kiedy pakowali ją do karetki. - Za kilka dni panią
wypuszczą i wtedy pani spłaci ostatnią ratę.
- A jeśli nie? - jęknęła.
Patrzyłem na nią, gdy zamykali drzwi. W jej oczach pojawiły się łzy i strach.
Ambulans odjechał na sygnale, a w kolejce zapanowała cisza. Każdy
współczuł kobiecie i każdy cieszył się, że nie jest na jej miejscu.
Karetka ZEW-u zabrała ją do hospicjum, a stamtąd mało kto już wychodził.
Wróciłem na swoje miejsce, taszcząc ze sobą dobytek staruszki.
- To miała być jej ostatnia rata - rzuciłem ze smutkiem. - A kobiecina
była taka religijna. Tak bardzo chciała uwolnić swoją duszę od
zobowiązań...
- Mogli ją zapakować do karetki wbrew jej woli? - zapytał Mieszko. -
Przecież może wypisać się ze szpitala na własne żądanie, prawda?
Pokręciłem głową.
- Z chwilą, gdy złożysz podpis na papierach kredytowych, już nie jesteś
panem samego siebie - wyjaśniłem. - Stajesz się własnością ZEW-u. I jeśli sanitariusz stwierdzi, że coś zagraża twojemu zdrowiu, to nie
potrzebują żadnego pozwolenia, żeby wsadzić cię w kaftan i wywieźć do
hospicjum.
Mieszko nie skomentował. Niby wiedział o tym wszystkim, każdy o tym wie,
ale zobaczyć coś takiego na własne oczy to zupełnie inna bajka. Przed
nami jeszcze długa noc. Może chłopak pójdzie po rozum do głowy i uzna,
że nowe mieszkanie po okazyjnej cenie nie jest warte zaciągnięcia
kredytu energetycznego, i po prostu zostawi całą tę kolejkę w cholerę. A jeśli nie, to cóż, dołączy do coraz bardziej powiększającego się grona
zdesperowanych idiotów.
Poczułem na twarzy pierwsze krople deszczu. Oświetlenie billboardu znów
zamrugało z trzaskiem. Zarzuciłem na głowę kaptur i odwróciłem się w stronę budynku ZEW-u. Byłem już zmęczony tym wszystkim. Ale co począć,
gdy wszyscy jesteśmy swojego rodzaju niewolnikami?
Zwykła kradzież
Zwykła kradzież
Wojciech Chmielarz
1.
- Co chcieliśmy zgłosić? To, że ukradziono nam dziecko, do cholery! -
krzyknęła kobieta.
- Porwano... - poprawił siedzący obok mąż.
Komisarz Sana Marczuk przenosiła wzrok to na niego, to na nią. On miał
prawdopodobnie koło czterdziestki. Chociaż z tymi bogaczami to zawsze
było trudno powiedzieć. Przyzwoite metr osiemdziesiąt pięć wzrostu,
gęste czarne włosy, z których pewnie połowa to były implanty. Starannie
przystrzyżony zarost. I zaczerwienione od niedawnego płaczu oczy. Facet
się rozkleił ze strachu i bezradności. Nawet teraz trzęsły mu się ręce.
Próbował to ukryć, raz po raz zaciskając pięści. Według dokumentów
nazywał się Daniel Wilczek. Był doradcą inwestycyjnym w jednym z prywatnych funduszy. Zarabiał tam sporo, co było widać po samym
mieszkaniu. Duże, znajdujące się na jednym z tych zamkniętych osiedli
blisko centrum Warszawy, które przez całą dobę było strzeżone przez
patrole ochroniarzy, a pod telefonem na wszelki wypadek zawsze czekała
drużyna interwencyjna złożona z byłych komandosów. Codziennie odwiedzała
ich sprzątaczka z Filipin lub jakiegoś zapomnianego gotującego się
afrykańskiego kraju. Sana pomyślała, że być może nawet są na tyle
bogaci, żeby nie przejmować się kartkami na mięso. Po prostu idą do
jednego z tych sklepów dla bogaczy i kupują kawał wołowiny za cenę
rynkową.
Ona z kolei miała na imię Greta. Było przez chwilę modne. Jeśli wtedy je
dostała, oznaczało to, że była starsza od Sany o co najmniej dziesięć, a może nawet dwadzieścia lat. Ale oczywiście nie było tego po niej widać.
Policjantka była pewna, że gdyby zbliżyła się do kobiety wystarczająco,
mogłaby dostrzec wędrujące pod jej skórą kosmetyczne nanoboty.
Kobieta miała na sobie czerwoną obcisłą sukienkę. Na pewno drogą, ale
większym symbolem statusu społecznego było to, co sukienka opinała -
szczupłe, wysportowane ciało. Ciało, które wymagało godzin pracy na
siłowni, odpowiedniej diety, odżywek, pomocy trenera i kilku operacji
plastycznych. Na taki wygląd mogli sobie pozwolić tylko bogaci.
Ale Sana nie potrzebowała tych wszystkich obserwacji, żeby być pewna, że
Wilczkowie, nawet jeśli nie należą do finansowej elity kraju, są jej
bardzo blisko. Przede wszystkim - mieli dziecko. I szybki rzut oka w dokumenty powiedział policjantce, że nie należą do tych nielicznych
szczęśliwców, którzy wygrali prawo do reprodukcji na loterii. Oni po
prostu wykupili sobie odpowiednie pozwolenie.
- Czy dziecko... - jej partner, komisarz Taras Szewczenko, zawiesił na
moment głos - Paweł?
- Pawełek, tak... Pawełek - potwierdził Daniel Wilczek. - Po moim ojcu.
- Pawełek - Sana zwróciła uwagę, że Taras, podobnie jak Daniel, zdrobnił
imię chłopca - miał wszczepiony chip?
- Oczywiście - warknęła kobieta.
Sięgnęła po leżący nieopodal tablet i rzuciła go policjantowi. Ten
złapał niezgrabnie urządzenie, na którym była już włączona odpowiednia
aplikacja. Program informował, że nie jest w stanie znaleźć chipa w systemie. Taras odruchowo nacisnął przycisk odświeżania, ale doczekał
się tylko tego, że zobaczył taki sam komunikat.
- Czy chip był serwisowany? - zapytała Sana.
- Tak. Co pół roku przychodził tutaj przedstawiciel producenta i sprawdzał, czy wszystko działa. Płaciliśmy regularnie abonament. Miesiąc
w miesiąc. Poważną kwotę. I co? I nic. Miał działać i nie działa -
kobieta mówiła z wyraźną złością.
Mężczyzna był tak przytłoczony całą sytuacją, że nie wiedział, co ma
powiedzieć, siedział cicho. Wyciągnął rękę, chcąc położyć ją na dłoni
żony. Sana nie była pewna, czy chciał ją tym gestem uspokoić, czy sam
potrzebował otuchy od partnerki. Ona jednak go odtrąciła.
- I wiecie, co jeszcze?! - krzyczała kobieta. - Płacimy ogromne, ogromne
podatki! Które idą także na wasze pensje! I co?! Zamiast szukać naszego
syna, siedzicie tutaj i zadajecie idiotyczne pytania!
- Kochanie! - zaprotestował mąż.
- Spokojnie - powiedziała Sana, wstając ze skórzanego fotela (Czy to
prawdziwa skóra? Kogo stać na takie rzeczy?). - Wiemy już wszystko, co
mamy wiedzieć. A w tej chwili najlepsi funkcjonariusze szukają państwa
dziecka.
Policjantka zebrała swoje rzeczy ze szklanego blatu stołu i dała
Tarasowi gestem sygnał, że na nich już czas. Daniel Wilczek odprowadził
ich do drzwi apartamentu. Poczekał, aż się ubiorą, przez cały czas
przygryzając dolną wargę. Kiedy już mieli wychodzić, niespodziewanie
chwycił Sanę za przegub.
- Znajdziecie go? - zapytał głosem przepełnionym strachem i nadzieją.
Policjantka wahała się przez moment, co ma odpowiedzieć. Zaginięcia
dzieci zdarzały się ekstremalnie rzadko. Najczęściej dotyczyły potomstwa
rodzin, które wygrały los na loterii i nie stać ich było na instalację
chipa śledzącego. Korzystali ze starszych zabezpieczeń zewnętrznych.
Nadajników przyczepianych do ubrania i takich tam. Ale czasami dziecko
ich po prostu ze sobą nie zabierało i gdzieś znikało, nic nie mówiąc
rodzicom. Najczęściej wracało po kilku godzinach do domu całe i zdrowe.
Ale tutaj wydarzyło się coś innego. Dziecko miało chip, i to dobrej
firmy. Awarie takich urządzeń prawie się nie zdarzały. Sprawa robiła się
poważna. A poważne sprawy miały tendencję do tego, żeby się paprać. Ich
wynik zawsze był wielką niewiadomą. Ale patrząc w oczy mężczyzny, Sana
zdała sobie sprawę, że Daniel nie jest gotowy na usłyszenie prawdy. Jego
żona tak. Co prawda skutkowałoby to kolejnym wybuchem złości i wściekłym
bombardowaniem ich kolejnymi zarzutami, ale ona by to zniosła. Jej mąż
nie. Dlatego Sana skłamała:
- Na sto procent. Proszę się nie martwić.
2.
- I co my z nim teraz zrobimy? - krzyknął wściekły i przestraszony Alek.
- Chyba musimy go nakarmić - odpowiedziała mu Basia. - A potem możemy
się zabawić.
Oboje popatrzyli na siedzącego na środku pokoju sześcioletniego
chłopczyka. Rysował coś w prostym programie na tablecie. Alek najpierw
pomyślał, że to nierozsądne dawać mu go do ręki. Mógłby skontaktować się
z rodzicami, policją albo, co najgorsze, z firmą ochroniarską. A ludzie
stamtąd nie mieli zahamowań. Alkowi kiedyś złamali rękę tylko dlatego,
że podejrzewali go o sklepową kradzież. Kiedy okazało się, że jest
niewinny, dostał jakieś talony i obietnicę, że jeśli ośmieli się pójść z tym do sądu, to połamią mu jeszcze nogi. Ale potem przypomniał sobie, że
tablet jakiś czas temu się zepsuł i nie łączy się z siecią.
- Po co go w ogóle wzięłaś?
- Bo wyglądał, jakby się zgubił.
- To trzeba było go gdzieś odprowadzić, a nie ciągnąć do nas!
Basia zagryzła dolną wargę. Jej wzrok prześlizgnął się po blond głowie
dziecka i zatrzymał na Alku.
- Chciałam - powiedziała cicho, głosem drżącym od emocji. - Ale jak
wzięłam go za rękę i zaczęłam z nim iść...
- To co?
- To czułam, jak zaczyna mną trząść. Była gdzieś tam jakaś bogata,
zepsuta lafirynda, która zostawiła tego dzieciaka. Zupełnie się nim nie
przejmowała, bo wiedziała, że jakby co, może sobie kupić nowego.
- Skąd wiesz, że jest bogata? - zapytał Alek. - Może to jakaś biedaczka,
której akurat trafił się szczęśliwy los.
- Te wszystkie losowania i tak są ustawione - prychnęła Basia. - Wygrywa
ten, kto zapłaci.
- Nie zawsze.
- No to spójrz tylko na jego buty!
Chłopiec miał na nogach sportowe obuwie modnej marki, które musiało
kosztować tyle, ile czynsz w ich mieszkaniu. Jasne, wynajmowali lokal w jednym z tych należących do funduszy inwestycyjnych mrówkowców, które
budowano byle taniej, byle szybciej, byle zdążyć przed kolejnymi
unijnymi normami środowiskowymi. Ale jednak! Kto kupuje dziecku takie
buty, skoro wiadomo, że zaraz i tak z nich wyrośnie!
- To trzeba było mu je zajebać, a nie przyprowadzać go do nas - warknął
szeptem Alek.
