Uśpieni i martwi - Ann Cleeves

-
Proszę czekać

 

 

 

 

Rozdział pierwszy

 

 

 

 

 

 

 

Peter Porteous szedł do pracy. To wciąż była nowość. Podobało mu się wszystko: poprzerastane żywopłoty, śpiew ptaków, krowie łajno zamiast psich kup na drodze. Postanowił, że będzie chodził pieszo, i robił tak codziennie, niezależnie od pogody. Nawet w tym upale. Był człowiekiem rutyny. Na obrzeżach miasta zaglądał do kiosku przy moście, żeby kupić sobie "Independent". Sprawdzał godzinę na zegarze kościelnej wieży. W biurze wypijał kubek kawy bezkofeinowej i zaczynał przeglądać nocne raporty przed spotkaniem z zespołem o dziesiątej rano. Wiedział, że podczas odprawy nie stanie się nic niepokojącego. Cranford było małym miasteczkiem. Ludzie Petera zajmowali się wielkim terenem, ale rzadko się zdarzało, żeby czuł się przytłoczony wydarzeniami wymykającymi się spod kontroli, jak to bywało na poprzednim stanowisku. Dlatego właśnie przeniósł się do Cranford i dlatego mu się tam podobało. Znał takich, którzy lepiej działali pod presją, ale on nienawidził paniki i chaosu. Stres go przerażał. Zaplanował swoje życie zawodowe tak, by go unikać.

Czekał właśnie, aż zagotuje się czajnik z wodą na jego kawę, kiedy zadzwonił telefon.

- Porteous.

Nie przerywał robienia starannych, zwięzłych notatek na marginesie raportu przy biurku.

- Znaleziono ciało, proszę pana.

Wstrzymał oddech.

- Gdzie?

- W jeziorze. Pokazało się tylko dlatego, że poziom wody tak opadł. Zobaczył je jeden z pracowników Centre.

- Czyli z przyczyn naturalnych?

- Mało prawdopodobne, proszę pana.

- Dlaczego?

- Było przywiązane do kotwicy. Obciążone.

- Czyli... - Czajnik się wyłączył, a Peter, trzymając telefon, zalał wodą granulki kawy. - Morderstwo.

Zapadła krótka cisza. Może sierżant spodziewał się serii rozkazów. Instrukcji oraz poleceń wyrzucanych jedno po drugim. Nic takiego nie nastąpiło.

- Jakieś cechy szczególne? - spytał spokojnie Porteous.

- Nie da się nawet określić płci. Wygląda, jakby ciało leżało tam już dość długo.

- W takim razie nie ma pośpiechu. Nie zrobili niczego durnego i nie próbowali go wyciągać z wody?

- Nie jestem pewien.

- Proszę im powiedzieć, żeby zostawili wszystko, jak jest. Jasne? Doskonale. Wezwijcie patologa. O ile pamiętam, woda ma właściwości konserwujące. Po wyciągnięciu ciało zacznie się bardzo szybko rozkładać. Proszę tego dopilnować.

- Oczywiście, proszę pana.

- Proszę też skontaktować się z Eddiem Stoutem i powiedzieć mu, że spotkam się z nim na miejscu. Aha, sierżancie?

- Słucham, proszę pana.

- Będę potrzebował auta.

Przed wyjściem z biura Peter Porteous dopił kawę i dokończył czytać raport leżący na biurku.

 

 

Jezioro znajdowało się na tyłach miasteczka, było od niego oddzielone małym wzgórzem i szkółką leśną. Okolica nie należała do malowniczych. Wielu starszych mieszkańców pamiętało jeszcze tę dolinę, zanim została zalana, by można było stworzyć w tym miejscu duży zbiornik, i wciąż im się to nie podobało. Mieli wystarczająco dużo wody. Na wyżynach nigdy nie przestawało padać. Niech mieszkańcy miast radzą sobie sami.

Droga prowadząca do jeziora była oznaczona tablicą "Cranwell Village" i znakiem ślepej ulicy. Pod nimi widniał brązowy znak turystyczny z napisem "Cranford Water Adventure Center". Na Cranwell Village składała się garść domków rozproszonych po obu stronach jednopasmowej drogi. Były tam kościół, pub oraz pensjonat, w którym przed miesiącem Porteous pojawił się na chwilę na imprezie zaręczynowej kolegi z pracy. Dalej droga zakręcała i nagle przed jadącym nią rozciągała się zaskakująca przestrzeń wody, tego poranka lśniącej w słońcu. Jezioro miało obwód długości pięćdziesięciu kilometrów. Dolina była kręta, więc choć Porteous widział przeciwległy brzeg, nie zdołał zobaczyć każdego krańca jeziora. Droga kończyła się parkingiem, który z jednej strony miał spory trawnik z kilkoma stołami piknikowymi. Stojąca tam tablica z mapą wskazywała różne trasy spacerowe i turystyczne. Żwirowa ścieżka wzdłuż jeziora prowadziła nieco dalej na północ, do Adventure Centre, drewnianego budynku w stylu skandynawskim, stojącego wśród drzew. Porteous zaparkował pod tablicą i przestudiował ją, nim ruszył ścieżką.

Sierżant Stout przybył nad jezioro przed nim - jego auto stało na jednym z miejsc dla klientów obok budynku. Miał na sobie, jak zawsze, garnitur i krawat, więc nie pasował do tego miejsca na polanie, wśród drzew, z sosnowymi igłami ścielącymi się u stóp. Obok niego stał wysportowany mężczyzna w średnim wieku, w krótkich spodenkach, czarnej koszulce z czerwonym logo Adventure Centre z przodu oraz gumowych sandałach do chodzenia po górach.

Porteous zawsze podchodził do Stouta z ostrożnością. Spodziewano się, że to ten starszy mężczyzna otrzyma awans na stanowisko, na które przyjęto Porteousa. Cieszył się powszechną sympatią, ale zbyt mało zostało mu do emerytury, żeby awansować.

- Dziękuję, że tak szybko przyjechałeś, Eddie.

Gdy tylko wypowiedział te słowa, pomyślał, że zabrzmiały nieszczerze, zbyt pochlebczo. Stout tylko skinął głową.

- Może mógłbyś nas sobie przedstawić? - dodał Peter.

Stout znów skinął głową. Był niskim, przysadzistym mężczyzną, który potrafił się odezwać, niemal nie poruszając ustami. Byłby z niego świetny brzuchomówca, chociaż Porteous nigdy go w ten sposób nie skomplementował.

- To Daniel Duncan. Jest dyrektorem Adventure Centre. Jeden z jego instruktorów znalazł ciało.

Porteous wyciągnął dłoń. Duncan uścisnął ją niechętnie.

- Może mógłbym z nim porozmawiać? - odezwał się Porteous.

- Z nią - poprawił Duncan. - Helen Blake. Jest trochę wstrząśnięta.

- W takim razie dajmy jej chwilę. Czy jesteśmy w stanie zobaczyć coś z brzegu?

Z miejsca, w którym stali, widok na jezioro zasłaniały drzewa. Duncan poprowadził ich ścieżką na tył budynku, do miejsca, w którym znajdowało się sześć jolek Mirror i stojak z kajakami. Betonowa pochylnia zsuwała się łagodnie do wody. Dyrektor szedł bardzo szybko, oddalając się od nich sprężystym krokiem, jakby miał nadzieję, że da się tę sprawę załatwić od razu.

- Tego nam tylko brakowało - powiedział wściekle. - Działamy zaledwie od trzech lat i dopiero w tym sezonie odnotowaliśmy jakiekolwiek zyski.

- Ale ten budynek musi tu stać dłużej.

Wyglądał na zniszczony. Na dachu widać było porosty.

- Ma prawie dziesięć lat. Należał kiedyś do rady, ale po ostatnich cięciach musieli go sprzedać. Wtedy go przejąłem.

- Co tu było wcześniej?

Duncan wzruszył ramionami.

- Nie mam pojęcia.

- Kiedyś pole dla kamperów - wtrącił Stout. - Taki ośrodek wypoczynkowy. Wydaje mi się, że właściciele splajtowali. Ale tego drewnianego budynku wtedy tu nie było, drzewa też mocno urosły od tamtego czasu. Bliżej ścieżki mieli recepcję i bar. Z cegły i betonu. Brzydki budynek. Pamiętam, jak go burzyli.

Porteous oparł się o kamienną ścianę oddzielającą parking dla łodzi od brzegu. Pachniało wysuszonym błotem. Lekki wietrzyk poruszał wodą, ale on sam go nie poczuł.

- Gdzie pani Blake znalazła ciało?

Duncan wskazał na gnijący drewniany pal wystający z wody jakieś trzydzieści metrów od muru.

- Odkąd utworzono ten zalew, nie mieliśmy tak suchego lata. Stan wody jeszcze nigdy nie był tak niski. Jak długo tu pracuję, te słupy nigdy nie stały odsłonięte. Pokazały się dopiero parę tygodni temu. Chyba podtrzymywały kiedyś jakiś pomost. Ciało znajduje się obok tego ostatniego słupa.

- Więc pewnie zostało obciążone i zrzucone z pomostu? Zanim się zawalił?

Duncan znów wzruszył ramionami, jakby chciał się zdystansować wobec dochodzenia.

Porteous się poddał i odwrócił do Stouta.

- Pewnie nie pamiętasz, kiedy pomost się zawalił? To pomogłoby nam określić, z jakim przedziałem czasowym mamy do czynienia.

- Nie wydaje mi się, żeby on się zawalił. Zdaje się, że rada zburzyła go, kiedy budowano Adventure Centre. Nie chcieli, żeby dzieciaki się potopiły.

Porteous zacisnął usta, jakby gwizdał.

- Czyli mówimy tu o ciele sprzed dziesięciu lat. Przynajmniej. Kiedy ukończono ten zbiornik?

- W sześćdziesiątym ósmym. W tym roku sprowadziliśmy się tu z Bet.

- W takim razie musimy wziąć pod uwagę ponad dwadzieścia lat, jeśli założymy, że ciało jest tam od dziesięciu. Samo przejrzenie wszystkich raportów dotyczących osób zaginionych będzie koszmarem. - Porteous nie mówił tak, jakby rzeczywiście był to koszmar. Jego głos nagle zaczął brzmieć radośniej. - Nie przychodzi ci do głowy żadne oczywiste nazwisko kandydata na ofiarę?

Eddie słynął ze swojej pamięci i wiedzy o lokalnej społeczności. Według oficera dyżurnego przed snem czytywał kronikę wydarzeń tutejszej gazety.

- Daj pan spokój. Nie znamy wieku ani płci. Nie jestem cudotwórcą.

- Mówiono mi co innego.

Duncan odszedł od nich i wciągał na wózek jedną z jolek. Porteous dołączył do niego, ale nie zaproponował pomocy.

- Jak głęboko tu jest?

- Brzeg w tamtym miejscu jest stromy, więc zwykle bardzo głęboko. Ten słup musiał się kiedyś złamać, bo pomost byłby na pewno wyżej. Woda jest też mętna. Ale w tym roku... pewnie dałoby się tam przejść w woderach.

- Dziękuję. Zobaczymy, jak zespół kryminalistyczny będzie chciał to wykorzystać.

Porteousowi jakoś trudno było wyobrazić sobie Carvera, patologa, w woderach. Był to elegancki mężczyzna ze słabością do ekstrawaganckich krawatów i kamizelek. Jego włosy miały głęboki, lśniący czarny kolor, który nie mógł być naturalny. Nawet papierowy teletubisiowy kombinezon, który nosił, pracując na miejscu zbrodni, nadawał mu wygląd schludnego i próżnego.

- Zaczekasz tu na pana Carvera, Eddie? Ja sprawdzę, czy pani Blake zechce odpowiedzieć na kilka pytań. Panie Duncan, jeśli nie ma pan nic przeciwko...

Dyrektor jakby na początku nie dosłyszał. Skończył zwijać linę, wyprostował się, a potem niechętnie ruszył w kierunku budynku. Porteous poszedł za nim.

- Skąd mają państwo klientów?

- To chyba nie jest istotne dla waszego dochodzenia? Skoro ciało jest tak stare, jak pan podejrzewa? - Zatrzymał się tak nagle, że Porteous prawie na niego wpadł. - Przepraszam, to było nieuprzejme. Włożyłem w to miejsce wszystko, co mam. Martwię się. Latem większość naszych klientów to dzieciaki, których rodzice uważają, że powinny robić coś więcej, niż tylko całymi dniami siedzieć przed komputerem. W tej chwili cały kompleks został wynajęty przez szkolną wycieczkę. Zaczynamy też przyciągać coraz więcej dorosłych grup, firmy szukają szybkich rozwiązań na imprezy integracyjne.

Otworzył podwójne drzwi do korytarza wyłożonego boazerią, w którym znajdowało się kilka krzeseł, automat telefoniczny i drugi z napojami.

- Helen jest tam, w świetlicy. Będę w moim biurze, gdyby mnie pan potrzebował.

Helen Blake okazała się grubokościstą rudą dziewczyną po dwudziestce. Jej twarz wciąż jeszcze była pozbawiona koloru, więc plamy piegów na nosie i policzkach wydawały się posiniałe i bardzo wyraźne. Siedziała sama.

- Gdzie się podziali pani podopieczni?

Miał nadzieję, że żartobliwy ton ją pokrzepi, ale ona podniosła wzrok przestraszona i trochę kawy z kubka, który trzymała w rękach, wylało jej się na dżinsy.

- Pojechali rano na rajd konny.

- Normalnie byłaby pani z nimi?

- Nie. Ja zajmuję się tylko sportami wodnymi. - Zaśmiała się chrapliwie. - Raz próbowałam jeździć konno. Zrobił mi się odcisk na tyłku, a ten potwór mnie ugryzł.

- Od jak dawna pani tu pracuje?

Chciał, żeby trochę się rozluźniła, nim przejdzie do trudniejszych pytań.

- To mój pierwszy sezon. Studiowałam wychowanie fizyczne na uniwersytecie. Moją pasją są kajaki. Biorę udział w zawodach. Mam nadzieję na ścieżkę olimpijską.

Odstawiła kubek kawy na niski stolik. Ręka przestała jej drżeć.

- Podoba się tu pani?

- Tak, jest w porządku. Dan Duncan mógłby co prawda być trochę bardziej wyluzowany, ale jak zawsze powtarza, dużo w to miejsce zainwestował.

- Czy dziś rano miała pani ze sobą na wodzie grupę?

- Nie, dzięki Bogu. Codziennie przed śniadaniem trenuję sama. To jedna z zalet tej pracy.

- Czy może mi pani dokładnie opowiedzieć, co się stało?

- Właśnie wracałam. - Wyrzucała z siebie słowa bez tchu. - Nigdy nie zabieram uczniów blisko starego pomostu. To byłoby kuszenie losu. Mogliby utknąć albo uderzyć w jakieś podwodne deski i się wywrócić. Chyba byłam zaciekawiona. Wydaje się, że z dnia na dzień w jeziorze jest mniej wody, i chciałam sprawdzić, co jeszcze może się spod niej wynurzyć. Nie spodziewałam się ciała. Wyglądało na to, że unosiło się tuż pod powierzchnią. Było bardzo białe. Prawie nie jak człowiek. W ogóle nie przypominało człowieka.

Zadrżała i podciągnęła sobie kolana do piersi, a potem objęła je ramionami.

- Widziała pani kotwicę?

- Wtedy nie. Była pokryta mułem. Opuściłam wiosło, żeby zatrzymać kajak, i ruch wody oczyścił ją na tyle, żebym mogła zobaczyć kształt. Wtedy wróciłam. Nie mogłam dłużej na to patrzeć. Dan zadzwonił po policję. Dwóch mężczyzn wypłynęło na naszych jolkach. Może mi nie wierzyli. Może myśleli, że to sobie wyobraziłam. Wolała­bym, żeby tak było.

- Musieli sprawdzić - wyjaśnił łagodnie.

- Co się teraz stanie?

- Czekamy na zespół medycyny śledczej.

- Nie będę musiała tego znowu oglądać, prawda?

- Oczywiście, że nie.

- Nie mogę znieść myśli, że on tam cały czas był i nikt z nas nie zdawał sobie z tego sprawy. Tak jakby nikt nie zauważył jego braku. Jakby nikogo nie obchodził.

O ile to był on, pomyślał Porteous. Gdy mówiła, patrzył nie na nią, lecz za nią, na widok z wysokiego okna na zewnątrz. Na podjeździe parkował range rover Carvera. Patolog zostawił go elegancko obok minibusa należącego do ośrodka i wysiadł. Z tylnego siedzenia wyjął parę gumowych woderów. Były nieskazitelne i lśniące, czarne jak jego włosy.

Porteous zasłonił dłonią lekki uśmieszek.

- O której wrócą dzieciaki?

Nie chciał mieć widowni z rozchichotanych i wytykających ich palcami nastolatków.

- Dopiero późnym popołudniem. Zabrali ze sobą jedzenie na piknik. - Powiodła oczami za jego wzrokiem. - Jest pan zajęty. Proszę się o mnie nie martwić. Wszystko jest w porządku.

 

 

Później on, Stout i Carver wsiedli do range rovera, żeby porównać swoje notatki. Patolog miał ze sobą srebrną butelkę termiczną z kawą, którą im podawał, za każdym razem wycierając kubek papierową chusteczką, jak ksiądz podczas komunii.

- Doprawdy - powiedział tym nadętym tonem, który sprawiał, że niektórzy ze współpracowników Porteousa chcieli mu przyłożyć. - To niezwykle interesujące. Oczywiście o tym czytałem, ale widzę to po raz pierwszy.

- Co takiego?

Peter poznał Carvera, kiedy pracował jeszcze w mieście, i wiedział, że należy wykazać wobec niego cierpliwość. Ten człowiek był dobrym patologiem i zwykle dawało się go namówić, żeby przykładał się do pracy. W zamian za to Porteous był w stanie wiele znieść.

- Tłuszczowosk, tak to się nazywa. Powstaje w wyniku zmydlenia. Dosłownie wytworzenia mydła. Tak woda działa na tłuszcz zgromadzony w ciele. Jeden z pierwszych patologów opisujących ten proces powiedział, że wygląda to tak, jakby ciało było pokryte baranim łojem. Wyjątkowo trafne, na pewno się tu ze mną zgodzicie. Czasami tłuszczowosk konserwuje organy wewnętrzne. Oczywiście nie mogę tego stwierdzić przed wykonaniem sekcji. Przeprowadzę ją jak najszybciej, jeśli się da, to jeszcze dziś po południu. Nie zdziwiłbym się, gdyby moi współpracownicy chcieli mi towarzyszyć. - Wziął mały łyczek swojej kawy. - Naprawdę nie mogę się doczekać.

