Uśpione - Anthony Passeron

Kup ebooka

31.90 zł
24.56 zł (23,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Kiedyś spytałem ojca, jak się nazywa najbardziej oddalone miasto, które odwiedził w całym swoim życiu. Odpowiedział krótko: "Amsterdam, w Holandii". Nic więcej. Nie przerywając pracy i nadal rozcinając martwe zwierzęta. Miał krew nawet na twarzy.

Gdy chciałem się dowiedzieć, co było przyczyną tej podróży, nagle zacisnął szczęki. Czy to ścięgno cielaka nie chciało ustąpić, czy moje pytanie go zirytowało? Nie wiedziałem. Usłyszałem suchy trzask i westchnienie, wreszcie odparł: "Pojechałem tam po tego cholernego durnia Désiré".

Napotkałem opór. Byłem jeszcze dzieckiem, a ojciec po raz pierwszy wymówił przy mnie imię starszego brata. Stryj zmarł kilka lat po moich narodzinach. Znalazłem jego zdjęcia w pudełku po butach, gdzie rodzice trzymali fotografie i szpule z filmami super 8 mm. Przedstawiały jeszcze żywych nieżyjących dziś ludzi, psy, starców w młodym wówczas wieku, wakacje nad morzem albo w górach, znowu psy, ciągle psy i rodzinne spotkania. Ludzi w odświętnych strojach, spotykających się na ślubach, które nie spełnią wiązanych z nimi nadziei. Mogliśmy z bratem godzinami oglądać te zdjęcia. Drwiliśmy z niektórych staromodnych kreacji i próbowaliśmy rozpoznać członków rodziny. Zawsze w końcu matka kazała nam wszystko uprzątnąć, jakby te wspomnienia wprawiały ją w zły nastrój.

Chciałem zadać ojcu tysiące innych pytań. Bardzo prostych, na przykład: "Żeby pojechać do Amsterdamu, trzeba skręcić w lewo czy w prawo za kościołem?". Inne były trudniejsze. Chciałem wiedzieć dlaczego. Dlaczego on, który nigdy nie opuszczał miasteczka, przemierzył Europę, poszukując brata? Ale gdy tylko otworzył swój rezerwuar rozżalenia i gniewu, pospiesznie znów go zamykał, żeby nie zalać wszystkiego.

Na wspomnienie imienia Désiré wszyscy w rodzinie zachowywali się tak samo. Ojciec i dziadek o nim nie mówili. Matka ucinała swoje wyjaśnienia zbyt wcześnie, zawsze tym samym zdaniem: "To jednak takie przykre". A babcia omijała ten temat, uciekając się do żałosnych eufemizmów, opowiadając historie o trupach, które poszły do nieba, żeby z góry przyglądać się żywym. Każdy na swój sposób konfiskował prawdę. Dziś z tej historii nie pozostało już niemal nic. Ojciec opuścił miasteczko, dziadkowie nie żyją, nawet dekoracje się rozpadają.

Ta książka jest ostatnią próbą, by coś z tego ocalić. Mieszają się w niej wspomnienia, połowiczne wyznania, udokumentowane rekonstrukcje zdarzeń. Jest ona owocem ich milczenia. Chciałem opowiedzieć o tym, co nasza rodzina, jak wiele innych, przeżyła w absolutnej samotności. Ale jak własnymi słowami opisać ich historię, nie przywłaszczając jej sobie? Jak mówić w ich imieniu, nie zastępując ich punktu widzenia swoim, ich obsesji moimi? Te pytania długo nie pozwalały mi zabrać się do pracy. Aż w końcu uświadomiłem sobie, że pisanie jest jedynym sposobem na to, by historia mojego stryja, historia członków mojej rodziny nie zniknęły wraz z nimi, wraz z całym miasteczkiem. Aby im pokazać, że życie Désiré wpisało się w chaos świata, w chaos historycznych, geograficznych i społecznych faktów. I pomóc im uwolnić się od bólu, od samotności, w której pogrążyły ich smutek i wstyd.

Choć raz znajdą się na samym środku mapy, a to wszystko, co zwykle przyciąga uwagę - na obrzeżach, odsunięte na drugi plan. Z dala od wielkiego miasta, od najnowszych osiągnięć nauki i medycyny, z dala od zaangażowanych artystów i działaczy będą gdzieś wreszcie mieli prawo do istnienia.

"MMWR"

"MMWR"[1], cotygodniowy biuletyn epidemiologiczny publikowany w Stanach Zjednoczonych przez ośrodki zapobiegania i zwalczania chorób (CDC[2]), ma we Francji niewielu abonentów. Jednym z nich jest Willy Rozenbaum, kierujący oddziałem chorób zakaźnych w Szpitalu Claude'a Bernarda w Paryżu. Ten długowłosy, jeżdżący na motorze trzydziestopięciolatek, który może się poszczycić przeszłością aktywisty w Salwadorze i Nikaragui, wyróżnia się w paryskim środowisku medycznym.

W piątek 5 czerwca 1981 roku rano przegląda biuletyn "MMWR" z ostatniego tygodnia, który dotarł właśnie do jego gabinetu. Piszą w nim o odnotowanym niedawno przypadku pneumocystozy, niezwykle rzadkiego zapalenia płuc. Uważano, że ta choroba zniknęła, ale wedle urzędu, który w Stanach Zjednoczonych rejestruje recepty lekarskie, niespodziewanie, w trudny do wyjaśnienia sposób znowu się pojawiła. Podczas gdy zwykle schorzenie to dotyka jedynie pacjentów z osłabionym układem odpornościowym, w pięciu zarejestrowanych w Kalifornii przypadkach chodzi o ludzi młodych, dotąd cieszących się dobrym zdrowiem. Autor artykułu ujawnia, że z nielicznych informacji, jakimi na tym etapie dysponuje amerykańska Agencja Zdrowia Publicznego, wynika, że - co ciekawe - wszyscy ci pacjenci są homoseksualistami.

Lekarz zamyka biuletyn i wraca do swoich badań, by móc po południu przyjmować pacjentów.

Tego dnia odwiedza go dwóch mężczyzn. Trzymają się za ręce. Jeden z nich, młody i wychudzony steward, skarży się na gorączkę i kaszel, które go męczą od wielu tygodni. Ponieważ żaden z lekarzy w mieście nie zdołał go wyleczyć, przyszedł na oddział chorób zakaźnych i tropikalnych Szpitala Claude'a Bernarda. Willy Rozenbaum, zaniepokojony, przegląda dokumentację medyczną stewarda. Osłuchuje młodego człowieka, kieruje go na prześwietlenie płuc i inne badania.

Gdy ten wraca kilka dni później, wyniki potwierdzają podejrzenia lekarza. Tak jak przypuszczał, jego pacjent cierpi na pneumocystozę.

Jest to niezwykły zbieg okoliczności. Stan pacjenta w pełni zgadza się z tym, co lekarz przeczytał w biuletynie "MMWR": to bardzo rzadka choroba układu oddechowego, dotykająca młodą homoseksualną osobę, której nie powinna cechować obniżona odporność. Teraz ma okazję przekonać się o tym osobiście. To ta sama choroba, praktycznie wyeliminowana, którą zaobserwowano dotąd u sześciu pacjentów: pięciu Amerykanów, a teraz także u jednego Francuza.

Dekoracje

Muchy. Wszędzie muchy. Muchy na kawałkach mięsa, na szybach. Czarne muchy, którymi upstrzone są białe kafelki. Muchy kopulujące na wieprzowych żeberkach i kurzych udkach. Muchy, które rodzą się w fałdach rostbefu i umierają utopione we krwi. Muchy, które wirują wśród szumu kompresora witryny chłodniczej i drwią sobie z lampy z niebieskim światłem, zainstalowanej w tym miejscu, by je razić prądem. Muchy, które ostatecznie wygrały.

To mniej więcej wszystko, co pamiętam ze sklepu moich dziadków. Pustej i cichej masarni, opuszczonej przez większość dawnych klientów. Ci, którzy tam nadal przychodzą, robią to, żeby wesprzeć rodzinę, w odruchu solidarności. Rozmawiają przez chwilę, pytają raczej o ostatnie wieści niż o towar.

Dziś nic już z tego nie pozostało. Tabliczka "Na sprzedaż lub wynajem", z numerem telefonu, wisi za szybą. Cała ulica podzieliła ten los. Sprzedawca owoców i warzyw, salon fryzjerski, księgarnia, zakład naprawy telewizorów, pasmanteria. Wszystkie te lokale usługowe zamknięto, tak jak mieszkania powyżej. Ponieważ nie było chętnych do ich wynajęcia, opuszczono żaluzje. Ocalał tylko jeden relikt lepszych czasów: niewielki salon urody w staroświeckim stylu. Ulica jest rozpaczliwie pusta. Widuje się na niej już tylko bezpańskie koty, które zawładnęły piwnicami lokali. Przechodzą przez uszkodzone kratki wentylacyjne na poziomie chodnika. Czasem szwenda się tu paru wyrostków. Jeżdżą na wysłużonych motorowerach, siedzą na stopniach dawnych sklepików, kłócą się o paczki papierosów, przez cały dzień obrzucają się wyzwiskami. W ciągu kilku dziesięcioleci prosperująca niegdyś podprefektura zasnęła na dobre. Teraz centrum zmieniło się w peryferie. Krzyki dzieci umilkły. Moje dekoracje zniknęły.

A przecież to miejsce mogło mieć pewien urok. Platany rosnące wzdłuż rzeki, wiejski targ i wąskie uliczki mogłyby sugerować, że jesteśmy w wyśnionej Prowansji, ale zaniedbane komunalne bloki wokół starej części miasteczka, wraki samochodów i zamknięte fabryki opowiadają całkiem inną historię. By ją zrozumieć, trzeba najpierw wskazać terytorium: to zagubiona na granicy dwóch światów mieścina, gdzieś między morzem a górami, Włochami a Francją. A potem opisać topografię: to miasteczko leży w głębi doliny, w miejscu, gdzie mała rzeczka wpada do wielkiej rzeki, która pokonuje ostatnie alpejskie przeszkody, zanim przepłynie równinę i dokona żywota w wodach Morza Śródziemnego. Opowiedzieć wreszcie o surowym klimacie, o zimach ciągnących się w nieskończoność w skalistych kotlinach, i o nieznośnych latach, jakby klimaty alpejski i śródziemnomorski zachowały jedynie to, co jest w nich najgorsze. Między zagubionymi we mgle, mrocznymi lasami sosnowymi a dębowymi gajami na najbardziej nasłonecznionych stokach było to jednak kiedyś targowe miasteczko, dokąd ściągali wieśniacy z okolicznych osad, żeby sprzedać swoje mizerne towary. Trzeba też wzbogacić opis o rys historyczny, wspomnieć, że do połowy XIX wieku to zapomniane miasteczko na skraju hrabstwa Nicei leżało jeszcze we Włoszech. Gdy nadszedł czas aneksji, Francja uczyniła je siedzibą podprefektury. Starała się wzbudzić wśród miejscowych poczucie przywiązania do nowej ojczyzny. Budowa drogi krajowej i linii kolejowej łączącej Niceę z Digne pozwoliła tym stronom pomału przełamać izolację. Gigantyczne place budowy - drążenie tuneli i wznoszenie monumentalnych wiaduktów - przy których trudziło się wielu włoskich robotników, utorowały drogę w kierunku wybrzeża.

Pomimo dość słabej sytuacji gospodarczej niewielka część ludności zdołała się wzbogacić, zgromadzić dobra materialne: powstały przedsiębiorstwa, sklepy, miejsca użyteczności publicznej i mieszkania. Na tle żyjących w surowych warunkach rolników i pracowników fabryk wyróżniała się nieliczna miejscowa burżuazja, mogąca sobie pozwolić na większy komfort. Na czarno-białych pocztówkach z początku XX wieku widać te rodziny, spacerujące dumnie po promenadzie ciągnącej się wzdłuż rzeki, siedzące na tarasie kawiarni na placu. Jedno ze zdjęć z tej epoki ukazuje nieskazitelną witrynę sklepu mojej rodziny. Mężczyzna w garniturze stoi w drzwiach, wyprostowany i godny. Jego muszka i kapelusz są nienaganne. Na imię ma Désiré. Mój pradziadek z surową miną wpatruje się w obiektyw. Kontrast z innymi mieszkańcami, którzy idą ulicą w brudnych i połatanych roboczych fartuchach, jest uderzający. Ta pożółkła fotografia wystarczy, by opowiedzieć, czym było nasze nazwisko.

Masarnia znaczyła coś jeszcze do początku lat osiemdziesiątych. W soboty i w niedziele kolejka ustawiała się grzecznie nawet na ulicy. Było to powszechnie szanowane miejsce, onieśmielające znaczną część mieszkańców. Najlepsze porcje mięsa i komplementy były zarezerwowane dla najzamożniejszych klientów. Starsze kawałki mięsa sprzedawano ubogim rodzinom, które ledwie ośmielały się przekroczyć próg sklepu i raczej nie przyszłyby na skargę. Na głównej handlowej ulicy miasta to my wciąż stanowiliśmy prawo. Choć już niezbyt długo.

Ulica 4 Września

Okrwawione tusze. Właśnie tak od trzech pokoleń wyglądało rodzinne złoto. Detaliczna sprzedaż sztuk mięsa, pakowanych starannie w różowy papier w kratkę, na którym widniało nasze nazwisko.

Jak głosi legenda, moi dziadkowie pobrali się nocą, żeby ominąć zakaz pradziadka. Chcąc chronić swoją schedę i reputację, zabronił swoim dzieciom poślubiać Włochów. Żadne z nich, gdy osiągnęło już odpowiedni wiek, nie omieszkało złamać tego zakazu.

Często zadawałem sobie pytanie, jak w takiej małej mieścinie, gdzie wszyscy wszystko wiedzą, można się było pobrać nocą, w sekrecie. Przyjąłem do wiadomości romantyczną wersję historii. Podobała mi się tym bardziej, że zawsze myślałem o dziadkach jako o parze całkowicie oddanej pracy.

Nigdy nie rozstawali się z mięsem. Poniedziałek poświęcali na ubój, inne dni na pracę w sklepie. Wprawdzie wczesnym popołudniem spuszczali żaluzję, ale było tak wiele do zrobienia, że na zapleczu masarni urządzili kuchnię. Wystarczyłyby trzy minuty, żeby z ulicy 4 Września pójść pieszo i zjeść coś w domu, a jednak. Rodzinny dom był tuż obok, za kościołem. Nazywaliśmy go "magazynem", bo kiedyś składowano tam towar sprzedawany w sklepie. Nawet miejsca, w których żyli, nosiły nazwy związane z ich pracą.

W niedzielę po południu sklep był zamknięty. Ale trzeba się było przygotować na następny tydzień: pokroić cielęce tusze, zapeklować szynki, obtoczyć eskalopki w panierce, zamarynować głowiznę, kręcić korbą, wytwarzając tony kiełbas. Potem trzeba było sprzątać godzinami. Dużą ilością wody zmywało się warsztat, ściany i podłogi, maszyny, noże, skrzynki, w których nosiło się mięso. Ciemnoczerwona krew, rozpuszczona w mydlinach, stawała się prawie różowa. Pocierało się ostrzem o rzeźniczy blok, żeby usunąć resztki mięsa wbite w drewno na skutek uderzania nożem. Ten gest powtarzano tak często, że drewno, z którego wyciosano monumentalny blat, zostało zryte na kilka centymetrów w głąb. W końcu prano w wysokiej temperaturze fartuchy i ścierki. Nazajutrz trzeba było wszystko zaczynać od nowa. Praca w sklepie odmierzała czas życia codziennego, nie pozostawiając ani chwili wytchnienia. Mięso dało rodzinie wszystko, nie można było odpłacać mu niewdzięcznością.

Émile, mój dziadek, przemierzał też co tydzień setki kilometrów, zaopatrując konstelację pobliskich górskich wiosek. Jego przystosowana do tego celu ciężarówka jeździła od osad do uczepionych wapiennych zboczy siedlisk, by zatrzymać się tu na kilka godzin, tam ledwie na kilka minut. W tych osiedlach ludzkich, od lat pozbawionych sklepów, wypatrywano go niecierpliwie.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.