ROZDZIAŁ 2
Do świąt Bożego Narodzenia coraz bliżej. Jeśli dobrze liczę, zostało dwanaście dni do Wigilii. Niecałe dwa tygodnie. To niezbyt dużo czasu na zakupy, sprzątanie, gotowanie, generalnie - skrupulatne ogarnianie tego całego bajzlu, jaki ludzkość tworzy na własne życzenie. Więc gdy tylko w sklepach pojawiły się pierwsze czekoladowe mikołaje, podjęłam decyzję, że kompletnie nie chcę się tym przejmować. Ani trochę! W tym roku nie będzie to dla mnie szczególny, wyjątkowy, świąteczny czas, nie zamierzam przywiązywać wagi do tego, co kupię i co zrobię przed dwudziestym czwartym grudnia. Po prostu nie chcę poddawać się tej ogólnoświatowej gorączce świątecznej.
Szczerze powiedziawszy, okres ten nigdy nie kojarzył mi się zbyt dobrze. Gdy widziałam dzieci z rodzicami, całe rodziny pogrążone w zakupowym szale, uśmiechnięte od ucha do ucha, krążące po centrach handlowych z pełnymi wózkami, koszykami wypchanymi po brzegi różnorakimi podarkami, gdy kątem oka łapałam ich radość, było mi zwyczajnie smutno i czułam ogromną tęsknotę za tym, czego ja sama nigdy nie miałam. Bo nigdy nie byłam z mamą ani tatą na przedświątecznych zakupach. Tak naprawdę nigdy nie dane mi było spędzić prawdziwie rodzinnych świąt. Wszyscy ci, którzy byli blisko, którzy byli przy mnie, zawsze starali się w jakiś sposób stworzyć bożonarodzeniową atmosferę, z choinką, prezentami, dobrymi potrawami, stołem pachnącym domowymi ciastami, ale... Ale zawsze czegoś brakowało. Tej iskry rodzicielskiej miłości. Tak, mamy i taty brakowało mi przede wszystkim w czasie zimowych świąt.
Poza tym chyba od dziecka odczuwam w tym okresie przebodźcowanie, przed którym siłą rzeczy trudno się komukolwiek z nas obronić. Wszechobecne choinki, ozdoby, lampki, grubi oszuści w czerwonych wdziankach i z białymi brodami, rozświetlone centra miast, wiosek i miasteczek, promocje spadające z nieba jak puszysty śnieg, wymuszone uśmiechy, chichy, ochy i achy, dudniące wszem wobec Last Christmas i All I Want for Christmas Is You... Co za dużo, to niezdrowo. A dla mnie w tym czasie zawsze było za dużo. Za dużo przepychu, przesytu i w ogóle prze... Od początku listopada za dużo bodźców czai się na nas na każdym rogu publicznego życia. Rozumiem, że są ludzie, którym w to graj, i nie chciałabym nikogo urazić swoją myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem, ale ja się po prostu na to nie piszę. Najchętniej zaszyłabym się w tym czasie pod kocem, bo - co więcej - boję się, że zacznie mi się to wszystko śnić.
Chociaż ostatnio nic mi się nie śni. Albo nie pamiętam swoich snów przez nadmiar świątecznych emocji w ciągu dnia i zwykłe przemęczenie jawą.
Może to dobrze. Bo tamten sen też do mnie nie powrócił... O leśnej chatce, która okazała się moim dawnym domem, gdzie dokonano straszliwej zbrodni na moim byłym, o co zresztą posądzono mnie, ech, a wszystko to z niewyjaśnionych przyczyn skończyło się gorącą sceną seksu z przystojnym policjantem, który w ostatniej chwili przed przebudzeniem zamienił się jak gdyby nigdy nic w obleśnego detektywa. Na jakiś czas wyrzuciłam ten sen z głowy. Może podświadomie uznałam, że nie chcę więcej wspominać Alexandra.
Dziwne, że właśnie teraz sobie to przypomniałam. To, co zdarzyło się we śnie i samego Alexa, jak zwykłam go nazywać. Wrócił w mojej pamięci pewnie przez świąteczny klimat. Bo ostatnie święta, te sprzed roku, spędzone nie z kim innym jak z Alexandrem, były wyjątkowe. Cóż, były to najbardziej niesamowite święta w moim życiu. Jedyne, o jakich wcześniej mogłam tylko zamarzyć...
*
Alexander, kiedy go poznałam, czyli sześć lat temu, był tuż przed pięćdziesiątką. Muszę jednak uczciwie powiedzieć, że czas działał wówczas na jego korzyść. I coś czuję, że nadal działa, choć dzisiaj bliżej mu już do szóstki z przodu.
To mężczyzna, który może przyciągać uwagę i podobać się niejednej kobiecie, bo jest - trzeba to przyznać - jak wino; im starszy, tym lepszy. Z roku na rok zdobywał coraz większe doświadczenie i wydaje mi się, że z wiekiem zyskał nie tylko dojrzałą, szlachetną urodę, ale też wyzwolił w sobie, uwolnił z wnętrza trudny do opisania, bliżej nieokreślony magnetyzm.
Jest wysokim szatynem, lekko siwiejącym po bokach, o atletycznej sylwetce, którą zawdzięcza w miarę regularnym treningom i aktywnemu trybowi życia, co facetom w jego wieku zdarza się nie tak znów często. Ba! Jest wprost przeciwnie. Nie mówię, że wszyscy, ale większość - podkreślam tu słowo "większość" - mężczyzn po czterdziestce generalnie jest - jakby to ująć - cieleśnie zaniedbana. Jakby tego było mało, łysieją lub całkiem siwieją, a poza tym nierzadko brzydko pachną, albo ujmę to dosadniej - śmierdzą. I nie dość, że - błędnie przekonani o swojej zajebistości - paradują bez pardonu z wiszącymi, dyndającymi brzuchami po ulicach, co niestety odstręcza kobiety, to jeszcze w kategorii "wielkość" poza tymi brzuchami nie mają się za bardzo czym pochwalić, a ich libido spada do zera, jeżeli już nie jest na minusie, pod kreską. Raczej się więc nie pomylę, jeśli stwierdzę, że Alexander znajduje się w tej lepszej mniejszości, że jest zupełnym przeciwieństwem powszechnie przyjętego stereotypu.
A gdyby zrobić zbliżenie na twarz Alexandra, jak w filmie... Jego twarz zdradza oznaki dojrzałości, a błękitne oczy przyciągają spojrzenia głębią i spokojem. Zaś gęste, muśnięte srebrzystą siwizną włosy oraz starannie przystrzyżony zarost zdecydowanie podkreślają jego męskość i elegancję. Co do ciuchów... Zawsze ubierał się z klasą - we wszystkim, czego by na siebie nie włożył, czy będzie to sweterek w serek w stylu smart casual, czy dobrze skrojony garnitur, czy nawet zwykły dres, i w każdej sytuacji potrafi wyglądać imponująco. Do tego dodajmy subtelny zapach wyszukanych perfum, takich z górnej półki.
Gdyby znów spojrzeć głębiej, nie tylko powierzchownie, bo - jak się mówi - w końcu nie szata zdobi człowieka, Alex jest człowiekiem o silnej osobowości, pewnym siebie, ale nie jakimś przesadnie dominującym. Potrafi słuchać, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie na początku. Co jeszcze? Bywa duszą towarzystwa; ma błyskotliwe poczucie humoru i naturalną, wydaje się, że wrodzoną, ale w istocie zakodowaną od małego, kulturę osobistą. W wolnym czasie, którego paradoksalnie nie ma za wiele, oddaje się swoim pasjom, z których fotografia jest zdecydowanie na pierwszym miejscu. Poza tym stara się regularnie biegać i chodzić na siłownię, traktując sport jako sposób na utrzymanie równowagi ciała i ducha, ale o tym już było... Lubi muzykę, która towarzyszy mu nieodłącznie niemal w każdej chwili, szczególnie upodobał sobie klasykę i jazz. Często gotuje, najchętniej dania kuchni śródziemnomorskiej, do których bezbłędnie potrafi dobrać wykwintne wino i zaserwować je jak w restauracji z co najmniej jedną gwiazdką Michelin, tyle że w domowych warunkach. Ponadto uwielbia podróżować. I podróże są dla niego źródłem inspiracji oraz motywacji do dalszych działań, dodają mu one dużo pozytywnej energii. Kiedy wyjeżdża, nie szuka luksusu, lecz miejsc posiadających duszę i nierzadko bogatą historię.
Można z pełną świadomością stwierdzić, że to mężczyzna, który wie, czego chce w życiu, zna swoją wartość i nie musi niczego nikomu udowadniać. Samiec alfa z wrażliwością nastolatka.
Jak takiego nie pokochać?
*
A wracając do okresu Bożego Narodzenia sprzed roku...
Alexander zaproponował, żebyśmy spędzili święta nie w naszym mieście, Dortmundzie, a w Bawarii.
- To chyba najbardziej malowniczy region Niemiec, w dodatku blisko domu - przekonywał.
Zgodziłam się niemal od razu, mimo że o Bawarii wiedziałam prawie tyle co nic. Bo orientowałam się, owszem, że stolicą regionu jest Monachium, gdzie co roku odbywa się najsłynniejszy na świecie i trwający ponad dwa tygodnie wielki festiwal piwa, czyli Oktoberfest. Poza tym zdawałam sobie sprawę, że Bawaria znana jest z produkcji serów oraz innych produktów nabiałowych.
Potem szybko znalazłam w sieci inne podstawowe, niezbędne informacje o tym landzie. Zdobywanie takiej wiedzy o miejscu, do którego się wybieram, pomaga mi przed każdym wyjazdem odpowiednio się przygotować i nastawić do podróży. Tak więc, szukając wiadomości o Bawarii, odkryłam, że to nie tylko największy pod względem powierzchni kraj związkowy Niemiec, ale i jeden z najbogatszych, graniczący z Austrią, Czechami i od strony Jeziora Bodeńskiego - ze Szwajcarią, że znajdują się tam aż trzy elektrownie atomowe, że nazwa samochodu BMW, którego produkcja rozpoczęła się właśnie tam, to skrót od Bayerische Motoren Werke, czyli Bawarskie Zakłady Silnikowe, oraz że - last but not least - średnia temperatura w zimie powinna oscylować wokół zera, co tylko będzie sprzyjać szaleństwom na bielutkim śniegu. Nie żebym była jakąś psychofanką sportów zimowych, ale w sezonie lubię pojeździć na nartach.
- Jedziemy zatem do Bawarii, a konkretniej? Znalazłeś już coś, czy działamy na spontanie? - zapytałam na tydzień przed wstępnie ustalonym terminem wycieczki.
- Kochanie, zaplanowałem wszystko w najdrobniejszych szczegółach - zapewnił mnie Alexander.
- Zamieniam się w słuch - odparłam, przy czym on na pewno wyczuł w moim głosie krztę zaskoczenia i zniecierpliwienia.
- A nie może to być niespodzianka, Lenko? - droczył się ze mną. Nie pierwszy raz zresztą.
- Przestań, to znaczy... - Słowa zaczęły mi się plątać. - Jeśli już ustaliłeś ze mną, że tam jedziemy, to chciałabym znać może nie wszystkie, ale przynajmniej jakieś szczegóły, żebym wiedziała, wiesz... Co spakować, ile wziąć dni wolnego w pracy, takie tam.
- Przezorna zawsze ubezpieczona, co? - Alexander już jawnie się ze mnie nabijał.
- Nie drwij ze mnie, bo będę musiała wymyślić dla ciebie jakąś karę - ostrzegłam.
- Grozisz czy obiecujesz? - zapytał, puszczając mi oczko.
Odpowiedziałam mu słodkim, długim pocałunkiem z języczkiem, wkładając sobie jego rękę pod bluzkę.
- To może najpierw się zabawimy, a potem opowiem ci w szczegółach o naszej świątecznej wyprawie? - próbował zachęcić.
- Kusisz mnie, ale... Nie! Będzie zupełnie na odwrót. Najpierw mi opowiesz, co i jak, a potem ci to wynagrodzę. I pospiesz się, bo mam na ciebie straszną ochotę - zapewniłam Alexandra.
- Będę się zatem streszczał - zareagował ochoczo na moje słowa. Widziałam, że jest nabrzmiały w spodniach, ale powstrzymał się od pieszczot i zaczął wyrzucać z siebie słowa z szybkością karabinu, ledwie łapiąc płytkie oddechy. - Wyruszymy rankiem dwudziestego drugiego grudnia. Będę prowadził cały czas, zrobimy sobie jedynie jakiś postój w połowie drogi na kawę i siku. Na miejsce, czyli do Garmisch-Partenkirchen, dotrzemy po południu, ale zapewne już po zmroku, więc dopiero na drugi dzień zobaczysz, jak tam jest pięknie. A - i tu gwóźdź programu - udało mi się zarezerwować nocleg w naprawdę urokliwym hotelu. Dodatkowo zostało mi zagwarantowane, że za niewielką dopłatą na sto procent dostaniemy duży pokój z kominkiem i z widokiem na Zugspitze, najwyższy szczyt Niemiec. W dzień możemy szusować na nartach, chodzić na spacery po miasteczku, spędzać czas aktywnie, a wieczorami się lenić, relaksować, wygrzewać w saunie i korzystać z wellness.
- Brzmi niezwykle interesująco - wyszeptałam, gładząc pierś Alexandra pod swetrem.
- To jeszcze nie wszystko. W jeden dzień musimy się wybrać na szczyt Zugspitze. Wiesz, że kolejka, którą dostaniemy się na górę, będzie częściowo jechała przez tunel wykuty w skale? - kontynuował Alex, coraz bardziej podniecony. Nie wiem tylko, czy tak jarał się naszą podróżą, czy faktem, że już zdążyłam rozebrać się do połowy.
- A jeśli chcesz... - tu zrobił małą pauzę, by na koniec, już megapodekscytowany, wyrzucić z siebie - jeśli chcesz, Leno, możemy wyruszyć dzień wcześniej i zatrzymać się na jedną noc w Norymberdze, mieście słynącym z cudownej architektury i pierników, ale to teraz nieważne. I tam pójdziemy na Christkindlesmarkt, jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy, jarmark świąteczny, ale teraz to też bez znaczenia.
- Dlaczego to bagatelizujesz? - spytałam kokieteryjnie.
- Bo już nie wytrzymam.
Wtulił się w moje piersi całą twarzą. Jego język, niczym osobny byt, przesuwał się w dół po mojej skórze, docierając wreszcie do gorącej cipki, którą wylizał, a później wypełnił, wchodząc we mnie sterczącym kutasem.
*
A jak się w ogóle poznaliśmy z Alexandrem?
Czasami ludzie doskonale pamiętają moment spotkania swojej drugiej połówki. Pierwsze głębsze spojrzenie, pierwsze wypowiedziane do siebie słowa, czas, miejsce czy kontekst sytuacji, w której się znaleźli, zapadają w pamięć na zawsze. Są jak wyryte na ścianach egipskich piramid hieroglify. Czasem jednak chwila tego pierwszego spotkania gdzieś umyka, zanika na tle innych, być może intensywniejszych, lepszych lub gorszych, lecz wartych większej uwagi zdarzeń.
Jak było u mnie?
Mimowolnie zapamiętałam tamten dzień i wiem, że trudno będzie mi o nim kiedykolwiek zapomnieć.
Moja nieco szalona, lecz cudowna przyjaciółka, malarka Amanda, zaprosiła mnie do galerii, z którą współpracowała, na wernisaż swojej nowej wystawy. Niespecjalnie interesuję się sztuką, tym bardziej współczesną, ale ponieważ to Amanda, którą znam od początku mojego pobytu w Dortmundzie, zdecydowałam się towarzyszyć jej w tym ważnym dla niej dniu.
Był dość ciepły kwietniowy wieczór. Cała impreza miała zacząć się o godzinie dziewiętnastej. Ponieważ nie chciałam być pierwszym gościem, a jednocześnie nie wyobrażałam sobie, że mogłabym się spóźnić, na kwadrans przed rozpoczęciem wernisażu czyhałam schowana za rogiem budynku przy prostopadłej przecznicy. Widząc, że nadszedł idealny moment na wejście, kiedy kilku uczestników eventu trzymało już w rękach podłużne kieliszki z szampanem, stanęłam w drzwiach. Będę nieskromna, ale wyglądałam zjawiskowo, co - nawiasem mówiąc - wyczułam po spojrzeniach zgromadzonych. Długa szafirowa suknia, idealnie opinająca moje zgrabne ciało, wyraźnie podkreślająca pupę i cycki, od razu przyciągnęła wzrok niektórych mężczyzn. Ja jednak nie zwracałam na nich żadnej uwagi. Przyszłam tam wyłącznie dla mojej przyjaciółki i jej twórczości, tak sobie to zapisałam w myślach.
Po mniej więcej trzydziestu minutach, po tej tak zwanej części oficjalnej, po niezbyt długich, ale też nie superkrótkich przemowach artystki, kuratorki i sponsorów, kiedy wreszcie i ostatecznie został wzniesiony toast za powodzenie całego przedsięwzięcia, kiedy już sama wgapiałam się jak zahipnotyzowana w dzieło przedstawiające nagiego mężczyznę przy stole, siedzącego w oparach dymu z cygara, podszedł do mnie tajemniczy gość w okularach przeciwsłonecznych.
