Urodziny
29.08.2016 r.
Gdy tylko przestałam słyszeć ostatnią tego dnia szamotaninę, odczekałam kilka minut i ostrożnie otworzyłam oczy. Podniosłam się na łokciach lustrując wzrokiem otoczenie. Wszystkie światła zgasły, zniknęła nawet jasna szpara pod drzwiami. Przez cienkie firanki sączyła się księżycowa poświata pozwalająca mi zobaczyć zarys przedmiotów. Dwupiętrowych łóżek, ustawionych pod ścianą jak niemi żołnierze. Kilkunastu śpiących postaci, niektóre delikatnie podrygające bądź kopiące przez sen. Małych regałów, w których mieściło się tyle, co nic. A zresztą, co można by tam włożyć? Obrączkę dla nowo narodzonego dziecka, stare zdjęcia z rodziną, ulubionego pluszaka? Może niektórzy mogli sobie na to pozwolić. Nie ja. Nie miałam imienia, wybór którego postanowiono dać moim nowym rodzicom. O ile kiedykolwiek ktoś mnie zechce. Nastolatkę, której matka zmarła przy porodzie, a ojciec i jacykolwiek krewni nigdy nie zostali odnalezieni? Lata, kiedy byłam małą dziewczynką z kręconymi czarnymi włoskami i dziecięcym uśmiechem miałam już za sobą. Dokładnie czternaście. Dzień moich urodzin powoli się kończył. Mimo że cały poświęciłam niecierpliwemu wyczekiwaniu i wyglądaniu jakikolwiek oznak, że ktoś pamiętał. Jednak nikt nie podszedł złożyć życzeń. Nawet moja opiekunka. Nawet "najlepsza przyjaciółka", która wcale nie była najlepsza, ale miałam mały wybór spośród jedynie kilkudziesięciu dziewcząt, które jako jedyne znałam. Tylko czarny kot wskoczył mi na kolana w ten dzień, łaskawie pozwalając się wygłaskać. Ostrożnie wymknęłam się spod kołdry, starając się stąpać cicho i delikatnie. Nikt nie pamiętał, więc pora było, żebym sama zaczęła świętować. Przekradłam się do drzwi, które zaskrzypiały zdradziecko przy próbie otwarcia. Za moimi plecami ktoś mruknął niezadowolony, słychać było odgłos przekręcania się na drugi bok. A potem ponownie zapanowała cisza. Westchnęłam bezgłośnie i przecisnęłam się przez wąską szparę, nie zamykając drzwi za sobą. Zrobię to, jak wrócę. Na korytarzu panowała idealna ciemność. Niepewnie poszłam w stronę, do której drogę poznałam w ten dzień wnikliwie dokładnie. Ominęłam stojącą na samym środku kolumnę, choć przed oczami nadal widziałam tylko ciemność. Wodząc palcami po ścianie ominęłam morną podróbkę obrazu "Mona Lisa".
O milimetry wyminęłam szafkę ze stojącą na niej wazą. W końcu skręciłam niemalże wpadając na ścianę i podeszłam równo sześć metrów do trzecich drzwi po prawej. Udało mi się zlokalizować klamkę, którą nacisnęłam z ociąganiem.
Oto spiżarnia, jedyne miejsce, gdzie mogę być sama. Miejsce zamknięte zawsze na klucz. Pociągnęłam niepewnie, wiedząc, że plan i tak się nie powiedzie. Nie było najmniejszej szansy, by drzwi tym razem były otwarte.
A jednak... poddały się błyskawicznie, sprawiając, że niemalże upadłam, bo jednak powinny stawiać bierny opór. Zajrzałam niepewnie w mrok spiżarni i weszłam do zastawionego słoikami, puszkami i workami pomieszczenia. Nastąpiłam na samotnego ziemniaka i zamachałam rękoma w przerażeniu, lecz udało mi się odzyskać równowagę. Przejechałam palcami po kilku półkach, aż w końcu natrafiłam na sławetną szafkę. Szafkę, o której od dawna krążyły legendy. Że skrywa ona najróżniejsze słodycze, że te owoce wpychane nam na deser są tylko podpuchą, że tak naprawdę opiekunowie żywią się o wiele wykwintniej.
I zdecydowanie bardziej słodko. Złapałam małą chłodną gałkę i otworzyłam szafkę. Wyciągnęłam rękę przed siebie, oczekując trafić na szeleszczące torby cukierków, puszki pierniczków czy ciastek. A tam... pustka. Przejechałam dokładnie ręką po gładkich jak szkło ściankach. I w końcu na coś trafiłam. Małe, szczelnie opakowane... Wyciągnęłam kulo podobny przedmiot i rozerwałam plastik. Niemal natychmiast do mojego nosa dotarł cudowny zapach babeczki.
- Wszystkiego najlepszego - szepnęłam do siebie i uniosłam babeczkę do ust.
Nagle do moich oczu dotarło zbyt jaskrawe w tym mroku światło. Oderwałam babeczkę od ust i zerknęłam na drzwi, spodziewając się, że stoi w nich ktoś z dorosłych. Lecz tak się nie stało. Drzwi były zamknięte, choć byłam prawie pewna, że ich nie zamykałam. Padało na nie tańczące pomarańczowo-żółte światło. Wystraszona powiodłam wzrokiem do jego źródła. Wtedy ją zobaczyłam. Siedziała na worku ziemniaków, szczupłe nogi wdzięcznie ułożyła przed sobą. Śnieżnobiała sukienka spływała po jej smukłej postaci. Włosy długie, kruczoczarne i lekko pofalowane. Roześmiane błękitne oczy. W rękach trzymała jedną, złotą świeczkę, otuloną palcami jak największy skarb. Wstała, poruszając się jak mgła. Zastygłam z lekko otwartymi ustami, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Kurczowo ściskałam babeczkę, która pod moimi palcami zmieniała się w okruszki. Postać podeszła do mnie, mówiąc coś głosem delikatnym i dźwięcznym, choć nic z tego nie zrozumiałam. Ciepłą dłoń podłożyła pod moją zmuszając mnie, bym rozluźniła palce. Wbiła iskrzącą się świeczkę w miękkie ciasto, popatrzyła na mnie jeszcze raz, jakby z rozżaleniem, że musi sobie iść. I zniknęła. Dopiero wtedy odzyskałam umiejętność logicznego myślenia.
Podsunęłam sobie przed nos babeczkę, na której dumnie wyprostowana stała świeczka, a po niej tańczyły malutkie płomyki. Nagle zwróciłam uwagę na pewien szczegół.
Na złocie zalśniły krwistą czerwienią małe, grawerowane literki. "Od mamy". Tylko dwa słowa, które wrażenie, przynajmniej na mnie zrobiły piorunujące. Ugryzłam niemal nieświadomie ciastko, nadal wpatrując się w lśniące litery. Słodycz przyjemnie rozlała mi się w ustach. Z najwyższą czcią wyjęłam z babeczki świeczkę, bojąc się, że zaraz rozpłynie się jak senna kamfora. Jednak tak się nie stało. Zimny metal chłodził dziwnie gorącą dłoń, skórzany knot nadal płonął równym światłem, choć nie widziałam żadnego wosku czy nafty. Spojrzałam na babeczkę, jeszcze bardziej zaskoczona niż przedtem. Była cała. Bez śladu po moim ugryzieniu czy też ściśnięciu. I wtedy doszły do mnie słowa tajemniczej kobiety. "Pomyśl życzenie". Pełna wątpliwości zamknęłam oczy, wypowiadając w myślach jedyne, o czym marzyłam od lat. Życzenie, które tkwiło w mojej głowie kiedy tylko zyskałam samoświadomość. I zdmuchnęłam świeczkę. Ogień zgasł bez problemu, jakby nigdy go nie było. Zgasł... i zniknęła także świeczka. W drugiej ręce poczułam dziwną lekkość i kiedy spojrzałam, zrozumiałam, że nie ma także babeczki. Niczego, co przed chwilą wydawało się tak prawdziwe i namacalne. Pokręciłam głową, zła na sama siebie. Sny na jawie? To jeszcze mi się nie zdarzało, choć widocznie kiedyś musi być ten pierwszy raz. Wyszłam ze spiżarni, zamykając za sobą szczelnie drzwi. Postanowiłam, że nigdy już do niej nie wrócę. Skoro nie ma słodyczy, to po co? W korytarzu szybko wyminęłam wszelkie przeszkody i wkradłam się do wspólnej sypialni. Drzwi tym razem zamknęły się bezszelestnie, a podłoga wydawała się wyjątkowo miękka i tłumiąca wszelkie odgłosy, gdy już mniej ostrożnie wracałam do łóżka. Zakryłam się szczelnie kołdrą i zamknęłam oczy. Pod powiekami jeszcze na chwilę pojawiła się twarz roześmianej nieznajomej, po czym ogarnęła mnie upojna ciemność.
Nigdy już nie wróciłam do spiżarni. I to nie z powodu słodyczy, czy urazy osobistej, lecz ze zgoła innego, choć także związanego z pamiętnym wieczorem czternastych urodzin. Moje życzenie się spełniło. Nazajutrz zostałam adoptowana.
Przeznaczenie
"Są dziwy w niebie i na ziemi, o których
ani śniło się waszym filozofom"
W zimnej, szarej malignie dryfują dwie malutkie dusze. Nie wiedzą, czym są, gdzie są i skąd się tutaj wzięły. Nie było ich tu nigdy, ale są zawsze, co nieznośnie dezorientuje. Nigdy się nie zobaczą, tylko istnieją samotnie w dwóch rzeczywistościach.
I w końcu, pewnej chwili nieskończonej wieczności, coś się dzieje. Ukazuje się im obraz - śnieg prószy we mgle, rzędy chat ścieśniają się wokół wąskiej, udeptanej drogi. Chaty ciemne, zimne jak te śnieżynki, niegościnne i zamknięte. Żadnego dymu z komina by ogrzać dom, żadnej świecy palącej się w oknie. W zaułkach domów biedacy - ciemne, obdarte szaty, twarze w sadzy, kolana i łokcie poranione od pracy. Duszyczki z początku nie wiedzą, co poczynić, czy zostać gdzieś, gdzie z pewnością są bezpieczne, czy pójść tam, w to niegościnne miejsce. Budzi się pierwsze uczucie - ciekawość. Uczucie to tak silnie przejmuje dusze, że nagle, niby bez własnej ingerencji, znajdują się w wiosce. Powrotu już nie ma.
Samhain[1], noc między 31 października a 1 listopada. Dwie malutkie dusze przepływają od domu do domu, od żebraka do żebraka. Przed domami widzą jedzenie. Drugie uczucie - głód. W niebycie giną warzywa, świeży chleb, najmniej manierka wody. Nie zbliża to jednak dusz do spełnienia, gdyż wciąż czują odrzucenie przez ludzi i samotność, która była im nieodłącznym elementem niebytu. I nagle... dwa domy. Domy, w których pośpiesznie gaszone są świece, wodą zalewane kominy. A w domach dwoje ludzi w barwnych strojach, pośpiesznie zmienianych na łachmany, w połyskujących torkwes[2] chowanych na kołnierzem. Jedyny kolor w szarości, coś co wywołuje trzecie uczucie - zachwyt. I z zachwytem tym jedna z duszyczek uważnie przygląda się dwóm mieszkańcom i podąża do tego, który podoba jej się bardziej, a to za sprawą bransolet, teraz zdejmowanych z nadgarstków. Chce je włożyć z powrotem, chce posłuchać ich brzdęku przy poruszeniu ręką. Dusza wnika w samotną kobietę, dając pojmać się wirowi obcych wspomnień, wiedzy, słów, samej pojmując w posiadanie ciało.
Poprawia bransolety, zdziera z siebie łachmany, na powrót zakłada barwną spódnicę, zapala tlącą się jeszcze świecę. Czuje bicie własnego serca i zimne klepisko pod stopami, czuje zapach dymu świec i sosnowego drewna.
A i opętany przez drugą duszę mężczyzna poprawia swoje torkwes, gładzi prostą koszulę, czując pod palcami jej szorstki materiał i wdycha zapach przegotowanych warzyw, których nie zdążył wystawić przed domem. Czwarte i piąte uczucie - dezorientacja i oszołomienie, kłębiące się w duszach, które nie zaznały jeszcze życia.
Dzień 1 listopada. Mężczyzna i kobieta wychodzą z domów, z którymi ledwo co zdążyli się zapoznać. Ludzie, jeszcze wczoraj włóczędzy, dzisiaj mieszkańcy o jaskrawych strojach i skrzących biżuteriach, patrzą jakoś krzywo na dwójkę sąsiadów, czując, że to ktoś inny, ktoś nieznany, obcy.
A i dwie dusze patrzą się dziwnie, widząc taką zmianę w tych ludziach, jak i w ogóle widząc ludzi - z całym ich zachowaniem, ze wszystkimi zaletami i wadami, z pięknem i brzydotą. Szóste uczucie - zdumienie. I wtedy, stojąc na dwóch brzegach drogi, mężczyzna i kobieta zauważają się. Jedno w drugim widzi zarówno kolejnego nieznajomego jak i coś, co znają bardzo dobrze. Może chodzi o te promienie zimowego słońca odbijające się w niezwykle szarych oczach, a może o coś zupełnie innego...?
Wieczór 1 listopada. Siódme uczucie - zmęczenie. Trudno zasnąć gdy ciało tego pragnie, a dusza nie potrafi.
Dzień 3 listopada. Ludzie odsuwają się od tajemniczej dwójki, która cały uprzedni dzień jak uśpiona spędziła w domach. Kobieta słyszy pukanie do drzwi i szybko podbiega do nich, z zachwytem czując jak mięśnie poruszają się pod skórą. Otwiera drzwi i widzi znajomego mężczyznę, na którego wargach igra lekki uśmiech. Także uśmiecha się, a jej oczy napełniają ciepłem. Ósme uczucie - radość.
- Przepraszam, że panią niepokoję - odzywa się przybysz cicho i podnosi brwi, jakby sam dziwił się brzmienia swojego głosu - Ale rozchodzi się stąd zapach równie śliczny jak gospodyni. Pozwoli pani strudzonemu wędrowcowi dołączyć do posiłku?
Kobieta rumieni się na jawny komplement, ale wpuszcza mężczyznę do domu.
- Gdzież pan strudzony wędrowiec? - pyta po chwili - Przez ulicę pan jedynie przeszedł.
Mężczyzna śmieje się.
- Jaki ze mnie pan? Zwę się Erin - mówi, unikając odpowiedzi, a w głosie dźwięczy mu starannie skrywana niepewność.
W oczach kobiety przez chwilę błyszczy wahanie, lecz nagle jakby coś sobie przypomina.
- Nora - przedstawia się. Jedzą aromatyczną potrawę w ciszy, po dwóch stronach prostej ławy. Spożywają posiłek, raz za razem spoglądając w swe dziwne oczy, usiłując schwytać nieuchwytną myśl i skromnie spuszczają wzrok, gdy kolejnym razem ulatuje nim nawet się pojawi. Erin wychodzi tuż przed zmrokiem, a Nora patrzy jeszcze w ślad za nim, przeczuwając jakieś wspomnienie a sposobie, w jakim śnieg zakrywa wydeptaną przez niego drogę.
Koniec listopada. Mieszkańcy wioski trzymaną się z dala dziwacznej pary, domyślając się opętania w świętą noc. Tylko w sobie nawzajem Erin i Nora widzą schronienie, oparcie. Nie pamiętają już tej samotności, choć w ich umysłach jej cień pozostanie już zawsze. Są, czują, żyją. Z każdej chwili czerpią jak najwięcej mając dziwną świadomość, że jest to chwila wyjątkowo ulotna.
Miesiące później. Dziewiąte[3]uczucie - miłość. Szarość splata mężczyznę i kobietę, łączy ich przyszłość. Od teraz idą jedną drogą zbyt krótkiego bytu. Na zawsze zgasły światła w jednym domu.
Połowa października roku następnego. Kobieta choruje na dziwną chorobę, która ogrania jej ciało niemocą, myśli ćmi, a świadomość burzy. Mężczyzna z każdym dniem czuje się słabszy. Starcza im sił ledwie na blade, pełne uczucia uśmiechy i niepewny uścisk dłoni.
Noc z 31 października na 1 listopada roku następnego. Erin i Nora leżą w jednym łożu, oczy ich przykrywa szara mgła. Czują, jak życie uchodzi z ich ciał z każdą sekundą.
- Kocham cię - szepcze mężczyzna głosem ledwie głośniejszym od zimnego wiatru, wkradającego się przez nieszczelności - I znajdę cię, nieważne gdzie i kiedy, nieważne co przyniesie nam los.
Kobieta patrzy na niego z miłością. Wybija północ gdy dwie małe, zdezorientowane dusze zatapiają się w szarych odmętach. Samotność...
***
Mężczyzna siedzi na kanapie w salonie. W telewizji cicho mruczy prezenterka podająca najnowsze wiadomości. Człowiek trzyma w rękach tablet i w duszy przeklina serwis randkowy, w którym jest zarejestrowany od kilku miesięcy. Nie ma zbyt dużych wymagań, powinna przecież znaleźć się chociaż jedna, która wywoła w nim jakiekolwiek emocje. Ale nie. Podobne twarze, podobne zainteresowania, podobne uśmiechy, zawsze sztuczne. Jestem inna niż wszystkie, dobre sobie. Już ma zamiar wyłączyć urządzenie, by obejrzeć coś w telewizji, gdy zamiera. W jego szarych oczach rozbłyska coś, co dotychczas skryte było gdzieś głęboko we wnętrzu. Zdjęcie profilowe - dziewczyna stoi na jakiejś łące, a wokół śnieg - na ziemi, na niebie, we włosach. Na rzęsach, które skrywają oczy mówiące mu tak dużo, chociaż widzi je po raz pierwszy. Kilka hasztagów: #zima, #podróże, #radość, #korzenie, #rodzinnestrony. Coś drga w sercu mężczyzny i nagle jest zbyt świadomy jego przyspieszonego bicia. Kopiuje imię i nazwisko. Nadia. Wkleja w wyszukiwarkę, wchodzi w Facebooka, przegląda profil. Znów to zdjęcie i jeszcze inne, a na każdym - oczy. Pisze w wiadomości prywatnej - przedstawia się, zagaja rozmowę. Dostaje odpowiedź - kilka zdań na szarym polu, tak zadziwiająco ciepłych. Piszą ze sobą do czasów grubo po północy. Na drugi dzień jedno słowo w wiadomości: "Spotkanie?".
Noc 31 października. Halloweenowa impreza w parku. Mężczyzna wpatruje się w telefon, bo dziewczyna się spóźnia. Wystawiła go? Popija kolejny łyk gorzkiego ponczu. Nagłe pytanie:
- Eryk?
- Zna ten głos. Odwraca się i plastikowy kubeczek o mało nie wypada mu z rąk. Tak bardzo znane oczy, które rozszerzają się ze zdziwienia łapiąc jego spojrzenie. Odnalazły się. Dziwne to uczucie - miłość.
Error uczuć
Szykowałem się na randkę z dziewczyną poznaną w internecie. Wiele osób powie, że nie tak powinno się poznawać nowe osoby. Jednak chciałem spróbować czegoś nowego w nadziei, że nawet w internecie można znaleźć prawdziwą bratnią duszę. Z Joanną umówiłem się w pobliskim parku, a wieczorem mieliśmy pójść na kolację do mnie. Joanna była właśnie dziewczyną poznaną w popularnym serwisie randkowym. Według mnie była ładna - szatynka z zielonymi oczami, pozująca do zdjęcia w koktajlowej sukience. Skończyła Politechnikę Warszawską, napisała że lubi naturę i spacery w plenerze bez względu na pogodę. Dziwiłem się, że nikt jeszcze jej nie zaprosił. Może była kolejną fałszywą osobą, podszywającą się pod kogoś innego w internecie? Jednak z radością zgodziła się na spotkanie, a głos usłyszany w telefonie idealnie pasował do kobiety ze zdjęcia. Na stole obok mnie parowała miska spaghetti, którą później zamierzałem odgrzać. Ubrałem się w koszulę i dżinsy, bo raczej nie pójdę do parku w garniturze. Sprawdziłem zegarek - szesnasta pięćdziesiąt, za dziesięć minut umówiona godzina. Letnie słońce nadal mocno świeciło, nie zważając na dość późną godzinę. Jednak pogoda w każdej chwili mogła się zmienić, więc na wszelki wypadek wziąłem parasol. Zamknąłem za sobą mieszkanie i poszedłem na miejsce. Wokół wszystko prezentowało się wspaniale. Trawa zachwycała swą zielenią, na drzewach zaczynały rosnąć owoce, a kwiaty dodawały otoczeniu koloru. Usiadłem na drewnianej, świeżo wypolerowanej ławce, oczekując nadejścia Joanny.
Zjawiła się kilka chwil później, wysiadając z lokalnego autobusu. Wstałem i powitałem ją, całując w rękę. Wyglądała identycznie jak na zdjęciu, z tą różnicą, że miała inną kreację. Zielona zwiewna sukienka sięgała do kolan, podkreślając smukłe nogi ozdobione beżowymi baletkami. Usiedliśmy razem i po wymienieniu uprzejmości zaczęliśmy rozmawiać o sobie i swoich upodobaniach.
- Byłam ostatnio w Hiszpanii - pochwaliła się - wprost kocham tak przyjemne ciepło dawane przez słońce, które tutaj różni się tylko tym, że jest łagodniejsze.
- Lubisz podróżować? - zapytałem - byłem ostatnio w Chor...
- Oczywiście, że tak! - przerwała mi - szczególnie do krajów, gdzie lato panuje cały rok. Choć deszczowy Londyn też bardzo przypadł mi do gustu. Tam nie nawet nie trzeba morza, żeby przemoknąć do suchej nitki! - zachichotała.
Bardzo przyjemnie się jej słuchało, ale miałem niejasne przeczucie, że woli, by ta rozmowa była raczej monologiem. Jej monologiem. Mimo to próbowałem się wtrącić.
- A słyszałaś o...
- Ja o wszystkim słyszę! Wiadomości, onet, pudelek, jestem z nimi za pan brat. Codziennie sprawdzam świeże informacje - nagle popatrzyła się w niebo i zmarszczyła nos, niczym niezadowolona kotka - Nie moglibyśmy się przenieść gdzieś w cień? To słońce tak grzeje, że nie da się wytrzymać!
Trochę zbiło mnie to z tropu. Czy przed chwilą nie mówiła, że kocha ciepło słoneczne? Jednak jej życzenie powinno być dla mnie rozkazem, dlatego zaprosiłem ją na sąsiednią ławkę, skrytą w cieniu rozłożystego dębu. Tam kontynuowała swoje radosne trajkotanie.
- Ostatnio to słyszałam o okropnym huraganie, chyba Katherine się nazywał. Taki wiatr to faktycznie lekka przesada, ale na przykład lżejszy, który sprawia że drzewa szumią, tworząc unikalną melodię, jest bajeczny! A ty co lubisz?
Ocknąłem się z odrętwienia. Zapytała mnie o moje zdanie? To było coś nowego.
- Ja na przykład lubię żeglować...
- Ojej, a sztormów się nie boisz? - znów mi przerwała - choć w sumie wiatr, deszcz... byłyby samą przyjemnością, gdyby nie groziły zatopieniem.
I dalej gadała. Nie mówię, że były to nieciekawe rzeczy, ale w niektórych momentach zaczynałem się wyłączać. Rozbudziło mnie kropienie deszczu. Strzępki szarych chmur, które z marnym skutkiem usiłowały wyglądać groźnie i burzowo zaczęły wypuszczać deszczyk. Chłodny, orzeźwiający w letni dzień. Uniosłem twarz ku niebu i przez chwilę rozkoszowałem się tym zjawiskiem atmosferycznym. Dopóki nie przerwał mi oburzony głos.
- A ty co robisz?! Na co ci parasolka, jeśli w ogóle nie ma z niej pożytku? Otwórz ją, bo jeszcze zmoknę!
Odwróciłem się zaskoczony w jej stronę. A co z przyjemnym deszczykiem? Otworzyłem parasolkę i przytrzymałem jej nad głową. Spojrzałem na zegarek. Osiemnasta, idealna pora na kolację. Zaproponowałem Joannie zmycie się stąd, mając nadzieję, że żart językowy ją rozśmieszy. Nie zrozumiała, ale zgodziła się na pójście do mieszkania. Wstałem i podałem jej ramię. Tak poszliśmy do domu. Od razu po wejściu zamknąłem drzwi na dwa spusty. Letnia burza rozszalała się na dobre, ale zostawiłem otwarte okna, pozwalając by świeże powietrze dotarło do budynku. Zaprosiłem dziewczynę do stołu, szybko odgrzałem spaghetti, zapaliłem świeczkę i usiadłem naprzeciwko. Zjedliśmy w uprzejmym milczeniu.
Nie wiedziałem co dalej, ale pomysł podsunęła Joanna, pytając się o moją kolekcję filmów, stojącą na widoku w szklanej gablotce. Pozwoliłem jej wybrać. Ku mojej radości wybrała moją ulubioną część Star Wars. Zgasiłem nieliczne światła i usiedliśmy razem na kanapie. Jednak zanim zdążyłem odpalić film, ze strony Joanny padła prośba podszywana rozdrażnieniem:
- A mógłbyś zamknąć te okna? Wiatr tak hula na zewnątrz, jeszcze mnie przewieje.
A co stało się z unikalną melodią tworzoną przez wiatr między gałęziami drzew? Słyszałem ją, dochodzącą z zewnątrz, lecz Joanna zachowywała się, jakby była na nią głucha. Posłusznie zamknąłem jednak okiennice. W mieszkaniu zapanowała nieprzyjemna cisza. zająłem swoje miejsce i włączyłem film. W miarę jak leciał, Joanna rozluźniała się. W pewnym momencie przytuliła się do mnie. Wtedy też Yoda w filmie powiedział:
- "Strach jest ścieżką na ciemną stronę. Strach prowadzi do gniewu, gniew prowadzi do nienawiści, nienawiść prowadzi do cierpienia".
Słuchałem filmu tylko czasami, a ten cytat wpadł mi akurat w ucho. Dlaczego? Nie wiedziałem. Jednak wydawało mi się to niezwykle istotne. Po kilku chwilach, kiedy oczy same zaczęły mi się zamykać od kwestii bohaterów, słyszanych już wielokrotnie wcześniej, Joanna podniosła się i spojrzała mi prosto w oczy.
- Kocham cię - szepnęła.
Jednak nie zobaczyłem w jej oczach miłości. Była w nich pustka, zakrapiana czymś, co widzi się w oczach najgorszych przestępców. Kłamstwem. Nieświadomym, lecz całkowicie naturalnym kłamstwem. Odsunąłem się od niej, a po chwili wstałem, zapaliłem światła i wyłączyłem film. Joanna zmieszała się i także wstała. Podszedłem do drzwi i wskazałem je jej wymownie. Podeszła do mnie, a widząc moją determinację, wyszła. Jednak przystanęła korytarzu.
- Ale... ale dlaczego? - zapytała łamiącym się głosem.
- "Mówisz, że kochasz deszcz, a rozkładasz parasolkę, gdy zaczyna padać. Mówisz, że kochasz słońce, a chowasz się w cieniu, gdy zaczyna świecić. Mówisz, że kochasz wiatr, a zamykasz okno, gdy zaczyna wiać. Właśnie dlatego boję się, kiedy mówisz, że mnie kochasz." - zacytowałem Szekspira, który nagle ożył w mojej głowie i użył moich ust, by wyrazić uczucia. I ten strach, ta świadomość kłamstwa sprawiła, że zrozumiałem słowa Yody w sensie innym, niż miał na myśli scenarzysta. A ja nie chciałem cierpieć przez osobę dla której słowa nic nie znaczą.
- Żegnaj - dodałem i zamknąłem jej drzwi przed nosem.
Złoty łańcuszek
Przede mną rozciągał się widok na bezkresny ocean. Słońce niedawno zatonęło na odległym horyzoncie, zatapiając świat w ponurym półmroku. Ostre, czarne skały wbijały się w moje bose stopy. Wysokie fale z całej siły uderzały w brzeg, rozpraszając w powietrzu słoną pianę. Spojrzałem ponuro na wodę. To był ten dzień. Dzień w którym dołączę do swojej żony. W pięści zaciskałem złoty łańcuszek. Miał dla Marii wielką wartość, choć nigdy nie mogłem pojąć dlaczego. Już za życia powiedziała mi, że zabierze go ze sobą do grobu, bym ja tego dopilnował. Zaśmiałem się wtedy, mówiąc, że do grobu, to ona ma jeszcze daleko. Nie mogłem pomylić się bardziej. Już kilka miesięcy później mą ukochaną wchłonął ocean, nie zostawiając żadnego śladu. Pamiętałem tylko to. Nie wiedziałem jak zginęła, większość moich wspomnień skrywała mgła, przez którą mimo najszczerszych wysiłków nie mogłem się przebić. Pamiętałem więc tylko, że straciłem tą najcenniejszą w mym życiu osobę. Pragnąłem wypełnić jej ostatnie życzenie, choć wymagało to ode mnie najwyższego poświęcenia. Skoro nie mogłem dać jej tego z oczywistych względów, musiałem zadbać, by znalazło się przynajmniej w tym samym miejscu. Zimny wiatr dmuchnął mi w twarz kropelkami wody. Skoczyłem. Woda otworzyła się przede mną. T-shirt natychmiast namókł, ściągając mnie w dół. Lecz ja nadal płynąłem. Płynąłem, by wypełnić przeznaczenie. Łańcuszek w dłoni ciążył niewiarygodnie. Zacisnąłem powieki, by uchronić oczy przed słoną wodą. W ciemności własnego umysłu ukazała mi się Maria. Wiatr delikatnie rozwiewał jej jasne blond włosy, zielone oczy spoglądały na mnie błagalnie. Długa, powłóczysta suknia zakrywała całą jej drobną postać. Wyciągnęła ku mnie ręce.
- Wróć, proszę, wróć do mnie - usłyszałem jej głos jakby była tuż obok.
- Nie martw się, już wkrótce znów będziemy razem - obiecałem w myślach, obserwując jak wizja powoli znika.
Słone łzy mieszały się z wodą wokół. Gdy otworzyłem oczy, byłem już daleko od brzegu. Fale walczyły zaciekle, próbując zgarnąć mnie pod powierzchnię. Czy to było odpowiednie miejsce? Nie miałem pojęcia. Lecz już przestałem się opierać. Odprężyłem się, tylko łańcuszek trzymałem równie mocno. Najbliższa fala wzrosła przede mną na kilka dobrych metrów, zanim z głuchym rykiem zwycięstwa zaciągnęła mnie pod wodę, która szybko mnie ogarnęła. Wpływała do szeroko otwartych oczu, do ust zastygłych w niemym zdziwieniu.
Nie wiedziałem, że to będzie tak bolało. Płuca ścisnęły się jeszcze kilkakrotnie zanim zrozumiały, że nie ma już czym oddychać. Ciało przestało mnie słuchać, z uporem starając się rozewrzeć pięść w której spoczywał łańcuszek. Walczyłem z tym tak długo, aż wszystkiego nie ogarnęła od dawna wyczekiwana ciemność. Byłem pewien, że to już koniec. Że teraz rozpłynę się ja, moja świadomość, a zostanie tylko dusza, prowadzona przez światło w tunelu. Lecz tak się nie stało. Żadnego światła, nic. Tylko ciemność. Wszechogarniająca, gęsta, trudna do zaakceptowania. Pojąłem, że znajduję się w pionowej pozycji, a moje ubrania nie są już nasiąknięte wodą. W ręce nadal trzymałem łańcuszek, co zrozumiałem z niemałym zdziwieniem.
I wtedy dopiero ujrzałem światło. Nie... nie było to światło. Z małego jasnego punkciku kilka metrów przede mną zaczęła rozwijać się suknia. A w niej? Ona. Maria, wodząca wokół wystraszonym wzrokiem. Chciałem podejść do niej, lecz jak na złość nie mogłem nawet drgnąć. Tylko ręka z łańcuszkiem uniosła się przede mną wbrew mojej woli. Wtedy dopiero przypomniałem sobie właściwy cel mojej podróży.
- Przyniosłem go - powiedziałem z nutką triumfu w głosie - przyniosłem, tak jak chciałaś.
Maria skupiła na mnie swoje rozbiegane spojrzenie. Przez jej twarz przemknął cień ulgi, lecz już chwilę później powrócił ten pierwotny, dziki strach.
- Już za późno - wyszeptała i odwróciła się gwałtownie, jakby ciągnięta przez niewidzialną dłoń.Jej ramiona zatrzęsły się, jakby płakała. Zaniepokoiłem się, jeszcze bardziej chciałem się ruszyć. Lecz zamiast szlochu usłyszałem śmiech. Śmiech, od którego włos się jeży na głowie, a niewinne panny mdleją. Śmiech, który mrozi krew w żyłach. Postać Marii zaczęła pęcznieć, rosnąć. Biała sukienka rozerwała się, ukazując nienaturalnie umięśnione plecy pokryte czerwoną jak krew skórą. Jasne włosy odpadły, z głowy wyrosły dwa baranie, czarne rogi. Z drobnych niegdyś palców wyrosły długie pazury. Diabeł śmiał się, machając ogonem zakończonym ostrym żądłem jak uradowany pies. Był ogromny. Większy niż jakiekolwiek olbrzymy świata, taki, że przysłonił mi cały obszar widzenia. W jego oczach płonął ogień, w którym jeszcze przez chwilę odbijała się przerażona twarz Marii. Z ust wykrzywionych w karykaturalnym uśmiechu wychynęły dwa wielkie kły, przyozdobione łańcuszkiem mniejszych, wąskich jak igiełki zębów. Diabeł śmiał mi się w twarz. Jego ogromna łapa zbliżyła się do mnie, ostre pazury nakierowane tak, by przebić mnie na wylot. Nie mogłem uciec. Nie mogłem krzyczeć. Strach zacisnął lodowate dłonie na moim gardle.
I wtedy poczułem coś mokrego w swojej ręce. Łańcuszek. Roztapiał się od piekielnego gorąca. Nie! - chciałem krzyczeć. Nie pozwolę na to. Ścisnąłem mocniej płynne złoto, choć paliło skórę mojej dłoni. Spojrzałem w ogniste oczy diabła i całą siłą wygiąłem moje usta w drwiący uśmiech. Nie. Nie poddam się tak łatwo. Zamknąłem oczy, a obraz Marii ponownie pojawił się przed moimi oczami.
- Wróć, proszę, wróć do mnie - szeptała, a po bladych policzkach spływały jej łzy.
- Dobrze - mruknąłem, nagle czując niesamowity spokój.
I wtedy ogień zniknął. Nie czułem już ciepła, w uszach nie rozbrzmiewał już piekielny śmiech. Ciemność rozjaśniła się, rażąc nieskazitelną bielą. Usilnie próbowałem otworzyć oczy, które teraz były jak zalepione. Coś brutalnie zwaliło mnie z nóg, wylądowałem na plecach, a ostre białe światło zaczęło kłuć po powiekami. No dalej - zachęcałem siebie - uda ci się. Wystarczy otworzyć oczy. Powoli, ostrożnie uniosłem powieki, w kilka sekund lokalizując źródło światła. Biała świetlówka, wisząca ponuro nade mną. Poczułem, że leżę na jakimś posłaniu, które wcale zbyt wygodne nie było, na nadgarstek kapały łzy. Powoli przesunąłem głowę, która pulsowała nieznośnym bólem. Koło mnie siedziała... Maria. Nachylała się nad moją ręką, oczy miała półprzymknięte. Długie rzęsy rzucały cień na mokre policzki. Jasne włosy miała w nieładzie. Z szyi zwisał nieodłączny złoty łańcuszek. Odchrząknąłem cicho. Natychmiast odwróciła twarz w moją stronę, przekrwione oczy otworzyła szeroko ze zdumienia.
- Wróciłeś - powiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałem, jakby bojąc się, że to tylko sen.
- Ty... żyjesz - wymamrotałem cicho, przypominając sobie niedawne wydarzenia. Przecież umarła dawno temu. Lecz teraz, całkiem żywa spojrzała na mnie z troską i niepokojem.
- Dlaczego miałabym nie żyć? Nie poznajesz mnie?
Skupiłem się. Coś tu nie grało.
- Maria, moja żona od roku i siedmiu miesięcy. Po tym czasie zmarła tragicznie na oceanie. Jak... nie pamiętam. Po prostu nie pamiętam. Ty umarłaś... miesiąc temu.
Maria uniosła ze zdziwienia brwi.
- A pamiętasz coś z tego ostatniego miesiąca?
Zmarszczyłem brwi.
- Ból. Pustkę. Smutek. Ale tego co się działo... nie. Nic nie pamiętam.
Żona westchnęła cicho, mocniej ściskając moją rękę.
- Miesiąc temu nurkowałeś, kochanie. Przewód łączący butlę z tlenem się rozszczelnił - zapatrzyła się gdzieś w dal, jakby próbowała przypomnieć sobie to wszystko ze szczegółami - gdyby ten chłopak cię wtedy nie znalazł... - zamknęła oczy, po policzku popłynęła świeża łza - myślałam, że cię straciłam. Zapadłeś w śpiączkę, a ja codziennie modliłam się, byś wrócił do mnie. I wreszcie... - objęła mnie delikatnie - dobrze, że już tu jesteś.
Położyłem jej na ramieniu rękę, do której podłączoną miałem kroplówkę, ponieważ drugą nadal ściskała kurczowo. Rękę, w której jeszcze niedawno spoczywał złoty łańcuszek.
Jeszcze pożyjemy[1]
"Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy"
Usiłuję wejrzeć w cień, który skrywa twarz sprzedawcy i dostrzegam niewyraźny blask jego oczu. Zaciskam rękę na zimnym szkle fiolki, a w górę ramienia przebiega mi dreszcz.
- To... będzie bolało? - pytam. Mężczyzna kręci głową.
- Ustalaliśmy, szybko i bezboleśnie.
- Szybko i bezboleśnie... - szepczę i podaję mu zwitek banknotów. Słyszę szelest za sobą i odwracam głowę, by zlokalizować jego źródło. Gdy z powrotem spoglądam przed siebie sprzedawcy już nie ma. Zostaję sam w cichej, ciemnej uliczce. Wycofuję się powoli, rozglądając się na boki i mimowolnie wzdrygam się, usłyszawszy grzmot. Gdy wracam do domu, deszcz pada mi na głowę.
Słońce tańczy w kurzu unoszącym się w powietrzu. Na zewnątrz śpiewają ptaki, ale w mieszkaniu cisza rozbrzmiewa swą własną pieśnią. Opieram głowę o chłodną ścianę i przez chwilę wpatruję się w biały sufit. Siedzę na kafelkach w pomieszczeniu, które kiedyś mogłem nazwać sercem mego domu. Przez ostatnie miesiące obserwowałem, jak biło coraz wolniej. Nie myślałem, że akcje spadną. Nie myślałem nad tym, żeby odłożyć coś na czarną godzinę. Nie myślałem, że zdradzą mnie właśnie przyjaciele. Nie myślałem... po prostu nie myślałem. Łzy bezsilności płyną mi po policzkach. Nie płakałem, gdy umarł mój ojciec. Nie płakałem za matką. Nie płakałem, gdy odrzucałem swoją miłość z obawy, że nie podołam. Teraz płaczę. Płaczę, bo wiem, że to już koniec. Że już nie mogę niczego naprawić, że nie ma możliwości zmienić złych wyborów. Płaczę, bo nie ma już dla mnie przyszłości. Podnoszę fiolkę i przez chwilę patrzę, jak światło odbija się od szkła. Ruszam nadgarstkiem, a substancja leniwie krąży po ściankach. Łzy już wyschły. Podnoszę naczynie do ust i przez chwilę dzielę oddech ze śmiercią. Duszący, migdałowy zapach kusi obietnicą zakończenia cierpień i niepowodzeń. Pierwsze krople spływają do gardła... Dłoń łapie nagły skurcz, który wykrzywia palce. Trzask. Fiolka ląduje na podłodze, substancja wylewa się, a ja kaszlę od unoszących się oparów i szybko podbiegam do okna. Zachłystuję się powietrzem. Wybucham śmiechem, a z moich oczu na powrót leją się łzy. Oblizuję spierzchnięte usta. To koniec. Nie mam już pieniędzy na kolejną dawkę. Nie mam żadnych pieniędzy. To... koniec.
Dzwonek telefonu budzi mnie ze snu. Rozglądam się wokół nieprzytomnym wzrokiem. Drzewa wyciągają czarne szpony ku szaremu niebu, autostrada popękanych kostek brukowych biegnie w lesie bladych ździebeł trawy. Wypuszczam oddech, a jedyną przychylną mi rzeczą jest to, że w jego miejscu jeszcze nie wytwarza się para. Odgarniam fałdy szorstkiego koca i wyjmuję z kieszeni starą Nokię - ostatni kontakt ze światem zewnętrznym. Numer zastrzeżony, odbieram. Ucho rani mi ostry głos po drugiej stronie. Po rozpaczy przyszła obojętność, która otulała mnie jak koc. Obojętność, w której tkwiłbym na wieczność, gdyby nie słowa:
- Wypadek... Pani Hikina Serapia[2]... Podała pana numer zanim... Potrzebuje transfuzji...
Zrywam się na równe nogi. Czuję, jak serce wybija nierówny rytm w mojej piersi.
- Gdzie? - pytam, a własny głos brzmi obco w moich uszach.
- Ulica Kościelna 25.
- Już jadę.
Wkładam telefon do kieszeni i ruszam uliczką. Zostawiam koc na ławce - tylko mnie spowolni. Autobus jedzie zbyt wolno. W końcu wpadam przez drzwi szpitala.
- 0-, do transfuzji - mówię, ledwo co przekroczywszy próg.
Sekretarka patrzy na mnie jak na szaleńca.
- Musi pan wypełnić dokume...
- Ona potrzebuje krwi. Teraz.
Pracownica posyła mi długie, zirytowane spojrzenie.
- Na prawo, sala 13.
Ignoruję krzywe spojrzenia pacjentów. Niespełna minutę później moja krew leniwie spływa do plastikowego woreczka.
- Można by tak z 6 litrów? - pytam pielęgniarkę, a ta patrzy na mnie z niezrozumieniem. - Pobrać. Tak z 6 litrów.
- Pan zwariował? To jedyna krew, jaką pan posiada - odpowiada z oburzeniem.
- Ja wiem. Ale czy nie można by...
- Nie - ucina.
Patrzę jak szkarłatna ciecz powoli napełnia pojemnik. Nie boli. Nie bolałoby pewnie, jakby wziąć jej więcej. Ten płyn, to całe moje życie. To wszystko co mi zostało. Przyzwyczaiłem się już, że los odbiera mi wszystko. Zabierzcie, zabierzcie jej więcej... Czuję lekkie zawroty głowy i mam ochotę zamknąć oczy. Śmierć z pewnością byłaby ciepła, byłaby jak obejmujące mnie matczyne ramiona. Słodka, słodka jak... jak sok w kartoniku, który pielęgniarka podaje mi do ręki.
- Odpływa pan. Niech się pan napije, to pomoże.
Tak prosto byłoby teraz zasnąć. Ale muszę wytrzymać. Wszystko by jej nie stracić, aby mogła żyć[3].
- Co z nią? - pytam przechodzącego lekarza po raz kolejny.
Patrzy na mnie długą chwilę, jakby zastanawiał się, czy nie zawołać ochrony.
- Jej stan nie zmienił się w ciągu ostatnich kilku minut, kiedy pan o to nie pytał - odpowiada i odchodzi. Krzywię się i przekręcam, żeby wygodniej ułożyć się na plastikowym krześle. Intensywnie wpatruję się w białe drzwi, jakbym mógł przejrzeć przez nie. Tak bardzo chcę ją zobaczyć. Ten ostatni raz, by chwila wystarczyła na jedyne "przepraszam"...
- Powoli, ostrożnie...
Głosy powoli przedzierają się przez sen. Otwieram oczy, krzywię się na widok ostrego światła, które odbijają białe ściany korytarza szpitalnego oraz bólu w całym ciele. Mam zamiar przeciągnąć się, lecz nagle zastygam w bezruchu. To ona. Wyłania się zza dwóch pielęgniarek, które pomagają jej iść. Jest w szpitalnej koszuli, kurczowo trzyma się za wieszak, na którym przywieszona jest kroplówka i próbuje postąpić kolejny krok. Drugą rękę ma w gipsie, długie blond włosy dosięgają temblaka i zasłaniają twarz. Odrzuca je ostrożnie, jakby bała się gwałtowniejszych ruchów. Ma podkrążone oczy, czarny szew przecina jej policzek. W pewnym momencie patrzy w moją stronę, a ja zamieram. Widzę... to ona. Moja przeszłość i przyszłość. Zauważa mnie. Wiem, że za chwilę odwróci wzrok ze wstrętem, wiem, że odejdzie nim zdążę wydusić przeprosiny, wiem... Uśmiecha się do mnie i z trudem podchodzi bliżej, a jej roześmiane oczy mienią się barwami jutrzenki, gdy wyciąga dłoń w moją stronę.
- Będzie bolało?
Abigail[4] patrzy na mnie swoimi wielkimi, błękitnymi oczami, które przepełnia lęk.
- To tylko krótkie badanie, kochanie. Nic nie poczujesz - odpowiada za mnie Serapia, kładąc mi dłoń na ramieniu.
- Tato?
- Mama ma rację, o nic się nie martw.
Pielęgniarka podchodzi ze strzykawką, i już po chwili trzyma w ręku fiolkę wypełnioną krwią, a Abigail przyciska wacik do małej ranki na zagięciu łokcia.
- Tak się bałam... - mówi.
- To już przeszłość. Następnym razem będziesz wiedziała, że to nic strasznego - przerywa jej Serapia.
Rozszerza oczy ze zdumienia.
- To będzie następny raz?
Parskam śmiechem i wyciągam rękę, żeby pomóc jej zejść z fotela.
- Zobaczymy, skarbie. Przyszłość ma to do tego, że nie da się jej przewidzieć. Ktoś z tu obecnych ma ochotę na lody?
Córka wydaje pisk szczęścia i zaskakuje z fotela, nagle ożywiona, a ja ze śmiechem podążam za nią.
Czasami warto po prostu zaczekać.
Szansa
"Miłość można odnaleźć w najmniej spodziewanym
miejscu i czasie, trzeba tylko dać jej szansę"
Idą chodnikiem, ona z jednej, a on z drugiej strony. Wokół nich inni szarzy ludzie, wiecznie pędzący gdzieś tłum. Dzień jest zwyczajny, pochmurny, przed południem trochę padało. Dzień wiosenny, lecz równie normalny co inne dni roku, równie normalny co wszystkie dni życia. Monootonny. Jest to centrum miasta. Nowoczesne pomniki stali i szkła pną się wśród niskich, szarawych bloków o wąskich balkonach, pozostałości jeszcze sprzed pół wieku. Centrum przytłacza przepychem i wielkością, wzywa ludzi do siebie i nagina czas w swoich granicach. Na obrzeżach miasta kwadrans to majątek, czas, który jest ukojeniem po ciężkim dniu. Tutaj kwadrans jest spóźnieniem.
Ona ma na sobie dżinsy, proste, ciemnogranatowe. Nie zdążyła wyprasować białej koszuli, toteż kołnierzyk wygięty jest pod złym kątem, a pogięty dół włożony dla niepoznaki za pasek. Jest już po pracy i właśnie idzie odwiedzić bliską znajomą. Po całym dniu szminka starła się, a kobieta przypomniała sobie o tym już w windzie, toteż poprawiała szybko usta, nieco krzywo wyjeżdżając poza ich kontur. Ze zgrabnego o poranku koczka wysunęło się kilka cienkich pasm mysiego koloru, na których zeszłego lata widać było jeszcze blond pobłyski. Tusz osypał jej się lekko pod oczami, przez co wygląda na zmęczoną. Na plecy narzuciła gruby, brązowy sweter, szyję niedokładnie przewiązała szalikiem, w dłoni ściska granatową torbę, która zsunęła jej się z ramienia. Nie ma na sobie wystawnej sukni wieczorowej, wyjątkowych oczu lśniących zachwytem otaczającego jej świata ani idealnej figury, widocznej nawet pod wszystkimi warstwami ubrań. Nie wygląda pięknie, a jeśli zauważa się te małe szczegóły można nawet zaprzeczyć twierdzeniu o jakiejkolwiek schludności.
On zapiął płaszcz pod szyję, zakrywając rozpięty jeszcze w windzie, tuż po pracy, kołnierzyk koszuli. Płaszcz jest filcowy, sięgający nieco poniżej połowy uda. Spod niego widać spodnie od garnituru, na nogach ma lakierki, które, dawno nie polerowane, zszarzały i zmatowiały. Niebieski jak jego oczy krawat zmięty jest w skórzanej aktówce pomiędzy laptopem a kilkoma zadrukowanymi arkuszami. Na twarzy widnieje cień zarostu, gdyż rano nie miał sił i ochoty się ogolić. Nie ma nic na szyi oraz głowie, a ciemne, już nie tak bujne jak kiedyś włosy rozwiewa mu pojawiający się co chwila, lekki i dokuczliwy wiatr.
Jego płaszcz nie jest koloru jaskrawej zieleni, w ręce nie trzyma bukietu pierwszych wiosennych kwiatów, a jego aktówka nie grozi wysypaniem wszystkich dokumentów, by można było pomóc w zbieraniu ich. Nie ma postawy modela, a twarz pozostaje obojętna.
Przypadek pierwszy
On i ona idą powoli, ale starają się przyspieszyć, wymijając pozostałych ludzi. Ona wpatruje się w chodnik, by nie nadepnąć na czyjąś stopę, a on przed siebie, gdyż w pewnym poradniku psychologicznym przeczytał, że to pomaga poruszać się w tłumie. Mijają się w połowie chodnika. On jej nie zauważa. Ona nie zauważa jego. Ona idzie prosto do koleżanki, a w jej mieszkaniu siadają na białej sofie przy filiżankach mocnego espresso i paczce kruchych ciasteczek, otwartej na stoliku o szklanym blacie. Rozmawiają o pracy i obowiązkach, żalą się na ceny towarów i nieuprzejmych ludzi. Później wymieniają uściski i obiecują sobie, że niedługo znów się spotkają. Zmierzcha już, gdy kobieta wraca samotnie do pustego domu.
Przypadek drugi
Ona patrzy się nieco wyżej, widzi wszystko na poziomie ramion ludzi wokół. Jest niewysoka, toteż by spojrzeć dalej, musiałaby komicznie podnieść brodę, a nie lubi sytuacji, gdy popada w śmieszność z racji swojego wzrostu. On rozgląda się na boki, by nie wpaść na nikogo, choć wie, że przez to dłużej będzie przemieszczał się przez zatłoczone centrum. Myślami jest już w domu, więc swój udział w sytuacji utrzymuje jedynie na tym zadaniu. W połowie chodnika ona podrywa nieco wyżej głowę, by spojrzeć na twarz mijającego ją mężczyzny. On zauważa ją, ale szybko wraca wzrokiem do kolejnych ludzi. Ona mija go, idąc dalej. On wraca do domu. Zapala światło na korytarzu, idzie do kuchni. Nagrzewa piekarnik, wstawia do niego mrożoną pizzę, gdyż nie jadł nic od śniadania. Zdejmuje płaszcz i rzuca go na fotel, a sam siada na kanapie. Włącza telewizor, pozostawia na pierwszym kanale - jakimś teleturnieju - wyciąga komórkę, sprawdza maile. Zjada pizzę, wraca ma kanapę, ogląda program, którego zasad nie zna i nie chce poznać. Jest apatyczny, obojętny.
Przypadek trzeci
Ona patrzy się wprost, on również. Łatwiej przepychać się między ludźmi, gdyż myślą oni, że ta dwójka śpieszy się w jakimś konkretnym, ważnym celu i nieświadomie ustępują miejsca. Po środku chodnika mijają się zbyt blisko, a aktówka uderza o rękę kobiety, sprawiając, że wypuszcza z niej torbę, która z hałasem ląduje na ziemi. Ona czuje się zażenowania i szybko schyla się, by ją podnieść. On, widząc w tym swoją winę, również sięga po upuszczony przedmiot. Łaskawy traf sprawia, że ich dłonie spotykają się na klapie torby, jego, z zaróżowionymi od chłodu kłykciami i odciskiem od trzymania długopisu przykrywa jej, delikatną i drobną. Żadne nie chce puścić, gdy unoszą torbę wyżej, zanim ona nie zawiesza jej na ramieniu. Przez krótką chwilę patrzą sobie w oczy...
- Przepraszam - mówi mężczyzna i odchodzi.
Ona kręci głową, a już kilka metrów dalej, w ferworze życia, zapomina o tej sytuacji. On, będąc już w domu, na kanapie, nie ma w pamięci żadnej przypadkowej kobiety, którą spotkał na swej drodze.
Przypadek czwarty
Ona nie krępuje się przed rozglądaniem wokół. Nie są jej obojętni otaczający ją ludzie i wie, że koleżanka nie będzie jej miała za złe, jeśli trochę się spóźni. Pomimo braku miejsca znajduje chwilę, by założyć pasek torby z powrotem na ramię. On uważa na otaczające go osoby. Jest zmęczony, ale stara się iść żwawo i pewnie. Na środku chodnika mijają się tak blisko, że krzyżują się ich spojrzenia. Nagle zmienia się cel, do którego tak im śpieszno. Przystają na środku chodnika, ignorując mamroczących pod nosami, potrącających ich w biegu ludzi. On pierwszy zagaja rozmowę. Komplementuje jej urodę. Ona rumieni się, zbyt mocno zdając sobie sprawę ze wszystkich swoich mankamentów. Dla niego jest piękna. Ona widzi w jego oczach cały urok nieba. Rozmawiają krótko, to dwoje dziwnie złączonych nieznajomych. Wymieniają się numerami, a sytuację tą uznają za zgoła specyficzną dopiero później, sami w swoich domach, gdy mogą uspokoić wzburzone serca i umysły. Kontaktują się jednak już niedługo później, zbyt ciekawi drugiej osoby, zbyt zdziwieni swoją otwartością. Ona zaczyna bardziej zwracać uwagę na wygląd. On poleruje lakierki po raz pierwszy od miesięcy. Jej znajoma musi zaakceptować to, że zwyczajowe rozmowy skupiły się na zgoła innym temacie. On rzadziej jest zmęczony. Pod jej drzwiami stoją męskie lakierki. W jego szafce łazienkowej pojawiają się pudry, róże i balsamy. Na balkonach samotnych mieszkań zostają wywieszone jaskrawe płachty z ofertami sprzedaży. Blakną przez lato, później znikają. Znika także taki sam napis na tarasie pewnego przestronnego apartamentu.
Idą chodnikiem w jedną stronę. Dzień jest zwyczajny, pochmurny. On zauważa na jednym z wąskich balkonów pnącza, które urosły wokół metalowych prętów barierki i białe pąki na ich wątłych łodygach. Pokazuje je kobiecie, a ona zastanawia się, jak będą wyglądały, kiedy uda im się rozkwitnąć. Rozmawiają jeszcze o rzeczach zupełnie nieważnych, zmierzając wśród tłumu do niewiadomego miejsca. Może być to park, a może kawiarnia, kino, teatr. Są w centrum, a mimo tego kwadrans jest dla nich wiecznością. Kwadrans jest dla nich szczęściem.
Skradzione chwile
Twarz ma zdrowo zaokrągloną, przyrumienioną na policzkach. Rzęsy czarne jak węgle, rzucają miękki cień na policzki. Usteczka blade, jak dwa płatki zwiędłych róż, a na głowie kilka pasm ciemnych włosów, suchych już i poskręcanych na różne strony. Leży na błękitnym, pluszowym kocyku, tuż po narodzinach. Wciąż pod ostrym światłem lamp szpitalnych, które nie przeszkadza jej w śnie, a które sprawia, że zdjęcie nie jest prześwietlone. Dookoła obrazu biała, grubsza w dolnej krawędzi ramka. Wczesne lata dziewięćdziesiąte, nowy polaroid kupiony zaledwie kilka dni przed rozwiązaniem, przez ojca. Tuż po zrobieniu zdjęcia, zanim jeszcze zdoła nabrać koloru i ostrości, dziecko wydziera się za wsze czasy. Rozpoczynają się komplikacje. Do domu dociera po kilku miesiącach. Nie ma pępkowego. Nie ma gratulacji rodziny i pochylających się nad pierworodną ciotek. Tylko strach, żeby żyła i zdrowo się rozwijała. Strach, który towarzyszy jej w najwcześniejszych wspomnieniach, jedynie strzępach nerwowej świadomości.
Dziewczynka stawia pierwsze kroki. Na nogach ma śmieszne czerwone spodenki ze sztruksu, na górze biały podkoszulek z wyszytymi kolorowymi kształtami kwiatów. Czarne włosy są krótkie, ledwie do brody, poplątane i zawijające się w półproste loczki. Śmieje się. Policzki znowu są pełne, twarz nieco zbyt blada jak na dziecko wsi, które całe dnie potrafiło spędzać, siedząc jeszcze i raczkując po podwórku. Stopy nagie, bezpiecznie sunące po ciemnoczerwonym dywanie w perskie wzory. W oddali terakota i stojąca lampa, z boku zdjęcia ręce matki, zachęcające do postawienia kolejnego kroku. Aparat trzyma ojciec. Chwilę później dziewczynka upada. Mijają niespełna dwa lata, nim jest w stanie samodzielnie chodzić.
Trzecie urodziny. Jubilatka właśnie ma zdmuchnąć świeczki. Nachyla się nad wspaniałym ciastem wykonanym przez babcię. Jest polane białym, gęstym lukrem, na który mama wysypała różowe kwiatki wycięte ze słodkiego opłatka. Policzki ma zabawnie wydęte, a oczy zamknięte, bo pod powiekami trzyma życzenie. Nie udaje jej się zdmuchnąć świeczek, bo tort spada ze stołu, przypadkowo strącony przez zbyt rozentuzjazmowanego wujka. Dzień mija na sprzątaniu, życzenie nigdy nie zostaje wypowiedziane.
Tak właśnie wygląda moje życie. Mając osiem lat, orientuję się, że cała rzecz tkwi w tym nieszczęsnym aparacie. Zdjęcia z najszczęśliwszych chwil w moim życiu wiszą, przybite gwoździami, na jednej ze ścian, tej między salonem a kuchnią. Chwil, których nie było. Chwil, których zostałam pozbawiona. Kiedy patrzę na te zdjęcia, nie mogę przypomnieć sobie tych momentów, ponieważ one po prostu nie miały miejsca. Ten aparat jest moim wrogiem. Potworem, który pożera mi życie kawałek po kawałeczku. Pewnego popołudnia, gdy obydwojga rodziców nie ma w domu, chowam go w swoim pokoju, głęboko w jednej z szuflad komody. Kiedy mama pyta się, gdzie on jest, odpowiadam zdziwieniem tak wielkim, jakie tylko może udać ośmiolatka.
Jesienią następnego roku bawię się w polu. Otaczają mnie sinożółte kłosy, które łaskoczą mnie w ręce i brodę. Nade mną rozpościera się szarawe, chłodne niebo. Dziewiczą ciszę przecina jakby szelest. Patrzę się w stronę, z której nadchodzi dźwięk i zauważam mamę. Idę w jej stronę, przedzierając się przez ściany długich ździebeł. Mam ochotę ją przytulić. Granatowa koszula w kratę, którą narzuciła na podkoszulek, drży na wietrze wraz ze zbożem. Sprawia, że trzymany przez nią aparat zauważam dopiero, kiedy jest już za późno.
- M-mamo, gdzie go znalazłaś? - jąkam, wycofując się powoli tyłem.
Zdejmuje mnie zimny, chwytający głęboko strach, zupełnie irracjonalny, zupełnie prawdziwy. Mama zatrzymuje się z beztroskim uśmiechem. Wyblakłe od słońca włosy zawijają się przy jej policzkach i podskakują jak wszystko w rytm jesiennego wiatru.
- Głuptasie, był przez ten cały czas u ciebie. Szczęście, że w końcu zabrałam się za porządki. No, uśmiechnij się.
- To nie jest... To nie najlepszy pomysł - udaje mi się wyjaśnić, nim błyska flesz.
Kilka tygodni później rozpakowujemy pudła z rzeczami w małym mieszkanku w centrum miasta oddalonego od rodzinnego domu o kilkaset kilometrów.