ROZDZIAŁ 2
Otworzył oczy i natychmiast zamknął je z powrotem, oślepiony.
- No jak, już lepiej? - spytała pochylona nad nim postać, wysoka i chuda jak kij. Gerhard!
Thomas wydał z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk, zduszony atakiem spazmatycznego kaszlu. Nieopisany ból przeszywał każdy jego mięsień, wdychane powietrze paliło krtań żywym ogniem i czuł się tak, jakby do ust wsypano mu cały wór trocin, ale przynajmniej żył. Leżał na czymś płaskim i w miarę równym, a przecież jeszcze chwilę, przeraźliwie długą chwilę temu spadał, sztywny jak kłoda, wprost w spienione wody Katarakty!
- Gerhard? - wystękał wreszcie. - Co to było?
- Mieszanka różnych świństw, ale głównie tetanospazmina. Jedna z najsilniejszych trucizn, jakie istnieją.
- Ale skąd...?
- Hossan. Drań uderzył w twoje poliprocesory i omal nie połamał ci karku. Słowo daję, myślałem, że już po tobie.
- Zniszczył mi je? - zasmucił się Thomas, który zdążył zżyć się ze swoimi malutkimi aniołami stróżami.
- Może nie całkiem zniszczył, ale bar?o je przeciążył. I, jak to się fachowo mówi, skorumpował.
- To znaczy?
- To znaczy, że podmienił w nich instrukcje na własne.
- A nie da się ich usunąć?
- I przywrócić oryginalny program? Owszem, ale ja tego nie umiem. Jedyne, co mogę, to zdezaktywować ci je na stałe.
- Ty chyba żartujesz! - Thomas spróbował unieść się na łokciu, ale ramię, bezwładne jak kawałek drewna, poddało się pod nim natychmiast. - O, w rozziew, ale boli!
- Ej, leż spokojnie. Dałem ci ponad pięćset jednostek antytoksyny, jednak trochę potrwa, nim za?iała w pełni. A co do poliprocesorów to nie, nie żartuję.
- Chcesz mi je zabrać? - Thomas oblizał wyschnięte wargi i raz jeszcze podjął wysiłek, by usiąść. Niewiele jednak z tego wyszło.
- W tej chwili są już i tak bezużyteczne, a nawet gorzej, niż bezużyteczne.
- Gerhard!
- Ech... - Von Klosky pokręcił głową. - No dobra, póki co i tak jesteś w takim stanie, że lepiej niczego tam nie dotykać, Na razie je uśpij z komendy prywatnej, bo tego na pewno nie złapał. A ja może coś wymyślę po dro?e.
Zmaltretowany Thomas dał za wygraną. Antidotum ?iałało jednak szybko i wkrótce mógł już swobodnie usiąść. Ciało wciąż miał jeszcze nieco drętwe, ale to zeszło na dalszy plan wobec pragnienia. Von Klosky zszedł do Rzeki i wrócił z wodą w małym, rozkładanym kubku.
- Pij, tylko ostrożnie.
Farquahart starał się nie spieszyć, ale i tak opróżnił naczynie niemal jednym haustem. A potem, pierwszy raz tego dnia, przyjrzał się uważniej von Klosky'emu. Zawsze tak schludny arcykonstabl przedstawiał sobą doprawdy wstrząsający widok. Jego szarą ze zmęczenia twarz przyozdabiała sina pręga, która biegła przez większą część prawego policzka. Lewy był opuchnięty i cały w bąblach, a uniform, poroz?ierany i obkurczony w niezliczonych miejscach, nadawał się już właściwie tylko do wyrzucenia. Ale najbar?iej niesamowite wrażenie robiła krew, którą Gerhard zbryzgany był od stóp do głów.
- Deus, wyglądasz, jak rzeźnik. Co tu się właściwie stało?
- A dasz już radę poruszać się o własnych siłach?
Thomas podniósł się powoli. Przez chwilę cho?ił tam i z powrotem, starając się wygnać z ciała resztki drętwoty.
- Dam.
- W takim razie chodź.
Von Klosky ruszył w kierunku zrakowaciałego wręgu konaru. Dawno temu, wypchnięty ku górze przez nieznany kataklizm wręg przeciął spokojny nurt Rzeki kilkupiętrowej wysokości tamą, dając początek Katarakcie i przewalającemu się teraz nad nią wodospadowi. Wręg wycho?ił z Rzeki wysoką, kostropatą groblą, siną od porastających ją wężotrawów. Kiedy dotarli na szczyt, oczom Thomasa ukazała się trójkątna platforma wyznaczona przez ową groblę, stok Ryftu oraz rozlewisko. Kilkaset metrów ponad nią rósł bambusowy zagajnik, najprawdopodobniej ten sam, który dostarczył mu tylu emocji.
Gerhard przystanął, położył mu jedną rękę na ramieniu, a drugą skierował w dół.
- Matko wszechzieleni! - wyszeptał Thomas.
Niemal dokładnie pośrodku platformy spoczywały dwa nieruchome ciała; leżały na skraju czegoś, co wyglądało jak rozgrzebany śmietnik. Farquahart otworzył usta, by zadać pytanie, lecz Gerhard już zbiegał w dół, więc Thomas bez słowa, acz ostrożniej, bo nogi wciąż miał trochę słabe, podążył za nim. To, co ze szczytu grobli wziął za porozrzucane śmieci, z bliska okazało się chaotycznym rozsypiskiem mnóstwa kawałków jakiejś szkliście połyskującej substancji, pomieszanych z licznymi strzępami materiału i ubabranych trudną do zidentyfikowania różowawą mazią.
Nie mogąc dociec, na co właściwie patrzy, Thomas zignorował ?iwaczne śmietnisko, bar?iej zresztą zainteresowany parą trupów. Przez chwilę tylko przyglądał się im w milczeniu, przenosząc wzrok z jednego ciała na drugie. Gerhard obserwował go kątem oka, być może spo?iewał się po swoim zastępcy dramatyczniejszej reakcji. Lecz Thomas otrzymał już ?isiaj swoją porcję niespo?ianek, a poza tym to, co ujrzał, pasowało do jego wcześniejszych podejrzeń i zaczęło nadawać przynajmniej jakieś pozory sensowności pozostałym zagadkom dnia.
- Coś takiego, stonoga rzeczywiście nie łgała...
Większe z dwóch ciał należało do Rowlanda, syna Juana Kraushaara, głowy jednego z pięciu najznamienitszych klanów w Keshe. Drugi nieboszczyk był jeszcze bar?iej znajomy. Farquaharta przeszedł dreszcz, jakby przejrzał się w lustrze z Salonu Grozy i zobaczył siebie samego, tyle, że zmasakrowanego i martwego. Niemal idealnie pośrodku czoła sobowtór miał ?iurę. Ale chociaż jego średnica odpowiadała typowej, małokalibrowej broni plazmowej, krawę?iom rany brak było charakterystycznych śladów, to jest osmaleń, skauteryzowanych naczyń i tkanek miękkich, czy grudek stopionej kości. Przeciwnie, rana była niemal doskonale okrągła, czysta i gładka, jak wywiercona świdrem. Z głowy nieszczęśnika została praktycznie jedynie twarz, wszystko inne zostało zdmuchnięte przez plazmę. Ale krwi nie było tu prawie wcale. Tylko jakieś lśniące drzazgi i coś, co przypominało kłębki mokrej, poszarpanej waty.
- Ależ to nie jest człowiek! - Wolno podniósł się z klęczek.
Kiedy się jednak przez chwilę nad tym zastanowił, doszedł do wniosku, że było to właściwie jedyne logiczne wytłumaczenie. Pomijając Regulamina, co do którego fizycznej natury wciąż nie mógł się zdecydować, Thomas znał tylko dwa inne mannekeny, Bustera i Charliego, spokojnych i niewa?ących nikomu samotników z Esendu. Od lat stanowili atrakcję każdego festynu i jarmarku, zabawiając przechodniów swymi nieprawdopodobnymi zdolnościami do zmiany kształtu ciała, a szczególnie upodabnianiem się na poczekaniu do każdego, kto zechciał rzucić im parę gloss.
Czegoś jednak brakowało Thomasowi w tej makabrycznej scenie.
- A g?ie Hossan? Pozwoliłeś mu uciec?
- Nie. Stoisz przed nim.
Thomas cofnął się odruchowo, spoglądając pod nogi.
- Deus! To jest Hossan Kraushaar?
Gerhard potwier?ił skinieniem głowy.
Słowa von Klosky'ego były jak zaklęcie odczarowujące ślepca i Thomas ujrzał nagle w bezładnie porozrzucanych szczątkach fragmenty lu?kiego ciała. Nie dostrzegł tego wcześniej, bo po pierwsze, było tu o wiele za mało czerwieni, po drugie zaś, miejsce rzezi nie tchnęło wcale martwotą. Szczątki poruszały się bowiem, pełznąc coraz szybciej ku środkowi pobojowiska jak czerwie w kierunku mięsa. Thomas poczuł, że włosy stają mu na głowie.
- O, nie, nic z tego! - Von Klosky błyskawicznym ruchem porwał z ziemi jakąś różowawą bryłę i dotykając jej w kilku miejscach nieznanym Farquahartowi przedmiotem. Żywogrunt pod ich nogami lekko zadrżał, a pełzające strzępy momentalnie znieruchomiały. Gerhard odetchnął ciężko, po czym wymamrotawszy pod nosem "później się tobą zajmę", schował bryłę do jednej z niezliczonych kieszeni swojego zniszczonego uniformu.
Przez chwilę Thomas nie mógł się poruszyć, porażony niesamowitą sceną.
- Mów - wyszeptał wreszcie.
- No cóż. - Von Klosky wytarł ręce w swoją zdefasonowaną tunikę. - Zapomniałem, że niezneutralizowany...
- Nie, nie tak. Od początku.
*
Aż do ?isiaj Thomas był przekonany, że wie to i owo o ro?ie Kraushaarów. Gerhard uświadomił mu, że się mylił, i że poza tym, co gadali lu?ie, nie wie?iał o nich praktycznie nic. Nie miał na przykład pojęcia, że Hossana łączyło z Rowlandem takie samo pokrewieństwo jak jego samego z pseudo-Farquahartem, czyli absolutnie żadne. Różnica polegała na tym, że tamten odgrywał syna Juana Kraushaara już od ponad ośmiu lat, przez cały ten czas wo?ąc za nos wszystkich w Keshe, ze "swoją" ro?iną na czele. Wszystkich, oprócz Gerharda, od dawna świadomego, że Hossan to w rzeczywistości inteligentny i przebiegły manneken, który po wygnaniu go przez enigmatyczną organizację, zwaną przez Gerharda Synodem, znalazł sobie schronienie w Keshe, prze?ierzgnąwszy się sprytnie w jednego z Kraushaarów.
Czym konkretnie Hossan naraził się owemu synodowi, tego von Klosky nie potrafił powie?ieć. Ale wystarczyło popatrzeć na charakter tego drania - egotyzm, skłonność do skrajnego okrucieństwa, nadmierną ambicję oraz głęboką niechęć do podporządkowywania się komukolwiek - żeby zrozumieć, iż prę?ej czy później każda grupa musiała go uznać za persona non grata.
Jednak to, że był banitą, nie oznaczało wcale jego bierności. Przeciwnie, kiedy tylko poczuł się wystarczająco pewnie w nowym domu, przystąpił do dyskretnego przekształcania Keshe w swoje prywatne imperium. Ostrożny, cierpliwy i konsekwentny, pracował na kilku frontach jednocześnie, krok za krokiem podporządkowując sobie Wysokie Rody, pozbawione celu ?ieciaki z ulicy, a nawet czerwono-czarnych, którzy desperacko poszukiwali zwolenników. Wszystko po to, by któregoś dnia stanąć siłą naprzeciw Synodu i o?yskać to, co w jego głębokim przekonaniu zostało mu tak niesprawiedliwie zabrane.
Niespo?iewane pojawienie się von Klosky'ego skomplikowało życie Hossana, lecz tylko na krótko. Szybko bowiem dostrzegł w tym niezwykłym obcym potencjalny instrument, który w konfrontacji z synodem mógł się okazać skuteczniejszy od jakiejkolwiek armii. Osobiście Kraushaar niewiele sobie robił z tego, kim naprawdę był nowy arcykonstabl. Nie z takimi miał już w życiu do czynienia. Ale jako zupełnie nowy typ agenta "kretów", von Klosky stanowił doskonałą przynętę i zarazem straszak dla Synodu.
Ze zręcznie preparowanych przez Kraushaara meldunków począł wyłaniać się obraz Gerharda jako praw?iwego jeźdźca Apokalipsy rodem z najmroczniejszych głębin Dołu, a z drugiej strony Hossana jako opatrznościowego męża, który szczęśliwym zbiegiem okoliczności znalazł się we właściwym czasie na właściwym miejscu. Ładnych parę lat zabrało Kraushaarowi urabianie niemrawego i podejrzliwego Synodu, nim połknęli haczyk na dobre i zażądali od swojego niegdysiejszego kamrata podjęcia zdecydowanych kroków.
Od tej pory Hossan grał już tylko na zwłokę i choć teoretycznie mógł usunąć arcykonstabla w każdej chwili, nie zrobił tego, bo im dłużej istniał ktoś taki jak Gerhard, tym dłużej on sam mógł cieszyć się wyjątkową pozycją, a także samą intrygą. Toteż nadal pozwalał von Klosky'emu wyciągać od siebie rozmaite informacje, przekonany, że przecież i tak prę?ej czy później je o?yska, razem ze wszystkimi domniemanymi tajemnicami, których tamten nigdy mu nie zdra?ił. Nie mówiąc o tym, że bawienie się z von Klosky'm w kotka i myszkę po prostu sprawiało mu przyjemność.
- W ostatnich dniach zaczął mi nawet podrzucać najpraw?iwsze raporty o postępach, jakie poczynił w doprowa?aniu Synodu na skraj całkowitej paranoi. Lecz jeśli rzeczywiście udało mu się wyrwać Synod z letargu, to tylko pozazdrościć kanalii daru przekonywania. Swoją drogą ciekawy jestem, jak tamci zareagują teraz na jego nagłe milczenie.
- Są?isz, że zechcą sami przyjść tu po ciebie?
- Niewykluczone, choć prawdę powie?iawszy, byłbym z?iwiony. Synod to żywa skamieniałość, zatopiona we własnej historii.
- A dokładniej?
- Za długo by teraz opowiadać, może innym razem. Tak czy siak, Synod jest grupką dinozaurów, z którą nikt już się w ?isiejszym świecie nie liczy
- Wobec tego nie rozumiem. Tyle zachodu, żeby podlizać się grupie, jak to nazwałeś, dinozaurów? Bez sensu.
- Nie twier?ę, że wszystkie motywy Hossana były dla mnie przejrzyste. Ale jedno wiem na pewno: Synod to prestiż. Elita stara i odsunięta na boczny tor, niemniej wciąż elita przez duże E, przy której tutejsza pseudoarystokracja to zwykła hołota. I możesz się z tego śmiać, lecz dla wielu wykluczenie poza nawias kręgu wybranych to rzecz gorsza od śmierci. Przypuszczam, że tak właśnie było w przypadku Hossana Kraushaara. Nie mógł pogo?ić się z utratą statusu i rozpaczliwie pragnął powrócić na łono Synodu. Mając do wyboru siłę, fortel bądź przekupstwo, wybrał to ostatnie - przebłagalną ofiarę w postaci głowy demonicznego von Klosky'ego - i prawie mu się udało. Będąc jednak miłośnikiem barokowych intryg, nie potrafił mnie tak po prostu zabić. Dlatego też jego ?isiejsza akcja wyglądała tak, a nie inaczej.
Gerhard pokrótce opowie?iał zdarzenia tego ranka. O tym, jak odkrył, że człowiek, z którym wyruszył rano na rutynowy patrol, nie był jego partnerem, o walce z pseudo-Farquahartem na moście, w czasie której ten nagle zniknął, i o nagłym pojawieniu się Hossana, z którym pojedynek skończył się lądowaniem w Rzece. Zaatakowany znienacka przez Kraushaara, von Klosky ocknął się otoczony cienkimi ścianami bąbla, który nie tylko utrzymywał go na wo?ie, ale także blokował wszelkie sygnały, skutecznie uniemożliwiając Thomasowi nawiązanie łączności z arcykonstablem. Na szczęście powłoka nie była z tych szczególnie mocnych ani długotrwałych i stosunkowo szybko poddała się ultradźwiękowemu ostrzu, z którym Gerhard nigdy się nie rozstawał. Zamiast jednak od razu wypłynąć na powierzchnię, von Klosky pozostał jeszcze pod wodą wystarczająco długo, żeby wywrócić membranę na drugą stronę i wleźć w nią z powrotem, tak by ekranowanie ?iałało na jego korzyść.
O mało się przy tym nie utopił i przeżył praw?iwy koszmar, usiłując wydostać się z wody w tej groteskowej prezerwatywie, ale wysiłek opłacił się z nawiązką. Pozostając poza zasięgiem wyczulonych zmysłów Hossana, Gerhard dotarł nad Kataraktę w chwili, gdy kłótnia pomię?y jego niedoszłymi porywaczami sięgnęła zenitu. Kraushaar musiał wpaść w furię, ujrzawszy, jak spieprzyli całą sprawę, i pierwszy wybuch swego gniewu skierował na pseudo-Farquaharta. Czy pomię?y dwoma mannekenami doszło do wcześniejszej wymiany żalów, tego Gerhard nie wie?iał. Kiedy bowiem wyjrzał zza grobli, nieszczęsny sobowtór Thomasa leciał właśnie bezwładnie z nóg, a rozsier?ony Hossan chował pistolet do olstra. Na drugi ogień poszedł Rowland, któremu oberwało się za wszystko od uro?enia. Wkrótce "bracia" zatracili się we wzajemnym zacietrzewieniu, stwarzając Gerhardowi idealną okazję do ataku. Trafiony skoncentrowanymi ładunkami kolejno w głowę, klatkę piersiową i nogi, Rowland był martwy, nim jeszcze jego tłusta padlina dotknęła żywogruntu. Ale z Hossanem nie poszło już tak łatwo. Tempo jego reakcji było literalnie nadlu?kie i mimo że został wzięty z zaskoczenia, pierwszy omal nie odstrzelił von Klosky'emu szczęki, czyniąc ekwilibrystyczne wręcz uniki i szybko posuwając się w stronę arcykonstabla.
Prawdopodobnie Kraushaar wyszedłby z tego pojedynku cało, gdyby nie Thomas. Kiedy wypadał z bambusowego zagajnika, Farquahart myślał jedynie o tym, żeby nie rozsmarować się na stromym zboczu, ale Hossan wziął to za zaplanowany manewr. Przestraszony, że strażnicy chcą wziąć go w dwa ognie, na moment się zawahał, co Gerhard z wielką przytomnością umysłu wykorzystał. Strzelił w głowę mannekena, skupiając w tym jednym wyładowaniu cały zapas energii neutralizatora. Kraushaar runął w konwulsjach na ziemię, ale w ostatnim, mściwym geście zdążył jeszcze przesłać wrogie instrukcje poliprocesorom Thomasa. Von Klosky usłyszał krzyk, lecz nie miał już żadnej broni poza swoją maczetą, i nim Hossan przyszedł do siebie po szoku, Gerhard spadł na niego niczym jastrząb, rąbiąc kanalię ultradźwiękowym ostrzem. Dopiero gdy z Kraushaara zostało to, co teraz leżało u stóp Thomasa, von Klosky pośpieszył z pomocą swojemu zastępcy, niemal w ostatniej chwili ratując go przed zsunięciem się w kipiel Katarakty.
*
Przez chwilę żaden z nich nie o?ywał się ani słowem. Wokół panowała cisza jak w jakiejś świątyni, Rzeka płynęła niezmiennie na północ, żywoskłon świecił i tylko ta makabreska wokół Thomasa nie pasowała do spokojnej harmonii otoczenia.
Zamyślony Thomas trącił czubkiem buta pierwszy z brzegu strzęp tego, w co zmienił się niegdyś dumny i pewny siebie Hossan Kraushaar.
- Powinniśmy chyba coś z tym zrobić, nie uważasz?
- Za moment. Na razie chciałbym, żebyś mi pomógł w rozwiązaniu pewnego dylematu.
- Jakiego?
Von Klosky sięgnął do szyi i odpiął stójkę z insygniami swego urzędu. Po krótkim namyśle dorzucił do tego jeszcze obydwa trójwymiarowe emblematy z rękawów. Thomas przyglądał się temu zaintrygowany.
- Takiego, czy pójść za głosem wyższych racji, czy też raczej za namową serca. Albo zwykłego egoizmu, jeśli już nazywać rzeczy po imieniu. Chcesz, możesz zinterpretować to jako tchórzostwo z mojej strony albo ucieczkę przed odpowie?ialnością, masz prawo. Bo rzeczywiście nie byłem wobec ciebie całkiem w porządku. Co prawda nie do końca z własnej winy, ale to i tak niczego nie zmienia. Jednak bez względu na to, co sobie pomyślisz, fakt pozostaje faktem: muszę stąd odejść.
- To znaczy skąd?
- Z New Cheshire, z tego segmentu. Ech, nie tak miało to wyglądać, ale cóż zrobić? Los to już taka złośliwa świnia...
- O czym ty gadasz? - Thomas nie wierzył własnym uszom.
- O problemach, które domagają się mojej obecności w całkiem innym miejscu.
- Problemy? Deus, myślałem, że właśnie się ich pozbyłeś! - Farquahart szerokim gestem wskazał to, co zostało z Hossana i jego wspólników.
- Ach, ci... Nie, to tylko moje osobiste kłopoty, niemające nic wspólnego z tym, o czym mówię.
Na moment zamilkł, ponownie spoglądając ku Keshe.
- Wiesz, czego najbar?iej nie lubię, Tom? Roboty, którą się rozpoczyna i w połowie rzuca w kąt. Jeszcze rok, najwyżej dwa, i system napę?ałby się sam, a ja mógłbym nareszcie odetchnąć i zająć się czymś normalnym. Może nawet otwarłoby się tu jakąś szkołę z praw?iwego zdarzenia, kto wie? A tak? Sto tysięcy pouchylanych drzwi, przez które lu?ie zaczną maszerować na oślep, jeśli nikt tym dalej odpowiednio nie pokieruje. I dlatego chciałem cię prosić - jego chłodny wzrok ponownie spoczął na Farquaharcie - żebyś przejął ode mnie obowiązki arcykonstabla.
Thomasowi zawirowało przed oczami i przez kilka długich sekund wpatrywał się tylko oniemiały w twarz swojego zwierzchnika. Musiał się przesłyszeć.
- Wiem, co w tej chwili myślisz: "Stary cap nawarzył bigosu, i chce mi go wywalić na łeb, a sam zniknie stąd jak szczur", nieprawdaż?
Thomas miał już przygotowany w głowie własny tekst, teraz jednak zamilkł, skonsternowany, bo Gerhard dosłownie wyjął mu te słowa z ust.
- Tak, narobiłem w waszym mieście zamieszania - kontynuował von Klosky. - Przewróciłem parę rzeczy do góry nogami, wpę?iłem w głęboką depresję kilku nadętych pajaców, doprowa?iłem do zalegalizowania przemytu, czyniąc z niego zwykły handel. Praktycznie zdemontowałem cały wasz stary układ i diametralnie zmieniłem życie tysięcy tutejszych lu?i, co zresztą od samego początku było moim celem. No, jednym z celów - dodał, uśmiechając się enigmatycznie. - Wie?iałem jednak, że nie będę tu sie?iał wiecznie, pomyślałem więc, że dobrze byłoby znaleźć kogoś, kto po moim odejściu przypilnuje, żeby skopany przeze mnie zagon nie zarósł na powrót chwastami. Kilku kandydatów wpadło mi w oko, ale głównym byłeś właśnie ty. Niestety, po dro?e nie uniknąłem błędów. Po pierwsze, zbyt głęboko dałem się wciągnąć Hossanowi w jego podstępną grę, z wolna zaniedbując wszystkie inne sprawy. A po drugie, o wiele za długo zwlekałem z wtajemniczeniem cię w moje plany, przez co omal nie doprowa?iłem do tragedii. Są?iłem jednak, że mam jeszcze mnóstwo czasu.
- Ale...
- A ty świetnie byś sobie pora?ił. - Gerhard nie dopuścił Thomasa do słowa. - Masz w zasa?ie wszystko, czego trzeba: charakter, inteligencję, zdecydowanie, a co najważniejsze, potrafisz instynktownie odróżniać dobro od zła. Rzecz jasna, nie zostawiłbym cię zupełnie samego. We wszystkich kwestiach proceduralnych mógłbyś spokojnie zdać się na Regulamina. Znalazłem też w mieście kilka osób, na których można polegać i które z ochotą służyłyby ci wsparciem.
Przy tych słowach wyciągnął w kierunku swojego zastępcy prawą rękę, tę, w której wciąż trzymał pobłyskujące insygnia.
- Więc jak?
Thomas z wahaniem odebrał od niego stójkę i naramienniki. Oto miał w ręku symbole tego, o czym marzył co drugi dorastający smarkacz w mieście. Symbole trzeciej wła?y, a może już nawet pierwszej, jeśli dobrze zrozumiał Gerharda. Przez chwilę obracał insygnia w dłoniach, z odrobiną żalu spoglądając na jaskrawe, nieustannie poruszające się w ich półprzezroczystym materiale piktogramy. Arcykonstabl Thomas Slavomir Farquahart, z namaszczenia ustępującego...
- Nie.
O ?iwo, Gerhard wcale nie okazał zmartwienia czy rozczarowania, usłyszawszy odmowę. Przeciwnie, nawet się rozluźnił, a na jego napiętej dotąd twarzy pojawił się wyraz ulgi, kiedy Farquahart oddał mu emblematy. Nie nałożył ich jednak z powrotem, lecz zwyczajnie wsa?ił wszystko do jednej ze swych niezliczonych kieszeni.
- Nie, powiadasz?
- Nie - odrzekł Thomas zdecydowanie. A spostrzegłszy dwuznaczny uśmieszek, wykwitający na wargach von Klosky'ego, dodał szybko: - Rany Drzewa, tylko sobie nie pomyśl, że ze mnie jakiś trzęsidupa albo niew?ięczny zarozumialec. Doceniam twoje zdanie o mnie, i w ogóle... Co tam doceniam, dumny jestem jak paw, taka jest prawda. Jednak nie mogę. Po prostu nie czuję się na siłach. Gdybyś mnie uprze?ił, wyjaśnił sprawy wcześniej, przygotował jakoś, do licha! Ale nie tak znienacka, jak łuk z żywoskłonu! Mówiłeś, że są jeszcze jacyś inni, tak? Więc daj to któremuś z nich. Proszę bar?o, możesz im nawet polecić mnie jako zastępcę, chętnie pomogę. Ale arcykonstabl?
- Doskonale cię rozumiem. I szanuję, bo, jak to mówią, im bar?iej ktoś pragnie wła?y, tym mniej jej wart. Skoro jednak nie interesuje cię urząd, to co byś powie?iał na inną propozycję?
- Jaką znowu?
- Idź ze mną.
- Iść z tobą?
- Właśnie. Szczerze mówiąc, liczyłem na to, że nie przyjmiesz tych świecidełek. Bo wtedy musiałbyś tu zostać, a ja wolałbym nadal mieć cię przy sobie. Ktoś taki jak ty wkrótce może mi się okazać bar?o potrzebny. Uprze?am jednak uczciwie, że nie bę?ie to krótka, spokojna wycieczka za miasto. Możesz już nigdy więcej nie ujrzeć swojego Keshe, toteż dobrze się zastanów, zanim odpowiesz. Nie chcę od ciebie żadnej pochopnej decyzji.
Farquahartowi od razu żywiej zabiło serce. Zastanawiać się? Deus, nad czym? Od chwili kiedy von Klosky oznajmił mu swoją szokującą decyzję o opuszczeniu Keshe, w Thomasie kołatała cicha na?ieja, że może to jednak wcale nie jest koniec ich znajomości. Thomas poszedłby z Gerhardem, tak jak stał! Nic go w Keshe nie trzymało, żadna ro?ina, kochanka, interesy ani praca. I zawsze marzył, że kiedyś wreszcie wyrwie się z tej zatęchłej mieściny, w której życie coraz bar?iej przypominało powolną kastrację. Że zobaczy kawałek innego świata, przeżyje coś ekscytującego. Gdyby nie Gerhard, to kto wie, może nawet któregoś dnia przyłączyłby się do szklarzy, którym zresztą od małego zazdrościł. Nie ich pienię?y, bo o te niewiele dbał, ale tego, g?ie tamci bywali i co wi?ieli podczas swoich przemytniczych wypraw. Go?inami mógł słuchać ich gawęd, nieważne, że ubarwionych i często naciągniętych do granic możliwości. Doprawdy, czyżby znał go aż tak słabo, że w ogóle pyta?
- Daleko mielibyśmy iść?
- A gdyby to było nawet bar?o daleko?
- Co, do następnego segmentu?
- No nie, trochę dalej.
- Czyli g?ie? Do Pnia?
- Och, na pewno nie w tamtym kierunku!
- Zatem na południe?
- Zga?a się, na południe. A potem dalej.
Thomas uniósł brwi.
- Jeszcze dalej? Aż do samych gron?
Von Klosky ponownie pokręcił przecząco głową.
- Jasna mgła, Gerhard! - Thomas zniecierpliwił się tą zgadywanką. - To dokąd ty w końcu chcesz iść?
- Na Dół, Tom.
Thomas momentalnie zesztywniał.
- O, Matko wszechzieleni!
Dół. Na wpół mityczny, nieskończenie wielki Dół. Nieznanej natury ani struktury, nieogarniony, bu?ący odwieczną grozę jego współziomków Dół; że martwy, że wiecznie roztrzęsiony, że śmier?ący i rzygający trucizną... Przerażający, okrutny i zakazany, jak kiedyś straszył go stary Traevervort, w dobrej wierze chcąc obrzy?ić ?iesięcioletniemu Farquahartowi myśl o dalekich podróżach. G?ie upadli, wygnani bądź z niepojętych przyczyn dobrowolnie rezygnujący z życiodajnych objęć Drzewa nieszczęśnicy wiedli nader krótki i godny pogardy żywot, ?ień za dniem na granicy okrutnej śmierci...
- O, Matko wszechzieleni! - Thomas powtórzył ze szklistymi z emocji oczami. - Na Dół, do hadesu!
Von Klosky milczał, lecz w głębi ducha zastanawiał się, czy aby nie przecenił swoich umiejętności w ocenie lu?kich charakterów. Niewątpliwie Farquahart był wyjątkowym mło?ieńcem, praw?iwą perłą wśród reszty tutejszych Eloi, otępionych stuleciami egzystencji w cieplarnianym odosobnieniu megastruktury. Lecz nawet on od uro?enia nasiąkał światopoglądem opartym na prostej dwoistości: z jednej strony Drzewo, ucieleśniony raj i azyl, a z drugiej Dół, równie rzeczywiste i zgoła niemetafizyczne piekło, ostateczna granica i miejsce przeznaczenia wszystkich złych, potępionych i niechcianych. Otwarty umysł i zapał mogły stanowić niewystarczającą przeciwwagę dla atawistycznych lęków chłopca, a przestraszony Farquahart nie był tym, kogo Gerhard teraz potrzebował najbar?iej.
- Posłuchaj mnie, Tom. Dół nie jest aż tak straszny, jak myślisz. Żyją tam lu?ie, i to nie jakieś półdemony czy wygnani z Edenu wariaci, nie żadni nieszczęśni pokutnicy, w nieskończoność rozpamiętujący zagładę odległej Ziemi, jak to wam od zawsze wmawiano, ale normalni lu?ie, tacy jak ty czy ja. Czasami jest im tam bar?o ciężko, to prawda, i mają trochę inne problemy niż wy tutaj, ale mimo wszystko jakoś sobie ra?ą.
Thomas istotnie się przeląkł, lecz wcale nie zejścia do piwnicy świata, ale jedynie tego, że Gerhard mógł wziąć jego chwilowe osłupienie za objaw tchórzostwa i cofnąć swoją ofertę.
- Dlaczego mówisz do mnie jak do ?iecka? Są?isz, że strach mnie obleciał?
- Taką jednak zrobiłeś minę...
- Bo mnie zamurowało! Rany Drzewa, przecież ja zawsze, odkąd pamiętam, marzyłem o tym, żeby choć raz w życiu być na Dole!
- Ale te wasze legendy...
- Jakie nasze! Szklarstwo je wymyśla, bo to dla nich wygodne. Że niby odstraszą w ten sposób potencjalnych konkurentów. Już ja dobrze wiem, przez ile trzeba po?ielić te ich niesamowite bajania, żeby wyszło coś na kształt prawdy.
- No, to też nie jest do końca tak... - zaczął von Klosky, szybko jednak ugryzł się w język. - Czyli że nie miałbyś nic przeciwko temu?
- Przeciwko czemu? Żeby z tobą iść i zostawić to nudne miasto raz na zawsze? Żartujesz chyba! Ty mi tylko powie?, kiedy wyruszamy.
Zmarszczone czoło von Klosky'ego wygła?iło się momentalnie.
- ?isiaj. Jest jeszcze kilka drobnych spraw, które muszę załatwić, ale długo to nie potrwa. Najpierw jednak - omiótł wzrokiem pobojowisko - trzeba tu zrobić porządek, tak jak mówiłeś. Nie ma sensu niepotrzebnie kusić losu.
*
Uprzątnięcie ciał trochę się przeciągnęło. Najszybciej poszło z pseudo-Farquahartem, którego po prostu wzięli i zanieśli do zarośniętych ruin kopalni. Zrzuciwszy swoje brzemię na omszały podest przed wejściem do dawnej sortowni inkluzji, przez chwilę odpoczywali po wysiłku. Thomas po raz ostatni spojrzał na swoją martwą replikę. Był to dla niego wciąż szokujący i ?iwnie nierealny widok, jakby zaglądał w swoją przyszłość albo w głąb innej rzeczywistości, w której jego linia życia została przedwcześnie przerwana.
- Słuchaj no, Gerhard - spytał, nie mogąc wygnać z pamięci niesamowitej sceny z poruszającymi się somnambulicznie fragmentami Hossana. - Co to było ta różowawa gruda, którą wtedy...
- Neuromotor.
- Czyli, co?
- Czyli jego mózg, najkrócej mówiąc, choć u mannekenów to coś więcej. No wi?isz, dobrze, że mi przypomniałeś.
Gerhard wydobył maczetę, po czym jednym zgrabnym uderzeniem odciął pseudo-Farquahartowi głowę, a następnie dokładnie ją posiekał.
- To na wypadek gdyby plazmoid z pistoletu Hossana nie był jednak w stu procentach skuteczny. Zawsze lepiej być pewnym. No, dobrze, trzeba to teraz wszystko w coś pozbierać.
W jednym z rozpadających się budynków znaleźli zapleśniałą resztkę płachty do noszenia urobku. Zapakowali w nią doczesne szczątki sobowtóra i ponieśli je do sztolni, kichając od wszędobylskiego odoru stęchlizny.
- Cała zawalona jakimiś dechami. - Thomas zajrzał do środka. - Chociaż założę się, że są kompletnie przegniłe. No, dawaj!
Zamachnęli się i manneken w swoim zetlałym całunie poleciał w ciemność. Spróchniałe deski trzasnęły jak wafelek, z głośnym klekotem osypując się w ślad za nieboszczykiem.
- W porządku, jeden z głowy. Niech się reintegruje w pokoju.
Pozostał im jeszcze Rowland i jego porozrywany na strzępy fałszywy brat.
- Deus, tutaj przydałaby się jakaś porządna miotła...
- Tym się nie przejmuj. Do jutra nie pozostanie po tym nawet ślad.
- Ciekawe dlaczego? Przecież tego żadne zwierzę nie ruszy.
- A kto mówi o zwierzęciu? Drzewo go wchłonie, w końcu mannekeny to jego pomiot. Co, wi?ę, że znowu mi nie wierzysz? No to spróbuj podnieść jakiś kawałek.
Thomas zerknął na niego nieufnie. Schylił się w końcu i przezwyciężając odrazę, złapał pierwszy z brzegu szczątek, który okazał się akurat częścią stopy.
- A niech mnie, faktycznie nie da się oderwać! - Ze zdumieniem przyglądał się drobnym wypustkom wyrastającym teraz z Hossanowej pięty jak korzonki z nasienia.
- Sam wi?isz. - Gerhard ruszył w stronę zwalistego cielska Rowlanda.
Zatrzymał się jednak w pół kroku.
- Z drugiej strony... Wiesz, co? Pozbieraj to, co zostało z jego ubrania, i rzuć w jedno miejsce. Aha, i zwróć uwagę, czy nie ma przy nim jakichś użytecznych drobiazgów.
- To znaczy czego, konkretnie?
- Sam nie wiem. Po prostu odłóż na bok wszystko, co nie jest szmatą albo Hossanem. Ja tymczasem zajmę się Rowlandem.
Wkrótce Thomas miał dwie kupki śmieci: małą i dużą. Nie każdy strzęp bogatego przyo?iewku Kraushaara udało mu się uprzątnąć. Niektóre utkwiły pod zrastającymi się z żywogruntem szczątkami i nijak nie dało się ich stamtąd wydostać, toteż po kilku bezskutecznych próbach dał sobie spokój. Z tego, co udało mu się zebrać, wygrzebał jeden większy spłacheć - resztkę karmazynowej tuniki z włókna sztucznego, zapewne wartej majątek - i zgarnął na nią pozostałe ścinki, zawiązując wszystko w poręczny tobołek. W mniejszej ze stert leżał mię?y innymi pistolet plazmowy Hossana. Niestety bezużyteczny, bo w swoim rzeźnickim zapale von Klosky odciął mu lufę.
- Tom, mógłbyś mi pomóc? - Usłyszał zasapany głos Gerharda.
Thomas wstał z klęczek i podszedł do von Klosky'ego, który nieco bezradnym wzrokiem spoglądał na blisko dwustukilowe zwłoki.
- Rany macierzy, jak można było zrobić z siebie takiego wieprza! Przecież nawet we dwójkę nie damy go rady stąd ruszyć! A może po prostu zepchnąć to ścierwo do Rzeki?
- Spokojnie, na wszystko znaj?ie się sposób. Na razie przewróćmy go na plecy.
Zaparli się i zaczęli pchać, a nogi rozjeżdżały im się na wilgotnych mchach. Dopiero po kilku próbach unieśli zwaliste cielsko, które z ohydnym plaśnięciem przewaliło się na drugi bok.
- Ha! Coś podobnego! - Gerhard pochylił się nad szerokim, ozdobnym pasem, który otaczał drugiego z Kraushaarów jak obręcz beczkę, i stuknął w niewielki, gruby dysk z pokrętłami. - Retrowolator! Ciekawe tylko, skąd drań go wziął, bo takiej błyskotki jeszcze w Cheshire nie wi?iałem. Hm...
- Czekaj no... - Thomas przyglądał się niepozornemu urzą?eniu. - Przy Hossanie znalazłem takie samo.
- Naprawdę? No, to chyba mamy problem z głowy! Mógłbyś go przynieść?
Kiedy Farquahart wrócił do von Klosky'ego, ten już manipulował przy dysku Rowlanda. Nic się jednak nie ?iało.
- Cholera, albo ten dureń nie wie?iał, że każde urzą?enie wymaga zasilania, albo nosił to po prostu na pokaz. Moment...
Po chwili miniaturowe usypisko, tak pieczołowicie ułożone przez Farquaharta, było kompletnie rozgrzebane, a Gerhard trzymał w ręku szary prostopadłościan, nie większy od kciuka.
- Może z tym pój?ie.
- A co to takiego?
- Wygląda na zasilacz - odparł Gerhard i znowu pochylił się nad małym dyskiem. - Zobaczmy teraz.
Rozległ się cichy szczęk i na oczach osłupiałego Thomasa dwa kwintale Rowlanda Kraushaara uniosły się powoli w powietrze.
- Niech mnie rozziew! Gerhard, co to jest?
- Mówiłem ci już, retrowolator. - Von Klosky znowu dotknął małego urzą?enia. Trup od razu przestał się wznosić i z bezwładnie dyndającymi kończynami zatrzymał się nieruchomo jakiś metr nad żywogruntem.
- Ależ niesamowita rzecz! - Thomas z niedowierzaniem trącił zwłoki, które zakołysały się, jakby były podwieszone na niewi?ialnych linach.
Von Klosky uśmiechnął się z satysfakcją.
- Doskonale. Chyba nawet wystarczy ten jeden.
Dalej wszystko poszło w miarę gładko. Gerhard wrócił do pozostałości po osobistym dobytku Hossana, wybrał z nich jeszcze parę drobiazgów, resztą zaś obciążył zawiniątko ze szmatami i zamachnąwszy się szeroko, wrzucił wszystko do Rzeki. Potem z jednej ze swych przepastnych kieszeni wydobył cienką, półprzezroczystą linkę i zawiązał ją na szyi Rowlanda jak postronek.
- Masz. Ty ciągnij, a ja będę pilnował z tyłu.
- Dokąd?
- W górę, do tych bambusów.
Rozpoczęli ostrożną wędrówkę po skłonie zbocza, Farquahart ciągnął, Gerhard zaś popychał i sterował zarzucającymi na boki zwłokami Rowlanda. Pięć minut później stanęli na skraju gęstwiny, lekko zakłopotani. Bambusowe łodygi rosły o wiele za blisko siebie, żeby mogli pomię?y nimi przeciągnąć swój makabryczny ładunek.
- Nie lepiej było go zawlec do kopalni jak tamtego?
- Nie. W tej dżungli zniknie szybciej. Tylko znajdźmy jakiś prześwit.
Ruszyli dalej skrajem zagajnika, raz po raz chwytając się wielkich łodyg w obawie przed zjechaniem po śliskiej pochyłości. W pewnej chwili Thomas przystanął, kątem oka dostrzegł bowiem jakiś ruch od strony Rzeki.
- Zaczekaj, Gerhard.
Wzdłuż przeciwległego brzegu płynęły dwa małe promy rybackie, holujące większą tratwę. Cały skład płynął powoli, powstrzymywany kotwami dryfowymi w postaci wielkich, gęsto plecionych koszy. Po jednym kołowym na prom, plus dwóch na tratwie, którzy bez pośpiechu pracowali przy swoich linkach i sieciach. No proszę, nawet tabu można wykorzystać dla własnych celów, pomyślał Thomas z przekąsem. Wystarczy tylko mieć trochę więcej odwagi niż reszta konkurencji.
- Ee, to tylko rybacy. - Odetchnął z ulgą.
Wkrótce znaleźli "łysinkę" - fragment powierzchni, g?ie żywogrunt z jakichś przyczyn uległ nekrozie - którą bambusy omijały bokiem. I przez ten wyłom wciągnęli Rowlanda do zagajnika.
- Pomóż mi go rozebrać.
Nieco ?iwaczna to była prośba, Farquahart nie zamierzał jej jednak komentować i bez słowa zabrał się do roz?iewania wiszącego pomię?y nimi Kraushaara. Pod kilkoma warstwami ubrań, wszystkich bez wyjątku wykonanych z kosztownych, egzotycznych tkanin, wielkie ciało oplatały jakieś przewody z przeróżnymi świecidełkami, których przeznaczenie było dla Thomasa kompletną zagadką i które Gerhard pozdejmował co do jednego, pozostawiając na nagim truchle tylko pas z retrowolatorem. Raz jeszcze pomanipulował przy niewielkim urzą?eniu i zwłoki Rowlanda spadły na wilgotną ściółkę, obryzgując ich błotem i zgniłymi liśćmi.
- No dobra, jeśli to wszystko, to znikajmy stąd.
- Jeszcze moment.
Zebrawszy wszystkie błyskotki Rowlanda, Gerhard zawinął je w jego łachy, sobie pozostawiając jedynie ów retrowolator. Po czym wyciągnął maczetę i kilkoma wprawnymi ruchami poćwiartował zwłoki. Tym razem najpraw?iwsza krew spłynęła na ściółkę, a w powietrzu rozszedł się odór surowizny.
- Człowieku, tyś się minął z powołaniem! Powinieneś zostać rzeźnikiem, tak ci to dobrze i?ie.
- Byłem - odparł Gerhard jak gdyby nigdy nic. - Co prawda ponad trzy?ieści lat temu, i krótko, ale jednak. Tak to już jest na Dole, im więcej rzeczy, na których się znasz, tym większe są twoje szanse na przeżycie.
Mówił, jednocześnie rozpylając coś z małej buteleczki nad rozpłatanymi zwłokami Rowlanda. Wreszcie skończył, schował pojemnik do kieszeni i podniósł z ziemi zawiniątko z ubrań.
- Wszystko, i?iemy.
- Balsamowałeś go czy co?
- Nie. To było zaproszenie na kolację. Ściśle mówiąc, wabik. Za chwilę zleci się do niego każdy padlinożerca w promieniu stu metrów.
- Padlinożercy, powiadasz? Nie powiem, wcale odpowiedni pogrzeb dla tego ścierwoluba. W porządku, dokąd teraz?
- Z powrotem do miasta.