Uśpione namiętności - Anna H. Niemczynow

Kup ebooka

34.30 zł
27.78 zł (27,44 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Sznur dłu­gich do pasa pe­reł za­rzu­co­nych na czer­wo­ną, do­pa­so­wa­ną w ta­lii roz­klo­szo­wa­ną su­kien­kę zwró­cił uwa­gę nie­mal wszyst­kich ża­łob­ni­ków w mo­men­cie, gdy jego wła­ści­ciel­ka Iza­bel­le Wal­ter wy­ło­wi­ła go z ro­so­łu, a na­stęp­nie sta­ran­nie ob­li­za­ła ka­żdy ko­ra­lik. Mina, jaka wów­czas za­go­ści­ła na twa­rzy jej sy­no­wej Ma­rian­ny, bez­sprzecz­nie war­ta była tego to­wa­rzy­skie­go faux pas. Bel­la uśmiech­nęła się i jak gdy­by ni­g­dy nic wró­ci­ła do kon­sump­cji ręcz­nie ro­bio­ne­go ma­ka­ro­nu, któ­re­go po­da­nie prze­for­so­wa­ła kil­ka dni wcze­śniej.

- Two­ja mat­ka za­cho­wu­je się ka­ry­god­nie - po­wie­dzia­ła ci­cho Ma­rian­na do swo­je­go męża Ka­ro­la, sta­ra­jąc się ukła­dać war­gi tak, by nikt z ich ru­chu nie zdo­łał wy­czy­tać żad­nej tre­ści.

Mężczy­zna uśmiech­nął się bez­my­śl­nie, prze­ska­ku­jąc ner­wo­wym spoj­rze­niem po twa­rzach ża­łob­ni­ków i li­cząc, że nikt ni­cze­go po­dej­rza­ne­go nie za­uwa­ży.

Bel­la ja­dła da­lej, nie za­szczy­ca­jąc ab­so­lut­nie ni­ko­go dźwi­ękiem swo­je­go gło­su, co obok jej wy­glądu bu­dzi­ło po­dej­rze­nia, iż śmie­rć męża po­wa­żnie od­bi­ła się na jej psy­chi­ce. Wszak ni­g­dy do milcz­ków nie na­le­ża­ła.

Ma­rian­na za­ci­snęła knyk­cie na srebr­nej, bo­ga­to zdo­bio­nej ły­żce, pró­bu­jąc na­brać na nią co chwi­lę zsu­wa­jące się nie­re­gu­lar­nych kszta­łtów klu­ski. Kie­dy po któ­re­jś z prób ma­ka­ron spa­dł, roz­bry­zgu­jąc ro­sół na wszyst­kie stro­ny i bru­dząc jej ku­pio­ną na tę oko­licz­no­ść mar­ko­wą suk­nię, zre­zy­gno­wa­ła z je­dze­nia i wy­ta­rła usta tan­det­ną, rów­nież wy­bra­ną przez te­ścio­wą chu­s­tecz­ką. Pró­bo­wa­ła za­po­mnieć o tym, jak bar­dzo Bel­la ją upo­ko­rzy­ła, wy­kre­śla­jąc z menu sty­py zupę krem z zie­lo­ne­go grosz­ku.

- Na ele­ganc­kich przy­jęciach, na ja­kie nie­wąt­pli­wie za­słu­żył twój świ­ętej pa­mi­ęci oj­czu­lek - zwró­ci­ła się po­now­nie do Ka­ro­la - nie po­da­je się ro­so­łu i scha­bo­we­go. Te cza­sy już mi­nęły! - wy­sy­cza­ła ner­wo­wo, nie od­kle­ja­jąc od twa­rzy li­sie­go uśmiesz­ku.

Ka­rol Wal­ter pu­ścił tę uwa­gę mimo uszu, gdyż jemu wszyst­ko sma­ko­wa­ło, a już naj­bar­dziej będące ko­ścią nie­zgo­dy klu­ski.

- Do ni­ko­go się nie ode­zwa­ła, Ka­ro­lu. Do ni­ko­go! Sły­szysz? Ka­ro­lu, mó­wię do cie­bie - de­ner­wo­wa­ła się Ma­rian­na.

- Ko­cha­nie, przy­po­mi­nam, że je­ste­śmy na sty­pie. Ob­ser­wu­ją nas. Za­cho­waj spo­kój i kla­sę, pro­szę.

- No tak. Spo­kój i kla­sę. - Cmok­nęła, a na­stęp­nie wy­pro­sto­wa­ła ple­cy, pod­nio­sła dum­nie pod­bró­dek i ro­zej­rza­ła się do­oko­ła, po­sy­ła­jąc ża­łob­ni­kom spoj­rze­nia, ja­kie w nie­da­le­kiej przy­szło­ści mo­gły­by jej przy­nie­ść ko­rzy­ść. W pra­wym rogu sali sie­dział rzecz­nik pra­so­wy pre­zy­den­ta mia­sta, a obok nie­go pre­zy­dent do spraw spo­łecz­nych. W le­wym rogu usa­dzo­no pa­nią se­kre­tarz ma­gi­stra­tu wraz z mężem i ich pier­wo­rod­nym sy­nem, ab­sol­wen­tem re­no­mo­wa­nej pol­skiej uczel­ni. Gdzieś po bo­kach miej­sca za­jęli człon­ko­wie ro­dzi­ny Wal­te­rów, przy­ja­cie­le i zna­jo­mi, któ­rych nie wy­pa­da­ło nie za­pro­sić. Bel­la Wal­ter, wdo­wa po wie­lo­let­nim urzęd­ni­ku pa­ństwo­wym, dy­plo­ma­cie, spo­łecz­ni­ku, dzia­ła­czu zwi­ąz­ko­wym i by­łym pre­zy­den­cie mia­sta, w któ­rym przez całe ży­cie miesz­ka­li, sie­dzia­ła u szczy­tu sto­łu, w miej­scu, któ­re wszy­scy go­ście, nie­za­le­żnie od tego, jak byli usa­dze­ni, do­sko­na­le wi­dzie­li.

Spoj­rze­nie Ma­rian­ny spo­tka­ło się ze wzro­kiem te­ścio­wej, po­wo­du­jąc u tej pierw­szej skró­co­ny i przy­spie­szo­ny od­dech.

- Zo­bacz, zo­bacz - wy­szep­ta­ła wy­stra­szo­na Ma­rian­na do Ka­ro­la, za­kry­wa­jąc usta dło­nią po­zba­wio­ną ma­ni­kiu­ru.

Ka­rol, przez całe ży­cie będący pu­pi­lem nie­bosz­czy­ka, wi­dząc mat­kę wkła­da­jącą nit­kę ma­ka­ro­nu ręka­mi do ust, o mały włos nie spa­dł z krze­sła. Prze­łk­nął śli­nę, za­ci­snąw­szy moc­no oczy w oba­wie, że za chwi­lę wy­sko­czą mu z or­bit.

Po pierw­sze pri­mo - usta­lić, gdzie ulo­ko­wać Iza­bel­lę. Nie ma mo­żli­wo­ści, aby zo­sta­ła sama w tak du­żym domu, wy­bu­do­wa­nym przez świ­ętej pa­mi­ęci Edwar­da.

Po dru­gie pri­mo - za­sta­no­wić się nad ma­jąt­kiem świ­ętej pa­mi­ęci Edwar­da, gdyż - zna­jąc brak ży­cio­we­go do­świad­cze­nia Bel­li - pój­dzie on na zmar­no­wa­nie.

Po trze­cie pri­mo - roz­wa­żyć zwol­nie­nie go­spo­si Fran­ki i ogrod­ni­ka Ma­cie­ja. Nie będą już prze­cież po­trzeb­ni, a ge­ne­ru­ją tyl­ko zbęd­ne kosz­ty.

Po czwar­te pri­mo - usta­lić, kto zaj­mie się sprze­da­żą domu po nie­bosz­czy­ku, kto zro­bi jego zdjęcia i pod­pi­sze umo­wę z naj­lep­szym w mie­ście biu­rem ob­ro­tu nie­ru­cho­mo­ścia­mi (któ­re, rzecz ja­sna, z do­bro­ci swe­go ser­ca sama znaj­dę).

Ma­rian­na dwu­krot­nie prze­czy­ta­ła wy­pi­sa­ne przez sie­bie za­ło­że­nia, prze­ko­pio­wa­ła je do ma­ila, wpi­sa­ła ad­re­sy wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych i gdy klik­nęła "wy­ślij", po­czu­ła w ser­cu spo­kój, iż za­dba­ła o to, aby na za­pla­no­wa­nym na po­po­łud­nie spo­tka­niu ro­dzi­ny Wal­te­rów pa­no­wał na­le­ży­ty po­rządek.

W oko­li­cach go­dzi­ny sie­dem­na­stej do jej domu, któ­ry na­tu­ral­nie zaj­mo­wa­ła wraz z mężem Ka­ro­lem i ich na­sto­let­nim sy­nem Ka­rol­kiem Ju­nio­rem, za­częli przy­by­wać za­pro­sze­ni na oko­licz­no­ść ro­dzin­nych ob­rad go­ście.

Bel­la i Edward Wal­te­ro­wie, roz­łącze­ni nie­daw­no siłą woli bo­skiej, za ży­cia nie­bosz­czy­ka ucho­dzi­li za wzo­ro­we ma­łże­ństwo, któ­re skon­su­mo­wa­ne nie­sko­ńcze­nie wie­le razy dało im czwo­ro dzie­ci, to jest trzech sy­nów i cór­kę.

Punk­tu­al­nie, jak zresz­tą za­wsze, po­ja­wił się Mar­cin w to­wa­rzy­stwie swo­jej dru­giej żony Le­ty­cji. Ko­bie­ta uca­ło­wa­ła po­wie­trze na wy­so­ko­ści po­licz­ków Ma­rian­ny, wy­ci­ągnęła z mar­ko­wej to­reb­ki szma­cia­ne kap­cie z frędzel­ka­mi, wsu­nęła je na sto­py i to samo na­ka­za­ła zro­bić swo­je­mu mężo­wi.

- Wy­fro­te­ru­je­my ci podło­gę, skar­bie - po­wie­dzia­ła dum­nie do go­spo­dy­ni. Ta po­dzi­ęko­wa­ła jej ski­nie­niem gło­wy, przy­wo­łu­jąc na twarz po­zba­wio­ny na­tu­ral­no­ści uśmiech.

Na­stęp­na przy­by­ła Edyt­ka, naj­młod­sza z czwór­ki dzie­ci Wal­te­rów, sin­giel­ka, żeby nie po­wie­dzieć "sta­ra pan­na".

- Ma­mu­sia już jest? - spy­ta­ła wi­ta­jącej ją Ma­rian­ny.

Go­spo­dy­ni za­prze­czy­ła ru­chem gło­wy, po czym oświad­czy­ła zło­śli­wie, że - sądząc po tym, jak ża­ło­ba wpły­nęła na za­cho­wa­nie Bel­li - ma pra­wo twier­dzić, że "sta­rusz­ka" - to sło­wo po­wie­dzia­ła z wi­ęk­szym na­ci­skiem - na sto pro­cent po­ja­wi się z wiel­kim opó­źnie­niem.

- Na­pi­je­cie się cze­goś? - zwró­ci­ła się do przy­by­łych go­ści. - Kawy, her­ba­ty, wody? Jak wam wia­do­mo, w na­szym domu al­ko­ho­lu się nie pija.

- Pew­nie dla­te­go Do­mi­nik się spó­źnia - po­wie­dzia­ła Edy­ta, wdzi­ęcząc się przy tym.

Ma­rian­na, nie wy­czu­wa­jąc zło­śli­wo­ści, rzu­ci­ła okiem na ze­ga­rek.

- Po­wi­nien już być - za­uwa­ży­ła ci­cho. - Nie­da­le­ko pada grusz­ka od ja­bło­ni.

- A nie ja­błko? - za­py­ta­ła Edy­ta.

- Och, nie bądźmy dro­bia­zgo­wi. - Ma­rian­na mach­nęła dło­nią, a jej chi­chot wy­pe­łnił wnętrze.

Wtem roz­le­gł się dźwi­ęk dzwon­ka i tuż po nim Ka­rol przy­pro­wa­dził ko­lej­nych go­ści. W pro­gu prze­stron­ne­go sa­lo­nu sta­nął wy­cze­ki­wa­ny Do­mi­nik, naj­młod­szy z bra­ci Wal­te­rów, w to­wa­rzy­stwie swo­jej nie­ślub­nej cór­ki Zu­zan­ny. Ma­rian­na sap­nęła z dez­apro­ba­tą, mie­rząc wzro­kiem na­sto­lat­kę w gla­nach, za du­żym swe­trze i spodniach z dziu­ra­mi na ko­la­nach, lecz w oba­wie przed ci­ętym języ­kiem dziew­czy­ny po­wstrzy­ma­ła się od wy­ra­że­nia swo­jej opi­nii.

- Tyl­ko Bel­li nie ma - wes­tchnęła. - Ta ża­ło­ba na­praw­dę nią wstrząsnęła, nie sądzi­cie, ko­cha­ni? - za­py­ta­ła, lecz nikt się nie ode­zwał.

- To ja po­pro­szę kawę. - Edy­ta zmie­ni­ła te­mat.

- A ja her­ba­tę, jak za­wsze - po­wie­dział Do­mi­nik.

Zuza, Le­ty­cja i Mar­cin za­mó­wi­li wodę, a Ka­rol na po­le­ce­nie żony udał się do kuch­ni, by przy­go­to­wać na­po­je zgod­nie z tym, cze­go za­ży­czy­li so­bie go­ście.

- To może już za­cznie­my, aby nie przedłu­żać, wszak pie­ni­ądz to czas - po­wie­dzia­ła go­spo­dy­ni.

Edy­ta, na­chy­liw­szy się do Do­mi­ni­ka, wy­szep­ta­ła, że nie ma po­jęcia, kto dał Ma­rian­nie dy­plom, i po­dej­rze­wa, że nie obe­szło się bez ła­pów­ki.

Po go­dzi­nie ob­rad trwa­jących w naj­lep­sze bez obec­no­ści Bel­li, będącej głów­nym obiek­tem tego ca­łe­go za­mie­sza­nia, mniej lub bar­dziej jed­no­gło­śnie na­kre­ślo­no, co na­stępu­je:

Po pierw­sze: Po­sia­dło­ść ro­dzi­ny Wal­te­rów, li­cząca bli­sko pi­ęćset me­trów kwa­dra­to­wych, z do­łączo­nym do niej ogro­dem i sa­dem, zo­sta­nie sprze­da­na, a uzy­ska­ne pie­ni­ądze zo­sta­ną rów­no roz­dzie­lo­ne mi­ędzy ro­dze­ństwo.

Po dru­gie: W zwi­ąz­ku z tym, co usta­lo­no w punk­cie pierw­szym, w try­bie na­tych­mia­sto­wym trze­ba zwol­nić Fran­kę (go­spo­się Bel­li) i ogrod­ni­ka Ma­cie­ja, po­nie­waż nie są już po­trzeb­ni.

Po trze­cie: Jako że Bel­la nie będzie już ra­czej no­si­ła swo­jej kosz­tow­nej bi­żu­te­rii, w któ­rej skład wcho­dzą sznu­ry pe­reł od Cha­nel, wzo­ro­wa­ne na tych po­cho­dzących z ro­dzi­ny Ro­ma­no­wów, oraz brosz­ki, pie­rścion­ki z dia­men­ta­mi, ko­lie, ła­ńcusz­ki i tym po­dob­ne, sta­nie się ona wła­sno­ścią naj­bar­dziej szy­kow­nej ko­bie­ty w ro­dzi­nie, czy­li Ma­rian­ny.

- Chy­ba wszy­scy się ze mną zgo­dzą, że jak ktoś nie przej­mie tej bi­żu­te­rii, to jesz­cze scze­źnie ona w tych płó­cien­nych wo­recz­kach, i wte­dy to będzie na­praw­dę wiel­ka stra­ta! Ja - Ma­rian­na dźgnęła się pal­cem w klat­kę pier­sio­wą - je­stem w sta­nie za­jąć się bły­skot­ka­mi Bel­li w spo­sób na­le­ży­ty - oznaj­mi­ła, z po­gar­dą spoj­rzaw­szy na Zuzę, któ­ra w szo­ku wy­ba­łu­szy­ła swo­je i tak już wiel­kie oczy.

Po czwar­te, naj­wa­żniej­sze: Bio­rąc pod uwa­gę, że Iza­bel­le Wal­ter wraz ze swym mężem nie­bosz­czy­kiem Edwar­dem spło­dzi­li ra­zem czwór­kę dzie­ci, na­le­ża­ło­by to ja­koś opła­cal­nie dla wszyst­kich wy­ko­rzy­stać.

- Rok ma dwa­na­ście mie­si­ęcy - za­czął nie­śmia­ło Ka­rol, fi­nan­si­sta, dy­rek­tor ban­ku, uwa­ża­jący się za ro­dzin­ny au­to­ry­tet w dzie­dzi­nie eko­no­mii.

Do­mi­nik zer­k­nął na Zu­zan­nę. Dziew­czy­na za­kry­ła dło­nią usta, nie mo­gąc uwie­rzyć w tę całą far­sę, w któ­rej przy­szło jej uczest­ni­czyć.

- Stop, stop, stop, stop - po­wie­dzia­ła, prze­ry­wa­jąc Ka­ro­lo­wi, po­de­rwaw­szy się z ele­ganc­kiej ka­na­py. - Gdzie Bel­la będzie miesz­kać po tym, jak ją ob­ra­bu­je­cie?

Ra­bu­nek? Cóż za bzdu­ry ple­cie to dziew­czę?! - zda­wał się krzy­czeć wzrok wszyst­kich tam zgro­ma­dzo­nych, oprócz oczy­wi­ście Do­mi­ni­ka.

- To nie ra­bu­nek, Zu­ziu! - Ma­rian­na sta­ra­ła się udo­bru­chać na­sto­lat­kę. - Spo­koj­na two­ja roz­czo­chra­na - rze­kła i ru­chem dło­ni na­ka­za­ła jej usi­ąść.

Zu­zia skrzy­wi­ła się na brzmie­nie tego tan­det­ne­go tek­stu. Tyl­ko ciot­ka Ma­ńka mo­gła ode­zwać się w tak obrzy­dli­wy w jej mnie­ma­niu spo­sób. Na wierz­chu "ą, ę" przez bi­bu­łkę, a chu­ja całą ręką - po­my­śla­ła w zło­ści, czer­wie­nie­jąc na twa­rzy.

- Bel­li, ma­tu­li na­szej, ko­cha­nej te­ścio­wej, naj­lep­szej bab­ci - wy­li­czał Ka­rol - żad­na krzyw­da się nie sta­nie. Z pew­no­ścią na to nie po­zwo­lę. Tak, jak już po­wie­dzia­łem, rok ma dwa­na­ście mie­si­ęcy. Wy­star­czy po­dzie­lić go na czte­ry, co daje dwa i pół.

Do­mi­nik ści­ągnął brwi, usi­łu­jąc po­jąć "wy­ższą" ma­te­ma­ty­kę bra­ta.

- Co to ma zna­czyć? - za­py­tał, li­cząc na wy­ja­śnie­nia tego trud­ne­go do ogar­ni­ęcia ro­zu­mem dzia­ła­nia.

Plan oka­zał się bar­dzo pro­sty w za­ło­że­niu. Bel­la Wal­ter, wdo­wa po swo­im mężu Edwar­dzie, mia­ła zo­stać wy­sie­dlo­na z domu, któ­ry do­tych­czas wraz ze swym mężem za­miesz­ki­wa­ła.

- Przez dzie­si­ęć mie­si­ęcy w roku mama będzie po­miesz­ki­wać u ka­żde­go z nas przez okres dwóch i pół mie­si­ąca - rze­kł dum­ny ze swych ob­li­czeń.

- Tak oto nikt nie prze­męczy się zbyt­nio opie­ką, a owca będzie syta i wilk też cały - po­wie­dzia­ła we­so­ło Ma­rian­na, po­pa­rłszy męża okla­ska­mi.

- Co z po­zo­sta­ły­mi dwo­ma mie­si­ąca­mi? - spy­ta­ła Edy­ta, igno­ru­jąc "zna­jo­mo­ść" przy­słów Ma­rian­ny.

- Jak to co? - obu­rzy­ła się tam­ta. - Zrzu­ci­my się i wy­śle­my ją do­kądś.

- No, ale gdzie na przy­kład? - za­tro­ska­li się Mar­cin z Le­ty­cją, przez cały czas po­ru­sza­jący sto­pa­mi pod sto­łem w celu fro­te­ro­wa­nia podło­gi kap­cia­mi.

Wów­czas po raz pierw­szy ode­zwał się mil­czący do­tąd Ka­rol, zdra­dza­jąc, że naj­le­piej będzie, jak wszy­scy się zrzu­cą i po­ślą bab­cię na wa­ka­cje.

To­wa­rzy­stwo za­mil­kło. Sły­chać było je­dy­nie bi­cie an­tycz­ne­go ze­ga­ra ścien­ne­go.

- A je­śli bab­cia się nie zgo­dzi? Za­py­tał ją ktoś w ogó­le o zda­nie? - po­wie­dzia­ła Zuza, znów po­de­rwaw­szy się z ka­na­py. Pa­trzy­ła wy­mow­nie na uni­ka­jącą jej wzro­ku Ma­rian­nę.

- No wiesz... - Go­spo­dy­ni od­chrząk­nęła. - Jak by to po­wie­dzieć, no...

- No?

- No cóż - po­dra­pa­ła się po gło­wie - Bel­la nie ma tu nic do ga­da­nia.

- Czy­żby? Je­steś tego pew­na, cio­ciu?

- Jak ni­cze­go na świe­cie.

- Wy też? - Zuza ro­zej­rza­ła się do­oko­ła.

Nikt nie za­re­ago­wał. Ab­so­lut­nie nikt. Na­wet oj­ciec Zuzy po­wstrzy­mał się od wy­ra­że­nia ja­kie­go­kol­wiek zda­nia.

- To coś wam po­wiem, ro­dzin­ko tro­skli­wa, wy dar­mo­zja­dy chcący się cu­dzym na­cha­pać. W tych swo­ich roz­wa­ża­niach za­po­mnie­li­ście o jed­nym.

- Niby o czym, dzie­cia­ku? - za­chi­cho­ta­ła szy­der­czo Ma­rian­na.

I na­gle, ni z tego, ni z owe­go do sa­lo­nu, cała na bia­ło, we­szła Bel­la. Uca­ło­wa­ła Zu­zan­nę w oba po­licz­ki, przy­tu­li­ła do sie­bie z naj­wy­ższą czu­ło­ścią, a na­stęp­nie si­ęgnęła do to­reb­ki, na któ­rej wła­sno­ręcz­nie wy­ha­fto­wa­ła tęczę, i... wy­jęła z niej list z in­for­ma­cją o tym, gdzie i kie­dy zo­sta­nie od­czy­ta­ny te­sta­ment.

Roz­dział 2

Jak pod­nie­bie­nie stwo­rzo­ne jest do roz­po­zna­wa­nia sma­ków, a uszy do wsłu­chi­wa­nia się w bi­cie wła­sne­go ser­ca, tak oczy Bel­li Wal­ter słu­ży­ły ostat­nio tyl­ko temu, by wpa­try­wać się w kra­jo­braz roz­ci­ąga­jący się za oknem jej uko­cha­ne­go domu. Roz­su­nęła dłu­gie atła­so­we za­sło­ny, otwo­rzy­ła ta­ra­so­we okno i mimo pa­nu­jące­go na dwo­rze chło­du wy­szła do ogro­du.

Była boso.

Sto­py z wy­ma­lo­wa­ny­mi na pur­pu­ro­wą czer­wień pa­znok­cia­mi kon­tra­sto­wa­ły z pu­szy­stym, bia­łym śnie­giem, za­pa­da­jącym się pod jej ci­ęża­rem.

Pra­wa, lewa, ko­cham cię.

Pra­wa, lewa, ko­cham cię.

Pra­wa, lewa, ko­cham cię.

Z ka­żdym po­sta­wio­nym kro­kiem po­wta­rza­ła wy­my­ślo­ny przez sie­bie zwrot, sta­ra­jąc się nie my­śleć o igie­łkach usi­łu­jących za­wład­nąć jej i tak od pew­ne­go cza­su bar­dzo po­dat­nym na wsze­la­kie bo­dźce umy­słem.

A te­raz będzie ina­czej. Nie le­piej ani nie go­rzej, ani na­wet tak samo. Po pro­stu ina­czej - po­my­śla­ła fi­lo­zo­ficz­nie, do­ta­rłszy wresz­cie na miej­sce. Chcia­ła krzy­czeć na całe gar­dło, dać ujście uczu­ciom, ja­kie w tym wła­śnie mo­men­cie ogar­nęły całą jej fi­zycz­ną po­stać. Ocze­ki­wa­nie, któ­re było jej udzia­łem przez dłu­gie lata, sta­ło się jej dru­gą na­tu­rą.

Ju­tro będzie le­piej, Bel­la - po­wie­dzia­ła do sie­bie w my­ślach. - O ile śnieg będzie ła­ska­wy i nie stop­nie­je, zro­bisz dwa okrąże­nia do­oko­ła domu. - Uśmiech­nęła się po raz pierw­szy od wie­lu ty­go­dni, czy­ni­ąc to na­praw­dę szcze­rze. Cho­ciaż często sły­sza­ła, że nie­mo­żli­we jest przy­go­to­wa­nie się na ode­jście ko­goś bli­skie­go, dziś nie mo­gła się z tym stwier­dze­niem zgo­dzić. W my­ślach po­cho­wa­ła Edwar­da set­ki, je­śli nie ty­si­ące razy. Ob­my­śli­ła wie­le pla­nów B na wy­pa­dek, gdy­by te z se­rii A nie za­dzia­ła­ły, i dwa ty­go­dnie temu, po­pra­wia­jąc po raz ostat­ni ko­łnierz mężo­wi, ku wła­sne­mu zdzi­wie­niu ode­tchnęła, szep­cząc do anio­ła śmier­ci: "W samą porę przy­sze­dłeś".

Bo prze­cież nie ma przy­pad­ków. Do­kład­nie tak mu­sia­ło być, nie ina­czej - roz­wa­ża­ła, otu­la­jąc zmar­z­ni­ęte sto­py mi­ęk­kim, pach­nącym ręcz­ni­kiem. Jak do­brze, że była z nią Fran­ka. Pra­ła, sprząta­ła, go­to­wa­ła, po­da­wa­ła po­si­łki i za­ba­wia­ła roz­mo­wą, ro­bi­ąc to na­tu­ral­nie - jak­by nic się nie zmie­ni­ło i jak­by prze­jście pana domu do in­ne­go świa­ta zwy­czaj­nie jej nie ob­cho­dzi­ło.

Bel­la, roz­sia­dłszy się w fo­te­lu, chwy­ci­ła ze­szyt le­żący na sto­li­ku ka­wo­wym. Od lat za­pi­sy­wa­ła w nim in­spi­ru­jące cy­ta­ty lu­dzi, któ­rych uwa­ża­ła za mądrych, i frag­men­ty ksi­ążek, ja­kie wy­wa­rły na niej wra­że­nie. Za­wsze, kie­dy to ro­bi­ła, my­śla­ła, że na coś te prak­ty­ki się przy­da­dzą, po­pchną ją do dzia­ła­nia, roz­bu­dzą od­wa­gę. Tym­cza­sem nic nie zmie­nia­ła w swo­im ży­ciu. Do kogo mo­gła­by mieć te­raz pre­ten­sje? Prze­cież nie do Edwar­da, któ­ry zwy­kł ma­wiać z dumą, że od­kąd Bel­la za nie­go wy­szła, prze­by­wa na wiecz­nym urlo­pie. Ja­każ to była praw­da. Bel­la na swój spo­sób ko­cha­ła ten "urlop" i tę swo­ją stre­fę kom­for­tu i ni­g­dy nie czu­ła się do tego stop­nia zde­ter­mi­no­wa­na, aby to wszyst­ko opu­ścić. Tyl­ko cza­sem py­ta­ła męża: "A co będzie, jak umrzesz, jak odej­dziesz przede mną? Jak wów­czas so­bie po­ra­dzę? Prze­cież dzie­ci są ta­kie małe. Jak utrzy­mam dom, jak je wy­cho­wam?". Wła­śnie wte­dy ob­my­śla­ła pla­ny B.

Pla­ny A były pro­jek­ta­mi męża i w za­sa­dzie przez całe ży­cie świet­nie dzia­ła­ły.

Dzie­ci wa­sze nie są wa­szy­mi dzie­ćmi.

To sy­no­wie i cór­ki tęsk­no­ty Ży­cia za sobą sa­mym.

Ja­wią się na tej zie­mi przez was, lecz nie od was po­cho­dzą; i choć prze­by­wa­ją z wami, nie do was na­le­żą.

Mi­ło­ść im wa­szą da­waj­cie, lecz nie wa­szą myśl, gdyż one wła­sne po­sia­da­ją my­śli. Schro­nie­nie mo­że­cie dać cia­łu ich, ale nie du­szy; du­sze ich bo­wiem w przy­byt­ku ju­tra trwa­ją, a tam na­wet ma­rze­niem swo­im nie zdo­ła­cie si­ęgnąć. Mo­że­cie sta­rać się być do nich po­dob­ni, lecz nie usi­łuj­cie ni­g­dy upodob­nić je so­bie.

Bo ży­cie nie cofa się ani nie ogląda za wczo­raj­szym dniem.

Je­ste­ście jako łuk, a dzie­ci wa­sze jako strza­ły żywe, wy­bie­ga­jące z was w dal.

Bel­la prze­czy­ta­ła sło­wa Kah­li­la Gi­bra­na i za­mknęła ze­szyt. Za­ci­snęła po­wie­ki, nie po­zwa­la­jąc łzom pły­nąć, i za­my­śli­ła się nad błęda­mi, ja­kie po­pe­łni­ła, wy­cho­wu­jąc czwo­ro dzie­ci.

Ka­rol Wal­ter - pier­wo­rod­ny syn. Świet­nie ro­ko­wał i tak wiel­kie po­kła­da­li w nim na­dzie­je. Ale po­znał Ma­rian­nę i za­ko­chał się na za­bój. Nim się obej­rze­li, na świe­cie po­ja­wił się Ka­ro­lek Ju­nior. Gdy­by Edward nie za­pro­te­go­wał syna do pra­cy w jed­nym z wi­ęk­szych ban­ków w mie­ście, praw­do­po­dob­nie do dziś Ka­rol by­łby bez­ro­bot­ny. Ma­rian­na rów­nież nie rwa­ła się do pra­cy. Chcę być jak ty, mamo - ma­wia­ła fa­łszy­wie do te­ścio­wej, szcze­rząc się przy tym głup­ko­wa­to.

Gdy­by mia­ła być jak ja - przy­szło Bel­li do gło­wy - mu­sia­ła­by uro­dzić jesz­cze przy­naj­mniej tro­je dzie­ci, a nie wy­ma­wiać się bra­kiem cza­su, po­prze­sta­jąc na jed­nym.

Dru­gi syn Wal­te­rów, nie­wie­le młod­szy Mar­cin, całe ży­cie stał w cie­niu star­sze­go bra­ta. Bóg nie był dla nie­go hoj­ny, przy­dzie­la­jąc ta­len­ty. Uro­dy mu po­skąpił i na­wet wzro­stu. Nic dziw­ne­go, że kom­plek­sy utrud­ni­ły mu utrzy­ma­nie jego pierw­sze­go ma­łże­ństwa - z Ane­tą, któ­ra dała mu dwie ślicz­ne i mądre có­recz­ki. Roz­wie­dli się, ku roz­pa­czy Wal­te­rów, a miej­sce Ane­ty, sy­no­wej będącej ma­rze­niem wszyst­kich ma­tek, za­jęła Le­ty­cja, pra­cu­jąca jako asy­stent­ka sto­ma­to­lo­gicz­na. Mu­sia­ła bar­dzo po­ko­chać Mar­ci­na, sko­ro dla tej mi­ło­ści po­świ­ęci­ła kon­takt z wła­snym sy­nem. Tak nie po­stępu­je mat­ka! - Bel­la bu­rzy­ła się w so­bie, jed­nak ni­g­dy, prze­nig­dy ani jed­nym sło­wem się na ten te­mat nie ode­zwa­ła.

Trze­ci z ko­lei syn, Do­mi­nik, miał wszyst­ko, cze­go po­trze­ba do do­bre­go, szczęśli­we­go ży­cia. Mądro­ść, uro­dę, wdzi­ęk, ta­len­ty. Wal­te­ro­wie nie po­sia­da­li się z ra­do­ści, kie­dy bez naj­mniej­szych kło­po­tów do­stał się na pra­wo, zaj­mu­jąc czo­ło­we miej­sce na li­ście stu­den­tów. Rów­nie moc­no dwa lata pó­źniej po­grąży­li się w smut­ku, gdy rzu­cił pa­ra­gra­fy dla po­noć wy­ma­rzo­nych stu­diów ar­ty­stycz­nych. Nie­ste­ty na Łódz­kiej Aka­de­mii Sztuk Pi­ęk­nych też nie za­grzał miej­sca. Dla­cze­go? Och, ja­kże trud­no było to z nie­go wy­ci­ągnąć. Chło­pak za­wsze był nie­co za­mkni­ęty w so­bie i żył we wła­snym świe­cie. Może dla­te­go Bel­li było do nie­go naj­bli­żej? Przy­po­mi­nał jej ko­goś, kogo zna­ła od za­wsze - sie­bie. Po­ko­cha­ła jego cór­kę Zu­zan­nę, któ­rą sa­mot­nie wy­cho­wy­wał. Bied­na dziew­czyn­ka nie za­zna­ła mat­czy­nej mi­ło­ści. Ewa, stu­dent­ka psy­cho­lo­gii, naj­wy­ra­źniej nie zdo­ła­ła wy­ko­rzy­stać zdo­by­tej wie­dzy we wła­snym ży­ciu. Ode­szła, będąc uza­le­żnio­ną od nar­ko­ty­ków. Nie po­mo­gły na­wet od­wy­ki w naj­lep­szych świa­to­wych kli­ni­kach. Uma­rła jako ofia­ra ofiar, czy­li uza­le­żnio­nych od al­ko­ho­lu ro­dzi­ców. Zu­zan­na je­dy­nie wy­glądem przy­po­mi­na­ła swo­ją mat­kę, na­to­miast jej wnętrze było czy­ste, pe­łne mi­ło­ści i ra­do­ści ży­cia po­mi­mo ob­fi­tu­jące­go w od­cie­nie sza­ro­ści dzie­ci­ństwa.

Bel­la i Edward Wal­te­ro­wie przez wie­le lat ma­rzy­li o po­tom­stwie płci pi­ęk­nej. Gdy przy­szła na świat Edyt­ka, nie­mal ska­ka­li z ra­do­ści, wy­obra­ża­jąc so­bie, kim będzie, co osi­ągnie i jak bar­dzo będzie po­wa­ża­na w spo­łe­cze­ństwie. Tym­cza­sem Edyt­ka wy­ro­sła po pro­stu na... Edyt­kę - zwy­czaj­ną dziew­czy­nę z wro­dzo­nym szczęściem do pe­cho­wych mężczyzn. Jak mu­chy do mio­du lgnęli do niej żo­na­ci, roz­wie­dze­ni, ma­min­syn­ko­wie - jed­nym zda­niem mężczy­źni nie­na­da­jący się do tego, by pla­no­wać z nimi przy­szło­ść.

Od­kąd pierw­szy raz Bel­la za­szła w ci­ążę, obie­ca­ła so­bie, że zro­bi wszyst­ko, by naj­le­piej, jak tyl­ko po­tra­fi, wy­cho­wać po­tom­stwo, ja­kim Bóg jej po­bło­go­sła­wił. Cho­ciaż uczy­ła się języ­ków ob­cych, czy­ta­ła wie­le ksi­ążek, śle­dzi­ła na bie­żąco no­wo­ści ze świa­ta fil­mu i sztu­ki, to... ni­g­dy nie wy­ko­rzy­sty­wa­ła w pe­łni swo­ich umie­jęt­no­ści. Nie błysz­cza­ła na sa­lo­nach, jak to się mówi, na wła­sne kon­to.

Sta­wia­ła sie­bie je­dy­nie w roli mat­ki i to­wa­rzysz­ki męża, któ­re­go da­rzy­ła naj­wi­ęk­szym sza­cun­kiem. Swo­je am­bi­cje odło­ży­ła na "kie­dyś". To "kie­dyś" na­stąpi­ło w chwi­li wy­da­nia ostat­nie­go tchnie­nia przez Edwar­da.

Wła­śnie wte­dy, jak za do­tkni­ęciem cza­ro­dziej­skiej ró­żdżki, Bel­la po­czu­ła, że nad­sze­dł jej czas. Ktoś po­wie­dzia­łby, że w ży­ciu ko­bie­ty po sze­śćdzie­si­ąt­ce nie­wie­le mo­żna zmie­nić. A jed­nak ona - gość ho­no­ro­wy na im­pre­zie Edwar­da, zwa­nej wznio­śle ostat­nim po­że­gna­niem - po­sta­no­wi­ła raz na za­wsze ze­rwać z pre­zen­to­wa­nym do­tych­czas wi­ze­run­kiem sie­bie. Pa­trząc na le­żące­go w trum­nie mężczy­znę, do­zna­ła cze­goś w ro­dza­ju mło­dzie­ńcze­go bun­tu. Była dum­na ze swo­ich kar­mi­no­wych ust, su­kien­ki mini i bu­tów z od­kry­ty­mi pi­ęta­mi. Była dum­na ze swo­jej od­wa­gi - od­wa­gi, któ­rą za­wsze w so­bie tłu­mi­ła mimo pra­gnie­nia, by stać się kimś zu­pe­łnie in­nym.

- Na­pi­je się pani her­ba­ty? - Ła­god­ny głos wy­rwał Bel­lę z roz­my­ślań.

Pod­nio­sła gło­wę i uj­rza­ła Fran­kę sto­jącą nad nią z pa­ru­jącym dzban­kiem. Na twa­rzy go­spo­si do­strze­gła lęk - ten na­tych­miast się jej udzie­lił.

- Czy coś się sta­ło, Fran­ko? - spy­ta­ła, ści­ąga­jąc brwi i jed­no­cze­śnie wsu­wa­jąc na sto­py fro­to­we skar­pe­ty.

Fran­ka za­prze­czy­ła, sta­wia­jąc dzba­nek na sto­li­ku.

- Wi­dzę prze­cież. Je­steś nie­spo­koj­na. Mogę ja­koś po­móc?

Go­spo­sia, ni­czym mała dziew­czyn­ka, mi­ęto­li­ła rąbek far­tu­cha w pal­cach.

- Wi­dzi pani... - pod­jęła, pro­stu­jąc się jak stru­na. - Gdy­by tak ktoś pa­trzył na mnie z boku, mó­głby się zdzi­wić, że w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku mają miej­sce po­dob­ne rze­czy.

- Usi­ądź, pro­szę, skar­bie, i... - Bel­la wska­za­ła Fran­ce miej­sce na ka­na­pie, a sama opa­rła ple­cy o opar­cie fo­te­la, pod­wi­nąw­szy pod sie­bie dłu­gie, zgrab­ne nogi. Upra­wia­nie la­ta­mi gim­na­sty­ki przy­nio­sło efek­ty w po­sta­ci ela­stycz­ne­go cia­ła, ja­kim nie­wie­le ko­biet w jej wie­ku mo­gło się po­szczy­cić. - Chcia­ła­bym cię pro­sić, abyś nie na­zy­wa­ła mnie pa­nią - po­wie­dzia­ła do go­spo­si, roz­ci­ąga­jąc usta w uśmie­chu.

- Ale... Pani wy­ba­czy, ale...

- Mów mi po pro­stu Bel­la, do­brze? - Pra­co­daw­czy­ni wy­ci­ągnęła dłoń.

- To... to... pani mnie nie zwal­nia? - Go­spo­sia po­de­rwa­ła się z ka­na­py.

Bel­la cof­nęła pod­bró­dek, krzy­wi­ąc się z nie­do­wie­rza­niem.

- Bar­dzo prze­pra­szam, ale nie ro­zu­miem. - Po­kręci­ła gło­wą. - Niby dla­cze­go mia­ła­bym to zro­bić? Je­steś mi po­trzeb­na bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

- Na­praw­dę? - Fran­ka ode­tchnęła, za­czerp­nąw­szy po­wie­trza. Jej ob­fi­ty biust po­wędro­wał w kie­run­ku bro­dy, a po chwi­li opa­dł. - Na­wet pani nie wie, to zna­czy... - Od­chrząk­nęła, onie­śmie­lo­na - Nie wiesz, Bel­lo, jak bar­dzo, bar­dzo mnie to cie­szy. Ja my­śla­łam, że bez pra­cy zo­sta­nę. A toć ja od za­wsze z wami i do­brze mi tu. Pani za­wsze do­bra dla mnie była.

- Bel­la je­stem.

- Tak, tak, Bel­lo. Ci­ężko się prze­sta­wić na pstryk po tylu la­tach. - Strze­li­ła w po­wie­trzu pal­ca­mi.

- A jak twoi sy­no­wie, Fran­ko? - Bel­la zmie­ni­ła te­mat, ten zwi­ąza­ny z pra­cą uznaw­szy za za­ko­ńczo­ny.

- No wła­śnie! Sy­no­wie mają się do­brze. Za to wnu­częta, och... Naj­młod­szy, Ka­zio, idzie na stu­dia. Po­móc mu chcia­łam. Tyle, ile mogę, ale... pani Ka­ro­lo­wa, to zna­czy... pani Ma­rian­na, żona jego, to zna­czy Ka­ro­la, na po­grze­bie, nim jesz­cze świ­ętej pa­mi­ęci pan Edward do­brze osty­gł, po­wie­dzia­ła... - Fran­ka za­trzy­ma­ła się, za­kry­wa­jąc dło­nią usta.

- Co po­wie­dzia­ła?

- No... sko­ro to nie­ak­tu­al­ne...

- Nie­ak­tu­al­ne, ale dla mnie wa­żne, Fran­ko.

Go­spo­sia sap­nęła.

- Po­wie­dzia­ła, że moje dni tu­taj są po­li­czo­ne, bo pani gro­szem nie śmier­dzi i że cały ma­jątek to się im na­le­ży. A z pa­nią to trze­ba coś zro­bić, bo pani ma nie­rów­no pod su­fi­tem. Ja prze­pra­szam, że tak pa­plam za ple­ca­mi sy­no­wej.

Bel­la z le­d­wo­ścią stłu­mi­ła śmiech.

- Coś jesz­cze? - do­py­ta­ła.

Fran­ka wes­tchnęła, spla­ta­jąc przed sobą pulch­ne pal­ce.

- Mi tak nie wy­pa­da w swo­je gniaz­do srać prze­cież. Oj, prze­pra­szam, nie to chcia­łam po­wie­dzieć. Pani wie, co mam na my­śli, praw­da? Cho­dzi mi o to, że prze­cież pani Ma­rian­na to też ro­dzi­na i jak­by nie było w ja­ki­mś sen­sie i moja pra­co­daw­czy­ni. Bo prze­cież wasz ma­jątek, wspól­ny ma­jątek...

Po­wie­dziaw­szy to, Fran­ka klep­nęła się w usta.

- Wspól­ny ma­jątek? Ma­rian­na tak mó­wi­ła?

Fran­ka się za­czer­wie­ni­ła. Była zła na sie­bie za swo­je ga­dul­stwo. Zdąży­ła bo­wiem się na­uczyć, że mi­ędzy drzwi a fu­try­nę nie na­le­ży sta­wiać buta.

Naj­dro­ższa Bel­lo,

nie wiem, jak wy­ra­zić wdzi­ęcz­no­ść za po­da­ro­wa­nie mi ca­łe­go Two­je­go ży­cia.

Zda­ję so­bie spra­wę, że mo­głaś wy­brać ina­czej i że mia­łaś po­wo­dy ku temu, by być nie­szczęśli­wą ze mną, a jed­nak...

Jed­nak zo­sta­łaś i wy­da­łaś na świat czwo­ro dzie­ci, z któ­rych nie za­wsze mie­li­śmy po­cie­chę.

Gdy­by nie ty, nie osi­ągnąłbym na­wet mar­nej cząst­ki tego, co uzy­ska­łem. Dziś już wiem, że suk­ces mężczy­zny ste­ro­wa­ny jest ko­bie­cą ręką. Mia­łem to szczęście, że Two­ja była mądra.

Ja­kże wiel­kim głup­cem by­łem, nie po­tra­fi­ąc Cię w porę do­ce­nić.

Moje od­de­chy w tym ży­ciu są już po­li­czo­ne i wszy­scy o tym do­brze wie­my.

Uma­wia­li­śmy się ina­czej, wiem. To, co przez lata zgro­ma­dzi­li moi za­mo­żni przod­ko­wie i co prze­ka­za­li nam, a my to wie­lo­krot­nie po­mno­ży­li­śmy, rzecz ja­sna mie­li­śmy po­dzie­lić mi­ędzy na­sze dzie­ci.

Mó­wi­łaś często: "By być szczęśli­wą, po­trze­bu­ję Cie­bie i fi­li­żan­ki kawy co rano".

A ja? Cóż... tyl­ko tę kawę Ci ofia­ro­wa­łem.

Wy­bacz, Naj­dro­ższa, te pla­my od łez roz­ma­zu­jące atra­ment.

Z wy­ra­za­mi wdzi­ęcz­no­ści i do­zgon­nej mi­ło­ści.

Od­da­ny To­bie na za­wsze,

Edward

Bel­la zło­ży­ła list na czwo­ro i wci­snęła go mi­ędzy kart­ki Prze­mi­nęło z wia­trem. Och, ile by dała, by cza­sa­mi być jak Scar­lett i prze­kła­dać wszel­kie zmar­twie­nia na "ju­tro". Tym­cza­sem nie po­tra­fi­ła my­śleć w ten spo­sób. Jej, zda­wa­ło­by się, wro­dzo­na nad­wra­żli­wo­ść zde­cy­do­wa­nie na to nie po­zwa­la­ła. Po­de­szła do sza­fy, w któ­rej wi­sia­ła jesz­cze pach­nąca pra­niem, świe­żo wy­pra­so­wa­na "na dziś" gar­son­ka w kla­sycz­nym, czar­nym ko­lo­rze. Sznur pe­reł pa­so­wa­łby do niej, lecz...

Czy ja na­praw­dę chcę to na sie­bie wło­żyć? - spy­ta­ła w my­ślach, mi­mo­cho­dem krzy­wi­ąc się przy tym. Kie­dyś, w cza­sach, gdy była po­słusz­ną Bel­lą ro­bi­ącą to, cze­go od niej ocze­ki­wa­no, wło­ży­ła­by ten ele­ganc­ki, acz­kol­wiek prze­wi­dy­wal­ny i nud­ny uni­form. Ale to prze­cież, jak sama za­uwa­ży­ła, było kie­dyś.

Za­trza­snęła z hu­kiem sza­fę i otwo­rzy­ła szu­fla­dę.

- Gdzie je­steś? - za­py­ta­ła gło­śno, grze­bi­ąc w niej.

Po kil­ku chwi­lach zna­la­zła to, na czym jej za­le­ża­ło. Po­czu­ła dresz­czyk emo­cji po­dob­ny do tego, jaki prze­bie­gł przez jej cia­ło wów­czas, gdy jako uczen­ni­cy naj­przy­stoj­niej­szy mło­dzie­niec w kla­sie za­pro­po­no­wał jej ta­niec.

Fran­ka prze­łk­nęła śli­nę, uj­rzaw­szy Bel­lę scho­dzącą po scho­dach na śnia­da­nie.

- Do­brze się czu­jesz, Fran­ko? - Bel­la okręci­ła się ni­czym na­sto­lat­ka, pre­zen­tu­jąc suk­nię.

- Ja... ja tak. A pani?

- Mia­łaś mi mó­wić po imie­niu - przy­po­mnia­ła pra­co­daw­czy­ni, pu­ściw­szy do niej oko. - A czu­ję się tak, jak wi­dać, czy­li wy­śmie­ni­cie. Jak ko­bie­ta ma­jąca gdzieś to, jak będzie brzmiał te­sta­ment.

Fran­ka pod­su­nęła pod nos Bel­li dwa jaj­ka sa­dzo­ne, po­kro­jo­ne­go w cien­kie pla­stry po­mi­do­ra z solą i pie­przem, krom­kę żyt­nie­go chle­ba i fi­li­żan­kę czar­nej pa­ru­jącej kawy.

Bel­la za­częła jeść, przy­my­ka­jąc przy tym oczy z wdzi­ęcz­no­ścią. Po­dzi­ęko­wa­ła w my­ślach za ob­fi­to­ść i spo­kój, ja­kie ostat­nio sta­ły się jej co­dzien­nym do­zna­niem.

- Bel­lo? - wy­stęka­ła Fran­ka, marsz­cząc się przy tym ze stra­chem. - Czy mogę cię o coś spy­tać? To dla mnie wa­żne. Ale je­śli uznasz, że nie chcesz od­po­wia­dać, to...

- Py­taj śmia­ło. - Bel­la prze­łk­nęła łyk kawy. - Jest prze­pysz­na, jak za­wsze, Fran­ko - po­wie­dzia­ła, wzno­sząc fi­li­żan­kę. - Ma­jąc przy so­bie ko­goś ta­kie­go jak ty, mogę żyć sto lat. W za­sa­dzie nie spie­szy mi się do nie­ba.

- Skąd pew­no­ść, że tam pani miej­sce?

Bel­la się ro­ze­śmia­ła.

- Masz ra­cję! - Pod­nio­sła pa­lec. - O co chcia­łaś mnie za­py­tać? Mów szyb­ko, bo nie mam za wie­le cza­su. Dziś "ważą" się moje losy - rze­kła z prze­kąsem, nie kry­jąc roz­ba­wie­nia.

- Ja o te losy chcia­łam za­py­tać.

- Czy­li?

- My­ślisz, że do­sta­niesz co nie­co po mężu? Bo... bo jak nie, to...

- Wci­ąż mar­twisz się o swo­ją pra­cę?

Fran­ka po­ki­wa­ła gło­wą.

Bel­la od­sta­wi­ła fi­li­żan­kę, wsta­ła od sto­łu i po­de­szła do go­spo­si. Ni stąd, ni zo­wąd za­mknęła ją w uści­sku na kil­ka chwil, a na­stęp­nie po­ca­ło­wa­ła w czo­ło.

- Na­wet jak nie do­sta­nę nic, to zo­sta­jesz, sły­szysz? - rze­kła ze spo­ko­jem w gło­sie.

Fran­ka ze­sztyw­nia­ła.

- Ale...

- Stać mnie na to, aby pła­cić ci pen­sję. To­bie i Ma­cie­jo­wi. Po­my­śla­łam o tym już daw­no temu. Nie oba­wiaj się więc i pro­szę, pra­cuj ze spo­ko­jem.

Ła­god­no­ść prze­bi­ja­ła z oczu Bel­li, gdy wró­ci­ła na miej­sce i za­jęła się po­now­nie kon­sump­cją ja­jek.

Fran­ka sta­ła w bez­ru­chu, nie mo­gąc po­jąć tej ła­god­no­ści. Czy­żby Bel­la po­stra­da­ła zmy­sły i na­praw­dę mia­ła gdzieś to, co sta­nie się ze spad­kiem? W jej ro­zu­mie taki ob­rót spra­wy zda­wał się to­tal­nie nie­mo­żli­wy.

- By­ła­byś tak uprzej­ma - zwró­ci­ła się do niej Bel­la - i na­la­ła mi tro­chę tej pysz­nej kawy do ter­mo­su. Nie zno­szę tek­tu­ro­wych kub­ków, w ja­kich ser­wu­je się ją na mie­ście. Ko­bie­ta po­win­na trak­to­wać pi­cie kawy jak luk­su­so­wy ry­tu­ał, nie sądzisz?

- Na­praw­dę? - Fran­ka zła­pa­ła od­dech, kom­plet­nie nie sły­sząc tego, co mówi Bel­la. - Na­praw­dę, na­wet je­śli nic nie do­sta­niesz ze spad­ku, to... to będzie ci to obo­jęt­ne? Gdzie wów­czas będziesz miesz­kać? I na co, na Boga, będzie ci wte­dy po­trzeb­ny ogrod­nik?

Bel­la skrzy­żo­wa­ła ra­mio­na na klat­ce pier­sio­wej, za­my­śliw­szy się nad sło­wa­mi Fran­ki.

- Nie martw się na za­pas, ko­cha­na - po­wie­dzia­ła z pew­no­ścią sie­bie w gło­sie. - To pierw­sza za­sa­da ko­bie­ty ufa­jącej ży­ciu.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

Od au­tor­ki

Języ­kiem ser­ca jest tęsk­no­ta, a języ­kiem umy­słu - ra­cjo­na­li­za­cja. To ra­cjo­nal­ne my­śle­nie często spy­cha na mar­gi­nes ko­bie­ce uczu­cia. Kie­dy ko­bie­ta wci­śnie je w kąt, sta­je się jak gdy­by ma­szy­ną do wy­ko­ny­wa­nia obo­wi­ąz­ków. Nim zdąży się głębiej za­sta­no­wić nad wła­snym ży­ciem, ono nie­spo­dzie­wa­nie upły­wa. Zni­ka pod ster­tą pra­nia, pra­so­wa­nia, obie­rek lub w kor­kach, gdzieś po­mi­ędzy za­jęcia­mi z ba­le­tu czy pi­łki no­żnej jej dzie­ci.

Do­brze wiem, że pró­ba wpro­wa­dze­nia w ży­cie we­wnętrz­ne­go roz­wo­ju bywa prze­ra­ża­jąca. Jako mat­ka i ko­bie­ta sto­jąca u boku mężczy­zny ka­żde­go dnia zma­gam się sama ze sobą, aby nie po­lec na tej ście­żce. Cho­ciaż na ze­wnątrz wy­da­je się, że trosz­czę się o sie­bie z naj­wy­ższą czu­ło­ścią, pra­gnę uczci­wie wy­znać, że nie za­wsze jest to zgod­ne z praw­dą...

Przy­po­mnij so­bie, ko­cha­na Czy­tel­nicz­ko, kie­dy ostat­nio wy­bra­łaś się w sa­mot­ną pod­róż. Czy w ogó­le coś ta­kie­go mia­ło w Two­im ży­ciu miej­sce? Czy nie masz tak, jak ja, że my­śląc o sa­mot­nym pod­ró­żo­wa­niu, czu­jesz lęk? Sa­mot­na pod­róż? Ale jak to? Czy mi wy­pa­da? Czy mogę zo­sta­wić męża, dzie­ci i ot tak do­kądś so­bie po­je­chać?

Po­zwo­le­nie so­bie na taki czyn za­jęło mi je­de­na­ście lat... Pro­szę, nie bierz ze mnie przy­kła­du. Nie od­kła­daj sie­bie na po­tem. Nie mam na my­śli jed­no­dnio­we­go wy­jaz­du za mia­sto i tłu­ma­cze­nia so­bie po­tem, że w za­sa­dzie to wy­star­czy. Za­pla­nuj mi­ni­mum ty­dzień, da­jąc się ży­ciu po­rwać w ra­mio­na. Gwa­ran­tu­ję, że od­kry­jesz sie­bie na nowo i będziesz zdu­mio­na tym, jak wie­le w so­bie zdu­si­łaś pra­gnień.

Spójrz na sie­bie i za­sta­nów się nad tym, czy je­steś dla sie­bie do­bra. Kie­dy ostat­nio zna­la­złaś czas na re­laks? Chcia­ła­bym za­zna­czyć, że słu­cha­nie au­dio­bo­oka w trak­cie pra­so­wa­nia nie jest re­lak­sem ;-)

Kie­dy wy­pro­wa­dzi­łaś sie­bie na spa­cer? Kie­dy wy­bra­łaś się na sa­mot­ny se­ans do kina? Kie­dy ostat­nio ma­rzy­łaś, me­dy­to­wa­łaś i ile cza­su po­świ­ęci­łaś na gim­na­sty­kę cia­ła? Kie­dy uczy­łaś się no­wych słów ob­ce­go języ­ka, w któ­rym tak bar­dzo chcia­ła­byś umieć się po­ro­zu­mieć?

Dba­nie o sie­bie jest ści­śle po­wi­ąza­ne z sza­cun­kiem do sie­bie. My, ko­bie­ty, zda­je­my się o tym za­po­mi­nać zu­pe­łnie. Ko­le­iny wy­żło­bio­ne przez przy­zwy­cza­je­nia sta­ją się na­szą co­dzien­ną dro­gą, po któ­rej wy­god­nie kro­czy­my, wci­ąż na­rze­ka­jąc na swój los. Czy­ta­jąc te sło­wa, na pew­no ki­wasz po­ta­ku­jąco gło­wą. Czu­ję w ko­ściach, że w tym aku­rat wy­pad­ku mam ra­cję.

Zmia­ny rzad­ko by­wa­ją przy­jem­ne. Niby wie­my, że są ko­niecz­ne do tego, aby­śmy mo­gli żyć tak, jak chce­my, a jed­nak nie mamy ocho­ty na wpro­wa­dza­nie ich w swo­ją co­dzien­no­ść. Nie­ste­ty nikt nie zro­bi tego za nas. Nikt nas nie wy­ręczy. Bądźmy jak Iza­bel­le! Z od­wa­gą w ser­cu za­cznij­my wy­ra­żać sie­bie.

Pierw­szą praw­dzi­wą górą, któ­rą zdo­by­łam, było na­pi­sa­nie i wy­da­nie mo­jej pierw­szej po­wie­ści. Dasz wia­rę, że do­pie­ro po na­pi­sa­niu dzie­si­ęciu zna­la­złam w so­bie siłę, aby na­zwać się pi­sar­ką? Spójrz tyl­ko, jak małą mia­łam wia­rę w sie­bie. De­kla­ro­wa­łam ją, a ja­kże! By­wa­ło, że na­wet po­kle­pa­łam się za to po ra­mie­niu, lecz... tak na­praw­dę nie po­tra­fi­łam sie­bie do­ce­nić. W tym ta­kże nie bierz ze mnie przy­kła­du.

Weź przy­kład z Bel­li! Wiesz, że re­da­gu­jąc tę po­wie­ść, my­śla­łam so­bie: "Prze­cież to wszyst­ko jest o mnie!".

Uczu­cia głów­nej bo­ha­ter­ki nie­jed­no­krot­nie sta­ły na rów­ni z mo­imi. Ja też po­grze­ba­łam w so­bie wie­le na­mi­ęt­no­ści. Ja też re­zy­gno­wa­łam z sie­bie, wie­lo­krot­nie przed­kła­da­jąc do­bro i szczęście ro­dzi­ny nad wła­sne. Aż wresz­cie kom­plet­nie stra­ci­łam po­czu­cie pro­por­cji. Może to i do­brze? Gdy­by tak się nie sta­ło, pew­nie nie po­wsta­ła­by ta po­wie­ść.

W Uśpio­nych na­mi­ęt­no­ściach jest za­baw­nie, od­wa­żnie i nie­kie­dy li­rycz­nie - ni­czym w naj­lep­szym spek­ta­klu, za­tem:

Dzie?kuje?, dzie?kuje?, dzie?kuje? - na po­cza?tek za­wsze trzy razy. Póz?niej po sto­kroc? wie?cej. To juz? nie jest moja po­wies?c?. To nie jest mój spek­takl. Od­da­je? Wam wszyst­ko, co we mnie naj­pi­ęk­niej­sze, ko­cha­ni Czy­tel­ni­cy. Głe?boko wie­rza?c, z?e to pi­ęk­no po­zo­sta­nie w Wa­szych ser­cach na dłuz?ej.

Dzi­ęku­ję mo­jej ro­dzi­nie: To­bie, Prze­mku i Wam, Lili i Re­mi­ku.

Dzi­ęku­ję mo­jej ma­mie, Ewie, za to, że je­steś, za­wsze gdy Cie­bie po­trze­bu­ję.

Dzi­ęku­ję przy­ja­cio­łom oraz cu­dow­ne­mu ze­spo­ło­wi Wy­daw­nic­twa Luna. Zwłasz­cza To­bie, Na­tal­ko Go­win. Zło­ty me­dal to za mało za to, jak ogrom­nym oka­za­łaś się wspar­ciem w tak trud­nych dla mnie chwi­lach.

Dzi­ęku­ję re­dak­tor­ce Kasi Woj­tas i pa­niom ko­rek­tor­kom Jo­lan­cie Ku­char­skiej i An­nie Skó­rze - bez Was nie da­ła­bym rady.

Do­bre Anio­ły czu­wa­ły nade mną, za co je­stem ogrom­nie wdzi­ęcz­na. Po­chy­lam gło­wę z po­ko­rą, szep­cząc raz jesz­cze: dzi­ęku­ję, dzi­ęku­ję, dzi­ęku­ję.

Do zo­ba­cze­nia juz? wkrót­ce, na kar­tach ko­lej­nej ksia?z?ki - oby zdro­wie było i szczęście do­pi­sa­ło, a na pew­no wszyst­ko się uda!

Tym­cza­sem pro­sto z mo­je­go ser­ca wy­sy­łam Wam ogrom mi­łos?ci i uśmie­cham się do Was naj­pi­ęk­niej, jak po­tra­fię, przy­po­mi­na­jąc - TO DLA WAS DZIE­JE SIĘ TO WSZYST­KO.

Ania

PS Wszyst­kie błe?dy, któ­rych do­pa­trza? sie? Pan?stwo w ni­niej­szej ksia?z?ce, sa? wyła?cznie moja? wina?.

Pro­log

Pa­trze­nie na otwar­tą trum­nę pra­wie ni­g­dy nie bu­dzi po­zy­tyw­nych emo­cji, chy­ba że leży w niej ktoś, kogo, mó­wi­ąc de­li­kat­nie, nie da­rzy­my sym­pa­tią, by nie po­wie­dzieć "nie­na­wi­dzi­my". Dla­cze­go więc Iza­bel­le Wal­ter, na­zy­wa­na przez znacz­ną część swo­je­go ży­cia Bel­lą, czu­ła bło­go­ść? Bło­go­ść to prze­cież po­zy­tyw­ny stan. Na­uczo­no nas, że nie na­le­ży jej czuć w chwi­li po­grze­bu.

Bel­la ko­cha­ła męża. Od­da­ła mu nie­świa­do­mie ka­wa­łek swo­je­go dzie­ci­ństwa, bar­dziej świa­do­mie mło­do­ść i zde­cy­do­wa­nie świa­do­mie doj­rza­ło­ść. Ni­cze­go na niej nie wy­mu­sił - to były jej de­cy­zje, a przy­naj­mniej tak sądzi­ła. Te­raz, pa­trząc na wy­sta­jące lek­ko po­nad brzeg trum­ny błysz­czące buty Edwar­da, zda­ła so­bie spra­wę, że kil­ka dni temu wy­po­le­ro­wa­ła je po raz ostat­ni, i na ra­zie nie była zdol­na wy­obra­zić so­bie, jak będzie wy­gląda­ło jej ży­cie bez tej ru­ty­no­wej czyn­no­ści.

Wes­tchnęła gło­śno, zwra­ca­jąc na sie­bie uwa­gę ca­łe­go po­grążo­ne­go w roz­pa­czy ko­ścio­ła. Gło­wy wspó­łpra­cow­nic nie­bosz­czy­ka, na­kry­te w wi­ęk­szo­ści ka­pe­lu­sza­mi z wo­al­ką, od­wró­ci­ły się w jej stro­nę. Nie pod­jęła spoj­rze­nia żad­nej z nich, będąc szcze­rze ura­do­wa­ną fak­tem, że nie ma na tym świe­cie już ni­ko­go, komu wy­pa­da­ło­by się z tego tłu­ma­czyć.

Le­d­wie sły­szal­ne szep­ty krąży­ły po świ­ąty­ni, do­cie­ra­jąc do uszu wdo­wy, któ­rej pur­pu­ro­wy płaszcz pa­so­wał do oto­cze­nia tak, jak do­ma­lo­wa­na dło­nią przed­szko­la­ka czer­wo­na róża do sło­necz­ni­ków van Go­gha.

"Z cze­go ona tak się cie­szy? Spójrz tyl­ko na te kar­mi­no­we usta! A pa­znok­cie? Zwa­rio­wa­ła! Jest śro­dek je­sie­ni, a ona w szpil­kach z od­kry­ty­mi pi­ęta­mi! Poza tym jak mo­żna było wło­żyć taką mini na po­grzeb?"

Mu­zy­ka sącząca się z wbu­do­wa­nych w mury gło­śni­ków mo­nu­men­tal­ne­go bu­dyn­ku zda­niem Bel­li ni­jak się mia­ła do jej na­stro­ju. Głos or­ga­nist­ki, cho­ciaż ła­ska­wy dla ucha, wy­śpie­wy­wał sło­wa sprzy­ja­jące ro­nie­niu łez. Dło­nie od­wie­dza­jących ko­ściół "ka­to­li­ków" nie­po­rad­nie mi­ęto­li­ły w pal­cach wy­ci­ągni­ęte na tę oko­licz­no­ść no­wiu­te­ńkie ró­ża­ńce.

Bel­la uśmiech­nęła się sze­ro­ko, po­trząsnęła lek­ko gło­wą, ści­ągnęła ło­pat­ki, pod­no­sząc dum­nie bro­dę, po czym wsta­ła i ru­szy­ła w kie­run­ku zma­rłe­go męża, by po raz ostat­ni po­pra­wić mu ko­łnierz.