Basia spuściła wzrok. Alek zrozumiał, że właśnie docierają do sedna
sprawy. Tyle że kobieta wyglądała tak, jakby sama jeszcze do końca nie
rozumiała, dlaczego postąpiła tak, jak postąpiła.
- Jak z nim szłam... - odezwała się po chwili.
- No.
- Ty wiesz, jak ludzie na mnie patrzyli?
Podniosła głowę. Jej twarz była blada, oczy błyszczały z przejęcia.
- Jak? - zapytał.
- Jakbym była kimś.
Poczuł, jak coś go ściska za gardło.
- Co miałaś na myśli, mówiąc, że moglibyśmy się potem zabawić? -
zapytał.
Wzruszyła ramionami.
- Możemy dokądś pójść - powiedziała cicho. - Z tym dzieciakiem. Po
prostu pochodzić po ulicy.
Zerknął na dzieciaka, który mazał palcem po ekranie tabletu, tworząc na
nim jakieś abstrakcyjne dzieło. Zaskoczyło go, jak bardzo jest spokojny.
Nie krzyczał, nie płakał, nie wyrywał się. Nawet nie zapytał, gdzie są
rodzice. Całą sytuację przyjął jako coś naturalnego i normalnego.
- A jak nas ktoś złapie? - zapytał.
- To powiemy prawdę. Że go znaleźliśmy i odprowadzamy właśnie na
policję.
Doskoczyła do niego i ścisnęła go mocno za rękę. Zrozumiał, że bardzo
jej na tym zależy. Ale i jemu ta wizja się spodobała. Wyszliby na ulicę.
On, ona, dziecko pomiędzy nimi. Wyglądaliby jak z obrazka. I niezależnie, co ludzie by sobie pomyśleli - że wygrali los na loterii
czy sobie to dziecko kupili - Basia miała rację. Patrzyliby na nich,
jakby byli kimś. A nie jak ktoś, komu można bezkarnie połamać ręce na
zapleczu sklepu.
- Ale wcześniej chyba powinniśmy go jakoś nakarmić - odezwał się. - Co
takie dziecko je?
3.
- Wkurwiają mnie takie typy - rzucił Taras, wsiadając do samochodu.
Gotowało się w nim już w mieszkaniu rodziców zaginionego dzieciaka. A kiedy z niego wyszli, poczerwieniał na twarzy i zaczął mamrotać pod
nosem na przemian polskie i ukraińskie przekleństwa. Między innymi
dlatego Sana pozwoliła mu teraz prowadzić. Miała nadzieję, że to go
uspokoi. W końcu fakt, że mieli do dyspozycji wóz, był jednym z największych przywilejów, jakimi mogli się cieszyć w swojej pracy.
Marczuk uwielbiała nim jeździć. Gdyby mogła, to nigdy by z niego nie
wysiadała. Uwielbiała to poczucie mocy, kiedy siedziała za kółkiem.
Uwielbiała te pełne zazdrości spojrzenia, kiedy z niego wysiadała. Nawet
jeśli były to spojrzenia podszyte niechęcią.
Oczywiście policyjny wóz był elektryczny, nie spalinowy. Ale na
spalinowe mało kogo było w dzisiejszych czasach stać. Pewnie nawet
rodzice tego dzieciaka nie mogli sobie na niego pozwolić. Spalinowe auta
pozostawały zabawką dla ekstrawaganckich bogaczy, symbolicznym
splunięciem w twarz biedocie. Równie symbolicznym jak jedzenie steku
przed widownią złożoną z gotujących się Afrykańczyków. Samochody
elektryczne też jednak sporo kosztowały. Może i ładowali je, jeśli się
dało, z odnawialnych źródeł energii, swoje dokładały elektrownie
atomowe, ale ciągle zbyt dużo prądu produkowały zwykłe elektrownie na
węgiel. No i jednak sama produkcja takiego auta pozostawiała spory ślad
węglowy. Dlatego od dziesięcioleci zniechęcano do posiadania prywatnego
samochodu i zachęcano do korzystania z komunikacji publicznej i rowerów.
Przy czym rowery, pomimo gęstej sieci ścieżek rowerowych i niemal
pustych ulic, jednak się nie przyjęły. Przez prawie połowę roku w Warszawie było tak gorąco, że jazda na rowerze oznaczała niemal pewny
udar.
W każdym razie Marczuk zrezygnowała z przywileju prowadzenia samochodu
na rzecz Tarasa. Od miesięcy zresztą męczył ją, żeby pozwoliła mu więcej
prowadzić. Miała nadzieję, że w ten sposób polepszy koledze humor. Nic
takiego jednak się nie stało.
- Najpierw zajebali nam planetę - ciągnął Taras. - Dalej konsumują,
jakby był dwudziesty wiek, a teraz nawet nie potrafią przypilnować
własnego, kurwa, dzieciaka! Gdyby to był mój syn, tobym oka z niego nie
spuszczał. Na smyczy bym go trzymał, żeby się nie zgubił!
Marczuk już chciała skomentować, że raczej nie tak powinno się
wychowywać dzieci, ale ugryzła się w język. Nie o tym przecież była ta
rozmowa. Taras musiał z siebie wyrzucić złość z innego powodu.
- Znowu nie poszczęściło się wam na loterii? - zapytała.
Policjant zerknął na nią z ukosa. Zacisnął dłonie na kierownicy tak
mocno, że aż zbielały mu knykcie.
- Nie startowaliśmy - mruknął.
- Nie stać was było na wadium?
Wadium było nowością w loterii, wprowadzoną kilka lat temu. Była to dość
spora, ale jednak nie nieosiągalna suma pieniędzy, którą należało
wpłacić przy zgłoszeniu się do loterii reprodukcyjnej. Teoretycznie
chodziło o to, żeby upewnić się, że potencjalni rodzice mają dość środków na utrzymanie dziecka. W rzeczywistości był to kolejny mały krok, żeby zniechęcać ludzi do brania
w niej udziału.
Taras się skrzywił.
- Nawet nie próbowaliśmy - wydusił z siebie przez zaciśnięte zęby. - Ile
razy, kurwa, można? Po piątym razie masz po prostu dość.
Sana wiedziała, że Taras z żoną brali udział w loterii aż dziewięć razy.
Daleko im było do rekordzistów, ale policjantka wiedziała, że ten cały
proces dał im porządnie w kość. Zresztą znowu - taki był tego cel.
Globalne ocieplenie przeorało całą planetę. Połowa Afryki umierała z głodu i pragnienia. Bangladesz znalazł się pod wodą razem ze sporym
kawałkiem Azji, a Europejczycy dzielnie stawiali kolejne zapory, żeby
powstrzymać oceany. Czasami im się udawało, czasami nie. Klęski głodu
dotykały kolejne kraje biednego Południa, a w ich rytm na bogatą Północ
ruszały kolejne fale migrantów. Tak, w sukurs przyszła w końcu nauka.
Opracowano wreszcie w miarę sensowne metody wychwytywania CO2 z atmosfery, zbudowano Zielony Mur, ale to ciągle było mało. I wreszcie do
decydentów dotarło, że jakbyśmy zieloni nie próbowali być, ile byśmy nie
postawili wiatraków i farm słonecznych, to jedno pozostaje niezmienne -
kiedy pojawia się człowiek, to trzeba go nakarmić, ubrać, dać miejsce do
mieszkania i pracę, którą mógłby wykonywać. To wszystko generowało ślad
węglowy i obciążało planetę. Jedynym wyjściem z tego błędnego koła było
zmniejszenie populacji. I zrobiono to. Podpisano ogólnoświatową
konwencję, opracowano technologię i od kilkudziesięciu lat każdej
dziewczynce w wieku lat trzynastu podawano specjalną szczepionkę z nanobotami. Uniemożliwiała ona zajście w ciążę, ale równocześnie
zmieniała gospodarkę hormonalną, osłabiając w kobietach instynkt
macierzyński i chęć posiadania dziecka. Równocześnie jednak pozostawiono
furtkę, dzięki której gatunek ludzki miał przetrwać: po wykupieniu
odpowiedniego pozwolenia zdejmowano blokadę i umożliwiano kobietom
zajście w ciążę. Osoby nieposiadające wystarczających zasobów mogły
natomiast wziąć udział w loterii reprodukcyjnej.
W ten prosty sposób w kilkanaście lat doprowadzono do sytuacji, w której
dziecko stało się towarem luksusowym i symbolem statusu społecznego.
Ten system działał. Oczywiście pojawiały się problemy. Organizacje
terrorystyczne fundamentalistycznych chrześcijan i muzułmanów zgodnie
współpracowały, organizując kolejne zamachy, które miały obalić ten
porządek. Pojawiło się podziemie reprodukcyjne, handlowanie wygranymi
losami reprodukcyjnymi. Porywanie dzieci dla okupu, a także dla celów
seksualnych stało się dużo bardziej opłacalne, chociaż równocześnie
wzrosło ryzyko. Obawiano się spadku produktywności i tego, jak będzie
funkcjonować społeczeństwo o strukturze wiekowej odwróconej piramidy.
Ale okazało się, że dzięki odpowiednio prowadzonej polityce migracyjnej
i robotyzacji właściwie w każdej sferze życia jakoś dawali radę.
Przynajmniej na bogatej Północy, bo Południem mało kto się przejmował.
Symbolem stała się Zambia, kraj niemal wyłącznie starych ludzi, którzy
umierali w spiekocie na ulicach Lusaki. Bo nieliczni młodzi albo już
dawno stamtąd uciekli, albo byli potomkami miejscowej oligarchii, która
już dawno spakowała swoje dolary i wyniosła się w chłodniejsze rejony
świata.
- Jak można zgubić dziecko? - powtórzył Taras.
Sana tym razem milczała. Postanowiła dać partnerowi czas, żeby
przetrawił swoją złość i żal. Sama natomiast otworzyła tablet, połączyła
się z policyjną siecią i zabrała się do pracy.
Być może Wilczkowie faktycznie nie zasługiwali na dziecko. Być może
faktycznie należeli do tej nielicznej mniejszości, która w swojej pysze
ciągle mogła sobie pozwolić na życie tak, jakby cieplarniana katastrofa
nie nadeszła. Być może zasłużyli na to, co ich spotkało. Ale nic z tego
nie było winą zaginionego dzieciaka. I ktoś musiał mu przyjść z pomocą.
4.
- Pomóc ci? - zapytał Alek.
Chłopiec, który przed chwilą wywrócił się na krzywej chodnikowej płycie,
teraz spojrzał na niego zaskoczony. Był listopad. Skończyły się już
nieznośne letnie upały, kiedy mężczyzna potrafił spędzić w metrze pół
dnia, bo tam była przynajmniej klimatyzacja ratująca go przed wysokimi
temperaturami. Ich budynek miał podobno odpowiednie atesty, certyfikaty,
niezawodne technologie, które miały pomagać w wiosenno-letnie miesiące,
ale oczywiście nic z tego nie zadziałało i bywały dni, kiedy ich małe
mieszkanie zmieniało się w piekarnik.
Chłopiec pokręcił przecząco głową. Alek jednak i tak się nachylił i pomógł dziecku wstać. Potem klęknął i dotknął delikatnie jego kolana.
- Boli? - zapytał.
- Nie - szepnął chłopiec.
- Na pewno?
Chłopiec przytaknął energicznie.
- To idziemy dalej - powiedział Alek.
Wziął chłopca za rękę i ruszyli. Dziecko jednak kulało, krzywiąc się
przy każdym kroku. Mężczyzna podniósł je więc i przez kilka minut tak
wędrowali. On, Basia i ten chłopiec w jego ramionach.
Alek bał się, kiedy wychodzili na ten spacer. Rozglądał się dookoła
pewien, że zaraz zaatakuje ich cała drużyna antyterrorystów. Że powtórzy
się ta historia ze sklepu, kiedy oskarżono go o kradzież, tylko że teraz
będzie sto razy gorzej. A dla Alka było to jedno z najgorszych wydarzeń
w życiu. Nawet nie ze względu na tę złamaną rękę, ale ze względu na to,
jak go potraktowano, na to, że odebrano mu godność, potraktowano jak
śmiecia, któremu po wszystkim można zatkać gębę kilkoma talonami.
Najstraszniejsze było to, że mieli rację. Nikomu z nich przecież włos z głowy nie spadł za to, co zrobili. Mogliby go potraktować gorzej,
połamać obie ręce, nogi, kręgosłup i reakcja pewnie byłaby taka sama.
Nienawidził tych ludzi. Nienawidził z całego serca. A równocześnie
strasznie się bał.
Ale wędrowali ulicami i nikt ich nie ścigał. Za to wyławiał coraz więcej
pełnych podziwu i zazdrości spojrzeń. I pomyślał, że Basia miała rację.
Dzięki temu dziecku ludzie patrzyli na nich, jakby byli kimś, a nie
ludźmi, których można bezkarnie pobić w supermarkecie za coś, czego nie
zrobili. Było to strasznie przyjemne uczucie.
- Chce mi się pić - powiedział chłopiec.
- Pójdę mu coś kupić - rzuciła Basia i zaraz zniknęła w pobliskim
sklepie.
Alek usiadł z chłopcem na ławce nieopodal. Zastanawiał się, czy z dzieckiem jest wszystko w porządku. Byli dla niego dwójką zupełnie
obcych ludzi, a on ani nie płakał, ani nie próbował uciekać. Nie
wrzeszczał, nie krzyczał, nie prosił o pomoc. Ale poza tym zachowywał
się chyba normalnie. Chyba, bo Alek nie miał do tej pory żadnej
styczności z dziećmi, mógł więc tylko snuć przypuszczenia. Dzieciak
chodził, śmiał się, odpowiadał, kiedy go o coś pytali.
- Wkrótce odprowadzimy cię do mamy - powiedział Alek, żeby przerwać
przedłużającą się ciszę.
- Dobrze - mruknął chłopiec.
- Nie cieszysz się? - zapytał mężczyzna.
Dziecko wzruszyło ramionami.
- Nie tęsknisz za mamą? - ciągnął Alek.
Kolejne wzruszenie ramionami.
- A za tatą?
Chłopiec drgnął, a kąciki jego ust uniosły się lekko w górę, jakby
właśnie przypomniał sobie coś przyjemnego.
- Za tatą tak - powiedział. - Ale tata jeszcze nie wrócił z pracy. On
wraca dopiero wieczorem.
- Aha.
W tym momencie pojawiła się przy nich Basia, która bez słowa podała
chłopcu otwartą butelkę wody. Dziecko wypiło za jednym razem niemal
połowę.
- O czym rozmawialiście? - zapytała.
- W sumie o niczym - odpowiedział Alek. - Chodźmy się gdzieś jeszcze
przejść.
Pomyślał, że skoro dzieciak nie tęskni za matką, to nie muszą się
spieszyć z jego oddawaniem. Do wieczora było jeszcze sporo czasu.
5.
- Firma od chipa śledzącego uważa, że to niemożliwe - powiedział,
wchodząc do ich pokoju, Taras.
- Oczywiście, że tak powiedzieli - mruknęła znad komputera Sana. -
Przecież gdyby się wydało, że ten ich chip jest gówno wart, to mogliby
zacząć pakować walizki. Już nie wspominając o odszkodowaniach, które
pewnie musieliby wypłacić.
- Chcesz się czegoś dowiedzieć, czy będziesz się mądrzyć przez cały
dzień?
Westchnęła ciężko, ale pomyślała, że Taras ma rację. Niepotrzebnie się
zirytowała, ale ta cała sprawa była frustrująca. Nic się w niej nie
kleiło.
- Opowiadaj - poprosiła.
- Chip ma mieć zabezpieczenia przed wyłączeniem, przypadkowym lub nie.
Gdyby przypadkiem się zepsuł, system ma sam włączyć alarm. Wtedy pojawia
się serwisant i natychmiast wymienia chip.
- Co to dla nas oznacza? - zapytała Sana.
- Atak hakerski. Tylko że tutaj pojawiają się kolejne problemy.
Zapewniają, że ich system jest tak szczelny, jak to tylko możliwe.
Podnosi alarm, gdy tylko dzieje się coś dziwnego, odbiegającego od
normy.
- Do każdego systemu da się włamać.
- I oni sami to potwierdzają. Ale twierdzą, że w ich przypadku byłoby to
bardzo, bardzo, bardzo...
- Skończ z tym bardzo.
- ... bardzo trudne i do tego bardzo, bardzo, bardzo i tak dalej drogie -
stwierdził Taras.
Sana podrapała się po brodzie.
- Czyli ktoś musiałby wyłożyć potężną kasę, żeby porwać tego dzieciaka.
- Otóż to.
- A równocześnie nikt nie zgłosił się z żądaniem okupu.
- Właśnie.
- Może jest jeszcze za wcześnie?
- Może...
Dlatego ta sprawa wydawała się Sanie dziwna. Gdyby dzieciak po prostu
się zgubił, ktoś by go już znalazł. Gdyby został porwany dla okupu, ktoś
powinien był się odezwać do rodziców.
Żadna z tych rzeczy jednak się nie przydarzyła.
- A jeśli został porwany przez pedofilów? Albo na części? - zaryzykował
hipotezę Taras.
Sana potrząsnęła głową.
- Po co masz porywać dzieciaka polskich rodziców, wiedząc, że takie
porwanie zwróci na ciebie uwagę wszystkich świętych, skoro możesz sobie
sprowadzić malucha z Azji czy Afryki i nikogo to nie będzie obchodzić?
- To też nie jest takie proste - zauważył Taras. - Tam też kobiety
dostają szczepionkę.
- I też biorą udział w loterii reprodukcyjnej. A potem okazuje się, że
te urodzone dzieciaki umierają po roku czy dwóch. Naprawdę w to
wierzysz?
Taras nie odpowiedział, bo nie musiał.
Oboje pracowali już dość długo w policji. Oboje znali takie sprawy.
Paskudne, obrzydliwe i pozostawiające trwałe rany w duszy. Pewnych
rzeczy po prostu nie da się zapomnieć.
- A czego ty się dowiedziałaś? - zapytał. - Dostaliśmy już nagrania z kamer bezpieczeństwa?
- Dostaliśmy - potwierdziła Sana. - I nic na nich nie ma.
- Przecież to centrum handlowe jest naszpikowane kamerami!
- Z których trzy czwarte nie działa.
Taras aż stęknął.
- Jak to możliwe?
- Oszczędzają prąd - wyjaśniła spokojnie Sana. - Ich menedżer powiedział
mi jasno, że muszą ciąć, gdzie się da, żeby chodziła im klimatyzacja.
Poprosił przy tym, żebyśmy nikomu nie zdradzili informacji o ich, jak to
określił, niewielkich kłopotach.
- Czyli jedno z najbardziej prestiżowych centrów handlowych w mieście
nie ma działającego systemu monitoringu.
- Lepiej bym tego nie ujęła.
- Cholera. A nasz monitoring?
- Szukają ich na kamerach miejskich. Ale wiesz, jak jest. Mało ludzi.
- Sztuczna inteligencja?
- Mało mocy obliczeniowej... My też oszczędzamy prąd.
Policjant podszedł do swojego biurka i opadł na krzesło.
- Czyli dzieciak poszedł z matką do centrum handlowego. Matka zniknęła
na moment w przymierzalni. Kiedy wyszła, dzieciaka nie było i nikt nie
wie, co się z nim stało? - podsumował Taras. - Nikt nie zauważył
krzyczącego i płaczącego sześciolatka?
- Dlaczego miałby krzyczeć i płakać?
- No bo właśnie ktoś go porywał.
Sana zmarszczyła brwi. W jej głowie właśnie pojawiła się pewna myśl.
Dała Tarasowi znać, żeby się nie odzywał. Potrzebowała momentu ciszy i skupienia, żeby pozwolić tej myśli w pełni się uformować.
- A jeśli wcale nie płakał... - powiedziała bardziej do siebie niż do
Tarasa.
- Co masz na myśli? - zapytał policjant.
- Poczekaj. Zaraz ci wszystko wyjaśnię. Ale najpierw muszę sprawdzić
kilka rzeczy.
6.
Byli na placu zabaw, chociaż sporo się go musieli naszukać. Co było
logiczne. Skoro było niewiele dzieci, to po co budować dla nich
huśtawki?
Alek chodził za chłopcem. Bawił się z nim. Kręcił karuzelą. Razem robili
babki z piasku i kopali dziurę. Aż sam był zdziwiony, jak bardzo go to
bawi. Po raz pierwszy w życiu zaczął się zastanawiać, czy nie powinni
razem z Basią wziąć udziału w loterii reprodukcyjnej. Poszukał wzrokiem
kobiety, żeby zobaczyć, co robi. Siedziała na ławce ze wzrokiem
zatopionym w ekranie telefonu komórkowego. Jakiś czas temu straciła
zainteresowanie chłopcem. Teraz wyglądała na znudzoną. Chciał do niej
krzyknąć, żeby przyszła do nich, ale wtedy dotarło do niego, że są na
placu zabaw sami. Wcześniej było tu kilka osób. Przypominał sobie, że
widział, jak wyciągają komórki. Dostawali jakieś wiadomości i po kolei
opuszczali plac zabaw. Wtedy ledwo zwrócił na to uwagę, teraz wydawało
mu się to tak dziwne, że aż mu dreszcz przebiegł po plecach. Może też
powinni sobie stąd pójść?
I wtedy zauważył ruch między drzewami. Lekko skuloną postać w masce na
twarzy i w jednolitym czarnym mundurze.
- Basia! - wrzasnął.
Oderwała wzrok od telefonu komórkowego. Rzuciła mu pytające spojrzenie.
- Uważaj!
Za późno. Czarna postać, inna niż ta pomiędzy drzewami, spadła na
kobietę. Rzuciła ją na ziemię, przygniotła butem. Napastnik miał w dłoni
paralizator. Przyłożył go do szyi kobiety i zaraz jej ciało zaczęło
drgać w rytm elektrycznych wyładowań.
- Zostaw ją!
Wtedy zauważył kolejne postacie. Policjantów, wszystkich w maskach i w czarnych mundurach, z pałkami w dłoniach. Krzyczeli coś do niego, ale
nic nie słyszał. Krew szumiała mu w głowie. Widział tylko powaloną Basię
i funkcjonariusza, który się nad nią znęcał. Przed oczyma pojawiały mu
się migawki z supermarketu. Wtedy, kiedy złamano mu rękę. Coś się z nim
stało. Sam nie wiedział co. Stracił zupełnie nad sobą panowanie. Zanim
nawet sam się zorientował, co robi, zaatakował najbliższego policjanta.
Wpadł na niego całym ciężarem swojego ciała. Powalił i wyrwał z dłoni
pałkę. Uderzył raz, w głowę, żeby go obezwładnić, a potem popędził na
pomoc Basi.
Dopiero po chwili zorientował się, że ktoś strzelał. Jeszcze dłużej
zajęło mu zrozumienie, że strzelano do niego. A potem przed oczyma
zrobiło mu się ciemno. Nogi zrobiły mu się miękkie, jakby w ogóle nie
było w nich kości. Upadł na ziemię. I przed śmiercią usłyszał jeszcze
jedną rzecz - krzyk przerażonego chłopca.
7.
Gdzieś z głębi mieszkania dochodziły ich dźwięki włączonego telewizora.
Leciała jakaś bajka dla dzieci. Sana siedziała w kuchni. Naprzeciwko
niej Greta Wilczek, której twarz raz po raz wykrzywiał grymas
niezadowolenia.
- Nasz syn się moczy! - wysyczała wreszcie. - Całe łóżko było zaszczane!
Całe! Trzeba będzie z nim chodzić na terapię. Pani wie, ile to kosztuje?
Pozwiemy was o odszkodowanie! Rozumie pani!? O odszkodowanie!
Sana uniosła tylko lekko prawą brew. Trochę rozumiała wzburzenie
kobiety. Działali bardzo szybko. Stąd decyzja o akcji już na placu
zabaw. Najpierw zidentyfikowali inne przebywające tam osoby. Wysłali im
SMS-y z prośbą o opuszczenie terenu. Kiedy zostali tam tylko podejrzani
z porwanym chłopcem, ruszyli do ataku. Nie wszystko poszło tak, jak
powinno. Jeden z policjantów wylądował w szpitalu z na szczęście
niegroźnym wstrząśnieniem mózgu po tym, jak został uderzony w głowę
własną pałką. Agresywny podejrzany został zastrzelony. Ale najważniejsze
było to, że dziecku nic się nie stało. Przynajmniej tak powtarzał Daniel
Wilczek. Bo jego żona miała na ten temat najwyraźniej inne zdanie.
- Męża nie ma w domu? - zapytała Sana.
- Nie. Musiał iść do pracy. A ja wykorzystam ten czas, żeby napisać na
was skargę i znaleźć prawnika.
Sana pomyślała, że na jej miejscu wolałaby spędzić czas z synem, ale nie
powiedziała tego głośno. Zamiast tego zapytała:
- Nie chce pani wiedzieć, kim była?
- Kto?
- Kobieta, która porwała pani dziecko.
Greta Wilczek przez chwilę milczała niepewna, co powinna odpowiedzieć.
Wreszcie wzruszyła ramionami, dając sygnał, że jest to jej obojętne.
- Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego pani syn nie krzyczał i nie prosił
o pomoc, kiedy był porywany - zaczęła mówić policjantka. - Przyznam
szczerze, że trochę mnie zdziwiło, że nikt nie zwrócił na to uwagi.
- I co z tego?
- I doszłam do wniosku, że wobec tego ta scena musiała być bardzo
zwyczajna. Dziecko musiało iść spokojnie. Zupełnie się nie buntować.
Pani syn musiał być przekonany, że to, co się dzieje, jest normalne. Co
oznaczało, że albo porwał go ktoś, kogo dobrze znał, albo... - tutaj Sana
na chwilę zawiesiła głos - ktoś z ochrony obiektu. Bo dzieci,
szczególnie taki posłuszny syn jak pani, wiedzą, że ochroniarzy należy
słuchać. Szczególnie kiedy mówią, że przyszli im pomóc. Inni ludzie też
nie zwrócą na taką scenę uwagi, bo nie ma w niej nic dziwnego. Kiedy na
to wpadłam, potem już poszło szybko. Zadzwoniłam do centrum handlowego,
ustaliłam, kto pracował w godzinach, kiedy zaginęło pani dziecko.
Zidentyfikowaliśmy, a potem zlokalizowaliśmy podejrzaną. I udało się. W mniej niż dwanaście godzin.
- Brawo - powiedziała sarkastycznie Greta. - Musi być pani z siebie
dumna.
Sana wzniosła w górę palec.
- Ale to wcale nie był koniec tej sprawy - stwierdziła. - Bo zaczęłam w tym grzebać bardziej. Okazało się, że to porwanie nie było planowane. To
było coś w rodzaju impulsu. Ta ochroniarka, kiedy zauważyła, jak ludzie
patrzą na nią z dzieckiem... Powiedziała, że to było jak narkotyk. Jakby
jeździła po ulicach miasta spalinowym samochodem na sterydach.
- I dlaczego miałoby mnie to obchodzić?
- No właśnie. Niby nie powinno. Motywy sprawców są interesujące, ale dla
nas, niekoniecznie dla pani. Ale jednak, skoro to nie było żadne
zaplanowane porwanie, tylko coś, co można nazwać głupim wybrykiem,
dlaczego chip nie działał?
- Nie mam pojęcia. Rozmawiałam już z przedstawicielami firmy i mówili,
że...
- ...to niemożliwe, żeby się zepsuł, i że to musiał być jakiś atak
hakerski - dokończyła za nią policjantka. - Wiemy. Ale porozmawiałam z ich działem bezpieczeństwa, porozmawiałam z naszymi policyjnymi
informatykami, którzy wbrew pozorom są całkiem, całkiem, i doszliśmy do
wniosku, że atak z zewnątrz byłby prawie niemożliwy i koszmarnie
kosztowny, ale taki od wewnątrz...
- Chyba nie rozumiem.
- Jeśli haker znałby login i hasło użytkownika do chipa pani dziecka,
unieszkodliwienie go w taki sposób, żeby system się nie zorientował,
byłoby - jak usłyszałam - banalnie proste.
Sana dostrzegła to lekkie drżenie brody u siedzącej przed nią kobiety,
blednięcie skóry, którego nie były w stanie ukryć nawet drogie
kosmetyki. Greta Wilczek się bała.
- Co pani sugeruje? - spytała kobieta, siląc się na zachowanie mocnego,
stanowczego tonu.
- Pani mąż niedawno podjął kilka błędnych decyzji inwestycyjnych,
prawda? - rzuciła Sana, zmieniając temat. - Został usunięty ze
stanowiska. Sporo ludzi straciło sporo pieniędzy. Z tego, co wiem, teraz
wcale nie jest w pracy, ale na kolejnej rozmowie kwalifikacyjnej. Ale
kto by chciał zatrudnić człowieka, który zaliczył taką wpadkę?
- Takie rzeczy się zdarzają.
Sana wzruszyła ramionami.
- Być może. Ja się nie znam. Jestem tylko prostą policjantką. Ale też
zebrałam zeznania świadków z dnia porwania. Zostawiła pani syna w sklepie samego i poszła do przebieralni przymierzyć rzeczy.
- Tylko na chwilę.
- Siedziała pani tam prawie przez godzinę - stwierdziła policjantka. -
Obsługa zaczęła się martwić, czy przypadkiem pani tam nie zemdlała.
Pukali do pani, żeby się upewnić, że wszystko jest w porządku, a pani
zapewniała, że tak.
- Straciłam poczucie czasu - szepnęła Greta Wilczek.
- Ale to nie był jedyny sklep, w którym się pani tak zachowywała. Było
ich jeszcze kilka. Zawsze ten sam schemat: brała pani naręcze ubrań,
wchodziła do przebieralni na niemal godzinę, zostawiając syna samego.
Nie raz, nie dwa podchodzili do niego ochroniarze, żeby upewnić się, że
wszystko jest w porządku. Dlatego był taki spokojny podczas porwania.
Coś takiego nie zdarzyło się po prostu po raz pierwszy. Ale pani
zachowanie... Zachowywała się pani tak, jakby chciała pani stworzyć
okazję, żeby ktoś go porwał. Jakby chciała pani, żeby on zniknął.
- Jak pani śmie - zaprotestowała Greta Wilczek, ale w jej głosie zamiast
oburzenia było słychać strach.
- Powiem pani, co moim zdaniem się stało - ciągnęła Sana. - Utrzymanie
dziecka kosztuje majątek. Te wszystkie opłaty, podatki. Są z nich
zwolnieni wygrani na loterii reprodukcyjnej, ale państwo przecież nie
brali w niej udziału. A może brali, ale stracili nadzieję na wygraną.
Zapłaciliście za zezwolenie. Wzięliście dobrowolnie na siebie ten
ciężar. Można powiedzieć, że na swoje dziecko zapracowaliście... Ale kiedy
pani mąż stracił pracę, kiedy ryzyko, że stracicie to wszystko, stało
się realne...
Sana uśmiechnęła się lekko z udawaną wyrozumiałością. Greta nawet nie
próbowała więcej zaprzeczać. Przełknęła tylko ślinę.
- Potrzebowaliśmy tego dziecka - odezwała się kobieta cicho. - W tym
środowisku, żeby cię szanowali, trzeba umieć pokazać, że się ma
pieniądze, nawet jeśli się ich nie ma. Kiedyś nosiło się biżuterię,
drogie zegarki. To były prostsze czasy. Teraz chwalimy się dzieckiem.
Wie pani, gdzie się teraz naprawdę robi interesy?
- Gdzie?
- Na kinderbalach. W salach zabaw. Na urodzinach. Na babyshowerach.
Przyjęciach z okazji ujawnienia płci. Żeby być kimś, trzeba mieć
dziecko. I nie, nie braliśmy udziału w loterii. Nawet gdybyśmy wygrali,
a to wyszłoby na jaw, to byłaby katastrofa. Nikt by nas nie szanował.
Nikt! - w oczach Grety Wilczek pojawiły się łzy. - A ja go nawet nie
kocham - dokończyła szeptem. - Próbowałam, ale nie kocham.
Policjantka poczuła, jak coś ją ściska w żołądku. Poczuła równocześnie
gniew i żal. Przyszła tutaj ze sprzętem nagrywającym. Mikroskopijnym
mikrofonem ukrytym w kołnierzu jej białej koszuli. Chciała wydobyć od
Grety przyznanie się do winy, a potem posłać ją za kratki. Jeszcze nie
wiedziała, z jakiego paragrafu, ale była pewna, że jakiś się znajdzie.
Przez nią przecież zginął człowiek. Głupi i nierozsądny, ale jednak
człowiek. Pozostawiający za sobą znacznie mniejszy ślad węglowy niż
Greta z mężem. Wilczek powinna ponieść za to karę. Ale teraz, patrząc na
załamaną kobietę, Sana nie była pewna, czy kiedykolwiek zmusi się do
wykorzystania tych nagrań. Wstała od stołu.
- Co teraz będzie? - zapytała Greta.
- Teraz?
Sana pochyliła się nad kobietą i spojrzała jej prosto w oczy.
- Obserwuję panią - powiedziała policjantka. - Jeśli cokolwiek przydarzy
się pani dziecku... - nie dokończyła groźby. Nie było potrzeby. Kobieta
zrozumiała. Pociągnęła nosem.
- Nie wiem, dlaczego to się stało - wyrzuciła z siebie rozpaczliwie
Greta Wilczek. - Nie wiem!
Sana się zawahała. Znała odpowiedź na to pytanie. Przynajmniej tak się
jej wydawało. Nie mówiło się o tym głośno, ale po zdjęciu blokady
antykoncepcyjnej u niewielkiego procenta kobiet nie powracał instynkt
macierzyński. A nawet działo się coś innego, gorszego. Ich własne
dziecko stawało się dla nich kimś obcym i niechcianym. Jakby organizm
nagle postanowił działać wbrew wypracowanym przez miliony lat
ewolucyjnym schematom. Próbowano rozwiązać ten problem. Bez rezultatu.
Wreszcie uznano, że nie da się w inny sposób doprowadzić do zmniejszenia
ziemskiej populacji w krótkim czasie i w równie humanitarny sposób i dopuszczono użycie nanobotów. Czy Greta Wilczek była ofiarą tego samego
mechanizmu? Być może. Ale powiedzenie jej tego byłoby dla niej kolejnym
już tego dnia aktem łaski. A jakąś karę, uznała Sana, jednak powinna
ponieść.
- Proszę pamiętać - rzuciła policjantka. - Mam panią na oku. A jeśli
chce pani zaoszczędzić trochę pieniędzy...
- Tak.
- Proszę pomyśleć o samobójstwie. Samotni rodzice są zwolnieni z części
opłat za posiadanie dziecka.
Sana opuściła mieszkanie, nie czekając na odpowiedź Grety. Ale wyraz
twarzy kobiety - wydawało się jej - wskazywał, że przynajmniej rozważy
tę sugestię.