Niepamięć
Hałasy od dłuższego czasu nie pozwalały mi spać. Byłam wściekła, bo wcale nie miałam ochoty wstawać. Zamierzałam wciąż słodko drzemać i śnić, śnić, śnić. Ktoś jednak nie dawał za wygraną i nachalnie mnie budził. Poddałam się. Niezadowolona otworzyłam oczy. Przed sobą zobaczyłam Zarę. Wykrzykiwała coś na cały dom, wyraźnie poruszona i do tego zapłakana.
Histeria, hormony, załamanie nerwowe, wygrana w Lotto? - wyliczałam w myślach, jednocześnie rozważając, czy może siostrze kompletnie odbiło.
- Mój Boże, obudziła się! Mamo, tato, Alisa nie śpi!
- Czy z tego powodu musisz wrzeszczeć jak banda kiboli? - zapytałam ją, a następnie chwyciłam się za głowę, która pękała z bólu.
- Jezu, ty mówisz!
- Rany, chyba całkiem odleciałaś. Przyznaj się: brałaś coś?
Nim zdążyła odpowiedzieć, do pokoju wpadli rodzice. Popatrzyli na mnie i również zaczęli krzyczeć.
- Oni też się czegoś nałykali? - zwróciłam się do Zary.
Ze zdziwieniem obserwowałam radosne pląsy mamy oraz łzy wzruszenia, które pojawiły się w oczach taty.
- Istny dom wariatów - skomentowałam ich zachowanie, a potem chciałam wstać.
Chciałam, bo gdy tylko się podniosłam, runęłam na podłogę.
- O rany! Dziecko, co ty wyprawiasz?! - zaczęła lamentować matka.
Zebrałam wszystkie siły, wytężyłam muskuły i powoli obróciłam się na bok. Zara, zamiast pomóc, stała jak słup soli i z nieukrywaną fascynacją obserwowała każdy mój ruch.
- Czy ktoś może mnie w końcu oświecić, co to za cyrk? - zapytałam, po czym mozolnie dźwignęłam się z podłogi i usiadłam na łóżku.
- Aliso - odezwała się Zara. - Zachowujemy się jak wariaci, bo właśnie się przebudziłaś.
- To raczej nie jest powód, żeby szaleć jak Popeye po szpinaku.
- Jest, bo od pół roku leżałaś w śpiączce - uświadomiła mi.
- Że co?!
- Miałaś wypadek. Skoczyłaś ze spadochronem, ale się nie otworzył. Podobno gruchnęłaś o ziemię jak worek kartofli.
- Przecież ja nie latam samolotem, ja się boję latać.
- Zaraz, z tego, co mi wiadomo, od dwóch lat masz licencję pilota.
- Czy dzisiaj jest prima aprilis? - westchnęłam, mocno zmęczona szopką wokół.
- O co ci chodzi?
- Jak mogę mieć licencję pilota, skoro dopiero za kilka miesięcy kończę osiemnaście lat. Nawet nie zrobiłam jeszcze prawa jazdy.
- Co?! Ale o czym ty...? Masz dwadzieścia jeden lat - sprostowała siostra.
Opadłam na poduszkę. Myśli zaczęły biegać po mojej głowie niczym myszy w labiryncie.
- Dwadzieścia jeden? To gdzie, do diaska, zgubiłam trzy lata swojego życia?
- Tego nie wiem - szepnęła Zara. Rozłożyła bezradnie ręce, po czym podeszła i przytuliła mnie czule.
***
Diagnoza okazała się druzgocąca: cierpiałam na niepamięć obejmującą trzy ostatnie lata. Do tego w trakcie badań okazało się, że na skutek drobnych zmian w strukturach mózgu stałam się największym dziwadłem naukowym świata. Rozumiałam wszystkie języki! Przebiłam nawet dotychczasową rekordzistkę Ziadę Fazah, która znała ich aż pięćdziesiąt osiem.
Po usłyszeniu diagnozy przez miesiąc nie mogłam się pozbierać. Wywróciłam dom do góry nogami w poszukiwaniu zdjęć czy innych pamiątek związanych z okresem, który pochłonęła amnezja. Niestety nic nie znalazłam, co mnie zirytowało i wprowadziło w stan przygnębienia. Zara próbowała mnie pocieszać, jednak koślawo jej to wychodziło. Mogła mi zaoferować tylko szczątkowe informacje z mojego życia, bo sama niewiele o nim wiedziała. Podobno przez cały ten czas przebywałam w Ameryce, gdzie ukończyłam licencjat z języków germańskich. I właśnie gdy planowałam wrócić do kraju, wydarzył się ten przeklęty wypadek.
Dla rodziny moja niepamięć nie stanowiła problemu, dla mnie jednak tak. Przecież przez trzy lata mogło się wydarzyć dosłownie wszystko. Może byłam celebrytką, która po zakończeniu udziału w żenującym reality show i spadku popularności postanowiła targnąć się na własne życie? Albo nagrywałam rolki na TikToka i w pogoni za lajkami sama uszkodziłam spadochron? A może zakochałam się w przystojnym amerykańskim milionerze? Gość pewnie wymyślił oświadczyny w chmurach, tylko coś mu nie wyszło, gdyż niedoszła narzeczona... obniżyła poziom.
Skłaniałam się ku takim wyjaśnieniom, bo, powiedzmy sobie szczerze, przeciętny Kowalski nie skakał z samolotu. Kanapa, smartphone, dietetyczna cola lub latte z ekspresu połączone z serialami kryminalnymi opartymi na kultowych książkach Remigiusza Mroza - to prawdziwe przygody Polaków. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Zainspirowana konceptem amerykańskiego pucybuta zastanawiałam się, czy faktycznie był w moim życiu jakiś romeo, albo chociaż jego namiastka. Nie potrafiłam sama przesądzić tej kwestii, więc postanowiłam zagadnąć o nią Zarę. Powiedziała, że trafił się "taki jeden", ale love story szybko się skończyło. Podpytałam, czy spaliśmy ze sobą, bo uznałam, że przegięciem byłoby nie pamiętać takich rzeczy. Siostra zaczerwieniła się po same uszy i wydukała, że z tego, co jej wiadomo, cytuję: "wy nie teges". Jakkolwiek to brzmiało, oznaczało po prostu "nie".
Dałam za wygraną i by nie sfiksować, przestałam grzebać w przeszłości. W zamian postanowiłam skupić się na czymś pożytecznym. Dwoiłam się więc i troiłam w gospodarstwie rodziców, gdyż brakowało im rąk do pracy. Robotnicy nie chcieli przyjeżdżać do naszej wsi o uroczej nazwie Bławatki. Woleli lepiej płatną posadę w mieście, a co niektórym zamarzył się nawet etat na innej planecie! Tak, dobrze przeczytaliście - na innej planecie. Nasza cywilizacja już jakieś trzy lata temu nawiązała kontakt z kosmitami. I od tego czasu media aż do znudzenia relacjonowały newsy dotyczące obcych, a ludzie wpadli w masową ekstazę. Byli też tacy, którzy, delikatnie mówiąc, wręcz "odlecieli": zaczęli ubierać się i zachowywać jak mieszkańcy planety o nazwie Marga, oddalonej od Ziemi o tysiąc czterysta lat świetlnych.
Tysiąc czterysta lat świetlnych? Oj tam, taka malutka liczba. Prawda? - zapisywałam przemyślenia w elektronicznym pamiętniku. - Kto by sobie nią zaprzątał głowę? Przecież rok świetlny to "bagatela" dziewięć i pół biliona kilometrów! Nikt jednak nie przejmuje się odległościami, wręcz nie zwraca na nie uwagi. Każdy zagorzały wielbiciel kosmitów chce ich poznać, dotknąć, zrobić sobie z nimi selfie, tym bardziej że uchodzą za niezłych przystojniaków. Ci, którzy do tej pory pojawili się na naszej planecie, wyglądają jak ciacha z ekstra, ale to absolutnie ekstra bitą śmietaną. Choć w większości mają delikatne rysy twarzy, to są wysocy i postawni. Jedni prezentują się jak modele żywcem wyjęci z prestiżowych magazynów mody, inni, dorodni i mocno rozbudowani w barach, przypominają obłędnie atrakcyjnych terminatorów. Nie dziwi mnie zatem ich popularność, szczególnie wśród dziewcząt. A szaleństwo na ich punkcie jeszcze przybrało na sile, gdy ogłosili eliminacje do gwiezdnej floty, czyli kosmicznego wojska.
Zamieszanie, jakie obcy robili wokół siebie, działało mi na nerwy. Kiedy włączałam telewizor, ich perfekcyjne gęby pojawiały się na każdym kanale. Buszowałam w sieci - podobizny kosmitów mnożyły się w rolkach, relacjach, apkach, reklamach, a nawet w grach, gdzie toczyli pojedynki za pomocą śmiesznych mieczyków świetlnych rodem z Gwiezdnych wojen. Jakby tego było mało, w naszym domu nie mówiło się o niczym innym. Odpowiadała za to daleka krewna, Rachela Bryl, która pracowała dla obcych i bez przerwy przesyłała nam ich fotki. Zdjęcia zwalały z nóg. Przynajmniej Zarę. Mnie one nie ruszały. Uznałam, że mam dość tych słodko pierdzących zachwytów na temat pozaziemskich playboyów i stałam się ich antyfanką.
- Wiesz co - zagadnęła mnie siostra, gdy pracowałam w szklarni. - Zdecydowałam się. Wystartuję w eliminacjach. Mam zamiar ubiegać się o posadę u kosmitów.
- A studia medyczne? - zapytałam, by odwołać się do jej zdrowego rozsądku.
- E tam. U nich też można studiować medycynę, i to na jakim poziomie. Są dużo bardziej zaawansowani w tych kwestiach niż my. Czy ty wiesz, jakie możliwości mogłyby się przede mną otworzyć? - rozmarzyła się.
- Przestań bujać w obłokach. Lepiej rusz swój zgrabny tyłek i pomóż mi poukładać skrzynki z sadzonkami.
- To może poczekać. - Machnęła lekceważąco ręką. - A ty nie zamierzasz wykorzystać swoich zdolności językowych? Mówisz przecież wszystkimi językami.
- Ani mi się śni. - Pokręciłam głową.
- Szkoda, żebyś zmarnowała taki talent.
- Oj, Zara, przecież ja żadnych talentów nie mam. Jestem tylko dziwadłem, które na skutek wypadku zaczęło rozumieć różnorodność paplaniny tej planety. Takie przekleństwo - zażartowałam i przewróciłam oczami.
- Dziś przylatuje ciocia Rachela. Może ona przekona cię do zmiany zdania - zasugerowała siostra. - Nabór jest wciąż otwarty, więc masz jeszcze szansę.
- No tak. Kto człowiekowi zabroni żyć dyrdymałami - podsumowałam naszą rozmowę, a następnie wróciłam do pracy.
Potężny huk rozdarł niebo tuż nad moją głową i po raz pierwszy zobaczyłam statek obcych. Metalowy potwór gigantycznych rozmiarów, podobny do ziemskich myśliwców szóstej generacji, wyglądał okazale. Wzbudzał strach, ale jednocześnie był niebywale piękny. Nawet jako antyfanka musiałam przyznać, że obcy z pewnością potrafili zrobić jedną rzecz - piorunujące wrażenie. Cokolwiek się z nimi wiązało, miało ponadstandardowe gabaryty, odjazdowe kształty, najmodniejszy design, po prostu prezentowało się cool. Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem, że i ja zaczynam ulegać tej kosmicznej manii, i szybko opuściłam wzrok.
***
Ciocia przyleciała późnym popołudniem. Kiedy ją zobaczyłam, poczułam się nieswojo, bo wprawdzie rodzinę mieliśmy dużą, a dalszych krewnych na pęczki, ale tej kobiety zupełnie nie kojarzyłam. Urodą przypominała mnie, miała długie ogniste włosy, jasną karnację i smukłej budowy ciało. Różniłam się od niej tylko piegami, które pojawiły się na mojej twarzy za sprawą letniego słońca.
- Aliso, Zaro, jak dobrze was widzieć - odezwała się rozpromieniona, a potem podeszła do nas i po kolei mocno przytuliła.
Rodzice przywitali ciotkę, jakby gościli samego króla. Zastawili stół smakołykami, dogadzali jej na wszystkie sposoby. Wciąż dopytywali o obcych, zatem temat rozmowy szybko mnie znużył. Ziewałam z nudów i zastanawiałam się, jak by się niezauważenie wymknąć, przynajmniej do czasu, gdy Zara wystrzeliła ze swoim "złotym" pomysłem.
- Ciociu - zaczęła siostra - złożyłam podanie o przyjęcie na królewski statek kosmiczny Uranos. Podobno sam książę Arrow Forth będzie nadzorował eliminacje.
- Książę? - wtrąciłam i ze zdziwienia rozdziawiłam usta.
- Tak, kosmici mają króla i księcia. Ten ostatni odziedziczy tron Królestwa Forthów - wyjaśniła.
- Zaraz, Książę Forth będzie królem Królestwa Forthów? Dobrze kumam? - dopytałam dla pewności.
- W rzeczy samej. Powiem ci jeszcze, że cała ziemia w królestwie należy do nich. To kosmiczni krezusi - podkreśliła.
Gwizdnęłam z uznaniem.
- Do tego Arrow ma dwadzieścia trzy lata i jest singlem. - Zara spojrzała na mnie wymownie i zagadnęła ciocię: - Czy to prawda? Czy książę będzie obecny podczas eliminacji?
- Tak, będzie, ale pojawi się dopiero na ich końcowym etapie. O posadę zawalczy ponad miliard ludzi, więc trudno byłoby mu przesłuchać każdego.
- Ile?! - wykrzyknęłam.
- Ponad miliard - powtórzyła ciocia. - Przypuszczam jednak, że do zamknięcia systemu rekrutacyjnego zgłoszeń jeszcze przybędzie.
Gdy tylko Zara usłyszała tę, nomen omen, astronomiczną liczbę, zrobiła minę jak kot wiadomo co robiący na pustyni i przygasła. Po chwili jednak znowu się ożywiła, a w jej oczach pojawił się błysk.
O! I tu wracamy do tego "złotego" pomysłu, o którym pisałam wam wcześniej.
- Skoro jest tylu kandydatów, a wymagania, no cóż, kosmiczne, to może da radę załatwić tę sprawę trochę inaczej - zasugerowała z szatańskim uśmiechem na ustach.
- To znaczy? - zapytała zaciekawiona Rachela.
- Czytałam, że trzeba zdać testy psychologiczne, matematyczne, lingwistyczne, wykazać się wiedzą z zakresu medycyny, a także umiejętnościami oratorskimi i niebywałą sprawnością fizyczną. Pomyślałam, że skoro o pracę będzie ubiegać się przeszło miliard ludzi, to może na część egzaminów poszłaby Alisa...
- Ale to byłoby oszustwo! - krzyknęłam i aż podskoczyłam z oburzenia.
- Jakie oszustwo - zbyła mnie Zara. - Drobna manipulacja.
- Manipulacja?! To czysty scam.
Byłam tak wzburzona, że z trudem utrzymywałam cztery litery na krześle.
- A tam - prychnęła lekceważąco adeptka gwiezdnego wojska. - W końcu jesteśmy podobne i jedyne, co nas różni, to kolor włosów. Jeśli ktoś się do tego przyczepi, to zawsze możesz powiedzieć, że znudził ci się blond i właśnie trzasnęłaś się na rudo.
- Mamo, tato, błagam, przemówcie Zarze do rozsądku - odezwałam się, szukając pomocy u rodziców. - Rozumiem, że chce zdobyć wymarzoną posadę, ale żeby posuwać się do czegoś tak perfidnego?!
- Nie przesadzaj - zgasiła mnie matka. - Dziewczyna próbuje tylko zwiększyć swoje szanse.
- Nie wierzę! - Złapałam się za głowę.
- Aliso, a ty nie chcesz wystartować w eliminacjach? - odezwała się raptem ciotka. Dotychczas nie wtrącała się do dyskusji. Siedziała z boku i z ciekawością przysłuchiwała się moralnym dywagacjom członków rodziny Starków.
- W żadnym wypadku - zaprotestowałam pełnym wzburzenia tonem. - Nie mam zamiaru pakować się w kosmiczną eskapadę z tymi dziwadłami. Ludzie zachwycają się nimi, a tak naprawdę nic przecież o nich nie wiemy. Pomyśleliście, że mogą wykorzystać tych naiwniaków do eksperymentów albo zmienią się w predatorów i urządzą polowanie?
- Czyżbyś wczoraj oglądała Obcego? - zapytała podejrzliwie Zara.
- Tylko zerkałam zza pleców taty - przyznałam szczerze.
- Posłuchajcie - przerwała kłótnię Rachela. - Pomysł Zary nie jest taki głupi. Myślę, że warto jej pomóc, nawet jeżeli troszeczkę nagniemy granice prawa.
- A jeśli mnie złapią? - Zadałam to pytanie z nadzieją, że zbiję rodzinę z pantałyku i pogrzebię ten "złoty" pomysł żywcem.
- To powiesz, że zaszła pomyłka i żadną Zarą Stark nie jesteś.
- A niby kim? Przecież kiedy przyznam, że mam na imię Alisa i podam to samo nazwisko, od razu wyczują przekręt.
- W takiej sytuacji możesz ściemnić, że nazywasz się Rachela Bryl i pracujesz dla Forthów jako tajemniczy klient - zaproponowała ciotka. - Zanim wszystko zweryfikują, oddalisz się i uciekniesz.
- Proszę, zgódź się. Please, please, please! - Zdesperowana Zara upadła przede mną na kolana i złożyła ręce jak do modlitwy. Patrzyła przy tym błagalnym wzrokiem i zrobiła zbolałą minę.
Poczułam, że pod naporem przejmującego spojrzenia swojej o rok młodszej siostry zaczynam pękać. Tym bardziej że odnosiłam nieodparte wrażenie, iż Zara lada chwila wybuchnie płaczem.
- Niech ci będzie - zgodziłam się niechętnie. - W końcu tak misterne utkany plan musi się powieść, prawda?