jeden
jeden
Truck, Tiny i Angina Seng
Na Czwartej Sad al Bari, w wigilię dnia Świętego Kryspina, kapitan John
Truck, kierując się czymś, co sam przed sobą był zmuszony określić jako
"sentymentalizm", postanowił odwiedzić Klub Kolonisty, położony na rogu
Proton Alley i Circuit (na tym zimnym skrzyżowaniu portowe damy wyższej
klasy zwykły poszukiwać klientów).
- Nie przyjmuj żadnego ładunku przez co najmniej dwa tygodnie - rozkazał
bosmanowi, przygotowując się do opuszczenia Mojej Elli Speed. - A szczególnie nasion. Nigdy już nie będę przewoził dyni, pod żadną
postacią.
- Co to jest dynia? - zapytał bosman, chromiański karzeł imieniem Fix.
Dobrze władał toporem, a przynajmniej tak twierdził, ale był odrobinę
opóźniony w rozwoju.
- To, co masz zamiast głowy - wyjaśnił z wyższością John Truck. - Dzieci
wkładają je na łby z tego samego powodu, dla którego ty spiłowałeś zęby.
Pamiętaj, żadnych nasion.
Pomachał mu radośnie na pożegnanie i opuścił statek.
Dotarł do Proton Alley przez Bread Street i East Thing. Wilgotny wiatr
targał jego długie włosy. Idąc, garbił się i pochylał głowę, jakby był
znudzony całym tym życiem (bo przecież był, podobnie jak każdy). Miał na
sobie obcisłą bluzę wojskową z wężowej skóry, a na głowie skórzany
kapelusz, pamiątkę po szemranej przeszłości Galaktyki.
Kanciarze i grajkowie okupowali cały odcinek ulicy od samego kosmoportu
aż po strefę usług. Instrumenty ich pracy lśniły w zielonym ulicznym
świetle. Próbowali go zaczepiać, ale ignorował wszystkich. Widział ich
już nieraz. Drżeli z zimna i strachu przed wizją długiej, niepojętej
przyszłości: zimnymi wiatrami stu planet, życiem spędzonym na posępnych
zapleczach tysiąca kosmoportów. Później wrócą do swych brudnych bram,
ławek w parkach czy nędznych sypialni albo będą jeździli pneumatique
aż do świtu. Nie czuł współczucia dla tych obdartych przegrywów. Za
bardzo go przypominali. Ich ekscentryczne, pozbawione życiowego celu
serca oraz otaczający ich odór porażki domagały się od niego odpowiedzi,
której nie był skłonny im udzielić, ponieważ musiałby przyznać, że są mu
bliscy.
To jednak wcale nie znaczyło, że czuł się nieszczęśliwy na ich widok
albo że brakowało mu wyrozumiałości. Po prostu była w nim pustka, której
nic nigdy nie zdołało zapełnić.
Flota zwolniła go do cywila rok po tym, jak cała histeria wywołana
incydentem w Psach Gończych zakończyła się zwyczajną, nudną dyplomacją,
taką samą jak ta, która ją wywołała. Od tego czasu pracował na całym
firmamencie, posuwając się powoli po spirali Archimedesa w trzech
wymiarach od Psów Gończych przez Kruka i Ciężkie Gwiazdy. Kierował
półgąsienicowymi transporterami w Zmierzchu i Papudze, budował drogi na
Terminalu Jacqueline Kennedy; śpiewał rewolucyjne pieśni i sprzedawał
metamfetaminę całonocnym robotnikom na Morfeuszu. Nie chodziło o to, że
popierał ich bunt o tak spektakularnych skutkach. Po prostu ugrzązł tam
bez grosza przy duszy.
Po pięciu latach trafił na Ziemię, co prędzej czy później zdarza się
każdemu. Pilnował ciężkiej maszynerii dla Izraelskiego Rządu Światowego.
Dobrze mu płacili za każdego zastrzelonego Araba, ale to i tak było za
mało za taką brudną robotę. Zlewał się w portki za każdym razem, gdy
ktoś wystrzelił (właściwie z czasem mu to przeszło, ale i tak zawsze o tym opowiadał, zwłaszcza portowym damom). Oczerniał siebie samego,
posiłkując się licznymi gestami oraz śmiesznie naśladując głosy. Odkrył
wtedy w sobie nutę gwałtowności, która go zaskoczyła, ale ta głupia
półwojna też nie dała mu poczucia celu. Wreszcie wystraszyły go
psychologiczne sztuczki, którymi musiał się posługiwać, by dalej
wykonywać tę robotę bez śladu zaangażowania. Dał sobie z tym spokój, ale
w typowy dla siebie niezdecydowany sposób. Po prostu się oddalił.
Na szczęście nie wydał pieniędzy za nagrody i po przeniesieniu do
rezerwy kupił za nie Moją Ellę Speed (przedtem nazywała się Liberalna
Potęga; zawsze drapał się po głowie, słysząc tę nazwę). Gdyby nie to,
jego siedmioletnia podróż do Czwartej Sad al Bari z łatwością mogłaby
się zakończyć na peryferiach kosmoportu. Brzdąkałby na tanim muzycznym
instrumencie, jego kciuk pokryłaby zrogowaciała skóra, a kapelusz
leżałby na krawężniku, zwrócony niewłaściwą stroną ku górze, zamiast
tkwić na jego głowie, jak należy.
Nawet nabycie statku z upływem czasu w coraz większym stopniu wydawało
się szczęśliwym przypadkiem. Nieprzyzwyczajony do etanolu - który nadal
był jedynym środkiem euforyzującym na Ziemi - rozbił sobie głowę i,
śmiejąc się głośno, trafił na złomowisko gdzieś w strefie umiarkowanej.
Zwaliło go z nóg, kiedy się zorientował, na co wydał pieniądze. John
Truck był przegrywem, a przegrywy, wbrew pozorom, trzymają się na
powierzchni dzięki fartowi. Co prawda, wtedy raczej nie uważał, że miał
szczęście. Leżał na plecach, a w jego głowie wirowały zardzewiałe,
powykrzywiane wieże wraków. Boże, co ja z tym zrobię?, myślał.
Jego nieszczęściem był fakt, że nigdy nie nauczył się opierać biegowi
wydarzeń. Nie miał pojęcia, jak się nimi steruje.
Na Proton Alley jest równie zimno jak na innych ulicach. Niektórym może
się wydawać, że czują tu ciepło, ale zawsze okazuje się, że to
złudzenie, produkt uboczny rtęciowych lamp.
Wszyscy tutejsi mieszkańcy przetrawili swe doświadczenia życiowe tak
dobrze, że nic im nie pozostało. Każdy dzień rozpoczynają świeży i naiwni, ale ich oczy pozostają puste. Nie było tu ciepła, ale John Truck
cieszył się widokiem tej znajomej okolicy. Zapewne był to nienajgorszy
substytut wieczoru spędzonego ze Świętym.
Pod Klubem Kolonisty stał zgrzybiały Denebianin z czwartego pokolenia, o poczerniałej, pooranej bruzdami skórze. Opadnięte na stałe powieki miały
go chronić przed palącym blaskiem gwiazdy, której nie widział od
dwudziestu lat. Recytował fragmenty drugiej pieśni Walki pod
Finnsburgiem. U jego stóp leżał kapelusz. Buty miał znoszone, ale głos
całkiem niezły. Słowa niosły się nad głowami przechodzących kurew i naćpanych ludzi z Floty:
Marty Lingham odkrył posępną
orbitę; wokół fuksjowego karła,
jej peryhelium w tradycyjnej odległości
kilku milionów: kometarny cmentarz.
Na widok kapitana Trucka odsłonił stare, paskudne zęby, najwyraźniej
rozpoznając w nim drugiego wyrzutka, choćby nawet dobrze zamaskowanego.
Wykrzywił w grymasie paskudną gębę i mrugnął znacząco.
- Intelektualista, mam rację, bosmanie... - zaczął swój tekst, zgrabnie
przecinając drogę Truckowi.
- Gdyby nie to, mógłbym mu coś dać - zapewniał później kapitan.
Wewnątrz Klubu sprawy wyglądały zupełnie inaczej. Tiny Skeffern, ostatni
wielki muzyk w Galaktyce, wylewał zawartość swego mózgu przez instrument
muzyczny, jakby chciał zrobić sobie z głowy wydmuszkę.
John Truck znał go od dawna. Tiny miał niespełna metr sześćdziesiąt
wzrostu i był szczupłej budowy. Stał pośród blasku reflektorów,
stroboskopów oraz kalejdomatów lokalu i stukał w podłogę prawą nogą.
Włosy miał rzadkie, kędzierzawe i blond. Choć ukończył dopiero
dwadzieścia dwa lata, już pojawiła się u niego łysina. Kiedy nie grał,
podskakiwał, jakby miał sprężyny w nogach, ale gdy trzymał instrument w rękach, stał minutami w jednym miejscu, uśmiechając się do pań z rezerwą, lecz bezczelnie. Od zawsze był pełnym entuzjazmu przegrywem, a teraz przywitał Trucka skinieniem głowy.
Tiny grał na czterystuletniej gitarze Fender Stratocaster. Cała
aparatura była włączona - zestaw wzmacniaczy Luthos, każdy z nich o gwarantowanej mocy pół kilowata - oraz bateria trzydziestocalowych
głośników Hydrogen Line. Na basie grał gibki denebiański transwestyta w różowych falbankach z rozciętymi rękawami. Perkusista był miejscowy. Jak
wszyscy dobrzy bębniarze wyglądał czasem jak łachmyta, a w innych
chwilach jak zabijaka. Jego brzmienie: długie, groźnie brzmiące wejścia,
powolne i przytłaczające, pełne krótkich, niewytłumaczalnych zmian rytmu
oraz komplikacji. Podążał za denebiańskim basistą przez wszystkie
harmonie, produkował dźwięki przypominające tłuczenie szkła i wybuchy
kwazarów, martwe statki, orbitalne starcia oraz ery geologicznych
wstrząsów. Grał jak Bóg.
- I'm a highway child, so don't deny my name - śpiewał.
Tak właśnie powinno to wyglądać.
John Truck oblizał wargi i kupił sobie deser lodowy z owocami i bitą
śmietaną, posypany kryształkami tetrahydrokannabinolu. Następnie
przyjrzał się widzom. Większość stanowili muzycy z innych zespołów, ale
była tu też garstka kolonistów, którzy, podobnie jak John Truck,
rozumieli, że muzyka umarła w roku 2000 i jedyną Nową Muzyką jest stara
muzyka. Tylko zwycięzcom udaje się uciec, pomyślał Truck, słysząc łkanie
starej gitary. (Jej ćwierćnuty niosły się na wietrze, który - choć
całkowicie wyimaginowany - sprawiał, że jego łydki i uda wypełniało
drżenie celowości: wiatr portowy, wiatr kompasowy). Reszta daje się
ponieść muzyce. Czemu by nie?
W Klubie Kolonisty była owego wieczoru tylko jedna kobieta. Nazywała się
Angina Seng i szukała Johna Trucka. Nie mógł o tym wiedzieć, bo widział
ją od tyłu. Miała długie włosy barwy miedzi, a w jej postawie wyczuwało
się dramatyczne napięcie. Jej tyłeczek wyglądał nieźle. Gdy Tiny
Skeffern wydobywał ze swego błyszczącego, bezcennego antyku muzykę dla
wszystkich osamotnionych, niezadowolonych bądź pozbawionych celu
mieszkańców cywilizowanego wszechświata, John Truck na przemian
zakochiwał się i odkochiwał w nieznajomej kobiecie. To była obiektywna
namiętność do każdej portowej damy, którą ujrzał przelotnie w tłumie. To
uczucie można było włączać i wyłączać, co zgadzało się z jego
skłonnościami.
Muzycy zrobili sobie chwilę przerwy. Tiny podszedł do niego, przynosząc
ze sobą gitarę.
- Cześć, Truck.
Kołysał się przez chwilę z sentymentalnym uśmieszkiem na ustach, aż
wreszcie usiadł.
Truck popatrzył z sympatią na jego usianą kropelkami potu łysinkę.
- Tiny, grasz coraz gorzej. Co to za dziewczyna?
Muzyk sapnął i wytarł rękaw o nieskazitelnie biały polimer pokrywający
gitarę. Wzruszył ramionami. Nawet gdy fender był wyłączony, krótkie i grube palce lewej dłoni Tiny'ego przebiegały po gryfie niczym jakieś
małe, nie w pełni rozwinięte zwierzęta, szukające schronienia przed
wiatrem.
- Dziękuję. To nie jest regularna klientka. Uwierzysz, jeśli ci powiem,
że siedzę tu już trzy tygodnie? - Potarł nos. - Trzy tygodnie. Potrafisz
to sobie wyobrazić? - Poczęstował się niedokończonym deserem lodowym
Trucka. - Nie mam pojęcia, jak mogłem zrobić coś takiego. Chyba, żeby
mnie aresztowali, ale przecież tak nie było. Odkąd złamałem sobie palec
na Ósmej Barfielda, jestem ostrożny. Trzy tygodnie na takim zadupiu!
- Chcesz, żeby cię stąd zabrać? - zaoferował Truck.
- Nadal masz Ellę Speed. Co za nazwa. Nigdy nie potrafiłem tego
zrozumieć. - Zachichotał.
- Będę tu gdzieś, jak skończysz występ - poinformował go Truck. - Albo
możesz znaleźć statek w porcie. Mam nadzieję, że bosman jest na
pokładzie. Nazywa się Fix.
Tiny wstał, zaszurał energicznie nogami, skinął głową i wrócił do swoich
muzyków. Rzadko widywali się z Truckiem od czasów, gdy Tiny był cudownym
nastolatkiem, odbywającym liczne tournée po Zmierzchu. W przerwach
między awanturami bawili się świetnie. Truck uśmiechnął się pod nosem i usunął językiem resztki tetrahydrokannabinolu ze szczeliny między
zębami. Roześmiał się w głos, gdy zobaczył, że Tiny wychylił się z ciasnej sceny Klubu Kolonisty i powiedział coś do dziewczyny z miedzianymi włosami.
Nie rozumiał, dlaczego tak się ucieszyła na jego widok. Jak mógłby to
zrozumieć? Wiedział tylko, że kobiety z kosmoportu czasami oprócz
zwyczajnych żądz mają też metafizyczne pragnienia, które trudno opisać.
Były one innym aspektem życia w kosmosie, funkcją samotności
niezrozumiałą dla mężczyzn. Kobiety to prawdziwi obcy. Dlatego
przyglądał się jej z nieufnością.
- Panie Truck, szukałam pana w całym porcie.
- Na pewno mówi to pani wszystkim kolonistom. Poza tym jestem kapitan
Truck. Czy mogę w czymś pani pomóc?
(Już wtedy wiedział, że popełnia błąd. Tiny i jego grupa zagrali
pierwsze cztery takty Gdzie było jutro? Przyszło mu na myśl, że to
omen).
Przedstawiła mu się. Była wysoką, kościstą dziewczyną, ale twarz miała
nieco zapadniętą wokół oczu i ust. To nie było tylko piętno portowej
damy, choć one też są pełne napięcia i zamknięte w sobie, jakby
nieustannie starały się powstrzymać swoją substancję przed ucieczką w pustkę.
Jej ubranie rozświetlało się i znikało nieregularnie, gdy światło
kalejdomatu znajdowało częstotliwości mające kluczowe znaczenie dla
nieprzejrzystości materiału.
- Kapitanie Truck, czy potrzebuje pan roboty?
Potrząsnął głową.
- Proszę wrócić za dwa tygodnie. Do tego czasu będę siedział naćpany na
Sad al Bari. - Poruszył dłońmi w geście imitującym latanie. - Jak
samolot. Chyba że Tiny wpadnie w desperację.
- Nie chodzi o transport, kapitanie. Nie musiałby pan nigdzie latać.
- To jedyny rodzaj zadań, jakich się podejmuję. Muszę utrzymywać
chromiańskiego bosmana. Powinna pani poszukać kogoś innego. Choć
oczywiście jestem wdzięczny za propozycję.
Zamyślił się na chwilę.
- Poza tym wcale nie chce mnie pani wynająć.
Jak na przegrywa to było bardzo bystre spostrzeżenie.
Pochyliła się ku niemu z poważną miną i wsparła łokcie na stole. Przez
moment bawiła się resztkami jego deseru lodowego, po czym splotła
dłonie.
- To prawda, ale mój sponsor zapłaci panu więcej, niż mógłby pan zarobić
na przewozie towarów w porównywalnym czasie. W dodatku na ostatnim
transporcie nasion nie wyszedł pan zbyt dobrze.
W tej sprawie musiał przyznać jej rację.
- Widzę, że rozmawiała pani z kimś o mnie. Nie okłamano pani. Ale nie
potrzebuję pieniędzy aż tak bardzo. Za dwa tygodnie, tak.
- Kapitanie Truck - ciągnęła, przysuwając krzesło bliżej do stołu - a co, gdybym panu powiedziała, że to szansa zrobienia czegoś dla
Galaktyki?
Westchnął.
- Powiedziałbym, że wybrała pani przegrywa. Jeśli chodzi o politykę,
panno Seng, pieprzyć to. - Uśmiechnął się do niej promiennie. - Polityka
raczej mnie nie interesuje - wyjaśnił.
Wstała bez słowa.
- Wcale nie jest pani portową damą - zawołał, gdy przepychała się ku
drzwiom. Właściwie nie zwracał się do niej.
Wieczór trwał dalej. W Klubie Kolonisty zrobiło się naprawdę tłoczno.
Kierownictwo kazało zamknąć drzwi w samobójczej próbie uduszenia rąk,
które je karmiły.
"I'm gonna rock and roll you, baby, rock and roll you all night long" -
śpiewał Tiny Skeffern. To była stara, pociągająca wizja, ale Truck
utracił zainteresowanie. Godzinę po odejściu Anginy Seng wyruszył na
poszukiwanie jakiegoś cichego miejsca. Odebrała mu przyjemność płynącą z muzyki. Nie potrafił sobie wyobrazić, dlaczego ktokolwiek miałby
potrzebować jego, ale nie Mojej Elli Speed.
Gdy ruszył ku drzwiom, Tiny i jego perkusista wymieniali się dźwiękami,
ton za ton, grając z psychopatycznym dystansem i łagodnością.
Na dworze jak zwykle dął wiatr. East Thing nie pełniła żadnej określonej
funkcji, była koszarową aleją dla obdartych szeregowców z wielkiej
handlowej armii - widziało się tu magazyny i niekiedy budynki
administracyjne. Za dnia roiło się na niej od sprzedawców i dostawców
towaru, ale nocą ulica zmieniała się w pustynię oświetloną rtęciówkami.
Nie chodził tędy nikt poza ludźmi zmierzającymi do Klubu Kolonisty, a większość z nich była już na miejscu. Truck uwielbiał East Thing o tej
porze. Trudno było jej nie lubić.
Numery domów stawały się coraz wyższe. Mijając ciemną bramę, nie
zauważył żadnego niebezpieczeństwa, lecz nagle wysunęła się stamtąd
stopa i podcięła jego długie nogi. Kopnął się boleśnie w kostkę i zwalił
na ziemię.
- Kurwa - warknął.
Ktoś zachichotał. Z bramy wyłoniła się mroczna sylwetka. Pochyliła się
nad nim, gdy zdołał uklęknąć, pocierając bolący łokieć. Na moment
zapaliło się zimne, rtęciowe światło, odbijając się w stalowym kastecie
o groźnym wyglądzie. W jego szyi eksplodował ból. Miał wrażenie, że cios
zgniótł mu tchawicę. Upadł jednak ostrożnie, podciągając kolana pod
brzuch.
- Wstawaj, synu. Nie mam zamiaru cię nieść. Ruszaj się.
Ktoś trącił go lekko w żebra. Truck skupił się na bólu szyi.
- Ruszaj się... - Napastnik odwrócił się i zawołał w stronę ciemnego
otworu bramy: - Pomóż mi! Obrzyga mi stopy!
Jeszcze jeden? Jeśli zjawi się ich więcej, będą mogli zmiażdżyć go samą
masą, nie wspominając już o innych metodach.
Pochylili się nad nim. Oparł się mocno rękami o chodnik, złączył stopy i walnął najbliższego obcasami w usta.
Nieźle. Przykucnął, gotowy zadawać kolejne ciosy, i zachichotał. Można
to było też wziąć za jęk. Udał, że wstaje, lecz zamiast tego złapał
drugiego mężczyznę za udo, szukając punktu uciskowego.
- Teraz ty się przewrócisz.
Podciągnął stopy pod siebie, przygotowując się do wstania, gdy nagle coś
walnęło go w nerki. Stęknął z bólu, poleciał do przodu, wymachując
rękami, i potknął się o pierwszą ofiarę. Odwrócił się, chcąc zobaczyć,
co uderzyło go tak mocno. Cofnął błyskawicznie głowę i przetoczył się na
bok od mężczyzny z kastetem, gdy w pierś trafiła go czyjaś obuta stopa.
To był sznurowany but o grubej podeszwie i obciążonym nosku. Ten fakt
zaskoczył go tak bardzo, że zapomniał o poruszaniu głową. Po chwili nie
mógł już zrobić nic więcej, niż zwinąć się w kłębek, osłonić twarz
rękami i zastanawiać się nad sytuacją.
Przez pewien czas nie słyszał nic poza cichym szuraniem nóg i urywanym
szumem w głowie, mówiącym mu, że John Truck ma coś wspólnego z tym, co
się dzieje. Nie wiedział jednak, ilu ludzi go kopie ani dlaczego to
robią. Zaczął się bać, że nie przestaną.
W końcu jednak dwóch napastników postawiło go na nogi i pół
poprowadziło, pół powlekło w stronę poobtłukiwanego czarnego pojazdu
stojącego po drugiej stronie ulicy. Truckowi wydawał się wielki jak
pancernik Floty, ale nawet we dwóch nie mogli się uporać z wepchnięciem
go do środka.
- Chyba się porzygam - poskarżył się żałośnie, ale go zignorowali.
Gdy byli tym zajęci, z Bread Street wynurzył się lewis phoenix. To był
późny model, wszystkie osiem świateł drogowych paliło się jasno. Pojazd
zatrzymał się w poprzek East Thing, końcem w ich stronę.
- Lepiej stąd zmiatajcie, chłopaki - odezwał się Truck. Rozpostarł
szeroko nogi, zwisł bezwładnie, uderzył obydwoma łokciami i ugryzł dłoń,
która za bardzo zbliżyła się do jego oczu.
Puk, puk, puk, zastukały obcasy.
- Zostawcie go - rozkazała Angina Seng radosnym, choć nieco napiętym
głosem. W obu rękach ściskała groźnie wyglądającego chambersa. Czyżby
jej duże, kościste ciało drżało? Właściwie nie był w stanie zauważyć
zbyt wiele. Na domowe ubranie zarzuciła ciemny płaszcz.
Cisza.
Truck splunął krwią na jezdnię.
- Na razie nie strzelaj - mruknął. Wnętrze jamy ustnej miał spuchnięte i raz po raz gryzł się niechcący w policzek. - Najpierw chciałbym się
pobawić jednym z ich kastetów.
Odsunęli się, łypiąc na niego ze złością. Dzielna Angina odprowadzała
ich spojrzeniem, gdy oddalali się w stronę portu. Byli ubrani niemal jak
koloniści. Schowała pistolet miotający i pomogła Johnowi wsiąść do
phoenixa.
- No cóż, kapitanie Truck, można by pomyśleć, że przynajmniej swoich
zostawią w spokoju - odezwała się. - Mam otworzyć okno?
John milczał. Bolał go jeden z dolnych kłów, a poza ostrożną eksploracją
wnętrza jamy ustnej jego uwagę pochłaniało wsłuchiwanie się w szum
wiatru.
- Jak pan sobie życzy.
Uśmiechnęła się do niego zachęcająco.
dwa
dwa
Długa nierozumna wędrówka
"Kosmoportowej Annie" Truck
- Gdzie mnie pani przywiozła? - zapytał nieufnie.
Właściwie było mu wszystko jedno. Wyglądał okropnie. Siedział bezwładnie
w kabinie windy, wydatny podbródek opadał mu na pierś, a włosy miał
brudne i skołtunione.
- Gdzie mój kapelusz? Nie mogę nigdzie chodzić bez kapelusza.
Drżał pod wpływem szoku. Miał opuchnięte wargi, a wielki siniak ciągnął
mu się od lewego ucha aż po bark i obrzęknięte węzły chłonne na szyi. Co
prawda nie było w tym nic nowego. Wsunął z przygnębieniem palec w wielkie rozdarcie w kurtce z wężowej skóry.
- W tym kapeluszu nie było nic złego. Jezu, nienawidzę wymiotować.
Angina Seng uśmiechnęła się do niego ze współczuciem. A przynajmniej
miał nadzieję, że to współczucie.
- Pomyślałam sobie, że po tym, co się wydarzyło, będzie pan miał ochotę
porozmawiać z moim sponsorem - wyjaśniła. - Gdy pozna pan wszystkie
fakty, może pan zmienić zdanie w sprawie tej roboty.
To był oczywisty afront.
- Fakty. - Zachichotał. - Sponsor. Ho, ho.
Wlepił pełne złości spojrzenie w ścianę nad jej głową. Zapadła krępująca
cisza.
- Dlaczego stał się pan taki? - zapytała nagle.
Pieprz się.
- Nie rozumiem, o co pani chodzi - odparł.
Nie rozmawiali już więcej, ale kobieta nie wydawała się przygnębiona.
Zachowując się jak owczarek, który merda ogonem, nie mogąc się doczekać
pochwał pasterza, zaprowadziła go z windy do recepcji. Następnie
zniknęła za nieoznakowanymi drzwiami, zostawiając go samego w sali
pełnej pseudoantycznych dywanów, pokrywających podłogę jak delikatna
pleśń, oraz ruchomych rzeźb, którym starannie nadano optymalnie mdły
charakter, by stały się przykładem kastracji sztuki epoki. Krzeseł tu
nie było. Nie przejąłby się, gdyby nigdy już nie zobaczył Anginy.
Wszyscy wydziedziczeni i zbłąkani boją się sal recepcyjnych. Zastanawiał
się nad możliwością natychmiastowego powrotu do Klubu Kolonisty, ale
wiedział, że zapewne jest już na to za późno. Przypływy losu zaniosły go
w to miejsce i na razie był tu rozbitkiem. Zerknął lubieżnie na
recepcjonistkę, która siedziała za klawiaturą swego terminala, długonoga
i niedostępna - dla przegrywów - jak każda księżniczka lodu.
Odwzajemniła jego uśmiech, ponieważ w tym roku zasady uprzejmości
wymagały, by być uprzejmym dla wykluczonych. Podrapał się po głowie.
- Nie przychodź z tym do mnie! - zawołał ktoś w oddali. - Mówiłem ci, że
nie mogę odpowiadać za próbki klastrowe! - Drzwi otworzyły się i zamknęły. - Idź się jej podlizać - dodał wyraźniej ten sam głos.
- Może pan wejść, kapitanie Truck - odezwała się recepcjonistka.
Do tej chwili nikt nie dał mu możliwości wyboru. Nagle przypomniał sobie
wielkiego chambersa Anginy Seng i zadał sobie pytanie, jak znaczną część
jej siły przyciągania reprezentowała broń. Czy to pistolet go tu
trzymał?
- Widzę, że nie zapomniała pani o pasie cnoty - odpowiedział. - Tak z ciekawości, gdzie właściwie jestem?
Uśmiech zniknął z jej twarzy. W tym roku zasady uprzejmości wymagały, by
wykluczeni starali się być sympatyczni dla tych, którzy okazują im
sympatię.
- W izraelskim konsulacie - odparła. - Sądzę, że nie powinien pan mówić
ludziom takich rzeczy.
Ale on już wszedł do środka przez nieoznakowane drzwi.
- Może pani o tym zapomnieć, panno Seng! - zawołał. Rzecz jasna, nie
było jej tam. - A niech to!
Odwrócił się, by odejść, ale jakiś ciekawski, zdradziecki element jego
natury skłonił go do zatrzaśnięcia drzwi i zwrócenia się w stronę
drugiej przebywającej w pomieszczeniu osoby.
Generał Alice Gaw przeszła już menopauzę, ale nadal trzymała się dobrze.
Kiedyś służyła w próżniowych komandosach, później w Żandarmerii Floty, a obecnie kierowała militarnym ramieniem IRŚ i jej uprawnienia dawały jej
carte blanche we wszystkich sprawach dotyczących bezpieczeństwa połowy
świata. Odznaczona licznymi orderami i wszędzie witana owacyjnie kobieta
była ongiś jednym z sześciu "opiekunów" przedwcześnie zakończonego
eksperymentu, jakim było Środowisko Więzienne. Było ono jednym z wielkich mitów zewnętrza, na jego podmokłych traktach roiło się od
ghuli, a jego krypty wypełnione potępionymi duszami krążyły po gotyckich
zacieśniających się orbitach wokół monstrualnego słońca ich niewinności.
Zarządzali nimi grzyboludzie, mający elektryczne pastuchy zamiast rąk
oraz maszyny do elektrowstrząsów w miejsce głów. Plotki głosiły, że w końcu je zamknięto, ponieważ wzbudziło odrazę tych samych elementów w IRŚ, które przedtem domagały się jego utworzenia. Według tych samych
pogłosek Alice Gaw była jedyną z szóstki zarządców, która żałowała tej
decyzji.
Była niska i masywnie zbudowana. Rękawy munduru Armii Kobiecej zawsze
nosiła podwinięte, by odsłonić spierzchnięte, muskularne przedramiona.
Miała brutalne poczucie humoru pielęgniarza ze szpitala
psychiatrycznego. Truck wiele o niej słyszał. Noszona przez nią na oku
przepaska była osobliwością znaną w całej Galaktyce, a dłonie miała
masywne i szerokie. Biła od niej gwałtowna, niejednoznaczna energia
seksualna, bardziej niepokojąca ze względu na fakt, że kobieta była jej
w pełni świadoma, niż przez samo jej działanie.
Wywodziła się w prostej linii od typowego owocu dwudziestego wieku,
"dyrektora ds. bezpieczeństwa narodowego", a jej talent do podejmowanych
ad hoc decyzji politycznych był niemal równie zdumiewający jak
szybkość, z jaką awansowała w hierarchii IRŚ. Wlepiła w Trucka
spojrzenie jedynego oka barwy betonu.
- Chcę z tobą porozmawiać, chłopcze, a nie mogę tego zrobić, dopóki
wreszcie nie usiądziesz - oznajmiła, szczerząc zęby w uśmiechu.
Klapnęła niezgrabnie na najbliższe krzesło, jakby chciała dać mu
przykład, i założyła nogę na nogę, świetnie zdając sobie sprawę, że
odsłania w ten sposób znaczną część potężnego uda. Miała żylaki.
- Nie wiem, o co chodzi, ale odmawiam - odezwał się Truck. - Dość już
się nasłużyłem we Flocie. Mam świadectwo zwolnienia ze służby... Nie
wygląda pani na przedstawicielkę rasy wybranej, pani generał - dodał
nieostrożnie, próbując stłumić uczucie niebezpiecznie przypominające
panikę. Zdołał nawet wzbogacić te słowa insynuacyjnym śmieszkiem.
Generał Gaw tylko poprawiła z westchnieniem przepaskę na oku. Jej
tlenione włosy były przycięte na wysokości ucha, a nos złamała sobie
podczas akcji policyjnej na Drugiej Webera.
- Ja też cię nie lubię, synku, ale nie przechwalam się tym głośno. Nie
uda ci się mnie sprowokować. Daj sobie z tym spokój. Jestem
przedstawicielką Rządu Światowego i wykonuję swoje zadanie. Jeśli masz
choć odrobinę rozsądku, nie będziesz mi tego utrudniał. Nie pozwoliłabym
ci nawet się zbliżyć do tego gabinetu, gdyby to nie było absolutnie
konieczne.
Przyjrzała się z niesmakiem jego ubraniu.
- Nie potrafię uwierzyć, że przyjęliśmy cię do Floty - stwierdziła. -
Boże, musiała być w totalnej rozsypce.
Mimo swych najszczerszych postanowień czuł się skrępowany.
- Panuje pani nad połową świata, pani generał, ale to nie jest ten
świat. Druga połowa Ziemi nie należy do pani i nie sprawuje pani tam
władzy. A jeśli chodzi o resztę Galaktyki, nie ma tam pani żadnych
uprawnień. Gada pani od rzeczy.
- Władamy cywilizowanym światem. Sprawujemy nadzór nad cywilizowanymi
koloniami. Gdyby nie bezpieczeństwo, które wam zapewniamy, szczury
twojego rodzaju miałyby znacznie mniej wolności słowa. Gdyby na moim
miejscu siedział przedstawiciel ZSRA, to czy z nim również przerzucałbyś
się słówkami? W Galaktyce jest trzysta miliardów ludzi i tylko jeden
procent z nich to nasi obywatele. Reszta ma nad nami przewagę liczebną,
a w dodatku mamy coś, czego wszyscy chcą. Interesuje nas wszystko, co
dzieje się w innych światach.
Truck wzruszył ramionami. Tak czy inaczej, poniesie go nurt wydarzeń.
Pozostało mu tylko sprawdzić, w którym kierunku. Z głębin jego umysłu
wyłoniły się nagle dwie odrębne wizje...
Przypomniał sobie Negew - upał oraz nudę przerywaną jedynie krótkimi,
gwałtownymi potyczkami z infiltratorami ze Związku Socjalistycznych
Republik Arabskich, głuchy huk chambersów oraz straszliwy gniew, który w nim narastał, gdy sobie uświadamiał, że strzelają do niego. Ujrzał
również wypełnione trupami statki krążące wokół Cor Caroli w Psach
Gończych, ich zimne, widmowe trajektorie, lśniące bladym, mlecznym
światłem, plastikowe skrzynie pełne martwych dzieci, szeregi martwych
dorosłych bez jakiegokolwiek opakowania, rany wpatrzone w niego niczym
oczy. Czuł ich zapach.
- Proszę mówić dalej - rzekł. - Ma pani coś dobrego do palenia? Trudno.
- Musisz słuchać trochę uważniej, chłopcze.
Poruszyła nogą, stukając nią w stół. Truck splótł dłonie na kolanach i poruszał machinalnie palcami. Zanosiło się na długą rozmowę.
- Nie wiemy zbyt wiele - zaczęła generał Gaw - o dawnych mieszkańcach
układu planetarnego Centaura. Byli pierwszym z tak zwanych
cywilizowanych gatunków, który zderzył się z czołem fali ekspansji
ludzkości. Przed dwoma stuleciami przestali istnieć jako spójna grupa.
Temu wydarzeniu nadano później nazwę "Zagłady Centauryjczyków". Zamknij
się, Truck. Za mało rozumiesz, by twoja opinia mogła mieć dla mnie
jakiekolwiek znaczenie. Tę nazwę ukuli ówcześni intelektualiści. W zasadzie jestem zwolenniczką intelektualistów, ale nie bez zastrzeżeń.
Tak czy inaczej, nie da się zaprzeczyć, że to była poważna trauma dla
ludzkości. Gdy skończyliśmy ekscytować się poczuciem winy, okazało się,
że ocalali Centauryjczycy uciekli jak szczury i rozproszyli się po nowo
skolonizowanych planetach. Zasymilowali się dość szybko. No wiesz,
brakowało im motywacji. Ich kultura była słaba. Byli podobni do nas, do
tego stopnia, że sugeruje to wspólne pochodzenie. W gruncie rzeczy
odkryto, że dwa na trzy mieszane związki są płodne, czy jakieś podobne
obrzydlistwo. Nie pochodzili z układu planetarnego Centaura, ale nigdzie
indziej nie znaleziono ich śladów. Dlatego pojawiły się spekulacje, że
przybyli tam z Ziemi, co wywołało niezłe zamieszanie. Ale cały ten syf w końcu się wypalił i zrodziła się z niego przynajmniej jedna interesująca
myśl. Hipoteza rywalizacji o nisze Marsdena opisuje Galaktykę jako
ekosystem, w którym poszczególne gatunki gwiezdnych wędrowców są
odpowiednikami gatunków bytujących w planetarnej ekosferze. Rywalizacja
między cywilizacjami wymagającymi takich samych środowisk jest
nieunikniona, naturalna i bezlitosna. Tak jest, wierzę w to. Nieważne.
Nie próbuj mieszać mi w głowie. Jedziemy dalej. To dziwne, ale
Centauryjczycy wcale nie musieli przegrać wojny. Nie mogli jej wygrać,
ale opierali się nam przez piętnaście lat. Jednakże w końcu nagle
przestali przechwytywać nasze pociski wielogłowicowe wchodzące w atmosferę. Po trzech dniach Siódma Centaura obróciła się w gruzy. W tamtych czasach dobrze sobie radziliśmy z taką robotą. Ale posłuchaj,
Truck. Mieliśmy na dole siatkę agentów. Biedne skurczybyki musiały żyć
jak Centauryjczycy, wszystko to jest w archiwach. Agenci wysyłali
meldunki aż do chwili, gdy Siódma Centaura dała za wygraną. Powiedz mi,
chłopcze, dlaczego popełnili samobójstwo, mimo że właśnie skonstruowali
broń, która ich zdaniem mogła rozstrzygnąć całą awanturę na ich korzyść?
Zastanów się nad tym, podczas gdy będziemy rozmawiali o tobie. Urodziłeś
się w okolicach Pontisportu na Papudze, w ustępie w piekarni. Twoja
matka pracowała dorywczo jako portowa kurwa, była jedną z uchodźców z Drugiej Webera, którzy przybyli tu w lodówkach na statkach Carling Line.
Wstrzykiwała sobie aktywatory adrenochromu, połączone z rybosomami
miejscowego gatunku nietoperza. Prosiła o terapię, ale władze portu
wpisały ją już na listę osób przeznaczonych do odesłania. Nie pytam cię
o żadną z tych rzeczy. Po prostu cię informuję. Wiem o tobie więcej niż
ty sam. Kosmoportową Annie Truck odesłano na Ciężkie Gwiazdy sześć
miesięcy po twoich narodzinach. Rzecz jasna, aktywatory adrenochromu
przenikają przez łożysko i trzeba cię było od nich odzwyczaić. Zostawiła
cię na planecie. Czy czasami śnią ci się nietoperze? Ale najważniejsza
informacja dotycząca Annie brzmi tak, że była Centauryjką czystej krwi.
O ile potrafimy to ocenić statystycznie, szansa, że była ostatnią
stuprocentową przedstawicielką swego gatunku w całej Galaktyce, wynosi
dziewięćdziesiąt cztery procent. Na koniec, przynajmniej jeśli chodzi o tę sprawę, jej geny z jakiegoś powodu były dominujące. Gdybyś kiedyś
przeczytał książkę, mógłbyś się domyślić, że budowa twoich kości i proporcje ciała są w przeważającej części centauryjskie. Twój ojciec
miał słabe geny, kimkolwiek był. Za chwilę to przestanie ci się wydawać
takie zabawne, chłoptasiu. Wróćmy do wojny centauryjskiej. Możesz ją
sobie nazywać Zagładą, jeśli chcesz. Dla mnie to naprawdę bez różnicy.
No wiesz, ich broń istnieje naprawdę. Wtedy raporty wywiadu nas
niepokoiły, ale teraz mamy inne powody. Znaleźliśmy ją, Truck. Jakiś
cholerny szalony archeolog odkrył ją w bunkrze zakopanym pięć kilometrów
pod powierzchnią Siódmej Centaura. To najwredniejsza kryjówka, jaką
widziałam w życiu, a widziałam naprawdę dużo. Znaleźliśmy broń, ale nie
umiemy się nią posługiwać. Nie potrafimy się nawet do niej zbliżyć.
Nasze instrumenty nie dają nam żadnych odczytów. Widziałam ją na własne
oczy. Sprawia wrażenie na wpół rozumnej. Potrafisz to sobie wyobrazić,
Truckie? Myśląca bomba? Potrzebujemy twoich genów. Centauryjczycy dali
za wygraną, nie używając broni, to fakt, ale wbudowali jej kody
operacyjne w chromosomy swych nienarodzonych bachorów. Liczyli na to, że
później wrócą, jak pies do wymiocin. Bomba nie wybuchnie bez
Centauryjczyka. Annie zmarła dwadzieścia lat temu, a ty jesteś jedynym,
którego zdołaliśmy znaleźć.
Truck zastanawiał się nad tym wszystkim przez chwilę. Czuł trochę
cierpkiej sympatii dla portowej damy z Drugiej Webera. Łatwo mu było
uznać, że jego narodziny były błędem, skutkiem chwilowej nieuwagi. Ale z drugiej strony, czy to możliwe, że na Papudze Annie Truck uległa
podświadomemu pragnieniu? Może chciała się podzielić, stworzyć nowy
wektor, mniejszą wersję siebie - jakby pomnożenie możliwości było w stanie przyśpieszyć koniec jej nierozumnej wędrówki. Jakby mógł zyskać
coś, co ona utraciła.
Po monologu generał Gaw zapadła długa cisza. Kobieta wlepiła w niego oko
i nie chciała odwrócić wzroku. Wszyscy koloniści są okropnie
sentymentalni. Wreszcie John wstał z krzesła i spojrzał na nią z góry.
- Jaką korzyść będziemy mieli z tego, że rzucicie tę swoją bombę? - Nie
był pewien, w czyim imieniu pyta. Dotknął palcem dziury w kurtce. - I na
kogo zamierzacie ją rzucić?
- Spodziewałam się tego pytania, Truck - odpowiedziała. - Wystarczy
spojrzeć na to, jak się ubierasz. Możesz dać sobie z tym spokój. Nie
potrzebuję tego.
Odwrócił się do niej plecami.
- Wykryliśmy dwóch agentów ZSRA w ekipie, która odkryła Urządzenie
Centauryjskie - ciągnęła. - Był też trzeci, ale zorientowaliśmy się
dopiero, gdy już zwiał. Taka jest stawka, kaczuszko. Zawsze taka jest.
Dotarł do drzwi, a nawet dotknął klamki, ale ponownie odwrócił się w stronę kobiety.
- Byłem na Morfeuszu - oznajmił. - Wysyłałem trupy na orbitę cmentarną
wokół Cor Caroli. Widziałem materiały filmowe z Drugiej Webera. Rozumie
pani, nie dbam o to, czy wy i Arabowie rozwalicie się nawzajem na drobne
kawałeczki. Ale ładowałem na te statki ludzi, którzy nigdy nawet o was
nie słyszeli.
Siedziała sobie na krześle, spokojnie i niedbale. Uda miała potężne i brzydkie, a jej błyszczące oczy miały nieustępliwy wyraz. Zaczynał bać
się jej samej bardziej niż tego, co sobą reprezentowała.
- Ta próba porwania miała mnie przekonać, że Arabowie również chcą ze
mną porozmawiać? - zapytał. - Liczyliście na to, że dzięki temu łatwiej
przyjmę waszą ofertę? Nie róbcie tego więcej. Następnych zabiję. Daję
słowo. Nikt poza Żandarmerią Floty nie nosi sznurowanych butów. No wie
pani, głupio się w nich wygląda. Żaden kolonista nigdy nie włożyłby
czegoś takiego. Arabowie mają przynajmniej tyle rozsądku, że ubierają
swoich ludzi jak trzeba.
Roześmiała się, gwałtownie i serdecznie.
- Mówiłam tej durnej suce, że to się nie uda. Będę musiała z nią
pogadać. - Wyprostowała nogi i pochyliła się do przodu. - Nie mogę
powiedzieć, żebym się tego nie spodziewała. Potrzebujemy cię i byliśmy
gotowi zapłacić za twoje usługi, ale teraz nie będzie już żadnych ofert.
Truck otworzył drzwi.
- Znalazłeś się na mojej czarnej liście i jestem gotowa powiedzieć ci to
otwarcie. Daję ci dwadzieścia cztery godziny na rozważenie sprawy. Potem
każę cię aresztować. Gdziekolwiek będziesz. Pod zarzutem handlu
medycznymi zapasami Floty podczas twojego ostatniego pobytu na Ziemi.
Potrafię to udowodnić. A jeśli postanowisz być grzeczny, znajdziesz mnie
tutaj. Do widzenia, chłopczyku.
Truck cicho zamknął za sobą drzwi.
Wrócił do Klubu Kolonisty. Czuł się tak, jakby nagle musiał wziąć za
kogoś odpowiedzialność. Dlaczego Annie Truck i jej nałóg miałyby
obciążać jego sumienie? To była dziwna zamiana ról, ale w świetle lamp
zewnętrza wszelkie postacie zależności były możliwe. Tak właśnie Annie
pojawiła się w jego życiu, a on ją zaakceptował.
Tiny Skeffern kończył już występ, i to raczej bez uczucia. Umilkły tony
Fencyklidynowego snu, który zawsze grał na bis; basista, perkusista i większość widzów zwinęli już manatki i poszli do domu, ale chudy jak
szkielet kolonista siedział za klawiaturą syntezatora H-Line, będącego
własnością Klubu, i wydobywał z niego piskliwe dźwięki, podczas gdy Tiny
grał wysokie nuty, poruszając medytacyjnie palcami. Słuchali ich tylko
naćpani i nieustępliwi, zastanawiając się, czym innym mogliby się zająć
o czwartej trzydzieści rano w dzień Świętego Kryspina na Czwartej Sad al
Bari.
Gdy ostatni z nich wyleźli na ulicę, w przerwach między budynkami
pojawiło się już brudnobrązowe światło, a rtęciowe latarnie przygasały.
Od czasu do czasu obok drzwi Klubu Kolonisty przechodził jakiś dostawca
towaru, mrugający sennie podczas drogi na spotkanie nowego dnia. Tiny
wyłączył cały sprzęt i ostrożnie schował fendera w twardym futerale.
Klepnął w ramię faceta przy syntezatorze, ziewnął i ruszył w drogę,
powłócząc znużonymi nogami.
- O kurde.
Świtowi zawsze towarzyszy szczególny rodzaj zimna. Wszystkie nocne
przegrywy znają go i szanują za jego uzdrawiające i pobudzające
właściwości. Drżący z chłodu Truck i Tiny uśmiechnęli się do siebie,
zgarbili i ruszyli w stronę portu oraz Mojej Elli Speed. Dął wiatr
kompasowy, czyhający na nich na skrzyżowaniach ulic albo wypadający ze
świstem zza magazynów. Gdy do tego dochodziło, Tiny zrywał się do biegu,
wymachując futerałem z gitarą i kopiąc walające się na ulicy odpadki.
- Hej, popatrz - odezwał się nagle. - To Otwieracz.
Wzdłuż Bread Street człapał ku nim chwiejnie ogromny mężczyzna o płaskich stopach, spowity w płaszcz śliwkowej barwy. Głowę miał łysą i okrągłą, a rysy twarzy tak wygładzone, że widziało się zaledwie sugestię
ust, nosa i podbródka. Oczy kryły się głęboko w fałdach ciała. Płaszcz
miał rozpięty od przodu.
To rzeczywiście był Otwieracz - członek osobliwej sekty wierzącej, że
otwartość procesów cielesnych jest jedynym prawidłowym sposobem
oddawania czci Bogu (o którego istnieniu zapewniają szczerze i często),
ponieważ owe procesy, choć tylko dzięki ich reprezentacji w korze mózgu,
są analogią funkcji psychiki.
Gdy wiatr rozsuwał jego płaszcz, można było zauważyć, że pod spodem jest
nagi. Całe ciało miał gładko wygolone, tak samo jak głowę, a jego skóra
przypominała różowy, błyszczący polimer. Na wysokości płuc, żołądka i jelit miał grube, plastikowe okna, które Otwieracze wszczepiali sobie
chirurgicznie, by odsłonić procesy wewnętrzne. Otaczały je fałdy
stwardniałej skóry, a nic z tego, co działo się za nimi, nie wyglądało
przyjemnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki