2
Na stole, pośród talerzy leżały skorupki jajek i okruchy chleba. Magda weszła do kuchni i westchnęła, patrząc na tę chaotyczną martwą naturę. Właśnie odwiozła Zosię do przedszkola, a w drodze powrotnej zrobiła spożywcze zakupy. Kluczyła między sklepowymi alejkami bez pomysłu, co zrobić na obiad. Ostatecznie postawiła na spaghetti. To nudny kulinarny samograj, ale zawsze się sprawdzał. Po powrocie planowała od razu zabrać się do przygotowania do popołudniowych lekcji, ale nie mogła patrzeć spokojnie na bałagan. Między jej dziećmi było osiem lat różnicy, co sprawiało, że zazwyczaj nie miały zbyt wielu powodów do kłótni. Jednak zdarzały się takie dni jak ten, kiedy ta prawidłowość nie funkcjonowała. Zwykle w takich przypadkach zaczynało się od jakiejś bzdury. Dzisiaj na przykład Zosia uparła się, że chce dostać jajko w zielonej podstawce brata, a nie w swojej różowej. Franek nie chciał pójść jej na rękę. Od słowa do słowa wywiązała się kłótnia, której sedno można było streścić w okrzykach: "Mamo, on tak zawsze!", "Mamo, powiedz jej coś!". Później nastąpiła bitwa na skorupki. Magda, widząc tę wojnę, od razu zastrzegła, że przed wyjściem muszą posprzątać rozgardiasz. Ale potem zadzwonił jej telefon i poszła do pokoju porozmawiać z matką jednego z uczniów. Gdy wróciła, skorupki wciąż walały się na blacie, zaś zegar wskazywał późną godzinę i trzeba było wychodzić. Mimo to nie omieszkała powiedzieć pociechom, że wszystko będzie czekać na ich powrót.
Teraz jednak sięgnęła po bawełnianą ściereczkę i zaczęła zmiatać okruszki. Poddała się, bo wiedziała, że nieład ją zirytuje. Nie była dumna ze swojej niekonsekwencji, ale miała nadzieję, że ten incydent nie zwichruje jej dzieci do szczętu i nie uczyni z nich nieobowiązkowych lekkoduchów.
W końcu usiadła przy czystym stole z kubkiem herbaty. Lubiła chwile, gdy w domu było cicho i mogła zebrać myśli. Pobyć sama. Miała dzisiaj cztery lekcje. Pierwszą o trzynastej. Na początku przyjmowała uczniów w jadalni przy dużym stole, ale z czasem stało się to niedogodne. Dlatego postanowili z mężem przeznaczyć na ten cel jeden z pokojów na górze. Odświeżyli go i dokupili kilka biurowych mebli.
Tuż obok gabinetu Magdy była część domu, w której niegdyś mieszkali jej rodzice. Dwa lata temu kupili niewielką nieruchomość nad jeziorem, w Lubuskiem. Jej ojciec od zawsze marzył, aby żyć bliżej natury, ale udało mu się zrealizować ten plan tuż przed siedemdziesiątką. Magda dobrze wspominała lata wspólnego zamieszkania. Zawsze mogli liczyć na swoją pomoc i doskonale się ze sobą dogadywali. Choć gdy trzynaście lat temu oświadczyła im, że zostaną dziadkami, w pierwszej chwili nie byli zachwyceni. Liczyli najpewniej, że wydarzy się to później, do tego w tradycyjnej kolejności. Najpierw narzeczeństwo, potem ślub. A stało się tak, że informacja o dziecku padła przy drugiej wizycie Darka. Szok trwał krótko. Potem rodzice zrobili to, co powinni, czyli przyjęli go jak swego. Choć pan Stefan bacznie mu się przyglądał, to wkrótce zawiązała się między nimi komitywa. Dziś, przy okazji odwiedzin, panowie zawsze wybierają się wspólnie na bilard. To taki ich męski czas. A od tego roku zaczęli zabierać ze sobą Franka. Magdzie z początku było trudno przywyknąć do braku sąsiedztwa rodziców, ale oswoiła pustkę. Nic nie trwa wiecznie, stwierdziła.
Z kubka unosiła się przyjemna woń bergamotki. Objęła go dłońmi i odtwarzała w myślach wczorajsze wydarzenia. Po powrocie z radia długo opowiadała mężowi o Biance. Musiała go zaintrygować, bo wpisał w wyszukiwarkę nazwisko.
- Muszę ją zobaczyć! O żadnym gościu tyle nie mówiłaś - wyjaśnił, przeglądając zdjęcia. - Wiesz, ona jest nawet odrobinę do ciebie podobna.
Zajrzała mu przez ramię.
- Tak sądzisz? - Ta uwaga sprawiła, że zapragnęła mu opowiedzieć wszystko. O tym, co tak naprawdę było nietypowego w tym spotkaniu.
- Ty masz wprawdzie proste włosy, ale coś podobnego w spojrzeniu. Do tego pociągła twarz i tak samo kształtny nos.
Magda zrezygnowała. To były proste, namacalne rzeczy.
Taki był jej Darek. Konkretny. Przyziemny. Wiedziała, że nie zrozumie tego, co chciała powiedzieć. Na wszelkie niewytłumaczalne zjawiska zwykł kręcić pobłażliwie głową. Przyznała więc, że może i jest jakieś podobieństwo, po czym dodała, że to naprawdę inspirująca osoba.
- Zaprosiła mnie na imprezę urodzinową - nadmieniła.
- Przecież ledwie cię poznała.
- Co w tym takiego dziwnego? To w tę sobotę. Przyjęcie jest w Opolu.
- Serio chcesz jechać? - zdumiał się.
- Czemu nie? Tak rzadko wychodzę. Chcę się trochę rozerwać.
- Rzadko wychodzisz? Przecież przedwczoraj byliśmy na kolacji.
- Pierwszy raz od pół roku - uściśliła.
Wzruszył ramionami, dodając coś o pracy i wiecznej gonitwie.
- Chcę skorzystać z zaproszenia. Mógłbyś zająć się dziećmi?
Zgodził się, ale popatrzył dość nieufnie, jakby Magda zamierzała coś przeskrobać. To uzmysłowiło jej, jak bardzo stała się przewidywalna i rutynowa. On zresztą był dokładnie taki sam. Z powtarzalności uwili sobie gniazdo, w którym czuli się spokojnie i bezpiecznie. Tyle że zawsze tak samo. Darek zapytał ją, jak zamierza wrócić. Czy wynajmie pokój w hotelu, czy po prostu nie będzie pić alkoholu, aby móc usiąść za kierownicą. Powiedziała, że spędzi abstynencki wieczór. Nie miała z tym problemu.
Darek jeszcze przez chwilę czytał w internecie o Biance Rott, z coraz bardziej niewyraźną miną.
- To chyba bardzo smutna kobieta. O czym ona pisze... Samobójstwa, gwałty, bezdomność, dziedziczone ubóstwo, wojenne traumy. Jesteś pewna, że chcesz ją bliżej poznać? - Podrapał się po głowie.
Magdę korciło, żeby odpowiedzieć, że już ją zna i nie wie, jak to wytłumaczyć. Wprawdzie nie miała wiedzy o szczegółach jej życiorysu, tych wszystkich fragmentach, które tworzą indywidualną biografię, ale była to znajomość na poziomie emocjonalnym. Może nawet duchowym. Zupełnie inna niż wszystkie dotychczasowe. Swojego męża uczyła się latami, Biankę znała instynktownie.
- Nie mam wątpliwości - odrzekła, obejmując go ramieniem.
Magda dopiła herbatę, umyła kubek i poszła na górę zająć się pracą. Usiadła przy biurku. Włączyła komputer, aby wydrukować ćwiczenia gramatyczne dla Kingi. Rezolutna jedenastolatka chłonęła wiedzę jak gąbka. Magda lubiła uczyć dzieci, którym nauka sprawiała przyjemność. Nie zamierzała wyłącznie dla pieniędzy realizować ambicji rodziców tych uczniów, którzy nie mieli żadnych predyspozycji językowych.
