Katarzyna Sawicka-Mierzyńska, Uniwersytet w Białymstoku
ORCID ID: 0000-0001-6744-9855
O podlasko-(post)ludowym usytuowaniu badawczym. Czy "brzydkie uczucia" osób z awansu społecznego mogą zmienić szkolnictwo wyższe w Polsce?
Przemysław Czapliński w artykule inicjującym numer "Tekstów Drugich" poświęcony autoetnografiom postawił przed badaczami i badaczkami podejmującymi tego typu rozważania bardzo konkretne zadanie: "opisz siebie jako różnicę uwarunkowaną"1. Obranie własnych doświadczeń za punkt wyjścia naukowej analizy wiąże się z pokusami, przed którymi na tych samych łamach przestrzegał Dariusz Brzostek - łatwo można popaść w narcyzm bądź sentymentalizm2. Od siebie dodam jeszcze martyrologię i patos. Nieuchronna wydaje się również obawa przed nadmiernym ekshibicjonizmem czy też - przynajmniej z mojej perspektywy - wątpliwość, czy na pewno mój przypadek jest godny zaprzątania cudzej uwagi, czyli - inaczej rzecz ujmując - czy wnosi coś do opisywanych już wcześniej na innych przykładach "różnic" i "uwarunkowań". Świadoma tych zagrożeń spróbuję, z jednej strony, podążając za sugestią Czaplińskiego, przepisać własne doświadczenie na mechanizmy awansu społecznego i reguły funkcjonowania w świecie akademickim, a z drugiej poprowadzić myśl w odwrotnym kierunku, czyli pokazać, że uwzględnienie specyfiki konkretnej, usytuowanej geograficznie biografii skutkuje modyfikacją zastanych kategorii bądź wymusza wytyczenie między nimi nowych połączeń. Tym, co interesuje mnie najbardziej, jest wspomniana już kwestia awansu poprzez edukację, zwieńczonego pracą na uczelni (ostrożnie używam określenia "kariera akademicka") oraz hierarchia akademicka ufundowana na opozycji performatywnej kategorii "prawdziwych" profesorów/profesorek oraz "prawdziwych" uniwersytetów wobec "imposterów" i uzurpatorów, najczęściej lokowanych na prowincji. Osobną uwagę poświęcę normatywności opowieści o awansach, eksponując emancypacyjny potencjał "brzydkich" emocji, które są z nich rugowane i podlegają dość rygorystycznej autocenzurze odczuwających je podmiotów.
Skoro punkt wyjścia stanowi moje własne doświadczenie, zacznę od opisu kilku wziętych z życia przypadków, uzupełnionych o jedno rozpoznanie zaczerpnięte z literatury, konkretnie z debiutanckiej powieści Niehalo Ignacego Karpowicza (2006). Groteskowy, hiperboliczny, a od mniej więcej połowy książki rysowany w oniryczno-delirycznej konwencji obraz Białegostoku, jaki wyłania się z tej prozy, choć miał być przede wszystkim reprezentacją biografii przedstawiciela pokolenia transformacji ustrojowej 1989 roku, ze stolicą Podlasia jako jedną z możliwych scenerii, okazał się na tyle dotkliwy, że wywołał środowiskową burzę. Ówcześni członkowie kapituły Nagrody Literackiej Prezydenta Miasta Białegostoku im. Wiesława Kazaneckiego uznali, że Karpowicz nie może być nią uhonorowany, bo uderza w godność miasta. Wracam do tej sprawy, chcąc uzasadnić, dlaczego stawiam w jednym szeregu opis zdarzeń autentycznych z fikcją - Niehalo wywołało poruszenie, bo autor, niczym w soczewce, skupił kluczowe elementy kompleksu prowincji, "katopolskich" aspiracji czy kształtującej się polityki pamięci Białegostoku. W ironicznych, dowcipnych scenach i obrazach zebrał to, co unosiło się w atmosferze miasta lat dziewięćdziesiątych XX wieku - rozproszone w prywatnych rozmowach, dyskursie prasowym, wypowiedziach przedstawicieli lokalnej władzy i elit. Jakby Karpowicz skondensował parę z powietrza, którym wtedy wszyscy oddychaliśmy, i wylał ją nam na głowy. Diagnoza postawiona przez niego miastu wydaje się trafniejsza niż niejeden reportaż o Białymstoku. Można zatem powiedzieć, że mój artykuł ma charakter case study, choć pozostawi po sobie więcej pytań i postulatów niż gotowych rozwiązań.
Zacznę od fikcji. Oto jak Ignacy Karpowicz, absolwent najlepszego w Białymstoku liceum, ale już nie lokalnej uczelni, tylko międzywydziałowych indywidualnych studiów humanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim, relacjonuje wizytę głównego bohatera Niehalo Maćka, magistranta, w dawnym Domu Partii, a zarówno wtedy, jak i dziś, siedzibie kilku wydziałów Uniwersytetu w Białymstoku, w tym polonistyki:
Pamiętam, kiedyś na proseminarium moja promotorka o niezwykle wysokiej kulturze literackiej, z metr pięćdziesiąt, niezwykłej głębi spojrzenia: Do literatury - mówiła - trzeba mieć oko [...] postanowiła tamtego dnia obrzydzić nam Duklę Stasiuka, bo za to akurat jej płacą.
I powiedziała [...].
Ciekaw jestem, czy sama to wymyśliła, czy zerżnęła od jakiegoś prawdziwego profesora z prawdziwego uniwersytetu. A może jej wypowiedź należy odbierać w kategoriach autobiograficznych? Przecież ten bełkot włókienniczy musiała wyssać razem z przędzą matki z zakładów pasmanteryjnych Pasmanta, miasto Białystok.
Nikt jej nie uwierzył. Kilka osób zaśmiało się cicho. Dotąd odbierała teksty za pomocą skóry i opracowań, żadnych udziwnień, zero zdań wielokrotnie złożonych.
Do tych śmiechów dołączyły śmiechy koleżanek polonistek.
Śmieją się one, bo trochę mądrzejsi koledzy zaczęli się śmiać. Bo one chcą spodobać się trochę mądrzejszym kolegom. Chcą szybciutko zostać zapłodnione i zaobrączkowane. Tylko dlatego.
- Dlaczego, Gosiu, się śmiejesz? - zapytała promotorka.
- Nie wiem, pani profesor - odparła Gosia, dwumetrowa, wielkocyca, rumiana dziewka z jakiejś wsi popod Białymstokiem3.
Przejdę do moich własnych doświadczeń. Od ponad dziesięciu lat funkcjonuję w obiegu lokalnej, podlaskiej kultury w roli popularyzatorki, animatorki, ekspertki, między innymi jako członkini wspomnianej kapituły Nagrody Literackiej Prezydenta Miasta Białegostoku, od kilku zdarza mi się też pojawiać w medium mainstreamowym za sprawą recenzji pisanych dla magazynu "Książki", wydawanego przez Agorę. Traktuję to zadanie serio i z dużą dozą nieśmiałości, wciąż nie do końca ufając swoim kompetencjom - to jeden z przejawów "syndromu oszusta", z którym boryka się wielu pracowników naukowych z awansu. Pod koniec września 2023 roku redaktor naczelny Juliusz Kurkiewicz, zlecając mi tekst dotyczący Łabędzi Jacka Dehnela, w reakcji na moją standardowo już wyartykułowaną obawę, czy podołam temu zadaniu, mniej więcej tak podsumował naszą dotychczasową współpracę (parafrazuję tu fragment naszej na poły służbowej, na poły prywatnej korespondencji): "W twoich tekstach dostrzegam pewną strategię. Odwołujesz się do jakiegoś klasyka, np. Mickiewicza przy okazji Mateusza Górniaka, i osłabiasz to zastrzeżeniem, że może brzmi zbyt podniośle, a skojarzenie jest nazbyt odległe. Formułując jakiś mocny sąd, asekurancko referujesz opinie innych krytyków. Niepotrzebnie. Fajnie piszesz sama z siebie, masz bardzo dobry gust i nie potrzebujesz się ustawiać w pozycji pani z Białegostoku". Dodam jeszcze, że nawet jeśli sama się tak nie spozycjonuję, zrobią to za mnie czytelnicy. Wprawdzie wszyscy wiemy, że nie należy traktować serio komentarzy zamieszczanych anonimowo w Internecie, ale wszyscy je czytamy. Kiedy zatem pojawiają się krytyczne opinie dotyczące jakości pisanych przeze mnie recenzji, zwykle zawierają odniesienia do mojego usytuowania na osi centro-peryferyjnych relacji. Ich autorzy eksponują fakt, że pochodzę z Białegostoku, a zatem nie jestem "prawdziwą" profesorką czy krytyczką, tylko prowincjonalną i taki właśnie poziom reprezentują moje teksty. Pod recenzją Nicusia Maksa Wolskiego można było przeczytać, że na pewno nie znam Bernharda, inny komentator ubolewał nad tym, kto teraz pisuje dla "Książek" i że powinniśmy za chwilę spodziewać się recenzji twórczości Zenka Martyniuka (jak powszechnie wiadomo, Podlasie to stolica disco polo). Pod recenzją Hanki Macieja Jakubowiaka, zaczynającą się spostrzeżeniem, że za sprawą działania złożonych mechanizmów awansu społecznego ja, postchłopka z Podlasia, mogę na łamach mainstreamowego magazynu pisać tekst dotyczący książki człowieka z Żor, który jest dziś opiniotwórczym krytykiem i znanym eseistą, "oberwało się" zarówno mnie, jak i Jakubowiakowi. Ktoś napisał, że znacznie przeszacowałam pozycję autora, ktoś inny, że nic nie zrozumiał z tego podlaskiego bełkotu, dlatego musi sięgnąć po Hankę4. Przypomnienie tych komentarzy wydaje mi się istotne ze względu na zawartą w nich presupozycję traktowania pochodzenia z nie-Warszawy, nie--Krakowa czy nie-Gdańska jako deklasującego, kompromitującego i deprecjonującego intelektualistkę stygmatu. Ponieważ będę w dalszej części tego tekstu pisać o wyzwalającym potencjale "brzydkich uczuć", pozwolę sobie nazwać emocje i stany, które mi towarzyszą podczas lektury tego typu wypowiedzi: złość, bezradność, lekko urażona duma zarówno na poziomie indywidualnym, jak też zbiorowym, jako reprezentantki Podlasia z jednej, i białostockiego środowiska akademickiego z drugiej strony.
Przypadek trzeci mieści się w obszarze moich doświadczeń dydaktycznych. Był 2022 rok. Nie 1950 czy 1970 - te dziesięciolecia obejmowały pamiętniki osób awansujących, poddane interpretacji przez Magdę Szcześniak w książce Poruszeni. Awans i emocje w socjalistycznej Polsce, w których znajdziemy opisy sytuacji podobnych do tej przedstawionej za chwilę - tylko XXI wiek, ponad 30 lat po transformacji ustrojowej. W ramach zaliczenia zajęć o teatrze i spektaklu w edukacji na polonistyce nauczycielskiej studenci przygotowywali projekt oparty na metodzie teatru partycypacyjnego opracowanej przez Michała Stankiewicza i Katarzynę Niziołek5.
Nie wdając się w szczegóły: każdy miał wybrać fragment z książki Mireczek Aleksandry Zbroi bądź z Bliskich Annie Ernaux, nauczyć się go na pamięć, zaprezentować przed grupą i uzasadnić swój wybór. Większość osób decydowała się na cytaty o dużym ładunku emocjonalnym, ale jedna ze studentek zaprezentowała opis kawiarni prowadzonej przez rodziców Ernaux. Jaki był komentarz? Dziewczyna urodziła się i wychowała w małym miasteczku i dopiero kiedy po maturze pojechała do Londynu do pracy, zobaczyła, że ludzie chodzą do kawiarni, żeby spędzać w niej czas, czytać gazety i książki, rozmawiać. Do tej pory wydawało się jej, że chadza się do restauracji, żeby coś zjeść, czyli w bardzo pragmatycznym, konkretnym celu, a nie po prostu na kawę, dla rozrywki i przyjemności. Teraz sama bardzo lubi "kulturę kawiarnianą" i ma w Białymstoku swoje ulubione kafejki. Jeszcze małe, a dość ważne dopowiedzenie - mój "projekt zaliczeniowy" okazał się właściwie nieudany. Jego istotę stanowi wystąpienie przed grupą/publicznością - ten kontekst wywołuje dodatkowe emocje, pozwala skonfrontować kryteria poszczególnych wyborów, ujawnia specyfikę aktu indywidualnej lektury, prowadzi do powstania jednorazowej, aleatorycznej (kolejność wystąpień jest losowana) narracji. Tymczasem dzień przed zaliczeniem kilka studentek przyszło do mnie z prośbą, żebym zgodziła się na zmianę formuły, ponieważ wstydzą się - niech nie umknie nam to słowo - zaprezentować swoje historie przed koleżankami i kolegami, których znają od niemal pięciu lat (to był ostatni rok studiów magisterskich). Tym samym stałam się jedyną depozytariuszką ich opowieści. Dopowiedzenie ostatnie - od wielu lat zaczynam wykład z literatury i piśmiennictwa regionu na pierwszym roku polonistyki od rozrysowania mapy naszych auto/bio/geo/graficznych (kategoria sformułowana przez Elżbietę Rybicką) szlaków - z roku na rok zmieniają się proporcje liczby studentów z Białegostoku i mniejszych miejscowości, na korzyść tych ostatnich.
Do jakich refleksji skłaniają powyższe "przypadki"? Wszystkie można potraktować jako reprezentacje złożonego, wieloaspektowego procesu, jakim jest awans społeczny w polskim wydaniu, czyli przemieszczanie się na klasowej drabinie z pozycji mniej uprzywilejowanych na bardziej uprzywilejowane, zwłaszcza pod względem dysponowania kapitałem kulturowym. Kluczową rolę odegrał w tym procesie dostęp do edukacji. Eksponuję kulturowy wymiar tej zmiany, ponieważ w Polsce po 1989 roku zdobycie wyższego wykształcenia, a nawet wkroczenie na ścieżkę kariery akademickiej bynajmniej nie musi oznaczać akcesu do klasy średniej czy wyższej na poziomie statusu materialnego.
Jak zauważa Magda Szcześniak, pojęcie awansu cieszyło się w okresie powojennym dużą popularnością w odróżnieniu od takich kategorii jak mobilność czy ruchliwość społeczna, ponieważ ma większą od nich "performatywną moc"6 - oferuje wyrazistą "ramę narracyjną", w którą można wpisać swoje doświadczenia. Pisał o tym przekonująco Maciej Jakubowiak w eseju W górę, do przodu, a potem znowu w dół na łamach "Dwutygodnika", analizując autobiograficzną prozę Annie Ernaux, Didiera Eribona, Édouarda Louisa czy Tove Dietlevsen7. Jakubowiak zwraca m.in. uwagę na to, że wszystkie te opowieści tworzone są post factum, z perspektywy osoby, która już awansowała, czyli przyswoiła sobie język opisu i wartościowania własnych doświadczeń i przeszłości, będący jedną z dystynktywnych oznak samego awansu, różnicą oddzielającą od klasy pochodzenia. "Czytałem, by nauczyć się wspominać", pisze Louis w Zmianie8; trzeba też trochę czasu, żeby dostrzec, że nie mieliśmy po prostu dzieciństwa, tylko "dzieciństwo klasowe"9. Powstanie i publikacja książki, w której zawrze się swoją historię, to zresztą ostateczny probierz odniesionego sukcesu, laur zdobyty w awansowym wyścigu, narzędzie emancypacji i forma rekompensaty za dawne upokorzenia: "książka wyjdzie i pomści moją przeszłość" (Louis). Zatem choć są to opowieści o procesie, z wyraźnie zarysowanym "od do", a więc uwzględniające zbiorowych i indywidualnych bohaterów z przeszłości (rodzice, rodzina, miejsce pochodzenia, robotnicze czy chłopskie środowisko), nie pełnią funkcji konsolidującej/integrującej różne grupy społeczne, wręcz przeciwnie, stają się dystynkcją. Oczywiście sami autorzy i autorki narracji o awansie mają tego świadomość, stąd towarzyszące im poczucie zdrady, nielojalności wobec klasy pochodzenia czy rozdarcia między starym a nowym światem - specyfika sytuacji osób awansujących polega na tym, że do żadnego z nich się w pełni nie przynależy.
Normatywna siła oddziaływania narracji o awansie staje się jeszcze mocniejsza, a struktura opowieści mniej elastyczna, gdy wkroczymy w obszar awansów w polu (za Pierre'em Bourdieu) akademickim, czyli związanych ze zdobyciem, a potem utrzymaniem pracy, a najlepiej etatu na uczelni, wraz z towarzyszącym temu zawodowi etosem, repertuarem zachowań, postaw i emocji. Korzystającej ze schematów metodologicznych zaproponowanych przez Bourdieu Agacie Zysiak w książce Punkty za pochodzenie udało się pokazać, jak konserwatywny i oporny na wszelkiego rodzaju zmiany jest akademicki habitus, w tej skostniałej postaci interioryzowany i realizowany (zwłaszcza) przez osoby awansujące, które muszą i chcą wykazać, że są "prawdziwymi" profesorami. Lata mijają, zmieniają się ustroje, funkcjonujemy na uniwersytetach w warunkach coraz bardziej korporacyjnych (nie mam na myśli zarobków), a zasady akademickiej gry we wzorce i hierarchie wydają się niezmienne10. W konsekwencji oznacza to stan ciągłego hysteresis, czyli zapóźnienia i nieprzystawalności habitusu wobec zmieniających się reguł i elementów pola. Jak czytamy u Zysiak, projekt demokratyzacji uczelni, czy to we Francji, czy w socjalistycznej Polsce, nie powiódł się. Czy mamy taki projekt dziś? Czy dysponuję takim projektem ja jako osoba z awansu konfrontująca się na co dzień ze studentami, dla których (nie wszystkich oczywiście, aczkolwiek dzieci białostockich bywalców kafejek i teatrów raczej idą na studia do Warszawy czy Krakowa) przekroczenie progu kawiarni ma symboliczny wymiar? Przekonują mnie refleksje Marty Kosińskiej, że "tendencja do przemilczania pochodzenia klasowego" i "swoista taktyka mimikry", czyli "przykrawanie własnej ekspresji do bezklasowości zbiorowego habitusu uniwersyteckiego", stanowią symptom szerszego zjawiska, czyli "odwracania się w analizie kulturowej od kwestii nierówności społecznych w stronę różnic tożsamościowych"11. "Walczymy z dyskursami, a nie z wyzyskiem" - pisze12. Zresztą bywa też odwrotnie - mówiąc o klasowości, gubi się kwestie tożsamościowe. To przypadek znakomitej skądinąd i przywoływanej tu wielokrotnie książki Magdy Szcześniak Poruszeni. Autorka wychodzi od kategorii klasy, realizując formułowany, zwłaszcza na gruncie krytyki feministycznej, postulat intersekcjonalności, dopełnia ją różnicą płciową, ale zupełnie ignoruje kwestie etniczne czy zróżnicowanie regionalne, czym niejako powtarza unifikujący gest projektu socjalistycznego, poddawanego w książce analizie. Na co innego jednak chciałabym w tym momencie zwrócić uwagę. Jak konstatuje Szcześniak, z pamiętników osób awansujących wynika, że Polska Ludowa (dodam tylko, że ani ja, ani autorka Poruszonych bynajmniej nie idealizujemy tamtej epoki) oferowała im "duże oparcie psychiczne". "Odgórna socjalistyczna opowieść awansu" "dostarczała [...] tarczy przeciwko tradycyjnej kulturze inteligenckiej oraz łagodziła poczucie winy związane ze zmianą warunków życia"13. Zastanawiam się, czy i jakimi wspierającymi opowieściami dysponujemy dzisiaj. Bardzo dobrze, że coraz częściej pytamy osoby studenckie o zgodność tożsamości płciowej wpisanej do systemu USOS z tą odczuwaną i deklarowaną, ale za nietakt i naruszenie granic prywatności byłoby uznane zadanie pytania o to, czy studenci lub świeżo zatrudnieni pracownicy naukowi potrzebują wsparcia w związku z różnicami klasowymi. Na poziomie dyskursywnym (od czegoś trzeba zacząć) pomocna mogłaby być oczywiście opowieść o awansie, ale odbieramy ją sobie, zanim na dobre zdążyła się ukształtować i zanim zauważyliśmy, że to nie był narzucony, peerelowski projekt, tylko istotne zjawisko społeczne, zróżnicowane w zależności od tego, w jakich krajach i ustrojach je obserwujemy. Wrócę do moich osobistych doświadczeń. W 2022 roku uczestniczyłam w dyskusji towarzyszącej finisażowi wystawy Świat nie wierzy łzom, którą przygotował dla Galerii Arsenał Tomasz Pawłowski-Jarmołajew. Składały się na nią prace młodych artystów wywodzących się z Podlasia, a jednym z kluczowych wątków spajających kuratorską narrację był temat wyjazdu/ucieczki. Kiedy zapytałam twórców o awans społeczny - czy ich dotyczy, czy też było to w ich przypadku raczej doświadczenie przemieszczenia, migracji do większych ośrodków w kraju i za granicą, usłyszałam, że samo określenie "awans społeczny" jest niefortunne, bo hierarchiczne i wartościujące, gdyż mieści w sobie założenie o niższości i wyższości poszczególnych klas. Wyszłam z tego spotkania poirytowana i dopiero po dłuższej chwili uświadomiłam sobie źródło mego emocjonalnego dyskomfortu: nie dam sobie odebrać awansu, satysfakcji z niego. Nie dam go sobie odebrać w imię lewicowej poprawności politycznej, bo wiem, że "tam" było gorzej i "niżej", co nie znaczy, że odbieram godność i wartość ludziom, wśród i obok których się wychowałam. Podobny trop znajdziemy w eseju Jakubowiaka, którego zainspirował Didier Eribon podejrzeniem, że być może:
[...] problem tkwi nie w tym, po której stronie granicy się jest, ale w tym, że tę granicę tworzą same opowieści [...]. Skoro tak - zastanawia się dalej Jakubowiak - to może zamiast wikłać się w te hierarchiczne relacje, dałoby się wszystko załatwić łatwiej? Na przykład zakładając, że w ogóle nie ma żadnej sprawy, że to wszystko było jedno wielkie nieporozumienie, bo nie ma żadnego lepszego świata, tak jak nie ma świata gorszego, w końcu wszyscy jesteśmy przede wszystkim ludźmi. To kuszące i przecież byłoby całkiem nieźle, gdyby to była prawda14.
Jakubowiak rozwija ten wątek w autoetnograficznej Hance. Opowiadając w książce historię własną, swojej matki (tytułowa Hanka) i babki, wnikliwie przygląda się mechanizmom, które sprawiły, że babcia Albina skończyła kilka klas szkoły powszechnej, matka zdała maturę w drugim podejściu, a on sam obronił doktorat, by ostatecznie zrezygnować z kariery akademickiej. Pozwolę sobie zacytować dłuższy fragment rozważań pojawiających się w Hance, jak wiele innych partii tego eseju pisanych z poziomu "meta" nie tylko wobec analizowanych procesów, ale też własnej narracji, emocji, postaw (jak na dobry esej przystało):
W końcu żeby mówić o awansie i lepszym życiu, trzeba założyć, że poprzednie życie było gorsze. Żeby móc powiedzieć o sobie, że wreszcie stało się kimś, trzeba założyć, że Hanka była nikim. Może jeszcze by to uszło kiedyś, dawniej, w pewnych środowiskach, gdzie niespecjalnie przejmowano się uczuciami tych, którym gorzej się wiodło, a wartość człowieka mierzono pozycją społeczną, majątkiem, urodzeniem i zasobami honoru. Ale dziś nie uchodzi, po prostu nie wypada tak mówić, bo wszyscy ludzie są sobie równi, a wartości człowieka się nie mierzy, tylko ją zakłada. Każda kulturalna i wykształcona osoba musi o tym wiedzieć, a nawet jeśli komuś nie przychodzi to odruchowo, wystarczy świadomość, że tak się po prostu nie mówi; zmiana języka w końcu pociągnie za sobą zmianę świadomości. I to dobrze. W porządku, troszkę tu sobie żartuję, ale przecież tak właśnie powinno być. Powinno, ale nie jest. Nawet jeśli się o tym nie mówi (choć, bądźmy uczciwi, czasem wciąż się mówi), to wartościujące myślenie nadal się praktykuje. Jedni, zwykle zamożniejsi i lepiej wykształceni, prowadzą lepsze, bogatsze, bardziej interesujące życie, pisze się o nich w mediach, przeprowadza z nimi wywiady, zaprasza na gale i wydarzenia, zabiega się o ich przychylność, a w ich obecności trzyma język za zębami. Drudzy, o drugich po prostu się milczy. A czasem jak się coś powie, to zlatują się strażnicy językowej i moralnej poprawności z pouczeniami, że tak nie wolno, więc lepiej rzeczywiście już nic nie mówić. Tak jakby tych drugich nie było, tak jakby byli nikim. I dopóki jest tak, jak nie powinno być, dopóty niemówienie o tym, że tak właśnie jest, coś zakłamuje. Każe myśleć, że sprawa jest rozwiązana i załatwiona, o czym tu jeszcze gadać? [...]
A przy okazji, i to jest chyba najbardziej przewrotne, oskarża się tych, którzy pokonali klasowy tor przeszkód, o klasizm. Na tym w końcu polega paradoksalny efekt awansu społecznego: niby jest wyłomem w porządku społecznym, bo oznacza zmianę, ale jednocześnie utrwala jego istnienie. A ściślej: kwestionuje przywiązanie do pozycji, które zajmujemy w społeczeństwie, lecz potwierdza ich hierarchię. Nie trzeba do tego cynicznych prawicowych polityków, wystarczą ludzie, którzy tak długo marzą, żeby wieść lepsze życie, aż wreszcie im się udaje. Na tym w końcu polega paradoksalny efekt awansu społecznego: niby jest wyłomem w porządku społecznym, bo oznacza zmianę, ale jednocześnie utrwala jego istnienie15.
Dodam tylko, że te same dylematy, tyle że formułowane z innych pozycji ideologicznych, towarzyszyły opowieściom o awansie w Polsce Ludowej, której ostatecznym celem miało być przecież społeczeństwo bezklasowe. Pozostawiam w mocy pytanie postawione przez Jakubowiaka: jak mówić o zmianie, by nie zakłamywać rzeczywistości, a z drugiej strony nie deprecjonować uczestniczących w niej podmiotów? Czy rozwiązaniem problemu społecznych nierówności jest udawanie, że nie istnieją, w imię egalitaryzmu? Jaką narracją objąć moją historię, adiunktki z habilitacją profesorki UwB, wychowanej w domu bez kanalizacji? Czy w ogóle powinnam o tym mówić? W jakim celu? Kiedy opowiadałam koledze pochodzącemu z dobrze sytuowanej rodziny, aktorowi z wykształcenia, o warunkach, w jakich dorastałam, usłyszałam, że popadam w "automartyrologię". Jak to pięknie ujęła Szcześniak: "Współczucie jest w świecie wyrosłym z zachodniej filozofii oświeceniowej zarezerwowane dla podmiotów, które w określony sposób prezentują swoje cierpienie"16.
"Habitus uniwersytecki", który stanowi tło snutych tu rozważań, jest nie tylko bezklasowy, ale też zdeterytorializowany, czyli maskuje różnice i napięcia centro-peryferyjne. Podobnie zresztą dzieje się w narracjach o awansie. Śmiem twierdzić, że ścieżki jego zdobywania, a potem konsumowanie na np. Uniwersytecie w Białymstoku wyglądają nieco inaczej niż w przypadku np. Uniwersytetu Warszawskiego. Zastanawiałam się, do jakich wniosków na temat kondycji i autonarracji uniwersytetów młodszych, aspirujących, o mniejszym prestiżu, mogłoby doprowadzić zastosowanie w ich analizie kategorii "syndromu oszusta". Przypomnę, że jest to towarzyszące osobom awansującym poczucie podszywania się pod cudzą tożsamość, popełniania fałszerstwa, stan lęku przed porażką i demaskacją. Trochę gwoli przestrogi dodam też - za Kamilem Łuczajem - że doświadczenie "syndromu oszusta" prowadzi często do samoprekaryzacji, szczególnie "jeżeli oprócz klasy pod uwagę zostaną wzięte zmienne takie jak płeć czy rasa"17. To właśnie "syndrom oszustki" sprawia, że w pisanych dla "Książek" recenzjach przyjmuję strategie zdiagnozowane przez Kurkiewicza. Bardzo ważny jest tu performatywny wymiar tego typu doświadczeń - inspirując się Goffmanem, Łuczaj zauważa, że awansujący przedstawiciele klas ludowych nie są dyskredytowani, tylko dyskredytowalni - ta potencjalność, mogąca się zrealizować i ujawnić w różnych sytuacjach komunikacyjnych i społecznych, staje się źródłem strachu i niepokoju. Wróćmy jednak do uniwersytetów. Nie potrafię stwierdzić, czy rzeczywiście dzielą się na "prawdziwe" i "nieprawdziwe", jak tego chciał - a raczej pewnie nie chciał - skazany klasowo na edukację w Białymstoku bohater Niehalo, ale może chciałby migrujący do stolicy autor powieści, bo to wzmacnia i legitymizuje jego mainstreamową pozycję. Na pewno są różne, funkcjonują w odmiennych warunkach i w hierarchicznym układzie, napędzanym dodatkowo mechanizmami konkurencyjności i rywalizacji. Wydaje mi się, że właśnie ze względu na nie istnieje potrzeba performatywnego wytwarzania napięcia (za tym słowem kryją się pożądanie, zazdrość, podziw itd.) wokół nieistniającego jako realny punkt odniesienia "prawdziwego" uniwersytetu. Nie chodzi nawet o jego model, którego też właściwie nie znamy. Do tych intuicji przywiodła mnie pokrewna wobec "syndromu oszusta" kategoria "podróbki", za której pomocą Magda Szcześniak w swojej nieco starszej książce - Normy widzialności z 2016 roku - opisała proces kształtowania się klasy średniej w Polsce lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Mieliśmy wtedy do czynienia z sytuacją, kiedy różnego rodzaju "podróbki" pojawiały się na polskim rynku przed oryginałami (podobno byliśmy potentatem w tym przemyśle), a sama klasa średnia formowała się jako "podróbka" wyobrażeń na temat jej zachodnich standardów. Inaczej niż "kopia", która od początku ujawnia swoją relację z oryginałem i "dystans" wobec niego, "podróbka" "zaczyna istnieć jako podróbka dopiero wtedy, gdy zostaje rozpoznana", jej celem jest bowiem "jak najdłuższe podszywanie się pod oryginał"18. Właśnie ze względu na obligatoryjne i wyraziste odniesienia wobec oryginału "podróbka" wydaje się bardziej przystawać do opisu napięć w polu akademickim niż "syndrom oszusta". Problem/istota tego zjawiska w kontekście akademii polega na tym, że tak jak istniała, nawet jeśli polski producent nie miał jej w rękach, "oryginalna" torebka Louis Vuitton, tak nie istnieje "oryginalny", "prawdziwy", wzorcowy uniwersytet, analogicznie do "prawdziwych profesorów". Ostatecznie nie ma to jednak znaczenia, bo chodzi o utrzymanie mnie, pracownicy Uniwersytetu w Białymstoku, w stanie ciągłego niepokoju, napięcia i lęku przed demaskacją, że "prawdziwa" nie jestem, oraz wywarcie presji, żebym starała się bardziej i pracowała jeszcze więcej, aby na to miano - "prawdziwej profesorki" - zasłużyć.
Właśnie niepokój, obok takich afektów i emocji jak zazdrość, irytacja, paranoja, "animowalność" (poczucie ograniczonej sprawczości, zwłaszcza na tle rasowym) i "wzniosłootępiałość" (kombinacja szoku i nudy), Sianne Ngai zalicza do "brzydkich uczuć"19. Włączam je do moich rozważań, ponieważ, po pierwsze, bardzo istotny element procesów awansu stanowi konieczność przyswojenia właściwych danej klasie struktur i schematów odczuwania, a po drugie, procesom tym towarzyszą niezwykle intensywne emocje. Możemy się o tym przekonać, czytając przywoływanych już Didiera Eribona, Macieja Jakubowiaka, Édouarda Louisa, Annie Ernaux czy Renatę Lis, by wymienić tylko publikacje z ostatnich lat. Wiele spośród tych emocji to uczucia negatywne i destrukcyjne, czasem wstydliwe. Jedne bardziej mieszczą się w silnie perfomatywnej, o czym była mowa, ale też - co dodam teraz - mającej tendencję do normatywności narracji o awansie, inne mniej. W Zmianie np. często pojawia się zazdrość - w ekstremalnej postaci, jako najwyższa forma afirmacji i pożądania, we wspomnieniu pierwszego spotkania z Didierem Eribonem, kiedy to, słuchając jego odczytu, Louis pomyślał: "Chciałbym być taki jak on, chciałbym być nim"20. Inny z powracających w tego typu narracjach stanów to upokorzenie, którego wymowny przykład znajdziemy w książce Moja ukochana i ja. Renata Lis wspomina, jak nauczycielka historii w liceum, która była obiektem jej młodzieńczych westchnień i imponowała swoją przynależnością do intelektualnej elity (podobno nie otrzymała pracy na uczelni właśnie z powodu "złego pochodzenia"), wyśmiała malinowy sweter zakochanej ambitnej uczennicy, pożyczony od ojca: "- Wieś tańczy i śpiewa, co, Renatka? - rzuciła M. przez zęby ze swoim zgorzkniałym ćwierćuśmieszkiem, uciekając wzrokiem w stronę okna. Zabolało". Tego typu zdarzenia, z pozoru drobne, są niczym epifaniczne momenty uświadomienia sobie społecznej hierarchii i własnego w niej położenia: "Był to mój społeczno-erotyczny chrzest. Inicjacja w życie społeczne"21 - pisze Lis. Analogiczne sceny pojawiają się we wspomnieniach Jakubowiaka - kiedy spotkana na ulicy nauczycielka, znając jego sytuację rodzinną, zakłada, że na pewno poszedł do szkoły zawodowej, a nie do liceum, albo później, już na studiach:
Potem, chyba na trzecim albo czwartym roku, warsztaty Kingi Dunin i Igora Stokfiszewskiego. Nie pamiętam już dokładnie, o co im chodziło, ale w pewnym momencie poprosili, żeby ci, których rodzice mają wyższe wykształcenie, stanęli pod ścianą, a pozostali pod oknem. Było nas pod tym oknem dwoje, uśmiechaliśmy się do siebie głupio22.
Sama też mam taką historię. W ósmej klasie szkoły podstawowej brałam udział w olimpiadzie z języka polskiego i udało mi się przejść do wojewódzkiego etapu konkursu. Razem z rodzicami i nauczycielką, która z powodów rodzinnych zamieniła udaną karierę w białostockich mediach na etat w szkole podstawowej w małym miasteczku, pojechaliśmy do Białegostoku, gdzie odbywał się konkurs. Zanim weszłam do sali, moja polonistka powiedziała, że nie chce mnie martwić, ale jak dotąd żadne "wiejskie dziecko" jeszcze nie wygrało tej olimpiady, więc żebym się nie czuła zawiedziona sobą, jeśli się nie uda. Wygrałam. Co ciekawe, dopiero po latach zdałam sobie sprawę z niestosowności tej uwagi. Znowu zacytuje Renatę Lis:
Dopiero dzisiaj widzę wyraźnie, że M. [nauczycielka historii - dop. K.S.M.] nie tylko gardziła nami, naszą robotniczą dzielnicą i szkołą dla szmuleckich dzieci śmieci, ale też nader swobodnie tę swoją pogardę wyrażała, my natomiast dostrzegaliśmy to i jednocześnie tego nie dostrzegaliśmy, ponieważ nie mieliśmy na to słów23.
W tym miejscu dodam tylko na marginesie, że schemat opowieści o awansach, w którym ważną rolę odgrywają "patroni" - te wszystkie polonistki, bibliotekarki, trenerzy, dostrzegający w biednym dziecku potencjał i oferujący nadzieję na zmianę, warto uzupełnić o figurę "patrona negatywnego", niekoniecznie stanowiącego realną przeszkodę. To raczej ktoś, kto unaocznia nam naszą pozycję, i komu, często podświadomie, niejako na złość i na przekór chcemy pokazać, że się mylił. Przy okazji tych historii ujawnia się też moc innego uczucia, czy może raczej postawy z kategorii niechcianych i piętnowanych, czyli naiwności, która, jak to ujął Louis, "jest warunkiem ucieczki"24. Pochwała ignorancji - tak Jakubowiak tytułuje jeden z rozdziałów Hanki, zaczynając go słowami: "Naprawdę bardzo późno się zorientowałem, że właściwie nie powinno mnie tam [w "uniwersum uniwersytetu" - dop. K.S.-M.] być"25. Jego matka też zwyczajnie nie wiedziała (a może nie chciała wiedzieć), że jej dzieci nie powinny iść na studia, bo taka jest kolej społecznej rzeczy.
W tekstach dotyczących awansu często powraca wątek konieczności zanegowania czy ocenzurowania pewnych emocji z nim związanych. Jak pisze Olga Byrska: "Musieliśmy się nauczyć tak kalibrować naszą komunikację, by zostać zrozumianymi; wreszcie, musieliśmy mówić o naszych emocjach w sposób zrozumiały, czyli opanowany i racjonalny"26. Trzeba opanować ten "gniew ponad miarę", o którym, ku mojej wielkiej, perwersyjnej uciesze, mówił w Radio Tok FM Piotr Śliwiński, analizując wiersze Justyny Kulikowskiej zawarte w tomie gift. z Podlasia27. Jedno z głównych założeń przyjętych przez Szcześniak w Poruszonych dotyczy znaczenia "struktur odczuwania" i "standardów emocjonalnych" w klasowej sztafecie, którego świadomość mieli sami awansujący:
Osoby awansujące szybko rozpoznają, że wyrobienie w sobie emocjonalnej wstrzemięźliwości oraz stosownych reakcji emocjonalnych jest koniecznym elementem przekroczenia niższej pozycji i zakorzenienia się w nowym środowisku. Wielu autorów pamiętników wykazywało świadomość klasowego charakteru standardów emocjonalnych, dostrzegało różnicę między społecznie uprawnionymi sposobami przeżywania i wyrażania emocji w środowiskach miejskich a "nieodpowiednimi" uczuciami osób pochodzenia chłopskiego. [...] klasom ludowym przypięto łatkę nadmiernie emocjonalnych, kierujących się nie racjonalnością, lecz wzmożonymi uczuciami. Co istotne, emocje te najczęściej nie są postrzegane jako związane z warunkami życia (gniew jako odpowiedź na wyzysk, "chłopski upór" jako chęć wywalczenia możliwości podejmowania autonomicznych decyzji i tak dalej), lecz podlegają biologicznej esencjalizacji - "stają się atrybutami ciał, sposobem przetłumaczenia tego, co "wysokie" i "niskie", w widoczne na ciele znaki28.
A co by się stało, gdybyśmy, również w środowisku akademickim, przestali wypierać te brzydkie, niestosowne emocje, tylko dostrzegli w nich energię wiodącą ku zmianom? Przestali udawać, że awansowi nie towarzyszy wstyd, niepewność, niepokój, lęk przed demaskacją, zazdrość, zażenowanie - tę listę zapewne można przedłużać i niuansować. Przestali traktować "rozemocjonowanie" jako atrybut słabszych, wymagających oszlifowania i utemperowania grup - chłopów, kobiet, dzikich (znamy świetnie te standardy stosowane w patriarchacie czy dyskursie kolonialnym).
Jak zauważa Ngai, "Jeśli Brzydkie uczucia miałyby być bestiariuszem afektów, byłby on zapełniony nie lwami, ale głównie szczurami i oposami, ze względu na dominację kategorii uczuć słabszych i brzydszych29". "Ponieważ nie prowadzą do dramatycznych wyładowań, karmią się stagnacją, mają niezwykłą zdolność długiego trwania"30 - dodają referujące koncepcję Ngai Monika Kwaśniewska i Katarzyna Waligóra. I nie byłoby pewnie w tym kontekście opowieści o awansach w świecie akademickim nic inspirującego, gdyby nie fakt, że "brzydkie uczucia" mają duży potencjał emancypacyjny, wykazując zdolność do obnażania systemowych czy instytucjonalnych nieprawidłowości i nadużyć. Ngai we wstępie do swojej książki pisze:
Cała praca ujmuje emocje jako niezwykle zawikłane i skondensowane "interpretacje kłopotliwych położeń", czyli znaki, które nie tylko uwypuklają różne poziomy problemu (formalne, ideologiczne, socjohistoryczne), ale także łączą je w charakterystyczny sposób. Skupiam się wyłącznie na negatywnych afektach, które pomagają w rozumieniu problemów stawianych przez ogólny status zablokowanej sprawczości odnośnie do innych ludzkich podmiotów oraz społeczności31.
Wystarczy, że nie będziemy myśleć o zazdrości czy niepokoju jako indywidualnych "skazach", słabościach i "brakach" charakteru po stronie podmiotu, tylko właśnie jako o symptomach nierówności. Świadomość, że to emocje, których właściwie nie powinniśmy odczuwać, dodatkowo wzmacnia ich krytyczny potencjał - to jakby ciągle być w stanie "meta". Nie chcę na koniec popaść w patos ani wpisać się w schemat resentymentu. Wydaje mi się jednak, że podążając tego typu ścieżkami i ćwicząc się w czujności zamiast w samokrytyce, my, ludzie awansu, oposy, nie lwy, możemy "podgryzać" akademicki habitus. Nie ignorując, nie cenzurując i nie deprecjonując "brzydkich uczuć" oraz faktu, że - znowu za Louisem, tyle że w liczbie mnogiej - naszym przywilejem było poznanie świata bez przywilejów - mamy też większą szansę, by uczynić akademię miejscem spotkania ze studentami, a nie rozmijania się wzajemnych oczekiwań, wyobrażeń i standardów. W koncepcji Ngai pociąga mnie też dowartościowanie biernego oporu, wyrażanej z uporem niezgody, którą badaczka ilustruje, przywołując postawę "wolałbym nie", reprezentowaną przez bohatera znanego opowiadania Kopista Bartleby. Historia z Wall Street Hermana Melville'a. Nie musimy od razu robić rewolucji ani wymagać od siebie wielkich czynów - to często demotywuje - ale drobne gesty sprzeciwu czy niezadowolenia mamy zawsze pod ręką.
Co zrobić z emocjami towarzyszącymi byciu reprezentantką "nieprawdziwego" Uniwersytetu w Białymstoku? W przywoływanym tu już autoetnograficznym numerze "Tekstów Drugich" jako wyzwanie stojące przed uczelniami wyższymi, a zarazem remedium na ich problemy, kilkukrotnie wskazywano konieczność ściślejszego powiązania uniwersytetów z lokalnym kontekstem. Jak zauważa Czapliński "[...] nauczanie nakierowane na lokalne potrzeby i lokalną kulturę silniej wiąże uczelnię ze środowiskiem, badaczowi zaś pozwala precyzyjniej formułować problemy naukowe"32. Anna Gomóła wzywa, by "bronić lokalności", bo "deprecjonowanie jej specyfiki w imię adaptacji do wzorów wytworzonych w innych miejscach i innych warunkach ogranicza korzystanie z potencjału różnorodnych tradycji i doświadczeń"33. W pełni się z tym zgadzam. Natomiast nic z tego nie wyniknie bez korekty nie tylko zasad parametryzacji i ocen pracowników, w których budowanie relacji z otoczeniem społecznym traktowane jest jako rodzaj nieszkodliwego, bezkosztowego (dla uczelni, nie dla pracowników) hobby, ale też bez zmiany habitusu i hierarchicznych, centro--peryferyjnych relacji między ludźmi nauki. Z przykładem ich funkcjonowania mieliśmy do czynienia podczas konferencji Usytuowania. Praktyki autorefleksji w XX- i XXI-wiecznym dyskursie humanistycznym w kontekście badań postzależnościowych zorganizowanej przez Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu i Centrum Badań Dyskursów Postzależnościowych w listopadzie 2023 roku, gdzie zaprezentowałam główne tezy tego artykułu. Moje wystąpienie, zgodnie z zadeklarowanym tematem, znalazło się, obok kilku innych, w panelu regionalnym. Okazało się, że większość uczestników konferencji potraktowała akurat tę jej część jako dobry moment na spacer po niewątpliwie urokliwym Poznaniu bądź załatwienie innych pilnych spraw - wiadomo, "regionalne", czyli partykularne i niezbyt interesujące. Czy odczuwałam "brzydkie emocje", przemawiając do prawie pustej sali? Oczywiście.
Przypisy:
1 P. Czapliński, Wszechstronna osobność, "Teksty Drugie" 2023, nr 1, s. 9.
2 D. Brzostek, Kable, sieci, przemieszczenia. Filolog w świecie poza tekstem, "Teksty Drugie" 2023, nr 1, s. 135.
3 I. Karpowicz, Niehalo, Kraków 2013 (wyd. 2.), s. 45-46 (wyd. 1. Wołowiec 2006).
4 Niestety nie mogę odesłać do treści tych wypowiedzi w Internecie, ponieważ w związku z wydzieleniem od 1 kwietnia 2024 ze spółki Agora SA kilku osobnych spółek, m.in. Agora Książki i Muzyka, wszystkie komentarze pod artykułami zostały automatycznie usunięte.
5 Zob. K. Niziołek, Przestrzeń możliwości. Teatr partycypacyjny jako środek budowania kapitału społecznego, "Civitas. Studia z Filozofii Polityki" 2020, nr 27, s. 217-249.
6 M. Szcześniak, Poruszeni. Awans i emocje w powojennej Polsce, Warszawa 2023, s. 24.
7 M. Jakubowiak, W górę, do przodu, a potem znowu w dół, "Dwutygodnik", wyd. 326, 01/2022, https://www.dwutygodnik.com/artykul/9919-w-gore-do-przodu-a-potem-znowu-w-dol.html (dostęp: 29.04.2024).
8 É. Louis, Zmiana, tłum. J. Polachowska, Warszawa 2021, s. 268.
10 Zob. A. Zysiak, Punkty za pochodzenie. Powojenna modernizacja i uniwersytet w robotniczym mieście, Kraków 2016, tu zwł. rozdział Akademicki model biografii, s. 223-292.
11 M. Kosińska, Matka akademiczka. Autoetnografia z peryferii, usytuowana matrylokalnie, "Teksty Drugie" 2023, nr 1, s. 120.
12 W podobnym tonie wypowiadał się Zygmunt Bauman inspirujący się Richardem Rortym: elity, forsując ideę wielokulturowości, zasłaniają nią i odsuwają od siebie problem nierówności, tak jakby bieda była po prostu jednym z elementów globalnego zróżnicowania kulturowego. Zob. Z. Bauman, Migracja - asymilacja - diaspora, w: tenże, Kultura w płynnej nowoczesności, Warszawa 2011, s. 51-67.
13 M. Szcześniak, Poruszeni, dz. cyt., s. 163.
14 M. Jakubowiak, W górę, do przodu, a potem znowu w dół, dz. cyt.
15 Tenże, Hanka. Opowieść o awansie, Wołowiec 2024, s. 60.
16 M. Szcześniak, Poruszeni, dz. cyt., s. 95.
17 K. Łuczaj, Doznawanie klasy w perspektywie mikrosocjologicznej. Przypadek pracowników naukowych, "Przegląd Socjologii Jakościowej" 2021, nr 2, s. 15.
18 M. Szcześniak, Normy widzialności. Tożsamość w czasach transformacji, Instytut Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2016, s. 59.
19 S. Ngai, Wstęp (do książki "Ugly Feelings"), tłum. M. Walczak, w: Teatr brzydkich uczuć, red. M. Kwaśniewska, K. Waligóra, Kraków 2021, s. 22. Za odesłanie mnie do tej książki dziękuję Michałowi "Perle" Łukaszukowi.
20 É. Louis, Zmiana, dz. cyt., s. 144.
21 R. Lis, Moja ukochana i ja, Kraków 2023, s. 64.
22 M. Jakubowiak, Hanka, dz. cyt., s. 46.
23 R. Lis, Moja ukochana i ja, dz. cyt., s. 63.
24 É. Louis, Zmiana, dz. cyt., s. 177.
25 M. Jakubowiak, Hanka, dz. cyt., s. 46.
26 O. Byrska, Zdrajca klasy musi odejść, "Dwutygodnik", wyd. 225, 5/2019, https://www.dwutygodnik.com/artykul/8261-zdrajca-klasy-musi-odejsc.html (dostęp: 29.04.2024).
27 Audycja OFF CZAREK, Poetycki piątek: "gift. z Podlasia" Justyny Kulikowskiej prowadzona przez Cezarego Łasiczkę z udziałem Piotra Śliwińskiego, Radio TOK FM, 20.05.2022, https://audycje.tokfm.pl/podcast/123206,Poetycki-piatek-gift-z-Podlasia-Justyny-Kulikowskiej (dostęp: 29.04.2024).
28 M. Szcześniak, Poruszeni, dz. cyt., s. 145-147.
29 S. Ngai, Wstęp (do książki "Ugly Feelings"), dz. cyt., s. 26.
30 M. Kwaśniewska, K. Waligóra, Robienie miejsca - pożytki z brzydkich uczuć, w: Teatr brzydkich uczuć, dz. cyt., s. 10.
31 S. Ngai, Wstęp (do książki "Ugly Feelings"), dz. cyt., s. 22.
32 P. Czapliński, Wszechstronna osobność, dz. cyt., s. 13.
33 A. Gomóła, Trzeba bronić lokalności. Próba autoetnografii, "Teksty Drugie" 2023, nr 1, s. 73.