Uśmiech Cateriny. Historia matki Leonarda da Vinci - Carlo Vecce

Kup ebooka

59.99 zł
53.99 zł (30,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Jakow

Brzozowy gaj nad brzegiem rzeki

niedaleko Chy Miute, letni poranek

Nie chcę jej stracić.

Koń pojawia się i znika wśród brzóz.

Mogę podążać za nią tylko wzrokiem.

Oczy są rękoma, rękoma, które wyciągam, próbując chwycić coś, co ucieka na zawsze.

Życie, błysk światła, chaotyczna interferencja wspomnień i obrazów, tej nicości, której wspólnie doświadczyliśmy.

Pnie są białe i smukłe, ich kora przypomina stwardniałą skórę. Wyglądają jak te same drzewa, które obejmowałem dwanaście zim temu, nie tutaj nad morzem, ale w naszym świętym lesie, daleko w górach. Nieświadomy zakazu, przeniknąłem wtedy do jego najskrytszej części. Nie, nie mogłem czekać na zewnątrz z innymi mężczyznami i końmi. Od wielu godzin rozdzierające krzyki mojej żony odbijały się echem w dolinie i doświadczałem udręki, jakiej nie czułem nigdy wcześniej. Właśnie miał się wydarzyć straszny cud.

Opierając ręce na brzozie, spojrzałem w dół na polanę. Pośrodku płaskowyżu rósł wielki orzech włoski, ogołocony już przez jesienne wiatry, z gałęziami skierowanymi ku niebu niczym ramiona wyciągnięte w akcie składania ofiary. Jego prastare korzenie wiły się wśród skał, gdzie tryskało źródło idealnie czystej wody. Między korzeniami a pniem stał szorstki drewniany krzyż. Z moją żoną była tylko akuszerka, mamiku, nieustannie krążąca między nią a źródłem, zdejmująca jej krwistoczerwone szaty i płucząca je w wodzie. Ona leżała na plecach, na rozrzuconej po ziemi warstwie słomy. Wydawała z siebie głośne okrzyki, potem sztywniała, podkurczała ręce i nogi, odrzucała głowę do tyłu.

Aż do poprzedniego dnia, a także przez długie poprzednie miesiące w naszym dużym domu stojącym w samym sercu wsi stosowaliśmy się do wszystkich rad mamiku i starszych kobiet. To miał być nasz pierwszy syn: najstarszy syn ps? Jakowa, szlachetnego Jakowa, jak śpiewały kobiety, chłopiec, którego przeznaczeniem było zostać bohaterem - jak ci z eposu o Nartach - i z mocą i odwagą poprowadzić swój klan. Miał się urodzić w roku Konia, zwierzęcia najszlachetniejszego i najbardziej czczonego przez naszych ludzi.

Moja żona unikała wychodzenia po zmroku, siadania na skrzyni lub kamieniu, zabijania węży, picia wody z wielkich kielichów. Z uwagą doglądała płonącego w środku domu ognia, żeby się nie rozprzestrzenił. Ale mimo wszystko trudna ciąża wciąż ją osłabiała. Miała częste krwawienia, a kobiety bały się, że na nią i dziecko zawziął się jakiś demon: może ich krwi spragniona była okrutna Alma? Ktoś powiedział, że widział ją - nagą starą kobietę z rozpuszczonymi włosami - błąkającą się o zmierzchu w pobliżu domu. Aby się przed nią uchronić, całą noc palono na drzwiach oczyszczający ogień, a pod poduszkę i słomiany materac wkładano najróżniejsze metalowe przedmioty, amulety, nożyczki i nóż. Na poród przygotowano już słomianą chatę poza wsią, w pobliżu hałaśliwej rzeki.

Do rozwiązania doszło późną jesienią. Pogoda nadal była łagodna, ale starsi ostrzegali, że wkrótce zacznie wiać lodowaty wiatr, który schodził z Krainy Ciemności, i że wszystko stanie się białe i ciche, pogrzebane pod grubym płaszczem śniegu. Blada i prawie bez sił, upierała się, abyśmy natychmiast zabrali ją do świętego gaju, pod orzech. Mówiła, że potrzebuje energii z wody i skały, z soków i z mocy wielkiego drzewa. Była nieugięta, więc pomimo jej stanu zanieśliśmy ją na noszach w towarzystwie samej mamiku. Wyjechaliśmy o świcie. Niebo było bezchmurne, powietrze nieruchome i zimne. Do świętego gaju weszły tylko kobiety z tragarzami, którzy zawrócili natychmiast po ułożeniu ściółki ze słomy na wilgotnej ziemi. Ja i pozostali zsiedliśmy z koni i stanęliśmy na skraju lasu. W środku nie mógł zostać żaden mężczyzna. To, co działo się na dole, widzieliśmy bardzo niedokładnie. Mamiku rozpoczęła dziwne rytuały, które miały sprzyjać wydaniu na świat płodu, otwierając i rozsupłując tajemnicze splątane przedmioty i przywołując wodę i wiatr.

Zmroził mnie jej głośny krzyk. Gwałtownie wygięła się w łuk, potem się cofnęła i więcej nie poruszyła. Byłem wstrząśnięty. Z daleka nie widziałem dobrze i nie rozumiałem, co się dzieje. Nie mogłem już dojrzeć mojej żony, zakrytej przez schyloną między jej nogami mamiku. Potem rozległ się kolejny krzyk, słaby, ale wyraźny i ostry, a mamiku wykonała kilka szybkich gestów czymś, co wyglądało jak nóż, później rzuciła się w stronę źródła, trzymając małą zakrwawioną rzecz, którą wielokrotnie zanurzyła w lodowatej wodzie, a za każdym razem powtarzał się ten przenikliwy wrzask, aż rzecz nie była już czerwona od krwi.

Pobiegłem w stronę polany. W wilgotnych oczach drżącej mamiku dostrzegłem przerażenie - przerażenie tym, co właśnie się stało, a może bardziej dokonaną przeze mnie profanacją, tym, że chciałem zobaczyć to, czego męskie oczy widzieć nie powinny. Zobaczyłem moją żonę leżącą na ziemi i białą jak śnieg, z otwartymi ustami, oczami wpatrującymi się bez życia w błękitne niebo, z ciemną krwią na rozciętych genitaliach, na rozłożonych nogach, na słomie, na ziemi. Jej krew wypiła Alma, chaotycznie powtarzała rwanymi słowami mamiku, ale teraz, kiedy wsiąka już w ziemię i wnika od korzeni do soków wielkiego orzecha, to krew święta. Krew za krew, życie za życie. I właśnie wtedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Jej wielkie oczy były otwarte, jasne, głębokie. Sprawiały wrażenie takich samych, jakie miała jej matka, i wydawało mi się, że obserwują, jak wyciągam ku niej ręce.

Ponownie zobaczyłem ją dopiero po powrocie, po sześciu zimach.

Pochowawszy żonę w rodzinnym kurhanie, pod wielkimi płytami kamiennego domu umarłych, moją kilkudniową dziewczynkę powierzyłem opiece babci i mamki, niewolnicy rus o imieniu Irina.

Na ziemi zapanowała ciemność. Ciemność zła i bólu. Wyła północnym wiatrem i spadała wraz ze śniegiem. Zebrawszy broń i zgromadziwszy wojowników z klanu, odszedłem, nie oglądając się za siebie. Aż do tego czasu, czekając na narodziny mojego pierworodnego, nie odpowiedziałem na zaproszenie warqa Inala Nechu, jednookiego księcia Inala Wielkiego, syna Churyfiela i wnuka Abduna-Khana, który wezwał przywódców i szlachciców naszego rozrzuconego po górach i dolinach dumnego i niezależnego ludu, byśmy zjednoczyli się we wspólnej walce. Teraz dołączyłem do niego ze ślepą determinacją, zaciekle rzucając się w bój, jakbym szukał pociechy w śmierci zadawanej wrogom. Innym wojownikom jawiłem się jako osoba odważna, bohaterska i nieludzka. W rzeczywistości kierowało mną desperackie pragnienie śmierci.

Kiedy wróciłem do wioski, byłem bardzo zmieniony. Moją twarz poorały zmarszczki i blizny, częściowo ukryte pod brodą i długimi jasnymi włosami. Moje spojrzenie było smutne, a w oczach wciąż odbijały się błyski płomieni i płynąca krew. Nie obchodziło mnie już ani życie, ani śmierć. W głowie i w sercu panowała pustka.

Przybyłem do wsi niespodziewanie, w przeddzień noworocznej zabawy, pod koniec zimy. Przyjechałem z kilkoma towarzyszami, tymi nielicznymi, którzy nadal jeszcze żyli. Za naszą grupą podążał mały wóz prowadzony przez niskiego, ciemno ubranego mężczyznę. Oprócz burki, filcowego płaszcza i kolczugi miałem na sobie szorstką barchanową koszulę tkaną trzema nicielnicami, bez kołnierza i związaną paskiem, oraz workowate spodnie wpuszczone w wysokie buty. Na ramieniu zawiesiłem łuk z kołczanem, a w pochwie ukryłem szaszkę, długą, zakrzywioną i lekką szablę, elastyczną i zabójczą niczym wąż, z pokrytą srebrnym niello haczykowatą rączką wyglądającą jak głowa orła.

Zdjąłem spiczasty hełm z policzkami i potrząsnąłem głową, uwalniając na wietrze moje jasne włosy. Powoli schodziłem w dół doliny, skręciwszy za ostatni zakręt wzgórza. Zbliżając się do pierwszych domów, widziałem kobiety, starców i dzieci, którzy w milczeniu zbierali się na poboczach drogi, próbując w postaciach pokonanych rycerzy odszukać rysy swych ukochanych mężów, synów, ojców.

Zatrzymałem się przed moim domem w sercu wsi, przed wuną, różniącą się od pozostałych tylko tym, że była trochę większa, choć taka sama w konstrukcji: zbudowana z trzciny, gałęzi i słomy. Nic się tu nie zmieniło. Z tyłu znajdowało się ogrodzenie, które postawiłem tam latem w czasie ciąży mojej żony, były też stajnie, osobne pomieszczenie dla gości, wybiegi dla zwierząt, pole i drzewa owocowe, teraz znów przygotowujące się do wiosny.

Pod portykiem rozpoznałem szczupłą postać mojej matki, odizolowaną od służących i innych domowników, niewzruszoną jak posąg, a obok niej służącą Irinę, która trzymała za rękę dziewczynkę w wieku pięciu czy sześciu lat. To musiała być ona: moja córka o niebieskim spojrzeniu i długich jasnych włosach. Jej oczy wpatrywały się we mnie, podekscytowane, ale bez łez, suche jak oczy babci, jak oczy Iriny, jak oczy wszystkich obecnych w tym momencie na polanie, bo łzy są dla nas oznaką słabości.

Zsiadłem z konia, przytuliłem matkę, spojrzałem z wdzięcznością na Irinę i pochyliłem się nad małą dziewczynką, która nigdy wcześniej mnie nie widziała. Musiałem wydawać się jej kimś obcym i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z mojego wyglądu, który mógł wzbudzać tylko strach. Nie potrafiłem się uśmiechnąć: nigdy się nie uśmiechałem. Nie znałem nawet jej imienia, ale Irina wyprzedziła moje pytanie, szepcząc słowa, jakimi ją nazywali, Wafa-naka, Oczy Nieba, ponieważ jej oczy były głęboko niebieskie jak oczy jej matki i ojca. Z bólem przypomniałem sobie, jak błękitne było niebo nad polaną w dniu, kiedy Wszechmocny T'ha odebrał mi ukochaną kobietę, a w zamian obdarzył córką zamiast pierworodnego syna.

Niepewnie wyciągnąłem do niej ręce, cicho wypowiadając jej imię: Oczy Nieba. Dziewczynka spojrzała na Irinę, która uśmiechnęła się do niej, po czym, nie opuszczając oczu, pewnym krokiem ruszyła w moją stronę i zarzuciła mi ręce na szyję.

Weszliśmy do dużego pomieszczenia pośrodku, do świętego serca wuny. w którym ognia przez wszystkie te lata pilnowała moja matka - podczas mojej nieobecności głowa domu i rodziny. Przed wejściem zatrzymał się także wóz, a jego woźnicę przedstawiłem rodzinie i przyjaciołom: był to mój konak, gość, grecki kupiec o imieniu Demetrios, podążający za mną ze Szandżyru, miasta księcia Inala, założonego przez jego dziadka Abduna na południe od Psif. Zanim mi się przedstawił, nie znałem go ani wcześniej go nie spotkałem; on jednak, prócz pewnej znajomości naszego języka, znał także moje imię.

To właśnie owo imię Jakow ocaliło go, kiedy zszedł z pokładu swego statku na brzegach Chy Flycle; Demetrios został natychmiast otoczony przez wrogich rycerzy, którzy pozbawiliby go dóbr i wolności, gdyby nie przedstawił się jako konak księcia Jakowa, prosząc o ochronę w imieniu świętego obowiązku gościnności i o zaprowadzenie go przed moje oblicze. Oprócz towarów na wymianę Demetrios przyniósł mi wieści z odległej krainy, położonej znacznie dalej niż Chy Flycle, i powiedział, że musi osobiście przekazać pewną wiadomość mojej matce.

Przedstawiłem Demetriosa matce i zgodziłem się, żeby zostali sami w kącie pokoju. Ku zaskoczeniu wszystkich Grek skłonił się przed nią. Słyszałem, jak wypowiedział kilka słów i wyjął z torby mały przedmiot, być może pierścień, który następnie jej wręczył. Słuchała go w milczeniu. Wiedziałem, że nie mówiła. Odkąd byłem dzieckiem, nie pamiętam, żebym kiedykolwiek usłyszał z jej ust jakiekolwiek słowo. Komunikowała się tylko za pomocą gestów. Mówiono, że to się zaczęło dawno temu - jeszcze zanim wyszła za mąż i zanim urodziłem się ja - kiedy, uciekając z dymiących szczątków swojej wioski spalonej przez Tatarów Timura Balasa, dowiedziała się, że porwano jej brata, i zobaczyła nadzianą na włócznię głowę swego ojca.

Ze zdumieniem uświadomiłem sobie, że się wzruszyła.

Trwało to tylko chwilę. Natychmiast się opanowała, jakby zawstydzona tą chwilową słabością, odprawiła Greka i poszła kucnąć na dywanie pośrodku pokoju, tuż obok Oczu Nieba, gestem zapraszając wszystkich, aby posilili się prostą kolacją, jaką w pośpiechu przygotowały kobiety: zupą z pierogami z prosa, gotowaną i przyprawioną sosem czosnkowym baraniną, ciastem z orzechów i miodu. Do wyciągniętych ze skrzyń i wyczyszczonych na moją cześć srebrnych mis nalano dla wojowników i konaka makszimę, sfermentowany napój z prosa z dodatkiem miodu. Jedna z dziewcząt grała na pszinie powolną melodię, długim łukiem poruszając dwa sznury z końskiego włosia naciągnięte na podłużną obudowę.

Po kolacji zasiedliśmy wokół ogniska, a Grek zaczął opowiadać. Posługiwał się trudnym dla siebie językiem, więc często popełniał błędy w słowach czy dźwiękach, co wywoływało śmiech słuchaczy, którzy głośno przerywali, by go poprawić lub zasugerować odpowiedni wyraz. Ale miał dar pozwalający innym go zrozumieć: zwracał się do każdego z osobna, patrzał uważnie swymi ruchliwymi i przebiegłymi oczami, czasem dodawał gesty rąk.

Po chwili nikt już się nie śmiał: wszyscy przyglądali mu się z uwagą, z otwartymi ustami słuchając jego wspaniałych i niesamowitych opowieści, bo ludzie gór, z wyjątkiem nas, wojowników, i kilku niewolników o odległym pochodzeniu, nigdy nie widzieli nic poza grzbietami gór i równinami, gdzie strumień powiększał się, stając się rzeką. Ja natomiast patrzyłem na Oczy Nieba, ale dziewczynka nie zwracała na mnie uwagi, całkowicie pochłonięta opowieścią i wysiłkiem wkładanym w to, by zrozumieć nieco chaotyczne zdania Greka.

Za Chy Miute, mówił Demetrios, gdzie płyną rzeki Tana i Psif, za Chy Tuale Tejmen, gdzie ziemie zdają się stykać, znajduje się Chy Flycle, wielkie czarne morze, w którym zachodzi słońce. Grecy nazywają je Euxe?nos. Nowo przybyli na południowe wybrzeże nazy­wają je Kara Deniz, Morzem Czarnym. Widziałem to morze: z daleka, z grzbietu gór, jak rozmytą w oddali smugę. Świat, kontynuował Demetrios, wcale nie kończy się na horyzoncie, gdzie zachodzi słońce. Wielkie czarne morze kończy się na południu, zwężając się w miejscu, w którym znajduje się jego miasto, najpiękniejsze i najbogatsze miasto świata, miasto kopuł i posągów ze złota. A dalej jest kolejne, jeszcze większe morze, morze słone i głębokie, otoczone wieloma krainami i wieloma innymi ludami, i nieskończonymi wyspami, zanurzonymi w ogromnej wodzie zalewającej wszystkie te krainy. Po drugiej stronie tego morza znajduje się kraj zwany A?gyptos - tak gorący, że żyjący tam ludzie nie wiedzą, co to śnieg - zamieszkany przez lud niemal tak stary jak świat i przecięty przez rzekę, o której nikt nie wie, skąd wypływa.

To stamtąd przybył Demetrios. W bardzo bogatej stolicy Al-Kahira, Zwycięskiej, został wezwany przez króla Barsbaja, któremu powiedziano, że Grek pochodzi z północno-wschodnich wybrzeży Morza Czarnego. Król wyjawił mu, że też pochodził z tej krainy, że urodził się pod bardzo wysokimi górami, które można było dojrzeć z morza, i że kiedy był jeszcze chłopcem, schwytano go podczas napadu Tatarów. Został następnie sprzedany do niewoli w Al-Kahira, a w końcu stał się panem tej części świata. Demetrios pokazał nam metalowy dysk z jego emblematem, chabrem, i powiedział: oto jego moneta. Wszyscy przyjrzeliśmy się jej z ciekawością. Tu w górach nikt nie używa monet. Jeśli już jakaś się trafi, traktowana jest jak amulet lub przebija się ją, aby zrobić z niej naszyjnik. Towary są u nas po prostu wymieniane między klanami lub z nielicznymi kupcami żydowskimi czy ormiańskimi.

Król Barsbaj poprosił Demetriosa, by wrócił do jego dawnej ojczyzny, by przekazać wiadomość jedynej osobie z rodziny, która musiała jeszcze żyć: starszej siostrze; Barsbaj wiedział, że została żoną szlacheckiego przywódcy górskiej wioski na północ od górnego biegu rzeki Psif i miała syna imieniem Jakow. Demetrios miał przekazać jej pozdrowienia i parę prezentów, które teraz ku zdumieniu wszystkich wyjął z torby: dla siostry króla welon z jedwabiu przeplatanego złotymi nićmi, z wizerunkiem chabra na środku, dla jej syna sztylet z rękojeścią nabijaną klejnotami. Najważniejszy dar przekazał już w ręce mojej matki: magiczny pierścień do ochrony jej i jej bliskich. Król Barsbaj dostał go za młodu od mnichów z klasztoru u podnóża świętej góry, na której Wszechmogący przemówił do proroka Mojżesza.

Poprosiłem matkę, by pokazała mi pierścionek. Był prostym srebrnym kółkiem, na którym wygrawerowano jeden znak większy i inne mniejsze. Największy z nich zdawał się składać ze skrzyżowanych linii, podobnie jak emblematy używane przez nas do znakowania koni i bydła oraz ryte na broni i skałach. Obracałem go w rękach, ale nie rozumiałem znaczenia tych symboli.

Podobnie jak wszyscy nasi ludzie, nie wiem, na czym polega pismo, chociaż widziałem, jak używają go sąsiednie ludy, a w kopcach i w domach zmarłych oglądałem starożytne kamienne płyty z dziwnymi i niezrozumiałymi rycinami, bo pisanie musi być magią, w której uwięzione i zaklęte w czasie zostają zrodzone z powietrza słowa, pozwalające umarłym przekroczyć granicę między życiem a śmiercią. Dlatego właśnie znaki te wyryte są na kamieniach w pobliżu domów zmarłych. Muszą być ich językiem utrwalonym w skałę, aby nie zamienił się w proch jak ich ciała.

Znaki z pierścienia też z pewnością były magiczne. Spojrzałem pytająco na Demetriosa. Grek pokazał mi wielki znak składający się z przeplatających się linii: powiedział, że to monogram, to znaczy symbol złożony z kilku znaków umieszczonych jeden nad drugim, a w tym przypadku były to trzy znaki i odpowiadały trzem dźwiękom, a i k, w formie, w jakiej piszą je Grecy. Abym zrozumiał także inne, Demetrios wypowiedział je jeden po drugim: aikaterine. Następnie głośno wymówił pełne słowo: Ekaterini.

Było to po prostu imię: imię wielkiej Hagii Ekaterini, czystej, której ciało przechowywano i czczono w klasztorze u podnóża świętej góry Moszego. Pierścień miał styczność z ciałem świętej i wchłonął jej moc i energię. Ekaterini była dziewicą z Aleksandrii, a jej imię brzmiało Dorotea, co znaczy dar od Boga. Doświadczyła wizji Matki Dziewicy świętej Merissy, opiekunki pszczół i miodu, i Chrystusa, syna jej i Wszechmogącego, który zaślubił Doroteę, dając jej pierścień; od tego czasu nazywała się Ekaterini, czysta. Niegodziwi prześladowcy, po poddaniu jej straszliwym próbom, aby na próżno zmusić ją do wyrzeknięcia się boskiego małżonka, ścięli jej głowę, ale jej ciało ponownie złożone w całość przez aniołów zostało przeniesione na górę Moszego. Mówiono, że jej jasne włosy w cudowny sposób wciąż rosły, a z jej ciała wytrysnął wieczny strumień leczniczego olejku.

Za domem i w dolinie zapadał mrok. Zaczynała się noworoczna noc i witalna dusza świata znów wiała z mocą w powietrzu, w wodzie i na lądzie. Wszyscy nadal siedzieli w kręgu wokół ogniska, wciąż rozmyślając o fantastycznych historiach, jakie właśnie usłyszeli. W ciszy przerywanej trzaskiem żaru moje spojrzenie spotkało się z Oczami Nieba i przypomniało mi się, że nie nadano jej jeszcze imienia ani nie oczyszczono jej wodą chrztu. To ja powinienem był to zrobić, bo tutaj, w górach, nigdy nie pojawiali się szojen ani szeknik, szamani krzyża, chociaż czcimy drewniany krzyż wiszący na pniu starożytnego świętego orzecha włoskiego, w pobliżu źródła wody.

Tylko że nigdy już tam nie poszedłem. Miejsce to stało się dla mnie miejscem śmierci, bo właśnie tam umarła moja żona. Ale tam również urodziła się Oczy Nieba, więc należałoby wrócić tam w najważniejsze święto roku, kiedy odradza się życie roślin i zwierząt oraz wszystkich stworzeń. Dziewczynka będzie znakiem odrodzenia, a ja oczyszczę ją, wylewając na jej głowę lodowatą wodę święconą ze źródła pod krzyżem, tę samą wodę, w której mamiku obmyła ją z krwi jej matki.

Ale jak nazwać Oczy Nieba? Gdy ścisnąłem pierścień, znałem już odpowiedź, z tym że powiedziałem, iż słusznie będzie podążać za tradycją i za zwyczajami ojców, za kabzą. Sugestia imienia dziecka powinna wyjść od pierwszej obcej osoby, która po jego narodzinach przekroczyła próg domu, i tą osobą był Demetrios. Grek spojrzał na mnie, spojrzał na pierścionek, spojrzał na moją matkę i zapytał, kiedy dokładnie urodziło się dziecko. Nie wiedziałem, więc zerknąłem na Irinę, a ta ze swym mocnym akcentem rus stwierdziła: dwa księżyce i dziesięć dni po rozpoczęciu jesieni ostatniego Zilqi, Roku Konia.

Demetrios zamknął oczy i szybko dokonał kalkulacji, jak mają w zwyczaju robić kupcy. Musiał to być dzień Hagii Ekaterini, który w kalendarzu Greków przypada na dwudziesty piąty dzień miesiąca zwanego noémbrios, a ostatni Rok Konia, jeśli się nie mylił, musiał być 6936 rokiem od stworzenia świata. Wtedy nie miał już wątpliwości i patrząc na dziewczynkę, uroczyście wypowiedział jej imię: Ekaterini. Tak samo uroczyście wręczyłem jej magiczny pierścień, jak Chrystus dał go swej świętej oblubienicy, Ekaterini. Z dumą księżniczki i na oczach wszystkich Ekaterini włożyła go na palec i ścisnęła swą małą pięść, bo pierścionek był zbyt duży, a gdyby spadł, byłby to zły omen.

Wróciłem po kolejnych sześciu zimach.

Przebywałem w obozie Inala, na południe od gór. Kiedy zaczęły topnieć lody, a rzeki znów wezbrały, przynosząc nową wodę do Chy Flycle, nadeszła wiadomość o śmierci mojej matki. Uzyskałem pozwolenie od księcia i wyruszyłem samotnie tylko po to, by pochować matkę w domu zmarłych przodków. Galopowałem w górę rzeki, po stromych ścieżkach gór, które tak dobrze znałem, potem pieszo przez wciąż pokryte śniegiem przełęcze, ciągnąc za sobą konia i pomagając mu, jakby był moim bratem.

Moje serce stwardniało jeszcze bardziej. We włosach, które nadal były jasne, a zwłaszcza w brodzie widać już było przebłyski śnieżnej bieli. W pasie z jednej strony trzymałem szaszkę, z drugiej wysadzany klejnotami sztylet Barsbaja. Byłem wojownikiem przyzwyczajonym do tłumienia każdej myśli, każdego wspomnienia, każdej emocji, do życia po to, by działać i walczyć. Ale moje serce podskoczyło, gdy po ostatnim zakręcie zobaczyłem w dole dolinę, przez którą płynął mały strumień, gdy ujrzałem dym unoszący się ponad krytymi strzechą dachami chat i domów, szeroko otwarte równiny wznoszące się łagodnie po drugiej stronie, w kierunku płaskowyżu, gdzie mój ojciec, gdy byłem dzieckiem, nauczył mnie jeździć konno szybciej niż wiatr. Na wschodzie dolina przeciskała się pomiędzy coraz bardziej stromymi górami i tam zaczynał się dziki i nieprzenikniony las, gdzie znajdował się święty gaj wielkich orzechów i źródło czystej wody. Wiosna zaczęła się całkiem niedawno. Łąki pokryły się nową trawą i kwiatami, tam na dole drzewa owocowe obsypane były małymi białymi i różowymi pąkami.

Ścisnęło mnie w sercu, gdy przypomniałem sobie jedyną wiosnę, jaką przeżyłem z moją żoną na skórzanym łożu pokrytym kwiatami i sitowiem. I wzruszyłem się na myśl o mojej córce, mimo że wspomnienie naszego ostatniego i jedynego spotkania sześć lat wcześniej dawno już się zamazało. Jaka się okaże? Czy stała się już kobietą? Czego nauczyli ją przez te lata? Czy dowiedziała się wszystkiego, co dyktuje kabza? Nadchodził chyba czas, gdy powinienem pomyśleć o znalezieniu dla niej męża, silnego, młodego i odważnego mężczyzny z sąsiedniego plemienia, i o zawarciu z jego rodzicielami paktów krwi, żeby mogła odejść już na zawsze, ponieważ taki właśnie jest los kobiety: jak mawiają starzy, córka jest jak gość i jak gość odchodzi.

Co powiem, gdy znów ją zobaczę? Nie miałem pojęcia. Poza tym zawsze byłem człowiekiem małomównym. Nie potrafię powiedzieć więcej niż jedno zdanie. Nikt w mojej rodzinie nie był nazbyt rozmowny. Moja matka nie rzekła nigdy nic, odkąd stała się niemową. Pomyślałem, że nie powiem jej wiele, ale że powinienem przynajmniej się postarać. Oczy Nieba, mruknąłem do siebie. Nie, muszę zwracać się do niej imieniem, którym ją ochrzciłem, Ekaterini. Ekaterini, szlachetna córka szlachetnego Jakowa.

Kiedy schodziłem ścieżką, zobaczyłem stojącą na grani postać. Sądząc po ubiorze, nie był to mężczyzna, ale chłopiec. Nie patrzył na mnie i wydawał się nieświadomy zbliżającego się jeźdźca. Cała jego uwaga zwrócona była w drugą stronę, za grań. To tam znajdowała się mała dolinka i lasek, gdzie nigdy nie brakowało zarośli i zwierzyny, nawet tej dużej. Chłopiec trzymał w rękach za duży jak na niego łuk, nie jeden z tych malutkich, zwykle dawanych chłopcom, aby ćwiczyli strzelanie do małych zwierząt, zajęcy lub ptaków. Ubrany był bardzo prosto: w obcisłe spodnie wpuszczone w wysokie buty i tunikę przewiązaną paskiem, w który wpięty był mały sztylet; na ramieniu miał kołczan. Jego strój wydał mi się znajomy, jakbym już gdzieś go widział. Chłopak miał na sobie piękną filcową czapkę trzymającą jego długie włosy - ich falujące pasma wydostały się na wierzch i opadły mu za uszy. W niewielkiej odległości stał piękny gniady koń bez siodła, młody, z przypominającą gwiazdę białą plamką na czole, przywiązany do drzewa sznurem.

Kimże był ten chłopiec? Czyim był synem? Jednego z moich towarzyszy, którzy zostali z Inalem, czy jednego z tych, którzy powrócili już do matki Ziemi? A może pochodził z sąsiedniego klanu, został tymczasowo adoptowany, zgodnie z ataliqate, starożytnym zwyczajem naszych ludzi?

Zaintrygowany zsiadłem z konia, uważając, żeby nie narobić hałasu. Zdjąłem płaszcz, pancerz i broń i po cichu zanurzyłem się w świeżej trawie, aby zaskoczyć młodego łucznika. Byłem już za jego plecami, a on nie zdawał sobie z tego sprawy, i chwilę zanim jego strzała wystrzeliła w stronę doliny, otoczyłem go moimi wielkimi ramionami i podniosłem ze śmiechem z ziemi. Strzała gwizdnęła i zniknęła w oddali. Źrebak zarżał ze strachu. Sarna uciekła w krzaki. Chłopiec próbował się oswobodzić, ale w obliczu mojego potężnego uścisku jego wysiłki na nic się zdały. Z głowy spadła mu czapka, uwalniając włosy: długie jasne włosy.

Upuściłem chłopca na trawę, górując nad nim całą moją osobą. W świetle słońca musiałem się mu wydać olbrzymem. Natychmiast położył rękę na sztylecie i już miał gwałtownie się na mnie rzucić. Być może nigdy nie zasadził się jeszcze na tak wielką ofiarę, a teraz z mojej winy ją stracił. Ale nagle zamarł. Choć jego brwi zmarszczone były w grymasie gniewu, jego twarz wydawała się delikatna i piękna, niemal kobieca. Oczy lśniły błękitem niczym niebo. Miałem wrażenie, że z jego ust słyszę szeptane ze strachem słowo, jakby pytanie: ada, ojcze? Wtedy i ja struchlałem.

Siedzieliśmy obok siebie, wcale na siebie nie patrząc; nasze twarze zwrócone były w kierunku doliny i przepływających ponad górami chmur. Mój koń podszedł do źrebaka i spokojnie skubał świeżą trawę. Nagle ona, nie patrząc na mnie, podniosła rękę w kierunku konia i wypowiedziała jedno słowo: vagwa, gwiazda. Zaskoczony odwróciłem się do niej i zrozumiałem, że to imię konia. Ja też podniosłem rękę w stronę mojego konia, niskiego i czarnego - jak wszystkie konie ras zamieszkujących bezkresne wschodnie stepy Tatarów i Mongołów - niewiele większego od jej źrebaka, ale mocnego i muskularnego, o długiej grzywie i ogonie, z bliznami od ran odniesionych ramię w ramię ze swoim jeźdźcem, wespół z którym teraz się starzał. Nazywał się Zasz, Noc.

Nasze spojrzenia się spotkały: wpatrywałem się w jej rozświetloną słońcem twarz, a ona, jakby chcąc dać się rozpoznać, pokazała mi lewą rękę z magicznym pierścieniem. Czyż nie tak wiele lat temu wyglądała moja narzeczona? Nie byłem pewien, pamięć jakby się zamazała, a przed moimi oczami przeszło od tego czasu zbyt wiele okropności, zbyt wiele spustoszenia. Wstaliśmy, ojciec i córka, zebraliśmy to, co rozrzuciliśmy po ziemi, i ruszyliśmy w stronę wioski, ciągnąc za kantary Gwiazdę i Noc, posłusznie za nami podążające.

Starcy zaprowadzili mnie na miejsce pochówku, który zgodnie z przykazaniami kabzy rozpoczął się już kilka dni temu. Jako osoba wywodząca się z jednego z najszlachetniejszych klanów doliny Psif moja matka zawsze cieszyła się szacunkiem prostych mieszkańców gór; szacunkiem karmionym tragiczną historią jej rodziny w czasie najazdu Tatarów Timura Balasa, który powiększył się jeszcze po wizycie kupca Demetriosa, kiedy rozeszła się wieść, że jest siostrą jednego z najpotężniejszych królów na świecie. Dlatego właśnie, zanim jej ciało zabrane zostanie do domu zmarłych, a nieśmiertelna dusza wydana do hedryksu, podziemnego świata, gdzie będzie chronić tych żyjących w świecie powyżej, starsi postanowili zastosować w jej przypadku tradycje pogrzebowe zwykle zarezerwowane tylko dla przywódców i najważniejszych mężczyzn.

Dotarłem do podnóża stosu pogrzebowego. Na górze, niczym królowa na tronie, siedziała moja zmarła matka, ubrana w swój najpiękniejszy strój, z zamkniętymi oczami i kościstymi czarnymi rękami wystającymi z rękawów. Jej ciało - zeschnięte niczym słoma i puste po rytuale pozbycia się narządów wewnętrznych - było tam od prawie ośmiu dni. Mieszkańcy wsi i pobliskich dolin oddawali mu cześć. Pod stosem piętrzyły się przyniesione przez pielgrzymów dary: srebrne puchary, szale, a także broń, łuki, strzały. Siedząca po lewej stronie mała dziewczynka machała od czasu do czasu strzałą z przywiązaną do niej jedwabną chustką, aby przepędzić muchy. Usiadłem na kamieniu i patrzyłem na matkę przez dwie, trzy godziny, w milczeniu i bez płaczu, bo płacz to dla nas wstyd. O zachodzie słońca wspiąłem się na stos, delikatnie wziąłem ją w ramiona i wraz z wszelkimi darami umieściłem w dużym, wydrążonym pniu. Pień został następnie zabrany do domu zmarłych; włożono go do dołu, do którego wszyscy przechodzący wrzucali ziemię lub kamienie. Obok starożytnych skalnych płyt powstał w krótkim czasie wysoki kopiec.

Ekaterini i ja zostaliśmy sami w dużym domu. Moja matka przed śmiercią wyzwoliła Irinę wraz z Olegiem, innym niewolnikiem rus. który od wielu lat był jej towarzyszem, i obojgu jako dom podarowała małą chatkę, kiedyś przeznaczoną dla gości, a także kawałek ziemi. Byłem z tego powodu bardzo zadowolony. Wiele lat wcześniej Irina, podobnie jak inni rus z wioski, została uwięziona przez Tatarów i sam fakt, że ją odbiliśmy i jako nasz łup wojenny wywieźliśmy na wieś w góry, już był dla niej pewnego rodzaju wyzwoleniem. W naszym domu i wsi była szanowana jak człowiek i uważana niemal za rodzinę, a moja matka wybrała ją na opiekunkę Oczu Nieba, ponieważ niedługo wcześniej Irina sama urodziła dziecko poczęte z Olegiem. Moja córka, która nigdy nie poznała swojej matki, mleko życia piła z piersi Iriny.

Z moją niemą matką Irina wydawała się dogadywać bardzo dobrze, prawie jakby czytały sobie w myślach. Z biegiem czasu poduczyła się też naszego języka, chociaż po chrzcie nadal wolała czule nazywać moją córkę imieniem Katia, a nawet Katiusza. Irina zachowała silny akcent rus, który dla Katii był oznaką egzotyki dalekich krain i przygód na wielkich zamarzniętych rzekach lodowatej północy, na granicach Krainy Ciemności, gdzie wśród zorzy polarnej widziano tańczące na niebie Demony i Wróżki w opalizujących kolorach zieleni i błękitu.

Bujając kołyskę, Irina usypiała ją, śpiewając tajemnicze kołysanki w jej własnym języku lub opowiadając bajki. Czasami dziewczynka drżała, bo nie zawsze były to bajki dające jej komfort; zwykle wręcz wypełniały je przerażające postacie, takie jak pożerająca dzieci wiedźma Baba Jaga. Żeby trzymać ją z dala od niebezpiecznej rzeki, Irina twierdziła, że pod jej powierzchnią kryły się rusałki. piękne i nagie syreny, gotowe złapać dzieci, aby je utopić. Osiągała w ten sposób efekt dokładnie odwrotny do zamierzonego, bo Katia jeszcze bardziej zbliżała się do przezroczystej wody, chcąc je dojrzeć, i naprawdę wierzyła, że rozpoznaje je w skaczących z nurtem jesiotrach o srebrnych, osłoniętych grzbietach.

Przy ognisku Katia, nadal w tej samej odzieży, w jakiej zaskoczyłem ją wcześniej na wzgórzu, mocno związała włosy z tyłu głowy i z dumą opowiedziała mi o swoim życiu. Jej niebieskie oczy błyszczały w blasku ognia, a policzki poczerwieniały. Słuchałem rozbawiony jej wyglądem chłopca i tym, jak mówiła. Katia wypowiadała się poprawnie, wysławiała jasno, ale w jej sposobie mówienia było coś dziwnego, co jednak nie powinno wydać mi się zaskakujące: wychowała ją niema babcia i niewolnica rus. Właśnie dlatego nie używała monosylab sekretnego żargonu, jakim porozumiewały się między sobą kobiety ze szlachetnych rodów - chakobsy, języka polowania - bo nikt jej go nigdy nie nauczył. Czasami przerywała, jakby szukała odpowiedniego słowa, ale potem znów podejmowała temat i mówiła jak rwąca rzeka, co bardzo mi się podobało, gdyż sam mówię niewiele i wolę słuchać.

Wspomnienie mojego poprzedniego przybycia sześć lat wcześniej musiało wyryć się w jej pamięci i być może było wręcz jej wspomnieniem najdawniejszym i najpiękniejszym: wojownik zsiadający z konia przed gankiem, dotykający jej twarzy szorstką dłonią. Pamiętała też gryzący i nieprzyjemny zapach brudnego ciała, spoconego po podróży, a także inne zapachy: metalu mojego pancerza, skórzanych butów, koni, które nerwowo tupały kopytami w błocie i we własnych odchodach.

Drugie jej wspomnienie to moment, kiedy dałem jej magiczny pierścionek i kiedy wsunęła go na palec. Natychmiast zacisnęła pięść, ponieważ poczuła, że pierścień zsuwa się z jej zbyt małego palca, a wstyd byłoby go upuścić. Wtedy po raz pierwszy usłyszała to obce imię, Ekaterini, które miało stać się jej imieniem; inne kobiety nadal nazywały ją Wafa-naka, Oczy Nieba, ale dla Iriny stała się wtedy jej małą Katiuszą. Z dumą pokazała mi rękę z pierścionkiem, po czym pochyliła głowę, pogrzebała w jednej z toreb, wyjęła z niej jakiś przedmiot i rozłożyła go na całą jego szerokość: przepiękny złoty welon, który podarowała jej babka, zanim umarła.

Katia dorastała samotnie. Nie będąc chłopcem, zgodnie z ataliqate nie mogła zostać powierzona żadnej innej rodzinie. Musiała dorastać w domu w oczekiwaniu na powrót ojca i na decyzje, jakie zapadną odnośnie do jej przyszłości. Od Iriny i innych kobiet nauczyła się tego, co powinna wiedzieć o zajmowaniu się domem, polami i zwierzętami, i we wszystkim im pomagała. Umiała orać ziemię, uparcie zmuszając się do ręcznego ciągnięcia pługa, chociaż jej własne pole nie było tak rozległe jak u innych rolników. Wiedziała, jak siać proso, zanurzając rękę w worku i rozsypując cenne nasiona, a wszystko to robiła, śpiewając litanię błogosławieństwa dla przyszłych żniw i przywołując boga płodności Sozeresza i boga żniw Tegeleja. Umiała doglądać pól, odpędzać ptaki i inne małe zwierzęta żerujące na nasionach i sadzonkach. Wiedziała, jak żąć, porządnie machając sierpem.

Kiedy podrosła, nauczyła się opiekować zwierzętami domowymi, świniami, gęsiami i kurczakami, ale nie chciała być tą, która je zabija. Tylko podczas polowań mogła zabić jakąś żywą istotę - robiła to precyzyjnym i śmiertelnym strzałem, by nie sprawiać im cierpienia, po czym klękała obok, modląc się do bogów, aby przyjęli ich ducha. Pszczoły nie, nimi nie umiała się zajmować, uciekała przestraszona sprzed uli, bała się, że zostanie użądlona, i modliła się do swojej bogini i dobrodziejki, świętej Dziewicy Merissy, matki Chrystusa, aby ją oszczędziła, przysięgając, że nigdy nie skrzywdzi żadnej pszczoły. Uwielbiała natomiast miód i dziękowała świętej Merissie za ten słodki złoty dar, który wydawał się jej tak smakowity.

Towarzyszyła pasterzom w górach, lecz ci, gdy wyruszali na wypas, nie pozwalali jej przekraczać pewnej niewidzialnej granicy. Miała pozwolenie na samodzielne wypasanie małego stada kóz, co robiła zawsze w towarzystwie dużego psa o długim, jasnym futrze. Wieczorami gromadziła kozy za płotem, chroniąc je przed wilkami i grając na małym flecie melgezej kołysankę; pasterze wierzyli, że została ona stworzona przez samego boga stad Amisza. Czasem tę samą melodię zdawał się wygrywać wśród wierzchołków drzew wiatr, a wtedy uciekała i kryła się za skałą, bo to przecież mógł być Amisz, a bóg ten, półnagi i owłosiony jak niedźwiedź, nie lubił, gdy widziały go oczy śmiertelników.

Pomagała kozom rodzić i od razu myła nowo narodzone kózki w lodowatej wodzie ze strumienia. Nauczyła się je doić, przygotowywać ich mleko tak, aby fermentowało w ajran, a także odcedzać je w naczyniach do robienia sera. Zaczęła też nosić, obok dużego kija, sztylet podarowany jej przez babcię, żeby bronić się przed atakiem wilków: na szczęście nigdy nie musiała go użyć. Irina mówiła, że istniały zwierzęta gorsze od wilków, ale kiedy Katia chciała dowiedzieć się więcej, ta zamykała się w sobie i nie mówiła już nic.

Czasem babka powierzała jej najważniejsze zadanie w rodzinie, zarezerwowane tylko dla niej samej: opiekę nad ogniem w sercu domu, aby święty płomień nigdy nie zgasł. W długie zimowe wieczory, kiedy wszystko pokrywał śnieg i nie można było wyjść, siedziała w dużym pokoju z kobietami, które przędły, tkały i rozmawiały. Fascynowała ją maestria, z jaką każda z nich, również jej babka, potrafiła haftować na skórze, jak ich szybkie palce splatały nici i włókna na starożytnym pionowym krośnie, tkając ubrania, tkaniny, materiały, dywany, wszystko w bardzo żywych kolorach i z postaciami bajecznych zwierząt, orłów, wilków, lwów i byków, totemicznych emblematów klanu, będących symbolami odwagi i siły. Obserwowała je uważnie i pomagała im rozwijać i czesać len; uczyła się także prząść wełnę, obracając wrzeciono, zafascynowana hipnotyzującym kołowym ruchem.

Często prosiła babcię, aby pokazała jej złoty welon sułtana, i godzinami mu się przyglądała, żeby zrozumieć, w jaki sposób nie­widzialne nici jedwabiu połączyły się z tymi złotymi, i zastanawiając się, jak można przemienić złoto w nici tak cienkie, że wyglądają jak włosy. Irina zażartowała z niej, mówiąc, że pewnego dnia potnie jej włosy o kolorze złota i wplecie je w jedwab. Nadąsana Katia wyszła z domu i poszła do kuźni, którą nazywała ognistą jaskinią, aby zapytać kowala, czy można sprawić, by złoto stało się tak cienkie. Kowal uśmiechnął się, odłożył młotek i odpowiedział, że czegoś takiego dokonać może tylko bóg kowali Tlepsz, wynalazca i twórca narzędzi i broni.

Ale obserwując swoją babkę, Katia nauczyła się także sztuki, która u naszego ludu zarezerwowana była wyłącznie dla szamanów, ponieważ uchwycenie zarysu żywej istoty jest jak uchwycenie jej duszy, mianowicie sztuki odtwarzania postaci za pomocą linii, używając kruchego czerwonego kamienia lub kawałka węgla drzewnego na lnie albo grawerując czubkiem noża lub obsydianem dowolną powierzchnię, polerowany kamień bądź drewnianą deskę. Były to te same postacie fantastycznych zwierząt, które można zobaczyć na dywanach czy na złotym welonie, przeplatane skomplikowanymi stylizowanymi motywami roślin i kwiatów. Babka potrafiła je świetnie odtwarzać czerwonym kamieniem na dużych lnianych chustach służących za wzór tkanin, jakie wykonywały inne kobiety. Być może dla niej, niemowy, obraz był znacznie lepszym sposobem komunikacji niż słowo.

Gdy tylko miała czas, Katia uciekała na łąki i do lasu. Samodzielnie odkrywała świat natury i dzikich zwierząt, rytm roślin i pór roku, koleje życia i śmierci stworzeń. Początkowo chodziła tam przestraszona, przymykając oczy i prosząc o ochronę Mezgwaszę, boginię lasów i drzew.

Ale wkrótce nauczyła się rozróżniać drzewa, rozumiejąc, że one, tak samo jak ludzie, także grupują się w rodziny podobne i różne od siebie i rozmawiają z sobą za pomocą kształtów i kolorów liści, za pomocą dźwięków, jakie wydają liście uderzane przez krople wody lub poruszane powiewem wiatru: brzozy, kasztanowce, orzechy, lipy, buki i dęby, porastające zbocza gór i magicznie zmieniające swój wygląd wraz ze zmianą pór roku. Nauczyła się też wyczuwać obecność zwierząt: jeleni, saren, dzików, nawet jeśli ich nie widziała, a także z oddali rozpoznawać te najniebezpieczniejsze, obserwując ich ślady i nasłuchując ich krzyków i odgłosów: wycia wilka, krzyku szakala, ciężkiego stąpania niedźwiedzia wśród suchych liści.

Babka często obserwowała ją, jak wracała w długiej spódnicy i butach brudnych od błota i liści, i potrząsała na ten widok głową. Pewnego dnia wezwała ją do swojego pokoju, otworzyła skrzynię, której Katia do tej pory nigdy nie widziała otwartej, i zaczęła wyciągać z niej męskie ubrania odpowiednich rozmiarów dla chłopca w wieku od dziesięciu do dwunastu lat. Były to ubrania z czasów, gdy byłem mały, a babka z troską zachowała je dla przyszłego wnuka. Podarowała zdumionej Katii koszulkę bez kołnierza, pasek, tunikę, spodnie i parę butów i gestem nakazała jej je przymierzyć. Katia się rozebrała, ale nie zdjęła kwenszibe, futrzanego gorsetu wzmocnionego dwiema drewnianymi deskami. Od kilku księżyców czuła, że dzieje się z nią coś dziwnego, jakby jej ciało rozpoczęło właśnie jakąś bolesną metamorfozę. Ręce i nogi wyciągnęły się i wydawało się jej, że jest zniekształcona, nieproporcjonalna. Powiększyły się też piersi i chociaż wcześniej nosiła kwenszibe bez trudności, teraz czuła ucisk sutków, co bywało bolesne. W dniu, w którym była zmęczona, zdenerwowana i przygnębiona złym samopoczuciem, poczuła strumień gorącego płynu wypływający z małego otworu między nogami. Wsunęła rękę pod spódnicę, a gdy ją wyciągnęła, zobaczyła plamę krwi. Na jej strach Irina odpowiedziała radością: ciesząc się i celebrując ten moment, ponieważ właśnie stała się kobietą.

Ubrania były może trochę za luźne, ale pasowały. Od tego czasu Katia nosiła je zawsze, kiedy wychodziła, a często miała je na sobie także wtedy, gdy była w domu. Bawiła się z chłopcami, jakby była jednym z nich, a oni akceptowali to bez większych problemów. Gonili się po polach między domami i rzeką, walczyli i pojedynkowali się na drewniane miecze. To oni nauczyli ją strzelać z małych łuków i jeździć konno.

Katia dała babce do zrozumienia, że jej największym marzeniem było posiadanie własnego konia. Pewnego ranka, kiedy jeszcze spała, poczuła, że ktoś ciągnie ją za rękę. To babka przyszła ją obudzić, po czym wyprowadziła na zewnątrz. Padało i było zimno, ale Katia wybiegła podekscytowana i dostrzegła źrebaka przywiązanego do ganku. Boso przebiegła po błocie i przytuliła go, a potem odprowadziła do stajni i przygotowała dla niego miejsce. Była to młoda gniada klacz z białą plamą w kształcie gwiazdy na czole. Od razu nazwała ją Gwiazdą, a klacz stała się jej jedyną przyjaciółką. Kiedy Gwiazda galopowała, wydawało się, że ma skrzydła niczym mityczny skrzydlaty koń Alp i jak Alp zdawała się posiadać dar języka. Dzięki Gwieździe jej ucieczki stały się częstsze, odważniejsze i dłuższe, zapuszczała się aż do początku płaskowyżu, do krainy wiatrów, co budziło niepokój Iriny i całej rodziny. Czasami wracała dopiero dzień lub dwa dni później: Irina była już wtedy we łzach, bo słyszała wycie wilka, a babka po powrocie uderzała Katię swoją kościstą ręką w twarz.

Słuchałem jej przez całą noc; do tej mojej córki, która wyglądała jak syn, zacząłem żywić nowe uczucie. Może jednak moje życie mogłoby się odrodzić - z nią i dla niej. Może wcale nie zatrzymało się dwanaście zim temu, kiedy pod wielkim, starym drzewem orzechowym zmarła moja żona, a ja wyjechałem, próbując utopić moją duszę i życie we krwi i w wojennej przemocy. Może istniała jeszcze nadzieja, dla mnie, dla mojej rodziny i mojego potomstwa, i dla tlapq, klanu, a tą nadzieją nie był mężczyzna, ale właśnie kobieta, Ekaterini. W głębi serca zdecydowałem, że nie rozstaniemy się aż do momentu, kiedy wybiorę dla niej męża, któremu ją powierzę. Skinąłem głową, by zamilkła. Wziąłem ją za rękę z pierścionkiem i przyciągnąłem jej jasną głowę do mojej piersi, gładząc jej włosy. Katia zaczęła płakać, ale wcale się tego nie wstydziła. Odnalazła swojego ojca.

Zacząłem zabierać ją z sobą za niewidzialną granicę wzgórz i lasów, na rozległy płaskowyż, który był królestwem Zite, boga wiatru. Gwiazda podążała za Nocą, w górskim terenie wzmocniła się, a ruszając galopem, stała się zwinniejsza i szybsza. Katia uczyła się, jak używać długiego łuku i jak przygotować strzały, ostrząc krzemieniem ich śmiercionośne końcówki i mocując je na cienkich i lekkich gałęziach, jak chwytać szaszkę i sprawić, by świszczała w powietrzu, zanim uderzy ciosem w stary worek.

Wieczorem przy ognisku, pod niebem pełnym gwiazd, pokazałem jej odległe światła, które były duszami przodków. Tam, w górze, musiały być i nasze najstarsze przodkinie, wojowniczki, o których opowiadały legendy, wolne kobiety, ubrane jak mężczyźni, walczące i polujące na koniach, uzbrojone w łuki i oszczepy. To nie mit, dodałem: sam odnalazłem ich groby w Kobanie i widziałem, obok ich szkieletów, także miecze i hełmy. Ich przywódczyni nazywała się Amezan, co oznaczało matkę świętego lasu Mazy, bogini księżyca. Nie mogły wyjść za mąż, dopóki nie zabiły w walce przynajmniej jednego mężczyzny.

Zrobiłem pauzę i spojrzałem na moją córkę, aby sprawdzić, jakie wrażenie zrobiły na niej moje słowa. Katia ze spokojem odwzajemniła spojrzenie: jeśli miałaby walczyć o bezpieczeństwo i honor swojego ludu, mogłaby zabić także człowieka. Ale nie podobał się jej pomysł pozbawiania życia innych stworzeń. Nigdy by tego nie zrobiła, gdyby miało to służyć tylko jej zamążpójściu. Tak naprawdę w ogóle nie była zainteresowana małżeństwem. Chciała być wolna, na koniu, w górach, z ojcem, na zawsze.

Na początku lata poprosiłem ją, żeby towarzyszyła mi w czasie toj, wielkiego przyjęcia, na które mnie zaproszono i które miało też być okazją do poznania szlachetnych mężów. Przyjęcie miało się odbyć nad brzegiem Terchu, drugiej rozległej rzeki, która wypływała z gór w kierunku przeciwnym do Psif i wpadała do wielkiego morza, gdzie rodzi się słońce. Widziałem, jak z powodu tej podróży Katia promieniała radością: pierwsza podróż w jej młodym życiu i pierwsza razem z ojcem.

W towarzystwie tylko dwóch wojowników, bez hełmów i zbroi, ale z naszą nieodłączną bronią, szaszką, łukiem i sztyletem, wspięliśmy się po zboczach w kierunku północy, aż dotarliśmy do grzbietu płaskowyżu. Katia była ubrana tak jak my, w burkę i filcową czapkę, i też miała przy sobie swoją osobistą broń, łuk i sztylet. Po dwóch dniach wędrówki i wspinaczki po ostrych, jakby strzelających w niebo formacjach skalnych poprosiłem ją, aby spojrzała na prawo. W głębi, za pofalowanym płaskowyżem wyrzeźbionym przez głębokie doliny ukazała się nam odosobniona, bardzo wysoka góra, biała i lśniąca, składająca się z dwóch szczytów, dwóch rogów prawie tej samej wysokości, które zdawały się dotykać nieba.

To była Oszamako, nasza święta góra. To na niej, pomiędzy bliźniaczymi szczytami, mieszkają bogowie: matka wszystkich gór, przez starożytnych zwana Kawkaz, co oznacza sumę wysokości, szczyt śniegu, a także Tauran, kraj gór. Stamtąd pochodzi życie, woda wypływająca ze źródła w naszym świętym lesie, wody rzeki Psif, do której wpływają jesiotry, i wody wszystkich innych rzek. Ponieważ jest to najwyższa góra na świecie, to właśnie tam, pomiędzy dwoma szczytami, które delikatnie się od siebie oddaliły, robiąc dla niej miejsce, osiadła na mieliźnie ogromna barka; prorok Noe ocalił na niej zwierzęta i stworzenia ze straszliwej powodzi, która zatopiła wszystkie ziemie i sprawiła, że zginęła cała ludzkość. Góra pokryta jest wiecznym śniegiem i lodem, ale wewnątrz niej musi znajdować się ukryty i uwięziony ogień ducha, ponieważ czasami porusza się ona z głębokim trzaskiem lub wydycha gorące i trujące opary.

Zatrzymaliśmy się wśród skał, aby kontemplować wielką górę oraz schodzące i znikające na horyzoncie słońce, a także cień obejmujący w posiadanie płaskowyż i cały świat. Ale podwójny szczyt góry oświetlony był znacznie dłużej, sam w morzu ciemności. W końcu stał się jednym widocznym punktem świecącym w nocy: lodowe ostrze niczym odwrócony półksiężyc lub jedna z wędrujących gwiazd o długich ogonach, które zapowiadają wielkie i straszne wstrząsy i za którymi podążyli starożytni magowie, aby znaleźć jaskinię, gdzie narodził się Chrystus, syn Wszechmogącego i świętej Merissy.

Po długiej podróży, po zejściu z wyżyn, dotarliśmy do zbiegu rzeki Terch, gdzie rozbiliśmy namioty. Było tam już wielu innych, z chorągwiami i sztandarami. Wojownicy, szlachta, chłopi, rzemieślnicy, kobiety, dzieci i służba zajęci byli wykańczaniem tego efemerycznego miasta, porządkowaniem koni, rozpalaniem ognia, gotowaniem i przygotowywaniem dużej otwartej przestrzeni na następny dzień. To tutaj Tatarzy Timura Barlasa wymordowali tych ze Złotej Ordy, a w wysokiej trawie nadal można było odnaleźć kości, czaszki, hełmy i miecze; a potem oni też zniknęli, jak rój szarańczy znika w niebie.

Woda rzeki Terch spływała z gór, tworząc wąskie przejście, które było jednym z nielicznych między północą a południem: przełęcz Darielana, wejście Alanów, jednego z wielu ludów unicestwionych przez Timura Barlasa. Opowiadano o starożytnym zdobywcy świata, wielkim Iskenderze, który korzystając z pomocy magicznych umiejętności dżinów, zbudował tam gigantyczne żelazne bramy, aby powstrzymać inwazję barbarzyńców Goga i Magoga. W poprzednich latach przechodziłem przez ten wąski wąwóz, ale nie widziałem tam ani zawiasów, ani bram. Wydawało mi się jednak, że słyszę odległe dźwięki trąb, choć mógł to być wiatr szumiący wśród wiszących w dolinie skał.

W czasie naszej podróży mówiłem o wiele więcej niż kiedykolwiek w moim w życiu, bo byłem marudnym i milczącym dzieckiem, synem niemej matki. Dzieliłem się z córką opowieściami, historiami i legendami o bogach i Nartach, o miejscach, przez które przechodziliśmy, i o ludziach, których spotykaliśmy. Czułem wewnętrznie, że wszystkie te słowa były mi potrzebne, by odsunąć w czasie jedyną ważną rzecz, jaką miałem jej powiedzieć przed wyjazdem z wioski, a jeszcze jej nie powiedziałem.

Kiedy znaleźliśmy się w namiocie, wieczorem, w wigilię przyjęcia nad brzegiem Terchu, zdałem sobie sprawę, że nie mogę już dłużej tego ukrywać, i postanowiłem wrócić do formy komunikacji, której nauczyłem się od matki i która wychodziła mi znacznie lepiej: gestem, nie słowem. Spojrzałem na moją córkę wyglądającą jak chłopiec, doskonale czującą się w ubraniach dwadzieścia lat wcześniej należących do mnie. Była wysoka i szczupła, długie jasne włosy ciasno związała w węzeł na karku. Ze skromnego bagażu podniosłem skórzaną torbę, której do tej pory nigdy nie otwierałem. Wyciągnąłem z niej i rozłożyłem na dywanie białą kobiecą sukienkę ze złoconymi zdobieniami, następnie spiczaste nakrycie głowy, parę butów i długą lnianą koszulę.

Katia spojrzała na to zdziwiona i natychmiast zrozumiała. Dzień później miała się tak ubrać, bo książęta dobrze mnie znali i wiedzieli, że Wszechmogący nie pobłogosławił mnie synem. Ale przede wszystkim zrozumiała, że musiała pokazać się jako kobieta, gdyż trzeba było złożyć obietnicę małżeństwa, i że być może to był prawdziwy powód podróży, o którym ojciec do tej pory jej nie wspomniał. I wcale nie była z tego powodu szczęśliwa. Została oszukana przez własnego ojca. A zatem to, co zawsze mówił, że wolność jest najwyższym dobrem, nie było prawdą; teraz chciał dać ją nieznajomemu jak przedmiot wymiany między mężczyznami. Może więc wolność była najwyższym dobrem tylko dla mężczyzn, a nie dla kobiet. Nie chciała nikogo poślubić. Chciała pozostać wolna na zawsze, z ojcem, na koniu, pod gwiazdami, w górach.

Zdecydowanie kazałem jej się odwrócić i całkowicie rozebrać. Pozostało na niej tylko ciasno opinające piersi kwenszibe. Podszedłem i przeciąłem szwy sztyletem. Kwenszibe opadło na dywan, po raz pierwszy od trzech lat uwalniając jej małe piersi. Stała tak, odwrócona tyłem, patrząc w dół na geometryczne figury dywanu. Podałem jej lnianą koszulę, a potem coś jeszcze, co natychmiast dotykiem rozpoznała jako jedwab złotego welonu, który dostała od babci. Mruknąłem dobranoc, wyszedłem z namiotu i poszedłem spać z innymi jeźdźcami.

O świcie wzeszło igrające w wodach rzeki słońce, odbijając się jak srebro w tysiącu kropel. Było to święto wielkiego proroka Jeliego, który poleciał do Wszechmogącego na ognistym rydwanie, Jeliego, czarodzieja piorunów i deszczu; starsi nazywali go także innym imieniem, imieniem boga burzy o wyglądzie węża, Sziblego. Wszyscy kierowali się w stronę dużej centralnej polany, gdzie stał wysoki pień, na który wciągnięto znak węża.

Poszedłem do namiotu i czekałem na córkę. Kiedy klapy się otworzyły, na światło słoneczne wyszła postać w bieli. Sukienka zakrywała ją całkowicie, z wyjątkiem rąk, a nakrycie głowy i pasek pod brodą pozwalały zobaczyć tylko twarz. Na szyję niczym szal założyła swój cenny welon z jedwabiu i złota. Wtedy poczułem, jakbym zobaczył ją po raz pierwszy. Moje oczy spotkały się z jej oczami, dzikimi i niebieskimi, i razem udaliśmy się na polanę.

Tłum wzywał świętego proroka, aby po porze suchej przyniósł na pola deszcz: We Jelie, sij szewe naszwe, czyli Jelie, mój szarooki chłopcze. Dzięki niezwykłemu zbiegowi okoliczności przyjęcie stało się jeszcze świętsze: pośrodku polany na wozie ciągniętym przez parę łaciatych wołów leżały zwłoki dziewczyny. Wóz jechał tuż za innym, wyładowanym rytualnymi ofiarami, żywnością i zwierzętami. Dokoła bez przerwy tańczono, przeplatając taniec powtarzającym się śpiewem: copai, elari, Jelie. Nie była to scena żałobna. Osiem dni wcześniej w górach zginęła od pioruna dziewczyna, co odczytano jako oznakę życzliwości boga Sziblego. Dotknął jej swą ręką i wezwał do siebie. Teraz pieśnią i tańcem wszyscy wyrażali swą radość i wdzięczność.

Na skalnym ołtarzu zabito szare koźlę, ofiarę dla Jeliego. Odcięto mu głowę i obdarto je ze skóry, po czym i jedno, i drugie zawieszono na wysokim słupie. Na mniejszym słupie umieszczono najpiękniejsze ubranie kobiece. Mięso i wnętrzności koźlęcia przyniesiono do wielkiego ogniska rozpalonego w pobliżu lasu, po czym upieczono je wraz z owcami. W wysokim kotle gotowała się owca w całości, melil gewa. wraz z górskimi ziołami i pikantnymi przyprawami. Jedzenie wkładano do naczyń i rozdawano tłumowi, który rozsiadł się na ziemi. Kobiety krążyły z flaszkami makszimy i napełniały puchary.

Usiedliśmy w mniejszym kręgu, obok książąt i szlachciców z innych klanów, którzy także przyprowadzili swoich synów oraz swoje córki i ich sobie przedstawiali. Ale nie dzieliliśmy ich radości. Wymieniliśmy z nimi kilka uprzejmości, małomówna była zwłaszcza Katia, obiekt podziwu młodych szlachciców, którzy podchodzili, żeby z nią porozmawiać, a potem oddalali się, zirytowani jej milczeniem i pozbawioną wyrazu twarzą. Ja widziałem zmartwione spojrzenia ich ojców, którzy zdawali się na odległość pytać mnie o przyczynę tej niestosownej postawy. Nie szło nam zbyt dobrze.

Ale potem nie zwracałem już na to uwagi i pozwoliłem, by główna rozmowa, której uważnie słuchałem, ponownie mnie wciągnęła. Zwiadowcy północno-wschodnich plemion zauważyli niedawno wielką karawanę, która opuściła brzegi morza wschodniego i kierowała się ku Ordzie; za karawaną, w chmurze kurzu, podążało ponad dwa tysiące młodych, wyhodowanych na stepach koni. Na myśl o tak wspaniałym łupie oczy wojowników rozbłysły.

W gorące letnie popołudnie, gdy słońce zaczęło schodzić w kierunku gór, powietrze wypełniło się ostrymi dźwiękami psziny przy akompaniamencie fletów pasterskich i dud. Bębny i kastaniety wybijały rytm, zapraszając młodzież do tańca. Pierwszy taniec, qafe. był najbardziej uroczysty, wykonywany powoli, na palcach, w dwóch długich liniach - jednej przeznaczonej dla chłopców, drugiej dla dziewcząt: kiedy linie się do siebie zbliżały, a młodzi podawali sobie dłonie, można się było domyślić, że coś się między nimi rodziło, a potem zdecydować, czy rodzice nie powinni się pospieszyć, by złożyć obietnicę małżeństwa, może nawet od razu, w święty dzień Jeliego.

Katia nie podniosła się do pierwszego tańca, bo nie chciała nikomu podać dłoni. Ale kiedy zmieniło się tempo, a qafe przeszło w szybszy islamej, wówczas dołączyła do wielkiego kręgu i też zaczęła wirować, podczas gdy inni szybko klaskali. Ze względu na upał, wilgotność rzeki i dużo ruchu chłopcy zrzucili na ziemię cięższe ubrania, pozostając tylko w rozpiętych na górze koszulach i spodniach wpuszczonych w buty. Dziewczyny nie mogły zdjąć z siebie ceremonialnych strojów i Katia z żalem myślała o czasach, gdy i ona ubierała się jak chłopak. Ale mogły przynajmniej zdjąć nakrycia głowy i welony i tańczyć z rozpuszczonymi włosami. Katia skorzystała z okazji i uwolniła swe jasne włosy, które w tańcu poruszały się jak fale, po czym rozluźniła złoty welon, teraz unoszący się w powietrzu i podążający za nią. Tańcząc, uwolniła się od wszelkich myśli, które ją gnębiły. Była wolna.

Kiedy po entuzjastycznym aplauzie tańce się skończyły, młodzi ponownie usiedli, a stary gawędziarz zaczął recytować, w formie pieśni, sagi Nartów. Niektórzy, ociężali od jedzenia i makszimy. zapadli w sen. Paru chłopców skorzystało z okazji i zniknęło wraz z dziewczętami za drzewami. Katia natomiast, zmęczona i spocona, uważnie słuchała, ponieważ cykl, który wyśpiewywał starzec, był jej ulubionym, opowiadającym o Satanai, matce Nartów, i o mrocznych i zagadkowych historiach, które wydawały się mieć związek z tajemnicą początków życia i z samym istnieniem.

Satanaja, piękna, uwodzicielska, mądra znawczyni sztuk magicznych, urodziła się w cudowny sposób w grobie, w którym dziewięć księżyców wcześniej została pochowana Dzerassae, matka bohatera Uryzmaega. Mówiono, że podczas czuwania przed pochówkiem Uryz­maeg uderzył zwłoki matki biczem, wskrzeszając ją na bardzo krótki czas, podczas którego z nią legł. Właśnie dlatego grób został ponownie otwarty, bo słyszano w nim płacz dziecka, i kiedy odnaleziono tam Satanaję, Nartowie uznali ją za córkę zmarłej Dzerassae, która była także jej babcią, ale też za córkę Uryzmaega, który był jej bratem. Uryzmaeg poślubił następnie Eldę, jednak Satanaja, kiedy tylko dorosła, zakochała się w ojcu-bracie. Oszukawszy Eldę, pożyczyła od niej szal i sukienkę i legła z Uryzmaegiem, doprowadzając tym Eldę do śmierci. Ale Katia nie rozumiała, co znaczy lec z mężczyzną i dlaczego było to tak poważne, że spowodowało śmierć niewinnej Eldy: powiedziała mi, że w trakcie naszej krótkiej podróży ona także chciała ze mną lec, czyli po prostu spać obok mnie i przytulić się do silnego ciała swego ojca.

Satanaja dołączyła następnie do innych Nartów, ponieważ życie i miłość płynęły w niej jak niezatrzymywalna woda w rzece, w której uwielbiała kąpać się nago. Pewnego dnia zobaczył ją pasterz Zartyz, natychmiast się w niej zakochał i nie potrafił powstrzymać nafs?, nasienia, które rozprysło się na okrągłym kamieniu u stóp Satanai: w tym momencie historii kobiety i wiele dziewcząt uśmiechnęło się psotnie, ale nie Katia, która nadal zachowywała powagę, bo nie wiedziała, co to nafs?. Kamień ożył i zaczął rosnąć, a po dziewięciu księżycach potrzeba było Tlepsza, aby go otworzyć i wydobyć z ognistej skóry noworodka, bohatera Sosruka, który natychmiast został obmyty w wodzie rzeki, a potem, po kąpieli w wilczym mleku, stał się prawie niezwyciężony. Satanaja była kochliwa i często, by uniknąć odkrycia, przebierała się za mężczyznę, a następnie szybko uciekała na koniu, wolna jak wiatr. W ten sposób stała się matką prawie wszystkich Nartów.

Księżyc chował się za górą i wydawało się, jakby przyciągała go jakaś niewidzialna czarna ręka. Gwiazdy zaczynały świecić, dorzucono do ognisk, a wśród mężczyzn krążyły flaszki mocnej braggi. Śpiewaliśmy. Przyjęcie już się skończyło i kilka rodzin zbierało się do odjazdu, by dotrzeć do swoich wiosek przed zapadnięciem zmroku, ale nadal zostało wielu szlachciców, którzy przybyli z daleka i rozbili namioty przy rzece. Jeden z przywódców skinął głową ku siedzącej wokół nas młodzieży, aby rozpocząć ostatni obrzęd oczyszczenia. Wszyscy wstali i skierowali się w stronę zakrętu rzeki tuż przed ujściem, gdzie wody były przejrzyste i spokojne, osłonięte od wirów i płynące po żwirowym, gładkim podłożu. My też wstaliśmy, a ja popchnąłem Katię, żeby poszła za innymi chłopcami i dziewczętami. Była zaciekawiona, ja zaś nie powiedziałem jej nic o tym, co miało się wydarzyć, choć dobrze wiedziałem, co ją czeka. To samo zdarzyło się czternaście zim wcześniej, kiedy poznałem jej matkę.

Gdy dotarła do brzegu rzeki, zobaczyła rozbierających się do naga młodych, którzy wchodzili do wody, żartowali i pluskali się. Po chwili wahania także i ona zaczęła się rozbierać. Zupełnie nie wstydziła się swojego ciała. Kiedy zdjęła płócienną koszulę, poczuła świeże nocne powietrze i zimną wodę rzeki między palcami, a potem między nogami, na brzuchu, na sutkach, aż całkowicie się zanurzyła, po czym wyszła z wody z długimi mokrymi włosami na plecach i z dreszczem podniecenia. Patrzałem na jej ciało w delikatnym, drżącym świetle wody. Tak właśnie musiała wyglądać Satanaja, kiedy ukazała się pasterzowi Zartyzowi. Tak właśnie wyglądała wynurzająca się z wody dziewczyna, którą zobaczyłem w podobną noc, czternaście zim wcześniej. Z przerażeniem uświadomiłem sobie, że właśnie zakochiwałem się we własnej córce.

Następnego ranka wysłałem kobietę do namiotu Katii, żeby założyła jej kwenszibe - jeszcze ciaśniej niż poprzednio - i żeby kazała jej znów nałożyć męskie ubranie. Powrót do wsi poszedł szybciej niż droga tam, niemal bez przerw. Razem z nami pojechało około dwudziestu jeźdźców, ponieważ zaproponowałem, że zorganizuję i poprowadzę zasadzkę na karawanę tatarską, aby przejąć ich konie. Znałem dobrze teren dolnego biegu Psif i to właśnie tam mieliśmy czekać na karawanę, w brzozowym gaju, który często służył jako baza naszych napadów. Katia jechała z nami, ale nic nie było tak jak wcześniej.

Wcale z nią nie rozmawiałem, a ona nie rozumiała tej nagłej zmiany i bała się do mnie zbliżyć. W związku z planowanym małżeństwem nie wydarzyło się nic i już więcej o tym nie rozmawialiśmy. Z pozoru Katia wydawała się obojętna, a jej oczy były lodowato błękitne niczym szczyty Oszamako, ale byłem pewien, że w środku potajemnie łkała. Kiedy dotarliśmy do wioski, porozmawiałem z nią tylko po to, żeby poinformować o moim natychmiastowym wyjeździe. Nie mogła jechać ze mną. Ale kiedy żegnałem się z nią, spontanicznie przyszły mi do głowy słowa, którymi bohater Uryzmaeg pożegnał Satanaję: kiedy będę daleko, miała ukłuć się w dłoń - jeśli wypłynie z niej mleko, będzie to oznaczać, że żyję i wrócę; jeśli wypłynie krew, to udałem się do Krainy Cieni, z której nikt nigdy nie wraca.

We wsi poinformowałem o moim planie starszych i przekonałem ich, by powierzyli mi dwudziestu młodych. Pozostałych zebrałem we wsiach, przez które przechodziłem, jadąc wzdłuż rzeki. Gdy dotarliśmy na równinę, była nas prawie setka. Wysłałem trzy pary zwiadowców na wschód, by się dowiedzieć, kiedy i skąd przybędzie karawana. Plan był prosty: mała grupa miała zaatakować tylną część karawany, ale miał to być zwód, bo natychmiast potem powinni oni uciec na zachód, odciągając za sobą eskortę. Ja i inni, schowani za drzewami, mieliśmy rzucić się naprzód, siejąc popłoch i spychając karawanę z powrotem, tak by znów musiała wspinać się w górę rzeki. Żadnych ciężkich zbroi, żadnych hełmów, tylko pancerze i broń strzelecka, bo nie miała to być prawdziwa bitwa - chcieliśmy po prostu ukraść konie.

Obóz rozbiliśmy w brzozowym gaju niedaleko ujścia Psif do morza. Na północy znajduje się miasto frankońskich kupców noszące nazwę Tana, tę samą co szeroka rzeka, która przez nie przepływa. Po drugiej stronie biegnie mały strumyk znikający wśród bagien. To miejsca bardzo różne od naszych gór. Nie jeździ się tam dobrze konno, bo nieustannie istnieje niebezpieczeństwo wpadnięcia w rowy lub w bagno i okulawienia konia.

Mgła, która wczoraj w nocy otuliła swym niespokojnym całunem wszystko - drzewa, konie i ludzi - podniosła się o świcie, pozostawiając mleczny blask aż do późnego poranka. Powietrze było ciężkie i wilgotne, bezwietrzne; wielu ludzi jeszcze spało, zmęczonych długą podróżą poprzednich dni. Panowała dziwna, nienaturalna cisza. Nawet ptaki przestały śpiewać. Tylko ja poruszałem się wśród brzóz, próbując dostrzec na zamglonych polach powracających zwiadowców. Właśnie wtedy zobaczyłem powoli zbliżającą się wśród trzcin porastających bagno postać ciągnącą za sobą konia. Przygotowałem łuk i naciągnąłem strzałę, ale wtedy postać mnie zauważyła i wypowiedziała jedno słowo, jakby pytanie: ada, ojcze?

Z mgły wyłania się młody wojownik w czapce z ciemnego filcu i małą szaszką przy pasku. Katia, a za nią Gwiazda. Staje przede mną na rozstawionych nogach. Po naszym wyjeździe ze wsi podążała za mną w ukryciu. Właśnie tego powinienem się spodziewać po mojej córce. Słowa, nieliczne i szybkie, wypływają z jej ust jak strumienie krwi z rany: jest tutaj, bo chce być mi posłuszna, ale jeśli dla honoru rodziny musi wyjść za mąż, powinna najpierw zabić w bitwie mężczyznę; a potem, jeśli będziemy musieli walczyć za naszych ludzi, też chce walczyć z Tatarami i nie zamierza zostawić mnie samego. Nie wiem, co powiedzieć ani co myśleć. Nie mówię nic, podchodzę do niej i mocno ją ściskam. Przynajmniej w taki sposób, kiedy jestem blisko niej, czuję bicie jej serca i wdycham zapach jej włosów, moje oczy nie spotykają się z jej wzrokiem i nie ryzykuję, że zatracę się w tych błękitnych otchłaniach.

Stałem tak przez nieskończony czas, zupełnie zapominając o patrolu, który sam wysłałem. Nagle słyszę odgłos trąbki. Zanim się orientuję, obok mnie przelatuje strzała i wbija się w korę brzozy. Odsłaniając szaszkę, odwracam się i widzę, że od drugiej strony wpada do gaju grupa jeźdźców i pieszych. Młodzież, którą ustawiłem tam na straży, najprawdopodobniej zasnęła i została zaskoczona. Pozostali, którzy odpoczywali w cieniu drzew, uciekli na dźwięki trąbki, przyzwyczajeni do spania z bronią, gotowi, obok koni. Wszyscy spoglądają na mnie, wyczekując rozkazów.

Odwracam się w stronę potoku, który miał być naszą drogą ucieczki w kierunku bagien: wśród trzcin widzę ruch łodzi wypełnionych ludźmi. Jesteśmy otoczeni. Myśliwi stali się ofiarą. Nie mamy jak się bronić. Krzyczę, żeby wszyscy wsiadali na konie i uciekali. Za kilka chwil nieokiełznanym galopem przelatują tu dziesiątki koni, poszukując bezpieczeństwa, podczas gdy po drugiej stronie niektórzy z naszych, doskonale wiedząc, że poświęcają życie, aby ocalić innych, starają się zatrzymać napastników lub przynajmniej ich spowolnić, padając pod ich ciosami.

Odwracam się do córki, która stoi za mną bez ruchu, a w jej oczach widzę strach. Trzymam ręce na jej ramionach, jakby chcąc ją ochronić, i patrzę głęboko w jej błękitne oczy, które tak bardzo mnie przerażają. Następnie podnoszę ją z ziemi i wsadzam na Gwiazdę, która rusza w gwałtownym galopie, uderzona moją szaszką.

Wolna, Katia musi pozostać wolna.

Gwizdem próbuję przywołać Noc, ale koń nie przychodzi - może uciekł lub został zabity.

Teraz słyszę odgłosy koni i zbliżających się ludzi krzyczących w nieznanych językach. Bez konia nie mogę uciec. Powinienem się odwrócić i z moją szaszką stanąć z nimi twarzą w twarz, by umrzeć jak mężczyzna i odejść do hedryksu w najlepszym towarzystwie, ale nie potrafię tego zrobić. Zamiast tego desperacko staram się nie stracić z oczu uciekającej między drzewami Katii. Moje oczy stały się dłońmi, wyciągniętymi dłońmi, chcącymi dotknąć jej po raz ostatni, by dać ostatnią ojcowską pieszczotę. Widzę ją, jak niczym błyskawica przerywanego światła jeszcze kilka razy pojawia się i znika wśród brzóz.

Nagle czuję, że w plecy wchodzi mi coś zimnego do szpiku kości, co przechodzi przez moje serce i przybija mnie do drzewa. Szaszka wypada mi z ręki. Stoję tak, trzymając się kory, która tkwi w moich rękach jak stwardniały naskórek. Czuję, że moja krew płynie ciepłymi strumieniami do matki Ziemi. Krew za krew, życie za życie. Zanim na moje otwarte oczy opada biały welon, na wieki utrwala się w nich widok galopującej Katii. Wolnej.

2

Iosafa

Bagno w pobliżu Tany,

pewnego lipcowego poranka 1439 roku

Co ja właściwie robię na tym obrzydliwym bagnisku?

Woda dostała mi się do butów i sięgnęła spodni. Na niskich, błotnistych i obrośniętych trzciną bagnach panuje dokuczliwy upał. Pod ciężką kolczugą jestem całkowicie spocony. To pierwszy raz, gdy biorę udział w walce i trzymam miecz w dłoni. Boję się. Sytuację znacznie pogarsza hełm, mój stary hełm, który zawiązałem paskiem pod brodą, bo przeklęci Czerkiesi są niezwykle dobrzy w łucznictwie i celnie trafiają w oczy lub szyję. Zmuszono mnie do zabrudzenia metalu błotem, bo jego odbicie mogłoby mnie wydać. Mimo całego tego uzbrojenia komary znajdują jakoś drogę do środka i gryzą mnie pod koszulą i z tyłu szyi. W mętnej wodzie na pewno kryją się pijawki, ale nie mogę ich przegonić, bo ręce mam zajęte: jedna trzyma miecz, abym mógł przejść przez trzciny, druga konia, którego ciągnę za sobą.

Zatrzymuję się. Z przodu, na odległość mniejszą niż droga wystrzelonej strzały, widzę brzozowy gaj. Dziwny, nienaturalnie cichy. Nie słychać nawet ptaków. Tylko brzęczenie tych przeklętych komarów. Znów czuję strach, od którego ściskają mi się wnętrzności. Może już nas zauważyli i ze strzałami naciągniętymi na łuki ukryli się za drzewami. W zabawie w kotka i myszkę role potrafią się szybko odwrócić. W każdej chwili mogę usłyszeć syk i zbyt późno się zorientować, że żelazny grot przeszył właśnie moją koszulę i rozdarł mi serce. Kiwam głową w kierunku pozostałych, żeby się zatrzymali i pozostali ukryci wśród trzcin, w ciszy. Nie mają robić nic prócz czekania na sygnał.

Zamykam oczy. To właśnie w takich chwilach wspomnienia mojego miasta stają się najintensywniejsze. Miasta, które wydaje się zbudowane z wody i kamienia, a tak naprawdę składa się z materii snów, labiryntu kanałów, strumyków, uliczek, przejść i portyków, placów i placyków; z dużego placu otwartego na lagunę, z kopuł bazyliki Świętego Marka, z różowych zdobień pałacu Dożów; z placu koło mego domu rodzinnego, niedaleko kościoła Santa Maria Formosa.

Osierocony przez ojca, Antonia, dorosłem szybko. Posłali mnie do szkoły, żebym nauczył się łaciny, a potem prawa, bo miałem służyć Republice, sięgając po najwyższe i najbardziej zaszczytne stanowiska - prokuratora, radnego i namiestnika, a może nawet i wyżej, któż mógł to przewidzieć, może po czapkę samego doży. Pieniądze, sghei, zarobili nasi przodkowie - teraz mieliśmy ich dużo i nie musieliśmy już brudzić sobie rąk handlem ludźmi, legalnym czy nielegalnym, ani wyczerpującymi i upokarzającymi negocjacjami z Żydami, Turkami i wszelkiego rodzaju niewiernymi, a także krążącymi po świecie włóczęgami; nie musieliśmy już dusić się w smrodzie ścieków i ekskrementów lub ryzykować utonięciem we wraku statku. O wiele lepiej żyć jak pan, zbudować sobie piękną willę na lądzie i we wspaniałych brokatach na sobie przechadzać się po placach. W wieku zaledwie dwudziestu lat zostałem przyjęty do Wielkiej Rady jako avogador ad curiam forestieri, adwokat do spraw cudzoziemców, ale od razu znienawidziłem sale pałacu, ten zamknięty świat intryg i walki o władzę.

Czułem, że prawdziwy świat znajduje się na zewnątrz, że zbudowany jest z kolorów, zapachów, języków i dźwięków dochodzących z ozdobionych sztandarem skrzydlatego lwa łodzi i statków, które przybywały do magazynów i cumowały na brzegach rzeki lub przy Canale Grande; z kolorowych strojów orientalnych kupców, z tkanin i jedwabiów, złota, srebra i klejnotów, z tysięcy zapachów przypraw i esencji, z tysiąca języków, które mieszały się wokół targu przy Rialto. Był to świat bez granic, o którym myślałem już jako mały chłopiec, słuchając opowieści podróżników zatrzymujących się w domu rodziny Barbarów czy marynarzy, którzy w magazynach przechwalali się zdobytymi lub kupionymi we wschodnich portach kobietami, albo po prostu godzinami przeglądając katalońskie pergaminowe portolany, zazdrośnie strzeżone przez wuja, i fantazjując o niezwykłych trasach wskazywanych przez różę wiatrów. Na tych pergaminowych kartach wszystko wydawało się takie proste i tak bliskie.

W szkole czułem się uwięziony bardziej niż ci, których zamknięto w Piombi; przez kraty wyglądałem na drogę prowadzącą na Rialto, oczarowany widokiem przyprowadzanych na licytacje orientalnych niewolnic, wyperfumowanych i ubranych w welony, o bosych stopach w miękkim obuwiu, idących szybko, ale nie za szybko, aby przyciągnąć klientów. Zasypiałem przy lekturze Cycerona, gorsząc tym mojego mistrza, a budziłem się na teksty, które opowiadały o fantastycznych podróżach i starożytnych baśniach, jak Metamorfozy Owidiusza. Zaskoczyłem natomiast nauczyciela, który uważał mnie za leniwego i niekompetentnego, kiedy próbowałem uczyć się greki - on sam znał ją dobrze, bo był w Konstantynopolu i nauczył się jej od wielkiego bizantyńskiego mistrza. Słuchałem go tylko wtedy, gdy opowiadał o tym wielkim mieście kopuł i złotych posągów - marzyłem, żeby kiedyś tam pojechać - a także wtedy, kiedy czytaliśmy i tłumaczyliśmy fragmenty Herodota, Arriana, Ksenofonta i Strabona.

W domu potajemnie kupowałem zabronione w szkole księgi w języku narodowym lub po francusku i czytałem je z zapałem: historię Aleksandra Wielkiego, powieści i relacje z przygód miłosnych i podróży po Morzu Śródziemnym, takie jak Filocolo ser Giovanniego Boccaccia, Bella Camilla Piera da Siena i Reina d'Oriente Antoniego Pucciego, historię Apoloniusza z Tyru, kronikę świata Giovanniego di Mandavilla czy Sferę Gregoria Datiego, pożyczoną mi przez florenckiego kupca i pełną miniatur, które w końcowej części przedstawiały bajeczny Wschód, a przede wszystkim kronikę niesamowitej podróży aż do Gattaio, odbytej przez jednego z członków rodziny Polo o imieniu Marco Emilio. Marzyłem, że pewnego dnia sam napiszę kronikę moich podróży.

Rodzina zmusiła mnie do poślubienia Nony Duodo, córki jednego z najbogatszych i najważniejszych patrycjuszy Republiki. Ale ja nie potrafiłem zrezygnować z mojego marzenia i gdy senatorzy mianowali mojego teścia, Arsenia Duoda, konsulem oddalonej kolonii Tany, pożegnałem żonę i nowo narodzone dzieci i pod pretekstem towarzyszenia mojemu teściowi w roku pańskim 1435 wyruszyłem na kraniec świata na galerach konwoju Romania, płynących do najdalszego portu imperium weneckiego.

Miałem zaledwie dwadzieścia dwa lata. W skąpym bagażu zabrałem kilka najbardziej ukochanych ksiąg, w tym Sferę, której nigdy nie oddałem florenckiemu kupcowi, a także kataloński portolan skradziony wujowi; inne księgi, jak mawiał mój nauczyciel, miałem w głowie, skąd nikt nigdy nie mógł mi ich ukraść. Po tygodniach żeglugi po Adriatyku i Morzu Egejskim wraz z moim teściem Arseniem i jego kanclerzem, notariuszem i księdzem Niccol? de Varsis byłem zmuszony zrobić długi i nudny postój w Konstantynopolu, bo właściciele statków, niezadowoleni z niskich zysków, odmówili dalszej podróży poza cieśninę. Wkrótce odkryłem, że stolica imperium - w moich marzeniach tak wspaniała - w rzeczywistości była zacienionym i śmierdzącym śmietniskiem wszelkich odpadów i przywar świata. W biegu zobaczyłem ogromne budowle bizantyńskie, pałace i kościoły, wszystko to nieuleczalnie chore wskutek bardzo długiego upadku, który wkrótce miał się zakończyć nieuchronną apokalipsą spowodowaną karą boską.

Chciałem stamtąd jak najszybciej wyjechać; wolałem zabijać czas, podróżując ołówkiem po trasach opisanych w portolanie i wyobrażając sobie z ekscytacją to, co miałem jeszcze zobaczyć: bajkową stolicę innego imperium, Trebizondę, a przede wszystkim mityczne miejsca, o których czytałem w starożytnych tekstach: Chersonez, Kolchidę, którą teraz nazywano Mengrelią, cel podróży Jazona i Argonautów w poszukiwaniu złotego runa i ojczyznę kobiet wojowniczek, Amazonek, o których sama myśl wystarczyła, by pobudzić moją wyobraźnię; a potem także mityczne bagna Maeotis, Bosfor Cymeryjski i ziemie legendarnych ludów, takich jak Scytowie, Sarmaci, Kumanowie.

Z tego, co sobie wymarzyłem, nie zobaczyłem nic. Kiedy udało nam się wypłynąć pierwszym dostępnym statkiem, pchani przez mocny, ale nieobliczalny wczesnowiosenny wiatr, skierowaliśmy się na północ, w stronę Gazarii i genueńskiej kolonii Kaffy. Wcale nie byłem z tego powodu zadowolony. Nie lubiłem Genueńczyków - było to uczucie odziedziczone po moich przodkach i wspólne dla wszystkich mieszkańców mojego miasta. Przed wyjazdem wyjaśniono mi, że Morze Czarne było prawie w całości morzem genueńskim, więc jeśli chciałeś pokojowo przez nie przepłynąć, musiałeś z nimi współpracować. Do tego sama nazwa, Kaffa, przywoływała mrożącą krew w żyłach historię: mówiono, że prawie sto lat temu rozpoczęła się tam straszna zaraza, Czarna Śmierć, która spustoszyła Europę.

Wiatry, początkowo pomyślne, w połowie naszej podróży nagle ustały. Przez wiele dni spowita mgłą spokoju galera musiała poruszać się wyłącznie z pomocą wioseł, co przychodziło z trudem z powodu ciężaru statku, który przechylał się z boku na bok. Cierpiałem na straszliwą chorobę morską, miałem mdłości od zapachów unoszących się z ławek wioślarzy i od odoru zepsutych suszonych ryb. Kończyła się woda pitna, zachorowałem na szkorbut, wypadły mi dwa zęby i poprzysięgłem sobie, że już nigdy w życiu nie wybiorę się w podróż morską. Dla początkującego odkrywcy świata to nie był dobry początek.

W końcu znów pojawiła się ziemia, ale nie było w niej nic chwalebnego ani mitycznego. Bagna Maeotis nosiły teraz mało poetycką nazwę Mar delle Zabacche, bo w ich płytkich wodach można było dostrzec ogromne ławice gatunku sardynek zwanego zabach. Dryf i prąd skierowały statek na wschód, niezgodnie z trasą, a kapitan zrezygnował z podróży do Kaffy: zrobił krótki postój, żeby w genueńskim porcie Matredze, w cieśninie, zaopatrzyć się w świeżą wodę i żywność, po czym popłynął dalej.

Żeby udać się na północ, do ujścia wielkiej rzeki Tany, i żeby płynąć wzdłuż jej brzegów, które łączyły się między bagnami, potrzeba było wioseł. Mówi się, że Tana jest tak długa, że nikt nie wie, gdzie się zaczyna - może w raju na ziemi. Galera płynęła jej spokojnym nurtem aż do momentu, gdy ze szczytu bocianiego gniazda dojrzano po prawej wieże ostatniego miasta świata, Tany. Wyszedłem wreszcie na brzeg i wzruszyłem się, przechodząc pod wyrytym na wielkim portyku lwem Świętego Marka. Może faktycznie to najbardziej odległe miejsce, do którego przybył lew, by pokazać swoją wielką otwartą księgę.

Ale Tana też w niczym nie przypominała bajecznego miasta z opowieści starszych, którzy odwiedzili je w zeszłym stuleciu, a o którego wspaniałych perspektywach ożywienia gospodarczego opowiadał mi ktoś kilka miesięcy wcześniej w senacie. Rzeczywistość była zupełnie inna, a dawna Tana nie miała z nią wiele wspólnego: kiedyś była ruchliwym jarmarkiem pełnym możliwości, przygód i szybkich do zdobycia bogactw, punktem wyjścia na północny Jedwabny Szlak, celem karawan z Astrachania, Samarkandy i Gattaio. Przywożono tu wówczas cenne chińskie i perskie jedwabie, dywany, przyprawy, porcelanę, brąz i złoto. Potem przeszedł przez nią Tamerlan ze swoimi rycerzami apokalipsy i wszystko spalił.

Wenecjanie ostrożnie powrócili tu kilka lat później. Wznowili przyjazne stosunki z Tatarami, którzy stali się nieco łagodniejsi, ale nadal gotowi do ataku i plądrowania kolonii. Za przyzwoleniem tych niepokornych sąsiadów, uspokojonych zapłatą terratico za wynajem gruntów oraz comerchiotamunga jako cło za handel, ponownie rozpoczęli budowę magazynów i budowli, a przede wszystkim wznieśli lepsze mury i wieże, z trzema bramami i jedną wieżą najwyższą ze wszystkich. Wrócili żołnierze, pośrednicy, lichwiarze i stręczyciele wszelkiej maści, pochodzenia, języka i religii. Księża i zakonnicy odbudowali niektóre kościoły i parę dzwonnic, nieco wyższych i bardziej widocznych niż wieże i mury. W śmierdzącej uliczce za tawerną ponownie otwarto zamtuz, pozbawiony teraz wspaniałości i ekscesów przeszłości, ale ożywiony przez nieliczne wyblakłe i korpulentne lokalne piękności, które mówiły swoim własnym językiem, pomieszanym ze wszystkimi innymi językami miasta. Ale nigdy nie wróciły już karawany ze złotych czasów. Kupcy preferowali teraz trasy oceaniczne od Morza Czerwonego do Indii, zapuszczali się też poza Słupy Herkulesa. Z Wenecji również przybywało tu mniej statków handlowych, a ich pobyt zawsze zbiegał się w czasie z przybyciem karawan ze wschodu; odpływały z ładunkiem, który w coraz większym stopniu opierał się na produktach lokalnych lub pochodzących z północnych stepów czy południowych gór: prosem i kaszą gryczaną, skórami i futrami, woskiem, solonymi rybami i kawiorem, a jeśli się poszczęściło, z miedzią i złotem z kopalń w górach.

Wewnątrz murów nadal znajdowały się rozległe puste obszary - rosnące na ruinach trzciny i zarośla drżały tam na wietrze, który roznosił chmury suchego pyłu na rozległe polany, te zaś wraz z jesiennymi deszczami stawały się błotami nie do przejścia, a zimą pokrywały się lodową skorupą.

Pierwsza zima w Tanie była dla mnie najgorsza. Szybko dostałem gorączki i długo chorowałem na mocny kaszel. Nie mogłem wyjechać i wrócić do Wenecji: w październiku pogorszenie pogody kazało przerwać wszystkie połączenia morskie. Odkryłem, że życie w Tanie odizolowanej od reszty świata było jak mit o Prozerpinie: pół roku w świetle, wśród żywych, i pół roku w ciemności, wśród umarłych, w zaświatach. Bez przerwy wiał wiatr z północy i zawsze znajdował sposób, aby prześlizgnąć się przez szczeliny okiennic. A potem zaczął padać śnieg i zamarzła wielka rzeka. Nawet morze wydawało się zamarznięte, przynajmniej tak daleko, jak sięgnąć okiem. Wszystko było nieruchome i pozbawione życia. Aby przetrwać wielką zimę, ludzie, niczym owady, chronili się wokół ogniska lub pieców rozpalonych gdzieś w głębi swoich domów i magazynów, wypełnionych dymem, brudem i myszami.

Zrozumiałem, że jeśli nie chcę upokorzony wracać do Wenecji pierwszym statkiem, który przypłynie na wiosnę, muszę coś natychmiast wymyślić, uniezależnić się od teścia, wystawić głowę z tej brudnej Tany i zacząć badać to, co było wokół: regiony o tajemniczych nazwach, jak Tartaria, Ruś, Kumania, Alania, Gazaria, Czerkiesja, w poszukiwaniu przygód, chwały i bogactwa, na które zasługiwałem. W odradzającej się po zniszczeniu przez Tamerlana dusznej Tanie istniał tylko jeden sposób na szybkie wzbogacenie się: handel głowami.

Za godnymi szacunku twarzami notariuszy i księży prawie cała gospodarka kręciła się wokół handlu głowami. Wciąż istniało zapotrzebowanie na młodych i silnych mężczyzn - Słowian, Tatarów czy Czerkiesów - przede wszystkim na wschodnich bazarach, a zwłaszcza w Egipcie, zdominowanym przez dynastię mameluków, którzy w rzeczywistości byli nikim więcej niż czerkieskimi niewolnikami sułtanów, choć formalnie handel ten został zakazany po protestach władców Cypru, który rozumieli rosnącą siłę niewiernych. W Wenecji głównym towarem były kobiety, a przede wszystkim dziewczęta, potrzebne do pracy w sklepach tekstylnych lub do prac domowych jako sprzątaczki, mamki, opiekunki do dzieci czy osób starszych, a często także do zadań bardziej specjalnych i poufnych, powierzanych im przez pana domu w tajemnicy przed żoną, domowniczkami i księżmi. Ale i tak w mieście takim jak Wenecja wszyscy wiedzieli wszystko, choć udawali, że wcale tego nie wiedzą.

Był to handel mało czysty i niezbyt przejrzysty. Prawnie wszystko regulował wydany przez specjalizującego się w tych sprawach notariusza Republiki akt, który umożliwiał dokonywanie w tym obszarze wszelkich transakcji, jakie można wykonać wobec przedmiotu lub dobra: sprzedaży, wynajmu, przekazania w darze albo spadku. Gdy przedmiot się zepsuł, zestarzał lub przestawał się nadawać do użytku, mógł zostać nawet wyrzucony. Starej niewolnicy wystarczyło wydać obłudny akt wyzwolenia, a następnie wyrzucić ją za drzwi pałacu, aby żebrała i umarła na środku ulicy. Kościół przymykał na to oczy, choć oficjalnie potępiał handel ludźmi, troszczył się o zdrowie dusz i posyłał kapłanów oraz zakonników, aby chrzcili pogan i poganki, nadając im imiona świętych: Marii, Magdaleny, Katarzyny, Łucji. Działalność notariuszy i księży, przeróżnych mediatorów, swatów i naciągaczy obracała się wokół kwitnącej działalności kurtyzan.

Taki stan rzeczy wcale mi się nie podobał. A jedynym innym zajęciem, jakie mogłem wymyślić, było sprzedawanie ryb. Ryby pozwalały na prowadzenie interesów znacznie czystszych niż handel głowami. Wydałem więc wszystkie cekiny, które z sobą zabrałem, a swoje eleganckie ubranie zastawiłem u żydowskiego lichwiarza, przystosowując strój do wersji znacznie skromniejszej. Od tatarskiego plemienia udało mi się nabyć prawa do eksploatacji dużej wylęgarni ryb słodkowodnych, z przyległymi terenami do suszenia i solenia, na jeziorze Bosagaz, znajdującym się w górę wielkiej rzeki, czterdzieści mil na wschód od Tany. Pomysł był dobry i w krótkim czasie bardzo mi się opłacił, gdyż suszone ryby należały do najbardziej poszukiwanych przez weneckie mude towarów jako niezbędne pożywienie dla żeglarzy w dłuższych rejsach śródziemnomorskich, w czasie których nie można było wyjść na brzeg. Szkoda tylko, że zapach zgniłej ryby wywoływał we mnie odruch wymiotny, bo przypominał mi podróż morską, i zostawał na moich ubraniach i rękach bez możliwości zmycia go.

Rzeki znów zamarzły, ale magazyny pełne były suszonych i solonych ryb na kolejny sezon, gotowych na przybycie mude. Teraz czułem się w Tanie już zadomowiony. Zacząłem negocjować i zaprzyjaźniać się z zamieszkującymi okolicę plemionami tatarskimi. Oprócz kilku bękartów zrodzonych z Wenecjan i miejscowych kobiet zatrudniłem w fabryce paru Tatarów, którzy ku mojemu zdziwieniu przywieźli z sobą swoich niewolników, Rusinów lub Czerkiesów, i zlecali im ciężką pracę, podczas gdy oni, jak mówili, nadzorowali i pobierali wynagrodzenie. Jeśli robił tak paron Jusuf, jak mnie teraz nazywali, siedząc na krzywym stołku na wzniesieniu magazynu, dlaczego nie mogli robić tak i oni: siedzieć i oglądać.

Ja, Jusuf, dobrze dogadywałem się z tymi sympatycznymi łobuzami i jednocześnie uważałem, aby nie nękać zbytnio ich niewolników. Zakazałem używania bata i zadbałem o to, aby nigdy dla nikogo nie zabrakło żywności. Zacząłem się uczyć języka Tatarów, a także ubierałem się jak oni: w szerokie spodnie wpuszczone w buty, ciężkie sobolowe futro, które nareszcie rozwiązało mój problem z zimnem, a na głowie nosiłem piękną spiczastą czapę, otoczoną futrem z białego lisa. W mojej szkatułce gromadziły się sghei, cekiny, dukaty, bizantyńskie srebrne asprony, dirhamy i inne najdziwniejsze i najbardziej nieprawdopodobne monety używane przez tych barbarzyńców. W mieście się przeprowadziłem, kupiłem murowany budynek z dużą salą, dziedzińcem, stajniami i ogrodami warzywnymi, stojący blisko murów, bo lubiłem czuć świeże powietrze z pól, a nie smród magazynów w pobliżu placu i rzeki. Jeszcze chwila, a opuściłbym Tanę i zacząłbym eksplorować rozległy kontynent, który obserwowałem, gdy zadowolony wspinałem się na najwyższą wieżę w mieście.

Zawsze pasjonowało mnie poznawanie świata, o którym czytałem w księgach starożytnych lub słyszałem od nauczycieli. W czasie moich pierwszych wypraw konnych w towarzystwie kilku służących próbowałem zidentyfikować miejsce, gdzie znajdowała się starożytna grecka Tana, i wydawało mi się, że rozpoznałem ją w kilku popękanych ścianach, które kazałem odkopać z błota po północnej stronie delty, nie znajdując nic poza paroma starożytnymi monetami całkowicie zniszczonymi przez czas. Oddalając się nieco, zauważyłem, że w stepie nie były rzadkością wyższe lub niższe kopce ziemi, które musiały być starożytnymi pochówkami, jakie tutejsi ludzie nazywali kurhanami. Jeden z tych kopców, zwany Contebbe, przez dwa lata niszczony był dołami kopanymi przez egipskiego poszukiwacza przygód o imieniu Gulbedin. Gulbedin przybył z Kairu w poszukiwaniu bajecznego skarbu, który według tatarskiej niewolnicy miał zostać ukryty przez Indiabu, ostatniego króla Alanów, tuż przed eksterminacją jego ludu z rąk Tamerlana. Gulbedin niczego nie znalazł i umarł, wykopaliska porzucono, ale historia skarbu wciąż była powtarzana.

I tak pewnej zimnej i burzliwej nocy pod koniec listopada znalazłem się w domu kupca Bortolamia Rossa wraz z pięcioma innymi dostojnymi towarzyszami: Franceskiem Cornerem, Catarinem Contarinim, Zuanem Barbarigo da Candia, Moisem Bon d'Alessandro della Giudecca i Zuanem da Valle, który był kapitanem floty w Derbencie na Morzu Kaspijskim i miał niepochlebną reputację pirata dokonującego grabieży statków niewiernych, wypływających z Astrachania. Wypiliśmy sporo doskonałego wina cypryjskiego importowanego przez Bortolamia, a teraz przerzuciliśmy się na grappę, śpiewając i kalecząc zapamiętane piosenki gondolierów.

Na koniec spotkania cała nasza siódemka zdecydowała się odnaleźć skarb Contebbe. Przyrządy do robót ziemnych i budowlanych przyjechały już w lipcu, wynajęte przez Cornera w Konstantynopolu w celu wzmocnienia murów. Na papierze zaplamionym winem i łojem Catarin przedłużył umowę dopiskiem niechlujnym, bo wykonanym niepewną ręką i okiem zaćmionym winem. Jako ósmą partnerkę kazałem wpisać samą świętą Katarzynę, która miała nam zapewnić szczęście i bon guadagno. dobry zysk. Tamta noc była wszakże wigilią święta świętej Katarzyny Aleksandryjskiej, tej od koła, a ja byłem jej bardzo oddany, bo zafascynowała mnie jej historia, gdy czytałem Złotą legendę autorstwa Iacopa da Varaze. Byłem oczywiście trochę pijany i powtarzałem moim przyjaciołom, że święta Katarzyna także powinna mieć swój udział w łupach: dokładnie jedną ósmą, która miała być ofiarowana przed jej ikoną w kościele San Francesco w Tanie, siedzibie dobrego biskupa Francesca, ponieważ mieszkali tam mnisi, którzy pomagali jałmużną biednym i byłym niewolnicom, a wiele z nich - prawie wszystkie nazywały się Caterina - widywałem klęczące przed wizerunkiem ich opiekunki, jak błagały o kawałek chleba.

Przedsięwzięcie, którego podjęliśmy się dwukrotnie, pod koniec jesieni i na początku wiosny, okazało się kompletną katastrofą. Kopaliśmy i kopaliśmy, ale nie znaleźliśmy prawie nic. Święta Katarzyna wcale nam nie pomogła, bo zakłócanie snu zmarłych było czynem bezbożnym. Do Tany powróciliśmy pokonani, a Tatarzy naśmiewali się z nas, zmieniając nazwę zniszczonego kopca na "kamieniołom Franków". Byłem w złym humorze, i to nie z powodu dukatów straconych na kopanie kurhanu. Z wielkiego odkrywcy starożytności stałem się drobnym rabusiem grobów. Znowu wszedłem na wieżę i spojrzałem na step, marząc o szybkiej ucieczce z Tany.

Zamiast tego następnej zimy właśnie z tej wieży, w pełnym komforcie i bez potrzeby ruszania się, stałem się świadkiem wspaniałego spektaklu wędrówki ludów. Do Tany, niczym ogromny, poruszający się wśród wielkich zamarzniętych rzek wąż ludzi i zwierząt, zbliżała się część Ordy tatarskiej, z chanem Kiczi zwanym małym Mahemetem na czele. Najpierw pojawili się pierwsi konni - dziesiątki, a potem setki - a wraz z nimi las lanc, sztandarów, wysokich spiczastych hełmów i dziwacznych czap otoczonych futrami. W końcu, po wielu dniach tej niekończącej się procesji, przybył i chan ze świtą dostojników, członkami rodziny i konkubinami, którzy zadomowili się poza murami Tany, w środku zrujnowanego starego meczetu.

Miasto ogarnęły strach i niepokój. Kupcy zabezpieczyli sklepy i magazyny, a Żydzi i Ormianie, pamiętając o krwawych masakrach, zamknęli się w domach bez okien. Rada miejska postanowiła nie otwierać bram. Najbardziej bano się nie tyle najazdu czy oblężenia, ile zarazy. Faktycznie, w poprzednich latach w tej brudnej i głodnej masie ludzi i zwierząt, jaka towarzyszyła Ordzie, ukryły się także miazmaty Czarnej Śmierci, gotowe rozłożyć się na belach tkanin, które miały zostać dostarczone kupcom, albo na perfumowanych welonach prostytutek. Byli tacy, którzy uważali, że zamykanie bram nie miało sensu, bo myszy i tak wejdą do środka przez sobie tylko znane brudne szpary.

Natychmiast trzeba było wysłać posłańców. Konsul przygotował trzy pudła z darami, rolki szlachetnego jedwabiu, a także chleb z przyprawami, wino jabłkowe i piwo bosa - jedną skrzynię dla chana, jedną dla jego matki i jedną dla dowódcy armii, Naurusa. Na dostawcę zostałem wyznaczony ja, zięć konsula, Iosafa, który i tak byłem już atartarado. na wpół Tatarem. Stało się tak także dlatego, że nie chciał tego zrobić nikt inny. Pełen dumy opuściłem więc miasto ubrany według mody tatarskiej, wszedłem do meczetu i po raz pierwszy spotkałem jednego z wielkich książąt Wschodu, panów życia i śmierci milionów ludzi: dwudziestodwuletniego mężczyzny wyglądającego na znudzonego, leżącego na dywanie i bawiącego się wysadzanym klejnotami sztyletem. Wielki i potężny generał Naurus nie miał więcej niż dwadzieścia pięć lat.

Naurus przedstawił mnie jako przedstawiciela Franków, bo tak wszyscy nas nazywali - nas, przybyszów z Zachodu, niezależnie od tego, czy byliśmy Genueńczykami, Wenecjanami, Francuzami czy Katalończykami. Poczułem się wtedy jak ktoś naprawdę ważny: myślałem, że oto mają się spotkać dwa światy, dwie cywilizacje i że to ja reprezentowałem wielką cywilizację zachodnią, starożytnych Greków i Rzymian, chrześcijaństwo, papieża, cesarza, i moją Najjaśniejszą Republikę Wenecką. Przed sobą zobaczyłem barbarzyńskich pogan i niewiernych. Uśmiechnąłem się na myśl, że zaszczyt poznania księcia barbarzyńców spotkał właśnie mnie, noszącego nazwisko Barbaro.

Naurus skinął na mnie, a ja uklęknąłem i pozdrowiłem chana tatarskim zwrotem, którego nauczyłem się na pamięć, selam rehim itegez, witam i bądź pozdrowiony. Następująca po nim krótka przemowa w dialekcie weneckim została przetłumaczona, nie do końca wiadomo jak, przez mojego dragomana, czyli tłumacza: wraz z darami chcieliśmy powierzyć życzliwości władcy także całe miasto. Chan, nie podnosząc nawet wzroku, odpowiedział, że przyjmuje tę ofiarę i że miasto może być spokojne i uważać się za chronione.

Zapadła niezręczna cisza. Chan nadal bawił się sztyletem, a ja nie wiedziałem, co począć. Znów zabrać głos, bez zezwolenia? Wyjść? Nie ośmieliłbym się. Nagle chan podniósł głowę, spojrzał na mnie i na moich nieszczęsnych towarzyszy wysłanych przez konsula, a potem zaczął się śmiać i klaskać w dłonie, wyrzucając z siebie słowa, które dragoman próbował mi przetłumaczyć: do jakiego przeklętego miasta dojechał chan, że trzech jego mieszkańców nie ma więcej niż troje oczu? Śmiali się także Naurus i inni dostojnicy oraz wojownicy, którzy jeszcze chwilę wcześniej zachowywali powagę i stali nieruchomi jak posągi. Odwróciłem się do moich towarzyszy. Mój dragoman Buran Taiapietra miał tylko jedno oko, Giovanni, grecki człowiek konsula, także jedno, podobnie jak osoba, która przyniosła jabłkowe wino.

Tak zakończyło się pierwsze wielkie poselstwo szlachetnego Iosafy Barbara zwanego Jusufem, wysłannika konsula Tany do wielkiego chana Ordy. A konsul musiał otworzyć bramy, by wpuścić spoconego i siedzącego na grzbiecie wychudłego muła celnika tatarskiego Cozadahuta, narzuconego przez chana do zbierania tamungi, cła, od wszystkich towarów wprowadzanych do Tany, przydzielając jemu i jego służbie niezamieszkany teren obok bramy i mojego domu, gdzie znajdowały się otoczone murami ruiny starego karawanseraju.

Po odjeździe chana przez całe sześć dni odjeżdżał też jego lud ze zwierzętami, mnóstwo ludzi i wozów, ogromne stada koni, wielbłądów, wołów i wszystkich innych domowych stworzeń. Brali z sobą także swoje domy, gdyż były to konstrukcje drewniane, czasem wielopoziomowe, montowane na dużych wozach i przykryte trzciną, filcem lub tkaninami. Wszystko to z fascynacją oglądałem z murów Tany. Wydawało mi się, że doświadczam wizji Dnia Sądu, kiedy to ludzkość wraz ze wszystkimi żywymi istotami zostaje wezwana, by odpowiedzieć za swoje czyny przed Wszechmogącym.

Dopiero miesiąc później dowiedziałem się, gdzie udała się cała ta chmara. Kiedy roztopiły się lody i można było wrócić łodzią do stawu Bosagaz, z przykrością odkryłem, że w zimie rybacy złowili dużo, nawet przez lód, i że posolili wiele skalników i jesiotrów, ale potem przeszli tędy Tatarzy, tysiące tysięcy, głodni jak szarańcza. Rybacy uciekli i ukryli się za drzewami. Tatarzy zabrali wszystkie ryby, solone i niesolone, cały cenny kawior, a nawet sól, tę dużą i drogą, doskonałą do konserwowania. Rozwalili beczki, żeby zabrać listwy i naprawić wozy, rozbili też młyny solne, aby ukraść ich żelazne rdzenie. Rozmyślałem o tym wszystkim, a także o końcu mojej obiecującej kariery. Nie pocieszyła mnie zbytnio informacja, że cały kawior - ponad trzydzieści ukrytych pod ziemią beczek - ukradli także mojemu przyjacielskiemu wrogowi i nieuczciwemu konkurentowi, Zuanowi da Valle.

Ale nie wszyscy Tatarzy odeszli. Dwa dni po ich wyjeździe pod murami pojawił się szwagier chana, Edelmug, który zaoferował mi zaszczyt zostania jego kunakiem, czyli gościem. Na początek musiałem gościć go u siebie w domu, gdzie zniweczył moje cenne zbiory wina z Candii. Potem, na wpół pijany, zaprosił mnie, bym poszedł za nim do wielkiego obozu tatarskiego. Jego zaproszenie przyjąłem z ekscytacją. Wreszcie mogłem poruszać się z Tatarem i jak Tatar. Jechaliśmy mozolnie przez kilka dni, przekraczając wciąż zamarznięte rzeki, aż w końcu dotarliśmy do prawdziwie żywej rzeki, jaką był lud Ordy, niczym mrówki rozsiany po całym stepie, gdzie każdy przyjmował Edelmuga jak swego pana i ofiarowywał mu mięso, chleb i mleko; w końcu znaleźliśmy się przed samym chanem, który przyjął nas w namiocie dla gości w obecności setek osób. I tak się złożyło, że gdy zostałem przedstawiony przez pijanego Edelmuga, zamieszkałem sam wśród Tatarów, nie wiem, czy jako gość, czy więzień, poznając ich życie i zwyczaje. Pozwolili mi wrócić do Tany, dopiero kiedy Orda ponownie wyruszyła na północ, aby dewastować i plądrować kraj Rusinów. Nie wróciłem sam. Edelmug powierzył mi do tymczasowej adopcji swojego syna Timura: to największy zaszczyt, jakiego mógł udzielić tatarski szlachcic.

Z radością powitałem Timura, pełnego życia trzynastoletniego chłopca o wąskich oczach i oliwkowej skórze, który stał się dla mnie jak syn. Prawie zapomniałem o własnej rodzinie pozostawionej w Wenecji. Żyłem praktycznie sam, chociaż z wieloma służącymi, zarówno mężczyznami, jak i kobietami. W odróżnieniu od wszystkich innych kupców, a także od księży, którzy od czasu do czasu przychodzili, by wybrać sobie przerażoną czerkieską lub tatarską dziewczynę w sklepie Ormianina sprzedającego tego typu towar, nie miałem kobiety, z którą bym sypiał. Na początku mojego pobytu nowi przyjaciele zabrali mnie do zamtuza: jedna wizyta wystarczyła, abym złożył moje własne śluby czystości. Wieczorami wolałem udać się do małej sypialni na pierwszym piętrze i spędzać czas z książkami, które przywiozłem z Wenecji, teraz już na wpół zniszczonymi, poplamionymi pleśnią i nadjedzonymi przez myszy i karaluchy, a także z notatnikiem, który uzupełniałem chaotycznymi notatkami i wspomnieniami.

Ale Timur wypełnił mój dom. Nauczyłem go kilku słów i wyrażeń po wenecku, śmiejąc się z jego akcentu. Głaskałem jego ciemne loki i patrzałem w błyszczące kocie oczy, a w wannie, do której kobiety nalewały wrzącej wody, powoli myłem jego smukłe, gładkie ciało wyglądające jak ryba z jeziora Bosagaz. Timur śmiał się. Kochał mnie. Mówił do mnie abzij Yusuf, wujek Jusuf.

I tak wróciło lato. Po emocjach i problemach związanych z przejściem Ordy wznowiłem handel z kupcami, którzy przybyli do Tany po odwilży. Ubiłem trochę interesów, sprzedając solone ryby z nowego połowu i parę przywiezionych z gór futer, a teraz czekam na złoto, jakie rok temu obiecał mi kupiec z Samarkandy. To złoto szczególnie czyste, które pojedzie prosto do Wenecji na użytek rozkwitającego tam przemysłu złotniczego. Powinno tu dotrzeć lada moment wraz z dużą karawaną.

Wczoraj wcześnie rano poszedłem z Timurem na plac, jedyną część miasta, która przypomina mi cywilizację i moją Wenecję: trochę kamiennej kostki, portyki ze sklepami, dom konsula, pompatycznie nazywany Pałacem, z dołączoną do niego loggią z biurem notarialnym, schody, na których herold czyta zarządzenia, herb - lew Świętego Marka, fasada kościoła Santa Maria oraz przysadzista, spiczasta dzwonnica. Zatrzymaliśmy się w warsztacie łuczniczym, aby wybrać najodpowiedniejsze ostrze do polowania na kuropatwy i kurki gniazdujące w zagłębieniach płaskowyżu wokół miasta.

Nagle pod portykiem słyszę jakieś zamieszanie: właśnie przybyła grupa Tatarów. Mówią, że w gaju oddalonym o trzy mile na południe od Tany, niedaleko małej rzeki, od wczoraj koczuje prawie stuosobowa grupa Czerkiesów. Z pewnością nie są tam po to, by niewinnie polować. Planują jakiś najazd, być może aż pod mury Tany. Od razu martwię się o karawanę przybywającą z Samarkandy, Czerkiesi mogliby przecież ukraść wielbłąda z moją skrzynią ze złotem i wówczas straciłbym wszystko, bo nie zapewniłem sobie żadnego sigurta. ubezpieczenia.

W tym momencie z cienia sklepu dochodzi mnie głos, wstaje kupiec tatarski, przybyły do Tany z ładunkiem sadzonek, i proponuje, żeby pojechać ich pojmać, te czerkieskie psy. Jest ich prawie stu, ale kupiec oferuje swój udział w wyprawie, a ze sługami jest ich już pięciu. Nie wiedząc dlaczego, wtrącam się, mówiąc, że mógłbym zebrać jeszcze ze czterdzieści osób, w głębi duszy żywiąc nadzieję, że zaangażuje się jeszcze ktoś, a nasza liczba wzrośnie. Nikt już się jednak nie odzywa - tylko Tatar, który decyduje, że tylu wystarczy. Czerkiesi to nie mężczyźni, mówi, ale kobiety.

Już żałuję, że zacząłem rozmawiać z tym szaleńcem, do tego na oczach wszystkich. Dobrze wiem, że Czerkiesi to nie kobiety, ale najsilniejsi i najodważniejsi wojownicy, jacy istnieją na tej ziemi. W poprzednich latach, po odejściu Tamerlana i przed przybyciem nowej hordy, zjednoczeni przez księcia i prowadzeni przez legendarnego i bezwzględnego wojownika imieniem Jacob dotarli aż do Tany, aby ścigać i wypędzić tatarskie plemiona z ich niedostępnych gór. Żeby schwytać jednego wściekłego Czerkiesa, potrzeba dziesięciu naszych. Jeśli są w setkę, to jest ich naprawdę wielu. Ale teraz nie mogę się już wycofać. Gdy zamyślony idę przez plac, za rękaw ciągnie mnie Timur podekscytowany nadchodzącą przygodą. Kieruję się do mojego przyjaciela Francesca da Valle, młodszego brata Zuana, najlepszego eksperta w tych sprawach, i wspólnie organizujemy wypad, uczestników, a także dzielimy zyski, w zależności od liczby zaangażowanych osób. Jako partnerów Francesco pozyskuje jeszcze ormiańskiego kupca, liguryjskiego kapitana gripparii, kilku zbrojnych i kuszników, chętnych dorobić do swojej skromnej pensji, oraz paru starych wspólników z przedsięwzięcia Contebbe z ich uzbrojonymi sługami. Ja, Timur i trójka sług to tylko pięć osób: jeśli schwytamy wszystkich Czerkiesów, mój udział wyniósłby jakieś dziesięć głów, i to bez żadnych kosztów. Nieźle jak na biznes rybny. Oczywiście jeśli wszystko pójdzie dobrze.

Plan Francesca jest prosty. Paru uzbrojonych w łuki i kusze mężczyzn zejdzie w dół i wsiądzie na barki na przybrzeżnej przystani rzecznej, i na tych barkach dotrze aż do ujścia rzeki, płynąc nią w górę do gaju, aby zablokować drogę ucieczki; jak tylko dotrą na miejsce, wypuszczą na wolność białą gołębicę. A Timur? Dla bezpieczeństwa lepiej, żeby został na łodzi. Wszyscy pozostali, podzieleni na dwie grupy, nadejdą z północy aż do skraju lasu, ukrywając się z końmi między trzcinami i bagnami. Kiedy zobaczą gołębicę, będą musieli zająć pozycje i dosiąść koni. Sługa Francesca zadmie w trąbę i wtedy wyskoczymy, wdzierając się do lasku ze wszystkich stron. Musimy uzbroić się lekko, tylko w kolczugi, łuki, kusze i miecze, bo nie będzie to prawdziwa bitwa. Musimy także postarać się nie zabić zbyt wielu Czerkiesów, w przeciwnym razie pozbędziemy się zysku. Jednak tych, którzy zechcą stawiać najmocniejszy opór, lepiej zabić natychmiast: to niezłomne bestie, nie przystosują się do nowego życia jako niewolnicy, wciąż będą próbowali uciekać lub się buntować.

Ponownie otwieram oczy. Ile czasu minęło? Dziesięć sekund czy dziesięć lat? Słyszałem hałas. Przez szparę w hełmie, przez trzciny, widzę zbliżającego się do gaju z drugiej strony chłopca, który ciągnie za sobą konia. Pięknego kasztana z lśniącą sierścią i białą plamą na czole wyglądającą jak gwiazda. Na placu w Tanie umówiliśmy się, jak podzielić się głowami, ale co z końmi? O tym nie rozmawialiśmy. Chcę tego kasztana. A może i chłopaka ubranego w stylu czerkieskim, z piękną ciemną filcową czapką i małym bułatem zatkniętym za pas. Jako niewolnicy młodzieńcy są lepsi niż dorośli. Łatwiej ich wychować. A może lepiej powiedzieć allevare. hodować? Niektórzy są dzicy jak zwierzęta, nie wiedzą nic o cywilizowanym życiu.

Wygląda na to, że chłopak niczego nie zauważył. Odwracam się w stronę tatarskiego łucznika, który już w niego wycelował, i macham do niego, aby opuścił łuk. Kiedy się odwracam, chłopiec zniknął już wśród drzew, a właściwie mam wrażenie, że widzę go stojącego przed drugą wyższą postacią, która pojawiła się przed nim i go przytuliła. Nie możemy się poruszyć. Musimy poczekać na sygnał z łodzi, które płyną wąską rzeką, na lot małej białej gołębicy, dopiero wtedy możemy zająć pozycje i być gotowi na koniu, a potem na dźwięk trąbki wyskoczyć ze wszystkich stron.

Wbrew ustaleniom dźwięk trąbki nas zaskakuje. Nikt nie widział gołębicy, nikt nie jest przygotowany na atak. Co za przekleństwo! Jeśli coś pójdzie nie tak, Czerkiesi potną nas na kawałki. Staramy się jak najszybciej podnieść z bagna i wspiąć na konie, a wokół nas świszczą już strzały. Tatar stojący obok mnie próbuje naciągnąć łuk, ale zostaje trafiony w gardło i pada, tracąc krew, i umiera. Przekleństwo, krzyczę w duchu, bezgłośnie, jak często dzieje się we śnie, a może to wszystko to tylko sen, zły sen. Przez zniszczony hełm nie za dobrze widzę - jest pozostałością po jakiejś starej wojnie z Genueńczykami i pożyczył mi go Francesco. Próbując wsiąść na konia, ślizgam się i ląduję w błocie. Z pewnością nie wyglądam zbyt bohatersko. Jeden z Tatarów pomaga mi włożyć stopę w strzemię, a tymczasem wszyscy inni, krzycząc, biegną i pędzą na koniach w kierunku gaju, i ja też krzyczę, i dodaję sobie odwagi, i unoszę miecz, udając, że jestem kondotierem, którym przecież nie jestem.

Zanim dotrę do lasku, wśród drzew widzę dziko galopującą grupę czerkieskich jeźdźców, ale nie pędzą oni w naszą stronę, aby nas przytłoczyć i zmiażdżyć. Kierują się w lewo, do wyjścia z gaju, w stronę polnej ścieżki, gdzie będą mogli bezpiecznie galopować i uciec. Widzę też pięknego kasztanka, który leci jak strzała i zabiera mi chłopca. Za późno. Nigdy do nich nie dotrzemy, a poza tym to zbyt niebezpieczne - dobrze znają te bagna i mogliby zwabić nas w zasadzkę. Nagle z naszej grupy wysuwa się wrzeszczący szalony tatarski kupiec, ten, który twierdził, że Czerkiesi to kobiety, i zaczyna gonić ich w pojedynkę. Krzyczą, żeby się zatrzymał, żeby zawrócił. Na nic. Tatar znika w chmurze kurzu, podążając szlakiem czerkieskich koni. Gorzej dla niego.

Wchodzę z pozostałymi do gaju. To koniec. Zdejmuję bezużyteczny już hełm i wyrzucam go ze złością. Pod drzewami, wśród zabitych, rannych i więźniów, pozostało około czterdziestu Czerkiesów. Niektórzy z nich nadal wiją się wściekle, gdy próbujemy ich związać, inni są już na ziemi, milczący i ponurzy, związani po dwóch, plecami do siebie, pod groźbą ostrzału z łuków i kusz. Tu i ówdzie leżą porozrzucane trupy i ranni, których prawie bez wyjątku nie warto nawet zabierać do Tany i leczyć, ponieważ z gangreną i tak szybko pomrą. W sumie, jeśli dobrze pójdzie, zostanie ich jakaś dwudziestka. Po dwie głowy dla każdego uczestnika. A mnie uciekli chłopak i jego piękny kasztan. Nie ma też koni, wszystkie uszły. To kiepski interes, biorąc pod uwagę, że zginęło także kilkoro z nas, między innymi dwóch z moich trzech sług. Na szczęście Timur został bezpieczny na łodzi.

Zatrzymuję się za jednym z martwych Czerkiesów, zaciekawiony jego dziwną pozycją: stoi, obejmując dwie brzozy, rękoma trzymając się kory. W plecach ma głęboką ranę od miecza, na wysokości serca, musiał umrzeć natychmiast. Sądząc po jego ubraniu, jest przywódcą. Może to on obejmował chłopca, ale nie jestem pewien. Wygląda na rozbrojonego, ostra szaszka wypadła mu z ręki, kiedy został trafiony, i już skradł ją jakiś Tatar. Dziwnie tak umrzeć plecami do wroga. Nawet nie uciekał. Obchodzę go od przodu i jestem wstrząśnięty widokiem szlachetnej twarzy mężczyzny z brodą i siwoblond włosami; oczy ma wciąż szeroko otwarte, zwrócone ku nieskończoności, której nie mogę zobaczyć. W geście miłosierdzia zamykam mu je, a potem pozwoliwszy ciału osunąć się na ziemię, próbuję je przesunąć. Każę Tatarom, którzy chcieliby odciąć kilka głów i zabrać je jako trofea, by zgromadzili ciała i przykryli je ziemią i kamieniami, żeby nie zostawiać ich szakalom i sępom. Tatarzy robią to bez przekonania i dopiero po tym, jak starannie ogołocą zwłoki ze wszystkiego, co może im służyć albo co da się sprzedać.

Krzyk ze strony rzeki, z łodzi. Biegnę. Mam złe przeczucia. Na łodzi wioślarz trzyma w ramionach trzynastoletniego chłopca trafionego strzałą w serce. Wcześniej nikt tego nie zauważył. W chaotycznej wymianie strzał między łodziami a brzegiem Timur zgiął się wpół przez rufę. Zapominając o nim, mężczyźni rzucili się na brzeg z mieczami w dłoniach. Pozostał tylko wioślarz, który po chwili potrząsnął ramieniem chłopca, ale ten był już bez życia. Krzyczę, płacząc, biorę go na ręce, wynoszę na brzeg, ładuję na mojego konia, aby zabrać go z powrotem do Tany, i wyruszam w kierunku miasta w towarzystwie jedynego mego sługi, jaki pozostał przy życiu, wiernego Airata.

* * *

Jest wieczór. Ktoś puka głośno do drzwi wejściowych.

Siedzę w kącie, w ciemności, wpatrując się w stół, na którym leży ciało Timura. Wygląda, jakby spał. Otula go desperacki płacz kobiet, które też go pokochały. Położyły go na stole, rozebrały do naga i umyły; jakże piękne jest to młodzieńcze ciało o błyszczącej oliwkowej skórze; tylko mała dziura na wysokości serca. Jego ojciec jest w obozie chana, pięć, sześć dni od Tany. Wysłano po niego. Dopóki nie przybędzie, Timur pozostanie tu, nagi, na stole. Podnoszę się i idę otworzyć drzwi. W przyćmionym świetle dostrzegam Francesca ledwie oświetlonego migoczącą lampą, a za nim kogoś jeszcze, dwie lub trzy niewyraźne, skulone w cieniu postaci.

Francesco mocno mnie obejmuje, po czym od razu zaczyna mówić, ponieważ wśród kupców i ludzi żyjących na granicach to, co dotyczy bon guadagno, należy omówić natychmiast, nie ma czasu na słabości. Głowy znajdują się w jego magazynach na brzegu. Żadnych opłat za pośredników ani cła, weneckiego czy tatarskiego: wyrzucili je na brzeg, nie wchodząc nawet do miasta, za dobrą manzarię, łapówkę, strażnicy przy bramie przymknęli oczy i otworzyli ręce. Kiedy zechcę, mogę jako pierwszy iść i wybrać sobie moją część, moje dwie głowy - pozostali uczestnicy dają mi pierwszeństwo. Kapitan gripparii prosi jedynie, żebym zrobił to szybko, bo jego statek jest już załadowany i prawie odpływa; prosi, aby nie marnować czasu na żałobne lamenty, bo ten, kto odszedł, już odszedł, a żywi muszą myśleć o żywych, poza tym chłopiec, który umarł, nie był nawet chrześcijaninem.

Czuję, że gotuję się ze złości. Nie, mam ochotę krzyczeć, nie jestem taki jak wy, od dziecka słuchałem słów starożytnych o człowieczeństwie i wiem, że nie ma ludzi, których śmierć liczy się bardziej lub mniej w zależności od ich pochodzenia, wiary lub zasobności skarbca, a w tej przeklętej Tanie staję się taki jak wy, moje oczy przyzwyczajają się, by rozbłyskać na myśl o bon guadagno i obliczać zysk ze sprzedaży głów. Ale teraz, gdy Timur leży martwy na stole w jadalni, nie obchodzi mnie ani zysk, ani głowy. Wypuśćcie ich wszystkich: jak można pozbawiać człowieka wolności i traktować go jak rzecz, sprzedawać i odsprzedawać? Po co umarł Timur i wszyscy inni? Dosyć, dosyć, chciałem krzyczeć i uderzyć Francesca z całych sił.

Ale potem przychodzi opamiętanie. Moje źrenice rozszerzyły się już w ciemności i zdaje mi się, że za plecami Francesca widzę ciało chłopca podobnego do Timura, zarówno ze względu na wzrost, jak i być może wiek, całego brudnego od błota, owiniętego liną i trzymanego przez dwóch Tatarów. Francesco kończy swoją zbędną mowę, bo wystarczy mu jeden rzut oka, by zrozumieć, że źle ją odbieram. Nie pyta też o rekompensatę w wysokości dwóch lub trzech aspronów za zniszczony hełm, który straciłem. Mamrocze coś, odsuwając się na bok i pozwalając na oświetlenie chłopca. Wtedy rozpoznaję go, wydając z siebie niesłyszalne westchnienie: to czerkieski chłopiec, który uciekał na koniu.

W czasie smutnej drogi powrotnej do Tany Francesco usłyszał jęk za trzcinowymi zaroślami, na środku bagna. Wraz ze sługami zbliżył się tam i zobaczył chłopca klęczącego obok konia, który ledwo się poruszał, a jego noga była w nienaturalny sposób wygięta. Musiał to być jeden ze zbiegłych Czerkiesów, a jego koń połamał się, poślizgnąwszy się na błocie. Kiedy chłopiec ich zauważył, zaatakował ich agresywnie i porywczo, rzucając się na nich z małym sztyletem i krzycząc z wściekłości, i prawie ich trafił, ale też się poślizgnął i wpadł w błoto. Słudzy natychmiast na niego naskoczyli i sporo się natrudzili, aby go związać. Łzy zostawiały na jego twarzy smugi błota i wciąż tylko szlochał, powtarzając jedno niezrozumiałe słowo, vagwa. Konia, który się odwrócił, by patrzeć na chłopca swymi wielkimi, wilgotnymi oczami, miłosiernie dobił on, Francesco.

To najlepsza głowa. On i jego partnerzy uważali, że słusznie byłoby dać ją mnie, a potem... I że może... Że wystarczy. Pod moim kamiennym spojrzeniem Francesco cofa się. Wkłada mi w ręce linę, wraca do cienia i odchodzi ze swoimi sługami. Przyciągam linę i moje oczy spotykają się z przerażonymi oczami chłopca. W świetle lampy widzę, że mają kolor głęboko niebieski, jak czyste zimowe niebo, które dostrzec można z wież mojego odległego miasta, jak świeci nad dalekimi górami.

* * *

Budzę się rażony promykiem słońca.

Obolały leżę na podłodze. Musiałem spać przez dłuższy czas i teraz wszystko sobie przypominam. Na środku pokoju stoi stół ze zwłokami Timura, już obleganymi przez muchy. Nie może tu zostać - kto wie, kiedy przybędzie jego ojciec. Za kolumnami widzę oczy patrzących na mnie kobiet, cichych, zlęknionych, wyczekujących. Wtedy przypominam sobie, że jest tu też ktoś inny. Czerkieski chłopiec. Dałem go starej służącej, która zamknęła go w pustym kurniku. Może wręcz wrzuciła go tam wciąż związanego, nie dając mu kropli wody. Znów myślę o jego wyłaniających się ze stwardniałej maski z błota oczach pełnych strachu i bólu. To tylko chłopiec, jak Timur, który teraz śpi na stole w spokoju, którego nikt już nie będzie w stanie zakłócić.

Nie podnosząc się, wzywam wiernego Airata. Musi zabrać chłopca z kurnika i powierzyć go dwóm kobietom, które go rozbiorą i wymyją, a potem ubiorą w czystą koszulę i dadzą mu trochę wody, chleba i sera. Airat będzie musiał z nimi zostać i obserwować tego małego dzikusa, bo nigdy nic nie wiadomo. Potem znów zamykam się w moim milczeniu, siedząc na podłodze obok stołu, na którym Timur spokojnie śni swój wieczny sen.

Czuję, że ktoś szarpie mnie za ramię. To Airat, który dziwnie na mnie patrzy. Wstaję i idę za nim. Przed pokojem widzę dwie kobiety, które patrzą w ten sam dziwny sposób. Jedna ma w rękach coś, co wygląda jak gorset, i zdaje się powtarzać po wenecku, ale z tatarskim akcentem, no xe un putelo, no xe un putelo, to nie chłopiec, to nie chłopiec. W półmroku, w kącie, leżą jego ubrania i buty, wciąż brudne od błota; pośrodku, w pobliżu wanny, stoi kształtne białe ciało z pochyloną głową otoczoną długimi jasnymi włosami, z rękami skrzyżowanymi na wzgórku łonowym, z talią ledwo napiętą pod zaokrągleniem bioder i tułowiem, z którego wychodzą krzywizny dwóch małych jędrnych piersi. Na palcu lewej ręki ma coś, co wygląda jak pierścionek. Czuć zapach świeżej skóry pachnącej jeszcze wodą i mydłem z kąpieli. Xe una putela. To dziewczynka.

Stoję nieruchomo, bez słowa. Putela podnosi na mnie oczy. Są zaczerwienione, ale suche. Pewnie wypłakała już wszystkie łzy. Pomijając dłonie na genitaliach, nie wygląda na zawstydzoną swoją nagością. Nie wygląda nawet na przestraszoną. A mnie nachodzi nagła burza myśli. Jak z nią porozmawiać? Pierwszy raz w życiu stoję przed jedną z nich. Ale rozmowa nie ma sensu, ona nic by nie zrozumiała, a i ja nie zrozumiałbym, co mi powiedziała. Wszyscy wiedzą, że Czerkiesi mówią najbardziej niezrozumiałym językiem świata, złożonym z dziwnych dźwięków i odgłosów wydobywanych z głębi jamy ustnej lub z tylnej części gardła, prawie bez samogłosek.

Kto mógłby mi pomóc? W domu wszyscy są Tatarami, a ja nie znam nikogo, kto sprostałby funkcji tłumacza. W całej Tanie jest tylko jedna osoba, która zna ten przeklęty język i której byłbym w stanie zaufać. Wołam Airata i wysyłam go do zamtuza, mówiąc, żeby jak najszybciej przyprowadził mi właścicielkę, czerkieską kobietę, Maddalenę, siorę Lenę. Ma uważać, żeby nic nie mówić, nic nikomu nie powiedzieć, nawet Lenie. Obu kobietom także nakazuję milczenie, chociaż z rezygnacją czuję, że nie potrwa ono długo. Każę ubrać dziewczynę w prostą lnianą koszulę i przynieść jej coś do jedzenia i picia, ale ona siada w kącie i niczego nie chce tknąć, a ja stoję pochylony w progu, patrząc na nią w milczeniu, insempiado, oniemiały, z oczami i ustami otwartymi szeroko niczym jedna z solonych ryb z mojego stawu.

Wraca Airat i oznajmia, że Lena czeka na mnie w pokoju. Idę, zamknąwszy za sobą drzwi na klucz. Widzę Lenę, która wzruszona kontempluje twarz zmarłego chłopca, chusteczką odganiając od niego muchy. Nie wygląda ani na Czerkieskę, ani na nierządnicę, ubrana jest na czarno jak beginka, a na włosach ma czarny czepek; jedynymi oznakami luksusu są złoty naszyjnik z krzyżem w stylu bizantyńskim, zbyt mocne perfumy z lawendy i odrobinę za efektowne pierścienie wysadzane szkiełkami - prezenty i wspomnienia po dawnych kochankach.

To dobra kobieta, silna, duża i dojrzała, córka pewnej niewolnicy schwytanej w czasie dewastacji Tamerlana, jedna z tych, które ormiański pośrednik dostarczył do zamtuza wiele lat temu, po jego ponownym otwarciu. Jest sprytna i ma małe lisie oczka, bo w pełnej wilków Tanie inaczej nie da się przeżyć. Została wyzwolona przez kochanka, notariusza, który był jednocześnie księdzem i ochrzcił ją wyjątkowo trafnym imieniem świętej grzesznicy Magdaleny, dorobiła się sghei i przejęła zamtuz od starego Ormianina. Powinna być mi oddana, bo od roku w moim interesie rybnym pracuje jej mały bękart, syn weneckiego marynarza, którego nie mogła trzymać już dłużej w zamtuzie w czasie godzin pracy. Jakże dziwne bywa życie, że teraz muszę prosić o pomoc nierządnicę: może się nam przydarzyć tysiąc rzeczy, których się nie spodziewamy, i zawsze możemy potrzebować pomocy kogoś, komu sami wcześniej pomogliśmy.

Podekscytowany, w chaotyczny sposób próbuję opowiedzieć jej o szalonych wydarzeniach ostatnich dwóch dni, aż do pojawienia się putela. Lena musi z nią porozmawiać, przepytać ją, spróbować zrozumieć, kim jest i skąd pochodzi, jak się nazywa, i mogłaby właściwie zatrzymać się tu na trochę, na kilka dni, dobrze jej zapłacę, aż nauczy putela pierwszych słów i zdań po wenecku.

Lena jest zaskoczona moją dziwną propozycją. W ciągu wielu lat praktykowania swego zaszczytnego zawodu przyzwyczaiła się do oryginalnych i niecodziennych próśb, ale nikt nigdy nie poprosił jej o nic podobnego: żeby została dragomanką. A poza tym po co tu rozmawiać, po co używać słów? Wystarczy na nią spojrzeć, ocenić jej ciało, czy nie ma żadnych ukrytych wad, oszacować jej wagę, obserwować sposób patrzenia i ruszania się - w skrócie wyznaczyć cenę za zakup na stałe lub czasowe użytkowanie.

Po co rozmawiać? Tana to nie Wenecja, gdzie kurtyzany, jak powiedział jej pewien szlachetny pan, recytują poezję i dyskutują o filozofii. Tutaj nasz zawód nie obejmuje filozofii, tu rozmawia się niemal wyłącznie ciałem, i to na tysiąc różnych sposobów: zapachem, włosami, oczami, językiem, dłońmi, stopami, odpowiednimi ruchami brzucha. Wielu klientów, któż to wie dlaczego, jest natomiast irytująco gadatliwych i opowiada putte całe swoje życie - może potrzebują tego bardziej niż innych rzeczy - a Lena wyszkoliła swoje putte, które z tych przemówień w różnych i nieraz wymieszanych językach nie rozumieją ni w ząb, żeby słuchały, delikatnie kucając w łóżkach, i zawsze kiwały głowami i się uśmiechały.

Ale dobrze, może się zgodzić, weźmie kilkudniowy urlop od pracy w zamtuzie, putte zorganizują się same, może nawet lepiej, jak nie będzie jej tam przez kilka następnych dni, bo rozpęta się piekło, gdyż przybywa karawana z Samarkandy. Ach tak, karawana z Samarkandy, zupełnie o niej zapomniałem. Proszę ją o zachowanie wszystkiego w największej tajemnicy i jestem przekonany, że Lena z radością zastanawia się, co pomyśli całe miasto, a także konsul i ksiądz, o tym babaluco Iosafie, głupcu Iosafie, który bierze ją do domu na kilka dni i nocy, zamykając się w środku właśnie z nią, Leną. Poza tym wie, że w piwnicy zawsze jest jakaś rezerwa dobrego wina z Candii.

Każę ją zabrać do pokoiku, sam zostaję przed stołem, gdzie ciągle leży Timur, a muchy wydają się coraz liczniejsze i coraz bardziej agresywne. Jego skóra zaczyna wyglądać przerażająco, na brzuchu pojawiają się zielonkawe plamy, a pomiędzy nogami smuga czarnej cuchnącej cieczy, jakby coś zjadało go od środka. Muszę znaleźć rozwiązanie także i dla niego, povaro fiol. biednego chłopca. Nie mogę trzymać go tu w ten upał, czekając na Edelmuga. Potrzebuję dobrze zamykającej się skrzyni, a także gwoździ i kleju.

Ale nie mam czasu o tym myśleć, bo słychać głośne walenie do drzwi. Na ulicy panuje ruch, ludzie przychodzą i odchodzą, z murów słychać trąby. Przyjechała karawana z Samarkandy i lokuje się w pobliskim karawanseraju, a posłaniec krzyczy, że pilnie wzywają mnie konsul i Cozadahut. Muszę natychmiast iść, ale moja zdezorientowana głowa pozostaje wciąż tam - pomiędzy stołem, na którym śpi Timur, a pokoikiem, w którym zostawiłem putela wraz z Leną.

* * *

Udaje mi się wrócić dopiero wieczorem i jestem wyczerpany. Od prawie dwóch dni się nie przebrałem i nie myłem. Spałem może ze dwie godziny na podłodze, obok stołu z ciałem Timura, i wciąż wszystko mnie boli. Z wyjątkiem kolczugi jestem ubrany tak, jak w nieszczęsnym lesie, mam na sobie plamy potu, błota i krwi i chyba nawet się obsikałem. Na nogach nadal mam buty; powinienem je zdjąć, nie tylko po to, żeby wyczyścić, ale także dlatego, że w środku może się znajdować jakaś pijawka. Przez mój smród konsul z obrzydzeniem zmarszczył nos, a Tatar Cozadahut, który wiedział o naszej chwalebnej wyprawie, zaczął śmiać się głośno ze mnie i innych uczestników, mówiąc z typowo tatarskim humorem, który wcale mi się nie podoba, że to dopiero będzie dobre przedstawienie, kiedy Edelmug, którego tak dobrze zna, zobaczy swojego zmarłego syna, kompletnie zwariuje i każe ściąć i nabić na kije głowy Iosafy i pozostałych. I znów się śmiał. Nie zrobiłem dobrego wrażenia także na kupcu z Samarkandy, który dotrzymał słowa i przywiózł mi skrzynię czystego złota pochodzącego z gór pomiędzy Persją i Indiami. Nie targowałem się, zaakceptowałem to, o co poprosił, przez co kupiec zaniemówił. Byłem kompletnie zdezorientowany, ciągle myślałem o Timurze i o putela i chciałem tylko wrócić do domu.

Wchodzę ze skrzynką złota pod pachą. Znów jestem w pokoju z leżącym na stole Timurem i z latającymi w kółko muchami. Coraz mocniej czuć tu zapach śmierci, zapach rozkładu, który przypomina mi nieprzyjemny odór ze stawu. Na ziemi podłużna skrzynia z surowego drewna, w sam raz na Timura. Kazał ją przynieść mój wierny Airat, odgadując myśli, których nie miałem jeszcze czasu wypowiedzieć. Mówię mu: dobra robota, mój wierny Airacie, i każę ponownie przywołać dwie kobiety, te, co wcześniej umyły Timura, a potem putela. Teraz znów muszą dokładnie wymyć Timura, natrzeć go balsamami i esencjami, owinąć całunem i umieścić w skrzyni, a Airat musi ją szczelnie zamknąć. Już za późno, żeby wynieść go poza mury, brama jest zamknięta. Jutro wyprowadzą go z meczetu i zamkną tymczasowo w pustym kamiennym sarkofagu, gdzie ojciec będzie mógł odprawić obrzędy pogrzebowe.

Na ławie kładę skrzynię ze złotem i w ciszy podchodzę do pokoiku, gdzie przebywa Lena z putela. Słyszę tylko jeden głos, ten należący do Leny. Chciałbym usłyszeć i drugi, ale moje pragnienie pozostaje niezaspokojone. Czekam chwilę, potem decyduję się wejść do środka i mówię Lenie, żeby poszła do kuchni. Zostaję przy drzwiach, spoglądając na siedzącą dziewczynę, a ona patrzy na mnie, nie spuszczając wzroku, jakby z niemym wyrzutem. W końcu, rozgniewany, odwracam oczy. Cofam się i zamykam drzwi.

Lena na mnie nie zaczekała: sama nalała sobie wina i rękami zgarnęła udka i skrzydełka ugotowanej w gulaszu kury, pozostawionej dla gospodarza w garnku. Od czasu do czasu macza w nim kromkę czarnego chleba i upija łyk wina z kielicha. Siedzę naprzeciwko niej i czekam, aż podzieli się ze mną informacjami. Lena chciałaby w spokoju zjeść i z pełnymi ustami tłumaczy mi, że rozma­wianie przy jedzeniu nie jest dobre, ale moje natarczywe spojrzenie nie odpuszcza, więc mówi, nadal zagryzając. W dużym kominku pośród czerwonego żaru powoli przygasa ogień. Ze ściany, spomiędzy pokrytych czernią miedzianych garnków, patrzy na nas mała ikona świętej Katarzyny z kołem, wymalowanej niczym królowa. Chociaż rzadko pojawiam się w kościele, jestem jej bardzo oddany i nigdy nie zapominam zapalić dla niej świecy.

Tłustą ręką kobieta dotyka greckiego krzyża, który wisi na jej szyi, i przykłada mi go do twarzy. Kiedy weszła do małego pokoju, dziewczyna natychmiast go zobaczyła i upadła na kolana, mówiąc coś, czego Lena nie zrozumiała. Iosafa musi zdać sobie sprawę, że nawet im dwóm, kobiecie i dziewczynie, nie jest łatwo się zrozumieć. Frankowie nazywają ich wszystkich Czerkiesami, tym samym słowem, którego używają Tatarzy i Turcy, ale tam w górze, wśród dolin i gór, żyje wiele różnych ludów, może o wspólnych przodkach, choć teraz już o różnych zwyczajach, językach i nazwach: Zygowie to ci na południowych wybrzeżach, ona jest Zygką, ale są i Kumanowie, Tatarkosi, Sobajowie, Kewetei, Kabardyjczycy i ile jeszcze, to tylko diabeł wie. Pewnie istnieje wiele wspólnych dla nich słów lub chociaż części słów, jednak wymowa może się bardzo różnić. Jeśli mówią powoli, wtedy owszem, mogą się zrozumieć. Krótko mówiąc, nie było to łatwe i niech messer Iosafa o tym pamięta, kiedy będzie musiał określić zapłatę dla Leny.

Nie poszło łatwo również dlatego, że na początku dziewczyna była zupełnie zamknięta w sobie. Po tym, jak uklękła przed krzyżem, wstała i usiadła z powrotem w swoim kącie, wpatrując się w ścianę i odmawiając nawet spojrzenia na nią. A więc jest ochrzczoną chrześcijanką? Niezupełnie chrześcijanką, w sensie takim, jak rozumieją to Frankowie i ich księża, odpowiada Lena. Dziewczyna adoruje krzyż tak, jak dawniej robiła to ona sama, nie wiedząc dobrze, kim był Nasz Pan, i nie znając obrzędów Kościoła, czy to greckiego, łacińskiego, rusińskiego czy ormiańskiego. Nawet nie wie, skąd wziął się ten dziwny zwyczaj wieszania drewnianych krzyży na świętych drzewach i składania dla nich ofiar. Tak, zazwyczaj są chrzczeni, ale w prosty sposób, wodą z rzeki. Nie mają ani księży, ani biskupów, nie wiedzą, czym jest grzech i piekło. Nie znają sakramentów ani dziesięciu przykazań, ale modlą się do Wszechmogącego, czczą swoich rodziców i starszych, dotrzymują wiary i słowa kosztem życia, szanują gościa jako kogoś świętego, uważają kobiety za równe mężczyznom i krótko mówiąc, wydają się bardziej chrześcijańscy niż sami chrześcijanie. Co najdziwniejsze, nie umieją pisać ani czytać i nie znają świętych ksiąg, Ewangelii i Biblii. Prawdę mówiąc, Lena nadal nie potrafi czytać ani pisać, a rachunki i pisma robi dla niej stary Ormianin.

Czuję, że tracę cierpliwość, bo Lena jest gadatliwa i często gubi wątek. Nie interesuje mnie jej lekcja o zwyczajach i tradycjach Czerkiesów. Może innym razem, bo historie te są piękne i mógłbym zapisać je w moim pamiętniku. Wracamy więc do wątku dziewczyny. Jak ma na imię? Kim jest? Lena kładzie na talerzu kolejne skrzydełko i znowu podnosi swoją otłuszczoną rękę, pozwalając mi zobaczyć z bliska jeden ze swoich pierścieni. Oto jak się nazywa. Na jej pulchnym palcu widzę pierścień prostszy od pozostałych, być może ze zniszczonej cyny, może ze srebra, z monogramem utworzonym przez kilka greckich liter: A I K. Bez zdejmowania go i czytania tego, co na nim wyryte, zgaduję, co to jest, i pytającym tonem wymawiam imię po grecku: Ekaterini?

Tak, dokładnie, Caterina. Lena od razu rozpoznała ten pierścionek, ma taki sam, cynowe kółko bez żadnej wartości, podróbka dana jej zamiast należnych pieniędzy kilka lat temu przez egipskiego oszusta, jednego z jej klientów, niejakiego Gulbedina, który obiecał, że wkrótce wróci ze złotem i klejnotami, a zamiast tego zmarł niedługo potem, zrujnowany przedsięwzięciem tak głupim, że Lena nawet nie pamięta, na czym dokładnie polegało - coś z odkopywaniem grobów w poszukiwaniu skarbów. Gulbedin powiedział jej, że pierścień był magiczny, ponieważ dostał go od mnicha z pustynnego klasztoru, w którym przechowywano relikwie świętej Katarzyny, a klejnot został opuszczony do kamiennej arki, żeby dotknął świętego ciała i wchłonął jego nadprzyrodzoną moc.

Lena właściwie nie bardzo mu wierzyła i była wściekła z powodu utraconych zarobków, ale prezent zatrzymała, bo była przesądna. A teraz to właśnie pierścień, zaraz po krzyżu, ułatwił jej nawiązanie kontaktu z dziewczyną. Początkowo kobieta próbowała witać ją i zadawać pytania w swoim starym, prawie zapomnianym języku, języku dzieciństwa, który odkurza tylko od czasu do czasu, kiedy w zamtuzie pojawi się jakaś nowa czerkieska putta. aby ułatwić jej profesjonalny rozruch. Wszystko na nic. Dziewczyna nie rozumiała albo udawała, że nie rozumie, i nadal wpatrywała się w ścianę. W końcu Lena, której małe lisie oczka dostrzegły pierścionek, wzięła ją za rękę i położyła ją blisko swojej, tak że oba pierścienie znalazły się obok siebie, ten cynowy i ten srebrny. Jakby tknięta intuicją, Lena wypowiedziała jedno słowo: Caterina? Dziewczyna odwróciła się i w końcu na nią spojrzała.

Więc to jej imię, Caterina. Dziewczyna tak się nazywała, musiała zostać ochrzczona w swoim kraju, ma ten pierścień i nie wiadomo, kto jej go dał, pewnie jakiś zdesperowany pielgrzym, zagubiony wśród dzikich gór. Dziwne zrządzenie losu, bo Caterina, tak jak Maria i Magdalena, to imiona nadawane niewolnicom przez podróżujących i chrzczących je zakonników. Ale kim jest? Skąd pocho­dzi? Co, na litość boską, robiła w gaju? Dlaczego była ubrana jak mężczyzna? Przypominam sobie pieśni, które czytałem jako chłopiec: czy jest wojowniczką jak Amazonka? A może jej historia przypomina historie pięknej Camilli czy dziewczyny z Reina d'Oriente. które podróżowały po świecie w przebraniu mężczyzn i dopiero na końcu, aby wziąć ślub z córką króla, zostały przemienione w prawdziwych mężczyzn przez archanioła Gabriela?

Lena hamuje moją ciekawość, bo zaschło jej w gardle. Nie może kontynuować, najpierw musi się napić i zmusza mnie, żebym znów napełnił jej kielich moim cennym winem z Candii. Poza tym do wina należy się mały akompaniament: Lena znów macza w garnku czarny chleb, a z drugiego wyciąga przyprawioną aromatyczną kiełbasę i kontynuuje, zajadając ze smakiem.

Otóż więc, mówi, Caterina jest kimś w rodzaju księżniczki. Podaje mi zawiniątko, które wyniosła z sobą z pokoiku. Otwieram je i rozciągam na całą szerokość cudowny welon z jedwabiu tkanego złotem, z emblematem chabra. Welon jest wciąż brudny od błota. Lena dostrzegła go wśród ubrań porzuconych w kącie wraz z gorsetem i butami. Dziewczyna pewnie miała go na sobie, może owinięty wokół szyi jak szal. Musi mieć ogromną wartość, może kosztować setki monet. Tylko księżniczka mogłaby coś takiego mieć. Gdyby Caterina była niewolnicą, takim welonem mogłaby zapłacić swój okup, ale ona pewnie o tym nie wie, tak samo jak nie wie, kim teraz się stanie.

Lenie udało się w końcu nakłonić ją do rozmowy, po tym, jak ją ukoiła i uspokoiła, trzymając za rękę i wkładając w to całe swoje doświadczenie zawodowe. Caterina ją rozumie, mimo że pochodzi z plemienia bardzo różnego od tego, z którego wywodzi się Lena - z plemienia dumnego i wojowniczego, żyjącego w najwyższych i najbardziej niedostępnych górach Kaukazu, lud ten nazywa się Kabardyjczykami. Do tego plemienia należy książę Inal, który poprowadził swoich poddanych, by wypędzili Tatarów z gór i z doliny rzeki Copa, spychając ich aż do brzegów morza i murów Tany. Trochę słowami, a trochę gestami - bo Lena nie rozumie dobrze tego języka, jeszcze bardziej gardłowego niż jej własny - Caterina powiedziała jej, że pochodzi z wysokiej ośnieżonej góry, że jest córką szlachetnego Jacoba, wojownika Inala, który jest najsilniejszy ze swojego ludu i świata. Poszła z nim walczyć i wykazać się odwagą, dlatego była przebrana za mężczyznę, ale została schwytana przez Franków i potem już nie widziała swojego ojca. Teraz w imię Wszechmogącego i na święty magiczny pierścień błaga szlachetną panią krzyża, aby ją uwolniła, by mogła wrócić do swego ojca i w swoje góry.

To wszystko. Lena ponownie opróżnia kielich. Ona, szlachetna pani od krzyża, obiecała przekazać jej prośbę szlachetnemu panu domu, który jest jednym z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych Franków w mieście i z pewnością jej wysłucha. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że ze mnie drwi. W następnych godzinach kobieta zaczęła uczyć ją kilku słów w dialekcie weneckim, a Caterina od razu je zapamiętała, musi być dziewczyną mądrą i pojętną: kilka pozdrowień, bongiornobonasera, a także ciao, ale bez wyjaśniania prawdziwego znaczenia, tego, które wyjawił jej kiedyś klient, ksiądz notariusz - że ciao pochodzi od sciao, co oznacza niewolnika, a niewolnik pochodzi od sclavo, gdyż dawniej w Wenecji wszyscy niewolnicy i służący byli Słowianami - bo nie wydaje się jej eleganckie zaczynanie od razu od wyjaśniania znaczenia słowa, które stanie się przeznaczeniem jej życia.

Nauczyła ją też kilku dodatkowych słów i zwrotów niezbędnych, by przetrwać, a także języka gestów: magnar e bever, pan e aqua, jeść, pić, chleb i woda, choć Lena woli wino, ti e mi, ty i ja, omo, dona, mężczyzna, kobieta, którą można też nazwać femena, baba, siora, czyli ona, oraz puta lub putela, dziewczyna, czyli Caterina. Pokazała jej części ciała, szybko dotykając wskazanych przez siebie punktów na dziewczynie, która pod koszulą była naga: jej głowę, i oci, la boca, la tetail bichignol, oczy, usta, głowa, pierś, aby dać mleko dla putei, pansa, brzuch, gdzie rosną puteimona, łono, które służy do robienia putei, kiedy idzie się spać z omini. ale lepiej ich nie robić, tych putei, jeśli trzeba pracować. Także kilka innych słów, aby wyrazić działania, które siora uważa za fundamentalne w życiu: basar, caressar, ciuciar, ciavar, montar. całować, pieścić, ssać, kochać się, wchodzić. Caterina powtórzyła je wszystkie, wcale ich nie rozumiejąc, ale starając się dobrze je wymówić, z akcentem w odpowiednim miejscu, a Lena zaczęła się głośno śmiać, pokazując zgniłe zęby i wywołując u niej grymas, który mógł być uśmiechem.

Może Lena chciałaby wywołać uśmiech i u mnie, ale to niemożliwe. Kiedy mówiła, zrozumiałem wszystko: widziałem go, ojca Cateriny, wielkiego wojownika Jacoba - to ten trup przytulony do brzozy. Zajrzałem w głębię jego martwych oczu. Caterina o tym nie wie, ale jej ojciec jest teraz wolny tą nieskończoną wolnością, do której istota ludzka może dotrzeć jedynie wtedy, gdy przekroczy granicę czasu. Mogę pozwolić jej odejść, choć nigdy już nie zobaczy swego ojca. Tak, zdecydowałem, dla mnie Caterina jest wolna, jutro pójdę z nią pod mury, dam jej konia i pozwolę odjechać. Prostą modlitwą, dającą mi ostateczny spokój ducha, zawierzam świętej Katarzynie, której jestem bardzo oddany, dziewczynę i duszę jej ojca, a także tę należącą do biednego Timura, który nie jest nawet ochrzczony, ale to nic nie szkodzi.

Lena sięga po tacę z migdałami w cukrze i znów ma ochotę coś powiedzieć, jednak nie wie, jak przerwać moje gęste milczenie, jak przyciągnąć moje nieobecne spojrzenie. Wcale nie jest pijana, wręcz bardzo przytomna. Wystarczy spojrzeć w jej oczy, żeby odgadnąć, co chce powiedzieć. Jest jak otwarta księga. Teraz nastąpi najtrudniejsza dla niej część. Przekonać tego insemenio Iosafę, niemądrego Iosafę, że to ona powinna wziąć Caterinę. Kiedy jej dotykała, bardzo dobrze przyjrzała się temu doskonałemu toco de putela. ciału, i teraz Iosafa musi jej ją oddać ze wszelką cenę. W swoim zamtuzie nigdy nie miała nikogo takiego. Będzie jej księżniczką, królową Tany, będą do niej przyjeżdżać wszyscy podróżnicy: ze Wschodu i z Zachodu. Wychowa ją i będzie ją kochać jak córkę, nauczy ją wszystkiego, uczyni ją bogatą, a może pewnego dnia ją wyzwoli. Iosafie zapłaci tyle, ile trzeba. Jutro poprosi swego przyjaciela, księdza notariusza, o sporządzenie umowy. Poza tym zachowała się bardziej niż uczciwie. Od razu oddała mu welon z jedwabiu i złota, który jest wart więcej niż Caterina, choć przecież mogła ukryć go w spódnicy, i amen. Właściwie to powinien dać jej ją za darmo. Co najwyżej mogłaby przyznać mu pewne prawa użytkowania. Oczywiście niewielki procent, w pieniądzach lub w naturze. Iosafa mógłby sypiać z nią, kiedy by tylko chciał. Gratis.

Wszystko to czytam w jej oczach, zanim w swoim mieszanym wenec­ko-czerkieskim języku zdąży wymówić choćby jedno słowo z tych, które pomyślała. Nie udaje się jej nic powiedzieć nie dlatego, że jej przeszkodziłem, ale dlatego, że gwałtowny podmuch wiatru trzaska drewnianą okiennicą kuchenną. Z zewnątrz słychać przerażone krzyki: el fogo, el fogo, ut, ut! Ogień, ogień! Podskakuję, przewracając stół, a Lena wraz z migdałami w cukrze zwala się na ziemię. Zapominam o kobiecie, o złotym welonie i o wszystkim innym i biegnę w stronę drzwi wejściowych. Na zewnątrz widzę pandemonium, ludzi szaleńczo uciekających we wszystkich kierunkach. W powietrzu unosi się gryzący zapach spalenizny, popiół i żarzące się kawałki, które spadając na strzechy najskromniejszych chat i stajni, szybko przeradzają się w nowe, wyższe płomienie. Noc oświetlona jest błyskami nagłego ognia, który pożera tę część miasta.

Z urywanych zdań dochodzących z tłumku zgromadzonego tutaj z przodu rozumiem, że ogień rozprzestrzenił się ze starego bazaru i karawanseraju, obecnej rezydencji tatarskiego poborcy podatkowego Cozadahuta i jego świty. Konsul krzyczy, że trzeba go za wszelką cenę ratować, bo inaczej chan stwierdzi, że to nasza wina, i zrówna miasto z ziemią, ścinając do tego wiele głów. Rynek oraz magazyny i sklepy wydają się bezpieczne, podobnie jak pomosty na brzegu i statki na kotwicy, ponieważ duże wolne przestrzenie i ruiny utrudniają rozprzestrzenianie się pożaru. Ogień podsycany nagłym suchym wiatrem od północy zagraża natomiast starej dzielnicy w pobliżu murów. Mówią, że wszystkie drogi wyjściowe z karawanseraju zostały już zawalone i że ludzie znajdujący się wewnątrz skazani są na spalenie żywcem, bo nikt nie wie, jak ich ocalić, a w ciemności i chaosie nie można odnaleźć narzędzi do rozwalenia murów.

Za murem słychać rozpaczliwe krzyki. Ktoś próbuje spuszczać na linach kobiety i dzieci, ale liny pękają i nieszczęśnicy spadają na ziemię. W tym momencie doznaję objawienia. Właśnie modliłem się do świętej Katarzyny za tę uwięzioną w moim domu dziewczynę, oferując jej wolność putela, a tu święta Katarzyna przychodzi z pomocą i mnie, i miastu. Chciałem, żeby była ósmą wspólniczką niefortunnego przedsięwzięcia Contebbe i gdzie teraz rdzewieje część narzędzi wydobywczych, które pożyczyliśmy i których nigdy nie oddaliśmy? W magazynie za moim domem, bo to ja byłem głównym majstrem przy wykopaliskach kurhanu. Te narzędzia miały służyć kradzieży skarbów z grobowców i zakłócaniu snu umarłych - bezbożności, której święta Katarzyna słusznie zapobiegła - a teraz mogą się zamienić w narzędzia pomocy.

Biegnę je przynieść, wręczam je też innym, ale to przede wszystkim ja sam zaczynam pracować przy murze, kopiąc wściekle i krzycząc santa Caterina, santa Caterina, aż robi się dziura, przez którą wyciągamy ponad czterdzieści odymionych i prawie uduszonych osób, a wśród nich przerażonego Cozadahuta, tak grubego, że utknął i trzeba go wyjmować na siłę, prawie obdzierając ze skóry.

* * *

O świcie ogień ugaszono. Mój dom też jest już bezpieczny. Wracam zmęczony, wciąż ubrany w te same co dwa dni temu koszulę, spodnie i brudne buty. Do palety kolorów, jaką stała się moja twarz, dołożyła się teraz czerń sadzy i czerwień przekrwionych oczu, co sprawia, że wyglądam gorzej niż gigant Ronciglione.

Drzwi są szeroko otwarte. Dziwne. Krzyczę i nikt nie odpowiada, nawet wierny Airat. Kieruję się w stronę pokoju, gdzie na stole nadal leży nieruchome ciało Timura i gdzie lata coraz więcej much. Ale na posadzce nie widzę już drewnianej skrzyni. Nie ma też śladu welonu z jedwabiu i złota ani skrzynki ze złotem. Mam jeszcze wystarczająco dużo siły, aby dojść do pokoiku. Drzwi są otwarte, zamek zniszczony. W środku pusto. Na ziemi też nic nie ma - ani ubrań, ani butów. Chciałbym krzyczeć, ale opuszczają mnie siły i padam na ziemię; zanim stracę przytomność, pojawia się jeszcze jedna myśl. Caterina uciekła.

Dalsza część w wersji pełnej