Usłyszeć Głos Człowieka - Artur Marino

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (20,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Syberia

Była w naszym domu od zawsze. Na początku tylko jako słowo. Będąc dzieckiem, czasami je słyszałem, ale nie wiedziałem, co oznacza. Całe lata zajęło mi rozwiązanie zagadki z nim związanej. I dopiero teraz, po sześćdziesięciu latach, historia się dopełni.

Syberia, syberyjski, na Syberii. Mama nieraz wracała do niej myślami i o niej mówiła. To oczywiste, że była dla niej ważna. W jakiś sposób łączyły się z nią nasze wakacyjne wyjazdy. Dla mnie, małego chłopca, było to wielkie przeżycie. Jazda pociągiem z Wrocławia do Białegostoku trwała bardzo długo i wiązały się z nią zawsze wielkie emocje. Wagony, perony, lokomotywy, prędkość, wyglądanie przez okno. Potem już nie było tak ciekawie, bo dalsza jazda autobusem do Sztabina należała do wyjątkowo uciążliwych, już nie można było wstawać z miejsca i spacerować. Ale oto przychodziło coś jeszcze gorszego, bo ze Sztabina do wsi Janówek szło się zwykle pieszo. Autobusy kursowały rzadko i nie można było na nie liczyć. Szło się poboczem drogi wybrukowanej kocimi łbami. No i jeszcze trzeba było targać ciężkie bagaże. Ja, chociaż zwykle nic nie niosłem, to wciąż narzekałem, jak mnie strasznie bolą nogi.

I wreszcie docieraliśmy do zabudowań gospodarstwa w Janówku. To tam urodziła się moja mama i tam jeszcze niedawno żyła jej matka, a moja babcia Gabryela. Nie pamiętałem jej jednak, bo zmarła, gdy miałem dwa lata. Teraz mieszkał tam brat mamy Jan z żoną Marysią i ich trzech synów: Heniek, Staszek i Bogdan. Były jeszcze dwie córki: Wanda i Jadwiga, ale one wyprowadziły się i studiowały w miastach. Bardzo mi się podobało to wiejskie życie. Wiele się działo, było dużo gwaru i nigdy się nie nudziłem. Były tam psy, konie, krowy... Za sprawą jednak tych ostatnich spotkała mnie niemiła przygoda. Drogę od strony pola zamykano drutem kolczastym, aby krowy nie mogły opuścić podwórza. I pewnego razu, gdy już zmierzchało, biegnąc co sił w nogach, nadziałem się na ten drut. Rozciął mi czoło i buchnęła krew. Moja histeria i widok krwi spowodowały nie lada zamieszanie. Zostałem bohaterem dnia. O dziwo obyło się bez szpitala i szycia, ale na całe życie pozostała mi kilkucentymetrowa pionowa blizna na czole.

Janówek był związany z Syberią, ale były też z nią związane odległe o kilkadziesiąt kilometrów Kuczki. To kolejny cel naszych podróży. Mieszkał tam ojciec mamy, a mój dziadek Feliks. Nie zdawałem sobie sprawy, dlaczego tak jest, że ma inną rodziną: żonę Janinę i sześcioro dzieci. Nie zajmowało to wtedy w ogóle mojej dziecięcej głowy. Widziałem za to ogromne pozytywne emocje mamy. Czułem się tam znakomicie, bo tereny były tu jeszcze ciekawsze, ale przede wszystkim było więcej dzieci w moim wieku. Wszystko żyło, pulsowało, a dzień zawsze wydawał się zdecydowanie za krótki.

Moją edukację rozpocząłem na Pilczycach (SP 19), a ukończyłem w nowej szkole na Popowicach (SP 5). W klasie piątej szkoły podstawowej pojawiły się trzy nowe przedmioty. Pierwszym była geografia. Bardzo ją lubiłem, bo rozpalała moją wyobraźnię. Mama twierdziła później, że moje zainteresowanie to jej zasługa, ale niezupełnie tak było. Czytałem wtedy na potęgę książki Maya, Londona, czy Curwooda, czytałem o bezkresach dzikiego zachodu czy przepastnej Kanady. I chciałem nie tylko chłonąć lektury, ale też móc znaleźć miejsca, w których to wszystko się działo. Kiedyś, wracając z biblioteki w Rynku, wstąpiłem do księgarni obok, a tam znalazłem cały dział z mapami. Kupowałem je sukcesywnie i przyczepiałem pinezkami do listewek. Potem pozostawał już tylko trud wbicia gwoździa w ceglane ściany naszych dwóch pokojów i wieszania tam kolejnych map. Były dla mnie tym, czym później plakaty zespołów rockowych. Na największej ścianie dużego pokoju zawisła największa z tych map, przedstawiająca Azję. Północną jej część zajmował Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. To był moment szczególny, bo mama zainteresowała się mapą. Wpatrywała się wnikliwie, a potem pokazała palcem: "To jest Syberia". Następnie pokazała na mapie inny punkt i powiedziała: "A tu ja byłam". Drugim przedmiotem był język rosyjski. Prawdziwa udręka, bo trzeba było poznać inny alfabet. Tutaj związek z Syberią wydawał się oczywisty. Trzeci przedmiot to historia. Lubiłem ją jeszcze bardziej niż geografię. Duża w tym zasługa naszej nauczycielki, Pani Sznajdrowicz. Jej lekcje były szczególne. Potrafiła nie tylko fascynująco opowiadać o zamierzchłych czasach, ale przede wszystkich starała się nas uczniów wciągnąć w te rozważania, tak że robił się z tego cały spektakl. Naprowadzała na pewne tropy i zadawała pytania: "A jak myślicie, co taki król mógł w takiej sytuacji zrobić? Dlaczego dokonano takiego a nie innego wyboru? Dlaczego wybuchła wojna?" itd. Za każde wzięcie udziału w dyskusji dostawało się plusa (za trzy plusy otrzymywało się wtedy najwyższą ocenę - piątkę). Ja należałem w klasie do tych, którzy mieli tych plusów najwięcej. Dzięki temu nigdy nie byłem odpytywany.

Tamte szkolne czasy i Pani Sznajdrowicz nie przeszły bez echa. Kiedy wiele lat później pisałem książkę o Wołyniu czy też biografię Rasputina, starałem się, aby swoim stylem przypominały tamte lekcje historii. Owszem, miały nieść wiedzę, ale miały być przede wszystkim ciekawe i trzymać czytelnika w napięciu. Nie chciałem przeładować ich faktami czy zwyczajnie przynudzać. Gdybym miał stworzyć coś takiego, w ogóle nie zaprzątałbym sobie głowy pisaniem.

Wracając do lekcji historii, Syberii i do mojej mamy, to nie były czasy, w których można się było czegokolwiek prawdziwego w tej materii dowiedzieć, podążając nurtem oficjalnym. Informacji o tym, dlaczego ludzie tacy jak moja mama tam się znaleźli, co do tego doprowadziło i kto był temu winien, nie można było w zatwierdzonym programie nauczania znaleźć. Tę opowieść mama snuła sama, tak zresztą jak tysiące ludzi wspominających czasy Syberii czy Wołynia.

Nie każdy interesuje się historią. Nie każdy musi się nią interesować. Ale bywa też tak, że zainteresowanie to może ujawnić się na pewnym etapie życia i wtedy zaprzątnie głowę bez reszty. O jednym z takich zdarzeń mama opowiadała nieraz. I miała do siebie duży żal, że jej przebudzenie przyszło tak późno, za późno.

W 1974 roku do Janówka i później do Kuczek mama pojechała sama. Ostatniego dnia pobytu na stację, z której odchodził pociąg do Ełku, zawiózł ją furmanką dziadek Feliks. W czasie oczekiwania na pociąg pojawił się w rozmowie wątek pierwszej wojny światowej i późniejszej, z bolszewikami, w 1920 roku. Mama znała oba tematy dość pobieżnie, ale że nie specjalnie ją interesowały, to zwykle ich nie podejmowała. Z innymi członkami rodziny było raczej podobnie. Teraz jednak, nie wiadomo dlaczego, może przez większą świadomość historyczną etosu marszałka Piłsudskiego, stało się inaczej. O tym, że los zetknął jej ojca z marszałkiem, wiedziała. Ale nic poza tym, żadnych szczegółów.

- A z tym Piłsudskim to jak było? Rzeczywiście go znałeś, tak jak zna się człowieka, z którym się rozmawia, czy też podaje rękę na przywitanie? - zapytała.

- Przecież, że tak. Jak tygodniami siedzi się o głodzie i chłodzie w tych samych okopach, jak gryzą cię te same wszy, to wszyscy się znają.

- Ale przecież to był dowódca, musiał mieć w miarę wygodną ziemiankę?

- Ale ileż można siedzieć bezczynnie na kilku metrach?

- To znaczy, że Marszałek odwiedzał w okopach was, zwykłych żołnierzy?

- Tak. Dbał o swoich podkomendnych i wiedział, co jest im potrzebne. Raz na przykład mnie zluzował.

- Co? Jak?

- Przechodził obok mnie, przystanął i widząc, że padam z nóg, rzucił: "Ty Zagórski idź się prześpij .... A ja sobie postrzelam!".

Rozmowa nagle została przerwana przez ryk parowozu. Zajechał pociąg i po chwili postoju miał ruszać. Mama poczuła smutek, bo to zanurzenie w odległe wydarzenia pochłonęło ją bez reszty. A tu nagle trzeba było wszystko zostawić. Ucałowała ojca i długo mu machała z okna na pożegnanie. Obiecała sobie samej, że jak przyjedzie następnym razem, to dokończą tę rozmowę i odbędą jeszcze niejedną.

Tak się jednak nie stało. Rok później, w 1975 roku, dziadek Feliks Zagórski zmarł. I wiele tajemnic zabrał ze sobą do grobu. Bo historia, o której się nie mówi, nie istnieje.

Usłyszeć Głos Człowieka

To, że napiszę tę książkę, stało się dla mnie pewnikiem stosunkowo niedawno. Przez lata gdzieś tam w mojej świadomości tlił się zalążek tego pomysłu. Odsuwałem go od siebie, bo zawsze uważałem, że mam na to czas. Zawsze były inne tematy na książki i one angażowały mnie bardziej. Poza tym nie spieszyło mi się, bo zawsze była obok moja mama, która należała do osób niezwykle żywotnych, i wydawało mi się, że to się nie zmieni. O jej wywózce na Syberię trochę wiedziałem, ale teoretycznie wciąż mogłem poznać wiele innych szczegółów. Ale nadszedł dzień zmiany, mama wycofała się z życia i fizycznie, i mentalnie. Żyła, ale kontakt z nią był nikły. Wtedy już wiedziałem, że niczego nowego od niej nie usłyszę. To zawieszenie trwało ponad trzy lata. Mama zmarła 12 września 2023 roku śmiercią najpiękniejszą z możliwych. Po śniadaniu ucięła sobie drzemkę i w jej trakcie odeszła. Miała dziewięćdziesiąt trzy lata, do kolejnych urodzin zabrakło jej trzy miesiące. I tak jak ona niegdyś, miałem do siebie żal, że mogłem przecież więcej zrobić dla poznania jej historii.

Kiedy napisałem "Na Wołyniu skończył się świat", miałem kilkanaście spotkań autorskich, na których promowałem swoją książkę. Ten jakże bolesny w polskiej historii temat budził za każdym razem wielkie emocje. W części końcowej spotkania były zawsze pytania. I kilka razy pytano mnie o to, czy mam wołyńskie korzenie, czy "chwyciłem za pióro", bo zmusiła mnie do tego powinność. I wtedy od razu widziałem tę Syberię w mojej głowie i czułem tę powinność. To nie jest tak, że o Syberii mają prawo pisać jedynie Sybiracy i ich potomkowie, ale ten element jednak jest istotny, bo pojawiają się dodatkowe emocje. To większe zaangażowanie w temat może przynieść nową jakość i mam nadzieję, że będzie tak w tym wypadku.

Moja mama należała do Wrocławskiego Oddziału Związku Sybiraków. Ponad dwadzieścia lat była jego aktywnym członkiem. Brała udział w spotkaniach, uroczystościach, pielgrzymkach. Była między innymi w Watykanie, gdzie spotkała się z Janem Pawłem II. To była ważna część jej życia i dopóki pozwalało jej zdrowie, utrzymywała kontakty z innymi Sybirakami. Przez całą swoją emeryturę zbierała książki i biuletyny dotykające tematyki przymusowych wysiedleń. I tak powoli, krok po kroku, w jej domu zapełniały się półki regału na książki. Niezmiennie zachęcała mnie do czytania sybirackich wspomnień. A ja tak samo niezmiennie odpowiadałem: "Mamo, na pewno kiedyś to wszystko przeczytam". No i teraz nadszedł ten czas. Mam komfort pracy, jakiego nigdy wcześniej nie miałem. Pisząc książkę o Wołyniu i biografię Rasputina, mozolnie penetrowałem rynek w poszukiwaniu ciekawych pozycji. Tu natomiast wszystko dostałem i dlatego postanowiłem pracować, bazując właściwie wyłącznie na tym, co pozostawiła mi mama. Będzie to swoisty hołd dla niej, po części jej dzieło. Wiem, że byłaby dumna z tego, iż dotknąłem wreszcie tematu tak dla niej ważnego.

Pisząc o źródłach, chciałbym na wstępie skreślić kilka słów o osobie bardzo ważnej dla wrocławskiego Związku Sybiraków. Mowa o historyku i etnologu Profesorze Uniwersytetu Wrocławskiego Antonim Kuczyńskim. Głównym tematem badawczym Antoniego Kuczyńskiego była historia Syberii, historia Polaków na Syberii i zesłania w ten rejon. W 1991 powołał do życia Oficynę Wydawniczą Biblioteki Zesłańca. To dzięki jego osobistemu zaangażowaniu wydano na przestrzeni wielu lat dużo wartościowych książek, wspominających lata 1941-1946. Niektóre z nich chciałbym polecić szczególnie, były dla mnie dokumentami, z których obficie czerpałem. Należały do nich miedzy innymi: Dosyć nam Sybiru, dosyć Kazachstanu Wandy Niezgody-Górskiej, Do Anglii przez Syberię Zdzisławy Kaweckiej, czy Skazani na zagładę Jana Proroka.

To także dzięki Antoniemu Kuczyńskiemu już w 1990 roku w białostockim piśmie "Sybirak" ukazała się wspominana wcześniej "Instrukcja o deportacji". Dotarł on do niej po apelu Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego i dwumiesięcznika literacko-naukowego "Literatura Ludowa", ogłoszonego w prasie krajowej i polonijnej w 1988 roku w sprawie nadsyłania materiałów na konkurs poświęcony pobytowi Polaków na Syberii, Dalekim Wschodzie, w Kazachstanie i na innych terenach Związku Radzieckiego w latach 1939-1956. Napłynęło wtedy ponad trzysta tekstów wspomnieniowych, wiele różnych listów z zesłania, zdjęć, dokumentów obrazujących los łagierników. W grupie tych dokumentów znalazła się także przysłana przez pana Ignacego Icchaka Kotlarskiego ze Stanów Zjednoczonych,,Instrukcja o trybie przeprowadzania operacji wysiedlania antysowieckich elementów z Litwy, Łotwy i Estonii", z 1940 roku, podpisana przez Iwana Sierowa. Jak widać instrukcja dotyczyła krajów bałtyckich, ale zapewne niewiele różniła się od tej przygotowanej dla terenów byłej Polski. Znaleziona została w roku 1941 w kowieńskim gmachu NKWD, gdy w pośpiechu został on opuszczony po wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej. Obecnie oryginalny egzemplarz instrukcji znajduje się w zbiorach biblioteki uniwersyteckiej w Stillwater (Stany Zjednoczone). Jak wyglądała praktyka w stosowaniu zaleceń Sierowa, zobaczymy w rozdziale "Świt".

Wracając do źródeł, to z książek innych wydawców, które uważam za wyjątkowe w zbiorach mamy, wymieniłbym w szczególności: Białe noce i czarne dnie Romualda Wernika, Najdłuższą Drogę Wiktora Kozłowskiego i Kiedy Bóg odwrócił wzrok Wiesława Adamczyka. Ta ostatnia pozycja była wydana nie bez przyczyny przez jedno z bardziej znanych wydawnictw, a przedmowę do niej napisał Norman Davies. Wszystkie książki o Sybirze pełne są bólu i cierpienia. Tutaj także nie mogło go zabraknąć. Ale było tu znacznie więcej, niż tylko opis przebytej po bezkresach Kazachstanu drogi. Adamczyk okazał się być wyjątkowym obserwatorem obnażającym bezlitośnie, czasem z humorem, wszystko to, z czym spotkał się w sowieckiej Rosji.

Książek wspomnieniowych, dotykających sowieckich represji, ukazało się bardzo wiele. Dla swoich celów dokonałem ich podziału na pisane przez osoby aresztowane i skazane wyrokiem sądu. Nie miało tu znaczenia, czy rzeczywiście dopuściły się jakiegokolwiek przestępstwa wobec sowieckiego państwa, czy też nie zrobiły zupełnie nic. Ważne było, że zostały skazane. Skazańcy trafiali później do więzień i gułagów. Stosowany wobec nich aparat przemocy był prawnie uzasadniony. Druga grupa książek, i te mnie interesowały, pisana była przez ludzi objętych polityką przesiedleń, którzy nie byli o nic oskarżeni i na żadnym etapie nie mieli do czynienia z wymiarem sprawiedliwości. To ważne rozróżnienie, bo zdarzało się, że nawet dla Rosjan ten rodzaj represji okazał się niezrozumiały. Dla stalinowskich władz było to jednak nader istotne. "Wysiedlanie antysowieckich elementów jest zadaniem o wielkim znaczeniu politycznym" - czytamy w pierwszym zdaniu "Instrukcji o deportacji". Bez nich wprowadzenie sowieckiego porządku miało być łatwiejsze. O tym, jak chybiony był to jednak pomysł, czytamy u Margolina. Jego udzielona pośrednio riposta była błyskotliwa. Pisząc o Białorusinach, którzy znaleźli się tak jak Polacy w nowej sytuacji, przedstawiał też ich stosunku do zmian, które zaszły. Jeden z nich podsumował sytuację: "Przez dwadzieścia lat bezskutecznie próbowano zrobić z nas Polaków. Sowietom udało się to w trzy miesiące". Wszyscy widzieli, z czym mają do czynienia. I poza sługusami nowej władzy, ślepymi zdeklarowanymi komunistami i ludźmi, którzy nigdy niczego nie mieli (i nie mogli nic stracić), wszyscy należeli do "antysowieckiego elementu".

Jedna z pozycji w bibliotece mamy ma szczególną wartość. Jest to rodzinny dokument ze strony mojego ojca napisany przez siostrę jego matki Franciszkę Dobrowlańską. To licząca 119 stron kserokopia rękopisu. Rękopis ów trafił w nasze ręce za sprawą jej córki Mirosławy (Miry) Dobrowlańskiej. Franciszka urodziła się w 1906 roku na terenie Rosji, a zmarła w 1991 roku w Kanadzie, dokąd wyemigrowała po wojnie. Za sprawą tych wspomnień uświadomiłem sobie, że w historii rodziny ojca kryje się nierozwiązana zagadka. Niestety, o czym później, sprawa nigdy nie zostanie rozwiązana. Zagadka pozostanie zagadką.

Rozważając bieg zdarzeń, które miały znaczenie dla powstania książki, najważniejszym wydaje się być rok 2003. Zdarzenia te opisała Pani Helena Kozłowska, Redaktor Naczelna lokalnej gazetki "Nasz Sztabiński Dom": "Pani Rachela Pietrzyk (z domu Zagórska) w czasie wakacji zwiedziła wraz ze swoim synem (mój starszy brat Marek) Izbę Regionalną Ziemi Sztabińskiej. Oglądając stare sprzęty, przedmioty, rozbudziła w sobie serdeczną nutę wspomnień, którą zgodziła się podzielić z czytelnikami Naszego Sztabińskiego Domu. Jej wspomnienia drukować będziemy w odcinkach". I tak napisany przez moją mamę tekst ukazywał się w kolejnych czterech numerach gazetki. Pani Helena nadała całości tytuł: "Usłyszeć Głos Człowieka". To wyróżnione zdanie ze wspomnień mamy teraz, po latach, wydało mi się naturalnym pomysłem na tytuł całej książki. Pozostała jeszcze tylko sprawa podtytułu, który precyzowałby, czego pozycja ta dotyczy. Stąd też właśnie "Niechciane syberyjskie odyseje Polaków". Wyrazić mi należy wielki żal, że Pani Helena nie doczekała premiery mojej książki. Zginęła tragicznie w 2019 roku, pozostawiając w smutku lokalną społeczność sztabińską.

Mama miała dwoje rodzeństwa: starszą o trzy lata siostrę Reginę i starszego o rok brata Janka. Bardzo się ucieszyłem, kiedy w trakcie zbierania materiałów i rozmów z członkami naszej rodziny, dowiedziałem się od syna Reginy - Karola - o spisanych wspomnieniach jego mamy. Stało się to za sprawą jej córki Krystyny. Regina: "W 1995 roku zmarł mój mąż Stefan i od tego czasu mieszkam z córką Krystyną i jej rodziną. Jestem osobą bardzo schorowaną i wymagam stałej opieki innych osób. Te wspomnienia powstały na prośbę mojej córki, która chciała, by stały się one formą terapii i pozwoliły mi zająć myśli czymś innym niż roztkliwianiem się nad stanem swojego zdrowia. Pisanie to na pewno pomogło mi chociaż przez jakiś czas zapomnieć o moich dolegliwościach i wrócić myślami do tych osób i wydarzeń, które minęły i pozostały tylko w mojej pamięci". W tych wspomnieniach cioci znalazłem wiele ciekawych dla mnie fragmentów. Tak więc nie pozostaną one głęboko w zamkniętej szufladzie, warto je przywołać. A jedna z opowiedzianych przez nią historii wręcz zdumiewa. Czegoś takiego, co stało się w czasie jednej z najcięższych syberyjskich zim, nikt nigdy by nie wymyślił.

Trzecim z rodzeństwa był Janek. Różnił się od swoich sióstr, był wycofany i nieskory do wywnętrzania. Odszedł tragicznie, przedwcześnie. W jego wypadku najtrudniej było wyciągnąć cokolwiek z odległych syberyjskich wspomnień, ale była jeszcze jego żona Maria, która mogła zapamiętać coś ze skrawków ujawnianych przez niego za życia. I przede wszystkim była ich najstarsza córka Wanda, która przekazała mi to wszystko, co utrwaliło się w jej pamięci. Jej również zawdzięczam dotarcie do ciekawych wspomnień Stanisława Pasynkiewicza. To profesor pracujący na uczelni, na której robiła ona karierę naukową, także Sybirak. Wracając do Wandy, to można bez przesady stwierdzić, że jej ambicja i predyspozycje zaprowadziły ją ze wszystkich Zagórskich najdalej. Uzyskała na wydziale chemii tytuł profesora doktora habilitowanego. Jej sukcesy dotarły daleko poza nasz kraj. Moja mama była dumna z tego rodzinnego sukcesu.

Chciałbym wspomnieć jeszcze o dwóch szczególnych momentach zaistniałych w fazie zbierania przeze mnie materiałów do książki. Pierwszym było natknięcie się w jednym z numerów "Sybiraka" (wrzesień 2005) na relację z obrony pracy magisterskiej pani Ewy Horby "Przeżycie wywózki na Sybir w czasie II wojny światowej. Doświadczenia tych, którzy przeżyli, bądź nie, pobyt w krainie, gdzie nie było nadziei". Podobnie jak było u mnie, przodkowie pani Ewy byli Sybirakami, stąd narodziła się powinność upamiętnienia tamtego czasu i tamtych niezawinionych cierpień. "Od najmłodszych lat - pisała - opowieści dziadka, który wrócił z wieloletniej tułaczki, wypełniały moją wyobraźnię. Jako dziecko byłam zaznajomiona z historią przeżyć swej rodziny skazanej na tak okrutny los".

Po dwudziestu prawie latach udało mi się nawiązać kontakt z panią Ewą. Dzięki niej zyskałem dostęp do kilku interesujących informacji, które w książce wykorzystałem. Przede wszystkim jednak skierowała moją uwagę na szczególny dokument, dziennik pisany był przez szesnastoletnią Annę Niwińską. Pamiętnik jest niezwykły, pokazuje jej dziecięcą wrażliwość, ale też umiejętność trzeźwej oceny i refleksji. I na długo pozostaje w pamięci.

Przyznam, że drugi ze wspomnianych momentów był dla mnie kompletnym zaskoczeniem. W czasie pobytu na Syberii mama, jako najmłodsza z rodzeństwa, dostała możliwość przeniesienia się do polskiej ochronki (mama używała takiej nazwy) w miejscowości Bolszaja Jerba. Po śmieci mamy wydawało mi się, że ta nazwa zostanie już tylko w pamięci niewielu takich jak ja potomków Polaków, którzy tam trafili. Tymczasem już w końcowej fazie zbierania materiałów do książki, bez przekonania, postanowiłem wpisać nazwę: Bolszaja Jerba w internetową wyszukiwarkę. Ze zdumieniem trafiłem na kilka artykułów o Polskim Domu Dziecka w Bolszoj Jerbie. Na początku nie byłem pewien, czy to aby na pewno chodzi o tę "moją" Bolszoją Jerbę. Kiedy jednak ujrzałem jedno ze zdjęć (miała je też mama), już nie miałem wątpliwości. Okazało się, że teksty i zamieszczone w sieci ilustracje pochodziły z książki pod tytułem: "Polski Dom Dziecka w Bolszoj Jerbie". Siłą rzeczy tę pozycję od razu włączyłem do bibliografii. Książka została wydana przez Muzeum Sybiru w Białymstoku w roku 2020, a autorką była pani Katarzyna Śliwowska. Celem popularyzacji książka była dwujęzyczna, pisana równolegle po polsku i angielsku. Wydano ją bardzo starannie i wielka szkoda, że nie mogła już jej zobaczyć mama, która widniała tam na trzech ilustracjach (jednej z nich nie znałem). Pojawienie się tej pozycji i moje do niej dotarcie było ukoronowaniem pierwszej fazy pracy nad książką.

Kiedy już postanowiłem, że powstanie książka, wiedziałem, że będzie to przede wszystkim książka o ludziach, o ich zagmatwanych losach. Oczywiście nie byłoby jej, gdyby nie historia mojej mamy i jej rodziny zesłanej na Syberię. Ale to był zaledwie punkt wyjścia. Poznałem cała masę opowieści rodaków o pobycie na nieludzkiej ziemi, bo tak często była ona nazywana. Są one z pozoru do siebie podobne, ale też każda jest inna, filtrowana przez indywidualną wrażliwość, umiejętność obserwacji i zdolność puentowania. Najciekawsze bowiem były opisy tych osób, które dodatkowo próbowały dokonać szerszej oceny sowieckiej rzeczywistości. Zawsze powtarzam, że czarno-białe są tylko stare filmy. Rzeczywistość natomiast nigdy nie jest zerojedynkowa. Wśród ludzi sowieckich byli oczywiście zdeklarowani aparatczycy, zainfekowani tamtejszą propagandą, niezdolni do refleksji i empatii. Wśród służb NKWD czy kołchozowych władz rzadko można było spotkać choćby cień współczucia i życzliwości wobec tysięcy przesiedlanych. Inaczej było ze zwykłymi ludźmi, którzy po bliższym poznaniu przybyszy z Zachodu zmieniali swoje pierwotne wrogie nastawienie. Mam zawsze mówiła "ludzie tam byli dobrzy" i o tym w trakcie lektury książki niejednokrotnie będziemy się mogli przekonać.

Opisywana przez zesłańców rzeczywistość w skrajnych przypadkach nie była odległa od tego, czego doświadczyli ludzie w obozach koncentracyjnych, czy też w oblężonym Leningradzie. Chodzi o powszechny głód na granicy fizycznej możliwości przetrwania i skrajne wycieńczenie organizmu prowadzące w efekcie do śmierci nie tylko z powodu głodu, ale i chorób, które normalnie nie byłyby dla organizmu ludzkiego groźne. Dziesiątki tysięcy ludzi nie wróciło z piekielnego zesłania i tu znowu nie było winnych. Przecież "kto nie pracuje, ten nie je" - brzmiało bezduszne, wciąż powtarzane niczym mantra hasło, nie uwzględniające starych, chorych i dzieci. Dla takich bezbronnych przewidziane normy żywieniowe były zbyt małe. Opieka zdrowotna znajdowała się w stanie opłakanym, nawet jeśli udało się chorym dotrzeć do lekarza, to niejednokrotnie okazywało się, że na diagnozie się kończyło, bo nie było lekarstw, nie tylko tych potrzebnych, ale w ogóle żadnych.

Przy całym dramatyzmie życia Polaków na Syberii, nie tylko biernie "płynęli" oni przez sowiecką rzeczywistość. Byli bacznymi obserwatorami i notowali w pamięci obrazy, które później, przeniesione na papier, ukazywały Sowiecką Rosję w pełni barw. Był to obraz ponury, zdumiewający, pełen absurdów. I mimo że było strasznie, to bywało też śmiesznie. Będziemy się o tym mogli przekonać wielokrotnie. Poczucie humoru, które mimo przeciwności dopisywało zesłańcom, było błogosławieństwem, dawało siłę i pozwalało złapać chwile oddechu. Oznaczało, że wciąż jest się gotowym do walki o jutro. W poddaniu, w beznadziei i smutku trudno wykrzesać siły. Wszystko może być już wtedy stracone.

Moją podróż w przeszłość rozpocznę od okresu międzywojennego, z mocno wyeksponowanym wątkiem rodzinnym. W kolejnych rozdziałach skupię się na właściwej opowieści. Prowadzić będę czytelnika tak, by poznał wszelkie aspekty życia na tej niechcianej poniewierce. Postaram się jednak nie ingerować zbytnio w przytaczane opowieści, jak najwięcej będę cytował. Przemówią świadkowie, zobaczymy ich emocje, ból, smutek i rzadkie chwile radości. Zbierając materiały do książki, liczyłem na to, że dotrę do informacji, które poszerzą stereotypowy obraz zesłań. Miałem też nadzieję na odkrycie niezwykłych historii, wszak "życie pisze najlepsze scenariusze". Nie zawiodłem się i mam nadzieję, że z czytelnikami będzie podobnie.

Dziecięce wspomnienia

Wszystkie opowieści rozpoczynają się od tego samego. Opisują przedwojenne życie widziane najczęściej oczami dzieci. Świat opisywany jest przyjazny, malowany ciepłymi wspomnieniami, tym bardziej że autorzy powracają do niego po doświadczeniach przywiezionych z Syberii. Stąd często taki właśnie sielankowy obraz przeszłości, mimo że życie wcale nie było wtedy łatwe. Wówczas brakowało jednak punktów odniesienia, by można było porównać do warunków, w jakich się żyło. Ta bolesna lekcja pokazująca, co się straciło, nadeszła od strony ponurych sołdatów w zniszczonych szynelach. Wtedy już widać było różnice. Tym bardziej więc utracony świat wydawał się piękniejszy.

Aurelia Raszkiewicz tak ciepło opisała swoje rodzinne miasto. "Pińsk to najpiękniejsze miasto mojego krótkiego dzieciństwa. Miasto, w którym się urodziłam, położone w krainie łąk, lasów i wód toni, nad rzeką Piną. Codziennie tą rzeką płynęły łodzie, kutry i czółna rybackie. W rzece było pełno różnych ryb, które kupowało się prosto z łodzi. Lasy były pełne zwierzyny, jagód i grzybów. W wąską ścieżkę lub polanę wpełzała zimna mgła, otulała drzewa, krzaki, słała się wodniście po trawie, zasłaniała pobliski las i kopy siana. Łąki rano i wieczorem pokrywała rosa z opadającej mgły. Pachniało świeżo skoszoną koniczyną, trawą i sianem. Dookoła w bagnach słychać było kumkanie i rechotanie żab. Wśród bagnistych łąk i wysokich, zielonych, soczystych traw stały stare poleskie wiatraki podobne do dużych motyli. Stały i czekały na wiatr, który poruszy ich sterane pracą skrzydła. Te wiatraki to poleskie młyny, które mełły ziarno na mąkę i kaszę. Pasieki leśne i przydomowe w sadach i w ogrodach pełne były pachnącego miodu i wosku na świece. O każdej porze roku było tam pięknie. I klimat inny. Jak zima to mroźna i śnieżna, jak lato to ciepłe i słoneczne. Na targu można było kupić wszystko, czego dusza tylko zapragnęła, całe bogactwo Polesia. Przed wojną przyjeżdżał tu na targi poleskie sam Prezydent Mościcki. Ubierał się wtedy jak miejscowi. Wkładał spodnie z szarego lnu i koszulę podwiązaną krajką, na nogach miał łapcie z łyka, a na głowie duży słomkowy kapelusz. Miałam wtedy 9 lat, gdy wręczałam Prezydentowi Mościckiemu osobiście, w poleskim stroju, wiązankę poleskich kwiatów. On, zdjąwszy słomkowy kapelusz, dziękował, pochylając się nisko i głaszcząc mnie po głowie".

Zdzisława Kawecka opisywała z kolei swoje miasteczko Szarkowszczyzna. Tu też trafiliśmy na uroczystość i wizytę najwyższych władz. Przy okazji poznaliśmy bliżej tę młodziutką dziewczynkę, rezolutną i błyskotliwą obserwatorkę.

"Moje rodzinne miasteczko leżało na północno-wschodnich rubieżach Polski, wśród lasów i pól, okrążone rzeką Dzisną. Cieszyło się nowo wybudowaną w początkach lat trzydziestych linią kolejową, łączącą miasto Druja na północnej granicy polsko-łotewsko-rosyjskiej z Wilnem, naszym miastem wojewódzkim odległym o 200 kilometrów. Dla uczczenia tak ważnego osiągnięcia przyjechał z Warszawy minister, witany entuzjastycznie przez ludność miasteczka i okolicy. W przemówieniu podkreślił, jakie znaczenie ma linia kolejowa dla całego rejonu, który dotychczas nie miał żadnego innego transportu, oprócz konnego. Aby upamiętnić ten dzień, przekazał władzom gminnym pieniądze na zakup uczniom (nie mającym obuwia) bucików, aby mogły regularnie uczęszczać do szkoły. Kierownik szkoły chwycił mnie za rękę i kazał w imieniu dzieci podziękować za ten dar: Wiesz, co powiedzieć - rzekł groźnie w ucho! Pamiętam, że byłam zaskoczona i pomyślałam: Dlaczego ja mam dziękować, skoro mnie się buciki nie należały?, ale popchnięta przez ojca zrobiłam to".

Dzięki młodziutkiej Zdzisławie Kaweckiej mogliśmy wejrzeć w różnorodność kulturową i religijną Szarkowszczyzny. Opisała też osobliwe zdarzenie związane ze śmiercią przyjaciółki z klasy. "W tym spokojnym miasteczku, którego mieszkańcy należeli do kilku grup narodowościowych, żyjących ze sobą w harmonii i sąsiedzkiej zgodzie, spędziłam szesnaście lat mego życia, całe moje dzieciństwo i pierwsze lata młodości. Polacy (przeważnie katolicka inteligencja) zajmowali czołowe stanowiska w miasteczku, pracowali w szkolnictwie, państwowych biurach, policji, gminie. Prawosławni Białorusini mieszkali głównie na wsiach. Bogaci Żydzi mieszkali w dużych domach w centrum miasteczka. Wśród nich byli również adwokaci i lekarze. Biedni Żydzi mieszkali w małych domkach nad rzeką, w jednej izbie, razem z całym swoim dobytkiem, czyli kozami, gęśmi i kurami. Życie w miasteczku płynęło spokojnie bez żadnych większych wydarzeń. Przez lata społeczeństwo żyło w zgodzie i harmonii, szanując religijne poglądy swoich sąsiadów. Synagoga była tuż nad rzeką, gdzie częstokroć odprawiano religijne obrządki. Nigdy nie zapomnę przygarbionej, szlachetnej postaci pana Samuela. Latem siedział na stołku przy sklepie swego wnuka i obserwował wszystko, co działo się każdego dnia na rynku. Kto przejeżdżał i odjeżdżał, dla każdego miał dobre słowo, powitanie i pożegnanie. Dla mnie miał szczególną sympatię i według niego byłam sierotą, bo straciłam matkę. Każdego ranka witał mnie idącą do szkoły, dawał zawiniętego w papierek cukierka i mówił: Ucz się dobrze i ucz się wszystkiego, i bądź zawsze uśmiechnięta. Gdy wracałam ze szkoły, wypytywał czego się uczyłam i czy miałam przyjemny dzień, szczypiąc mój policzek. Dzień bez widoku pana Samuela nie byłby dniem zwykłym. Deszcz czy słońce, zawsze był, a zimą siedział w pokoju przy oknie i przekazywał mi te same rady przez szybę, rzucając cukierek przez lufcik. Była też duża grupa starowierców Moskali. Żyli oni swoim zupełnie odosobnionym życiem, według własnej tradycji i religii. Rzadko bywali w miasteczku i mało kto ich kiedy widział. Gdy pewnego popołudnia zjawili się na rynku, dzieci z piskiem uciekały do domów, a ich wygląd przestraszył nawet dorosłych. Mieli długie, pokołtunione włosy i takież brody; ubrani w długie, wełniane szarawary i bluzy do kolan; szerokie skórzane pasy, z nożami w pochwach i w cholewach butów. Widząc raz jednego z nich na rynku, byłam pewna, że są to zbóje z wiersza Powrót Taty Mickiewicza ("Tato nie wraca; ranki i wieczory. We łzach go czekam i trwodze. Rozlały rzeki, pełne zwierza bory. I pełno zbójców na drodze"), bo tak właśnie wyobrażałam ich sobie. Jakież było moje zdziwienie, gdy parę lat później, pewnego ranka zajechała przed dom furmanka i jeden starowierca wszedł do kuchni, żądając widzenia się z ojcem. Przez wpół otwarte drzwi słuchałam rozmowy, która toczyła się po rosyjsku, nie rozumiejąc, o co chodzi. Brodaty mężczyzna prosił ojca, aby pozwolił mi pojechać z nim do ich wioski, w której oprócz policji nikt nigdy jeszcze nie był, gdyż jego córka Mania przed śmiercią chciała się ze mną zobaczyć. Z Manią wiązała mnie szkolna przyjaźń. Myśląc, że ojciec nie zgodzi się na taką prośbę, byłam zaskoczona, gdy powiedział, że mam pojechać z tym brodatym człowiekiem do ich wioski. Pobiegłam pożegnać się z babunią, wierząc, że żywa już nie wrócę. Babunia zapewniała mnie, że nic złego mi się nie stanie. Jechaliśmy godzinę przez wertepy, laski i pola. Dojeżdżając do wioski, okolonej starymi drzewami, usłyszałam smutne śpiewy i lamenty. Pogrzebów się nie bałam, były one naturalnym zjawiskiem. Chodziłam z koleżankami na chrzciny, śluby i pogrzeby, kładąc uzbierane polne bukieciki kwiatów u stóp zmarłych, ułożonych na domowych katafalkach, otoczonych rodziną, krewnymi i sąsiadami. Teraz, jadąc do obcej wioski, bałam się, nie wiedząc, co tam może mnie spotkać. Przecież jestem córką byłego komendanta policji, którego żaden starowierca nie lubił. Gdy koń zatrzymał się, podeszła do mnie matka Mani. Biorąc mnie za rękę, pocałowała w głowę, poprowadziła do sadu. Tam pod drzewem jabłoni, obsypanym biało-różowym kwieciem, jak pod baldachimem na łóżku przykrytym białym kocem leżała Mania. Już nie żyła. Miała na sobie białą sukienkę, na głowie biały welon, a w ręku biały kwiat. Wokół stały wiadra i flakony pełne białych kwiatów. Wyglądała jak śpiąca królewna, ta z dziecinnych bajek. Podeszłam do niej i zdawało mi się, że się zaraz obudzi, aby przywitać się ze mną. Łzy płynęły po mojej twarzy i spadały na jej złożone na piersiach ręce. Biedna Mania - myślałam, była jedną z najbardziej utalentowanych uczennic w naszej klasie. Zawsze pełna życia, taka ładniutka i młoda, zmarła na zapalenie mózgu. Manię kochałam jak siostrę. Rytuał pogrzebowy był długi i męczący, a w maleńkiej cerkwi było gorąco i kobiety mdlały. Zanim pochowano Manię na cmentarzu przy cerkwi, zaczynało się ściemniać i dopiero wtedy zaczęła się stypa. Wkrótce zauważyłam, że już prawie wszyscy byli pijani, a samogonki było pełno. Zaczęła mnie ogarniać panika, jak się dostanę do domu? Nawet nie mogę iść piechotą, bo nie znam drogi! Późno wieczorem przywiózł mnie do domu młody Moskal, jedyny który nie pił, gdyż jego obowiązkiem było odwiezienie mnie. I dopiero w ramionach babuni poczułam się znowu bezpiecznie".

Moja mama i jej siostra Regina podobnie zachowały żywe wspomnienia z dzieciństwa. Natomiast jeśli chodzi o genealogię rodziny, to najwięcej wniosła kuzynka Wanda. To dzięki jej wysiłkom możemy cofać się aż do połowy XIX wieku. Wanda: "Naszą wędrówkę rozpoczniemy od rodziców Feliksa Zagórskiego. Karol Zagórski urodził się w roku 1856, a jego rodzicami byli Ludwik Zagórski i Marianna z domu Usnarska. Urodził się i mieszkał w Janówku. Rodzina miała tam kawałek ziemi, zresztą niewielki. Żoną Karola została Michalina z domu Karp, urodzona w 1852 roku. Pochodziła z którejś wsi leżącej na łąkach w dolinie Biebrzy, mogło to być Jagłowo lub Jaziewo. Jej rodzicami byli Piotr i Franciszka Karp. Nie ma daty ślubu, ale prawdopodobnie było to przed 1890 rokiem, ponieważ w 1891 roku urodziło się ich najstarsze dziecko Józefa. Józefa miała mało sprawną lewą rękę, być może w dzieciństwie zachorowała na polio. Mówiono, że urodziła się całkiem zdrowa i dopiero kiedy miała kilka lat, coś stało się z ręką. Rodzice Feliksa najprawdopodobniej mieszkali w domu, w którym potem mieszkała Józefa (zwana przez nas ciotką Józefką). Po pierwsze była zawsze sama i nie dałaby rady wybudować domu, a także całkiem sporej stodoły, która zresztą w latach sześćdziesiątych zaczęła powoli popadać w ruinę. Dom był typową chatą dziewiętnastowieczną (potem ludzie już tak nie budowali) i składał się z dwóch pomieszczeń: izby z kominem i płytą kuchenną do gotowania opalaną drewnem oraz chlewa. Pamiętam, że do lat sześćdziesiątych ciotka hodowała jeszcze jedną lub dwie świnki. Być może były drzwi łączące bezpośrednio izbę mieszkalną z chlewem, ale na pewno były drzwi do chlewa z zewnątrz. W 1893 roku urodziła się Aleksandra zwana Oleśką. Oleśka wyszła za mąż za Pawła Augustynowicza i w 1912 roku urodziła syna Józefa, a w 1914 roku Edwarda. Oleśka zmarła przy porodzie trzeciego lub czwartego dziecka, chyba w 1920 roku (z opowieści wiem, że czwartego, ale tego trzeciego nie ma zapisanego w księgach parafialnych). Ród Augustynowiczów przetrwał do dziś. Niedawno w domu mojego brata Heńka w Janówku pojawił się prawnuk Pawła, mężczyzna koło 40 lat. Jest nauczycielem. Pogrzebał w internecie i tak dotarł do Zagórskich. Oficjalna data urodzin Feliksa to 1900 rok, ale wydaje mi się, że musiało to być jakieś dwa lata wcześniej. W księgach parafialnych nic nie ma o jego narodzinach i chrzcie, ale trzeba wziąć pod uwagę, że powstawała wtedy nowa parafia w Sztabinie, być może zrobił się zamęt i część zapisów zaginęła. Musiało to nastąpić wcześniej, ponieważ jego matka w 1900 roku miała już 48 lat, a w tym wieku zajście w ciążę jest niezwykle rzadkie. Tak czy inaczej Feliks był późnym dzieckiem Michaliny. Ojciec Karol zmarł w 1910 roku, a więc Feliks jako jedyny mężczyzna musiał zająć się gospodarstwem i bardzo wcześnie musiał dorosnąć".

Regina: "Gdy ojciec miał 14 lat, zaczęła się wojna z Niemcami. On i cała rodzina załadowali wóz uciekali, bo każdy ich się bał". Rachela: "Jechali trzy i pół miesiąca, zajechali pod Moskwę, potem zawrócili spod Moskwy i pojechali za Kijów, do dość dużego miasta - Biała Cerkiew. Tam przeżyli rewolucję. Żeby było się z czegoś utrzymać, ojciec (jeszcze prawie dziecko) woził końmi na wozie towary z Kijowa do Odessy (około 300 km). Jeździły tak całe tabory furmanek, taki był wtedy transport".

Wanda: "Kiedy wybuchła I wojna światowa, ludzie w panice uciekali. Feliks zapakował wóz, wziął matkę i chyba babcię (pamiętam opowieści, że była tam babcia, ale może to była tylko matka) i przez Ukrainę dojechał aż do Krymu. Jakoś sobie radził, bo miał konia i wóz i trudnił się przewozem towarów. Podobno w miarę upływu czasu miał tych wozów i koni więcej". Rachela: "Z Odessy dotarł aż do Moskwy. Przeżył tam wybuch rewolucji. W rewolucję sowieci wszystko carskie niszczyli, cukier zlewali wodą i po tym chodzili, palili zboże ze spichlerzami i narobili takiej biedy, że czym prędzej w 1918 roku trzeba było wrócić w swoje strony. Po drodze zmarła matka ojca, musieli ją pochować po drodze, gdzieś w stepie".

Po powrocie do domu Feliksa czekała niemiła niespodzianka ze strony Józefy, która nie uciekła z nimi i została na gospodarstwie. Wanda: "Po powrocie brata nie chciała mu oddać ziemi. Na rozprawie sądowej gospodarstwo zostało podzielone na dwie części i Józefa dostała połowę. To spowodowało, że gospodarstwo, i tak małe na początku, stało się jeszcze mniejsze. Pamiętam, że po II wojnie światowej mój ojciec Jan narzekał, że jakby miał więcej ziemi, żyłoby się nam lepiej. Natomiast Józefa miała taki plan, że posiadając gospodarstwo, ma szanse wyjść za mąż i mieć swoją rodzinę. Tak nie stało się, ponieważ mężczyźni bali się charakteru Józefy i żaden nie zdecydował się jej poślubić".

Feliksowi nie dane było cieszyć się za długo pokojem. Uciekł od bolszewików, ale oni teraz mieli zamiar do nas przyjść. Regina: "Ojciec miał w ten czas 18 lat. Przyszedł rok 1920. Młode państwo było w trudnej sytuacji. Miało zaledwie dwa lata, a tu Bolszewikom zachciało się zagarnąć z powrotem Polskę. Ruszyli na Warszawę. Marszałkiem Polski był w tym czasie Józef Piłsudski. Zorganizował on szybko obronę. Ojciec miał w tedy 20 lat i ochotniczo poszedł na tę wojnę. Zaszedł z frontem aż na Ukrainę. Odegnali Bolszewików i ojciec wrócił do domu".

Wanda: "W 1923 roku ożenił się z Gabryelą, z domu Dąbrowską. Gabryela mieszkała w Fiedorowiźnie (to ta sama wieś, z której pochodzi żona Heńka - Krystyna). Urodziła się w 1894 roku, była więc starsza, ale Feliks tak naprawdę był biedny i nie mógł liczyć, że dostanie za żonę posażną pannę. Babcia Gabryela posagu nie miała i zresztą wiele razy wspominała, że wyszła za mąż dlatego, że Feliks wziął ją bez posagu. Rodzicami Gabryeli byli Piotr i Marianna, z domu Sawicka. Miała pięć sióstr. Dopiero na samym końcu urodził się chłopak (chyba Henryk). Ojciec był tak szczęśliwy, że dziewczynki musiały traktować brata jak książątko. Rodzina była biedna, dlatego na początku XX wieku ojciec Piotr wyjechał do Ameryki, żeby trochę zarobić. Znalazł pracę w kopalni, ale niestety bardzo szybko zginął".

Wanda: "Po ślubie Feliks i Gabryela nie mieli własnego domu i wynajmowali mały pokoik. Później Feliks zaczął budować budynki gospodarskie i dom z drewnianych bali. To nie było dobre miejsce, bo jest podmokłe. W kuchni w podłodze była klapa, którą można było otworzyć i wejść do małej piwniczki. Pamiętam, że wiosną, kiedy było dużo wody z topniejącego śniegu, to w tej piwniczce było pełno wody. To miejsce, gdzie mieszkała Józefa, było dużo lepsze, bo było na górce. Ale Feliks dużego wyboru nie miał. Prawie wszystkie pola były narażone na zalewanie wodą w czasie wiosennych roztopów lub większych opadów deszczu, co powodowało niskie plony. Zresztą ziemia tam jest marna, same piaski. Babcia Gabryela jednak bardzo dobrze wspominała ten okres swojego życia. Dziadek był człowiekiem pracowitym i zaradnym. Stronił od alkoholu. Powodziło im się coraz lepiej. Do 1930 roku mieli już dom, dwa budynki gospodarcze, czyli oborę dla krów i pomieszczenie dla koni, a także chlew dla świń. Mieli też stodołę, która niestety spłonęła od pioruna i trzeba było wybudować nową. Budynki te stały aż do lat osiemdziesiątych".

Moja mama przyszła na świat 18 grudnia 1929 roku, jako trzecie dziecko. Regina miała trzy lata (ur.1926) a Janek rok (ur.1928). Nie wiedzieć czemu nadano jej żydowskie imię Rachela. Panowała wtedy, przynajmniej w tym rejonie, swoista moda na to imię, bo oprócz mojej mamy ochrzczono jeszcze tym imieniem dwie dziewczynki ze wsi. Regina: "Jeśli chodzi o Żydów, to mieszkali oni w Sztabinie, były tam cztery rodziny. Dwóch kowali, jeden rolnik i jeden właściciel sklepu żydowskiego. Na ogół Polacy nie lubili Żydów. Byli wśród nich i dobrzy ludzie. Ojciec nasz przyjaźnił się z jednym z nich. Był on kowalem i wykonywał ojcu wszystkie prace kowalskie. Ojciec kupił od niego cztery hektary lasu, który mieścił się niedaleko naszego domu. Żyd ten miał piękną żonę, blondynkę, przystojnego syna i ładną córkę Sarę. Sara chodziła razem z nami do tej samej szkoły. Nazywali się po polsku Stażyńscy".

Mama zaczęła coś niecoś pamiętać, jak miałam szósty rok. Był to ważny rok. Rachela: "Pamiętam, jak mój ojciec Feliks Zagórski pojechał do Krakowa w maju 1935 roku na pogrzeb Józefa Piłsudskiego, opowiadał o uroczystym pogrzebie i że pod Krakowem o mało co nie zderzyły się dwa pociągi".

Wiele szczegółów zachowała w pamięci Regina. "Wieś nasza położona jest w lasach. Do Augustowa mieliśmy około 24 kilometry. Mieszkaliśmy niedaleko Sztabina. Mieściła się tam nasza gmina, kościół i szkoła. Od naszej wsi do szkoły było około 3,5 kilometra. W zimie, gdy spadło dużo śniegu, droga była szczególnie uciążliwa. Mieliśmy wspaniałych nauczycieli. Były to stare panny pochodzące z Warszawy. Przychodziły nieraz do naszego domu na zaproszenie ojca. Nasz dom to była taka prawdziwa wiejska chatka, parterowa ze strychem i słomianym dachem. Najpierw wchodziło się do sieni po drewnianych schodkach. W środku były drzwi do dużej izby, z wielkim piecem chlebowym. Stał tam stół i ławy, pod ścianą łóżko i w tej izbie koncentrowało się życie rodzinne i towarzyskie. W podłodze była otwierana klapa, a pod nią piwniczka, gdzie mama przechowywała mięso i przetwory z mleka. Z boku były drewniane schodki prowadzące na strych. W domku były jeszcze dwa pokoje, jeden sypialny, tak zwany alkierzyk, i drugi gościnny. W domu było dużo kwiatków. Stały w drewnianych donicach, na podłodze i w różnych pojemnikach na parapetach okiennych. Również ogródek pełen był kolorowych kwiatów kwitnących przez całe lato. Na drewnianych sztachetkach płotu suszyły się gliniane dzbanki i blaszane konwie na mleko. Podwórko było duże, okolone drewnianymi budynkami gospodarskimi. Na środku była studnia z ogromnym żurawiem i korytami do pojenia bydła. Wkoło domu rozciągały się łąki i tak zwany smużek, gdzie w lecie stała woda i taplały się tam kaczki i gęsi. Za domem rozciągały się pola, a wkoło tego wszystkiego lasy. Matka moja była prostą kobietą, zajmowała się domem i gospodarstwem, lubiła czytać, ale nie miała na to czasu, jedynie w zimowe wieczory przy lampie naftowej czytano u nas książki na głos. Mój ojciec był to człowiek bardzo oczytany i potrafił wszystko zrobić. Mówił i pisał biegle po rosyjsku i ukraińsku. Od młodych lat musiał prowadzić gospodarstwo, bo jego ojciec Karol już nie żył. Uczył się w szkole w Sztabinie. Było to jeszcze za cara i uczono po rosyjsku. Sam z natury był pełen humoru, miał duży temperament i lubił żartować, szczególnie z młodymi kobietami".

Wiele wspomnień z życia codziennego zachowała mama. Rachela: "Najgorszym udręczeniem było pasienie krów. Ojciec budził któreś z nas przed wschodem słońca, a okropnie chciało się spać. Przy okazji zbierało się grzyby, których było mnóstwo. Borowików było tyle, że ledwie można było udźwignąć. Piękne okazy. Było też dużo rydzów. Mama smażyła je w śmietanie, a my dzieci piekliśmy na blacie w kuchni po posypaniu solą. W tych czasach obowiązki były podzielone. Kobiety miały swoje zajęcia, a mężczyźni swoje. Wszystko robiło się ręcznie: koszenie kosą trawy na łąkach na siano, grabienie, zwożenie, kopanie kartofli motyczką, koszenie kosą zboża. Była to bardzo ciężka praca, trzeba było za kosą podbierać, wiązać, stawiać w dziesiątki, a w zimie cepem młócić i wiać szufelką. Polegało to na tym, że szufelką się rzucało zboże jak najdalej, ziarno spadało bliżej, a plewy leciały dalej. Następnie zboże trzeba było na przetaku przesiewać i oddzielać od plew. Z czasem mieliśmy wialnię - arfę. Te wszystkie prace ojciec wykonywał w stodole przy latarce naftowej, bo w dzień miał inne prace. W zimie tata najmował jakiegoś pomocnika i wywoził drzewo z lasu do tartaku w Augustowie. To była bardzo ciężka i niebezpieczna praca. Z Janówka jechali do Balinki, a stamtąd wieźli to drewno do tartaku w Augustowie. Wyjeżdżali bardzo wcześnie, a wracali późno - zmęczeni, konie też strasznie zmordowane. Kobiety miały dużo pracy z uprawą lnu. Najlepiej wyczesany len przędło się, a z przędzy tkało się płótno na koszule. Tkało się też ręczniki i obrusy. Kobiety cały karnawał przędły, a w poście tkały na krosnach. Każda dziewczyna, jak wychodziła za mąż, musiała umieć te wszystkie prace. Były to ciężkie czasy. Na targ do Augustowa jechało się furmanką - szosą po kocich łbach. Wozy miały żelazne obręcze na drewnianych kolach, to dopiero była jazda. Do kościoła szło się boso, dopiero na końcu ubierało się jakieś sandałki. Do szkoły w lecie też chodziło się boso, albo w obijakach. Ludzie żyli bardzo biednie, chodziło się w jednych łachmankach do zdarcia, a młodsze rodzeństwo musiało donaszać ubranka ze starszych. W lecie trzeba było zbierać kłosy na rżysku po zbiorach zboża. Ojciec nas za to nagradzał, dając 5-10 groszy. W ten sposób chciał w nas wyrobić cechy oszczędności i nauczyć, żeby Boży dar się nie zmarnował. I tak szacunek dla żywności został mi do dzisiaj".

Chociaż, jak wspominała mama, życie nie było łatwe, to wszystko biegło w utrwalonym porządku. Niestety wkrótce wszystko miało się zmienić. Regina: "Przed samą wojną, pamiętam, że było to 6 sierpnia 1939 roku, byłyśmy z mamą na wycieczce w Krakowie. Był to zjazd rodzin legionistów. Jechaliśmy specjalnym pociągiem przez Grodno i Góry Świętokrzyskie. Byliśmy w Krakowie kilka dni. Z naszej szkoły byli też nauczyciele. Mam jeszcze stamtąd zdjęcie. Zwiedzaliśmy Kraków, byłam na Wawelu i przy grobie marszałka Józefa Piłsudskiego. Jednak głównym celem naszej wycieczki było oglądanie defilady. Widziałam trybunę, a na niej naszego ówczesnego marszałka Rydza-Śmigłego. Odbierał defiladę, a na dole ulicą maszerowało bardzo dużo wojska. Szli równiutko, piękni, wspaniali żołnierze. Już wówczas mówiło się dużo o wojnie, o tym, że Hitler nie odważy się napaść, że będzie się bał. Mamy przecież tyle wspaniałego wojska, które obroni kraj przed hitlerowcami".

Stało się inaczej. Polska nie mogła się obronić. Przewaga Niemców w uzbrojeniu była zbyt wielka. W połowie września sytuacja stała się już bardzo zła. I wtedy ze wschodu nastąpił kolejny cios. Realizując pakt Ribbentrop- Mołotow, o świcie 17 września jednostki Armii Czerwonej przekroczyły granicę. Dowódcą jednej ze strażnic Korpusu Ochrony Pogranicza "Kopciowo" był sierż. Marek Pietrzyk. Widząc bezsensowność nierównej walki, wydał swoim dziesięciu żołnierzom rozkaz wycofania się. Zginął od sowieckich bagnetów, osłaniając do wyczerpania amunicji ich odwrót. Szczegóły tamtych wydarzeń owiane były tajemnicą. Za sprawą jednak Henryka Sobolewskiego i jego książki "Z ziemi wileńskiej przez świat gułagu" pojawiły się informacje wręcz sensacyjne. Według Sobolewskiego sierż. Marek Pietrzyk bronił budynku strażnicy ogniem rkm. Miał zabić... 26 żołnierzy wroga (sic). Po wyczerpaniu amunicji rzucił się z szablą na Sowietów i zginął zakuty bagnetami. Informacja ta pojawiła się również w książce Kresy we krwi Wiktora Krzysztofa Cygana. Była ona jednak przez niego kwestionowana jako mało wiarygodna. Jeśli sierż. Pietrzyk został sam, to nie było polskich świadków, ale przecież wieści się roznoszą i jacyś Polacy z okolicy musieliby z czasem poznać prawdę. Jeśli chodzi o Rosjan, to byliby oni najmniej zainteresowani podaniem informacji o znacznej liczbie ofiar i to poległych z ręki jednego polskiego żołnierza. Jeśliby jednak to wszystko było prawdą i dotyczyło na przykład amerykańskiego żołnierza, to byłby okrzyknięty narodowym bohaterem. Pozostałby na zawsze w pamięci i z pewnością wzbudził zainteresowanie Hollywood.

Ponad dziesięć lat po tych zdarzeniach Rachela po zdaniu matury i ukończeniu liceum gastronomicznego rozpoczęła pracę w jednym z barów w Białymstoku. Wdowa po Marku Pietrzyku, Helena, była tam kelnerką. Pewnego razu odwiedził ją syn Alfred. Pobrali się, a w 1958 roku urodził im się syn, który dostał imię po dziadku od strony ojca: Marek. Po przeprowadzce do Wrocławia w 1964 roku przyszedłem na świat ja.

Czuj! Stary pies szczeka

Mimo że sowiecka okupacja trwała jedynie 21 miesięcy (do 22 czerwca 1941 roku), zapisała się wyjątkowo ponuro w kartach historii narodu polskiego. Masowo dokonywano grabieży majątku narodowego i dóbr prywatnych. W głąb Rosji wywożono sprzęt produkcyjny i dokumentację z zakładów przemysłowych. Dotyczyło to także sprzętu rolniczego, środków komunikacji kolejowej, samochodów ciężarowych i prywatnych. Obrabowano polskie muzea, biblioteki oraz archiwa i prywatne zbiory dzieł sztuki. Przestały istnieć instytucje dobroczynne, kulturalne i naukowe. Zablokowanie wszystkich kont bankowych i kas oszczędnościowych spowodowało gwałtowny spadek stopy życiowej. Z dnia na dzień załamały się produkcja i handel. Brakowało podstawowych artykułów żywnościowych. Pojawiły się ogromne kłopoty ze zdobyciem opału na zimę. Ogromne kolejki stały się powszechnym elementem socjalistycznej rzeczywistości. Liczne aresztowania mężczyzn, często jedynych żywicieli rodzin, stawiał je w tragicznej sytuacji materialnej. Wiele osób traciło pracę, ponieważ na ich miejsce przybywała ludność napływowa z głębi Związku Radzieckiego. Była ona dużo pewniejsza zarówno ideologicznie, jak i politycznie, natomiast miejscowe grupy inteligenckie stanowiły dla nowej władzy mniej lub bardziej realne zagrożenie, czego skutkiem było ograniczanie możliwości podejmowania przez nie pracy.

W styczniu 1940 roku ceny na produkty, które można było dostać tylko na czarnym rynku, osiągnęły kolosalny pułap. Przy przeciętnych zarobkach 150-200 rubli, kilogram masła dochodził do 50 rubli, mięsa do 100 rubli. Wszystko było nieosiągalne. Ceny zmuszały wiele rodzin do wyprzedawania całego zgromadzonego przez lata majątku. Gospodarstwa rolników indywidualnych obłożone były ogromnymi podatkami, które odbierały prawie cały wypracowany dochód.

Na terenie Zachodniej Białorusi (tak nazywano byłe tereny Polski) powołano tymczasowe zarządy. ZSRR starał się sprawiać wrażenie legalności i demokracji. 22 października rozpoczęły się wybory do Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Białorusi. Jak pisano, wszyscy głosujący byli pełni entuzjazmu. W wyborach wzięło udział 96,7% (sic!) uprawnionych do głosowania. Wybrano 927 delegatów, którzy dnia 30 października przyjęli deklarację o włączeniu Zachodniej Białorusi do ZSRR. 2 listopada Rada Najwyższa ZSRR prośbę tę przyjęła. Po formalnym włączeniu zajętych ziem do ZSRR, władze sowieckie przystąpiły do wprowadzania nowego podziału administracyjnego. Burzono pomniki i zmieniano nazwy ulic. Przestawiono na radziecki system szkolnictwa. Nauczaniem mieli się zajmować sprowadzani z głębi kraju nauczyciele. Wprowadzono język rosyjski i białoruski (polski zachowano), usunięto natomiast historię Polski. Regina: "No i zaczęła się nasza edukacja w bolszewickiej szkole. Szybko przekształcili i zaczęli wprowadzać swoje porządki. Do szkoły przyjechały dwie rosyjskie nauczycielki. Zaczęliśmy rozmawiać wyłącznie po rosyjsku. Nauczycielki były młode, po skończonej dziesięciolatce, która równała się naszej maturze. Pamiętam je dobrze. Były dosyć ładne, ale źle ubrane. Miały mało rzeczy do noszenia jak na młode kobiety. Dopiero w Polsce zaczęły się lepiej ubierać, kupując różne fatałaszki w sklepikach żydowskich, które zaczęły znów odżywać".

Z nastaniem nowej władzy obchodzić zaczęto nowe święta. Zenon Puchalski: "Ściągnięto przymusowo miejscowych rolników, ludzi, aby uczestniczyli w obchodach Rewolucji Październikowej. Na trybunie zajęli miejsca Rosjanie i niektórzy mieszkańcy okolicznych wsi. Głównym organizatorem w naszym regionie był predsiedatiel - mieszkaniec wsi Kamionka - Wiktor Kurylowic. Ów pan, w trakcie przemówienia z trybuny, wyjął z kieszeni przygotowaną wcześniej bułeczkę, wzniósł ją do góry, dziękując gorliwie władzy rosyjskiej za wyzwolenie od ucisku i głodu i za to, że przyniosła sprawiedliwość, wolność i dobrobyt, podkreślając jednocześnie, że takiej bułeczki nie mógł zjeść przez 20 lat, a teraz, dzięki Armii Radzieckiej. może to zrobić. Rządy tego pana skończyły się z chwilą ucieczki Armii Czerwonej. Opuścił on Polskę razem z nią i uciekł do ZSRR. Tam, zaraz po przybyciu, otrzymał zapłatę w postaci 10 lat więzienia (łagrów). Jego siostrę i braci prawdopodobnie rozstrzelali Niemcy".

Regina: "Przyszedł dzień 7 listopada. Było to dla nas wielkie i bolesne przeżycie. Jest to rocznica Wielkiej Rewolucji Październikowej. Wszyscy w tym dniu musieli być w szkole. Bolszewicy urządzili pochód, w którym wzięła udział nasza szkoła, oraz wszyscy urzędnicy z gminy i Żydzi. Pochód wyruszył z placyku w kierunku naszej szkoły. Jako pierwsi szli uczniowie, za nimi nauczycielki. Jedna z uczennic, Żydówka Sara, drzewce sztandaru oparła na ramieniu, a czerwień płótna falowała na wietrze aż do ziemi. Szła dostojnie, z godnością prezentując władzę sowiecką. Dwie rosyjskie nauczycielki szły po bokach sztandaru. Włożyły na nogi czarne lakierki na bardzo wysokich obcasach. Włożyły je pierwszy raz w życiu, więc wykręcały sobie kostki, potykając się na kocich łbach. Każdy z nas szlochał i rękoma ocierał łzy. Nasze polskie nauczycielki szły obok nas, niosąc skamieniałe z bólu twarze. Rosyjskie nauczycielki zgorszone naszym zachowaniem patrzyły na nas z boku i pytały, dlaczego tak się zachowujemy. A my pamiętaliśmy nasze święto 11 listopada, które obchodziła Polska z okazji odzyskania niepodległości. Wreszcie płaczący pochód zakończył się w szkole. Były tam przemówienia i uroczyste odśpiewanie hymnu Kraju Rad".

Jedną z najważniejszych instytucji nowego systemu była powiatowa organizacja NKWD i wyodrębniona jako oddzielny resort służba bezpieczeństwa - NKGB (Ludowy Komisariat Bezpieczeństwa Państwowego). Nowe służby ostro zabrały się do pracy. Strach przed narastającym terrorem był powszechny. Na porządku dziennym były aresztowania. Nie miały one żadnych podstaw, żadnego uzasadnienia. Wystarczyło bycie szanowanym, zasłużonym obywatelem, wyższym urzędnikiem, oficerem, czy też weteranem wojny 1920 roku. Była to sytuacja zupełnie bez precedensu, bo nawet faszystowskie Niemcy się tak daleko nie posuwały. Wprowadzenie podobnych praktyk w podbitych państwach byłoby nie do pomyślenia. Jeśli kogoś aresztowano, to za czyny, których dokonał, a nie za potencjalny opór czy krytyczne nastawienie.

W nowych warunkach aparat przemocy nie mógłby funkcjonować bez pomocy z wewnątrz. Bez niej aparat NKWD nie byłby w stanie szybko rozeznać sytuacji i wytypować ludzi do aresztowania oraz późniejszych wywózek. Przypisywaniem etykietek "wrogów ludu" zajmowały się często osoby wyłącznie z pobudek osobistych. "Doradcami" były tu: niechęć, zawiść, wyrównanie rachunków czy też chęć wzbogacenia się. Mama całe życie opowiadała o Żydówce ze Sztabina, która w zamian za nieumieszczenie na liście domagała się dla siebie profitów. Z początku została przez Zagórskich zignorowana, a później i tak byłoby już po czasie.

Maria Niwińska: "Ludność polska w większości przyjęła wkroczenie wojsk ZSRR, mimo perfidnych, oszukańczych deklaracji, jako akt agresji i zdrady. Byli jednak tacy, którzy cieszyli się z tego faktu i żywili nadzieję na polepszenie swej sytuacji. Skrajni socjaliści, komuniści, a także znaczna część ludności żydowskiej triumfowała, a swą radość manifestowała poprzez wywieszanie czerwonych flag". Zdzisława Kawecka. "Stałam w ogródku frontowym, patrzyłam na puste klomby, na których jeszcze tak niedawno rosły kwiaty, śliczne astry i gladiole. Zostały one wyrwane z korzeniami przez ludzi, którzy wdarli się do naszego ogródka, a potem rzucali je na sowieckie czołgi i ciężarówki! Nie wierzyłam własnym oczom, co się stało z ludźmi. A potem widziałam innych, którzy z czerwonymi opaskami na rękawach uzurpowali sobie władzę w miasteczku, przynosząc codziennie nowe rozkazy Sowietu, który ulokował się na posterunku". Sytuacja przypominała rewolucję październikową. Po zlikwidowaniu władzy jej miejsce zajęły persony, które kiedyś nie mogły być na posterunku, albo co najwyżej jako osadzone. Wanda: "Potem nastała okupacja. Przejęto dokumenty w gminach i bardzo szybko ustanowiono nowe władze, do których wzięto też Polaków. Byli to alkoholicy, ludzie nie dbający o gospodarstwo i dlatego biedni. Przykro to wspominać, ale takim człowiekiem był najbliższy sąsiad Anton S. W tej rodzinie od początku jej istnienia po dzień dzisiejszy jest przemoc i alkohol. Zresztą z tych "dobrych" wzorców korzystała potem komunistyczna powojenna władza, dając stanowiska degeneratom (przykład: sekretarzem partii został dalszy sąsiad Dobrowolski, który zapił się w końcu na śmierć). Sowieci szybko zaczęli wyłapywać inteligencję, nauczycieli i innych wykształconych ludzi. Usuwali ich poprzez rozstrzelanie, zwłaszcza młodszych mężczyzn, a potem zaczęli wywozić całe rodziny za Ural. W Augustowie utworzono jakiś fikcyjny sąd, którego zadaniem było wydawanie wyroków śmierci. Kiedy w czerwcu 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-sowiecka, w więzieniu w Augustowie byli ludzie czekający na wyrok. Był tam też młody człowiek, który ocalał, bo sowieci nie zdążyli go rozstrzelać. Chłopak, zanim uciekł, zabrał z biurka dokumenty i były to wyroki śmierci podpisane między innymi przez naszego sąsiada Antoniego S. Ludzie dowiedzieli się o tym i chcieli go zlinczować. Uratował go dziadek Feliks. (O tym, jak doszło do tego, że nie wywieziono go wraz z rodziną, wrócimy w następnym rozdziale). Przemówił ludziom do rozsądku. Jako argumentu użył, że Antonii S. ma gromadę małych dzieci i nie będzie komu ich wychować".

Od samego początku prowadzenia akcji aresztowań Feliks Zagórski wiedział, że będzie na celowniku. Był piłsudczykiem, który kiedyś pogonił czerwonych. Rachela: "Otrzymał za to kawałek ziemi, piękny kolorowy dyplom podpisany przez Marszałka i został odznaczony Medalem Niepodległości. Tych pamiątek ciężko zapracowanych ojciec bardzo strzegł. Dyplom schował w litrową butelkę i zakopał w ziemi w 1939 roku". Był w gminie radnym i posiadał pozwolenie na broń. Był prawdziwym polskim patriotą. Wanda: "W domu Zagórskich był zwyczaj czytania książek na głos, tak aby reszta domowników mogła z tego korzystać. Potem kontynuował to Jan i dzięki temu bardzo wcześnie poznałam wszystkie klasyczne powieści Sienkiewicza, Kraszewskiego itd. Gabryela skończyła zaledwie dwie klasy szkoły podstawowej, a właściwie dwie zimy chodziła do szkoły, bo jak robiło się cieplej, musiała pracować w polu. Umiała czytać i kiedy już wróciła z Syberii, codziennie czytała wszystko, co wpadło jej w ręce, a najchętniej powieści. Ulubioną jej książką był gruby przedwojenny podręcznik historii Polski, wydrukowany na kredowym papierze, z pięknymi zdjęciami sarkofagów królewskich na Wawelu. Był tam poczet królów polskich namalowany przez Matejkę. Wszystko, co przeczytała, opowiadała nam, dzieciom. Te opowieści o królach, o dawnej potędze Polski były fascynujące, niechcący zapadały w pamięć. Dla Gabryeli były odskocznią od ciężkiego życia, a dla nas nauką historii. To dzięki opowieściom Babci potrafię wymienić wszystkich polskich królów. W tym miejscu chciałabym podkreślić ogromny patriotyzm żyjących wtedy ludzi. Dla nich było ważne, że mieli swoje polskie symbole, godło i flagę, swój rząd i państwo".

Tak więc jedynym sposobem Feliksa na ocalenie życia było ukrywanie się. Przez zieloną granicę uciekł do Prus. Tam schronił się u swojej dalszej rodziny. Kilka razy pod osłoną nocy odwiedzał Janówek, ale musiał wtedy bardzo uważać. To był dla Gabryeli bardzo trudny okres, z małymi dziećmi została na gospodarce sama.

Ci wszyscy, którzy kultywowali polskość i żyli otoczeni jej symbolami, byli dla sowietów największym zagrożeniem. Oni nigdy nie pogodziliby się z nową sytuacją. I dlatego musieli fizycznie zniknąć, tak jak stało się to z Janem Adamczykiem (zamordowany w ramach zbrodni katyńskiej). Jego syn Wiesław na zawsze zapamiętał lekcje patriotyzmu. "Najciekawszym pokojem był w domu gabinet ojca. Jego ściany pokryte od podłogi do sufitu dębową boazerią stwarzały mroczną i tajemniczą atmosferę. W powietrzu unosił się zapach cygar. Stary parkiet i dywanik były wyraźnie przetarte pod wielkim dębowym biurkiem o blacie wyłożonym zieloną skórą, ozdobioną wytłoczonym złotym szlaczkiem. Z jednej strony biurka piętrzyła się sterta map i wykresów, a z drugiej - stosy papierów, które zdawały się nigdy nie maleć. Brązowa podkładka o skórzanych rogach, poplamiona atramentem, zakrywała tę część blatu, przy której ojciec pracował. Nad biurkiem znajdował się duży portret pierwszego marszałka Polski, Józefa Piłsudskiego, pod którego dowództwem ojciec służył podczas obrony Polski w wojnie 1920 roku. Z obu jego stron wisiały portrety dwóch słynnych polskich generałów, którzy wsławili się w walce o niepodległość Ameryki, Kazimierza Pułaskiego i Tadeusza Kościuszki, a obok obrazy przedstawiające ich bitwy oraz - nieco dalej - portrety największych polskich królów. Naprzeciw biurka znajdował się okazały kamienny kominek ze stosami drewna ułożonego po obu stronach. Nad nim dumnie prezentowały się ojca strzelby, pistolety oraz lśniąca oficerska szabla, a jeszcze wyżej, w szklanej gablotce, jego czapka, dystynkcje i odznaczenia. Pozostałe wolne miejsca wypełniały barwne przedstawienia historycznych bitew. Ojciec opowiadał mi niekiedy o dzikich hordach Mongołów, które dawno temu nieustraszenie prowadzone przez Dżyngis-chana sunęły od wschodu i podbijając rozległe terytoria, tworzyły imperium większe niż imperia Rzymian, Greków czy nawet Persów. Słuchałem też o tym, jak wiele lat później wywodzący się od Mongołów Tatarzy atakowali Europę od wschodu, zapuszczając się tak daleko na zachód, że kiedyś nawet dotarli do Krakowa. Napadali na wsie, w których mężczyzn mordowali bezlitośnie, a kobiety i dzieci brali w jasyr i ze zrabowanym łupem powracali do Azji. Słuchając tych opowieści, nie mogłem opędzić się od myśli, czy najeźdźcy ze wschodu aby znowu na nas nie najadą. Ale ojciec zawsze zapewniał mnie, że nie ma się czego bać". Jednak się mylił, co do tych najeźdźców ze wschodu.

Wielu od razu wiedziało, z czym mamy do czynienia. Byli jednak też tacy, którzy mieli nadzieję, że zmiany będą pozytywne. Taką historię opowiedziała Aurelia Raszkiewicz. "1 września rozpoczęła się wojna: naloty, uczucie zagrożenia, strach. Tatuś i dziadek bardzo to przeżywali. Pamiętam ich burzliwe dyskusje. Dziadek był robotnikiem, więc inne miał poglądy niż tatuś, który był urzędnikiem, z zawodu inżynierem. Dziadek wiele już zdążył przeżyć. Brał udział w wojnie japońskiej, służył w carskim wojsku. Był w Ameryce, szukał tam pracy i chleba, znał biedę i nędzę, bo był sierotą od dziecka. Tęsknił za Polską i wrócił do ojczyzny kilka lat przed wojną. Był człowiekiem bardzo spokojnym, pracowitym, ale biednym. Kochał rodzinę, dzieci i przyrodę. Nie należał do żadnych organizacji. Marzył o sprawiedliwości społecznej, o dobrej pracy i o prawdziwej demokracji, która by zapewniła wszystkim ludziom pracę, chleb i spokój na całym świecie. Myślał więc, że przyjaciele ze Wschodu, o których tyle w świecie słyszał, zmienią i uszczęśliwią swoim ustrojem wszystkie biedne narody świata, także Polskę. Tatuś był innego zdania i przekonywał dziadka, że się myli, że różnie to jeszcze może być. Najbliższy czas miał pokazać właściwe oblicze Sowietów. Tatuś miał rację. Stało się to najgorsze. 17 września 1939 roku przyszli przyjaciele ze Wschodu i zajęli nasze miasto. Piękny sen mojego dziadka o prawdziwej demokracji zamienił się w piekło. Tego nikt nie przewidział: ani tatuś, ani dziadek. Kościoły i cerkwie zamieniono w spichrze i zaczęły się dziać rzeczy jeszcze okropniejsze. Wymierzanie kar dla wszystkich: bogaczy ziemskich, sołtysów, gajowych, leśniczych i tych wszystkich, do kogo ktoś czuł jakiś żal lub nienawiść. Czy to miał być już koniec świata? Chłopi rozprawiali się sami z wieloma Polakami, nie było sądu, ludzie ginęli w bestialski sposób. Był to okres bezprawia, nikt za to nie był karany. Zaniepokojeni ludzie uciekali przez zieloną granicę do innych państw. Pamiętam, jak przychodzili do nas się żegnać i namawiali tatusia do ucieczki. Mój tatuś nie bał się nikogo, mówił, że nic złego nikomu nie zrobił. Nie uciekł, pracował, dbał o dom i rodzinę. Niedługo jednak cieszył się wolnością. Nie pamiętam, jaki to był dzień, pamiętam tylko, że wrócił z pracy do domu i usiadł do obiadu. Dom nasz miał dwa wejścia: od kuchni i od werandy. Byłam na dworze, kiedy zajechał czarny samochód i do domu weszło kilku enkawudzistów w cywilu. Podstępnie, tylnym wejściem, uprowadzili tatusia, prosząc mamę o przyniesienie im wody do picia. Kiedy mama przyniosła wodę, tatusia przy stole już nie było. Stałam z mamą przed naszym domem, widziałam w samochodzie tatusia, jak patrzył w naszym kierunku i nie zapomnę tego nigdy. Już nigdy więcej nie zobaczyłam swojego ojca. Ślad po nim zaginął, żadnego listu ani wiadomości nikt nam nie przekazał. Bardzo kochałam oboje rodziców, ale ojca więcej, nie wiem dlaczego. Pamiętam go dobrze. Był wysokim, przystojnym brunetem, szczupłej budowy. Miał wysokie czoło, czarne, łagodne oczy w ciemnej oprawie i ciemne włosy, zawsze ładnie uczesane. Zawsze przy goleniu śpiewał, miał piękny głos - tenor. Śpiewali razem z mamą (bo mama miała piękny sopran) w chórze kościelnym, a kiedy były uroczystości rodzinne, a w święta przychodzili goście, dom nasz rozbrzmiewał śpiewem solowym i chóralnym. Od dziecka lubiłam śpiewanie i śpiewających. Siadałam w kąciku na swoim dziecinnym krzesełku i słuchałam z zachwytem ich śpiewu. A jakie ciekawe bajki opowiadał nam ojciec. Ojciec ubierał się zawsze bardzo dokładnie i akuratnie. Często wyjeżdżał, wtedy czekałam z niecierpliwością na jego powrót. A kiedy wracał późnym wieczorem, pukał bardzo delikatnie do okna, żeby nie obudzić dzieci. Nie spałam, znałam jego delikatne stukanie i wtedy biegłam go przywitać. Co on złego im zrobił i jego żona - mówił do mnie dziadek. - Jacy to przyjaciele, którzy co innego mówią, a co innego robią. Dziadkowi nie mieścił się w głowie fakt, że człowiek niewinny może być pozbawiony wolności. Ktoś usłużny doniósł do NKWD o narzekaniach dziadka. Pewnego dnia przyjechali do nas, do baraku, enkawudziści, zrobili rewizję, niby szukali broni, a przy okazji zabrali biżuterię. Były to nasze dwa złote medaliki, dwa krzyżyki z łańcuszkami, od chrztu świętego, darowane przez rodziców chrzestnych oraz dwie obrączki rodziców, dwie dziadków i kilka pierścionków. Zabrali go: Dawaj, paszli i pchnąwszy go do drzwi, wyszli za nim. Babcia zemdlała, oblewałam bladą i zimną jej twarz wodą, a kiedy odzyskała przytomność, dziadka już nie było. Długo opłakiwaliśmy dziadka, ale wszelki ślad po nim zaginął". Tak skończył się jego sen o "przyjaciołach ze Wschodu".

Wiele o "przyjaciołach ze Wschodu" mówiła również historia Przemysława Bystrzyckiego. Jego ojciec Tadeusz był właścicielem znanej w Przemyślu księgarni. Po zajęciu miasta przez Niemców czasami odwiedzali ją oficerowie Wehrmachtu. Interesowały ich zwłaszcza sztabowe mapy, ale oglądali też na przykład podręczniki szkolne. Chwalili robotę edytorską, podziwiali jakość papieru i ilustracje. Podczas jednej z takich wizyt zakomunikowali, że wojska rosyjskie dojdą do Sanu, a wtedy zachodnia część miasta miała im przypaść. Przemysław Bystrzycki: "Nie pamiętam już dziś, jakimi drogami jakiś major czy pułkownik, Austriak, dowiedział się, że moja matka jest z domu Stankiewiczówna, herbu Trzy Mogiły. Drobna to szlachta ci Stankiewicze, polskie osadnictwo na Litwie z XIV-XV wieku, z okresowym gniazdem Pikwiliszki na Żmudzi; drobna, ale rycerska, o czym mówią labry nad tarczą herbową; jednego są pochodzenia, używając języka herbarzy, m.in. z Billewiczami. Po roku 1864 wielu Stankiewiczów, zagrożonych wskutek udziału w powstaniu styczniowym, wyjechało z rosyjskiego zaboru do Austrii. Niektórzy ulegli zaustriaczeniu. I taki austriacki Stankewitz pojawił się w książnicy, przedstawił mojej matce, wywiódł swój rodowód, porozmawiali. Zapowiedział ponowną wizytę. Za drugim razem wystąpił z propozycją przewiezienia całej naszej rodziny z domowymi przyległościami na drugą stronę Sanu. Do Niemców. Obiecał wojskowy samochód, żołnierzy do pomocy. Matka posłała po ojca.

- Jesteśmy Europejczykami - przekonywał być może wojskowy. - Wierzymy w jednego Boga, Nikt nie wie, co przyniesie ze sobą Azja. Czerwoni będą tu za kilka dni. Pojutrze zajmą Lwów.

Ojciec, być może, odparł, że służył w austriackim wojsku, był oficerem; studiował w Wiedniu; może też dodał, że propozycję rozmówcy wypływającą z dobrych intencji w pełni docenia i za nią dziękuje; związki rodowe to rzecz warta pielęgnacji. Tak mógł mówić, nie musiał. Za to na pewno powiedział:

- Jako Polak wolę już zostać ze Słowianami".

Tadeusz Bystrzycki przypuszczał, że na podjęciu decyzji pozostania zaważyć mogły dwie kwestie. Pierwszą była masowa zbrodnia na Żydach, która od razu położyła się cieniem na Niemcach. Drugą był fakt jego pracy w zarządzie miasta. Poczucie obowiązku nie pozwalało mu na podjęcie decyzji o ucieczce. Jak pokazać miała przyszłość, wybór Słowian ze wschodu nie był jednak dobrym pomysłem.

Wśród wywiezionych na Syberię byli tacy, którzy od początku zdawali sobie sprawę, że może spotkać ich ten los. Dla wielu jednak było to zaskoczenie wynikające z prostego logicznego rozumowania: po co Rosjanie mieliby to robić? Nie było według nich dla takiego działania żadnego uzasadnienia. Anna Niwińska była jedną z nich. W swoim dzienniku pod datą 12 kwietnia 1940 roku pisała: "Słotny i pochmurny dzień wiosenny. Ospale i monotonnie zaczyna budzić się do życia. Nie przyniosła ta wiosna 1940 roku dawnej radości. Ulice miasta opustoszały. Wszystko mówi, że dawne szczęście prysło jak bańka mydlana i czy wrócą te chwile dawnego szczęścia? To pytanie męczące wszystkich prawdziwych Polaków. Wieczorem w towarzystwie Irki Romanowicz poszłam do gimnazjum, gdzie uczy wujenka. Tam dowiedziałam się, że w nocy będą wywozić Polaków. Wiadomość ta dziwnie mnie uderzyła. Przeszła mnie myśl, że może w liczbie tych nieszczęśników jestem i ja z rodziną. Zwierzyłam się ze swych obaw Irce. Ta jednak uspokoiła mnie, pocieszając, że los tak srogi mnie nie spotka. Bo i faktycznie, za co mają nas wywozić. Rojąc plany na jutro, położyłam się spać".

Zdzisławie Kaweckiej nie dane było spokojne spędzenie nocy. Zdarzyły się wtedy rzeczy dziwne, niezrozumiałe. Po aresztowaniu ojca przeniosła się do rodziny swojej macochy w Bohach. "Pewnego popołudnia przybiegł duży pies, nikt nie wiedział, skąd się wziął i do kogo należał. Nikt się tym nie martwił, było dużo innych, poważniejszych problemów. Pies poczuł do mnie sympatię, więc pozwolono mi go zatrzymać. Pamiętam powieści Jacka Londona o Szarej Wilczycy, dałam mu na imię Kazan. Odziedziczył budę po starym psie, wieczorami był na łańcuchu, a dniami chodził ze mną na spacery". Wspólnie spędzonych kilka miesięcy było dla obojga wyjątkowe. Czas wspólnych zabaw nad rzeką nagle się jednak skończył.

"Przed nocą postanowiłam jeszcze zobaczyć Kazana. Był dziwnie podekscytowany, szarpał się, chciał urwać się z łańcucha, skakał na mnie, kładąc swoje ogromne łapy na ramionach, lizał mnie po twarzy - a kiedy chciałam odejść, stawał przede mną, nie pozwalając mi iść i cały czas skowyczał. Obejmowałam jego głowę, mówiłam, że jutro, jutro znowu pójdziemy na dłuższą wycieczkę, że coraz częściej będziemy razem maszerować po drogach i łąkach, przecież zbliżała się wiosna. Nic nie pomogło. Lizał mnie coraz bardziej po twarzy, po rękach i trzymał mocno łapami za ramiona. Gdy wreszcie wyrwałam się z jego uścisków, zaczął szczekać i wyć jak nigdy przedtem. Rozgniewana macocha kazała mi psa uspokoić, bo to twoja wina, boś chciała go zatrzymać - krzyczała (nie byłam specjalnie przez nią lubiana). Kilka razy wychodziłam do Kazana, nawet znalazłam mu dużą kość, której nie powąchał, i nadal skowyczał. Po powrocie do pokoju macocha powiedział mi, że jutro psa wyrzuci. Poszłam do salonu z ciężkim sercem. Kiedy nastała noc, wszyscy spali, za wyjątkiem Kazana i mnie. Żal mi było psa, nie mogłam zrozumieć jego zachowania, gdyż nigdy przedtem tego nie robił". Kiedy następnego dnia nastał świt, wszystko stało się jasne.

W XVII wieku Wacław Potocki w wierszu "Czuj! Stary pies szczeka" podmiotem lirycznym uczynił psa, który próbował swoim szczekaniem ostrzec gospodarza przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Gospodarz jednak zlekceważył szczekanie psa, a tym samym naraził się na niebezpieczeństwo. Dziewczynka od razu powiązała nici. Po latach dowiedziała się, że "Kazan zerwał się z łańcucha tego dnia i nikt go już nie widział".

Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś, gdzieś, ich drogi się znów przecięły...