O godzinie wpół do ósmej rano, gdy wreszcie
okręt zawinął do portu i gdy przycumowano go na odległości jednego
rzutu kamieniem z wybrzeża, mój zapas filozoficznego spokoju prawie
już się wyczerpał. Śpieszyłem się nagwałt z ubraniem, gdy steward
wlazł mi do kajuty, niosąc na ręku mój poranny garnitur.
Byłem głodny, strudzony, przygnębiony, wplątany głową w świeżą
koszulę, której zbytek krochmalu nadał irytującą sztywność;
zgrzytnąłem, żeby się co tchu zwijał z śniadaniem. Chciałem co
prędzej być na brzegu. - Słucham, panie kapitanie. Gotowe na ósmą, panie kapitanie. Tam
oczekuje jeden z lądu i życzy sobie rozmówić się, panie kapitanie. Zaciekawiła mnie ta niezdarnie wyrecytowana wiadomość. Nagwałt
szarpnąłem koszulą i wynurzyłem głowę z wytrzeszczonemi oczyma. - Tak rano! - wrzasnąłem: - Co za jeden? Czego chce? Przybywając z morza na ląd, człowiek musi podejmować egzystencję w
nadzwyczaj nieunormowanych stosunkach. Najdrobniejszy wypadek
narazie uderza nowością. Tak wczesna wizyta to wielka niespodzianka
dla mnie; ale nie widziałem stąd racji, żeby mój steward miał aż
tak wyjątkowo ogłupiałą minę. - Czy nie spytałeś o nazwisko? - indagowałem surowym tonem. - Nosi nazwisko Jacobus, zdaje się - bąkał zawstydzony. - Pan Jacobus! - zawołałem, bardziej niż kiedykolwiek zdziwiony,
ale już w całkiem innym humorze. - Dlaczego nie powiedziałeś mi
tego odrazu? Lecz ten gamoń już się wymknął. Przez otwarte na chwilę drzwi
mignęła mi wysoka, dorodna postać mężczyzny, stojącego w kabinie
bufetowej, przy stole, na którym już leżał obrus - obrus "portowy",
nieskazitelnie czysty i olśniewająco biały. Jak dotąd - wszystko w
porządku. Poprzez zamknięte drzwi krzyknąłem uprzejmie, że ubieram się i że
za chwilę będę mu służył. W odpowiedzi doleciało mię zapewnienie
gościa, wypowiedziane niskim, spokojnym półgłosem, że niema się co
śpieszyć. Jego czas należy do mnie. Ośmiela się przypuszczać, że
niebawem poczęstuję go szklanką herbaty. - Obawiam się, że będziesz pan miał skąpe śniadanie - krzyczałem
usprawiedliwiająco. - Byliśmy sześćdziesiąt dni na morzu, wie pan. - Doskonale, kapitanie - odrzekł mi na to łagodnym, śmiejącym się
tonem. Te wyrazy, to brzmienie głosu, ten przelotnie ujrzany zarys
pana w bufecie: wszystko to miało cechę jakiejś niespodzianki,
tchnęło czemś zacisznie spokojnem, pomyślnem. Niemniej jednak nie
mogłem jeszcze ochłonąć ze zdziwienia. Czyżby to miało oznaczać
jakiś czarny zamach na moją naiwność kupiecką? Ach, że też te sprawy handlowe muszą psuć najpiękniejsze życie pod
słońcem! Dlaczego morze służyć ma tylko na użytek handlu - jak
również i wojny? Poco na niem zabijać i kupczyć dla samolubnych
celów, tak w gruncie rzeczy małoważnych. Byłoby daleko piękniej
żeglować ot tak sobie, do tej lub owej przystani, z kawałkiem lądu
dla rozprostowania nóg, dla nabycia paru książek i dla chwilowego
odświeżenia kuchni. Lecz żyjąc w tym świecie mniej lub więcej
zabójczym i rozpaczliwie handlarskim, jest, oczywiście, moim
obowiązkiem jak najzręczniej to wyzyskać. List mego armatora, jak już powiedziałem, zostawił memu uznaniu
rozporządzenie się okrętem w sposób, jaki będę uważał za najlepszy.
Lecz w liście tym było postscriptum mniej więcej w takich słowach: "Bynajmniej nie chcąc uszczuplać Pańskiej swobody działania,
piszemy przez odchodzący pocztowiec do kilku naszych przyjaciół
handlowych, którzy tam mogą Panu być w czemś pomocni. Zwłaszcza
życzylibyśmy sobie, aby Pan zgłosił się do p. Jacobusa, znacznego
kupca i przedsiębiorcy. Jeżeli Pan się z nim zetknie, potrafi on
zapewne dać Panu wskazówki co do zyskownego zatrudnienia okrętu". Zetknąć się z nim! Faktem jest, że znaczna ta osobistość była tu,
na pokładzie, prosząc o szklankę herbaty. A ponieważ życie nie jest
baśnią, zastanowiło mię nieprawdopodobieństwo tego zdarzenia.
Czyżbym odkrył czarodziejski jakiś zakątek ziemi, gdzie bogaci
kupcy śpieszą co sił na pokład okrętu, wprzód jeszcze, zanim go na
dobre przycumowano? Byłaż to biała magja, czy może tylko jaki
czarny podstęp, używany w kupiectwie? Nasunęło mi się wkońcu
podejrzenie (gdym zawiązywał krawat), żem się przesłyszał co do
nazwiska. Myślałem często o znakomitym panu Jacobusie podczas
kursu, i może słuch mój został oszukany jakiemś dalekiem
podobieństwem brzmienia... Steward mógł był powiedzieć Antrobus -
lub może Jackson. Lecz gdym wyszedł ze swego gabinetu z urzędowo pytającem "Pan
Jacobus?", spotkało mię w odpowiedzi spokojne "Tak", wypowiedziane
z łagodnym uśmiechem. To "Tak" było rzucone jakby od niechcenia.
Widać nie robił sobie wiele z faktu, że to on właśnie jest panem
Jacobusem. Przyjąłem do wiadomości jego rysopis: duża bladawa
twarz, rzadkie włosy na czubku głowy, tak samo rzadkie bokobrody, o
jakimś wyblakłym, nieokreślonym kolorze, ciężkie powieki. Grube,
dobrotliwe wargi, o ile ich nie otwierał, robiły wrażenie jakby
sklejonych. Mdły uśmiech. Powolny, cichy człowiek. Wymieniłem
nazwiska dwu moich oficerów, którzy właśnie zeszli na śniadanie;
czemu jednak milcząca postawa Burnsa jakby zaakcentowywała hamowane
oburzenie, nie mogłem zrozumieć. Gdyśmy siadali naokoło stołu, doleciały mych uszu oderwane wyrazy
jakiejś sprzeczki na schodach. Ktoś obcy najwidoczniej chciał
zejść, by rozmówić się ze mną, a steward sprzeciwiał się temu. - Pan nie może się z nim widzieć. - Dlaczego
ja nie mogę? - Kapitan zajęty śniadaniem, mówię panu. Zaraz udaje się na ląd, i
może się pan zwrócić do niego na pokładzie. - To nieładnie! Pan wpuszczasz - - - To nie moja rzecz. - O tak, pańska. Każdy powinien mieć takie same szanse. Pan
wpuszczasz tam tego jegomościa - - Reszty nie dosłyszałem. Uskuteczniwszy zwycięsko odparcie owej
osoby, steward zeszedł do nas. Nie mogę powiedzieć, że miał
rumieńce - był to mulat - lecz wyglądał na podchmielonego. Podawał
półmiski i stał przy kredensie z miną speszonej obojętności, którą
zwykł był przybierać, kiedy coś przemędrkował i bał się wskutek
tego wpaść w tarapaty. Pogardliwy wyraz, z jakim Burns wodził
oczyma od niego ku mnie, był nadzwyczajny. Co ukąsiło znów mego
starszego oficera, nie mogłem się domyśleć. Gdy milczy kapitan, nikt nie zabiera głosu; jest to zwyczaj,
przyjęty na okrętach. A ja nie odzywałem się poprostu dlatego, że
oniemiałem wobec wspaniałości przyjęcia. Przygotowany zastać zwykłe
morskie śniadanie, ujrzałem ucztę, składającą się z lądowych
prowjantów: jaj, kiełbas, masła, najwyraźniej pochodzącego nie z
duńskiej puszki, kotletów baranich i nawet z półmiska ziemniaków.
Od trzech tygodni nie oglądałem prawdziwego, żywego kartofla.
Przypatrywałem im się z zajęciem, a pan Jacobus objawiał mi się
jako człowiek ludzki, domator i nawet cokolwiek odgadywacz myśli. - Skosztuj-no pan ich, panie kapitanie - zachęcał mię przyjaznym
półgłosem: - wyborne. - Wyglądają na to - przyznałem. - Rosną na tej wyspie,
przypuszczam. - O, nie, sprowadzone. Gdyby tu rosły, byłyby kosztowniejsze. Martwiła mię ta głupia rozmowa. Byłyż to dyskusyjne kwestje dla
znacznego i bogatego kupca? Znajdowałem, że prostota, z jaką się u
mnie rozgościł, miała w sobie coś pociągającego; ale o czem tu
mówić z człowiekiem, niespodzianie do was przychodzącym po
sześćdziesięciu i jednym dniu podróży morskiej, z jakiejś całkiem
nieznanej wam mieściny na wyspie, której się nigdy przedtem nie
widziało? Jakież (poza cukrem) były kwestje palące tej okruszyny
ziemi, jej plotki, jej tematy konwersacyjne. Wciągnąć go odrazu do
rozmowy o interesach byłoby prawie nieprzyzwoicie, lub nawet
gorzej: niepolitycznie. Wszystko, co narazie mogłem zrobić, to było
trzymanie się starego, wyżłobionego korytka. - Czy tu drogi prowiant naogół? - spytałem, bolejąc wewnętrznie
nad jałowością swych myśli.
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI