Urodzona dla śmierci - Lisa Jackson

Reflow text when sidebars are open.
Raz na wozie, raz pod wozem..
Tego wieczoru Shelly Bonaventure wyraźnie czuła, że jest pod wozem, i to leży pod nim plackiem i nie może się wygrzebać.
Otworzyła drzwi do mieszkania, cisnęła torebkę na stolik w przedpokoju i nagle poczuła przeszywający ból żołądka.
Głośno zaczerpnęła tchu i zgięła się w pół.
Nagle.
Boleśnie.
- Au - jęknęła, gdy ból ustąpił na tyle, że zdołała dojść do kanapy. - Co jest, do cholery?
Ciągle obolała, choć dolegliwości nieco zelżały, oddychała głęboko. Czy cierpi tak bardzo, że może wezwać karetkę, czy powinna sama pojechać na ostry dyżur?
- Nie wygłupiaj się - mruknęła pod nosem, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że dzieje się coś bardzo, bardzo złego. - Weź się w garść - sapnęła, zrzucając z nóg buty na wysokim obcasie. Może za dużo wypiła, zjadła coś zepsutego albo po prostu dostanie okres kilka dni wcześniej.
Niemożliwe, to nie ten ból.
Na chwilę zamknęła oczy. Czuła, jak nad górną wargą zbierają się kropelki potu. Jeśli ma w domu środek na zgagę, zaraz weźmie kilka łyków, a jeśli nie, wytrzyma do rana. Otarła pot i rozejrzała się w poszukiwaniu kota.
- Lana? - zawołała. Cisza. Dziwne. Zazwyczaj kotka przybiegała truchtem z ukrycia, ledwie usłyszała odgłos otwieranych drzwi.
Hm.
- Lana? No chodź, kiciu... - Nasłuchiwała uważnie, ale nadal niczego nie słyszała. Trudno; pewnie kotka się z nią bawi i lada chwila, kiedy Shelly będzie się tego najmniej spodziewała, wyskoczy z najciemniejszego zakamarka, strasząc swą panią do szaleństwa. Już dawniej tak bywało.
Powoli powlokła się do łazienki, mało brakowało, a potknęłaby się o dywanik, który kupiła... Boże, czyżby to było już siedem lat temu?
- No chodź już, wychodź! Gdzie się ukryłaś? - nawoływała. - Chodź, kici, kici, pani wróciła!
Brzęk!
Dźwięk dochodził z patio.
Zaskoczona Shelly odwróciła się na pięcie.
Czyżby dostrzegła cień za szybą?
Z sercem w gardle podeszła bliżej, wyjrzała przez przeszklone drzwi i przekonała się, że cień, owszem, był, ale rzucały go liście palmy, którymi kołysał wiatr i sprawiał, że zdawały się tańczyć w świetle latarni.
Idiotka! Nie wpadaj w paranoję!
Więc skąd ten hałas?
Czy to kot? Ale gdzie?
Nadal lekko spięta, Shelly wmawiała sobie, że to nic takiego. Pewnie ten staruszek piętro wyżej, Bob czy jak mu tam. Ciągle coś upuszcza.
Szarpnęła nią kolejna fala mdłości. Zacisnęła zęby i czekała, aż ból ustąpi. Boże, co się z nią dzieje?
Złapała się oparcia kanapy, odetchnęła, rozejrzała się po saloniku. Czy naprawdę już prawie dziesięć lat minęło, odkąd wprowadziła się do tego mieszkanka? Biernie obserwowała, jak mijają kolejne lata, zmarszczki na jej twarzy pogłębiają się, a role, na które tak bardzo liczyła, uciekają jej sprzed nosa?
Odkąd rozwiodła się z Donovanem...
O nie, o tym nie będzie teraz myśleć, nie dzisiaj. Pozytywne nastawienie, oto, czego jej trzeba. I jeszcze czegoś, żeby uspokoić rozszalały żołądek. Po prostu wypiła trochę za dużo w Lizards, U Jaszczurów, knajpie, oddalonej o niecałe dwie przecznice, która nazwę zawdzięczała nie tyle gadom, co klientom. Tego wieczoru nie pilnowała się, powtarzała sobie, że powita trzydzieste piąte urodziny z otwartymi ramionami i wypiła trochę za dużo.
Ale tylko trochę.
Prawda?
Ale jak mogła nie pić, skoro ten facet, którego dzisiaj poznała przy barze, postawił jej kilka kolejek mai tai i wydawał się naprawdę zainteresowany, gdy usłyszał, że ma wkrótce urodziny? Naprawdę zainteresowany. A do tego był przystojny, seksowny i mówił takim niskim, zmysłowym głosem, od którego przechodziły ją ciarki. Wydawał się też jakby znajomy, a kiedy dotknął wierzchu jej dłoni, poczuła dreszczyk oczekiwania. Miał głębokie, szare oczy z ciemnoniebieskimi, niemal czarnymi paskami na tęczówkach, wąskie usta i cień zarostu na twarzy, podkreślający jego męskość. I jeszcze uśmiech, krzywy i bardzo seksowny, kiedy z nią rozmawiał. O tak, stylizację na buntownika i zawadiakę miał w małym palcu, opanował ją do perfekcji. Powiedziała mu nawet, że ma zabójczy uśmiech. Bardzo go to rozbawiło. Stwierdził, że jeszcze nikt nigdy go tak nie określił. Zaśmiał się nisko, gardłowo.
Oczami wyobraźni widziała już, jak wygląda bez koszuli, już niemal czuła jego usta, namiętne i niecierpliwe, na swoich wargach, już widziała siebie, jak ochoczo, bez oporów wskakuje z nim do łóżka, wtulona w jego silne ramiona.
No tak, ale został w barze, prawda?
A ty wróciłaś tutaj. Sama.
Oczywiście, że wróciła sama. Przecież w ogóle go nie znała. I chyba dobrze, że wyszła akurat wtedy, zwłaszcza że teraz czuła się tak fatalnie, a jutro musi wstać o piątej i pod żadnym pozorem nie wolno jej zaspać.
Agent cudem załatwił jej przesłuchanie do roli w nowym serialu, który jesienią pokaże telewizja Fox. Przesłuchanie odbędzie się jutro rano i zależało jej, żeby wyglądać jak najlepiej. Albo nawet lepiej. Bo jeśli nie dostanie tej roli, to koniec... no, chyba że zdoła się wkręcić do kolejnej edycji "Tańca z Gwiazdami" albo innego reality show, dzięki któremu jej przygasła kariera nabierze nowego blasku.
Więc skąd to złe przeczucie? Boże drogi, czy ona się poci? Niedobrze, bardzo niedobrze.
Jakkolwiek by było, niewykluczone, że ten serial to jej ostatnia szansa, zważywszy na to, jak w Hollywood postrzega się wiek.
I co, nie deprymujące?
Shelly Bonaventure musiała odnieść sukces, po prostu musiała i już. Nie wróci przecież do tej zabitej dechami dziury w Montanie z podkulonym ogonem. W końcu to ona, została królową balu maturalnego w szkole Sycamore High, wygrała też w głosowaniu na absolwentkę, która ma największe szanse odnieść sukces. I wyjechała stamtąd, zostawiając za sobą małomiasteczkową duchotę najszybciej, jak to było możliwe. I rzeczywiście, przynajmniej na początku, jej gwiazda świeciła jasno, wschodziła szybko, rozbłysła za sprawą kilku znaczących drugoplanowych ról. A potem - stały angaż w operze mydlanej, i to zanim skończyła dwadzieścia lat! Pracowała z największymi, z Tomami - Cruisem i Hanksem, z Gwyneth i Meryl... ba, nawet z Bradem-Pieprzonym-Pittem! Owszem, to były tylko małe rólki, ale mimo wszystko... I dublowała Julię Roberts! A potem był serial o wampirach, Krew za krew, w telewizji kablowej. Miała swoje chwile chwały, o tak. Ale, stwierdziła z goryczą, te cudowne momenty należały do przeszłości, a ostatnio jej działalność ograniczała się do roli trupów w kolejnych odcinkach CSI, występów w reklamach i podkładania głosu w niskobudżetowych filmach animowanych.
Jeśli nie dostanie roli Estelle w tym nowym serialu, może się pożegnać ze swoją i tak marną karierą i ustawić się w kolejce do reality show dla hollywoodzkich nieudaczników. Wzdrygnęła się na samą myśl.
Hollywood, pomyślała z goryczą, kraina wygniecionych kanap w pokojach przesłuchań i utraconych złudzeń.
Wzdrygnęła się, gdy przeszyła ją kolejna fala bólu, tak intensywna, że ugięły się pod nią kolana.
- Boże - sapnęła i zgięta w pół powlokła się do malutkiej kuchenki. Otworzyła drzwiczki lodówki, zajrzała do środka, zobaczyła jej skromną zawartość i znowu poczuła się gorzej. Wyjęła butelkę mleczka na zgagę, odkręciła, upiła kilka łyków różowego płynu.
Rozdygotana, zamknęła buteleczkę, odstawiła z powrotem do lodówki, osunęła się na podłogę, wyprostowała nogi i oddychała powoli, głęboko.
Jezu, ależ źle się czuje.
Może jednak powinna zadzwonić do lekarza, chociaż nagrać się na sekretarkę? Powoli, z trudem, wstała i po raz kolejny zaintrygowało ją, gdzie podziała się Lana?
Cóż, z pewnością nie było jej na kuchennym blacie, za to stały na nim naczynia z trzech dni - brudne kubki po kawie, szklanki i puste opakowania po dietetycznych daniach do odgrzania w mikrofalówce.
Ciągle obolała, poczłapała do łazienki. Powtarzała sobie, że nie pozwoli, by Hollywood ją pokonało, o nie.
Czyż nie uporała się z bulimią?
Czyż nie robiła wszystkiego, co trzeba?
I choć nie była klasyczną pięknością, nieraz słyszała, że na jej twarzy malują się charakter i inteligencja. Jej kasztanowe włosy nadal lśniły; jej jasnej karnacji nie znaczyło zbyt wiele zmarszczek, a zielone oczy i pełne usta nadal przyciągały uwagę. Przelotnie zerknęła na swoje odbicie w lustrze nad umywalką, skrzywiła się i weszła do malutkiej łazienki. Może sobie mówić, co chce - nie zmieni to faktu, że mijające lata zostawiły na niej swoje piętno, choć na razie mało widoczne. Używała coraz więcej kosmetyków, by zachować nieskazitelną cerę, a nie miała ochoty na botox. Na razie. Choć go nie wykluczała. No, ale powiedzmy sobie szczerze, nie wykluczała niczego, co powstrzymałoby zapędy czasu o krok czy dwa.
Ale to nieubłagany skurczybyk, pomyślała, naciągając skórę na policzkach, żeby się przekonać, czy już musi się podciągnąć.
Jeszcze nie, dzięki Bogu. Nie miała pieniędzy na żadne zabiegi. I nie była jeszcze gotowa, by napisać książkę, choć jej agent coś o tym przebąkiwał. Na miłość boską, nie skończyła jeszcze trzydziestu pięciu lat, w każdym razie jeszcze przez kilka dni; nie dojrzała jeszcze do tego, by wszystko ujawnić. Bo też, szczerze mówiąc, nie bardzo miała co ujawniać; w porównaniu z losami rówieśników, jej życie było w sumie bardzo nudne.
Zauważyła, że ma lekko przekrwione oczy, więc wyjęła szkła kontaktowe i znalazła w apteczce buteleczkę kropli Visine. Odkręciła wieczko, przechyliła głowę do tyłu, zakropliła oczy, zakręciła buteleczkę i odstawiła ją na miejsce. Kiedy zamykała apteczkę, w jej lustrzanych drzwiczkach dostrzegła cień za plecami.
Co?
Serce podskoczyło jej do gardła. Odwróciła się gwałtownie. W pomieszczeniu nie było nikogo. Przez otwarte drzwi widziała salonik i przeszklone drzwi na patio.
Okryła się gęsią skórką.
- Lana? To ty? - zawołała, wracając do saloniku. Widziała wszystko niezbyt wyraźnie; oczy nie dostosowały się jeszcze do sytuacji bez soczewek, krople jeszcze nie zadziałały. - Kici, kici? - Gdzie się podział ten cholerny kot, którego nazwała na cześć ukochanej gwiazdy filmowej? - No chodź już do pańci! - nawoływała, jednak doszła do wniosku, że kotka, która bardzo lubiła taką zabawę w chowanego, zapewne czai się gdzieś w ciemności, gotowa do skoku. Już nieraz Lana wyskakiwała na nią zza oprawionych fotografii na półkach - oczywiście szkło pryskało w drobny mak, a Shelly umierała ze strachu, gdy rzucał się na nią nastroszony kot, dwa razy większy niż zazwyczaj. Straszenie jej to ulubiona rozrywka Lany. - Kici, kici, kici...
Lana, ma się rozumieć, zgodnie ze swoim niezależnym kocim charakterem, nie pokazała się.
Shelly stała boso pośrodku saloniku. Wyczuwała w mieszkaniu coś dziwnego, ciszę, która zdawała się mówić, że nie ma tu nikogo, nawet kota.
Bez sensu.
Kiedy wychodziła, Lana spała na kanapie, była tego pewna, pamiętała, jak kotka leniwie machnęła ogonem, leżąc zwinięta w kłębek na miękkich poduszkach kanapy.
Więc dlaczego ma wrażenie, że w pomieszczeniu nie ma żywego ducha? Słyszała, jak za oknem, na patio, wiatr buszuje wśród suchych liści, widziała, jak brązowe strzępy wznoszą się gwałtownie.
Na miłość boską, co się z nią dzieje? To tylko wiatr i suche liście, do cholery. A mimo to czuła, jak włoski na rękach stają jej dęba.
Weź się w garść.
I kolejny bolesny skurcz żołądka.
- Au. - Zgięła się w pół pod wpływem bólu. Tym razem nie czekała. Poczłapała do torebki i zaczęła szukać telefonu.
Nie było go w kieszonce, do której zazwyczaj go wkładała.
- No, gdzie jesteś? - Nie czas teraz na gubienie telefonu. Drżącymi rękami przeszukiwała torebkę, a gdy ból przybrał na sile, wysypała jej zawartość na podłogę. Klucze, futerał na okulary, portfel, paragony z zakupów, drobne, paczka papierosów, pudełeczko na tampony i spray z gazem pieprzowym - to wszystko rozsypało się po wyłożonej terakotą posadzce.
Telefonu nie było.
Co?
Miała go w barze. Pamiętała, jak wyciszyła dzwonek, włączyła wibrację i... chyba wsunęła z powrotem do torebki? A może zostawiła w barze, na kontuarze pokrytym imitacją wężowej skóry?
- O Boże - szepnęła. Czuła pot na czole, czuła, jak coraz szybciej bije jej serce. Nie miała telefonu stacjonarnego, nie miała jak wezwać pomocy, chyba że....
Trzrzrzrzask.
Suchy, przeciągły dźwięk niósł się echem w jej głowie.
Co to było, do cholery?
Kotka?
- Lana? - zawołała nerwowo i nagle zobaczyła, że przesuwane drzwi są otwarte, minimalnie uchylone.
A przecież były zamknięte?
Na pewno. Pamiętała, jak je zasuwała, choć oczywiście blokada nie działała, bo Merlin, pieprzony dozorca, jeszcze nie zdążył jej zreperować.
O Boże. Czuła mrowienie na głowie, serce waliło jej coraz głośniej, choć powtarzała sobie, że niepotrzebnie panikuje. Nikogo tu nie ma, nikt nie czai się w mieszkaniu, nie dybie na nią.
Zbyt wiele razy brałaś udział w castingach do kiepskich horrorów.
Ale mimo wszystko...
Wytężając słuch, z rozszalałym sercem, zerknęła na drzwi do sypialni, lekko uchylone. Ruszyła w tamtą stronę, gdy nagle, kątem oka, dostrzegła ruch, ciemną postać przy drzwiach na patio, po drugiej stronie szyby.
Włamywacz! O nie!
Już otwierała usta do krzyku.
I zamknęła je, gdy poznała faceta z baru. Trzymał w dłoni jej komórkę. Położyła dłoń na rozszalałym sercu.
- Śmiertelnie mnie przeraziłeś! - rzuciła, otwierając drzwi. - Skąd masz mój...
Ale domyśliła się, zanim odpowiedział:
- Zostawiłaś w barze.
- Jak mnie znalazłeś?
I znowu ten leniwy, krzywy uśmieszek.
- Twój adres jest w książce adresowej. Pod hasłem: Dom.
- Och. Tak.
Naprawdę wyglądał zabójczo: kwadratowy podbródek, ciemne włosy i oczy z diabelskim błyskiem w granatowej głębi.
- Większość ludzi podeszłaby do drzwi frontowych i zapukała. - Nie do końca panowała nad irytacją, zresztą nadal czuła się fatalnie.
Jego usta drgnęły.
- Nie jestem taki jak większość ludzi.
Nie mogła nie przyznać mu racji w tym względzie; nawet nie próbowała się sprzeciwiać, zwłaszcza że kolejna fala bólu niemal zwaliła ją z nóg. Zatoczyła się niezdarnie.
- Au... o Jezu. - Podparła się na szklanym blacie stolika i wstrzymała oddech. Znowu się pociła, z trudem oddychała.
- Dobrze się czujesz?
- Nie. - Przecząco pokręciła głową. - Wiesz co, lepiej już idź. Przykro mi, ale... au! - Wstrzymała oddech. Tym razem ugięły się pod nią kolana, ale zaraz otoczył ją silnymi ramionami.
- Potrzebujesz pomocy.
Zanim zdążyła zaprotestować, wziął ją na ręce i od razu skierował się do sypialni.
- Ej, chwileczkę....
- Połóż się - polecił spokojnie.
Nie miała wyboru. Pokój wirował jej przed oczami, lampa zdawała się tańczyć nad głową. Jezu, ależ jej niedobrze... O rany... Gdy ułożył ją na zmierzwionej narzucie, poczuła nową falę paniki. Materac ugiął się lekko pod jej ciężarem.
- Nie sądzę... - Odszedł na chwilę i zastanawiała się, czy nie uciekać. W tym, jak zjawił się pod jej drzwiami, było coś dziwnego, mrocznego. Wyczuwała to mimo bólu przewiercającego jej wnętrzności. To, że poznali się w barze, jej choroba, to, jak zjawił się na patio...
Jezu, czy on odkręcił prysznic? Słyszała szum wody i bulgotanie starych rur, gdy zakręcał kurek. Co to ma znaczyć?
Wrócił, zanim zdążyła się poruszyć. Podał jej telefon.
- Już wybrałem numer alarmowy - powiedział, gdy bezskutecznie wyciągała rękę po aparat. Usiłowała podnieść rękę, ale bezwładne palce odmawiały posłuszeństwa i dłoń jak martwa upadła na posłanie.
O Boże, Boże, Boże, musi stąd uciec, musi... tutaj dzieje się coś bardzo, bardzo złego....
Przyłożył jej komórkę do twarzy, ułożył na narzucie, którą jej babka własnoręcznie uszyła ze skrawków, gdy Shelly miała dziesięć lat....
Spojrzała na niego z łóżka, wtulona w narzutę i prześcieradło, i zobaczyła, że znowu się uśmiecha, ale tym razem w tym grymasie nie było rozbawienia, tylko lodowata satysfakcja. Jego twarz, do niedawna przystojna, teraz wydawała się demoniczna.
- Co ty zrobiłeś? - chciała zapytać, ale z trudem formowała słowa.
- Słodkich snów. - Podszedł do drzwi. Zatrzymał się w progu, a Shelly przeszył dreszcz zimny jak śmierć.
- Tu centrum alarmowe - odezwał się kobiecy głos w słuchawce. - Proszę podać nazwisko i określić...
- Pomocy - sapnęła Shelly nerwowo, ledwie słyszalnym szeptem. Usta odmawiały jej posłuszeństwa, język, gruby i obcy, nie reagował na polecenia mózgu.
- Słucham?
- Potrzebuję pomocy - spróbowała jeszcze raz, głośniej, ale sama słyszała ledwie zrozumiały bełkot.
- Przykro mi, nie słyszę. Proszę mówić głośniej. Dlaczego wzywa pani....
- Pomocy! Błagam! Przyślijcie kogoś! - próbowała rozpaczliwie, w skrajnej panice. Boże, ratunku! Pokój wirował jej przed oczami, słowa, które chciała wypowiedzieć, zostawały w głowie. Udało jej się wyciągnąć rękę w stronę telefonu, ale aparat zsunął się na podłogę.
Choć głowa opadła jej na bok, cały czas widziała go, jak stoi w progu i przygląda się jej. Z jego twarzy zniknął zabójczy uśmiech; jego miejsce zajęła czysta, nieukrywana nienawiść.
Dlaczego? Dlaczego ja?
W oczach, które zaledwie kilka godzin temu wydawały się jej fascynujące, lśniło zło.
W ostatnich chwilach życia zrozumiała, że jej śmierć nie jest przypadkowa; z nieznanego jej powodu wybrał właśnie ją. Spotkanie przy barze to nie zbieg okoliczności.
Pomóż mi, Boże, pomyślała i poczuła, jak po jej policzku spływa łza. Wiedziała już, że śmierć nadchodzi. Tajemniczy nieznajomy obserwował ją z progu, gdy oddychała płytko, powoli.
W telefonie na podłodze ktoś coś mówił, ale głos dobiegał z daleka, z odległości setek kilometrów. Patrzyła, jak mężczyzna podchodzi do łóżka i kładzie przy niej fiolkę tabletek. A potem cały czas patrząc jej w oczy i mówiąc bez słów, że to on spowodował jej śmierć, zaczął ją powoli, metodycznie rozbierać...