Uśpienie - Joanna Szpak
39.90 zł
33.12 zł
(32,72 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
- Natasza, poradzisz sobie ze wszystkim?
Obejrzałam się na Emilkę, drobną szatynkę z dwukolorowymi tęczówkami. Nerwowo przestępowała z nogi na nogę, przygryzając dolną wargę. Widziałam zdenerwowanie malujące się na jej twarzy. Czoło miała zmarszczone, a przez jej usta przemknął nikły uśmiech.
- Jasne, leć i załatwiaj to, co musisz.
- Dziękuję!
Zniknęła za drzwiami, lecz jeszcze krzyknęłam za nią:
- Tylko później daj mi znać, jak poszło!
Nie byłam pewna, czy to usłyszała, ale stawiałam, że i tak do mnie zadzwoni i wszystko mi opowie. Zawsze tak robiła, jeżeli chodziło o sprawy sercowe. Co najlepsze, ja byłam wieczną singielką i jakoś nie zapowiadało się, bym w najbliższym czasie sobie kogoś znalazła. Zresztą nawet nie odczuwałam takiej potrzeby. Wolałam trzymać się z daleka od jakichkolwiek głębszych relacji z ludźmi. Nie czułam się dobrze w towarzystwie innych osób, a tym bardziej w obecności przedstawicieli płci przeciwnej.
Odkąd pamiętam, stroniłam od ludzi. Wolałam spędzać czas ze zwierzętami, obserwować je i o nie się troszczyć. To sprawiało mi prawdziwą radość. Te stworzenia świadomie nie skrzywdziłyby nikogo. Nie miały w sobie zawiści, zazdrości i okrucieństwa. Były czyste niczym łza. Takie niewinne i zarazem silne w każdym aspekcie swojego życia.
A ludzie? Należeli do najokrutniejszego i najbardziej destrukcyjnego gatunku, jaki kiedykolwiek chodził po tej ziemi. Dopuszczali się czynów tak potwornych, że wielu nie byłoby w stanie ich sobie nawet wyobrazić. Oszukiwali, manipulowali, mordowali, dręczyli... Umyślnie zadawali ból i czerpali z tego niewysłowioną radość, dziką satysfakcję. Czy tak powinien funkcjonować świat?
Dlatego postanowiłam poświęcić swoje życie zwierzętom, istotom, które nieprzerwanie cierpią z powodu człowieka. Chciałam je leczyć, niwelować albo chociaż zmniejszać ich ból i strach. Niestety, w szkole nie zaliczałam się do najpilniejszych uczennic, więc nie miałam żadnych szans na studia weterynaryjne. I tak oto wylądowałam w schronisku. Jednak kochałam swoją pracę.
Schronisko należało do kliniki weterynaryjnej i znajdowało się obok niej. Zazwyczaj spędzałam czas na karmieniu zwierząt, bawieniu się z nimi, wyprowadzaniu ich na spacery i ogólnie na troszczeniu się o nie. Bywały dni, kiedy szłam do gabinetu zabiegowego i pomagałam przy operacji. Czasem też zapisywałam na wizyty, tłumaczyłam właścicielom pupilów, jak i kiedy podawać dane leki czy zastrzyki. Byłam wielozadaniowa i w żaden sposób mi to nie przeszkadzało. Każda, nawet najdrobniejsza pomoc tym wspaniałym zwierzętom - wywoływała na mojej twarzy szeroki uśmiech.
Oczywiście zdarzały się chwile, w których nie mogłam już patrzeć na ich cierpienie. Moje serce krwawiło, gdy słyszałam ich pełne bólu jęki lub dostrzegałam ich strach i niepewność w oczach, kiedy przerażone odsuwały się ode mnie. Zwierzęta, które doświadczyły krzywdy ze strony człowieka, przestawały ufać ludziom. Pragnęły jedynie ukryć się przed światem i leczyć rany w samotności. Ich oswojenie wymagało nieraz naprawdę wiele czasu, cierpliwości, empatii oraz miłości. Jednak nie żałowałam ani sekundy spędzonej z nimi lub dla nich.