Wyświetliła przygotowany plik z zadaniami i kliknęła "drukuj". Jej wzrok padł na książkę, którą wczoraj przyniosła do gabinetu. Sięgnęła po nią i przejechała dłonią po stronie tytułowej, na której podpisała się Bianka. Otworzyła na fragmencie, który tak ją poruszył.
Dorocie zaczęły wysychać łzy, dopiero kiedy uzmysłowiła sobie prawdę. Niewygodną, a wręcz obrazoburczą. W odejściu syna najbardziej przerażała ją jej własna samotność. Jej rozpacz, jej strata, żal i tęsknota. Strach o kolejne dni. Pojęła, że nie chodzi jej o niego, a o siebie. Dopiero wtedy zaczęła z miłością pochylać się nad dramatyczną decyzją własnego dziecka, które najwyraźniej nie potrafiło unieść swojego cierpienia. Nie znaczy to, że się z tym pogodziła, ale starała się zrozumieć. Zgłębić coś niepojętego. I kochać. Bo to było jej główne zadanie. Możliwe, że Bartkowi zabrakło tej kropli miłości, która mogła zmienić wszystko. Odwrócić bieg rzeczy. I teraz zamierzała mu ją ofiarować, choć wiedziała aż nadto dobrze, że czasu już nie da się cofnąć. Mówi się, że miłość do dziecka jest największa i najczystsza. A często jest poszukiwaniem miłości do samego siebie. Łatą na puste miejsca.
Ten akapit coś w niej obudził. Otworzył jakieś drzwi, które, jak podejrzewała, trudno będzie zatrzasnąć.
Zamknęła książkę. Zastanawiała się, czy Bianka ma dzieci. W sieci nic na ten temat nie znalazła. Jeśli jednak ma, musi być bardzo świadomym rodzicem, uznała.
- Może to twoja przyrodnia siostra, skoro tak się rozumiecie? - Tomek wszedł do sypialni i podał tacę ze śniadaniem.
Przygotował francuskie tosty, ale spragniona kofeiny Bianka najpierw chwyciła filiżankę kawy. Porannymi igraszkami i serwisem prosto do łóżka najwyraźniej starał się zrekompensować nieobecność w dniu jej urodzin. Wprawdzie we wtorek przysłał bukiet pocztą kwiatową, ale wcześniej planowali świętować zupełnie inaczej. Chcieli wyjechać na przedłużony weekend w Bieszczady i wędrować po górach. Ale sytuacja na budowie, którą kierował Tomek, zmusiła go do pozostania dłużej w Lipsku.
- Nie sądzę. Mój ojciec nie byłby zdolny wykręcić takiego numeru. Jedyny akt jego niesubordynacji to moje imię. Mamie zależało, abym nosiła imię Maria, po babci - wyjaśniła. - Tacie się nie podobało, ale nie chciała go słuchać. Po porodzie wysłała go, aby zgłosił mnie w USC, i tam wpadł na pomysł, żeby podać takie, które mu pasowało. I oto jestem! - Bianka uniosła ręce do góry.
- Wolę ciebie jako Biankę.
Odgryzła kawałek tosta i odezwała się z pełnymi ustami:
- Jako Maria byłabym tą samą osobą.
- Nie ma pewności! - zaśmiał się, podkładając sobie poduszkę pod plecy.
- Podobno nie odzywała się do niego przez tydzień. I długo nie używała imienia Bianka. Ale wreszcie się poddała, bo nie sposób było przez całe życie zwracać się do mnie "dziecko". Tak że Magda Olszewska z pewnością nie jest moją siostrą. Ale będziesz miał okazję poznać ją już jutro. Zaprosiłam ją na imprezę. A propos, trzeba skoczyć do marketu.
- Dlaczego nie zorganizowałaś urodzin w jakimś klubie? Nie byłoby zachodu z przygotowaniami, a potem ze sprzątaniem.
- Czasem warto się potrudzić. Poza tym i tak większość rzeczy zamówiłam w cateringu. Nie marudź! Będzie fajnie!
Bianka dokończyła śniadanie, a potem poszła wziąć prysznic. Była w doskonałym nastroju. Lubiła, kiedy Tomek zjeżdżał z budowy. Zawsze wtedy czuła się trochę tak jak na pierwszych randkach. Choć byli ze sobą niemal od trzech lat, nie spędzali ze sobą zbyt wiele czasu. Nic im nie zdążyło spowszednieć, do niczego nie przywykli. Miał na to wpływ w znacznej mierze charakter jego pracy. W pierwszym roku ich związku Tomasz nadzorował budowę biurowca w Gdańsku. Ostatnio firma, w której pracował, wygrała przetarg na wielkopowierzchniową halę produkcyjną w Niemczech. W dodatku często zdarzało się tak, że gdy on miał wolne, ona wyjeżdżała na umówione wywiady. Bądź gonił ją termin oddania tekstu.
Matka Bianki nieustannie jej powtarzała, że dobija czterdziestki, a żyje jak dwudziestolatka. Przy okazji każdej rozmowy miała dla niej garść porad, o które córka nigdy nie prosiła. Także z tego powodu spotykały się coraz rzadziej. Dopiero po śmierci ojca Bianka zrozumiała, że przychodziła do rodzinnego domu głównie ze względu na niego. Gdy odszedł, trudniej było jej zmobilizować się do odbycia wizyty, która za każdym razem, punkt po punkcie, przebiegała dokładnie tak samo.
We wtorek matka zadzwoniła do niej z życzeniami.
- Ty wiesz, czego ci życzę - zaczęła poważnie.
- Tak, wiem. - Bianka mruknęła znacząco.
- No i po co się irytujesz? Ja w twoim wieku... - Pani Ula rozkręcała się, ale córka nie pozwoliła jej dokończyć.
Słyszała to już zbyt wiele razy.
Potem matka zaprosiła ją do kawiarni na urodzinowe ciastko, czego solenizantka szybko pożałowała. Musiała bowiem słuchać kolejnych uwag o Tomku. Starsza pani miała sprecyzowaną opinię na jego temat, choć ledwie go znała.
- Bianko, wspomnisz moje słowa! Z tej mąki chleba nie będzie. Co to za mężczyzna, skoro nawet nie przyjechał na twoje urodziny? - grzmiała.
- Tak wyszło. Wiesz, jaką ma pracę.
- Dla chcącego nic trudnego! - Matka rzuciła slogan, a córka zacisnęła zęby.
Dobrze wiedziała, że mamie nie podoba się w nim dosłownie wszystko. Począwszy od imienia, które według niej nie zwiastowało niczego dobrego, gdyż kojarzyło się z niewiernym Tomaszem. Poprzez zawód kierownika budowy, który choć dobrze opłacany, łączył się z wyjazdami. Aż po fakt, że po czterdziestce wciąż był kawalerem, co nie świadczyło o nim pochlebnie.
- Sama pomyśl! Musi być jakaś przyczyna! Może jest felerny? - podsumowała.
Bianka nauczyła się nie reagować. Na początku próbowała tłumaczyć swoje decyzje, ale wszystko jak grochem o ścianę. Matka nigdy jej nie słuchała. To zresztą nie uległo zmianie od dzieciństwa. Pani Urszula najbardziej lubiła mówić o sobie i nie zostawiała przestrzeni dla innych. Kiedy udzielała rad córce, wtedy tak naprawdę też chodziło o nią. Wciąż trudno jej było znieść fakt, że nie może pochwalić się przed koleżankami zamężną córką, która ma normalną rodzinę.
Odświeżona po kąpieli Bianka wycierała ciało ręcznikiem. Zaparowane lustro odbijało tylko niewyraźny kształt. Kręcone włosy, teraz zupełnie proste, stanowiły ciemną plamę. Nie widać było rysów twarzy. W wyobraźni na miejsce swojej Bianka wstawiła twarz Magdy. Zdawała sobie sprawę, że jej matka z pewnością wolałaby taką córkę, ale życie to nie jest koncert życzeń. Bianka nie raz boleśnie się o tym przekonała. Sięgnęła po tubkę balsamu i wmasowała nawilżający krem w rozgrzaną skórę.
Jej ciało zmieniło się przez ostatnie lata. Na całkiem szczupłych udach gdzieniegdzie pojawił się cellulit. Biust także nie był już ten sam. Tylko brzuch miała płaski. Położyła na nim dłoń.
W tym momencie drzwi łazienki otworzyły się z impetem. Bianka drgnęła przestraszona. Do środka zajrzał Tomek, z telefonem w dłoni. Zapytał, czy chce odebrać, bo dzwoni Anka.
- Oddzwonię. - Pokazała mu dłonie, całe w balsamie.
Odłożył komórkę na szafkę i podszedł bliżej.
- Jesteś taka piękna - powiedział, wodząc palcami po jej ramieniu.
Zaśmiała się, nieco speszona, i zaczęła wcierać resztę kosmetyku w biodra.
- Pozwól, że pomogę - odezwał się głosem, którego szczególne brzmienie było zapowiedzią.
Przymknęła oczy. To był właśnie cały jej Tomasz. Zawsze pojawiał się w odpowiednim momencie. Ich drogi także skrzyżowały się na czas. Był jej schronieniem.
Przed pierwszymi zajęciami Magda ugotowała sos do makaronu i przygotowała klopsy. Po drugiej lekcji pojechała odebrać córkę z przedszkola. W drodze powrotnej Zosia jak zwykle dużo opowiadała. Dzieciaki nadal szlifowały wierszyki i piosenki na zbliżający się Dzień Matki. Magda dobrze wiedziała, że z jej oczu tryśnie fontanna, gdy tylko córeczka zacznie recytować wraz z innymi dziećmi. Jeśli spojrzeć na to chłodnym okiem, banalne i proste strofy zazwyczaj ocierały się o kicz, ale w ustach własnych pociech wzruszały jak prawdziwa poezja. Kiedy przyjechały do domu, Magda podała Zośce obiad, a potem pozwoliła jej obejrzeć bajkę na Netfliksie, gdyż zbliżała się pora kolejnych zajęć.
Lekcje z Konradem, przyszłorocznym maturzystą, miały nadrobić zaległości. Tak przynajmniej oświadczył chłopak podczas pierwszej lekcji we wrześniu. Zaskoczył ją swoim zaangażowaniem. Błyskawicznie chłonął materiał. Aż w końcu Magda zainteresowała się, skąd te zaniedbania, skoro, jak widać, gdy chce, to potrafi. Odparł rozbrajająco, że poznał dziewczynę, która ma angielski w małym palcu, i nie chce odstawać. Ta szczerość była ujmująca, a motywacja dobra jak każda inna. Z przyjemnością towarzyszyła Konradowi w zdobywaniu wiedzy i niejako także serca wybranki. Ostatecznie z Martą mu nie wyszło, ale przynajmniej miał materiał w małym palcu.
W trakcie dzisiejszych lekcji jej myśli czasem ulatywały. Zastanawiała się, co kupić Biance w prezencie urodzinowym. Planowała wybrać się do sklepu jutro przed południem. Nie potrafiła się zdecydować, czy postawić na proste kobiece przyjemności, czy iść raczej w te intelektualne. Po osiemnastej zamknęła gabinet i zeszła na dół. Zajrzała do pokoju syna.
Franek nawet nie usłyszał, że weszła. Siedział przy komputerze i grał w grę, którą niedawno dostał od dziadka. W piątki po lekcjach pozwalała mu na dłuższą sesję w wirtualnym świecie. Zanim wyszła, wspomniała, że niedługo zawoła go na kolację.
Zosia bawiła się w salonie. Siedziała na dywanie otoczona kucykami Pony. W rączce trzymała Rainbow Dash i wołała do jej koleżanek:
- No chodźcie, dziewczyny! Lecimy do zamku! Szybko, bo się spóźnimy! O, mamo! Pobawisz się ze mną? - zaproponowała natychmiast.
Magda usiadła obok. Nie czuła się najlepiej w takich zabawach, ale chciała sprawić córce przyjemność.
- To którą mam być? - Spojrzała na kolorowe konie.
- Applejack! - Mała podała jej żółtą zabawkę.
Zosia lubiła, gdy na horyzoncie pojawiał się ktoś, komu można było wydawać polecenia. Niestety, starszy brat niechętnie poddawał się tej musztrze i zabawa z nim stanowiła wyzwanie. Jednak Magda, zgodnie z udzielonymi wskazówkami, poleciała swoim skrzydlatym kucykiem na bal i wdała się w wyimaginowaną kłótnię o to, która z przyjaciółek potrafi zrobić ładniejsze salto. Niebawem zapanował niespodziewany rozejm, a Pinkie Pie zabrała koleżanki na łyżwy.
Magda ucieszyła się, słysząc podjeżdżający pod dom samochód. Wiedziała, że Zosia zaraz rzuci zabawki i pobiegnie do drzwi przywitać tatę. Darek weźmie ją na ręce i nazwie "swoją królewną". To był ich rytuał.
Wyszła na korytarz chwilę po córce.
- Cześć! Coś później dzisiaj - zauważyła.
- Piątek. Szalone korki na mieście. - Z udawanym stęknięciem postawił Zośkę na podłodze, rozluźnił krawat i zdjął buty.
- Głodny?
- Jak wilk! - Cmoknął Magdę w policzek.
Zosia wróciła do zabawy, a Magda zajęła się przygotowaniem kolacji. Niebawem wszyscy zgromadzili się przy stole w jadalni. Niełatwo było oderwać Franka od gry, ale teraz, cały zaaferowany, opowiadał o koledze, który chwalił się, że wyjeżdża z rodzicami na wakacje do Miami. Aż świeciły mu się oczy na myśl o takiej wyprawie.
- A my gdzie pojedziemy w tym roku? - zapytał z nadzieją.
Darek spojrzał na syna.
- Przecież wiesz. Najpierw wy do dziadków nad jezioro, a potem wybieramy się razem do Kołobrzegu.
- Znowu? - jęknął. - Myślałem, że może raz w życiu zmienicie plany.
- Do tej pory nie narzekałeś - zauważył ojciec. - Na obóz nie chciałeś jechać, a na Miami nas nie stać. Zresztą takiego wyjazdu nie załatwia się z dnia na dzień.
Zosia oświadczyła, że miejsce jest obojętne, byleby tylko był basen. Podczas zeszłorocznych wakacji prawie nie dawało się jej wyciągnąć z wody. Złapała wodnego bakcyla, wobec czego we wrześniu została zapisana na lekcje pływania.
Darek zaczął opowiadać o swoim dniu. Magda, jak zawsze, starała się słuchać go uważnie, choć znała te relacje. Były niemal identyczne. Jako dyrektor placówki banku nieustannie martwił się o wyniki sprzedaży i szukał nowych sposobów motywowania pracowników.
Nieco znudzone dzieci wkrótce zaczęły się wygłupiać. Zosia bawiła się jedzeniem. Normalnie zostałaby upomniana, ale Magda nie chciała mącić chwili. Dzieci się śmiały, rodzicom wkrótce udzieliła się ich radość. Magda była dumna ze swojej rodziny. To był jej dorobek. Znowu przypomniała sobie bohaterkę reportażu Bianki i ścisnęło ją w żołądku. Poczuła niepokój. Nie wiedziała, kim by się stała, gdyby przyszło jej siadać przy tym stole samotnie.
Ta myśl sprawiła, że postanowiła oszczędzić dzieciom pogadanki o pozostawionym dziś rano śniadaniowym bałaganie.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI