Urszula - Anna Sakowicz

Reflow text when sidebars are open.
Pod koniec stycznia czterdziestego czwartego roku miasto obiegła informacja, że Rosjanie przerwali niemieckie oblężenie Leningradu, w którym brał udział między innymi 25. Pułk Piechoty ze Stargard in Pommern. Od wielu miesięcy więc po kątach kamienicy Kliemków niósł się szloch pokojówki, która na froncie wschodnim najpierw straciła najmłodszego brata, a potem średniego. W powietrzu czuło się też ogromne napięcie, bo od wielu miesięcy nie docierały żadne listy od Alexandra. Ostatnia wiadomość i zdjęcie przyszły ponad pół roku temu. Muzyk w mundurze pośród swoich kolegów pozował na tle drogowskazu informującego o tym, ile kilometrów dzieli ich od Stargard in Pommern. Na fotografii Alex wyglądał na wyczerpanego, choć uśmiechał się do obiektywu, dźwigał kąciki ust prawdopodobnie z trudem. Miał na głowie grubą żołnierską czapkę, a jego policzki wyglądały na ogorzałe od zimna. Wydawało się też, że mężczyzna schudł i postarzał się, miał teraz pociągłą twarz, jej rysy nabrały wyraźnej ostrości.
Leonie codziennie wypatrywała listonosza, a Urszula wypatrywała, czy czasem młoda Engel nie odbiera poczty. Za każdym razem, gdy Briefträger mijał ich kamienicę, obie czuły rozczarowanie, ale też ulgę, bo w ostatnich miesiącach do sąsiadów wciąż przychodziły depesze zawiadamiające o czyjejś śmierci. Trudno było więc myśleć, że ta wojna jest jeszcze do wygrania. W domu Kliemków morale podupadały, a wiara w wielką Rzeszę kurczyła się z dnia na dzień, choć raczej nikt głośno nie mówił o zbliżającym się końcu.
*
- Posiedźcie tutaj - powiedziała Ula do Ericha i Antka, wskazując im schody. Musiała skorzystać z toalety, a w pobliżu nie było żadnej służącej, która mogłaby popilnować chłopców. - Słyszycie? Żaden nigdzie nie idzie. Rozumiecie?
- Ja, gut - odparł po niemiecku Antoś, a potem złapał Ericha za rękę i mocno ścisnął.
- Heil...
Ula uważnie się im przyjrzała, jeszcze raz powtórzyła polecenie i po chwili zniknęła za drzwiami toalety dla służby. Gdy została sama, przymknęła na moment oczy; była wyczerpana, źle dziś spała. Męczyły ją koszmary. Nie umiała się przyzwyczaić do ciągle zasłoniętych okien i lamp pomalowanych na niebiesko, dających trupio blade światło. Czuła napięcie i czający się w kątach strach. Każdego dnia obserwowała, jak do miasta zbliżała się wojna. Najpierw kroczyła powoli i niepozornie, zaczęła się wyjazdem Mariana, dla stłumienia lęku przyniosła Pervitin, potem powołanie Alexandra, wyjazd Emmy, nieco gorsze jedzenie, zgaszone światła, aż pewnego dnia przyspieszyła i sprowadziła samoloty. Silniki bombowców warczały nad miastem, a ich ryk rezonował z sercem Uli. Nie umiała się uspokoić, bo wyobraźnia podsuwała jej najczarniejsze scenariusze, nakładała je na to, co przeczytała w gazetach o Wieluniu i Polsce, więc w snach widziała siebie i swojego synka z rozłupanymi czaszkami.
Kobieta podciągnęła bieliznę i uniosła głowę, bo nagle usłyszała krzyk:
- Mamo! Mamo!
Natychmiast wyskoczyła z toalety. Antek stał na schodach, ale obok niego nie było drugiego chłopca.
- Gdzie on jest? - rzuciła. - Miałeś go pilnować.
- Jestem mały, on mnie nie słucha... - Dziecko zaczęło szlochać. Ściskało w rączce ściągacz swetra i nawijało go na palec.
- Dokąd poszedł?
- Na dwór.
- Poczekaj tu, nie ruszaj się. Rozumiesz?
Ula nie czekała na odpowiedź syna. Chwyciła z wieszaka wełnianą chustę, narzuciła ją na głowę i plecy, po czym natychmiast wybiegła z kamienicy.
- Erich! - krzyknęła, zaraz jednak umilkła, bo chłopiec daleko nie uciekł.
Stał w bramie i przyglądał się jakiejś rozgrywającej się na ulicy scenie. Ula ostrożnie do niego podeszła i objęła go ramieniem. Chciała cofnąć go do domu, ale ten się zaparł. Wyciągnął palec przed siebie i wskazał na grupę ludzi.
Ulicą dwójkami szli robotnicy przymusowi. Mężczyźni i kobiety z literami "P" na piersiach przesuwali się zrezygnowani w stronę sądu i więzienia. Mieli pochylone głowy, wzrok wbity w ziemię, opuszczone ręce. Niektórzy trzymali łopaty albo inne narzędzia. Od czasu do czasu słychać było szczekanie owczarków niemieckich albo pohukiwania strażników, którzy uderzali albo szczuli psami tych, którzy opóźniali pochód.
- Polacy... - szepnęła, położywszy palce na wargach. Odruchowo szukała znajomych twarzy, ale nie rozpoznała nikogo. - Chodź... - Znów próbowała pociągnąć Ericha, ale chłopak stał jak zaczarowany.
Nagle uwagę wszystkich przyciągnęła kobieta w brązowym płaszczu i kapeluszu. Na przedramieniu miała torebkę. Chwyciła ją w palce, podeszła do grupy robotników i uderzyła nią pierwszą osobę z brzegu. Potem ponownie się zamachnęła i z całej siły walnęła mężczyznę w głowę. Spadająca czapka odsłoniła łysą czaszkę pokrytą strupami.
- Polnische Schweine5! - wrzasnęła kobieta i powtórzyła cios. Robotnik próbował się zasłonić rękoma i iść dalej, ale ona szarpnęła go za rękaw, jakby próbowała wyciągnąć z szeregu. - Polnische Schweine! To przez takich jak wy zginął mój synek! Sprowokowaliście tę wojnę! To przez was! - Uderzyła go w twarz ręką, a potem drugi raz i trzeci. Mężczyzna pochylał głowę, zasłaniał się przed ciosami. - Hitler ma rację: trzeba was wszystkich wybić niczym wszy!
Strażnik z ujadającym psem podszedł bliżej, jednak kobieta nie przestawała szarpać robotnika.
- Zabili mojego synka! Miał dopiero osiemnaście lat! Osiemnaście! - Jej krzyk przerodził się w lament, ale wciąż okładała Polaka, jakby próbowała wyładować na nim całą złość i rozpacz. - Polnische Schweine!
Zdawało się, że wreszcie straciła siły, bo zatrzymała się, zrobiła krok do tyłu i wsunęła rękę do kieszeni. Zaraz jednak znów uderzyła mężczyznę. Ten krzyknął z bólu i złapał się za twarz, a pomiędzy jego palcami wykwitła czerwień, niczym płatki maku rozkładające się na jego brudnej skórze. Natarczywa Niemka chciała powtórzyć uderzenie kamieniem, jednak strażnik kazał jej się odsunąć - chwycił karabin i bez słowa strzelił do robotnika. Ciało mężczyzny bezwładnie osunęło się na ziemię. Kolumna Polaków wciąż przesuwała się niemrawym tempem w stronę sądu i więzienia.
Ula jeszcze mocniej przycisnęła do siebie Ericha.
- Na miłość boską... - szepnęła. - Wracamy do domu. Nie możesz wychodzić beze mnie, słyszysz?
- Polnische... Polnische Schweine - wymamrotał chłopak pod nosem.
5 Niem. - Polskie świnie.
Kilka minut później Urszula razem z dwoma chłopcami wspinała się po schodach w stronę strychu, gdy nieoczekiwanie ktoś zastukał do drzwi. Wystraszyła się, bo oczami wyobraźni zobaczyła strażników z psami, którzy wyciągają ją z domu i każą jej dołączyć do kolumny robotników. Spojrzała za siebie, licząc na to, że któraś służąca w końcu otworzy. Pukanie jednak się powtórzyło, tym razem bardziej niecierpliwe, ponaglające. Kazała więc chłopcom iść do pokoju, a sama zeszła po schodach. Przekręciła klucz w zamku i zamarła.
- Panienka Emma... - szepnęła.
Przed sobą miała opatuloną w grubą żołnierską kurtkę młodszą córkę Kliemków. Dziewczyna latem zeszłego roku zakomunikowała rodzinie, że jedzie na front robić zdjęcia, by upamiętnić bohaterstwo niemieckich żołnierzy. Nie pomogły kłótnie, zakazy ani łzy Hannah. Emma się zaparła niczym osioł i zapowiedziała, że ze zgodą czy bez niej, i tak pojedzie - w końcu była już dorosłą kobietą. Od momentu jej wyjazdu do domu przyszły tylko dwa listy od niej: jeden z Francji, drugi z Polski. Do obu załączone były fotografie uśmiechniętej dziewczyny pozującej na tle albo Wieży Eiffla, albo mniej znanych budynków w jakichś europejskich krajach. W każdym Emma informowała, że jest cała i zdrowa, że nie ma czasu na pisanie, że jak wróci, to wszystko opowie.
- Ula! - krzyknęła dziewczyna i objęła opiekunkę brata, jakby były krewniaczkami. Jak dobrze cię widzieć - szepnęła jej do ucha. - Już myślałam, że nikt mi nie otworzy. A na ulicy właśnie zabili jakiegoś biedaka.
Urszula zadrżała, kiedy poczuła zimno bijące od młodej kobiety. W nosie zakręciła ją mieszanka zapachów: tytoniu, alkoholu, potu i zwykłego brudu, zupełnie niepasująca do córki bogatego kupca.
- Zawiadomię państwa - odparła, wyswobadzając się z uścisku.
Przyjrzała się Emmie. Przybyła miała czerwone policzki, na jednym jakieś stare zadrapanie, spod futrzanej czapki wystawały kosmyki jasnych włosów, a w jej oczach dostrzegła coś, czego wtedy nie potrafiła jeszcze nazwać.
Emma otrzepała buty ze śniegu, zdjęła nakrycie głowy i podała je Polce. Z kieszeni wystawały jej grube rękawice. Te również wyjęła i oddała Urszuli.
- Nie, poczekaj, sama do nich pójdę. Zrobię im niespodziankę. Nie wiedzą, że przyjechałam. Powiedz Annie, żeby przygotowała mi kąpiel - odezwała się pogodnym głosem, a potem poprosiła Ulę o wniesienie bagażu. Za drzwiami w śniegu stały dwie skórzane torby, obie ciężkie, wypchane po brzegi, a na jednej z nich dodatkowo znajdowała się mniejsza. Polka z trudem przeniosła je przez próg i postawiła w sieni obok szafy. W czasie, gdy starała się uporać z pakunkami, Emma wspinała się już po schodach.
Urszula spojrzała jeszcze na jej plecy. Panna Kliemke w niczym nie przypominała tej młodej filigranowej dziewczyny, jaką była, zanim opuściła dom. Opatulona w grube męskie ubranie, nie miała w sobie dawnej delikatności.
Po chwili za drzwiami jednego z pokojów rozległy się radosne krzyki Henry'ego i Hannah, zaraz też dołączyły do nich Leonie i dzieci. Urszula przez moment przysłuchała się temu wybuchowi szczęścia i coś nieprzyjemnie ściskało ją za gardło. Z trudem powstrzymała się od płaczu. Pierwszy raz od bardzo dawna wyobraziła sobie swój powrót na Mirowszczyznę. Usłyszała radość rodziców, rodzeństwa, teściowej i Mariana, niemal fizycznie poczuła ich objęcia i pocałunki, bo przecież czas zawsze zaciera we wspomnieniach to, co złe i nieprzyjemne. Powoli zapominała więc o razach wymierzanych przez męża, o pijanym ojcu, o krzykach w domu, o braku pieniędzy i biedzie, a puste miejsca wypełniały się sentymentem, wyidealizowanym obrazem domu i wsi.
Ula wytarła policzek, a potem ruszyła do pokoju chłopców.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
Wpoprzedniej części (Dom dusz. Leonie i Alexander) poznaliśmy mieszkańców kamienicy znajdującej się na rogu Bahnhofstrasse1 i Hindenburgstrasse2. Dom należy do bogatego kupca, wydawcy Henry'ego Kliemkego i jego żony Hannah. Rodzina ma troje dzieci: Leonie, Emmę i Ericha. Mężem najstarszej córki jest Alexander Engel, muzyk, który stał się głównym bohaterem opowieści. Na drugim planie znalazła się Urszula Konopka, opiekunka syna gospodarzy.
W pierwszej części doszło do masakry w piwnicy teatru. Jej świadkami byli Alexander i jego przyjaciel Hans, który uwiecznił zdarzenia na zdjęciach, przez co na kilka tygodni trafił do obozu koncentracyjnego. Jeden z uczestników masakry Walter Murtke przykładnie został skazany na pięć lat więzienia, a po wyjściu na wolność szuka odwetu na Alexandrze i Hansie. Hans jednak jest już zupełnie innym człowiekiem - pije, zażywa tabletki z metamfetaminą; w końcu jego ciało zostaje znalezione w rzece. Walter obiecuje również zemstę na muzyku, którego życie nieco się skomplikowało. Mężczyzna stracił przyjaciela, wyparł się swoich ciotek - Żydówek, które go wychowały, ożenił się z Leonie (niejako przymuszony do ślubu), wdał się też w romans z Urszulą, która na końcu powieści dowiaduje się, że jest w ciąży. Jej mąż w tym czasie przebywa w Polsce, wybucha wojna, kobieta za namową Henry'ego zostaje w domu Kliemków i nadal opiekuje się Erichem - chłopcem z niepełnosprawnością intelektualną.
W tle oczywiście pojawia się miasto - Stargard in Pommern.
1 Obecnie ulica Wyszyńskiego.
2 Obecnie ulica Czarnieckiego.
Antoni Adam Konopka przyszedł na świat kilka miesięcy po wybuchu wojny, wiosną, kiedy zakwitły bzy, na rabatach się zieleniło, a dzień stawał się coraz dłuższy. Chłopiec pojawił się krótko przed tym, jak Niemcy napadły na Francję, Belgię, Holandię i Luksemburg, i krótko po tym, jak Heinrich Himmler wydał rozkaz założenia w Oświęcimiu obozu koncentracyjnego, a jego komendanturę zaproponował Rudolfowi Hösse, temu samemu, który gościł na przyjęciu u Kliemków i którego na krótko przed wstąpieniem w szeregi SS aktorka Klara Schmidt nazwała nieprzyjemnym typem, a który stał wówczas u progu swojej "wielkiej kariery" rozpoczętej niedaleko Stargard in Pommern, we wsi Sallentin3, a potem kontynuowanej w obozach w Dachau i Sachsenhausen. To "dzięki" jego inicjatywie i pomysłowości na terenie obozu powstały komory gazowe oraz krematoria umożliwiające likwidację dużej liczby ludzi w krótkim czasie.
Antoni Adam Konopka nie wiedział jednak o tym wszystkim - rodził się w bólu i krzyku w niemieckim mieście, a na świat przyjmował go niemiecki lekarz Marvin Lemke, który ze względu na znajomość z Henrym Kliemkem zgodził się pomóc Polce, choć zrobił to z niechęcią. I tak trzydziestego kwietnia tysiąc dziewięćset czterdziestego roku o godzinie dziesiątej minut piętnaście Urszula została matką, o czym kilka dni później poinformowała swojego męża w liście. Nie wiedziała, czy wiadomość dotrze do Polski, ale czuła, że Marian powinien o tym fakcie wiedzieć, bo dziecko nosiło jego nazwisko. Po żniwach w tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym roku nie udało się Konopce wrócić do Stargard in Pommern. Nieszczęśliwie się stało, że podczas pracy spadł z wozu i skręcił nogę w kostce tak boleśnie, że musiał spędzić kilka dni z usztywnioną kończyną. W takim stanie zastała go wojna.
Dopiero po pół roku od wysłanej depeszy Urszula otrzymała odpowiedź z domu. Napisała do niej matka, która ucieszyła się z wnuka, ale linijkę niżej lała łzy nad tym, że pewnie nigdy dzieciaka nie obaczy na swe stare już oczy, bo tak samo jak córka ugrzęźnie w Niemczech. Na samym dole listu zrobiła dopisek, dlaczego Marian nie wrócił jeszcze do Urszuli - właśnie Niemcy wywieźli jego, jak i kilkunastu innych mężczyzn ze wsi na przymusowe roboty w głąb III Rzeszy. Uroniła kilka łez podczas pisania tej wiadomości, a ich ślady na papierze zamazały niektóre litery.
W pierwszej połowie lat czterdziestych na świat przyszło też dwoje dzieci Alexandra i Leonie, jednak krótko po tym, zaraz po klęsce Niemców pod Stalingradem, muzyk dostał powołanie do wojska. I może teść uruchomiłby swoje wpływy i w jakiś sposób wykupił go od służby, ale Walter Murtke bardzo mocno się postarał, by muzyk wypełnił obowiązek wobec ojczyzny, a z patriotycznymi hasłami trudno było dyskutować. Ktoś z rodziny musiał walczyć w imię honoru Vaterland. Ponadto Henry miał nieodparte wrażenie, że Johann Mark i Klara Maria Engel są w jakiś dziwny sposób podobni do Antoniego Adama Konopki, choć zawsze ganił się za takie spostrzeżenia, bo w sumie wszystkie dzieci w tym wieku zdawały mu się takie same. Nigdy też nie rozmawiał na ten temat z zięciem, bo rozumiał, że każdy mężczyzna ma swoje tajemnice, ale na wszelki wypadek nie interweniował, gdy Alexander poszedł w kamasze. Henry miał już wnuki, przystojny, zdolny zięć spełnił swoją funkcję, więc nie należało przeszkadzać losowi. Co prawda żal mu było córki, która rozpaczała i panikowała, bo wciąż szaleńczo kochała Alexandra, ale stwierdził, że tak będzie lepiej dla wszystkich. Urszuli pogonić z domu nie umiał, bo wtedy ktoś inny musiałby się zająć Erichem, a Antoni okazał się grzecznym dzieckiem, nie za bardzo przeszkadzającym matce w obowiązkach. Zresztą Erich był już dorosły, rzadziej miewał ataki histerii, nie był aż tak wymagający jak dawniej, choć wciąż nie umiał się obejść bez Uli, nie był też przystosowany do samodzielnego życia. Ponadto trwała wojna, a Henry nie był potworem, by odsyłać kobietę z małym dzieckiem na tereny okupowane. Tutaj wtopiła się w miasto, pasowała do niego ze swoją aryjską urodą i doskonałą znajomością niemieckiego. Zmiany nie były konieczne. Kiedyś przecież wszystko się uspokoi i znów będą żyć jak dawniej.
Od wyjazdu Alexandra Leonie z dziećmi ponownie zamieszkała w swoim panieńskim pokoju, a kamienica odkupiona przed laty od żydowskiej rodziny Hazzanów została wynajęta przez Kliemkego Niemcom z zachodniej Rzeszy, którzy chętnie osiedlali się w Stargard in Pommern, szczególnie w majątkach opuszczonych przez właścicieli wyznania mojżeszowego. Coraz częściej też do miasta trafiali Niemcy ewakuowani z terenów objętych bombardowaniem przez aliantów, ale ci nie byli witani z otwartymi ramionami, raczej odnoszono się do nich niechętnie, nie tylko dlatego że byli materialnym dowodem na to, iż na froncie nie dzieje się dobrze, a armia niemiecka nie odnosi wyłącznie sukcesów - także z tego powodu, że zajmowali miejsce i potrzebowali jeść.
W kamienicy na rogu Hindenburgstrasse i Bahnhofstrasse życie mieszkańców toczyło się dalej, jednak dusze przodków pochowały się w szczelinach podłóg, by nie wyściubiać z nich nosa i niepotrzebnie nie niepokoić lokatorów. Miasto wciąż było udekorowane flagami, choć coraz rzadziej z głośników płynęła wojskowa muzyka oznajmiająca czas na świętowanie z okazji zdobycia jakiegoś miasta. Natomiast nocą tonęło w mroku, bo każde okno było teraz zaciemnione, a lampy uliczne - pomalowane na niebiesko. Energia i morale mieszkańców słabły, choć wciąż podsycane były przez hitlerowską propagandę. Coraz częściej jednak do Stargard in Pommern przybywały listy zawiadamiające o śmierci bliskich, a klęska pod Stalingradem przyniosła strach przed czerwoną zarazą nadciągającą ze wschodu. Jeszcze niespieszną, niewidoczną na horyzoncie, ale coraz wyraźniej wyczuwalną w powietrzu. Front nieuchronnie parł na zachód.
Erich stał się dorosłym mężczyzną tylko fizycznie, bo wewnątrz tego szczupłego, lecz długiego ciała kryło się kilkuletnie dziecko. Ula miała wrażenie, że powłoka jej podopiecznego starzała się szybciej niż innych. Chłopak chorował na serce, szybko się męczył, coraz rzadziej chciał chodzić na spacery, posmutniał, mniej się odzywał, choć Konopkowa robiła, co mogła, by zachęcać go do wychodzenia na podwórze. Kiedy była jeszcze w ciąży, chodzili na Stettiner Strasse4 i obserwowali, jak buduje się miejski basen. Czasami też siadali na ławce na dworcu i patrzyli na pociągi, choć za każdym razem, gdy parowóz pojawiał się na horyzoncie, Urszulę dopadał lęk, że z jednego z wagonów wysiądzie Marian. Potem, kiedy urodziła synka, pakowała małego Antosia do wózka, który dostała od pani Hannah po jej dziecku, i spacerowali po parku, ale za tym Erich już nie przepadał. Zwracał na siebie uwagę swoim nieporadnym zachowaniem i krzykami niepasującymi do dorosłego ciała, więc często spotykały go nieprzyjemności, tym bardziej że większość jego rówieśników walczyła za Vaterland. Nie pomagało Heil Hitler, by dano mu spokój. Chłopiec zbierał jeszcze wtedy stare przedmioty, nikomu niepotrzebne części zabawek; raz znalazł nawet rozbite radio i przytaszczył je do domu. Żądał od ojca, by ten mu je naprawił. Ostatecznie Henry je wyrzucił i kupił podobne, po czym wmówił synowi, że udało się zreperować to stare. Włączali je z Ulą na strychu i wybierali stacje z muzyką. Antoś, gdy nieco odrósł od podłogi, podrygiwał, kręcił pupą wypchaną pieluchą i śmiał się w głos. Ula z rozrzewnieniem myślała o tym, że wrażliwość na dźwięki odziedziczył po ojcu, choć czasami dopadały ją wątpliwości i nie była pewna, czyim synem był tak naprawdę Antek. Chłopiec miał niebieskie oczy i drobną twarzyczkę podobną do Alexandra, ale pewnego dnia Ula zauważyła na plecach syna znamię pasujące kształtem do tego, jakie nosił Marian.
3 Obecnie Żelęcino.
4 Obecnie ulica Szczecińska.