Zwierzęta były dla mnie nie tylko przyjaciółmi - stały się także moim ratunkiem. W ich obecności odnajdywałam spokój i harmonię, które łagodziły moje niełatwe emocje. Nieświadomie chroniły mnie przed przekroczeniem granicy, do której nigdy nie powinnam nawet się zbliżyć.
Od najmłodszych lat w mojej głowie pojawiały się mroczne myśli, w których byłam brutalna wobec drugiej osoby. Wielokrotnie wyobrażałam sobie, jak wyrządzam komuś krzywdę, nie zdając sobie sprawy z tego, że owe wizje niosą ze sobą zło. Dopiero gdy rzeczywistość brutalnie splotła się z moimi wyobrażeniami, uświadomiłam sobie ich prawdziwą naturę...
Dlatego izolowałam się od ludzi i przebywałam ze zwierzętami, przy których czułam się bezpiecznie. W szkole praktycznie z nikim nie rozmawiałam. Trzymałam się z daleka od innych, ponieważ kiedy ktoś próbował nawiązać ze mną znajomość, pojawiały się moje mroczne myśli. Wtedy się odsuwałam i zrażałam do siebie wszystkie osoby, byleby nie zrobić im nic złego. Żyłam w otoczeniu zwierząt, jedynych istot, które nie wywoływały we mnie takich strasznych wizji.
Pierwszą i jedyną przyjaciółką, którą kiedykolwiek miałam, była Emilka, koleżanka z pracy. W jej towarzystwie ledwie kilka razy się w mojej głowie pojawiły czarne, brutalne myśli, jednak były ulotne jak błysk i zdołałam je szybko opanować.
Na czym polegała różnica - że przy niej wszystko było inaczej? Zapewne było to spowodowane wspólną pasją oraz potrzebą troski o zwierzęta, które obie z całego serca kochałyśmy. Em nic nie wiedziała o moim mroku, nikt o nim nie wiedział. Wstydziłam się tego. Uważałam, że to nie jest normalne. Bałam się komukolwiek powiedzieć, by nie uznano mnie za wariatkę.
Przecież nie byłam wariatką, prawda? A może każdy miewał takie myśli, tylko mało się o tym mówi? Co, jeśli były powszechnym zjawiskiem? Wtedy byłabym taka jak wszyscy, czyż nie? Całkowicie normalna i pospolita.
Unikałam również swojej rodziny; na szczęście niezbyt licznej, co znacznie ułatwiało mi tę izolację. Byłam jedynaczką, moja mama też nie miała rodzeństwa, więc jedyni krewni z jej strony to dziadkowie. Mieszkali we Włoszech, co sprawiało, że nasze spotkania były rzadkie. Ze strony ojca miałam tylko jednego stryja - Edmunda, który do tej pory pozostawał kawalerem i cały swój czas poświęcał prowadzeniu własnej firmy transportowej. Oprócz niego byli jeszcze rodzice mojego taty - babcia Miranda i dziadek Anatol.
Nie tylko miałam małą rodzinę, ale z upływem lat stawała się ona coraz mniejsza. Dziadek Anatol zmarł jedenaście lat temu, a mój tata Edward trzy lata temu. Po jego śmierci mama wyjechała do swoich rodziców do Włoch. Zostawiła mnie samą, byłam zdana wyłącznie na siebie. Nie miałam jej tego za złe, choć dziadkowie byli w podeszłym wieku, a ich stan zdrowia pogarszał się z każdym dniem. Potrzebowali jej wsparcia.
Obecnie najbliższą mi osobą pozostawała babcia Miranda. Regularnie ją odwiedzałam i pomagałam jej w codziennych sprawach. Kilka lat temu zapadła na alzheimera, a choroba stopniowo się pogłębiała. Przy niej jednak odnajdywałam wewnętrzny spokój i poczucie bezpieczeństwa, podobnie jak przy zwierzętach. Jej obecność przynosiła mi ukojenie. Babcia była światełkiem rozpraszającym mroczne zakamarki mojego umysłu, choć sama absolutnie nie zdawała sobie z tego sprawy.