 

 

 

 

Rozdział drugi

 

 

 

 

 

 

 

Porteous mieszkał w stodole rozmiarów kościoła, która została przerobiona na trzy lokale. Miał dla siebie całe najwyższe piętro. Odsłonięte krokwie podpierały skośny dach. Były tam dwa wysokie okna wychodzące na pola. Od czasu do czasu, kiedy było dobre światło, widział w oddali błysk jeziora, tak jak dzieci wyobrażają sobie mignięcie morza. Na jednej ścianie odsłonięto kamienie, pozostałe otynkowano i pomalowano wapnem. Na tych ścianach wisiały zbierane przez niego obrazy. Zawsze chodził na końcoworoczne wystawy studentów sztuk pięknych na uniwersytecie w mieście. Zwykle znajdował tam coś, co mu się podobało.

Był wczesny wieczór. Porteous nie wierzył w niepotrzebne nadgodziny. Robiło mu to zamieszanie w budżecie, a zadania, które normalnie zmieściłyby się w ciągu ośmiu godzin, nagle się komplikowały i wydłużały, by wypełnić dozwolony czas nadgodzin. Dziś wieczorem, mimo znalezionego w jeziorze ciała, wysłał swój zespół do domu o zwyczajnej porze. I tak nie mogli niczego zdziałać, dopóki zwłoki nie zostaną zidentyfikowane. Poza tym chciał, żeby rano jego ludzie byli spokojni i rozsądni. Nie cierpiał nerwowej, gorączkowej atmosfery, jaka często towarzyszyła sprawom morderstw. Sprzyjała utracie racjonalnej oceny sytuacji. Tak jakby było coś heroicznego w obsesji na punkcie jednej ofiary, jednego napastnika, w braku snu, w gorliwości podsycanej alkoholem. On sam jednak zabrał pracę do domu. Wniósł po schodach sześć wielkich pudeł z dokumentami. Były w nich liche kopie raportów o zaginięciach zgłoszonych pomiędzy sześćdziesiątym ósmym a osiemdziesiątym piątym rokiem. Ostatnie pięć interesujących go lat, między osiemdziesiątym szóstym a dziewięćdziesiątym, zostało zdigitalizowane i zamierzał zajrzeć do nich rano.

Wcześniej uczestniczył w sekcji wykonywanej przez Car­vera. Rzeczywiście, zgodnie z przewidywaniami patologa, zebrała się spora widownia. Niski mężczyzna grał przed nimi, stroszył piórka, rzucał naukowe żarty, które dla Porteousa znaczyły niewiele, ale wywoływały chichot wśród jego współpracowników.

Peter robił staranne, stenograficzne notatki, uważnie słuchając narracji Carvera. Patolog zachowywał się jak magik na scenie i w jego sugestiach, przypuszczeniach oraz zaskakujących odkryciach było prawdopodobnie równie wiele informacji co w ukończonym oficjalnym raporcie. Porteous położył swoje notatki na malowanym stole pod jednym z okien i poszedł do maleńkiej kuchni zrobić herbatę. Lubił pić słabą earl grey z plasterkiem cytryny. Nalał kilka kropel z dzbanka, ucieszył się, że już się zaparzyła, po czym napełnił sobie kubek. Następnie wrócił do notatek i przetłumaczył je sobie w głowie.

Carver potwierdził, że ciało leżało pod wodą przynajmniej od pięciu lat. Ofiarą był młody chłopak pomiędzy szesnastym a dwudziestym piątym rokiem życia. Miał metr siedemdziesiąt siedem wzrostu i pomimo tłuszczowosku, który zwykle pojawiał się, gdy ofiara miała sporo tkanki tłuszczowej, był szczupłej budowy. Carver był tym faktem bardzo przejęty, uważał, że to może zasłużyć na wzmiankę w czasopiśmie naukowym. Pod twardą, białą warstwą tłuszczowosku zachowało się dość organów, by Carver mógł określić przyczynę śmierci. Denat został ugodzony ostrym narzędziem. Nożem z krótkim, ale nietypowo szerokim ostrzem, jakimś sztyletem. Zadano mu cios w plecy. Krótki ruch w górę, prosto w serce. Albo sprawca dobrze wiedział, co robi, albo miał dużo szczęścia.

Po stwierdzeniu tego Carver spojrzał na kolegów i się uśmiechnął. "Moi drodzy, pewnie się ze mną zgodzicie, że to bardzo egzotyczne, bardzo teatralne jak na naszą małą mieścinę wśród wzgórz".

Ciało zostało przywiązane do kotwicy kawałkiem nylonowej liny, która obejmowała je w pasie. Chłopak był ubrany, jednak większość jego odzieży zgniła, zostały z niej tylko strzępki. Zachowano te fragmenty i zajęli się nimi detektywi śledczy. Miał na sobie buty z cienkiej skóry lub zamszu. Na nadgarstku znaleziono plecioną skórzaną bransoletkę, która wyglądała na zrobioną własnoręcznie. Może ze sznurówki.

W tym momencie Porteous przerwał na chwilę rozważania i wziął łyk herbaty. Sam był dzieckiem w latach siedemdziesiątych. Jego jedyny brat był dziesięć lat starszy i teraz Peter przypomniał sobie, jak zwykle przygotowywał się do wieczornego wyjścia. Widział go dość wyraźnie, stojącego przed lustrem w pokoju ich rodziców, jedynym wysokim w całym domu. Brat miał szerokie spodnie, zamszowe trzewiki i zamszową kurtkę z frędzlami. Na szyi nosił rzemyk z drewnianymi koralikami. Bransoletka ofiary sugerowała Porteousowi modę lat siedemdziesiątych. Końcówka epoki dzieci kwiatów. Nie punk ani nie new romantic.

Zanotował to sobie i czytał dalej.

Ofiara miała jakieś ubytki w uzębieniu - Carver obwieścił to, jakby zebrani powinni być mu za to wdzięczni. Porteous zdecydowanie był. Po tych wszystkich latach oferowało to największą szansę na poprawną identyfikację zwłok. Brakowało śladów poważnych zabiegów dentystycznych - jeden usunięty ząb i dwie małe plomby - ale na pewno powstał jakiś zapis, może nawet robiono chłopakowi rentgen. Nie mieli gwarancji, że ten dentysta nadal pracuje ani że zachowano te materiały, ale przynajmniej był to jakiś trop. Porteous pomyślał, że przynajmniej jego zespół będzie miał coś do roboty następnego dnia. Lubił dawać im zajęcie.

Oparł się i nalał resztę herbaty z dzbanka do swojej dużej niebieskiej filiżanki - części kompletu herbacianego, który sam sobie sprezentował, gdy sprowadził się do tej stodoły. Przeciągnął się zadowolony. Dlatego właśnie poszedł do pracy w policji. Nie żeby ocalić świat. Nie żeby ścigać się po wiejskich drogach szybkimi autami ani dumnie kroczyć w mundurze ulicami miasta. Tylko po to, żeby zaprowadzić porządek, rozwiązywać problemy, zrozumieć.

Odłożył notatki z sekcji na bok i przysunął sobie pierwsze pudło z dokumentami, smakując ten moment wyczekiwania przed jego otwarciem. To właśnie uwielbiał, takie precyzyjne i staranne układanie faktów. Nigdy nie rozumiał, dlaczego jego współpracownicy uznawali tego typu pracę za nużącą.

Każdy z raportów był małą ludzką tragedią, opowiedzianą wprost, z godnością, bez ozdobników. Peter podzielił je najpierw ze względu na płeć i wiek zaginionego, odrzucając kobiety z depresją w menopauzie, starszych uciekinierów z domów opieki, pojedynczych, rozdzierających serce dziesięciolatków, którzy poszli się bawić do kolegi i nigdy nie wrócili. Mimo wszystko została mu jeszcze cała góra papierzysk. Większość raportów o osobach zaginionych dotyczyła młodych mężczyzn. Opuszczali domy przez problemy w szkole, kłótnie z rodzinami albo w poszukiwaniu ciekawszego życia. Porteous wiedział, że większość z nich wracała lub nawiązywała kontakt. Krewni czuli po prostu ulgę, że mogą przestać panikować, i nie myśleli o tym, by informować policję o powrocie zaginionego.

Peter wciągnął się w to zadanie i nie potrafił odpuścić. Planował tylko posegregować dokumenty, ale zaczął dzwonić pod numery kontaktowe krewnych. Jak można było przewidzieć, niektóre osoby przeprowadziły się lub zmarły, ale Cranford należało do takich miasteczek, w których wszyscy się znali. Podawano mu inne numery telefonów, proponowano kolejne nazwiska. Ludzie chcieli rozmawiać. Porteous cierpliwie słuchał opowieści o chłopakach, którzy w młodości łobuzowali, ale wyszli na ludzi, pokończyli studia, ustatkowali się, pozakładali rodziny. Najgorsze były telefony do rodzin, których chłopców nadal nie odnaleziono i nie nawiązali oni dotąd żadnego kontaktu. Porteous słyszał w starszych głosach nerwową nadzieję.

- Czy to znaczy, że są jakieś wieści?

- Nie, nie - odpowiadał łagodnie. - Sprawdzam tylko stare dokumenty.

Niektórzy słyszeli już w lokalnym radiu o odnalezieniu ciała w jeziorze i połączyli fakty.

- Ale to nie mógł być nasz Alan - powiedział ktoś. - On świetnie pływał.

Peter przerwał, kiedy słońce zaszło i zrobiło się za ciemno, żeby odczytywać nagryzmolone nazwiska i numery na papierze ksero. Doszedł do osiemdziesiątego roku. Gdyby nic nie wynikło z nazwisk, które odłożył sobie na bok, zamierzał sprawdzić dokumenty dotyczące zaginięć pomiędzy osiemdziesiątym a dziewięćdziesiątym, ale uznał że zaszedł już dość daleko. Miał w głowie obraz tej ofiary. Chłopaka będącego nastolatkiem w latach siedemdziesiątych, niedługo po tym, jak jezioro zostało utworzone, który nosił zamszowe trzewiki i skórzaną bransoletkę ze sznurówki, ugodzonego w plecy.

Wstał i wcisnął włącznik światła. Pokój oświetliły punktowe lampy zamontowane na belkach dachowych. Spomiędzy krokwi rzucały cienie na gołą, drewnianą podłogę.

Peter był głodny. Uwielbiał gotować; proces obierania i siekania go relaksował. Jednak tego dnia miał ochotę na coś szybkiego i zwyczajnego. Napełnił garnek ze stali nierdzewnej wodą na spaghetti, następnie podsmażył czosnek i papryczki chilli na oliwie i posypał to wszystko świeżo startym parmezanem. Jadł, jakby nie widział jedzenia od kilku dni, pakował je do ust łyżką i widelcem. Siedział przy tym samym stole, przy którym wcześniej pracował, i wyglądał przez niezasłonięte okno na światła, jedyne, co pozostało po widoku na drogi i zabudowania. Potem nalał sobie kieliszek wina.

Lubił kłaść się spać wcześnie, ale tego wieczoru nie mógł przestać myśleć o śledztwie. Uznał, że jest równie okropny co ci jego macho koledzy, którzy chwalili się nieprzespanymi nocami spędzanymi na uganianiu się za poszukiwanymi. Wciąż z kieliszkiem w dłoni przeczytał swoją skróconą listę kandydatów, z nadzieją, że wychwyci jakieś drobne szczegóły, które pokierują go do poszukiwanego mężczyzny.

Oceniał ich jak facet robiący zakłady, który typuje konia z listy, kierując się faktami, doświadczeniem i podejrzeniami. Miał trzech. Potem wybrał jeszcze kilkunastu, na wypadek gdyby nie poszczęściło mu się z tą pierwszą grupą. Ułożył przed sobą trzy kartki w kolejności alfabetycznej i odczytał je ponownie.

Pierwszym typem był Alan Browsncombe, ten, co potrafił świetnie pływać. Jego rodzice nadal mieszkali w Cranford. Pochodzili z West Country i planowali tam wrócić na stare lata, ale nawet po przejściu na emeryturę zostali - "bo w przeciwnym wypadku skąd Alan miałby wiedzieć, gdzie nas szukać?".

Porteous rozmawiał z matką. Pracowała wcześniej w stołówce szkoły podstawowej w Cranwell Village. Ojciec był zatrudniony w British Gas i przyjął odprawę po prywatyzacji firmy. Pani Brownscombe dokładnie pamiętała, co się stało, kiedy zniknął Alan. Klepała tę historię z pamięci, słowo po słowie, jak ulubioną bajkę na dobranoc powtarzaną w kółko dziecku. Był najstarszym z trójki rodzeństwa, bystrym chłopakiem i pojechał na uniwersytet w Leeds uczyć się elektromechaniki. Nigdy wcześniej nie opuszczał domu. Może za nim tęsknił. Może te studia były bardziej wymagające, niż się spodziewał. W każdym razie kiedy udało jej się do niego dodzwonić, wyczuła, że był nieszczęśliwy. Zaginął w Wielkanoc. Miał dziewiętnaście lat. Doszło do tego w siedemdziesiątym ósmym roku, co trochę wychodziło poza ramy czasowe określone przez Porteousa, ale niedużo. Alan wrócił do domu na święta i dostał pracę na polu kamperowym nad jeziorem, sprzątał przyczepy przed rozpoczęciem sezonu, wykonywał drobne naprawy. Jednego dnia wyszedł do pracy i nigdy się w niej nie pojawił. Nie zabrał ze sobą niczego poza kanapkami z serem i ogórkiem, które matka przygotowała mu na lunch. Z tego, co wiedzieli, nie miał żadnych pieniędzy. Nie wrócił na uczelnię i już nigdy go nie zobaczyli.

- Mówi pani, że był nieszczęśliwy - zagadnął Porteous, rozmawiając z jego matką.

Jej akcent z West Country przetrwał te wszystkie lata nienaruszony. Gdyby mógł jej powiedzieć, co się stało z jej synem, nawet gdyby on nie żył, poczułaby, że może wrócić do domu. Chciał jej pomóc.

- Czy to możliwe, żeby chorował na depresję?

- Nie wiem. Wtedy się nie myślało o takich rzeczach. Nie w odniesieniu do dziewiętnastoletnich chłopaków. I był z nami w domu. Nie odesłalibyśmy go z powrotem, gdyby nie chciał jechać, niezależnie od tego, co tam wygadywał jego ojciec.

Wzrost i budowa pasowały do ciała znalezionego w jeziorze. Kobieta podała Porteousowi nazwisko dentysty Alana, nie pytając nawet, po co mu ta informacja.

Zaginięcie Michaela Greya zgłoszono dopiero po tym, jak zmarli jego rodzice zastępczy i próbowali się z nim skontaktować wykonawcy ich testamentów. Zostawili mu mały domek, w którym mieszkali. Miałby wtedy dwadzieścia dwa lata, ale kiedy pracownicy kancelarii próbowali go namierzyć, odkryli, że nikt go nie widział, odkąd skończył osiemnaście lat; to byłoby w siedemdziesiątym drugim roku. Dziwna sprawa, ale Porteous starał się jej zbyt głęboko nie interpretować. Opieka społeczna nie brała za bardzo odpowiedzialności za dzieciaki w rodzinach zastępczych, kiedy już skończyły szesnaście lat. Przenosiły się do półświatka niechętnie wynajmowanych mieszkań, hosteli i na podłogi w sypialniach kumpli. Gdyby wykonawcą testamentu miał być najbliższy krewny, to pewnie nikt by nawet nie próbował szukać tego chłopaka. Może pod jego nieobecność czerpali zyski z tego domu. Opis był niejasny. Porteous odniósł wrażenie, że osoba zgłaszająca zaginięcie Michaela nigdy go nawet nie widziała. Nie wykluczało to faktu, że mógł on być tym martwym chłopakiem w jeziorze, ale nic na to nie wskazywało. W jego teczce nie było niczego przydatnego, nawet zdjęcia.

Carl Jackson mieszkał trzydzieści kilometrów od Cranford z rodzicami, którzy hodowali owce po drugiej stronie jeziora. Uśmiechał się szczerbatym uśmiechem ze szkolnego zdjęcia załączonego do dokumentów. Miał szesnaście lat i niepełnosprawność intelektualną, a funkcjonariusz przyjmujący pierwsze zgłoszenie o zaginięciu opisał go jako "niedorozwiniętego umysłowo". Ze względu na to zarządzono wielkie poszukiwania, w które zaangażowano nie tylko policję, ale też ratowników górskich i cywili. Chodził do Centrum Kształcenia Dorosłych i codziennie z końca wiejskiej drogi odbierał go autobus zwożący wszystkich podopiecznych z okolicy. Jego rodzice nie byli już najmłodsi, a pracownicy centrum określali ich jako nadopiekuńczych. Zwykle jedno z nich czekało razem z synem na autobus rano, a następnie odbierało go po południu. By zachęcić Carla do niezależności, zasugerowano, by sam przechodził te pół kilometra drogą. Co się mogło stać? Droga prowadziła wyłącznie do gospodarstwa, niemożliwe, żeby się zgubił. A jednak trzeciego dnia tej próby niezależności nie wrócił do domu. Jego rodzice nie czekali nawet trzydziestu minut, nim wyszli go szukać. Dwie godziny później zawiadomili policję. Wydawało się, że chłopak rozpłynął się w powietrzu.

Porteous zadzwonił pod numer kontaktowy bez wielkiej nadziei. Jacksonowie byli po pięćdziesiątce, gdy Carl zaginął w sześćdziesiątym dziewiątym. Telefon odebrała auto­matyczna sekretarka. "Witamy w Balk Farm Computing. Niestety w tej chwili nikt nie może odebrać telefonu..." Gospodarstwo zostało sprzedane młodym inwestorom, ziemię podzielono. Działo się tak z wieloma podgórskimi gospodarstwami na północy Anglii. Tak samo było z miejscem, w którym mieszkał Porteous.

Spojrzał jeszcze raz na zdjęcie. Carl był ubrany w kraciastą koszulę, sztruksowe spodnie i ręcznie dziergany sweter z dekoltem w serek. To strój starego człowieka. Trudno sobie wyobrazić, żeby nosił do tego hippisowską skórzaną bransoletkę.

Wolnostojący zegar w domu wybił pół do pełnej godziny. Pół godziny po północy. Porteous wypłukał kieliszek, zatkał butelkę korkiem i wstawił ją do lodówki. W łóżku poświęcił dziesięć minut na ćwiczenie oddechowe, które zwykle pomagało mu się odprężyć, ale spał niespokojnie, nawiedzały go ziarniste zdjęcia Carla Jacksona i Alana Brownscombe'a, a także obrazy zatłuszczonego, białego ciała w kostnicy oraz uśmiechu Carvera.

 

 

 

 

 

 

Spis treści

 

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

 

CZĘŚĆ DRUGA

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

 

CZĘŚĆ TRZECIA

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Rozdział trzydziesty pierwszy

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

 

CZĘŚĆ CZWARTA

Rozdział trzydziesty czwarty

Rozdział trzydziesty piąty

Rozdział trzydziesty szósty

Rozdział trzydziesty siódmy

Rozdział trzydziesty ósmy

Rozdział trzydziesty dziewiąty