Urwisko - Robert Małecki

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (21,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

To nie wy­glą­dało na ła­godną i szybką śmierć.

Roczna dziew­czynka bez­gło­śnie pła­kała. Pot spły­wał jej po czer­wo­nej z wy­siłku twa­rzy. Pro­sto­wała drżące rączki, wy­gi­nała ciało w łuk, pró­bu­jąc się uwol­nić z cia­sno za­pię­tych pa­sów fo­te­lika sa­mo­cho­do­wego.

Prze­ra­żona ko­bieta nie­mal od­sko­czyła od szczel­nie za­mknię­tego auta, wy­sta­wio­nego na sło­neczny żar. Miało już być po wszyst­kim.

Tym­cza­sem mała wciąż żyła.

Kil­ka­na­ście mi­nut wcze­śniej tam­tego czwart­ko­wego przed­po­łu­dnia, w naj­go­ręt­szy dzień czerwca dwa ty­siące sie­dem­na­stego roku, ci­szę za­kłó­ciły krót­ko­trwały ter­kot sil­nika oraz od­głos dra­pa­nia wy­so­kich traw o pod­wo­zie. Sa­mo­chód po­to­czył się w dół po sta­rej grun­to­wej dro­dze i za­trzy­mał w po­bliżu ta­fli wody przy za­po­mnia­nym przez świat żwi­ro­wi­sku.

Zgrzyt­nął ręczny, a po­tem ci­sza znów na mo­ment wy­peł­niła to miej­sce.

Prze­rwało ją głu­che trza­śnię­cie drzwi.

Ko­bieta za­pa­mię­tała, o któ­rej wy­sia­dła z auta, lecz stres spra­wił, że chwilę póź­niej stra­ciła ra­chubę czasu.

Ode­szła kilka me­trów da­lej, kuc­nęła w żół­tej pla­mie syp­kiego pia­sku i zmu­siła się do wol­nego re­cy­to­wa­nia tek­stu pio­senki, którą usły­szała rano w ra­diu. Wo­lała cięż­sze dźwięki, ale ten po­powy utwór za­gnieź­dził się w jej gło­wie i co rusz od­twa­rzał się na nowo. Pod­dała się tej me­lo­dii, bo tylko w ten spo­sób była w sta­nie za­trzy­mać na­tłok my­śli.

Po­wtó­rzyła pierw­szy wers i drugi, ale ten trzeci, jak na złość, ule­ciał jej z pa­mięci.

- Po­ko­chać cię, mój Char­lie, Char­lie. Tak czu­łam, że mocna to rzecz - szep­tała nad wodą ko­lejny już raz, jakby to miało spra­wić, że zgu­bione słowa same ją od­najdą. Tym­cza­sem czarna dziura w pa­mięci roz­ra­stała się do mon­stru­al­nych roz­mia­rów.

Ni­jak nie umiała so­bie przy­po­mnieć frag­mentu tek­stu.

Może to przez ten upał, po­my­ślała.

Pro­mie­nie słońca obez­wład­niały, a w za­głę­bie­niu te­renu nie było na­wet skrawka cie­nia. Woda, po­kryta rzęsą przy za­ro­śnię­tych brze­gach, nio­sła mdły za­pach i skądś, być może z po­bli­skiej kępy dzi­kich traw, do­bie­gało ba­sowe brzę­cze­nie much.

Strużka potu po­to­czyła się po skroni, bluzka przy­le­piła się do ple­ców.

Za­mknęła oczy i pró­bo­wała prze­trwać.

I wtedy to się stało.

Ci­szę prze­rwał gło­śny sy­gnał te­le­fonu. Serce za­biło jej szyb­ciej, apa­rat omal nie wy­padł z drżą­cych rąk.

Od­rzu­ciła po­łą­cze­nie, cho­ciaż miała ochotę po­ga­dać. Po­czu­łaby się le­piej, za­bi­łaby czas. A tak jej my­śli wciąż za­przą­tał ten cho­lerny trzeci wers pio­senki, za­gu­biony gdzieś w sy­nap­sach.

W przy­pły­wie zło­ści się­gnęła po ka­mień, le­żący obok jej nogi, i ci­snęła go w wodę. Chlup­nęło, okręgi fal roz­bie­gły się do brze­gów i ta­fla wody znów znie­ru­cho­miała.

Może to już?

Po­my­ślała, że po­winna już je­chać.

Na wszelki wy­pa­dek od­cze­kała jesz­cze chwilę. Z za­mknię­tymi oczami od­li­czyła do trzy­dzie­stu i w końcu po­de­szła do sa­mo­chodu.

Szarp­nęła za przed­nie drzwi.

Go­rące po­wie­trze na­gro­ma­dzone w au­cie sma­gnęło ją po go­łych no­gach, jakby otwo­rzyła wrota pie­kieł i uwol­niła wrzącą lawę. Wraz z cie­płem w noz­drza ude­rzył ją ciężki i kwa­śny odór mo­czu.

Z tru­dem po­wstrzy­mała tor­sje i po­otwie­rała po­zo­stałe drzwi.

Znowu mu­siała po­cze­kać, aż wnę­trze nie­wiel­kiego po­jazdu się wy­chło­dzi. Cho­ciażby odro­binę, byle nie czuć tego smrodu.

Wie­rzyła, że Bóg, je­śli gdzieś jest, wy­na­gro­dzi jej te wszyst­kie stresy. Prze­cież ro­biła to z mi­ło­ści.

Po­czuła, że coś łazi jej po ra­mie­niu i kie­ruje się w stronę oboj­czyka. Chciała strą­cić owada, lecz zdą­żył od­le­cieć, więc do­tknęła tylko swo­jej wil­got­nej od potu skóry. Po chwili na­tręt wró­cił. Znów pac­nęła dło­nią i tym ra­zem udało jej się zgnieść nie­wiel­kiego ro­bala o wą­skim od­włoku za­koń­czo­nym dwoma dłuż­szymi wło­skami.

Wzdry­gnęła się z obrzy­dze­nia.

Uznała, że nie zo­sta­nie tu ani chwili dłu­żej. Po­za­my­kała drzwi, usia­dła na roz­grza­nym fo­telu i mimo że kie­row­nica wciąż była go­rąca, prze­krę­ciła klu­czyk w sta­cyjce.

Pu­ściła sprzę­gło i wy­co­fała auto w górę po nie­rów­nej po­chylni. Tam na­wró­ciła, a dwie­ście me­trów da­lej, kiedy wje­chała w las i prze­krę­ciła lu­sterko wsteczne, by nie wi­dzieć ob­razu tyl­nej ka­napy, znów coś usia­dło jej na szyi.

Wci­snęła pe­dał ha­mulca do oporu, aż opony wgry­zły się w żwir.

Sa­mo­cho­dem szarp­nęło.

Wy­sko­czyła na drogę i cała się otrze­pała.

Do­piero gdy była pewna, że nic jej nie grozi, wró­ciła do auta. Na wszelki wy­pa­dek obej­rzała się w prze­krzy­wio­nym lu­sterku i na­gle zo­ba­czyła, że taki sam pa­skudny owad znowu po niej spa­ce­ruje.

- Spier­da­laj! - Chciała go za­bić, ale i tym ra­zem był szyb­szy.

Uciekł do tyłu.

Naj­waż­niej­sze, żeby dał jej już spo­kój, bo mu­siała się sku­pić.

Po­pra­wiła włosy i wy­je­chała z za­cie­nio­nego le­śnego traktu na za­laną słoń­cem as­fal­tową drogę.

Wszystko szło zgod­nie z pla­nem.

Dla­tego zdo­była się na uśmiech i włą­czyła ciężką mu­zykę.

Do­kład­nie taką, jaką lu­biła naj­bar­dziej.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki