Dekoracje
Muchy. Wszędzie muchy. Muchy na kawałkach mięsa, na szybach. Czarne muchy, którymi upstrzone są białe kafelki. Muchy kopulujące na wieprzowych żeberkach i kurzych udkach. Muchy, które rodzą się w fałdach rostbefu i umierają utopione we krwi. Muchy, które wirują wśród szumu kompresora witryny chłodniczej i drwią sobie z lampy z niebieskim światłem, zainstalowanej w tym miejscu, by je razić prądem. Muchy, które ostatecznie wygrały.
To mniej więcej wszystko, co pamiętam ze sklepu moich dziadków. Pustej i cichej masarni, opuszczonej przez większość dawnych klientów. Ci, którzy tam nadal przychodzą, robią to, żeby wesprzeć rodzinę, w odruchu solidarności. Rozmawiają przez chwilę, pytają raczej o ostatnie wieści niż o towar.
Dziś nic już z tego nie pozostało. Tabliczka "Na sprzedaż lub wynajem", z numerem telefonu, wisi za szybą. Cała ulica podzieliła ten los. Sprzedawca owoców i warzyw, salon fryzjerski, księgarnia, zakład naprawy telewizorów, pasmanteria. Wszystkie te lokale usługowe zamknięto, tak jak mieszkania powyżej. Ponieważ nie było chętnych do ich wynajęcia, opuszczono żaluzje. Ocalał tylko jeden relikt lepszych czasów: niewielki salon urody w staroświeckim stylu. Ulica jest rozpaczliwie pusta. Widuje się na niej już tylko bezpańskie koty, które zawładnęły piwnicami lokali. Przechodzą przez uszkodzone kratki wentylacyjne na poziomie chodnika. Czasem szwenda się tu paru wyrostków. Jeżdżą na wysłużonych motorowerach, siedzą na stopniach dawnych sklepików, kłócą się o paczki papierosów, przez cały dzień obrzucają się wyzwiskami. W ciągu kilku dziesięcioleci prosperująca niegdyś podprefektura zasnęła na dobre. Teraz centrum zmieniło się w peryferie. Krzyki dzieci umilkły. Moje dekoracje zniknęły.
A przecież to miejsce mogło mieć pewien urok. Platany rosnące wzdłuż rzeki, wiejski targ i wąskie uliczki mogłyby sugerować, że jesteśmy w wyśnionej Prowansji, ale zaniedbane komunalne bloki wokół starej części miasteczka, wraki samochodów i zamknięte fabryki opowiadają całkiem inną historię. By ją zrozumieć, trzeba najpierw wskazać terytorium: to zagubiona na granicy dwóch światów mieścina, gdzieś między morzem a górami, Włochami a Francją. A potem opisać topografię: to miasteczko leży w głębi doliny, w miejscu, gdzie mała rzeczka wpada do wielkiej rzeki, która pokonuje ostatnie alpejskie przeszkody, zanim przepłynie równinę i dokona żywota w wodach Morza Śródziemnego. Opowiedzieć wreszcie o surowym klimacie, o zimach ciągnących się w nieskończoność w skalistych kotlinach, i o nieznośnych latach, jakby klimaty alpejski i śródziemnomorski zachowały jedynie to, co jest w nich najgorsze. Między zagubionymi we mgle, mrocznymi lasami sosnowymi a dębowymi gajami na najbardziej nasłonecznionych stokach było to jednak kiedyś targowe miasteczko, dokąd ściągali wieśniacy z okolicznych osad, żeby sprzedać swoje mizerne towary. Trzeba też wzbogacić opis o rys historyczny, wspomnieć, że do połowy XIX wieku to zapomniane miasteczko na skraju hrabstwa Nicei leżało jeszcze we Włoszech. Gdy nadszedł czas aneksji, Francja uczyniła je siedzibą podprefektury. Starała się wzbudzić wśród miejscowych poczucie przywiązania do nowej ojczyzny. Budowa drogi krajowej i linii kolejowej łączącej Niceę z Digne pozwoliła tym stronom pomału przełamać izolację. Gigantyczne place budowy - drążenie tuneli i wznoszenie monumentalnych wiaduktów - przy których trudziło się wielu włoskich robotników, utorowały drogę w kierunku wybrzeża.
Pomimo dość słabej sytuacji gospodarczej niewielka część ludności zdołała się wzbogacić, zgromadzić dobra materialne: powstały przedsiębiorstwa, sklepy, miejsca użyteczności publicznej i mieszkania. Na tle żyjących w surowych warunkach rolników i pracowników fabryk wyróżniała się nieliczna miejscowa burżuazja, mogąca sobie pozwolić na większy komfort. Na czarno-białych pocztówkach z początku XX wieku widać te rodziny, spacerujące dumnie po promenadzie ciągnącej się wzdłuż rzeki, siedzące na tarasie kawiarni na placu. Jedno ze zdjęć z tej epoki ukazuje nieskazitelną witrynę sklepu mojej rodziny. Mężczyzna w garniturze stoi w drzwiach, wyprostowany i godny. Jego muszka i kapelusz są nienaganne. Na imię ma Désiré. Mój pradziadek z surową miną wpatruje się w obiektyw. Kontrast z innymi mieszkańcami, którzy idą ulicą w brudnych i połatanych roboczych fartuchach, jest uderzający. Ta pożółkła fotografia wystarczy, by opowiedzieć, czym było nasze nazwisko.
Masarnia znaczyła coś jeszcze do początku lat osiemdziesiątych. W soboty i w niedziele kolejka ustawiała się grzecznie nawet na ulicy. Było to powszechnie szanowane miejsce, onieśmielające znaczną część mieszkańców. Najlepsze porcje mięsa i komplementy były zarezerwowane dla najzamożniejszych klientów. Starsze kawałki mięsa sprzedawano ubogim rodzinom, które ledwie ośmielały się przekroczyć próg sklepu i raczej nie przyszłyby na skargę. Na głównej handlowej ulicy miasta to my wciąż stanowiliśmy prawo. Choć już niezbyt długo.