- Jak ci się podoba? - zapytał. Wydał mi się trochę zblazowany.
- Zawsze ceniłam sobie piękno, w każdej postaci - przemówiłam do niego onieśmielona - a ten obraz jest dla mnie zwyczajnie piękny. Wydaje mi się, że symbolizuje pustkę i samotność, jakiej doświadczamy w obecnej rzeczywistości, wyraża także tęsknotę za ulotną, zamierzchłą, prawdopodobnie utraconą miłością, która tutaj wyrażona jest przez unoszący się w powietrzu dym... Wiesz, nie jestem jakąś tam znawczynią, więc według ciebie pewnie plotę trzy po trzy.
- Nie, absolutnie. Twoja interpretacja jest niezwykle ciekawa - uspokajał.
- Mam na imię Lena - przedstawiłam mu się.
- A ja jestem Alexander. - Delikatnie uścisnął mi dłoń, drugą ręką jednocześnie unosząc okulary nad powieki i uśmiechając się do mnie szeroko.
- Zaraz... Przecież ty jesteś tym kolesiem z obrazu! - wykrzyknęłam, nie przejmując się obecnością innych ludzi.
- Masz naprawdę dobre oko. - Zachichotał.
I tak przeszliśmy całą wystawę chyba z dziesięć razy dookoła, wchodząc tym samym na nowy poziom znajomości.
- Uważaj na niego, to niezłe ziółko - szepnęła mi dyskretnie na ucho Amanda, szczypiąc mnie w pośladek, kiedy mijała nas w drodze do toalety. Nie, nie była zazdrosna, choć tak to mogło wyglądać dla niezorientowanych. Bardziej niż na hot modelu, notabene jednym z wziętych radców prawnych w Dortmundzie, zależało jej na mnie. To mnie zawsze próbowała złapać w swe lesbijskie sidła. Nie miałam, nie mam ani nigdy nie będę mieć nic przeciwko podobnym podchodom. Przyznam, że nawet zabawiłyśmy się kilka razy ze sobą, ja z Amandą, jednak w ogólnym rozrachunku penis zdecydowanie wygrywa u mnie z cipką. Sorry. Także tak.
Ja i Alexander jeszcze tego samego wieczoru wylądowaliśmy w małym barze nieopodal galerii, z której wymknęliśmy się cichaczem. Po dwóch daiquiri, dodam, że podwójnych, nie miałam już hamulców. Nie chciałam mieć. Bo w jego towarzystwie czułam się nad wyraz swobodnie. Gdy Alex zaproponował mi, byśmy poszli do niego, w żadnym wypadku nie zamierzałam odmawiać...
Są chwile, które chcemy zachować w pamięci, i takie, które wolimy z tej naszej pamięci wyrzucić.
*
Zeszłoroczne święta, podobnie jak nasz pierwszy wspólny wieczór, ten, kiedy się poznaliśmy, będę chyba pamiętać do końca życia.
Święta Anno Domini 2023.
Wszystko, co zaplanował Alexander, okazało się strzałem w dziesiątkę. I jarmark bożonarodzeniowy w Norymberdze, i cały świąteczny pobyt w Garmisch-Partenkirchen. Oprócz pieszych przechadzek, pełnych dwóch dni na fantastycznych stokach, wieczornych grzańców w urokliwych bawarskich knajpkach, prezentów i seksu przy kominku, miałam po prostu poczucie, że jestem kochana jak nigdy wcześniej.
Do Dortmundu wróciliśmy dwudziestego ósmego grudnia, na kilka dni przed sylwestrem, którego spędziliśmy na imprezie u znajomych, o czym wspominałam już jakoś wcześniej. A potem jak z bicza strzelił, dopiero co minął pierwszy miesiąc nowego roku, a już pakowaliśmy się na walentynkową podróż do Wenecji...
Dziś przypominam sobie, że tuż po walentynkach odbyliśmy dziwną, w moim mniemaniu, rozmowę.
- Wybierzmy się w piątek na kolację, co myślisz? Już tak dawno nie jedliśmy na mieście, a otworzyli nową francuską restaurację niedaleko twojej kancelarii, podobno całkiem dobrą, tak słyszałam. Co ty na to, motylku? - wyszłam z propozycją w poniedziałkowy poranek.
- No jasne, kwiatuszku.
- Tylko nie porzygajmy się z nadmiaru słodkości. - Puściłam do niego oczko i zaraz obydwoje wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. Dłuższą chwilę trwało, nim się na dobre uspokoiliśmy i przytuliliśmy, dając sobie czułego całusa.
- Kurczę, nie. Poczekaj... - odezwał się nagle. - W piątek mam tę imprezę.
- Jaką imprezę? - nie kryłam zaskoczenia.
- Spotkanie mojej byłej klasy licealnej. Byliśmy bardzo zgraną grupą, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, zawsze trzymaliśmy się razem, dlatego po skończeniu szkoły postanowiliśmy, że w żadnym wypadku nie możemy pozwolić, by wszystko ot tak przepadło, zginęło. Od matury widzimy się co pięć lat, zawsze mniej więcej w czasie ferii zimowych. Mówiłem ci przecież o tym. Na pewno. Jestem przekonany. I na sto procent wspominałem też o tegorocznym zlocie. Ostatni raz odbył się przed pandemią, w dwa tysiące dziewiętnastym roku, czyli... To był przecież rok, w którym my się poznaliśmy! Tylko że zaczęliśmy ze sobą chodzić pod koniec kwietnia, prawda? A z kolegami i koleżankami z liceum widziałem się w lutym. Dlatego może wyleciało ci to z głowy...
- Nieważne. Jak masz plany, w porządku, nie ma problemu. Kolację możemy przełożyć o tydzień lub dwa.
- Nie jesteś zła?
- Ani trochę, serio. Idź się w piątek pobawić ze swoimi szkolnymi przyjaciółmi, nie miej żadnych wyrzutów sumienia, jeśli będzie fajnie, możesz balować nawet do rana. Do mnie i tak zadzwoniła dziś twoja najmłodsza siostra, Doris, z pytaniem, czy będę mogła zająć się twoimi siostrzeńcami z soboty na niedzielę, więc zbiorę się do nich wcześniej, bo wiesz, że uwielbiam ich dzieciaki. Więc już w piątek pojadę do Düsseldorfu.
- Kochanie, to bardzo dobry pomysł.
- Odpoczniemy chwilę od siebie, a po powrocie... Sam wiesz, że jak zatęsknimy za sobą... - Nie skończyłam zdania, tylko zachęcająco oblizałam wargi.
Po tamtym weekendzie... No właśnie...
Nie skończyło się na jednej imprezie, o ile w ogóle ta, o której wtedy wspomniał, rzeczywiście się odbyła. Alex wychodził z domu coraz częściej, na coraz dłużej. Bywało też, że w ogóle nie wracał na noc.
W połowie marca poczułam nagłe ochłodzenie. Nie żeby diametralnie zmieniła się pogoda. Nic z tych rzeczy. Na zewnątrz nie zrobiło się zimniej. Było wręcz przeciwnie. Wychodzącą naprzeciw zimie wiosnę można było namacalnie wyczuć w powietrzu. Rośliny wypuszczały pierwsze, nieśmiałe pąki, drzewa pomału zazieleniały przemrożony świat obecnością nowo narodzonych liści, a lekki, orzeźwiający wiatr powoli wybudzał owady ze stanu hibernacji, z troską gładził policzki, koił oddech. Temperatura za oknem miała tendencję zwyżkową.
Natomiast serce Alexandra stawało się bryłą lodu.
Królowa Śniegu chwyciła go w swoje objęcia.
Niemiłość mroziła krew w żyłach.
Nie dość, że nie chciał się już ze mną kochać, to jeszcze nie okazywał mi żadnych pozytywnych uczuć. Z dnia na dzień stał się oschły i, co gorsza, obojętny.
Wiele razy próbowałam z nim porozmawiać, żeby dowiedzieć się, dlaczego tak nagle zmienił się w stosunku do mnie. I to praktycznie rzecz biorąc - o sto osiemdziesiąt stopni. Kiedy go pytałam, co się stało, milczał, zmieniał temat albo mówił mi na odczepnego nieprzyjemne rzeczy. Słyszałam na przykład sformułowania w stylu: "Zajmij się czymś pożytecznym, a nie gderaniem", "Naprawdę nie masz teraz większych problemów?", "Daj mi wreszcie chociaż chwilę świętego spokoju, bo jestem zmęczony, a ty mi tu marudzisz".
Problem w tym, że nie marudziłam. Chciałam jedynie przegadać, co się stało. Zmartwiłam się, że coś go gryzie. Wydawało mi się, że mogę mu jakoś pomóc. I przy okazji sobie. Nam. By było normalnie.
Nie jestem małą dziewczynką i wiem, że w związku nie zawsze jest cukierkowo, sielankowo. Relacja dwojga ludzi to nie utopia. Po czasie zauroczenia, choćby okres ten trwał i kilka lat, pojawiają się zgrzyty. Pojawiają się problemy, które trzeba rozwiązać. Oj, czasem nawet trzeba się pokłócić. Ale zawsze wszystko powinno zmierzać ku dobremu, jeśli dwóm stronom zależy na drugiej połówce, na utrzymaniu dobrych relacji. Nie można tak po prostu uciec.
Czy to moja wina?
Kurczę, zdaję sobie sprawę, że to absurdalne, lecz właśnie tak zaczęłam myśleć. Że cała wina leży po mojej stronie, mimo iż nie zrobiłam nic, co dawałoby podstawy do tego, żeby się obwiniać. Nie mówiąc już o tym, że w ogóle nie przyszło mi wtedy do głowy, że to Alexander nie był w stanie poradzić sobie z tym, co zrobił. Nie podejrzewałam też, że sprawy potoczą się tak szybko, że w niecały tydzień rozpadnie się to, co budowaliśmy razem przez ostatnich kilka lat.
- Musimy zamienić parę słów - zwrócił się do mnie pierwszego dnia wiosny, kiedy oglądałam wiadomości w salonie.
- Wreszcie - syknęłam sarkastycznie, nie zakładając, że zaraz usłyszę coś, czego się nie spodziewałam za Chiny ludowe. Wyłączyłam telewizor i wstałam. Spojrzałam na niego pytająco.
- Po pierwsze, przepraszam, że ostatnio byłem wobec ciebie taki, jaki byłem - oznajmił Alexander ze spuszczoną głową.
- Przeprosiny przyjęte - zapewniłam i chciałam go pocałować, ale on powstrzymał mnie ręką.
- Nie mogę - powiedział i zrobił dłuższą pauzę. Ta chwila absolutnej ciszy ciągnęła się niemiłosiernie długo.
Między nami wyrósł niewidzialny mur.
Omal nie zemdlałam.
Przed oczami przeleciało mi całe życie. No może przesadzam, nie całe życie, ale na pewno spora jego część. Ta część życia spędzona z nim, z moim ukochanym Alexandrem.
- Powiesz mi wreszcie, o co biega? - przerwałam milczenie.
- Otóż... - Znów się zawahał.
- Do rzeczy! - rozkazałam tonem nieznoszącym sprzeciwu, wtedy już cała roztrzęsiona, z myślami oscylującymi wokół najgorszych chorób świata, które mogły go dotknąć. "No jasne! Na pewno jest na coś chory i dlatego przez ostatnie dni zachowywał się jak ostatni gbur" - przebiegło mi przez głowę.
- Strasznie mi głupio - zaczął powoli, cały czas ze spuszczonym wzrokiem. Tak gapiąc się w panele podłogowe, w ślimaczym tempie rozwijał swój straceńczy monolog: - Długo zbierałem się, by ci to powiedzieć, Leno - wydukał. - Za długo, bo z dnia na dzień jest mi coraz trudniej, ale... musimy się rozstać.
Nie to chciałam usłyszeć. Wszystko, tylko nie to. Odsunęłam się od niego na odległość mniej więcej półtora metra i siadłam na przeciwległym brzegu kanapy. Subtelnie uszczypnęłam się w policzek, nie wierząc, że to dzieje się naprawdę.
- Jeżeli chcesz, możesz tu zostać, ja się wyprowadzę - wyrzucał z siebie pomału kolejne, pojedyncze słowa, które składałam w świadomości jak puzzle.
- Ale dlaczego? - wyszeptałam. Nie byłam w stanie powiedzieć nic więcej. Zaschło mi w gardle. Nie rozumiałam całej sytuacji.
- Lenko, wiem, że mi nie wybaczysz. - Z trudem przełknął ślinę i ciągnął dalej: - Sam sobie nie potrafię tego wybaczyć, ale kiedy dowiedziałem się, że jest w ciąży... Ja tylko raz. Nie uwierzysz, ale to był naprawdę jeden, jedyny raz... Jeden kretyński błąd. Teraz muszę wziąć odpowiedzialność za to, co zrobiłem, i nie wyobrażam sobie, by ciebie wciągać w tę sytuację w jakikolwiek sposób. Nie mam wyjścia, muszę zająć się jej, to znaczy - naszym dzieckiem. Ciebie nie chcę ani nie będę w to mieszać. Nie mogę pozwolić, żebyś była tą trzecią. Boże, co ja w ogóle opowiadam? Myśli mi się plączą... Nie będę ci marnować najpiękniejszych lat. Wciąż jesteś młoda. Ja stary. Stary i w dodatku głupi. A ty masz przed sobą jeszcze tyle życia...
- Kim ona w ogóle jest? - zmusiłam samą siebie, by zadać to pytanie.
- Może lepiej, żebyś nie wiedziała - rzekł wymijająco.
- Tak samo jak nie wiedziałam... - nagle dotarło do mnie, że nie mogę dłużej milczeć i w mig nakręciłam się niczym mechaniczna zabawka - ...do dzisiaj nie wiedziałam, że mnie zdradziłeś. Jeden raz? Jeden błąd? Jeden pewnie dlatego, że za każdym innym razem analizowałeś swoim prawniczym móżdżkiem, co zrobić, by go nie popełnić. Za nią i za tego bachora weźmiesz odpowiedzialność, jasne! Szkoda tylko, że jak ją rżnąłeś, odpowiedzialność za mnie, za siebie, za nas, odpowiedzialność za nasz związek miałeś w dupie! I nie chcesz mnie mieszać, tak? Ty w ogóle zastanawiasz się, co ty pieprzysz? Czy po prostu pierdolisz to, co ci ślina na język przyniesie? W swojej chorej wyobraźni widziałeś nas jako patchworkową rodzinkę, hm? Albo jeszcze lepiej - dołączyłoby do nas jeszcze kilka dziewczyn i miałbyś swój mały harem, ha? Jak mogłeś ubzdurać sobie, że zgodziłabym się uczestniczyć w tej szopce, choćby w najmniejszym procencie, co? Masz rację w jednej kwestii. Bezsprzecznie. Jesteś stary i głupi. I wiesz co? Nie zostanę tutaj ani dnia dłużej. Nie chcę mieszkać w miejscu, które dzieliłam z tobą, bo... Nie ma już nas. Idę się spakować i lepiej, żebyś już nic nie mówił ani nie wchodził mi w drogę. Najlepiej wyjdź, zejdź mi z oczu!
Alexander próbował otworzyć usta. W tym momencie chwyciłam z ławy szklankę, na wpół wypełnioną przestudzoną owocową herbatą, i cisnęłam nią o ścianę. Wyszedł bez słowa.
Nerwowo wkładałam do toreb i walizek wszystko, co wpadło mi w ręce. Ubrania, kosmetyki, książki, płyty, inne rzeczy osobiste. Z salonu, sypialni, kuchni, łazienki. Zależało mi na tym, żeby się jak najszybciej stamtąd wynieść.
Od czasu do czasu robiłam sobie jednak małe przerwy.
A to musiałam popłakać, a to wydrzeć się wniebogłosy.
No i jeszcze pozostawała sprawa znalezienia noclegu. W tym pomogła mi niezawodna Amanda. Któżby inny. Przekimałam u niej dwie doby. Od razu uruchomiła swoją siatkę znajomości. I tak, dzięki niej oraz trochę zrządzeniem losu, udało mi się w kilka dni przeprowadzić do w miarę ładnego, spokojnego lokum, położonego tylko dzielnicę dalej.
Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Nie mogę się teraz poddać. Nie mogę użalać się nad sobą - pomyślałam, gdy tylko przekroczyłam próg swojego nowego gniazdka. Dobrze, że od początku zaczęłam działać w sferze urządzania mieszkania, że z rozpaczy nie porzuciłam pracy lub też nie popadłam w beztroski alkoholizm. Od marca, czyli od dziewięciu miesięcy, żyję i do tej pory jakoś nie dałam się chandrze, która po stokroć chciała mnie upolować i zamarynować w melancholii.
Bo generalnie z rzadka zapala mi się w środku światełko wspomnień.
I dopiero w listopadzie, po ponad ośmiu miesiącach od rozstania, nawiedził mnie ten sen...
Jeszcze nie udało mi się zacerować największego rozdarcia na sukni mojego losu, zmyć wszystkich plam straty, wybielić znamion przeszłych bolączek, lecz mogę sobie obiecać, przede wszystkim sobie, że nieugięcie będę nad nią pracować. Uszyję ze swych pragnień najpiękniejszą kreację, na jaką mnie stać.
*
Do świąt Bożego Narodzenia coraz bliżej. Jeśli dobrze liczę, to zostało dwanaście dni do Wigilii. Niecałe dwa tygodnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki