Uśpione wspomnienia - Kamilla Oresvärd

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Męż­czy­zna sie­dzi po­chy­lony nad gro­bem, ko­szulka klei mu się do ple­ców, ota­cza go uno­szący się w po­wie­trzu, le­d­wie wy­czu­walny za­pach róż. Wpa­truje się w czarny gra­nit, czuje go pod pal­cami, twardy i ogrzany przez słońce, które pali go w kark. De­li­katna bryza sze­le­ści w ko­ro­nach drzew i prze­nosi dźwięki mia­sta w ci­szę cmen­ta­rza. Męż­czy­zna za­myka oczy.

Za­czyna so­bie ci­cho nu­cić:

Stars shi­ning bri­ght above you. Ni­ght bre­ezes seem to whi­sper I love you,birds sin­ging in the sy­ca­more trees,dream a lit­tle dream of me.

Otwiera oczy. Prze­biera pal­cami na po­zła­ca­nych żło­bie­niach w ka­mie­niu. Przy da­cie śmierci się za­trzy­muje. Głowa za­czyna mu się ki­wać do przodu i do tyłu, dłoń po­woli za­ci­ska się wo­kół brzegu po­mnika, z ust płyną ko­lejne strofy:

Say ni­ghty-ni­ght and kiss me, just hold me ti­ght and tell me you'll miss me.

Za­myka oczy. Ude­rze­nia serca przy­spie­szają wraz z ad­re­na­liną wpom­po­wy­waną do krwi. Bie­rze głę­boki od­dech, otwiera oczy i pa­trzy w przód po­nad kra­wę­dzią grobu na ukwie­cone na­grobki, wy­gra­bione ścieżki i po­mniki wznie­sione zmar­łym.

While I'm alone and blue as I can be. Dream a lit­tle dream of me.

W tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym wy­brzmie­wają ostat­nie słowa, waha się. Czarne ści­śle za­sznu­ro­wane glany z chrzę­stem za­ta­piają się w żwi­rek pod nim. Pod­rywa się. I bie­gnie. Ka­myki od­ska­kują spod bu­tów i ude­rzają za nim w zie­mię ni­czym bu­rzowy grad. Dudni mu w pier­siach. Płuca z sy­kiem na­bie­rają po­wie­trza, a z każ­dym zo­sta­wia­nym za sobą me­trem czuje co­raz gło­śniej­sze pul­so­wa­nie w gło­wie.

Orien­tują się, kiedy do­ciera do grobu von Ro­sena, sły­szy ich głosy. Za­sko­czone. Da­le­kie. A po­tem gniewne.

- Halo! Stop! Stój, kurwa!

Nie od­wraca się. Jego prze­waga jest kru­cha i ła­two można mu ją ode­brać. Jest już bli­sko. Ko­niec cmen­ta­rza. Czer­wony mur. Brama. Czarna, wy­soka i sta­bilna. Prze­do­sta­nie się przez nią. Po­tem na ze­wnątrz. Na wol­ność.

Przed oczami miga mu ja­kiś ob­raz. Blond włosy, złoto spla­mione krwią. Mocno mruga, nie zwal­nia­jąc tempa. Pod­nosi rękę i wy­mie­rza so­bie siar­czy­sty po­li­czek. Nie te­raz, my­śli. Kie­dy­kol­wiek, ale nie te­raz.

Mi­nął bramę. Wy­biega na ulicę. Po­de­szwy ude­rzają o as­falt. Krew tętni. Płuca krzy­czą. Oczy łza­wią, a wol­ność jest w za­sięgu ręki. Może jej do­tknąć, po­czuć ją, po­sma­ko­wać jej, kiedy coś twar­dego ude­rza w niego z tak dużą siłą, że od­rzuca go sze­ro­kim łu­kiem po­nad sza­rym as­fal­tem.

Rozdział 2

Mał­żeń­stwo z Dal­torps­ga­tan 6 w dziel­nicy Göte­borga Ör­gryte zna­la­zło w zie­miance szkie­let. Gdy przyj­mo­wano zgło­sze­nia o zna­le­zio­nych ko­ściach, naj­czę­ściej oka­zy­wało się, że to szczątki zwie­rząt, a nie lu­dzi. Tym ra­zem jed­nak za­równo ko­bieta, jak i męż­czy­zna byli le­ka­rzami, a za­tem z ana­to­mią czło­wieka po­winni być do­brze obe­znani, ope­ra­tor w wo­je­wódz­kim cen­trum po­wia­da­mia­nia ra­tun­ko­wego uznał więc, że wie­dzieli, o czym mó­wią, i na­tych­miast wy­słał ra­dio­wóz.

Jako pierwsi do­tarli na miej­sce Lena Holm i Ham­pus Käl­l­gren, po­li­cjanci z pa­trolu po­rząd­ko­wego. Za­par­ko­wali przed białą furtką, prze­szli przez wy­sy­paną ka­mycz­kami ścieżkę, mi­nęli drew­niany dom w ko­lo­rze khaki i we­szli do zie­mianki na ty­łach ogrodu. Rze­czy­wi­ście zna­leźli tam ko­ści wy­glą­da­jące na ludz­kie. W każ­dym ra­zie na tyle, na ile mo­gli doj­rzeć, bo więk­szość była po­grze­bana pod kupą ziemi i ka­mieni.

To wszystko wie już ko­mi­sarz kry­mi­na­lna Stina Se­ger, idąc chod­ni­kiem przez ogród, o krok przed ko­legą po fa­chu Da­vi­dem Sand­ber­giem-Sa­libą. Wzdy­cha od go­rąca i wkłada do ust gumę do żu­cia. Niebo nad nią jest nie­bie­skie, a słońce przy­pieka, ale na­si­la­jący się ból głowy, du­chota i zbie­ra­jące się w od­dali sza­ro­czarne chmury zwia­stują, że w ich stronę nad­ciąga bu­rza.

- Co wiemy? - pyta krótko i przy­spie­sza kroku, żeby sta­nąć w cie­niu pod drze­wem.

- W zie­miance leży szkie­let - mówi Ham­pus Käl­l­gren i unosi czapkę. Złota od­znaka po­li­cyjna po­ły­skuje, kiedy męż­czy­zna prze­ciera przed­ra­mie­niem prysz­czate czoło, żeby ze­trzeć pot. - To... - za­czyna, ale prze­rywa mu Lena Holm.

- Tech­nicy już dzia­łają - re­la­cjo­nuje po­li­cjantka, robi krok do przodu, wbija so­lidne buty w trawę i do­brze wy­ćwi­czo­nym ge­stem wsuwa kciuki za ciężki pas.

- Co prawda w środku było bar­dzo ciemno - do­daje Ham­pus, zerka na part­nerkę i wkłada z po­wro­tem czapkę na głowę po­ro­śniętą ru­dymi kę­dzio­rami - ale wi­dzie­li­śmy tru­pią główkę.

- Tru­pią główkę. - Lena pa­trzy na niego krzywo i unosi brwi. - Ej, chwi­leczkę, co? Co ty my­ślisz, że co to jest? Film o pi­ra­tach czy jak? Pi­raci z Ka­ra­ibów? - Śmieje się szorstko, od­wraca do Stiny i Da­vida i prze­wraca oczami. - Do­my­ślam się, że cho­dziło o czaszkę.

- Tak, do­brze. - Roz­grzana twarz Ham­pusa jesz­cze bar­dziej pą­so­wieje. - Oczy­wi­ście, że cho­dziło mi o czaszkę - mówi ci­cho i spusz­cza wzrok.

Stina ob­ser­wuje Lenę Holm i jej wy­krzy­wia­jący usta uśmiech. Po­tem rzuca spoj­rze­nie Ham­pu­sowi. Młody po­li­cjant wy­cią­gnął pe­chowy los na lo­te­rii part­ne­rów. Z Leną Holm nie pra­cuje się ła­two. Dys­ku­to­wano na te­mat prze­nie­sie­nia jej do służby za biur­kiem, ale ona za­wzię­cie się temu sprze­ci­wia, a po­nie­waż ma wspar­cie związku za­wo­do­wego, kie­row­nic­two nie może nic z tym zro­bić. Mówi, że naj­le­piej się czuje w te­re­nie z ludźmi, a każdy, kto to sły­szy, kręci głową, po­nie­waż na­wet przy ogrom­nych po­kła­dach do­brej woli nie można jej na­zwać uta­len­to­waną to­wa­rzy­sko. Ham­pus miał do­świad­czyć tego sa­mego co Stina jako młoda po­li­cyjna asy­stentka. Nie za­po­mniała o tych la­tach. Nie jest osobą o krót­kiej pa­mięci. Ani taką, która pusz­cza pła­zem. Szybko prze­żuwa gumę i od­wraca się do Da­vida.

- Nie ma sensu cho­dzić po do­mach, za­nim nie do­wiemy się cze­goś wię­cej.

- Też tak są­dzę - zga­dza się Stina. Wkłada ręce do kie­szeni. - Po­cze­kamy na wstępne usta­le­nia tech­ni­ków. - Kiwa głową i od­wraca się do Ham­pusa i Leny. - A wy dwoje do­pil­nu­je­cie, żeby nikt cie­kaw­ski nie prze­szedł przez ta­śmę. Stoi tam kilku chło­pacz­ków, pa­trzą przez płot, a z trzema ra­dio­wo­zami na ulicy nie po­winno mi­nąć dużo czasu, za­nim zja­wią się tu me­dia. Nikt nie może się tu do­stać i nie chcę ju­tro w ga­ze­cie wi­dzieć ani jed­nego zdję­cia miej­sca zda­rze­nia. Ham­pus, ty weź­miesz całą dłu­gość płotu z przodu. A ty, Lena, mo­żesz pil­no­wać ko­sza na śmieci, żeby ni­komu nie przy­szło do głowy w nim grze­bać. - Uśmie­cha się do Leny. - Jako osoba do­świad­czona wiesz, że nie ma gra­nic, któ­rych nie prze­kro­czy­łyby me­dia, je­śli już za­czną wę­szyć. Mogą na­wet prze­trzą­snąć ku­beł.

Lena otwiera usta, pa­trzy na Ham­pusa, a po­tem je za­myka. Rzuca Sti­nie krót­kie spoj­rze­nie i od­pro­wa­dza ko­legę idą­cego traw­ni­kiem. W po­ło­wie drogi za­trzy­muje się i od­wraca. Wbija wzrok w Stinę i po­now­nie otwiera usta.

No da­waj - my­śli Stina i gapi się na nią. - Tylko od­py­sk­nij. Przy­go­to­wuje się, kiedy sły­szy ci­chy śmiech Da­vida i lek­kie szturch­nię­cie w rękę, które po­wo­duje, że robi krok w bok.

- To było tro­chę wredne.

- Tak są­dzisz? - pyta, pa­trzy w górę i spo­tyka swoje od­bi­cie w pi­lot­kach Da­vida.

- Po­wie­dzia­łem: tro­chę.

Stina po­now­nie pa­trzy w stronę Leny. Sta­jąc przy kon­te­ne­rze, Lena wzbiła w po­wie­trze rój wiel­kich po­ły­sku­ją­cych na zie­lon­kawo much, które te­raz ze zło­ścią bzy­czą jej nad głową. Pil­no­wa­nie śmier­dzą­cego po­jem­nika w tym skwa­rze nie było do końca zgodne z jej wi­zją dzi­siej­szego dnia pracy. Stina znów od­wraca się do Da­vida.

- Cza­sami czło­wiek do­staje to, na co za­słu­żył.

- To prawda - zga­dza się Da­vid i pa­trzy w górę na dom. - Wiesz co, zro­bię rundkę.

- Do­brze - od­po­wiada mu Stina.

Da­vid idzie za dom. Stina od­pro­wa­dza go spoj­rze­niem, wi­dzi, jak męż­czy­zna znika po­śród po­li­cjan­tów i tech­ni­ków i jak spraw­nie wta­pia się w to­wa­rzy­stwo kil­koma sło­wami, które wy­wo­łują gło­śny śmiech. Ona od­wraca się i pod­cho­dzi parę kro­ków. Pod­nosi wzrok i się roz­gląda. Ja­sny drew­niany dom z bia­łymi li­stwami wo­kół okien miał wy­soką pod­mu­rówkę. Ce­gla­sto­czer­wona bla­cha da­chów­kowa wy­gląda na nowo po­ło­żoną. Wszystko jest schludne i pe­dan­tyczne. Me­ble ogro­dowe białe i świeżo wy­szo­ro­wane. Ra­batki wy­pie­lone do per­fek­cji. Nie ma tu zbęd­nych rze­czy, a z braku za­ba­wek, ro­we­rów i plam po oleju do sku­te­rów na pod­jeź­dzie Stina wnio­skuje, że w tym go­spo­dar­stwie do­mo­wym nie miesz­kają dzieci.

Je­dyną rze­czą, która za­kłóca po­rzą­dek, jest biało-czer­wona mi­ni­ko­parka sto­jąca z tyłu ogrodu z ły­chą wbitą w zie­mię.

Rozdział 3

Męż­czy­zna jest jakby poza cia­łem, kiedy ude­rze­nie twar­dego me­talu tra­fia miękką tkankę i wy­rzuca go na wy­cieczkę w po­wie­trzu po­nad ścieżką ro­we­rową. Wi­dzi każdy szcze­gół oto­cze­nia, jakby pa­trzył oczami ko­goś in­nego. Czer­wony drew­niany do­mek z okrą­głymi lu­kar­nami po­trze­buje od­ma­lo­wa­nia, w ku­rzu na czar­nym au­cie ktoś na­ry­so­wał serce, a dra­bina oparta o pień drzewa jest ze­psuta. Jako ostat­nie za­uważa, że znak in­for­mu­jący o uliczce jed­no­kie­run­ko­wej jest nieco wy­krzy­wiony w lewą stronę, a strzałki na ścież­kach dla pie­szych i ro­we­rów są świeżo po­ma­lo­wane. Po­tem ude­rza o as­falt tak mocno, że od­bija się w bok, wal­czy o haust po­wie­trza, za­trzy­muje się na ple­cach i ciężko dy­szy, ła­piąc od­dech.

Udaje mu się prze­to­czyć na bok, z wy­sił­kiem wtła­cza po­wie­trze w ści­śnięte płuca ze wzro­kiem utkwio­nym w reszt­kach gumy do żu­cia wdep­ta­nej w as­falt. Leży tam, kiedy po­woli po­wraca mu zdol­ność za­czerp­nię­cia pełną pier­sią po­wie­trza prze­sy­co­nego bru­dem i spa­li­nami. Te­raz może usiąść. Kłu­cie w no­dze każe mu spoj­rzeć w dół. No­gawka ro­ze­rwała się wzdłuż, a ja­sny ma­te­riał za­bar­wił się na czer­wono tuż pod ko­la­nem. Rana nie wy­gląda na głę­boką i męż­czy­zna pró­buje po­ru­szyć no­gami. Z prawą idzie do­brze. Ale z lewą coś jest nie tak. Coś jest nie w po­rządku. Od­ma­wia po­słu­szeń­stwa.

Roz­gląda się wo­kół sie­bie. Kilka me­trów przed nim stoi sa­mo­chód z przy­ciem­nio­nymi szy­bami. Sły­szy "klik", po czym drzwi się otwie­rają od strony kie­rowcy, który na­stęp­nie sta­wia na ulicy czarny do­brze wy­po­le­ro­wany but. Od­wraca głowę. Sły­szy głosy. Są te­raz bli­żej.

Kie­rowca wy­siadł i stoi, pa­trzy na niego, trzy­ma­jąc rękę na drzwiach auta. Ciem­no­szary gar­ni­tur, biała ko­szula i czer­wony kra­wat. Strach i znie­sma­cze­nie na twa­rzy. I coś jesz­cze. Czy to za­sko­cze­nie? Moż­liwe, że szok. Męż­czy­zna nie jest pe­wien. Trudno wy­czy­tać uczu­cia z ludz­kich twa­rzy.

Znów te głosy. Zde­ner­wo­wane. Groźne. Te­raz bli­żej.

Pod­nosi się i przy­go­to­wuje do biegu, kiedy ugina się pod nim noga, tak nie­spo­dzie­wa­nie, że pra­wie się prze­wraca. Udaje mu się utrzy­mać rów­no­wagę i zerka w dół. Jest źle. Ale nie ma czasu. Musi ucie­kać. Po­chyla się. Wy­kręca stopę. Utyka w stronę sa­mo­chodu, po­włó­cząc nogą i z gło­sami męż­czyzn dzwo­nią­cymi mu w uszach.

Czło­wiek w gar­ni­tu­rze otwiera usta, robi w jego stronę kilka kro­ków i wy­ciąga po­mocną dłoń. Wy­raz twa­rzy kie­rowcy się zmie­nia, kiedy po­szko­do­wany od­rzuca wy­cią­gniętą w jego kie­runku rękę i od­py­cha go tak mocno, że męż­czy­zna prze­wraca się na ulicę.

Wdra­puje się do auta. Chwyta za skó­rzaną kie­row­nicę, ści­ska ją mocno i pa­trzy na kok­pit, a po­tem wbija wzrok w gałkę zmiany bie­gów. Jak to się robi? Mi­nęło tyle czasu, od kiedy sie­dział za kół­kiem. Wszystko jest ina­czej.

Prze­nosi wzrok na czarną bramę i bie­rze głę­boki od­dech. Męż­czyźni. Prze­ci­skają się przez bramę i zbli­żają nie­ubła­ga­nie.

Pul­su­jący dźwięk przy­pra­wia go o dreszcz. Coś upo­rczy­wie pika i męż­czy­zna przy­ci­ska gu­ziki, żeby to uci­szyć. Chwyta kie­row­nicę i mocno nią po­trząsa. Czego chce auto? Nie wie. Po­tem ro­zu­mie. Dźwięk. To musi zna­czyć, że sil­nik jest włą­czony, ale pra­cuje tak ci­cho, że go nie sły­chać. Szar­pie za gałkę zmiany bie­gów i wci­ska pe­dał gazu. W mo­men­cie coś strzela mu w karku i tył głowy ude­rza o za­głó­wek. Czer­wony mur na­gle w sza­lo­nym tem­pie zbliża się w jego stronę i w ostat­niej chwili, nim się w niego wbije, udaje mu się spa­ro­wać kie­row­nicą i wy­je­chać na drogę. Mi­ja­jąc męż­czyzn, wi­dzi ką­tem oka ich białe twa­rze i wrzesz­czące usta. Od­dy­cha z ulgą. Udało mu się.

Rozdział 4

Dan Ko­wal­ski wy­cho­dzi w kucki na mocne słońce. Za­trzy­muje się, pro­stuje plecy i przez chwilę po­zwala oczom się przy­zwy­czaić. Po­tem pa­trzy na swoją omegę spe­ed­ma­ster, eks­tra­wa­gan­cję z błysz­czą­cej stali z czarną tar­czą, którą po­da­ro­wał so­bie dwa lata temu na pięć­dzie­siąte uro­dziny. Ni­gdy nie za­pła­cił wię­cej za ża­den inny zby­tek, ale ze­ga­rek oka­zał się wart za­wrot­nej sumy po­nad trzy­dzie­stu trzech ty­sięcy ko­ron. Za­wsze per­fek­cyj­nie po­ka­zuje czas. Te­raz jest czter­na­sta dwa­dzie­ścia trzy.

Ką­tem oka Dan wi­dzi za­su­wa­jącą w jego stronę dłu­gimi, pew­nymi kro­kami Stinę Se­ger, która jed­no­cze­śnie wa­chluje się ma­ry­narką. Wzdy­cha. Wie, co te­raz bę­dzie. Do­stali go­dzinę i trzy­na­ście mi­nut.

- Cześć, Dan! - woła Stina. - Co zna­la­złeś?

I oto pa­dło. Py­ta­nie obo­wiąz­kowe. Ma go tak ser­decz­nie do­syć. Dla­czego nie mogą się na­uczyć, że praca, którą wy­ko­nują on i jego ze­spół tech­ni­ków, wy­maga pre­cy­zji i każdy naj­mniej­szy błąd lub na­wet cień nie­dbal­stwa może za­gro­zić ca­łemu śledz­twu? Krążą nad nim jak ja­strzę­bie, żą­da­jąc in­for­ma­cji, naj­czę­ściej szyb­ciej, niż to moż­liwe. Za każ­dym ra­zem czuje się zmu­szony je prze­ka­zać. Nie­chęt­nie, bo bar­dzo do­brze wie, że je­śli coś pój­dzie nie tak, winę szybko zrzucą na niego.

Dan na­prawdę ko­cha swoją pracę. Na­prawdę. W ostat­nich la­tach pa­sja jakby ustę­po­wała pro­por­cjo­nal­nie do tego, jak tempo pracy przy do­cho­dze­niach przy­spie­sza. Nie ma tego zro­zu­mie­nia dla skru­pu­lat­no­ści i czasu na ana­lizy, co kie­dyś. Nowa tech­nika ma ro­bić ro­botę. Wszystko ma trwać tyle co pstryk­nię­cie pal­cami i prze­ło­żeni oraz ko­le­dzy z pracy nie uzmy­sła­wiają so­bie, że po­trzeba o wiele wię­cej niż tylko tech­niki. To rze­mio­sło, które nie­wielu opa­no­wuje.

Poza tym prze­szka­dza mu, że nie­długo co drugi czło­wiek po obej­rze­niu paru od­cin­ków CSI bę­dzie się uwa­żał za eks­perta i zu­peł­nie bez­kry­tycz­nie wy­rzu­cał z sie­bie nie­prze­my­ślane ko­men­ta­rze i nie­mą­dre rady. Wie­lo­krot­nie tak głu­pie, że gdyby on sam z ta­kimi wy­stą­pił, zro­zu­miaw­szy to, ob­lałby się ze wstydu ru­mień­cem.

Ale jesz­cze coś in­nego spra­wia, że jego mi­łość do za­wodu, nie jest już tak silna. Za­głę­bia­nie się w nowe przy­padki nie daje mu daw­nej sa­tys­fak­cji i nie po­wo­duje, że cał­ko­wi­cie od­daje się spra­wie. Za­czął mieć wra­że­nie, że to mu nie wy­star­cza. Cze­goś mu w ży­ciu bra­kuje.

Po­pra­wia sprzączkę na pa­sku, żeby le­żała cał­kiem pro­sto. Wie, że jego wy­so­kie chude ciało i prze­rze­dzona czu­pryna to nic, na czym można za­wie­sić oko. Nie jest też spe­cjal­nie za­bawny ani in­te­re­su­jący, bo ma ten­den­cję do nad­mier­nej szcze­gó­ło­wo­ści. Fakt, że pra­cuje przy do­cho­dze­niach, mógłby być plu­sem, ale nie­stety, zu­peł­nie bra­kuje mu po­lotu, a spo­sób, w jaki się wy­raża, jest o wiele zbyt zdaw­kowy, żeby ktoś dał radę go słu­chać przez dłuż­szą chwilę.

Sporo działa na jego nie­ko­rzyść. Nie­śmia­łość, prze­ciętny wy­gląd oraz, musi to jed­nak przy­znać, dość nudny spo­sób by­cia. Ale pod­jął de­cy­zję. Trzeba jesz­cze tylko do­pro­wa­dzić do końca kilka po­za­czy­na­nych spraw, a po­tem weź­mie się za swoje ży­cie. Coś się te­raz musi zda­rzyć. Za­nim bę­dzie za późno.

- Do­brze, to co po­wiesz o tym?

Spo­gląda w dół na Stinę, która sta­nęła obok niego i wa­chluje się ma­ry­narką, z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­jąc na od­po­wiedź. Dan wdy­cha jej za­pach, mie­szankę cy­tru­so­wych per­fum, płynu do płu­ka­nia tka­nin oraz nutki potu, i kręci głową.

- W tym mo­men­cie nie mam nic do do­da­nia.

- Aha. - Stina prze­staje ma­chać po­łami ma­ry­narki i za­pa­chy się ulat­niają. - Ale chyba coś mu­sie­li­ście zna­leźć, prawda? - Nie uśmie­cha się. Tylko pa­trzy na niego tymi wiel­kimi oczami. Po­liczki za­ró­żo­wiły się jej od upału.

Wiele osób jej nie lubi z po­wodu za­sad­ni­czego i mało wy­lew­nego spo­sobu by­cia, ale nie on. Wręcz od­wrot­nie, uważa, że to od­świe­ża­jące. To ta­kie kon­kretne, efek­tywne i nie­wy­ma­ga­jące w od­po­wie­dzi nie­po­trzeb­nych zwro­tów grzecz­no­ścio­wych. A one wła­śnie są jego słabą stroną.

- Coś mamy, oczy­wi­ście. - Za­czyna zdej­mo­wać la­tek­sowe rę­ka­wiczki na­wy­kłym ru­chem i sły­szy, jak strze­lają na ostat­nim palcu. - Mogę po­twier­dzić, że cho­dzi o ludz­kie szczątki i że znaj­do­wały się w miej­scu zda­rze­nia od wielu lat. Wszyst­kie ewen­tu­alne ślady, które mo­głyby po­zo­stać na miej­scu, są zimne. A kiedy mó­wię zimne, to mam na my­śli na­prawdę lo­do­wate.

Stina kiwa głową.

- A wiele to ile lat? - pyta.

Dan wzru­sza ra­mio­nami i mocno ści­ska w ręce rę­ka­wiczki, które te­raz zmie­nił w gu­mową pi­łeczkę. Jest zbyt wcze­śnie. Po­trze­buje wię­cej fak­tów, za­nim coś im do­star­czy. Ale Stina si nie podda, za­nim cze­goś z niego nie wy­ci­śnie. Rów­nie do­brze może jej rzu­cić ja­kiś ką­sek, żeby ją na chwilę za­do­wo­lić.

Od­chrzą­kuje i prze­jeż­dża dło­nią po wło­sach.

- Z grub­sza, prawda, po­wie­dział­bym, że około dwu­dzie­stu, pięć­dzie­się­ciu lat. Ale po­zwolę so­bie do tego po­wró­cić po­twier­dze­niem.

- Aż tyle. - Stina pa­trzy na mi­ni­ko­parkę sto­jącą przy zie­miance. - A co oni ko­pią?

Dan po­dąża za jej wzro­kiem.

- Chcą prze­ro­bić zie­miankę na szklar­nię. Kiedy za­częli ro­boty, ściana się za­wa­liła i uka­zały się szczątki.

- Czyli ciało było ukryte w ścia­nie?

- Tak, na to wy­gląda. Ktoś się, prawda, po­sta­rał, żeby przy­sy­pać je zie­mią i ka­mie­niami. Praw­do­po­dob­nie ce­lem ukry­cia zwłok.

Stina po­ta­kuje.

- Co te­raz ro­bimy? No wiesz, to ta­kie stare zwłoki.

- Mu­simy po­zbie­rać wszystko, co tu mamy, i za­brać ze sobą do la­bo­ra­to­rium. Zna­le­zi­sko jest, prawda, stare, ale je­śli jest tam ja­kiś, prawda, trop, to znaj­dziemy go.

Stina po­ka­zuje głową w stronę wej­ścia.

- Mogę do środka?

- Tak - mówi Dan i wkłada rę­ka­wiczki do kie­szeni. - Bez pro­blemu, by­le­byś tylko nie skon­tami... To zna­czy, by­le­byś ni­czego nie do­ty­kała.

Stina unosi brwi i pa­trzy na niego.

- Nie, Dan - mówi wy­jąt­kowo do­bit­nie i mija go. - Nie będę ni­czego do­ty­kać.

Dan dławi w so­bie upo­mnie­nie i od­pro­wa­dza ją wzro­kiem. Stina za­trzy­muje się przy wej­ściu do zie­mianki, stoi i pa­trzy przez chwilę, po­tem po­chyla głowę przed ni­skim wej­ściem, po­tyka się o próg i znika z pola wi­dze­nia.

Po­li­cjant bie­rze głę­boki wdech. Przy­kłada rękę do głowy, prze­jeż­dża po cien­kich wło­sach i zwraca twarz do słońca. Dziś wie­czo­rem to na­stąpi. Po­stawi pierw­szy krok w nowe ży­cie.

Rozdział 5

Do po­koju cał­ko­wi­cie zdo­mi­no­wa­nego przez białą ka­napę wpada słońce. Stina kła­dzie dłoń na opar­ciu i prze­biega pal­cami po tka­ni­nie, jed­no­cze­śnie roz­glą­da­jąc się do­okoła. Do­brze po­sprzą­tane i od­ku­rzone. Wszystko jest per­fek­cyj­nie uło­żone na swoim miej­scu, na­wet gład­kie je­dwabne po­duszki na so­fie i zło­żony na jed­nym z dwóch fo­teli w pa­ski koc.

- Mają pań­stwo piękny dom - od­zywa się Stina i pa­trzy na Ju­liette Si­mons­son, która mimo wieku w gład­kim pa­ziu i let­niej su­kience w białe kwiatki wy­gląda na małą dziew­czynkę.

- Dzię­kuję. To bar­dzo miłe - mówi z lekką nutką ob­cego ak­centu, prze­cią­ga­jąc sa­mo­gło­ski.

- Skąd pani po­cho­dzi? - pyta Stina.

- Z Fran­cji. Spod Pa­ryża. - Po­ma­lo­wane czer­woną szminką usta roz­sze­rzają się w uśmie­chu i Ju­liette od­suwa z po­liczka czarny ko­smyk. - Ale miesz­kam w Szwe­cji od pra­wie trzy­dzie­stu lat. Ma pani do­bry słuch - kon­ty­nu­uje ko­bieta i pusz­cza oko do Stiny. - Nie­wiele osób sły­szy, że nie je­stem Szwedką z po­cho­dze­nia.

Stina śmieje się krótko.

- Pani szwedzki jest per­fek­cyjny. To ja mam zbo­cze­nie za­wo­dowe. Zwra­cam uwagę na szcze­góły, do któ­rych nikt nie przy­wią­zuje wagi.

Od­wraca się do męża Ju­liette Arvida, który opiera się o fo­tel ra­mio­nami. Rę­kawy ko­szuli w kratkę ma pod­wi­nięte do łokci.

- A w tym domu? Jak długo tu pań­stwo miesz­kają?

- Dzie­sięć lat.

Stinę prze­cho­dzi dreszcz.

- I aż do te­raz nie za­uwa­żyli pań­stwo, że mają w zie­miance mar­twego czło­wieka?

Arvid wpa­truje się w nią i prze­cze­suje pal­cami włosy, tak że siwe pa­sma two­rzą na gło­wie szopę jak u Ein­ste­ina.

- Mu­szą pań­stwo zro­zu­mieć, że to wy­daje się tro­chę dziwne. - Stina uśmie­cha się prze­pra­sza­jąco. - Na­prawdę przez dzie­sięć lat ani razu nie uży­li­ście zie­mianki?

- Nie - od­po­wiada Ju­liette. - Nie uży­wa­li­śmy jej.

- To zna­czy, oczy­wi­ście wie­dzie­li­śmy o jej ist­nie­niu - mówi Arvid z po­łu­dnio­wosz­wedz­kim ak­cen­tem i pa­trzy na żonę, a po­tem na Stinę - ale nie in­te­re­so­wała nas. Mie­li­śmy tyle do ro­boty w domu i ogro­dzie, że po pro­stu zo­sta­wi­li­śmy ją tak, jak stała.

- Aż do te­raz? - do­py­tuje Stina i rzuca spoj­rze­nie przez dużą prze­szkloną część ściany za swo­imi ple­cami. Dan i jego ze­spół pra­co­wali na ca­łego i tak bę­dzie jesz­cze przez kilka go­dzin. Stina chce wie­dzieć, co wy­wnio­sko­wali we wstęp­nym ra­por­cie, ale musi się uzbroić w cier­pli­wość.

- Tak - po­ta­kuje Arvid, kła­dzie dłoń na ra­mie­niu Ju­liette i ją obej­muje. - Zaj­rze­li­śmy do niej, kiedy się tu wpro­wa­dzi­li­śmy, ale po­nie­waż le­dwo ją wi­dać, za­po­mnie­li­śmy o niej.

Stina kiwa głową. On ma ra­cję. Bu­do­wla jest słabo wi­do­czna z po­wodu umiej­sco­wie­nia na obrze­żach działki. Wej­ście jest pra­wie za­kryte dwoma krze­wami ciem­nosz­ma­rag­do­wych ró­ża­necz­ni­ków, a dach po­ro­śnięty gę­stą war­stwą wiecz­nie zie­lo­nych ro­ślin, któ­rych grube i błysz­czące li­ście do­brze ka­mu­flują prze­strzeń. Poza tym szkie­let był ukryty. Wy­ło­nił się do­piero te­raz, kiedy za­wa­liła się ściana.

Stinę prze­cho­dzi dreszcz. Zmu­siła się, żeby wejść do środka. Sko­czyło jej tętno, a od­dech stał się dy­szący. Cia­sne prze­strze­nie tak na nią dzia­łają. Wspo­mnie­nie, które jesz­cze żyje i które we­dług jej te­ra­peutki nie znik­nie, je­śli nie bę­dzie się na nie eks­po­no­wać. To się na­zywa te­ra­pia po­znaw­czo-be­ha­wio­ralna. Stina pry­cha.

- Ale droga pani - mówi Ju­liette, ro­biąc po gład­kiej drew­nia­nej pod­ło­dze krok na ob­ca­sach, które po­wo­dują, że jej wła­sne co­nversy w roz­mia­rze czter­dzie­ści je­den wy­glą­dają jak dwa wiel­kie ka­jaki. Ko­bieta wska­zuje na ka­napę. - Je­stem tak prze­jęta, że zu­peł­nie za­po­mnia­łam o ma­nie­rach. Pro­szę usiąść.

- Dzię­kuję - od­po­wiada Stina i za­pada się w mięk­kich po­dusz­kach, wi­dząc, że zo­sta­wia po so­bie smugę brudu na śnież­no­bia­łej po­wierzchni. - Tak - do­daje i pró­buje ją ukryć, sta­wia­jąc w tym miej­scu to­rebkę. - Ile lat ma zie­mianka?

- Ile lat? Hm. - Ju­liette wzru­sza ra­mio­nami i sa­dowi się w fo­telu. Pa­trzy w górę na Arvida, który sta­nął za nią. - Nie wiemy, ile do­kład­nie. Ale je­śli wy­bu­do­wano ją wtedy, kiedy po­sta­wiono dom, to jest z lat dwu­dzie­stych. Są­dzi pani, że...? - Marsz­czy czoło, co po­wo­duje, że jej nos ściąga się w za­bawny spo­sób. - My­śli pani, że ciało mo­gło tam tak długo le­żeć?

Stina nie od­po­wiada, tylko wyj­muje z to­rebki no­tes i dłu­go­pis. Je­śli zie­mianka jest z lat dwu­dzie­stych ubie­głego wieku, to może wy­klu­czyć, że zwłoki w nią wbu­do­wano. Mu­siano je tam po­ło­żyć póź­niej. Nie mo­gły być aż tak stare.

- Pro­szę opo­wie­dzieć - pa­trzy na nich - jak to się stało, że zna­leźli pań­stwo zwłoki.

- Zie­mianka była na­szym ko­lej­nym pro­jek­tem. Mie­li­śmy ją prze­bu­do­wać na szklar­nię. - Ręce Ju­liette wi­rują w po­wie­trzu. - Chcie­li­śmy wy­mie­nić dach na płyty po­li­wę­gla­nowe, które prze­pusz­czają świa­tło i cie­pło...

- ...a grube ka­mienne ściany i umiej­sco­wie­nie spi­żarni pod zie­mią po­ma­gają w utrzy­ma­niu sta­łej tem­pe­ra­tury o każ­dej po­rze roku - do­daje Arvid.

Stina po­pra­wia no­gawkę i przy­gląda się swoim roz­mów­com. Uśmie­cha się. Nie­zbyt czę­sto w pracy na­tra­fia na to, co wi­dzi mię­dzy nimi. Przy­zwy­cza­iła się do nę­dzy, prze­mocy, si­nia­ków i słów prze­peł­nio­nych nie­na­wi­ścią, ale tu są cie­pło i sym­pa­tia. Uświa­da­mia so­bie, że lubi Arvida i Ju­liette.

- Ro­zu­miem - kon­ty­nu­uje. - A szczątki? Kto je zna­lazł?

- Ja - mówi Arvid. Ści­ska opar­cie fo­tela. - Ju­liette po­szła zro­bić kawę, a ja wsze­dłem do środka. Zro­bi­łem pierw­szy za­mach ko­parką i zo­ba­czy­łem, że dach zro­bił się wklę­sły, więc chcia­łem zo­ba­czyć, co się stało. Tak, po­cząt­kowo nie­wiele wi­dzia­łem. Było ciemno i cia­sno. Do­piero kiedy do­sze­dłem do sa­mego końca po­miesz­cze­nia, zo­ba­czy­łem stos ka­mieni. Część da­chu i ściana się za­pa­dły. Wy­daje mi się, że to się stało wtedy, kiedy wsa­dzi­łem ły­chę w dach. Tak czy siak. Pod­sze­dłem i za­czą­łem pod­no­sić ka­mie­nie. - Roz­kłada ręce. - Po czę­ści po to, żeby zo­ba­czyć, jak duże były straty, ale też żeby, hm... - Wzru­sza ra­mio­nami. - Nie wiem. Nie wie­dzia­łem prze­cież, że... - Cich­nie.

- Po­wie­dział pan, że pod­no­sił ka­mie­nie?

- Tak, wła­śnie. Pod­no­si­łem ka­mie­nie. Wtedy ją zo­ba­czy­łem. Czaszkę. - Dra­pie się mocno po ra­mie­niu, zo­sta­wia­jąc czer­wone ślady na ja­snej pie­go­wa­tej skó­rze. - Na po­czątku rze­czy­wi­ście my­śla­łem, że to był ka­mień, była taka czarna i pa­skudna, więc pra­wie jej do­tkną­łem. Ale wiem tyle, że na­leży trzy­mać się z da­leka. Jak tylko zo­ba­czy­łem, co to jest, cof­ną­łem się.

Stina lu­struje go.

Ważne, żeby Arvi­dowi się nie wy­da­wało, że musi dać ja­kąś od­po­wiedź. Lu­dzie czę­sto mają ta­kie wra­że­nie. Czują pre­sję, by po­móc, i za­czy­nają opo­wia­dać o czymś, czego wła­ści­wie nie pa­mię­tają. W ta­kich sy­tu­acjach le­piej, żeby nic nie mó­wili.

Arvid po­woli kręci głową.

- Nie, nie wy­daje mi się. Oczy­wi­ście roz­glą­da­łem się za resztą ciała. - Robi pauzę, a po­tem mówi da­lej: - Je­śli tam jest, to chyba ukryta pod ma­sami. Ale za­uwa­ży­łem, że on tam le­żał już od ja­kie­goś czasu.

- On tam le­żał od ja­kie­goś czasu? - Stina marsz­czy czoło.

- No, jak wia­domo, je­stem le­ka­rzem, szkie­let to dla mnie nie no­wina, więc oce­nia­jąc po wy­glą­dzie czaszki, wy­snu­łem wnio­sek, że to męż­czy­zna.

Stina kiwa głową. Roz­róż­nie­nie czaszki męż­czy­zny i ko­biety po­winno być lek­cją A1 na me­dy­cy­nie, więc to brzmi lo­gicz­nie. Prze­biega wzro­kiem po ich twa­rzach.

- Mają pań­stwo po­ję­cie, kto to może być?

Oby­dwoje po­trzą­sają gło­wami.

- A co wie­dzą pań­stwo o po­przed­nich wła­ści­cie­lach domu?

- Wła­ści­wie bar­dzo mało. Pra­wie nic w su­mie. - Ju­liette prze­chyla głowę. - To była star­sza pani. Wdowa, je­śli się nie mylę. Albo może panna. Zmarła, więc to jej spad­ko­bierca sprze­da­wał.

- Czyli oso­bi­ście ni­gdy jej pań­stwo nie spo­tkali?

- Nie, ale je­śli pani pyta mnie o zda­nie, to nie miała równo pod su­fi­tem. - Ju­liette puka się w czoło.

Stina prze­staje bęb­nić ołów­kiem i się po­chyla.

- W ja­kim sen­sie?

Ju­liette pry­cha i prze­wraca oczami.

- Jak ona wy­glą­dała. Mon Dieu! - Wy­ciąga rękę w nie­kre­ślo­nym kie­runku. - Po­śred­nik był bar­dzo nie­chętny i nie chciał nam po­ka­zać domu, bo był tak straszny. Mu­sie­li­śmy go na­tręt­nie prze­ko­ny­wać. Zro­zu­mie­li­śmy dla­czego, kiedy tu przy­je­cha­li­śmy. - Kręci głową.

- A jak tu to wszystko wy­glą­dało?

- Och! Było nie­sły­cha­nie brudno. Wszę­dzie. Ta ko­bieta chyba ni­gdy nie sprzą­tała. Zbie­raczka. Od pod­łogi aż po su­fit pię­trzyły się różne przed­mioty. Ten po­kój i na­sza sy­pial­nia były pełne sta­rych ga­zet. - Po­ka­zuje ręką. - To­tal­nie chore.

- No i pa­liła - do­daje Arvid, marsz­cząc nos. - Śmier­działo sta­rym ty­to­niem, który się wgryzł w tynki. Ściany i su­fity były żółte i od­bar­wione.

Ju­liette ściąga usta i po­ta­kuje.

- Odór pra­wie znie­chę­cił nas do kupna, ale po tym, jak nas za­pew­niono, że można się go po­zbyć, od­wa­ży­li­śmy się. I tak mie­li­śmy zro­bić ge­ne­ralny re­mont.

- Który po­śred­nik zaj­mo­wał się sprze­dażą?

- Nie pa­mię­tam na­zwi­ska. Arvid, a ty?

Arvid za­prze­cza ge­stem.

- A czy mogą się pań­stwo tego do­wie­dzieć?

- Tak, pew­nie - od­po­wiada Ju­liette i szybko wstaje. - Trzy­mamy wszyst­kie do­ku­menty z za­kupu domu.

Stina pa­trzy na twarz ko­biety i wi­dzi coś in­nego, niż sły­szy w rześ­kim gło­sie. Coś tam jest. Nie­po­kój? Albo znie­sma­cze­nie? I ro­zu­mie. Wła­śnie w tym mo­men­cie do Ju­liette na po­waż­nie za­częła do­cie­rać in­for­ma­cja, że w ich ogro­dzie leży mar­twy czło­wiek. I był tam przez te wszyst­kie lata, kiedy tu miesz­kali.

Rozdział 6

Za­trzy­muje się i wy­ciera pot z czoła. Kilka sa­mo­cho­dów stoi za­par­ko­wa­nych na ulicy. Trzy z nich to wozy po­li­cyjne. Przy­gryza mię­si­stą we­wnętrzną część po­liczka i czuje de­li­katny po­smak krwi. W ogro­dzie by­łoby za­tem co naj­mniej sze­ściu mun­du­ro­wych. Może jesz­cze wię­cej. Prze­klina, od­wraca się i uty­ka­jąc, idzie da­lej.

Po­zbył się auta. Wła­ści­ciel zgło­siłby kra­dzież. To tylko kwe­stia czasu, o ile już tego nie zro­bił. Od­sta­wił je na bocz­nej uliczce z uchy­lo­nymi drzwiami i klu­czy­kami w sta­cyjce, żeby ktoś je zo­ba­czył, wziął i od­je­chał da­leko od mia­sta. W ten spo­sób zy­skałby tro­chę czasu.

Za­czyna iść. Opiera się na pro­wi­zo­rycz­nej la­sce i czuje w ręce krą­głe drewno. Wziął ją z ogrodu ja­kie­goś domu. Stary, do­bry mło­tek do kro­kieta musi wy­star­czyć jako wspar­cie kon­tu­zjo­wa­nej nogi.

Wdy­cha oko­licę i po­woli kuś­tyka na­przód, ma­jąc pa­lące po­po­łu­dniowe słońce za ple­cami. To ładna dziel­nica, nad którą czuwa czer­wony ko­ściół. Wiel­kie ci­che wille za gę­stymi ży­wo­pło­tami i świeżo ma­lo­wa­nymi pło­tami. Do­brze sko­szone traw­niki, po­przy­ci­nane ra­batki i pu­ste pod­jazdy. Mija biały dom z nie­bie­skimi mar­ki­zami, po jed­nej stro­nie sły­szy trzask daszku w skrzynce na li­sty, kiedy opróż­nia ją na­sto­la­tek w czar­nej bejs­bo­lówce i spodniach opusz­czo­nych tak ni­sko, że wi­dać bladą pupę. Za­trzy­muje się w pół kroku, ale do­cho­dzi do wnio­sku, że młody z bia­łymi słu­chaw­kami w uszach osa­dził się tak głę­boko w swoim świe­cie, że nie zwróci na niego uwagi.

Okrąża kwar­tał, idzie wzdłuż chod­nika, który pro­wa­dzi na ulicę za do­mami. Drzewa są wy­so­kie i rzu­cają cień na jego drogę, pod­czas gdy on da­lej brnie na­przód po as­fal­cie i ci­chym zie­lo­nym traw­niku. Czer­wone domki sze­re­gowe zo­sta­wia w tyle. Ży­wo­płot przed nim jest gę­sty, wy­soki i zie­lony.

Igno­ruje dzwo­niący mu w gło­wie ból.

Ży­wo­płoty gęst­nieją co­raz bar­dziej, ro­bią się wyż­sze i zie­leń­sze, niż je za­pa­mię­tał. Ale znaj­duje dziurę, przez którą może pa­trzeć na dom od­bi­ja­jący ja­sne świa­tło tak, że ośle­pia go słońce. Mruga, żeby prze­sło­nić pro­mie­nie, lecz one da­lej po­ły­skują pod bo­lą­cymi po­wie­kami. Przy­my­ka­jąc oczy, wę­druje wzro­kiem po ogro­dzie.

Marsz­czy czoło. Szuka. Jest w do­brym miej­scu. Wie to na pewno. A jed­nak. Coś się nie zga­dza.

Rozdział 7

Ju­liette wy­cho­dzi z po­koju, stu­ka­jąc ob­ca­sami, a Arvid da­lej stoi przy fo­telu, trzy­ma­jąc dłoń na opar­ciu.

- Jak to wła­ści­wie jest? - pyta i pa­trzy na Stinę. - Ma pani już teo­rię na te­mat tego, co się z tym czło­wie­kiem stało, czy czeka pani, aż bę­dzie tro­chę wię­cej wska­zó­wek?

Stina się uśmie­cha.

- Tro­chę za wcze­śnie na teo­rie. A co pan my­śli?

- Wła­ści­wie to nie wiem, co mam o tym są­dzić. - Za­my­ślony, dra­pie się po bro­dzie. - Moja pierw­sza myśl: ktoś nam zro­bił ka­wał. Któ­ryś z dzie­cia­ków z są­siedz­twa po­ło­żył tam pla­sti­kową czaszkę ze sklepu z ga­dże­tami, żeby nas na­brać. Albo żeby się ze­mścić.

Stina unosi brwi.

- Ze­mścić?

Arvid śmieje się lekko i robi lek­ce­wa­żący gest dło­nią.

- Ech. To nie tak po­ważne, na ja­kie wy­gląda. Dwóch chło­pa­ków mieszka w tym zie­lo­nym domu na­prze­ciwko. Nie­źle na nich na­krzy­cza­łem, kiedy pod­kra­dali na­sze jabłka rambo. Kilka lat za­jęło nam ich wy­ho­do­wa­nie i kiedy na­resz­cie na drze­wie wy­ro­sło parę bied­nych owo­ców, przy­szły dzie­ciaki i je so­bie wzięły, więc po­rząd­nie na nie po­msto­wa­łem. Nie zdzi­wi­łoby mnie, gdyby to oni ob­sta­lo­wali ja­kąś cho­lerną ze­mstę za po­cią­gnię­cie za ucho i po­ła­jankę, które im za­fun­do­wa­łem.

Stina my­śli o chło­pacz­kach, któ­rych wcze­śniej mi­nęła. To ten typ, po któ­rym już z da­leka wi­dać, że to praw­dziwe ło­bu­ziaki z żą­dzą od­wetu po­ły­sku­jącą w oczach i ma­łymi świerz­bią­cymi pa­lusz­kami. Chłopcy, któ­rzy na pewno nie po­zwo­li­liby, żeby re­pry­menda prze­szła pła­zem, i Si­mons­son ra­czej po­wi­nien się li­czyć z re­wan­żem. Jej córki ni­gdy nie do­ka­zy­wały w ten spo­sób. Miały jed­nak ce­chy, które mo­gły być rów­nie mę­czące.

- Pań­stwo nie mają dzieci, prawda? - pyta.

- Nie. Nie zło­żyło się. My­ślę, że to z po­wodu na­szej pracy - mówi Arvid i do­daje wy­ja­śnia­jąco: - Oby­dwoje pra­cu­jemy w Szpi­talu Dzie­cię­cym Kró­lo­wej Syl­wii.

Stina kiwa głową.

- To się pań­stwo do­sta­tecz­nie na­pa­trzą. Zda­rza się, że kiedy lu­dzie wi­dzą w pracy, jak in­nym dzieje się krzywda, po­tra­fią się uod­por­nić, by się chro­nić, ale po­tra­fię so­bie wy­obra­zić, że to trudne, je­śli do­ty­czy dzieci.

- Tak wła­śnie jest.

- Co pan so­bie po­my­ślał, kiedy zro­zu­miał pan, że to nie żart chło­pa­ków z są­siedz­twa?

- Je­śli mam być szczery, to by­łem głów­nie za­sko­czony. I za­cie­ka­wiony - do­daje. - Za­sta­na­wia­łem się, jak ta czaszka się tam zna­la­zła.

Stina wo­dzi wzro­kiem za męż­czy­zną, który ob­cho­dzi fo­tel i ciężko opada na sie­dzi­sko. Kiedy siada, fa­luje mu brzuch. Coś mówi Sti­nie, że Arvid lubi so­bie w ży­ciu do­ga­dzać i że nie stroni od smacz­nych ko­la­cji za­kra­pia­nych do­brymi wi­nami. Ze spo­sobu za­kła­da­nia ra­mion na brzu­chu wnio­skuje też, że z tymi do­dat­ko­wymi ki­lo­gra­mami nie czuje się cał­kiem kom­for­towo.

- Zdą­ży­łem dość do­brze przyj­rzeć się czaszce - kon­ty­nu­uje. - Po­pa­trzy­łem na roz­miar, oczo­doły, dolną szczękę i zęby i do­sze­dłem do wnio­sku, że z naj­więk­szym praw­do­po­do­bień­stwem to męż­czy­zna. Tech­nicy też do tego dojdą.

- Na pewno.

- A co pani my­śli? - pyta. - Co mu się mo­gło stać?

- Nie wiemy tego. - Stina kręci głową i z hu­kiem za­myka ze­szyt. Po­tem uśmie­cha się me­cha­nicz­nie. - Tro­chę za wcze­śnie, żeby co­kol­wiek po­wie­dzieć.

- A kto to mógłby być?

- Nooo, je­żeli ktoś z nas dwojga na tym eta­pie może snuć ja­kie­kol­wiek do­my­sły, to na pewno nie ja.

Arvid robi głę­boki wdech.

- Czy moż­liwe, że zo­stał za­mor­do­wany?

- Na tym eta­pie ni­czego wy­klu­czamy. - Wstaje, wkłada ze­szyt i dłu­go­pis do to­rebki, którą prze­rzuca przez ra­mię i prze­wie­sza na ukos na pier­siach. - Za­nim bę­dziemy mo­gli wy­snuć ja­kieś wnio­ski, po­trzeba ba­dań dak­ty­lo­sko­pij­nych.

- Ro­zu­miem - od­po­wiada Arvid i z tru­dem wstaje z mięk­kiego fo­tela. Staje przed nią i po­pra­wia spodnie.

- Na dziś mam już wszystko, czego po­trze­buję - oznaj­mia po­li­cjantka i za­czyna się od­da­lać.

Arvid od­pro­wa­dza ją do ko­ry­ta­rza w domu i stoi obok niej w ci­szy, kiedy cze­kają, aż Ju­liette przyj­dzie z se­gre­ga­to­rem z do­ku­men­tami za­kupu. Stina od­biera go, dzię­kuje, wy­cho­dzi na słońce i ru­sza przed sie­bie po wy­sy­pa­nej ka­my­kami ścieżce.

Pa­trzy w górę. W cza­sie kiedy była w środku, nad­cią­gnęły czarne chmury. Bę­dzie pa­dać. I bę­dzie bu­rza. Boli ją głowa.

Rozdział 8

Na po­czątku Stina za­mie­rza zi­gno­ro­wać Lenę Holm i ją mi­nąć, ale kiedy już się z nią zrów­nuje, nie po­trafi się po­wstrzy­mać i unosi rękę w ge­ście po­zdro­wie­nia. W od­po­wie­dzi do­staje krót­kie spoj­rze­nie, które mówi, że ko­le­żanka z pracy jest, de­li­kat­nie mó­wiąc, nie­za­do­wo­lona z po­wie­rzo­nego jej za­da­nia i że tego nie od­pu­ści.

- Jak leci? - pyta Stina i za­trzy­muje się przy niej.

- Do­brze, dzię­kuję - od­po­wiada Lena Holm i opusz­cza po­ste­ru­nek.

Stina unosi brwi do góry.

- A ty do­kąd się wy­bie­rasz?

Lena za­trzy­muje się i pod­nosi wzrok.

- My­śla­łam, że mia­łam...

- Nie. - Stina po­trząsa głową. - Chcę, że­byś tu zo­stała.

- Ale ja...

- Po­wie­dzia­łam - prze­rywa jej Stina - że chcę, że­byś tu zo­stała.

Od­wraca się, uśmie­cha sama do sie­bie i idzie do sa­mo­chodu, szu­ka­jąc w to­rebce klu­czyka. Czuje ukłu­cie iry­ta­cji z po­wodu swo­jej ma­łost­ko­wej ze­msty, ale po­tem tylko wzru­sza ra­mio­nami i wy­ła­wia go. Kie­dyś Lena musi po­sma­ko­wać wła­snej zgni­łej tru­ci­zny. Może to spo­wo­duje, że bę­dzie le­piej trak­to­wać in­nych?

Stina zdal­nie otwiera auto, sły­sząc jed­no­cze­śnie za sobą głos.

- Halo! Stino Se­ger!

Mocno ści­ska pi­lota w ręce.

- Po­cze­kaj.

Kurde, my­śli. Te­raz do­sta­nie za swoje. Karę za to, że za­trzy­mała się przy Le­nie. Po­woli od­wraca się i spo­tyka parę orze­cho­wych oczu za oku­la­rami w pla­sti­ko­wych opraw­kach.

- Co zna­leź­li­ście? - pyta zdy­szany męż­czy­zna i przy­sta­wia jej do twa­rzy ko­mórkę.

Stina robi krok do tyłu i unosi ra­mię, żeby stwo­rzyć dy­stans po­mię­dzy nią a Jer­rym Kvan­tem, re­por­te­rem z "Kväl­l­spo­sten".

Stina wie, co ro­bić. Nie może pi­snąć ani słówka. Je­śli nie chce, żeby wy­rwane z kon­tek­stu cy­taty po­ja­wiły się w ga­ze­cie albo na por­talu in­for­ma­cyj­nym i zo­stały źle zin­ter­pre­to­wane. Na­uczyła się tego. Na błę­dach.

Ką­tem oka wi­dzi, jak fo­to­grafka pod­nosi nogę w dżin­so­wych spodniach, żeby prze­do­stać się przez biały płot na działkę. Już ma krzyk­nąć, kiedy po traw­niku nad­biega umun­du­ro­wany po­li­cjant. To Han­nes Käl­l­gren pę­dzi, a ru­dawe loki ko­ły­szą mu się przy oczach.

- Stać! Pro­szę się trzy­mać z dala od ogrodu - woła sta­now­czo, wy­sta­wia rękę w ge­ście po­ka­zu­ją­cym "stop" i uka­zuje pod pa­chą wielki ciemny ślad potu na gra­na­to­wej po­li­cyj­nej ko­szuli.

Blon­d­włosa fo­to­grafka się za­trzy­muje.

- No pro­szę - mówi, prze­chyla głowę i się uśmie­cha.

- Nie ma szans. Pro­szę się cof­nąć. - Han­nes pod­nosi wy­żej rękę. - Po­wie­dzia­łem: cof­nąć się.

Do­brze, Han­nes - my­śli Stina. Nie daje so­bie w ka­szę dmu­chać, na­wet bar­dziej, niż są­dziła. Bę­dzie tego po­trze­bo­wał w tym za­wo­dzie. I w ży­ciu.

Fo­to­grafka wi­dzi, że tra­fiła na opór. Prze­staje się uśmie­chać, robi, co jej każą, i prze­kłada z po­wro­tem nogę. Cofa się na ulicę, gdzie się za­trzy­muje i za­czyna ro­bić zdję­cia willi. Tego nie mogą jej za­bro­nić. I praw­do­po­dob­nie ta­kie zdję­cie trafi wkrótce na por­tal in­ter­ne­towy, a ju­tro na pierw­szą stronę.

- Czy to prawda, że zna­leź­li­ście na tej działce szkie­let?

Stina od­wraca się do Jerry'ego Kvanta. Odro­binę za szybko, z czego zdaje so­bie sprawę, kiedy wi­dzi cień uśmie­chu na jego twa­rzy. Ale w żad­nym ra­zie nie za­mie­rza tego po­twier­dzić, py­ta­jąc, skąd to wie­dzą. Za­sta­na­wia się jed­nak. Jak to moż­liwe, że on wie? Czy ktoś się wy­ga­dał? Robi krok do auta.

- Bez ko­men­ta­rza.

Jerry ob­niża dyk­ta­fon.

- Stina, daj spo­kój. Chyba coś mo­żesz mi dać.

Pa­trzy na niego, a po­tem na fo­to­grafkę, która robi zdję­cia ra­dio­wo­zom. Kiwa głową w tamtą stronę.

- Nowa ko­le­żanka z pracy? - pyta.

Jerry pa­trzy na blon­dynkę i po­twier­dza ski­nie­niem.

- Po­wi­nie­neś jej po­wie­dzieć, żeby trzy­mała się z dala od ogrodu. Trwa do­cho­dze­nie.

Jerry roz­kłada ręce. Tak jakby to było poza jego kon­trolą. Stina pry­cha. Na po­czątku, kiedy był nowy w "Kväl­l­spo­sten", pró­bo­wała utrzy­my­wać z nim po­prawne sto­sunki. I do­brze się za­częło. Był nowy i przy­wią­zy­wał dużą wagę do po­zy­ski­wa­nia kon­tak­tów. Ale im bar­dziej się wpra­wiał, tym waż­niej­sze sta­wało się dla niego zo­ba­cze­nie wła­snego na­zwi­ska w ga­ze­cie. Dla­tego jego ar­ty­kuły tra­ciły wia­ry­god­ność. Nie przej­mo­wał się też zbyt­nio pi­sa­niem prawdy. Naj­waż­niej­sze było to, że do­stał ru­brykę. Cza­sami zmy­ślał cy­taty. Dzia­łało to na Stinę jak płachta na byka. Je­śli ist­niało coś, czego nie lu­biła w lu­dziach, to za­kła­ma­nie i fałsz. Dla­tego po­sta­no­wiła trzy­mać się z dala od Jerry'ego i "Kväl­l­spo­sten".

Rzuca spoj­rze­nie na kosz na śmieci. Może po­sta­wie­nie przy nim Leny na straży to nie był taki głupi po­mysł. Jerry mógł rów­nie do­brze pod­nieść po­krywę i w nim po­grze­bać, je­śli po­my­ślałby, że coś tam znaj­dzie.

- Stina - mówi re­por­ter i prze­chyla głowę. - Sta­ramy się tylko ro­bić swoje. Wiesz o tym.

Stina przy­ta­kuje, szybko wsiada do auta i prze­klina, kiedy przy­pad­kiem ude­rza głową o kra­wędź drzwi. Przy­kłada rękę w bo­lące miej­sce i pa­trzy na Jerry'ego.

- Ja też - mówi z pie­ką­cymi po­licz­kami, zła za­równo na niego, jak i sie­bie samą za swoją nie­zdar­ność, i za­myka drzwi.

Rozdział 9

Męż­czy­zna roz­gląda się wo­koło. Coś się nie zga­dza. Gdzie są me­ble ogro­dowe z łusz­czącą się farbą, za­rdze­wiała taczka i po­tłu­czone do­niczki ze zwięd­nię­tymi kwia­tami? A pa­sia­sty wąż do pod­le­wa­nia wi­jący się w tra­wie albo pu­ste bu­telki i puszki? Za­miast tego wszyst­kiego wi­dzi tam żywo zie­lony gę­sty traw­nik, olśnie­wa­jące ra­batki z kra­wę­dziami rów­nymi jak od li­nijki, śnież­no­biały me­bel ogro­dowy i do­brze przy­strzy­żone krzewy. Po­trząsa głową. Czuje, jak prawa strona twa­rzy drga, kiedy szuka wzro­kiem zie­mianki.

Ob­raz zo­staje za­sło­nięty, kiedy blon­dynka z dłu­gimi fa­lu­ją­cymi wło­sami prze­cho­dzi za­le­d­wie około me­tra przed nim. Nie­sie ja­kąś skrzynkę, a on czuje za­pach jej per­fum, ciężki i słodki, w dusz­nym po­wie­trzu.

Męż­czy­zna prze­chyla głowę, wy­wo­łu­jąc trzask w karku. Blond włosy. Ude­rza otwartą dło­nią w czoło. Coś chce wyjść na po­wierzch­nię, na wierzch i na ze­wnątrz. Coś tam jest, tuż pod po­wierzch­nią.

Bły­snęło. Głowa boli. Ina­czej niż za­zwy­czaj.

Zmie­nia po­zy­cję. Noga. Pa­trzy w dół. Nie da się jej uży­wać. Od­pa­dła. Marsz­czy czoło. Nie boli, choć po­winno. Jak to moż­liwe?

Znów pa­trzy w górę i wi­dzi, że ko­bieta się za­trzy­muje i roz­ma­wia z wy­so­kim męż­czy­zną o rzad­kich wło­sach, który kilka razy zerka na ze­ga­rek. Ostatni pro­mień słońca po­ły­skuje na jej ja­snych lo­kach, za­nim ciemna chmura przy­ga­sza re­fleksy. Po­dmuch po­wie­trza po­rywa jej ko­smyki w górę, unosi je i pod­kręca, jed­no­cze­śnie coś krwi­sto­czer­wo­nego bły­ska mu przed oczami. Po­tem krew. Czer­wona krew, która leci z otwar­tej rany w zmiaż­dżo­nej gło­wie.

Osuwa się na ko­lana, upusz­cza mło­tek i ude­rza czo­łem o zie­mię. Ob­raz, który wi­dzi przed sobą. Nie znika. Tylko opa­lone na czer­wo­no­brą­zowo nogi, brudne, po­si­nia­czone i za­krwa­wione. Po­ła­mane palce drob­nych dłoni. Całe ra­miona po­ra­nione, a ciało za­lane krwią i po­ka­le­czone. Twarz, ta piękna twarz, po­bita, spuch­nięta i wy­krzy­wiona. Oczy, wiel­kie stud­nie nie­mego krzyku. Obej­muje się ra­mio­nami i za­czyna ko­ły­sać w przód i w tył. Co on zro­bił? Co on zro­bił?

Rozdział 10

Stina klnie gło­śno, kiedy bułka wo­kół hot doga fran­cu­skiego pęka, a duży kleks musz­tardy lą­duje na bia­łej ko­szulce i po­woli za­czyna jej spły­wać na brzuch.

- Co po­wie­dzia­łaś? - Głos mamy nie­sie się echem z gło­śnika w sa­mo­cho­dzie.

- Ech, po­pla­mi­łam się so­sem - mówi Stina i pró­buje ze­trzeć plamę o wiele za małą ser­we­tką.

- Jesz coś?

- Tak. Sie­dzę w au­cie. Wła­śnie od­wio­złam An­nie do Tor­slandy, ku­pi­łam hot doga w dro­dze z pracy. Nie zdą­ży­łam dziś zjeść obiadu.

Robi się ci­cho, po­tem głos wraca.

- Nie wolno ci się tak źle od­ży­wiać, Stina.

- Wiem, że mi nie wolno. - Stina wzdy­cha. - Ale cza­sem tak bywa, kiedy nie zdążę ni­czego zjeść.

- Ale od­wieźć An­nie zdą­ży­łaś?

Słowa wra­cają, są szorst­kie. Stina wie dla­czego, ale nie za­mie­rza wcho­dzić w dys­ku­sje na te­mat dzieci. Jej mama twier­dzi, że Stina sta­now­czo za bar­dzo je wy­rę­cza, a ona zdaje so­bie sprawę, że mama ma ra­cję. Ni­gdy jed­nak by tego nie przy­znała, dla­tego roz­mowa na ten te­mat mo­głaby się skoń­czyć tylko w je­den spo­sób. Le­piej więc nie od­po­wia­dać.

- Ro­bisz o wiele za dużo dla dzieci. Mu­szą so­bie cho­ciaż tro­chę same ra­dzić.

- Mhm.

- Tak, wiem, że uwa­żasz, że się po­wta­rzam, ale je­śli kie­dy­kol­wiek mają się stać nie­za­leż­nymi ludźmi, mu­szą za­cząć so­bie ra­dzić same. Prze­cież w tym roku koń­czą szes­na­ście i osiem­na­ście lat, a ty je trak­tu­jesz, jakby miały dzie­sięć.

Stina nie od­po­wiada, tylko pró­buje ze­trzeć z ubra­nia resztki dres­singu i po­pra­wia chwyt na kie­row­nicy, kiedy sa­mo­chód robi zyg­zak na dro­dze, a ja­dący z na­prze­ciwka po­ka­zuje jej środ­kowy pa­lec. Well, fuck you too, my­śli Stina i rzuca zgnie­cioną ser­we­tkę na pod­łogę.

- Spójrz na sie­bie i swoje ro­dzeń­stwo - pa­ple da­lej mama. - Gdy­bym was tak we wszyst­kim wy­rę­czała, ni­gdy by­ście nie osią­gnęli tyle, ile ma­cie. An­ders pro­wa­dzi ho­do­wlę koni i dużą szkołę jeź­dziecką. Ma kup­ców z ca­łej Eu­ropy. A Anna pra­cuje w fir­mie taty i wkrótce ją przej­mie.

Kiedy Stina i jej ro­dzeń­stwo do­ra­stali w la­tach sześć­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych, ni­gdy nie było mowy o pod­wo­że­niu. Chciało się iść na ko­nie, piłkę nożną czy do ko­le­gów i ko­le­ża­nek, trzeba było sa­memu do­trzeć tam i z po­wro­tem. I mama ma ra­cję. Da­wali so­bie radę. Ale jed­no­cze­śnie świat dziś wy­gląda ina­czej. Jest trud­niej­szy i bar­dziej szorstki. Poza tym Stina wie le­piej niż jej mama, co się może stać.

- Na­wet ty w końcu wy­szłaś na lu­dzi - cią­gnie mama.

Stina par­ska.

- No po­patrz, na­wet ja - mówi.

Mama cich­nie.

- Stina, wiesz, że nie o to mi cho­dzi. To tylko...

- Tak, wiem, o co ci cho­dzi.

- Tak, tro­chę trudno ci było wy­brać wła­sną drogę. Za­jęło ci to sporo czasu. A szkoda, bo tak do­brze ci szło w szkole... Ale za­wsze by­łaś taka uparta i chcia­łaś cho­dzić wła­snymi ścież­kami. Ni­gdy nie da­łaś so­bie po­wie­dzieć, co masz ro­bić. Ale kiedy w końcu się zde­cy­do­wa­łaś, wszystko po­szło do­brze. Prawda?

Mama ni­gdy nie umiała po­go­dzić się z tym, że Stina zre­zy­gno­wała z eko­no­mii na Uni­wer­sy­te­cie Eko­no­micz­nym Han­dels. Za­miast tego ku­piła so­bie ma­lut­kie miesz­kanko przy placu Wie­sel­grena z anek­sem ku­chen­nym i wanną, w któ­rej można się było tylko ką­pać na sie­dząco, i za­częła pracę w Vo­lvo w Tor­slan­dzie, naj­pierw jako mon­terka, a po­tem jako kie­row­czyni cię­ża­rówki. Kiedy ją to zmę­czyło, zwol­niła się i naj­mo­wała do po­mniej­szych prac, jako re­cep­cjo­nistka, po­moc w ka­wiarni i ad­mi­ni­stra­torka w dziale płac. Po­tem Göte­borg zro­bił się dla niej za mały i za­re­zer­wo­wała bi­let do Los An­ge­les, tam zna­la­zła pracę jako au pair. Kiedy po roku wró­ciła do domu, do Szwe­cji, za­pi­sała się na li­te­ra­tu­ro­znaw­stwo i fi­lo­zo­fię na uni­wer­sy­te­cie. Tylko dla­tego, że ją to in­te­re­so­wało. Żeby opła­cić stu­dia, brała mnó­stwo do­ryw­czych prac i pro­wa­dziła dość bez­tro­skie ży­cie. Aż do mo­mentu, w któ­rym przy­jęła pie­przoną pracę kru­pierki u tego Irań­czyka. Tę, która za­pro­wa­dziła ją w mroczne re­jony Göte­borga, gdzie po­znała pół­świa­tek. Tam spo­tkała lu­dzi nocy. Wtedy stało się to. To, o czym ni­gdy nie mó­wiła. To, co spo­wo­do­wało, że zde­cy­do­wała się zo­stać po­li­cjantką.

- Idę w pią­tek do neu­ro­loga. - Ton głosu mamy przy­biera inne niż zwy­kle brzmie­nie. - Z nogą.

- Idziesz do neu­ro­loga w spra­wie nogi?

- Tak. By­łam już w tylu róż­nych miej­scach, że w su­mie zo­stał mi tylko neu­ro­log.

- Da­lej nikt nie wie, co to jest? - Kie­run­kow­skaz gło­śno tyka w ci­szy.

- Nie - od­po­wiada w końcu matka.

- A jak się czu­jesz?

- Nie wiem. To bar­dzo dziwne. Trudno to wy­ja­śnić. Noga mnie nie boli, ale jakby nie współ­pra­co­wała. Nie chce ro­bić tego, co ja chcę. Ja­koś tak drę­twieje, nie wiem, jak to opi­sać.

Stina już kie­dyś to sły­szała. To dziwne uczu­cie w no­dze, które nie­ła­two opi­sać sło­wami. Nie­pew­ność. Cze­ka­nie na dia­gnozę. Już zimą mama czuła, że z nogą coś było nie tak. W końcu wy­brała się do przy­chodni, a po­tem od­sy­łano ją od le­ka­rza do le­ka­rza, ale nikt nie mógł stwier­dzić, na czym po­le­gał pro­blem.

- Anna mówi, że to so­bie wma­wiam.

Stinę gry­zie złość z po­wodu zim­nego ko­men­ta­rza sio­stry.

- Oczy­wi­ście, że so­bie tego nie wma­wiasz - mówi. - Cała Anna.

- E tam. Nie ma nic złego na my­śli. Prze­cież wiesz, jaka jest.

Tak, Stina wie. Do­ra­stała z nią. Do­kład­nie wie. Wzdy­cha.

- Po­gor­szyło się we­dług cie­bie?

- Tak. - Głos się za­ła­muje i urywa.

- To na pewno nic groź­nego - Stina usi­łuje uspo­koić matkę, pod­czas gdy strach, że to coś po­waż­nego, robi ko­lejny krok do przodu. - Pew­nie to tylko ucisk na ja­kiś nerw.

- Tak - po­ta­kuje mama i milk­nie. - Może. Ale nie mogę już jeź­dzić konno. Nie z taką stopą.

To musi być naj­smut­niej­sze. Ko­nie i jeź­dziec­two za­wsze były ca­łym jej ży­ciem. Prak­tycz­nie każ­dego dnia w ty­go­dniu jest u An­dersa i cie­szy się z każ­dej se­kundy.

- To cze­ka­nie staje się bar­dzo mę­czące. Wy­niki jesz­cze ni­czego nie po­ka­zały - cią­gnie mama. - Ani re­zo­nans ma­gne­tyczny, ani biop­sja szpiku.

- Ale może to do­brze - pró­buje ją uspo­ka­jać Stina. - To zna­czy, że ni­czego groź­nego nie zna­leźli.

- Tak. - Mama głę­boko wzdy­cha. - Ale chcia­łoby się wie­dzieć.

- No pew­nie. - Stina wjeż­dża sa­mo­cho­dem do ciem­nego ga­rażu gma­chu po­li­cji i par­kuje.

- Chcesz, że­bym po­szła z tobą do le­ka­rza?

- Nie. Tata ze mną pój­dzie.

Oby­dwie cichną.

- Do­je­cha­łaś do pracy?

- Tak.

- No to dam ci po­pra­co­wać.

- Obie­caj, że się ode­zwiesz, jak tylko bę­dziesz coś wie­działa.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki