Tajny rozkaz
Komandor McVay nie potrafił się domyślić, po co admirał Purnell wzywa go
w niedzielę rano do swojej kwatery. Wojna w Europie skończyła się już
przed dwoma miesiącami, na Oceanie Spokojnym Japończycy nie mieli już
wiele do powiedzenia, a inwazji na japońskie wyspy nikt nie przewidywał
wcześniej niż w listopadzie. Ciężki krążownik "Indianapolis", którym
dowodził McVay, był wprawdzie okrętem flagowym admirała Spruance,
głównodowodzącego V Floty, branej oczywiście pod uwagę w planach
inwazyjnych, ale sam Spruance siedział teraz na wyspie Guam, zajęty
opracowaniem planów ostatecznego podboju Japonii.
Komu więc potrzebny był teraz, 15 lipca 1945 roku, USS1
"Indianapolis"? Komu zawdzięczać miał McVay to zainteresowanie
krążownikiem przycumowanym do nabrzeży bazy Mare Island w pobliżu San
Francisco? Przed dwoma dniami komandor otrzymał polecenie przygotowania
okrętu do drogi. W niedzielę McVay zameldować się miał u admirała
Purnella po dalsze rozkazy.
W gabinecie admirała przedstawiono McVayowi komandora Williama Parsonsa
- oficera o szczupłej, skupionej twarzy, jak gdyby specjalnie
przystosowanej do tajemniczych dyrektyw, które w obecności milczącego
admirała Purnella przekazał dowódcy krążownika.
- Doprowadzi pan swój okręt jeszcze dzisiejszej nocy do stoczni Hunters
Point, gdzie przejmie pan niewielki, ale niezwykle ważny ładunek.
Załadowanie winno nastąpić w sposób możliwie dyskretny. O świcie wyjdzie
pan z maksymalną szybkością w kierunku Pearl Harbour, gdzie pozostawi
pan na lądzie paru swoich pasażerów. Następnie, nadal z maksymalną
szybkością, uda się pan na wyspę Tinian, gdzie oczekiwać będą
transportowanego przez pana ładunku... Nie możemy niestety powiedzieć
nic więcej. Musi panu wystarczyć, że zadanie, które pan otrzymuje,
posiada zasadnicze znaczenie dla losów tej wojny.
McVay nie mógł oczywiście wiedzieć, że tuż przed jego przybyciem
zastanawiano się jeszcze w tym gabinecie, czy można dowódcy USS
"Indianapolis" powiedzieć coś więcej o zawartości powierzonego jego
pieczy ładunku. Miał on być przecież za ten ładunek odpowiedzialny od
nocy w stoczni Hunters Point aż do przybycia na wyspę Tinian, miał
związać mocnym ogniwem łańcuch przygotowań do operacji, znanej dotąd pod
tajemniczym kryptonimem "Manhattan Project". Wprowadzenie komandora
McVaya w bliższe szczegóły tej operacji mogło pomóc sprawie w wypadku
jakiegoś nagłego niebezpieczeństwa na pełnym morzu...
Ostatecznym argumentem przeciw poinformowaniu dowódcy "Indianapolis" o charakterze ładunku było przypomnienie, że nie znają go dotąd nawet ci,
dla których był przeznaczony: siedemdziesięciu pięciu lotników
odkomenderowanych jesienią 1944 do bazy Wendover. Dowódca krążownika
musiał więc też pozostać poza wąskim kręgiem wtajemniczonych.
Nie zadawał on zresztą zbędnych pytań, na które i tak nie otrzymałby
odpowiedzi. Komandor Charles B. McVay III był wzorowym oficerem
marynarki, lubianym i poważanym przez podkomendnych, szanowanym przez
przełożonych. Pochodził ze znanej marynarskiej rodziny, chociaż własnej
kariery nie zawdzięczał wcale sławie ojca, głównodowodzącego floty
wschodnioazjatyckiej w czasie I wojny światowej. Od szkoły kadetów aż do
odpowiedzialnego stanowiska dowódcy okrętu flagowego własnymi zasługami
wywalczył sobie pozycję w marynarce wojennej Stanów Zjednoczonych.
Słuchał teraz dalej wyjaśnień komandora Parsonsa.
- Ładunek, o którym mowa, eskortowany będzie przez dwóch oficerów armii.
Służbę wartowniczą przy ładunku zapewni pan normalnymi siłami swojej
załogi. Poza eskortą oficerską i wartownikami nikt nie może zbliżać się
do ładunku, który powinien być ulokowany jak najdalej od pomieszczeń
załogi. Najlepiej będzie przeznaczyć mu miejsce w jednej z kabin
oficerskich, w której jednocześnie zakwateruje pan obu oficerów
eskortujących.
Zaraz po powrocie na pokład komandor McVay wydał rozkaz wyjścia z bazy
Mare Island. Zadania nawigacyjne otrzymali tylko trzej oficerowie. Nikt
poza nimi nie orientował się, dokąd płynie "Indianapolis". Na okręcie
znajdowały się już zapieczętowane koperty z dowództwa marynarki, w których podano informacje wywiadu morskiego o ruchach japońskich okrętów
podwodnych w rejonie trasy do Pearl Harbour i na wyspę Tinian, materiały
służby meteorologicznej oraz inne niezbędne dokumenty podróży. McVay
otwierał te koperty w swojej kabinie, spodziewając się jeszcze jakichś
dodatkowych wiadomości, które rzuciłyby słaby chociaż promień światła na
tajemnicę ładunku ze stoczni Hunters Point. Niczego jednak, poza
normalną dokumentacją rejsu, nie znalazł.
McVay zorientował się już teraz, że "pasażerowie", których Departament
Personalny Marynarki skierował na jego okręt z przeznaczeniem do Pearl
Harbour, stanowili właściwie element kamuflażu zorganizowanego dla
zamaskowania istotnego celu podróży. Wszyscy oni zaskoczeni byli nagłym
odkomenderowaniem, traktowali je jako kaprys znudzonych bezczynnością
biurokratów. I właściwie tylko dwa tysiące pięćset kamizelek ratunkowych
przysłanych niespodzianie dla tysiąca dwustu marynarzy "Indianapolis",
zalegając wszystkie pokłady i korytarze, świadczyło o niebezpieczeństwie
oczekującej ich misji.
O trzeciej w nocy krążownik odbił od wyludnionego nabrzeża stoczni
Hunters Point. Gdzieś za budynkami magazynów i warsztatów zarysowywały
się cienie ukrytych posterunków. Punktualnie o czwartej zajechały na
nabrzeże dwie wojskowe ciężarówki. Wyładowano z nich dwie skrzynie,
które okrętowe dźwigi podniosły na pokład. Zaraz po tym zjawili się obaj
eskortujący oficerowie. Pierwszy z nich przedstawił się dowódcy
krążownika jako major artylerii Robert Furman, drugi jako kapitan-lekarz
James Nolan.
Ustalono wspólnie, że większa skrzynia umieszczona zostanie na
pokładzie. Zawartość mniejszej, ważącej chyba ze sto kilogramów, skrzyni
- stalowy cylinder wysokości zaledwie sześćdziesięciu centymetrów -
umieszczona została w kabinie, którą oddano zarazem do dyspozycji
"gości". Major Furman zamknął natychmiast tę kabinę, nie zwracając uwagi
na domysły załogi zaintrygowanej tajemniczym ładunkiem. Przypuszczenia
dotyczyły wszelkich możliwych rozwiązań, mówiono o sztabach złota i o szczepach groźnych bakterii, nikt jednak nie był w stanie odgadnąć
prawdy.
Zgodnie z zapowiedzią Parsonsa, do kabiny komandora McVaya zgłosił się
zaraz po tym kapitan Nolan i wyjaśnił, że jest on rzeczywiście lekarzem
wojskowym i zapewnia, że ładunek umieszczony na "Indianapolis" w żadnej
mierze nie zagraża załodze okrętu. Osłuchany z uwagami członków załogi
McVay był już po tym wyjaśnieniu niemal pewien, że przyjął na pokład
jakieś groźne bakterie.
- Nigdy nie przypuszczałem - zauważył zgryźliwie - że pozwolimy sobie na
prowadzenie wojny bakteriologicznej...
Kapitan Nolan zbył jednak tę uwagę milczeniem. Nauczył się już takiego
reagowania na pytania i uwagi osób niewtajemniczonych. Przy "Manhattan
Project" nie pracował wprawdzie tak długo, jak jego towarzysz major
Furman, ale zdążył przywyknąć do surowego reżimu tajemnicy. Obowiązywał
on nawet w bazie Los Alamos, w której dotąd stale pracował. A cóż
dopiero mówić o utrzymaniu tej tajemnicy poza bramami bazy. Wyjechał z niej wraz z Furmanem samochodami do Santa Fe, a stamtąd samolotem
przelecieli do San Francisco. Kiedy na lotnisku w Santa Fe zaopatrzono
ich w spadochrony, zamocowując je również na skrzyniach, otrzymali
rozkaz: "W razie katastrofy nie interesować się losem załogi samolotu!
Za wszelką cenę ratować tylko ładunek!".
I-58 wychodzi na połów
Komandor podporucznik cesarskiej marynarki japońskiej Mochitura Hasimoto
już od roku 1931 - od czasu promocji oficerskiej - służył na okrętach
podwodnych. Przez krótki okres czasu odbywał dodatkową praktykę na
kutrach torpedowych i ścigaczach okrętów podwodnych, ale te
odkomenderowania miały tylko podnieść właściwe kwalifikacje Hasimoto
jako przyszłego dowódcy okrętu podwodnego. W tym celu skierowano go na
specjalny kurs i następnie powierzono mu, już podczas wojny, kolejno
trzy podwodne jednostki wojenne.
Wreszcie, w końcu maja 1944 roku, Hasimoto mianowany został dowódcą
najnowszego japońskiego okrętu podwodnego, nowoczesnego krążownika
podwodnego typu "I". Na wiadomość o tej nominacji Hasimoto przerwał
nawet urlop, udzielony mu w związku z przyjściem na świat trzeciego
syna. Nowy okręt stanowił znacznie większą atrakcję. Zresztą przyznać
trzeba, że była to jednostka rzeczywiście nie lada.
I-58 był dużym "krążownikiem podwodnym", o wyporności (w zanurzeniu)
1470 ton. Pod wodą osiągał szybkość 14 węzłów, czyli prawie 26 km/godz.
Uzbrojony był w 1 działo kalibru 140 mm i 6 wyrzutni torpedowych 533 mm.
Jego 19 torped uzyskiwało szybkość 48 węzłów przy zasięgu pięciu i pół
kilometrów. Przy nieznacznym ograniczeniu szybkości zasięg ten można
było powiększyć aż do dziewięciu kilometrów. Torpedy posiadały ładunek
wybuchowy wagi 600 kg i mogły mieć zarówno zapalnik magnetyczny, jak i konwencjonalny.
W ciągu lata 1944 roku Hasimoto uzupełnił jeszcze wyposażenie swego
okrętu. Otrzymał on najnowsze urządzenie radarowe, elektronową i zwykłą
aparaturę podsłuchową oraz Kaiteny - ośmiotonowe torpedy śmierci,
sterowane przez ochotników, dla których nie było powrotu z samobójczej
akcji. Oficjalnie I-58 przekazany został do służby we wrześniu tegoż
roku i teraz komandor Hasimoto rozpoczął ćwiczenia z załogą.
Pierwsze akcje bojowe nie były jednak zbyt pomyślne. Dopiero 11 stycznia
1945 roku upolował Hasimoto w rejonie wyspy Guam zbiornikowiec
amerykański, przeciw któremu wysłał aż cztery Kaiteny2. Mimo
to Hasimoto nie mógł nawet z całą pewnością stwierdzić, czy
zbiornikowiec został zatopiony, i w meldunku do admiralicji cesarskiej
odnotował go jako "prawdopodobnie trafiony".
Od 20 stycznia aż do początku marca I-58 "odpoczywał" w dokach Kure na
skutek ograniczeń paliwa i dopiero 16 lipca 1945 roku otrzymał Hasimoto
dawno oczekiwany rozkaz. Miał atakować na Pacyfiku trasy komunikacyjne
nieprzyjaciela i zatapiać wszystkie napotkane okręty sojuszników na
zachód od wybrzeży Filipin.
Tego samego dnia, w którym komandor McVay wyprowadził swój ciężki
krążownik "Indianapolis" z basenu stoczni Hunters Point, Hasimoto
manewrował wśród zagród minowych postawionych przez amerykańskie
lotnictwo u wybrzeży Japonii. Minął następnie okryte już rdzą wraki
okrętów swego cesarza i zgodnie z otrzymanymi rozkazami skierował się na
Okinawę.
Mijały godziny, mijały dni, a I-58 nie napotkał żadnego okrętu
nieprzyjacielskiego. Było to tym bardziej dziwne, że meldunki
japońskiego wywiadu donosiły przez dłuższy czas o ożywionym ruchu
jednostek amerykańskich w rejonie Okinawy, stanowiącej przyczółek
mostowy przygotowywanej przez Stany Zjednoczone decydującej inwazji na
japońskie wyspy. Hasimoto skłonny już był zrzucić wszystko na karb
prześladującego go pecha. Ileż by ofiarował, gdyby trafiła do niego
wiadomość o misji USS "Indianapolis", przewożącego na Tinian tajemniczy
ładunek, który skrócić miał przewlekłą wojnę na Pacyfiku. Tym bardziej
że przecież los nie oszczędził mu ostatecznie zetknięcia z krążownikiem
dowodzonym przez komandora McVaya.
"Poród udał się"
Była połowa lipca 1945. Już trzy miesiące wcześniej pękła "oś"
Berlin-Tokio. Jeszcze jesienią poprzedniego roku zadano Japończykom
dotkliwe ciosy na frontach Pacyfiku. 13 października 1944 zdobyta
zostaje wyspa Peleliu w archipelagu Palau, silna baza na szlaku
Guadalcanal-Filipiny. 20 października Szósta Armia USA rozpoczyna
inwazję Filipin desantem na wyspę Leyte. Już w pięć dni później admirał
Nimitz ogłasza, że w drugiej bitwie na Morzu Filipińskim flota japońska
została "w sposób decydujący pokonana". Zatopiono dwa pancerniki, cztery
lotniskowce, osiem krążowników oraz nie stwierdzoną wówczas liczbę
niszczycieli. Poważnie uszkodzono jeszcze jeden pancernik, pięć
krążowników i siedem niszczycieli. Wreszcie po zadaniu "ciężkich strat"
zmuszono do ucieczki 21 jednostek cesarskich.
W przeciągu następnych dziewięciu miesięcy pozbawiono Japończyków niemal
wszystkich baz i punktów oporu na Pacyfiku. Poza kilkoma okrętami
podwodnymi jednostki japońskie nie wypływały już z macierzystych portów
na południowe morza. Amerykanie niepodzielnie panowali na Pacyfiku.
Wojna w tym rejonie przeciągała się jednak. Wojna dziwna - ograniczająca
się do wyszukiwania japońskich maruderów i partyzantów na zdobytych
wyspach, do nalotów na Japonię, do nakreślania planów jakiejś bardzo
mglistej inwazji na japońską metropolię. Admirałowie przeprowadzali
skomplikowane kalkulacje koncentracji jednostek wojennych, generałowie
wyznaczali zgrupowania poszczególnych rzutów, oficerowie wywiadu
przekazywali informacje o nadbrzeżnych fortyfikacjach, a lekarze...
określali przypuszczalne rodzaje ran i zamawiali w składnicach
sanitarnych odpowiedni sprzęt i medykamenty. Trwały papierowe spory o dostawy uzbrojenia i amunicji, szrapnele przeliczano na godziny ognia,
ludzi - na nieboszczyków, okręty, czołgi i działa - na tony złomu.
Ruch między poszczególnymi bazami amerykańskimi panował niczym w czasie
pokoju. Transporty przekwaterowywanych dywizji armii i piechoty
morskiej, transporty uzupełnień, urlopowiczów i demobilizowanych,
chorych i zdrowych, oficerów i żołnierzy. Wojska, zasłużone w ciężkich
walkach desantowych i inwazyjnych w tropikalnych warunkach południowego
Pacyfiku, zaczynały się po prostu nudzić. Zajmowano je ćwiczeniami
strzeleckimi i manewrami większych zgrupowań. Szeroko, może nawet zbyt
głośno, kolportowano wiadomości o oczekiwanej inwazji; z wysiłkiem
podtrzymywano ducha żołnierzy.
Zresztą także i oficerowie nie bardzo wiedzieli, na co tracony jest ten
cenny czas. Dlaczego nie dobija się wroga w jego legowisku? Dlaczego tak
długo trzyma się ich wszystkich z dala od rodzin, od domów, od ojczyzny?
Dlaczego pozwala się nieprzyjaciołom ochłonąć po zadanych ciosach?
Niewielu ludzi w samych Stanach Zjednoczonych orientowało się, czemu
służy ta zwłoka. Wszyscy pozostali - olbrzymia większość nie tylko
cywilów, ale także i wojskowych - szukali najbardziej fantastycznych
wyjaśnień. Nie sprzyjała taka atmosfera rozładowaniu napięcia, nie
sprzyjała nawet pełnej radości z zakończenia wojny w Europie. Ci, którzy
przywykli do logicznego myślenia, skłonni już byli przypuszczać, że
Pentagon ma tajne wiadomości o jakichś szczególnych środkach
Japończyków, przygotowywanych na przyjęcie wojsk inwazyjnych... Nie
mogli się nawet spodziewać, że i w Pentagonie tylko kilku
wielogwiazdkowych generałów i kilkunastu specjalistów niższych stopni
zna istotną przyczynę tego - niemalże - zawieszenia broni.
Reszta sztabowców amerykańskich wiedziała tylko, że opór Japonii
podtrzymuje garstka szaleńców oddanych bez reszty cesarzowi. Ale
piloci-samobójcy czy żywe torpedy nie mogły wygrać wojny. Nawet kadry
wiernych przysiędze oficerów nie były w stanie zapobiec klęsce.
Kiedy po koncentracji sił uzupełnionych ludźmi i sprzętem po zakończeniu
wojny w Europie, do działań wojennych przeciw Japonii na kontynencie
azjatyckim przystąpił jeszcze Związek Radziecki, wykonując swoje
zobowiązania wobec aliantów, los imperium był już przypieczętowany
ostatecznie. Także siły lądowe na okupowanych terytoriach chińskich
zmuszone zostały do decydującego odwrotu.
"Niepokonane" cesarstwo japońskie, sprzymierzone z niemiecką III Rzeszą,
waliło się w gruzy. W Tokio co trzeźwiejsi politycy rozważali już sprawę
kapitulacji. Omijając najbardziej szowinistycznych przedstawicieli sfer
wojskowych, szukali dojścia do cesarza. Tylko on, "namiestnik boga na
ziemi", mógł zaproponować zawieszenie broni, nie narażając się na
posądzenie o zdradę.
Już zresztą półtora miesiąca wcześniej, 20 czerwca 1945, zaniepokojony
rozwojem wydarzeń cesarz wezwał do siebie sześciu członków swojej
Najwyższej Rady Wojennej, polecając przygotowanie planu natychmiastowego
zakończenia wojny, niezależnie od planu obrony kraju. Butni generałowie
i admirałowie przekonali go wówczas, że nie należy jeszcze myśleć o kapitulacji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki