2.
- Listy? Jakie listy? - Helena nie rozumiała. Po trzech dniach została wypisana ze szpitala. Jak wyjaśniła jej przy wyjściu Balbina, musiała teraz czekać na wynik badania histopatologicznego i przygotować się do radioterapii. Najpierw miała mieć tomografię z udziałem fizyków medycznych, których zadaniem było obliczenie rozkładu dawki promieniowania. Mogło minąć nawet kilka tygodni, zanim zaczną się napromienienia. Na razie trzeba było więc uzbroić się w cierpliwość. A Lena się denerwowała, że w tym momencie nic się nie dzieje. Chciała rozpocząć leczenie już, natychmiast, żeby nowotwór nie powrócił. Balbina uspokajała ją, że harmonogram, który jej przedstawiła, to normalna i standardowa procedura.
Po operacji oszczędzającej niepotrzebna była nawet rehabilitacja ręki, Helena mogła więc zająć się wyłącznie rekonwalescencją i zbieraniem sił przed dalszą terapią. Siedziała jednak jak na szpilkach, kreśląc w myślach najróżniejsze scenariusze. Dlatego właśnie Miranda powiedziała ciotce o dziwnym znalezisku. Żeby oderwać jej myśli od choroby, rokowań i kolejnych etapów działania.
- Leżały w bombonierce - tłumaczyła.
- Co ty w ogóle gadasz? - obruszyła się rozmówczyni.
- Wypadły, gdy szukałam koniaku. Były tutaj. Pudełko miało na wieczku róże. Przetrząsnęłam potem kredens wzdłuż i wszerz, gdy babcia poszła spać, ale kamień w wodę. Musiała zabrać, gdy byłam w pracy. Schowała je przede mną.
- Zaraz, zaraz. - Helena zmarszczyła brwi. - Jakie listy? Do Ofelii? Dobrze widziałaś?
- Znakomicie. Wypadł cały plik listów do mamy, bardzo starych. Koperty były już pożółknięte. Nikt ich nie otwierał, sprawdziłam dokładnie, bo odwróciłam ten pakiet, zanim babcia mi wyrwała.
- Mama wyrwała ci te listy? - zdumiała się ciotka.
- No właśnie. Była zdenerwowana jak nigdy. Ona się w ogóle tak nie zachowuje. Potem mnie nawet przepraszała.
- Dziwne. A nie wiesz przypadkiem, skąd była ta korespondencja? - Helena zmarszczyła brwi.
- Nie miałam czasu się przyjrzeć, ale znaczki na pewno były zagraniczne. I powiem ci coś jeszcze... - Urwała niespodziewanie.
Helena wlepiła w nią ciekawe spojrzenie.
- No! - popędziła. - Strzelaj!
- Moim zdaniem one pochodziły z Francji. Zorientowałam się po znaczkach właśnie, bo stempli nie zdążyłam odczytać.
- Ciekawe - mruknęła ciotka.
- Prawda? Tylko dlaczego te koperty były zaklejone? Mama nie chciała przeczytać listów?
- Jesteś pewna, że wszystkie były zalepione? Może skleiły się przypadkiem, ze starości - zastanawiała się starsza z kobiet. Siostrzenica gwałtownie pokręciła głową.
- Na pewno nikt ich nie otwierał. Dobrze widziałam. One były nietknięte. Ciekawe, dlaczego babcia trzymała je tyle lat i czemu zareagowała tak gwałtownie, gdy wypadły?
Na to pytanie właścicielka mydlarni nie znalazła odpowiedzi, więc obie milczały chwilę.
- Interesuje mnie co innego - powiedziała ciotka po pauzie. - Pamiętasz, jak Ofelia wypytywała notariusza, czy nasz dobroczyńca mieszka w Paryżu?
Miranda zmarszczyła brwi.
- Tak! Faktycznie, pytała o to. Też byłam zdziwiona, skąd przyszedł jej do głowy taki pomysł. Czemu akurat Paryż.
- Może dlatego, że Tymon Ilnerski osiadł w tym mieście, a ona podejrzewa, że to właśnie on jest naszym tajemniczym donatorem.
- Myślisz, że to mogą być listy od niego? - wtrąciła siostrzenica podekscytowanym głosem. - Też o tym pomyślałam! Ale w takim razie, czemu nie były otwarte? - Kręciła głową w zdumieniu.
- Może o nich nie wiedziała? - rzuciła Helena.
Ta oczywista prawda była jedynym wytłumaczeniem i podświadomie obie skłaniały się do takiego rozwiązania. Korespondencja była zatajana przed Ofelią, a listy w jakiś sposób przejmowane, zanim trafiły do jej rąk.
- No, ale... - zaczęła Miranda.
- To oznacza, że ktoś je przed nią chował. Mama lub ojciec - uzupełniła Lena. - Pytanie tylko - dlaczego to robił?
- Bo była już mężatką? I nie chcieli jej komplikować życia? Sama słyszałaś, że Ilnerscy wyjechali w stanie wojennym - podrzuciła siostrzenica.
- Uciekli - uściśliła druga z kobiet. - Tak, mogło o to chodzić. Tymon przypomniał sobie o dawnej sąsiadce i zaczął do niej pisać, a mama uznała, że to może zamieszać Feli w głowie. W sumie dziwna historia, nie przeczę. I straszliwie niepodobna do mamy...
- Myślisz, że powinnyśmy to ujawnić? - zapytała Miranda, a ciotka wzruszyła ramionami.
- A mamy jakieś dowody? Gdzie są te listy? Poza tym tylko domyślamy się, że to Tymon Ilnerski jest nadawcą.
- Oczywiście, że to wyłącznie spekulacje, zdaję sobie sprawę. Ale korespondencję można odzyskać. Pewnie babcia schowała ją gdzieś u siebie. Gdybyśmy poszukały... - kusiła młoda kobieta.
Lena spojrzała na nią z niespotykaną surowością. Siostrzenica aż skurczyła się pod tym karcącym wzrokiem.
- Mirando, są pewne granice. Nie będziemy robiły rewizji we własnym domu - oświadczyła twardo.
- Helu, nie rozumiem, dlaczego babcia jej po prostu nie odda tych kopert. Może pogadajmy z nią o tym? - prosiła dziewczyna, ale jej rozmówczyni nie była przekonana do pomysłu.
- Już próbowałaś to robić, prawda? Ale jasne, nie zabraniam ci tego, byle jej tylko nie zdenerwować jeszcze bardziej. - Ciotka wzruszyła ramionami.
Miranda nie rozumiała.
- Chcesz to tak zostawić?
- A co nam innego pozostaje? Jeżeli mama nie będzie chciała nic z tym zrobić, to w jaki sposób możemy ją zmusić? Wyobrażasz sobie, jaka byłaby afera, gdybyśmy wywlekły tę historię przy niedzielnym obiadku? Mama ukrywa jakieś stare listy, Fela dostaje szału. A może to wcale nie ma znaczenia?
- A jeśli ma? - Siostrzenica się upierała.
- Tego przecież nie wiesz. - Helena zachowywała się tak, jakby chciała zbagatelizować całą sprawę. Zdumiało to Mirandę, uważającą ciotkę za osobę ciekawą świata, która nie spocznie, zanim nie rozwiąże zagadki.
- Naprawdę ci na tym nie zależy? - zdziwiła się więc głośno.
Kobieta westchnęła.
- Wiem, że to może dziwnie zabrzmieć, ale odkąd zachorowałam, widzę pewne rzeczy inaczej. Nie chcę uszczęśliwiać ludzi na siłę. Rozumiem, że mamą kierują jakieś osobiste racje. Nie wiem, jakie, ale nie zamierzam ich tak ostro oceniać, skoro nie znam kontekstu. Zaczekajmy, niech się same ujawnią. Liczę na to, że mama zechce jakoś zareagować, skoro ty już znalazłaś tę bombonierkę i mleko się samo wylało.
- Wcale nie jestem pewna. Jeśli przez tyle lat utrzymywała tajemnicę, to może nie chcieć tego wyciągać na światło dzienne. Myślę, że w związku z tym trzeba powiedzieć mamie. A w każdym razie spróbować namówić babcię...
- To namawiaj - przerwała Helena. - Ale odradzam grzebanie w jej rzeczach. Jeśli zadała sobie trud i przeniosła to pudełko, to widać ma powód. Zapewne lepiej nie ruszać całej tej sprawy.
- Nie poznaję cię, Hela. Ty, zawsze taka bezkompromisowa, nagle chowasz głowę w piasek - zirytowała się siostrzenica.
- Chowam głowę w piasek? Z powodu kilku starych listów z bombonierki? Co ty w ogóle mówisz? Bo nie chcę prowadzić jakiegoś dziwnego dochodzenia?
- Normalnie byś chciała. Ciekawiłoby cię to. Wyskakiwałabyś ze skóry, dociekając, o co właściwie chodzi. - Miranda patrzyła na nią zawiedzionym spojrzeniem.
Helena się zawahała. Jak miała wyjaśnić młodej krewnej to, co było tak oczywiste? Ona sama ukrywała swoją przypadłość przed rodziną. Bała się ich reakcji, ocen, a także - i może przede wszystkim - dobrych rad. Nie chciała jeszcze i z tym się zmagać, skonfrontowana z ciężką dolegliwością. A przecież nie wstydziła się choroby, nie bała się o niej mówić. Pragnęła jedynie przejść to po swojemu, bez niepotrzebnych wzruszeń, i dlatego zwlekała. Może matka ma podobne opory? Nauczona własnym doświadczeniem, przyrzekła sobie nie oceniać zbyt szybko innych, nie komentować krytycznie ich wyborów.
Westchnęła teraz i powiedziała pojednawczo:
- Nie ukrywam, że jestem ciekawa, dlaczego mama ukryła przed Felą te listy. Czy uważała tę znajomość za niestosowną i o co właściwie chodziło. Ale, Mira, minęło już tyle lat. Wydaje ci się to w tej chwili tak istotne?
- Uważam, że owszem. A jeżeli to Ilnerski jest właścicielem naszego domu? - przekonywała siostrzenica.
- To co? Łatwiej będzie spełnić szlachetny uczynek? Znajdziesz w tych nierozpieczętowanych listach jakąś wskazówkę? Poza tym w jaki sposób Ilnerski może być właścicielem? Oni mieszkali tutaj na takich samych zasadach jak my - mieli przydział od miasta - tłumaczyła spokojnie ciotka, ale Miranda nie przyjmowała tego do wiadomości.
- A jeżeli pochodzili z rodziny tego kuzyna, o którym mówił stary Blajerski? Tego, który miał przechować w czasie wojny dziecko Mincerów w zamian za dom. - Wstała i zaczęła chodzić wokół stołu, wymachując rękami, co czyniła zawsze w zdenerwowaniu.
Helena pokręciła głową w zadumie.
- Czy ty nie formułujesz zbyt daleko idących wniosków na podstawie kilku listów, które przypadkiem wypadły ze starego pudełka? Nie masz wrażenia, że to naciągane domysły?
- A ja wciąż nie rozumiem, czemu ciebie to kompletnie nie interesuje. - Młodsza kobieta zirytowała się nie na żarty.
- Bo nabrałam wstrętu do wsadzania nosa w nie swoje sprawy. Mówiąc otwarcie, nie chcę bardziej martwić mamy. Obawiam się, że jeśli zaczniemy ją wypytywać o te listy, drążyć sprawę, to się zdenerwuje i będzie się zadręczać. Nie wiem, jak mogłybyśmy to zrobić dyskretnie, a przeszukiwanie jej pokoju nie wchodzi moim zdaniem w grę. To jest granica, której ja nie przekroczę, Mirando, i tobie też nie radzę.
- Nie zamierzam tego robić - zapewniła ją siostrzenica. - Myślałam, że może leżą tam gdzieś, no wiesz, na wierzchu...
Ciotka popatrzyła na nią przeciągle.
- Mira, mamy mnóstwo zmartwień. Moja choroba, ta sprawa z kamienicą. Powiem ci szczerze - nie chcę, żeby mama przypłaciła to zdrowiem albo i życiem. Z tego, co opowiadałaś, wynika, że bardzo się przejęła, gdy te koperty wypadły z bombonierki, a ty zaczęłaś wypytywać...
- Chcesz udawać, że nic się nie stało? - Siostrzenica była niesamowicie rozczarowana, a Helena przytaknęła.
- No dobrze - powiedziała z ociąganiem Miranda. Postanowiła jednak nie odpuszczać. Miała swój plan i chciała wprowadzić go w życie.
- O czym tak dyskutujecie? - spytała Sylwia, wchodząc do salonu, jakby na zawołanie.
- Obgadujemy Olesińskich - wypaliła natychmiast wnuczka. - Marta podała mi rano grafik prac ogrodowych. Proszę, tutaj jest. - Wyciągnęła kartkę w kierunku babci.
- Pokaż no - zażądała Helena, zanim starsza pani zdążyła się przyjrzeć. - Może to i dobrze, że mamy jakiś harmonogram. Ja się w sumie na tym nie znam, ale takie zajęcia wymagają systematyczności.
Sylwia spojrzała na nią spod oka, jakby chcąc zauważyć: "i kto to mówi?", bo Lena raczej dotąd nie grzeszyła konsekwencją. Nie odezwała się jednak. Córka uważnie badała plan sporządzony przez sąsiadkę.
- Choć nie lubię Olesińskiej i sądzę, że ma źle w głowie, to trzeba uczciwie przyznać, że rozdzieliła wszystko sprawiedliwie - oceniła Helena. - Nikt nie jest poszkodowany.
- Za chwilę ty będziesz poszkodowana - mruknęła Miranda. - Słyszałam od Klary Pieniążkiewicz, że do rejenta Zawilskiego wpłynęło kilka podań o lokal w podwórku.
- Aż kilka? - zaniepokoiła się zagadnięta. - Myślałam, że tylko Marta i Jacek się zgłosili.
- A ty napisałaś, córeczko? - zatroskała się Sylwia, która dobrze wiedziała, jak młodej kobiecie zależy na tym pomieszczeniu.
- No tak, wysłałam pismo, zanim poszłam do szpitala. Cóż ja mogłam więcej w nim zawrzeć, poza tym, co oczywiste. Czarno widzę moje szanse, mamo. Nie jestem w stanie zaoferować czynszu poza opłaceniem zwykłych rachunków, remontu też jakiegoś szalonego nie zrobię. Gdy zastanawiałam się, co umieścić w tym podaniu, w sumie wyszło mi, że jedyne, co jestem w stanie uczciwie napisać, to obietnica, iż wszyscy będą się dzięki mnie dobrze bawić i stworzę tam urocze miejsce. Nic więcej.
- Moim zdaniem to bardzo dużo - uznała matka.
- Nie pocieszaj mnie. To raczej kiepski biznesplan - westchnęła właścicielka mydlarni.
- Przynajmniej wyraziłaś się szczerze i od serca - poparła babcię Miranda. - Oni będą sadzić jakieś banialuki o niewiarygodnych zyskach dla właściciela i perspektywach dla okolicy, które są moim zdaniem iluzoryczne. Swoją drogą, jestem ciekawa, jak ten nasz donator się do tego odniesie. Czy jest łasy na zyski i daje się nabrać na takie słodkie i przymilne słówka.
- Nie wiemy, czy usiłują go podejść pochlebstwami - westchnęła Helena. - W każdym razie Szarotka obiecał, że spróbuje znaleźć mi inny lokal. Pewnie nie będzie tak korzystnie finansowo, ale mówił, że to się da podciągnąć pod jakąś działalność przynoszącą umiarkowany zysk i koszty spadną. Zobaczymy, może wszystko się ułoży.
Jej myśli automatycznie popłynęły w kierunku kolegi z klasy. Mikołaj chciał ją odwiedzić w szpitalu, lecz była tam tak krótko, że nie miał nawet okazji. Postanowiła się z nim spotkać i podziękować za troskę. Naprawdę wykazał się szlachetnością i dobrymi chęciami. Należała mu się wdzięczność. Jak to mówią: "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie", i to był właśnie ten przypadek.
- Muszę iść do pracowni - stwierdziła, a Miranda także zaczęła się zbierać. Miała popołudniową zmianę w bibliotece. Wyszły razem. Helena chciała jeszcze raz przestrzec siostrzenicę przed myszkowaniem w rzeczach Sylwii, ale w ostatniej chwili się powstrzymała, nie zamierzała moralizować niczym Fela.
- Nawet cię nie zapytałam, jak stoją sprawy z bankiem czasu Szarotki? Przez ten pobyt w szpitalu całkiem o tym zapomniałam - zagadnęła na schodach.
Siostrzenica wyraźnie się rozchmurzyła i zaczęła z zaangażowaniem opowiadać o tworzącym się właśnie pomyśle.
- Mikołaj mówił, że jest już trochę zgłoszeń. Wiesz, taka wymiana dobrosąsiedzka: cerowanie za drobną naprawę, korepetycje za przewiezienia mebla... W każdym razie moim zdaniem idea chwyciła i będzie się rozwijać - mówiła z wielkim entuzjazmem.
Ciotka przytaknęła z uśmiechem. Tak, ważne, że w okolicy działo się coś dobrego. Była szansa na zmiany, a to ją cieszyło.
Rozstały się przed bramą. Helena przeszła przez podwórko, wspólne dla obu sąsiadujących kamienic, gdzie od razu natknęła się na Blajerskiego. Postanowiła wykorzystać okazję.
- Dzień dobry, panie Henryku - zaczęła przyjacielsko, a stary woźny spojrzał na nią podejrzliwie.
- Podobno była pani w szpitalu - zaczął od razu zaczepnie, jak to miał w zwyczaju. - Ale, jak widzę, to chyba nic poważnego, skoro już pani śmiga jak ta młoda kozica.
- Mam nadzieję. To rutynowy zabieg. - Właścicielka mydlarni nie zamierzała wtajemniczać go w swoje sprawy, zdziwiona, że tak się to rozniosło. No, ale cóż - kto, jeśli nie dawny woźny ze szkoły miałby tu wszystko wiedzieć? To nawet dobrze rokowało dla jej osobistego planu.
- Chciałam o coś pana zapytać - zagaiła łagodnym tonem, a on się od razu najeżył.
- Jeżeli o Mincerów, to już mówiłem, że nic nie wiem. Mały byłem i nie pamiętam. Nic nie wiem - podkreślił z naciskiem, a ona postanowiła bardziej już nie drążyć i odezwała się pojednawczo:
- Panie Blajerski, mnie zupełnie o coś innego chodzi, niech się pan nie denerwuje.
- O coś innego? Niby o co? - Henryk nie wyglądał na uspokojonego, a wręcz przeciwnie.
- O rodzinę Ilnerskich, pamięta pan, oni tu na parterze mieszkali...
- Wiem doskonale. Ale nie byłem przy tym, jak uciekli. Wyjechałem wtedy na Śląsk do pracy, ale mi się nie spodobało, robota ciężka, to wróciłem. Mamusia mi tylko mówiła.
- Rozumiem. A kojarzy pan tego chłopaka, Tymona Ilnerskiego? On się przyjaźnił z moją siostrą, chodzili razem do klasy w podstawówce.
Blajerski spojrzał na nią spod oka.
- A tak, lubili się z pani siostrzyczką, ale chłopaka mam pamiętać? Jego ojca doskonale znałem! To był pistolet. Ludzie różne rzeczy o nim opowiadali. Że za Niemca wyroki wykonywał, kolaborantom w łeb strzelał. Niektórzy się tu go bali. Myślałem, że przez to uciekli. Zresztą to dawne dzieje. Po co to pani? Najpierw ta rodzina Mincerów, teraz Ilnerscy. Czemu to ruszać, rozdrapywać? Nie lepiej zostawić jak jest? Żeby ludzie w spokoju żyli i w spokoju umarli? Zawsze się znajdzie ktoś, kto będzie mącił i problemy robił - zaczął gderać i się irytować. Helena zrozumiała, że więcej od niego nie wyciągnie. Próbowała jeszcze udobruchać starego, ale on naburmuszony ruszył do swego mieszkania. Młoda kobieta weszła do pracowni i usiadła przy stole.
Dlaczego to wszystko szło jak po grudzie? Czemu nie mogła się niczego dowiedzieć? Najpierw o Sarze Mincer, a teraz o Ilnerskich. To drugie wydawało się jej dużo łatwiejsze. Tymon chodził do klasy z Ofelią, mogła zapytać o niego choćby siostrę. Miała jednak opory. Bała się, że Miranda wywlecze przy okazji sprawę zapieczętowanych listów, a tego tematu na razie nie chciała poruszać. Był jeszcze w końcu Bartek Szarocki, który się z nim przyjaźnił, no i Anna Mrowińska. Nauczycielka, która przekreśliła szkolną karierę Tymona i zmusiła go do wyjazdu wraz z całą rodziną. Na wspomnienie tego faktu Helenę przechodził dreszcz. Jakaż ta sprawa musiała być koszmarna. Jak się dowiedzieć, co właściwie się wtedy stało? Czy brat Mikołaja to jeszcze dokładnie pamięta? Czy zna szczegóły? I czy będzie chciał opowiedzieć, skoro wszyscy są w tej historii tacy tajemniczy? A może istnieją jakieś akta, do których da się dotrzeć? Lena od razu pomyślała o dawnym koledze ze szkoły, czyli prokuratorze Mierczyńskim. Kiedyś wyrzucał co prawda szkielety przez okno, ale może teraz zechce udzielić jakichś wskazówek. Dokonała szybkich obliczeń. No tak, od tej sprawy minęło już ponad trzydzieści pięć lat. Na pewno uległa przedawnieniu i jak to się mówi - zatarciu. Może nawet przejęło ją jakieś archiwum, kto to wie. Nie znała się zupełnie na takich kwestiach. Chyba to nie jest żadna tajemnica i takie dane są po prostu dla historyka? Zresztą można zwyczajnie zapytać. Jeżeli akta są tajne, nie otrzyma dostępu, a jest szansa na rozwiązanie tej zagadki. Co tu się właściwie stało te trzydzieści pięć lat temu? Mało brakowało, a sama uczestniczyłaby w tych wydarzeniach, bo urodziła się niedługo później. Uśmiechnęła się na samą myśl o idiotyzmie, który przyszedł jej do głowy: niemowlę biorące udział w całej tej sprawie.
Mama musiała chyba to przeżywać - pomyślała. Nie wiedziała, jak bardzo zaangażowana była Ofelia w akcję z ulotkami, ale na pewno był to niezwykle nerwowy czas. Zatrzymanie sąsiada, potem ta ucieczka. A przecież Sylwia spodziewała się wówczas dziecka. Trudne chwile dla całej rodziny.
No i tata jakiś czas później zachorował, a potem umarł, a ja nawet nie zdążyłam go poznać - powiedziała do siebie ze smutkiem. Fela była bardzo związana z ojcem i po jego śmierci się kompletnie załamała. Musiała zmienić szkołę i leczyła się u psychologa. To był niełatwy czas, ale jakoś sobie poradziły. Teraz też musimy wziąć się w garść - podsumowała.
Obrzuciła spojrzeniem swoje małe królestwo. Wiedziała, że niedługo może je stracić, ale nie zamierzała się poddawać. Wręcz przeciwnie, poczuła chęć do walki. Przypomniała sobie słowa lekarki z ośrodka, te, że w życiu na wszystko trzeba mieć plan. Musiała sobie stworzyć plan na tę pracownię. Tajemniczy donator powinien w najbliższym czasie zwołać zebranie w sprawie tego lokalu, a ona będzie przygotowana. Przekona komisję od dobrych uczynków, że w pralni na podwórku powinna być manufaktura mydła.
- Choćbym miała stanąć na głowie, udowodnię im, że żadna inna działalność nie ma tutaj racji bytu - powiedziała na głos. Od razu poczuła się lepiej. Wiedziała, co ma robić, i wszystko zaczęło się układać.