Urodzony w Casal di Principe - Amadeo Letizia, Paola Zanuttini


Reflow text when sidebars are open.
- Jak myślisz, gdzie on jest?
- Na dnie jeziora Patria. Być może w samochodzie, w białej pandzie mojej matki.
- Wielu tam kończy?
- Tak, ale potem odnajdują się tylko ci, których się szuka.
- A jego kiedyś szukano?
- Nie.
- Masz jakąś inną hipotezę?
- Myślę, że nie ma go w raju. Matka boi się, że nigdy się do raju nie dostanie. Mówi, że doszło do tego nieszczęścia, bo nie posłuchała ojca Pio.
- Ojca Pio?
- Tak. Matka, kiedy była młodą dziewczyną, chciała wstąpić do zakonu. Potem pojawił się mój ojciec i poprosił ją o rękę. Pochodził z dobrej rodziny. Ona była już wtedy w klasztorze. Miała zamęt w głowie, pojechała więc aż do San Giovanni Rotondo, po radę.
- Znała ojca Pio?
- Nie, ale wszyscy do niego jeździli. Do spowiedzi była długa kolejka. Kiedy uklękła przy konfesjonale, zamiast wyznać grzechy, zwierzyła się ojcu Pio ze swoich wątpliwości. Powiedziała, że zawsze chciała być zakonnicą, ale teraz ktoś zaproponował jej małżeństwo. Pretendent do jej ręki jest przystojnym chłopcem, a rodzice nalegają, żeby przyjęła oświadczyny. Na koniec zapytała, co powinna zrobić. Nie odpowiedział, pewnie zastanawiał się nad tym, co usłyszał. Po jakimś czasie podeszli do niej porządkowi, być może współbracia ojca Pio, nie wiem, i odciągnęli ją stamtąd prawie siłą. Matka opowiadała, że gdy oddalała się od konfesjonału, usłyszała, jak ojciec Pio woła za nią: "Idź za powołaniem! Jak nie, to dostaniesz się do piekła!". Ale ona nie wiedziała, jakie powołanie miał na myśli. I teraz nie daje jej to spokoju, boi się, że się pomyliła.
- Czy jest jakiś ślad twojego brata na cmentarzu?
- Nie. Zniknął w 1989 roku, ale moja rodzina jeszcze nic nie zdecydowała. Ja chciałbym postawić mu nagrobek, żeby miał swoje miejsce, z nazwiskiem i zdjęciem, ale oni mówią, że to mogłoby przynieść pecha.
- Jak miał na imię?
- Paolo.
- Ile miał lat?
- Dwadzieścia jeden.
- Był karany?
- Tak, zaczął od poprawczaka. Potem siedział w więzieniu okręgowym w Santa Maria Capua Vetere i w Neapolu, w Poggioreale.
- Z kim się związał?
- Właściwie z nikim, ale w tamtych czasach chłopcy w jego wieku najchętniej pracowaliby dla Francesca Schiavone.
- A ty?
- Ja przyjaźniłem się z Antoniem Iovine. Bardzo blisko. Zaraz po tym, jak porwali mojego brata, poszedłem do niego do domu, żeby zapytać, gdzie może być, co się stało, co mu zrobili. Kazał mi wrócić po południu, ale po południu już go w domu nie zastałem.
- Dobry przyjaciel...
- Może postąpił tak, żeby mnie ochronić. Albo żeby ochronić siebie. Pewnie zadał komuś te same pytania, które ja mu zadałem, i usłyszał: "To nie twój interes". Później może ktoś inny wyjaśnił mu, jak się sprawy mają, ale on uznał, że lepiej zrobi, jeżeli zachowa to dla siebie. W przeciwnym razie komuś z nas mogłoby przyjść do głowy, żeby szukać odwetu, a wtedy cała rodzina by na tym ucierpiała. Ja nie mam pretensji do Antonia. Powiem nawet, że było mi przykro, kiedy go złapali. W 2010 roku, po czternastu latach ukrywania się przed wymiarem sprawiedliwości. Widok jego postarzałej twarzy i lista przestępstw zrobiły na mnie przygnębiające wrażenie. Nie mogłem uwierzyć, że mój przyjaciel jest jednym z trzydziestu najbardziej poszukiwanych kryminalistów we Włoszech. Darzyłem go serdecznym uczuciem i trudno mi było wyobrazić go sobie, jak zabija ludzi.
- Niewinna przyjaźń?
- Nie. W Casal di Principe nic nie jest niewinne. Nawet w dziecinnych zabawach robiliśmy sobie nawzajem krzywdę. Dam ci przykład: kiedy zabawialiśmy się rzucaniem petard, po odpaleniu czekaliśmy do ostatniej chwili przed eksplozją, by koledze, którego chcieliśmy trafić, nie dać najmniejszej szansy na ucieczkę. Zdarzyło mi się kiedyś, że petarda wybuchnęła mi w ręce.
- Czy wiesz, dlaczego porwali twojego brata?
- Gdybym to wiedział, nie byłoby mnie tutaj. Miałem zamiar odwiedzić któregoś z bossów w domu, wymierzyć do niego ze strzelby SPAS-12 i zagrozić: albo powiesz mi, co się stało, albo cię zabiję.
- Ci bossowie nie ukrywali się przed policją?
- Tak, ukrywali się. Poza tym stale zmieniali miejsce pobytu, przemieszczali się z domu do domu, nigdy nie spali dwa razy z rzędu w tym samym łóżku. Ale ja mogłem się dowiedzieć, gdzie się zatrzymają, i to nawet z pewnym wyprzedzeniem.
- Jak?
- Miałem dobrze poinformowanych przyjaciół.
- Zabiliby cię.
- Niekoniecznie.
- W takim razie dlaczego powiedziałeś, że nie byłoby cię tu teraz?
- Skończyłbym tak jak oni.
Jest sympatyczny. Ma taki wyraz twarzy, jakby pytał: co ja tu właściwie robię? Nieznaczny uśmiech jak u kogoś, kto właśnie zrobił albo zamierza zrobić komuś kawał. Chce nim może zamaskować wrodzoną nieśmiałość, niewykluczone też, że ten uśmiech jest pozostałością po arogancji typowej dla mężczyzn pochodzących z jego stron. Świadczyłby o tym także fakt, że co jakiś czas wysuwa bezwiednie dolną szczękę, napinając przy tym mięśnie żuchwy. To gniew pochodzący z odległych czasów, głuchy i prymitywny, który stara się trzymać na wodzy. Nosi okulary z czarno-białą oprawką, trochę zbyt frywolne u tego wysokiego, postawnego mężczyzny z jasnymi włosami i twarzą jak u rzymskich posągów. Są odrobinę skrzywione, nosi je lekko opuszczone na nosie. Poza tym ten jego sposób mówienia... Może łatwo wprowadzić w błąd. Czasem mówi jak ktoś, kto nigdy nie przekroczył granic Casal di Principe, a kiedy indziej popisuje się wyszukanym słownictwem i wyrafinowaną ironią jak bywalec wielkiego świata. I nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Z czasem przyzwyczaiłam się do tego, ale i tak dawałam się zawsze zwieść. Ileż to razy wydawało mi się, że nadajemy na tych samych falach, że potrafię rozszyfrować jego ekstrawagancje, że nareszcie wszystko rozumiem, po czym niespodziewanie wpadałam na mur dwuznaczności. A on w jednej chwili pochmurniał i stawał się drażliwy.
Utrudził się pewnie jak muł, żeby się pozbyć prezencji aroganta. Ta praca nad złagodzeniem aparycji pozostawiła ślad w jego ruchach, które przypominają trochę ruchy niedźwiedzia, ale są lżejsze, choć trudno powiedzieć, czy zupełnie niegroźne. Mafiosi w kajdankach też chodzą jak niedźwiedzie, tylko szybciej, bo popędzają ich policjanci, chcąc jak najprędzej wsadzić ich do samochodów.
Ale on nie musi udawać, wdzięku nabył jeszcze w dzieciństwie. W szkole podstawowej brał nawet udział w przedstawieniu baletowym. Jedna z kuzynek, nauczycielka tańca, potrzebowała tancerzy-chłopców, zmusiła go więc do włożenia rajstop i odegrania roli księcia. Delikatnych manier nauczył się także od księży. Trzy lata spędził w szkole seminaryjnej, później, już jako dorosły chłopak, przez trzy miesiące ukrywał się w klasztorze, choć w rzeczywistości nikt go nie szukał.
Nazywa się Amedeo Letizia, ma czterdzieści sześć lat i obecnie jest producentem filmowym. W Rzymie. W Casal di Principe mógłby być teraz kamorystą, trupem, uciekinierem lub skazańcem z wyrokiem dożywocia. Ma do tego odpowiednie przygotowanie. Miał też odpowiednie towarzystwo. Dom jego dziadków stał w odległości dosłownie kilku kroków od domu Francesca Schiavone, słynnego Sandokana. Koledzy z seminarium są dzisiaj pogrzebani pod ziemią albo żywcem w więzieniu, towarzysze młodzieńczych wybryków - Riccardo Iovine, Corrado De Luca, Vincenzo Della Volpe - wszyscy mają dwucyfrowe wyroki. Było ich w domu pięcioro: trzech braci i dwie siostry. Z chłopców został tylko on.
Dwa lata temu redaktor naczelny gazety, dla której pracuję, wysłał mnie do Casal di Principe. Miał już serię zdjęć, bardzo dobrych, zrobionych głównie w barach. Wykonał je Valerio Bispuri, który zwykle z aparatem fotograficznym jeździ do Afryki, Azji i Ameryki Południowej. Widział już niejedno i nie ogranicza się do dokumentowania kolorytu lokalnego. Jego fotoreportaż z barów w Casal di Principe daje ponury obraz niedostatku i zaniedbania, kontrastujący z powszechnymi wyobrażeniami o najpotężniejszym w ostatnich latach, najbardziej agresywnym klanie mafijnym, który zaznaczył swoje wpływy na całym świecie.
W redakcji zastanawialiśmy się, jaki charakter nadać naszemu artykułowi. Zdecydowaliśmy, że powinien pasować do atmosfery zdjęć i opowiadać o życiu zwyczajnych ludzi, mieszkańców tego miasteczka, które na pewno zwyczajne nie jest. Na pewno nie będziemy pisać o nim, jakby było areną cyrku osobliwości Barnuma. Nie miałam nic przeciwko temu, by wejść w atmosferę Casal di Principe poprzez zdjęcia; to tak, jakby się podążało jakimś tropem. Zresztą w razie potrzeby zawsze można zejść z obranej drogi i wybrać inną. To nie będzie korespondencja wysłannika prasowego z piekła, ale uczciwa, wyważona opowieść o powszednim życiu miasta, które stało się symbolem zorganizowanej przestępczości. O tym, jak to jest, kiedy ma się w dokumencie tożsamości jako miejsce urodzenia wpisane Casal di Principe, kiedy chodzi się do jednej szkoły z dziećmi kamorystów ukrywających się przed wymiarem sprawiedliwości. O możliwości - lub niemożliwości - pozostania pomimo wszystko porządnym człowiekiem.
Tak się składa, że bary są nierzadko miejscem zabójstw, dlatego nie uśmiechała mi się perspektywa odwiedzania ich w pojedynkę i wyciągania tam ludzi na spytki. Jedyną znaną mi - a i to od niedawna - osobą związaną z Casal di Principe był Amedeo. Poprosiłam go więc, żeby mi towarzyszył. Amedeo namyślał się parę dni, po czym się zgodził.
Zwykle, kiedy ktoś zabiera cię do miejsca, w którym się urodził, po drodze opowiada o rodzinie, o swoim dzieciństwie; szkicuje sentymentalną mapę, na którą składają się zdarzenia, ludzie, uczucia. Tak samo było podczas naszej podróży na Południe, ale Amedeo od razu zaczął wyciągać jakieś przerażające, bolesne albo przynajmniej niesamowite historie. Robił jednak przy tym wrażenie, jakby opowiadał o nieswoim życiu, o kimś innym. Wtedy po raz pierwszy powiedział to, co później powtórzył jeszcze kilka razy: "Wydawało mi się wtedy, że my, mieszkańcy Casal di Principe, jesteśmy normalni, a inni to pomyleńcy. Musiało minąć wiele lat, żebym zmienił zdanie".
Mnie natomiast trzeba było niewiele czasu, żeby zauważyć, że podróż samochodem wyzwala u niego strumień świadomości. Amedeo prowadzi samochód, nie odrywa wzroku od jezdni i jednocześnie jakby wychodzi z siebie. W takich momentach nie ma litości - ani dla siebie, ani dla innych. Staje się agresywny, złośliwy albo płaczliwy. Nie należy przypisywać temu szczególnego znaczenia, trzeba starać się odnieść do jego cierpienia z empatią. Później, kiedy poznałam go lepiej, wyobrażałam sobie jego udrękę jako tunel na autostradzie, w którym miejscami panuje gęsta, nieprzenikniona mgła.
Prawdopodobnie po tym naszym pierwszym spotkaniu wspomnienia zaczęły w nim walczyć z głęboko zakorzenioną niechęcią do zwierzeń. W rezultacie sześć miesięcy później zadzwonił do mnie i zapytał, czy nie chciałabym spisać jego historii. Umówiliśmy się od razu na najbliższą niedzielę, na obiad, żeby o tym porozmawiać. Jak to się mówi - nie zasypiał gruszek w popiele. Tylko że ja nie miałam najmniejszego zamiaru spisywać jego historii. Za dużo cierpienia, za duży wysiłek i jeszcze do tego ryzyko, że ściągnę na siebie kłopoty. Poza tym zaskoczyła mnie ta jego niespodziewana gotowość do opowiedzenia - mnie i całemu światu - o swoim życiu. Nie wyglądał na egocentryka czy pyszałka - skąd nagle ta zmiana? Ale takiej prośbie nie można odmówić przez telefon. Postanowiłam, że zrobię to osobiście, w niedzielę po obiedzie. Kiedy dzwoniłam do jego drzwi, byłam jeszcze absolutnie zdecydowana odrzucić jego propozycję. Zastanawiałam się tylko, jak delikatnie wycofać się z tej sprawy.
Dwie godziny później byłam bez reszty pochłonięta jego opowieścią. Nie mam pojęcia, jak to się stało. Jakby mnie wessało do środka. Ugrzęzłam głęboko w historii, która choć przytłumiona dyskrecją ze względu na rodzinę i chrześcijańską uległością, pogrzebana pod resztkami gniewu, nie przestaje zadręczać każdego dnia tych, których dotknęła. Każdego dnia bez wyjątku. Kto ocalał, musi o tym opowiedzieć. Ten, kto nie przeżył, też ma prawo do swojej historii, bo każda historia ma swój koniec, i przynajmniej w ten sposób jego historia też się skończy.
Trzeba postawić nagrobek bratu spoczywającemu na dnie jeziora w białej pandzie, tej zabłąkanej duszy bez prawa wstępu do raju.
Paolo Letizia był kimś pasującym bardziej do porsche niż do pandy. Istotnie, jeździł modelem 944S z nietypową, obłą karoserią w kolorze czarnym z metalicznym połyskiem. Ale tamtego wieczoru prowadził pandę matki, która krótko przedtem, jako czterdziestolatka, zrobiła prawo jazdy.
Porsche należące do Paola stoi w garażu, przykryte plandeką jak całunem. Ten samochód też odegrał tragiczną dla rodziny rolę. Młodszy brat Amedea, Leonardo, zawsze bardzo pragnął usiąść za kierownicą porsche i pojeździć trochę. Często prosił o to ojca, ale ten zawsze odmawiał, nikomu nie pozwalał dotykać tego samochodu. Aż pewnego listopadowego dnia w 1991 roku, kiedy syn miał już dziewiętnaście lat, ugiął się. Stało się to w dniu imienin chłopca, po obiedzie, na którym Leonardo ponownie poprosił o kluczyki, a zaproszeni wujkowie i kuzyni wstawili się za nim chórem. Ojciec nie miał innego wyjścia jak się zgodzić. Leonardo wsiadł z kolegą do porsche i pojechał na przejażdżkę, z której nie wrócił już żywy. Przy wyprzedzaniu stracił panowanie nad kierownicą i wpadł na latarnię. Świadkowie powiedzieli, że jak na standardy Casal di Principe nie jechał zbyt szybko.