Urzędnik - Sławek Michorzewski

Reflow text when sidebars are open.
Marian Sopel wstał od zniszczonego paździerzowego biurka i spojrzał na wiszący na odrapanej ścianie biura zegar z pożółkłą od słońca papierową tarczą. Dochodziła trzynasta. Chciał jeszcze zdążyć do urzędu, czas więc było kończyć pracę. Zamknął czerwony segregator i odłożył go na stertę innych. Zebrał resztę dokumentów z biurka, wyrównał ich brzegi dłonią, a następnie włożył je do eleganckiej, skórzanej teczki sygnowanej logo Gucci i znacząco spojrzał na kolegę.
- Pakuj się, czas na nas. Idę się załatwić, pięć minut i jedziemy do urzędu.
Wziął z biurka gruby skoroszyt, złapał za wygiętą przez jakiegoś dowcipnisia aluminiową klamkę i wyszedł na obskurny, wymalowany grafitową farbą olejną korytarz. Szedł ostrożnie przy świetle ledwo świecących żarówek "dwudziestekpiątek", wdychając z obrzydzeniem przesiąknięte towotem i smarami powietrze. Z każdym krokiem zbliżającym go do końca korytarza nasilał się hałas pracujących za ścianami maszyn ślusarskich. Kiedy dotarł do końca korytarza, nie zatrzymując się, niejako z rozpędu walnął z całej siły ramieniem w drzwi przyozdobione tabliczką: "SEKRETARIAT, PREZES ZARZĄDU". Zacinający się zamek ustąpił z trzaskiem i Marian Sopel wszedł, a właściwie wpadł do środka, potykając się przy tym o zbyt wysoki jak na biurowe standardy próg. Szpiczastymi czubkami drogich butów Bugatti, kupionych na przedświątecznej wyprzedaży, zahaczył o wyświechtany dywanik i omal nie roztrzaskał sobie głowy o biurko sekretarki.
- Ojejejej! - krzyknęła siedząca za biurkiem starsza brunetka i wzdrygając się ze strachu, chlusnęła kożuchem grubo zmielonych fusów parzonej kawy na leżący na biurku brukowiec.
Marian Sopel przebiegł koło niej pochylony do przodu, próbując rozpaczliwie odzyskać równowagę. Najpierw kopnął w grzejnik olejowy, a później uderzył w znajdujące się po przeciwnej stronie pomieszczenia wiekowe drzwi wiodące do gabinetu prezesa. Szczęśliwym zrządzeniem losu były obite grubym skajem, pod którym znajdowała się gąbka.
- Krysiu! Ależ Krysiu! Jak mogłaś do tego dopuścić?! - W gabinecie rozległ się głos prezesa Kiepury, który zaniepokojony hałasem stanął w progu swojego gabinetu i pomagał pozbierać się leżącemu mężczyźnie. - Mocno pan wyrżnął?
- Pan inspektor tak nagle wpadł, że nie zdążyłam mu powiedzieć o kaloryferze. Całe szczęście, że wyłączyłam, bo by się jeszcze poparzył.
- Kaloryfer na szlaku komunikacyjnym! Kaloryfer?! To była napaść na funkcjonariusza urzędu skarbowego na służbie! - warknął Sopel, niegrzecznie odtrącając pomocną rękę prezesa. - To był zamach! Natychmiast po powrocie do urzędu poinformuję o tym przełożonych. Poza tym nie jestem inspektorem, tylko komisarzem, starszym komisarzem skarbowym! - dodał, rozcierając bolące kolano i piszczel.
- Przepraszam, panie starszy komisarzu. Proszę, bardzo proszę, niech pan nie stawia sprawy na ostrzu noża. Bardzo pana proszę. Zapraszam, zapraszam do mnie do gabinetu na koniaczek. - Prezes wziął pod mankiet komisarza Sopla i ciągnął go na siłę do swojego obitego lakierowaną sklejką pokoju.
Marian Sopel podniósł z podłogi skoroszyt, który wypadł mu podczas nieoczekiwanego lotu przez sekretariat, i utykając, wszedł do gabinetu. Położył dokumenty na prezesowym biurku i klapnął całym ciężarem ciała na zdezelowany zielony fotel. Wyciągnął przed siebie nogę, podwinął nogawkę. Piszczel zdobiło sporej wielkości otarcie naskórka, spod którego w ekspresowym tempie zaczął przebijać rosnący siniak.
- Proszę, pan sobie golnie, to zaraz ból minie. - Prezes nalał pół porcji starki do wymęczonego kieliszka, który nosił ślady niegdysiejszych złoceń, po czym odwrócił się do starszego komisarza skarbowego Sopla i podał mu trunek.
Komisarz wziął nerwowo kieliszek do ręki. Zakręcił nim, skierował go pod światło przebijające się z trudem przez smugi i mazy niemytej od lat szyby. Zakręcił kieliszkiem ponownie i polał ranę. Resztę trunku wychylił jednym haustem.
- Jeszcze jednego, panie komisarzu? - zapytał drżącym głosem prezes Kiepura, pochylając się w służalczym geście nad pustym kieliszkiem.
- Jednego, jeszcze jednego. Ale nie więcej, bo prowadzę. - Sopel podstawił kieliszek, który momentalnie napełnił się po brzegi złotą cieczą.
- Przepraszam za śmiałość, ale to już siódmy dzień kontroli... Jak pan komisarz, jeżeli wolno zapytać, znajduje nasze dokumenty za zeszły rok? - zapytał prezes, siadając za biurkiem.
- Fatalnie. Wcale ich nie znajduję. Dawno nie widziałem takiego niechlujstwa w przechowywaniu dokumentów. Poza tym źle pan zinterpretował możliwość odpisu kilkunastu rzeczy od kosztów. Po ludzku rzecz ujmując, teraz panu te rzeczy wyksięgujemy i zapłaci pan podatek razem z odsetkami. Pomyślę jeszcze o karze finansowej dla pana. Z podatkiem VAT wcale nie wygląda lepiej, z tym że to już będzie podchodziło pod Kodeks karny skarbowy... - Komisarz przełknął starkę. - Możliwe, że kwota wyliczona do zapłaty Skarbowi Państwa będzie tak duża, że straci pan wszystko. Wszystko, co posiada.
- Hmm, ehmm - chrząknął zmieszany prezes. - Co mogę zrobić? Jak naprawić swoje błędy?
- Dwadzieścia tysięcy. Na jutro. Jeżeli jutro ich nie dostanę, to zaczynam sporządzać protokół według tego, co tu, w tym burdelu, znalazłem.
- Skąd ja na jutro wezmę dwadzieścia tysięcy złotych? - Prezes pocierał swoje rzadkie włosy tak intensywnie, że można było odnieść wrażenie, że za moment roznieci w nich ogień.
- Dwadzieścia tysięcy euro. Na jutro, na koniec pracy. Albo będzie pan cieniutko śpiewał, panie Kiepura. - Starszy komisarz skarbowy wstał z fotela. Wyprostował swoje smukłe, wypielęgnowane ciało i przeczesał opadające na czoło czarne włosy. - Do jutra, panie Kiepura. Niech pan rozważy poważnie moją propozycję. Może to teraz się panu nie podoba, ale niech pan mi uwierzy, że ja chcę panu pomóc. Jeszcze mi pan podziękuje.
- Eee... - Prezes Kiepura patrzył zdziwionymi oczami na kontrolera.
- A! I jeszcze jedno... Ja już tu kiedyś byłem. Parę lat temu, też tuż przed świętami Bożego Narodzenia. To po mojej kontroli zakład ślusarski, który się tu mieścił, został zlicytowany razem z budynkiem.
- Yyy... hm...
- To panu jednak nie grozi, bo pan tylko dzierżawi obiekt. - Sopel uśmiechnął się cynicznie. - Ale całą resztę mogę panu zabrać. Tak jak mówiłem, pan mi jeszcze za tę propozycję podziękuje. - Wziął z biurka skoroszyt, obrócił się na pięcie i lekko utykając, wyszedł z gabinetu, skierował się wprost do drzwi, przez które kilkanaście minut wcześniej wpadł niefortunnie do środka.