Uroczysko - Anna Olszewska

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (32,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Je­sień 1926 roku...

Za­rdze­wiały łań­cuch skrzy­piał, gdy Alojzy wy­cią­gał wia­dro ze studni. Nie­wielka chata, wci­śnięta w wa­pienną skałę, nie miała no­wo­cze­snych udo­god­nień. Alojzy co­dzien­nie przy­no­sił świeżą wodę, którą wle­wał do du­żej ba­lii usta­wio­nej po­środku izby.

Po­czą­tek dnia wy­zna­czał mu świer­got pta­ków bu­szu­ją­cych w le­śnej gę­stwi­nie, a jego ko­niec - po­hu­ki­wa­nie sowy, która za­miesz­kała w dziu­pli w sta­rym świerku, ro­sną­cym tuż obok chaty. Za to­wa­rzy­stwo wy­star­czała mu ro­dzina żbi­ków po­lu­ją­cych w płyt­kich do­lin­kach ukry­tych po­mię­dzy ska­łami i stado sa­ren pa­są­cych się na po­la­nie.

Za­nim wszedł do chaty, rzu­cił ostat­nie spoj­rze­nie na Ślu­sar­ską Skałę, któ­rej szczyt ma­ja­czył w od­dali. Z uro­czy­ska mógł oglą­dać wartki nurt Du­najca, wi­ją­cego się u pod­nóża Zie­lo­nych Ska­łek, i po­dzi­wiać strome wa­pienne urwi­ska, które po­ra­stał las.

Nikt przy­pad­kowy nie za­pusz­czał się na te te­reny. Wą­skie dróżki gu­biły się w le­śnej gę­stwi­nie, to ury­wa­jąc się, to nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wia­jąc, a głę­bo­kie wą­wozy i ba­gna sku­tecz­nie od­stra­szały tu­ry­stów. Do uro­czy­ska do­cie­rali je­dy­nie ci, któ­rzy ob­rali je so­bie za cel, a oprócz Aloj­zego było ich nie­wielu.

Zrzu­cił brudne spodnie i wy­tartą ko­szulę. Gdy za­nu­rzył się w lo­do­wa­tej wo­dzie, jego mię­śnie na­pięły się i za­drżały.

Się­gnął po szczotkę z wło­sia dzika i za­czął po­cie­rać nią ciało. Szo­ro­wał za­pa­mię­tale każde miej­sce, aż skóra przy­brała czer­wony od­cień i za­częła nie­zno­śnie mro­wić. Po­świę­cił długą chwilę, aby wy­do­być brud spod pa­znokci, a na­stęp­nie na­my­dlił włosy, które fry­zjer przy­ciął mu wczo­raj­szego po­po­łu­dnia w Nie­dzicy.

Gdy w końcu uznał, że zmył z sie­bie cały brud, otwo­rzył drzwi szafy i skie­ro­wał wzrok na ciemny sur­dut i białą ko­szulę, które otrzy­mał od Jó­zefa Ko­łącz­kow­skiego. To był praw­dziwy cud, że stary dok­tor po­wie­rzył mu pracę w swoim domu wy­po­czyn­ko­wym w Szczaw­nicy, na­zwa­nym na cześć jego żony willą Marta.

Do za­dań Aloj­zego miało na­le­żeć dba­nie o piece ka­flowe, które ogrze­wały po­koje go­ści na pię­trze, a także drobne na­prawy sprzę­tów i wo­że­nie ku­ra­cju­szy bryczką na za­biegi w Dol­nym Za­kła­dzie Ką­pie­lo­wym na Mie­dziu­siu i Za­kła­dzie Wo­do­lecz­ni­czym "Hy­dro­pa­tia" u pod­nóża góry Bry­jarki.

Alojzy był pod­eks­cy­to­wany cze­ka­jącą go przy­szło­ścią. Od dziecka lu­bił pod­pa­try­wać ku­ra­cju­szy, któ­rzy zjeż­dżali w Pie­niny o każ­dej po­rze roku, aby wzmac­niać się pi­ciem lo­kal­nych wód i za­bie­gami lecz­ni­czymi. Wy­cią­gał wtedy kartki i wę­giel pod­kra­dziony z ko­minka i go­dzi­nami szki­co­wał twa­rze tu­ry­stów. Na prze­strzeni lat jego ta­lent roz­wi­jał się i za­nim Alojzy osią­gnął peł­no­let­niość, po­tra­fił z nie­zwy­kłą do­kład­no­ścią od­dać każdy gry­mas twa­rzy czy głę­bo­kie bruzdy wy­rzeź­bione w skó­rze.

Dok­tor Ko­łącz­kow­ski miał nie­by­wały ta­lent do przy­cią­ga­nia do swo­jego uzdro­wi­ska świa­to­wej sławy zna­ko­mi­to­ści. Wy­bu­do­wał kilka pen­sjo­na­tów wo­kół Parku Dol­nego w Szczaw­nicy, które w stu dwu­dzie­stu po­ko­jach przyj­mo­wały w se­zo­nie na­wet ty­siąc ku­ra­cju­szy.

Alojzy z dumą ob­cią­gnął poły sur­duta i jesz­cze raz obej­rzał swoje pa­znok­cie, spraw­dza­jąc, czy jego uwa­dze nie umknął ani je­den skra­wek brudu. Za­cze­sał grzywkę na bok i wy­cią­gnął spo­mię­dzy zę­bów ka­wa­łek kieł­basy, który utknął tam w trak­cie śnia­da­nia.

Słońce jesz­cze nie wze­szło, gdy za­głę­bił się w las. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach wil­goci, kiedy stą­pał wśród ko­lo­ro­wych li­ści, zmie­rza­jąc ku swo­jej przy­szło­ści.

ROZ­DZIAŁ 1

Igor Schutt po­cią­gnął Annę za rękę i po chwili zna­leźli się w cie­płym bu­dynku kra­kow­skiej opery.

Mu­zyka do­bie­ga­jąca z gło­śni­ków za­wie­szo­nych pod su­fi­tem wi­ro­wała wo­kół nich, to wzno­sząc się, to opa­da­jąc. Przy­spie­szała, aby po chwili zwol­nić w ję­kli­wym to­nie. Me­lo­dia zda­wała się przy­le­piać do nich, nie da­wała się igno­ro­wać.

Igor roz­piął płaszcz i po­lu­zo­wał za­ci­ska­jący mu się na szyi kra­wat. Od­szu­kał ta­bliczkę z ozna­cze­niem wyj­ścia ewa­ku­acyj­nego i prze­su­nął wzro­kiem po ścia­nie w po­szu­ki­wa­niu ko­lej­nej. Bu­dy­nek był wy­po­sa­żony w no­wo­cze­sny sys­tem zra­sza­czy, a on wcze­śniej za­po­znał się z dro­gami po­ża­ro­wymi. Wie­dział, które przej­ście pro­wa­dzi z holu ka­so­wego do foyer. Przy­po­mniał so­bie roz­kład pierw­szego pię­tra z an­tre­solą, ka­wiar­nią i ga­le­rią pla­katu. Miej­sca na wi­downi wy­brał dla nich tak, aby w ra­zie ko­niecz­no­ści mo­gli szybko opu­ścić operę. Nic nie miało prawa się wy­da­rzyć, a mimo to od­czu­wał w żo­łądku cię­żar, który za­wsze to­wa­rzy­szył mu w za­tło­czo­nych bu­dyn­kach. Dawno temu ogień ode­brał mu Ka­milę i zo­sta­wił na jego ciele i du­szy wiele blizn. Te na ple­cach na­pi­nały skórę, przy­po­mi­na­jąc o prze­szło­ści. Ale to te, które po­kry­wały du­szę, nie po­zwa­lały za­po­mnieć o od­po­wie­dzial­no­ści, którą po­no­sił za śmierć uko­cha­nej. Chciał tylko, aby ogrzali się w cie­ple ogni­ska, roz­pa­lo­nego na klatce scho­do­wej opusz­czo­nej ka­mien­nicy. Na­dal czuł ję­zyki ognia li­żące jego skórę. W jego gło­wie cią­gle roz­brzmie­wało jego wła­sne imię, wy­krzy­ki­wane przez nią co­raz słab­szym gło­sem...

- Wszystko w po­rządku? - Anna ści­snęła jego dłoń.

Wy­glą­dała obłęd­nie. Po­liczki miała za­ró­żo­wione od mrozu, a jej oczy błysz­czały z eks­cy­ta­cji. Na­tu­ralną urodę pod­kre­śliła de­li­kat­nym ma­ki­ja­żem, a wpięte w uszy sta­ro­modne kol­czyki przy­cią­gały wzrok.

- Ja­sne. - Po­ło­żył rękę na jej ple­cach i de­li­kat­nie po­pchnął ją w kie­runku szatni, żeby roz­pro­szyć obez­wład­nia­jący go strach. - Chodź. Po­zbądźmy się płasz­czy. Są całe prze­mo­czone.

Spa­cer do opery nie był naj­lep­szym po­my­słem. Śnie­życa z każdą mi­nutą przy­bie­rała na sile i mia­sto spo­wiła cha­rak­te­ry­styczna ci­sza. Pa­da­jący śnieg tłu­mił szum ja­dą­cych sa­mo­cho­dów, śmie­chy lu­dzi zmie­rza­ją­cych do kra­kow­skich klu­bów, tę­tent koń­skich ko­pyt ude­rza­ją­cych w bru­ko­wane ulice.

"Bez­sze­lestna"... Ta­kie słowo przy­cho­dziło mu na myśl, gdy wspo­mi­nał ostat­nią go­dzinę.

- Wy­daje mi się, że przed chwilą wi­dzia­łam Tur­naua. - W śmie­chu Anny roz­brzmiało ra­do­sne nie­do­wie­rza­nie.

- Spójrz tam... - Szturch­nął ją ra­mie­niem i dys­kret­nie ski­nął głową. - Czy to nie ten ak­tor, któ­rego tak lu­bisz? Ten, który gra wszyst­kich sław­nych ban­dzio­rów?

Z tru­dem po­wstrzy­mał śmiech, gdy jej oczy zro­biły się okrą­głe. Zda­wała się chło­nąć całą sobą pa­nu­jącą wo­kół nich at­mos­ferę.

- Fak­tycz­nie. - Ści­snęła po­now­nie jego dłoń i od­ru­chowo po­pra­wiła włosy, co roz­ba­wiło go jesz­cze bar­dziej.

Ru­szyli w stronę foyer. Okrą­głe punk­towe świa­tła od­bi­jały się w wy­po­le­ro­wa­nych ka­flach, któ­rymi wy­ło­żono hol.

Mimo ele­ganc­kiego gar­ni­turu Igor czuł się jak oszust. Nie wy­róż­niał się spo­śród ota­cza­ją­cego ich tłumu, jed­nak zu­peł­nie nie pa­so­wał do świata kra­kow­skiej so­cjety.

We foyer nieco się roz­luź­nił. Wszech­obecna czer­wień i kształt po­miesz­cze­nia przy­wo­dziły mu na myśl sta­dion pił­kar­ski. Po­mimo wi­docz­nego prze­py­chu do­strzegł pe­wien ro­dzaj bli­skiej so­bie swoj­sko­ści.

Rok spę­dzony w Czorsz­ty­nie zmie­nił go. Przy­zwy­czaił do pro­sto­li­nij­no­ści, z jaką roz­ma­wiali z nim są­sie­dzi. Tę­sk­nił za gru­bo­skór­no­ścią gó­rali i emo­cjami bu­zu­ją­cymi w każ­dej prze­ka­zy­wa­nej na brzegu je­ziora plotce. Bra­ko­wało mu na­wet bez­par­do­no­wo­ści Ma­łec­kiego, który po ze­szło­rocz­nych śledz­twach wciąż da­rzył go nie­chę­cią. Igor mi­mo­wol­nie za­sta­na­wiał się, jak ko­mi­sarz sko­men­to­wałby ota­cza­jący ich tłum.

- Nie mogę uwie­rzyć, że tu­taj je­ste­śmy. - Anna wy­gła­dziła ele­gancką spód­nicę i odło­żyła to­rebkę na ko­lana, gdy tylko za­jęli swoje miej­sca. - I do tego tak bli­sko sceny...

- Cóż, to jedna z za­let pracy w ga­ze­cie.

Skwi­to­wał uśmie­chem jej krzywe spoj­rze­nie, które za­raz się zmie­niło, bo Anna wró­ciła do ob­ser­wo­wa­nia sceny za­sło­nię­tej czer­woną ko­tarą. Ni­gdy nie po­wie­działa mu wprost, co są­dzi o tym, że za­mie­nił pi­sa­nie ksią­żek na dzien­ni­kar­stwo. Była na to zbyt tak­towna. Jed­nak od czasu do czasu się­gała po jego po­wie­ści i kart­ko­wała je z za­gad­kową miną.

Zer­k­nął na ze­ga­rek. Do­cho­dziła dwu­dzie­sta. Przez chwilę roz­wa­żał wyj­ście na pa­pie­rosa, jed­nak w końcu uznał, że nie zdąży wró­cić przed ostat­nim dzwon­kiem.

- Po­dobno główna ba­let­nica nie ma so­bie rów­nych. - Anna zbli­żyła się do niego i zni­żyła głos. - Krążą plotki, że ucie­kła z Mo­skwy, jed­nak nikt nie wie, co ją do tego skło­niło.

- Je­stem pod wra­że­niem, pani ko­mi­sarz. Jesz­cze kilka ta­kich śledztw i czeka pa­nią ko­lejny awans. - Po­ca­ło­wał ją w czu­bek nosa, ale ona od­su­nęła się na swoje miej­sce. Po­wró­cił chłód, który wkradł się w ich re­la­cję kilka ty­go­dni temu.

Anna ob­ser­wo­wała drobną ko­bietę z za­par­tym tchem. Włosy ścią­gnięte w cia­sny kok od­sła­niały jej długą szyję. Sa­ty­nowe po­inty ude­rzały w de­ski sceny, gdy lą­do­wała na niej po każ­dym skoku. Szczu­płe ra­miona po­ru­szały się, jakby żyły wła­snym ży­ciem.

Wy­róż­niała się na tle in­nych ba­let­nic, które za­sty­gły w rów­nym rzę­dzie, od­da­jąc jej całą uwagę wi­downi. Wy­bi­jała się wdzięcz­nie w górę, po czym opa­dała na pod­łogę z ci­chym stu­ko­tem. W lo­cie zmie­niła po­zy­cję stóp, wy­su­wa­jąc do przodu lewą, po­tem prawą. Anna mi­mo­wol­nie na­pięła mię­śnie, gdy tan­cerka za­wi­sła po­now­nie w po­wie­trzu. Se­kundy, które mi­nęły, za­nim opa­dła na de­ski sceny, zda­wały się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność.

Wszystko do­okoła znik­nęło. Ota­cza­jący Annę lu­dzie, Igor, któ­rego obec­ność czuła do tej pory każdą ko­mórką swo­jego ciała, or­kie­stra na­da­jąca tempo ru­chom ba­let­nicy...

Ist­niały tylko one dwie. Anna i Nadia Vol­kova, która zmu­szała swoje ciało, aby do­pa­so­wało się do mu­zyki, za­mie­nia­jąc chaos w po­rzą­dek.

Ta­niec sta­no­wił dla Anny za­gadkę. Była przy­zwy­cza­jona do in­nego ro­dzaju wy­siłku. Do tre­nin­gów na si­łowni. Pod­no­sze­nia cię­ża­rów i po­ko­ny­wa­nia prze­szkód na po­li­cyj­nym to­rze. Do na­pię­cia zwią­za­nego z cza­ją­cym się w jej pracy za­gro­że­niem. Ciało Anny było ma­szyną po­zba­wioną gra­cji.

Na myśl o swo­jej pracy do­tknęła od­ru­chowo kol­czy­ków, które do­stała od ko­mi­sa­rza Ma­łec­kiego, gdy po­in­for­mo­wała go o pla­nach prze­pro­wadzki do Kra­kowa. Po­dobno były pa­miątką ro­dzinną. Dla­czego stary po­li­cjant po­da­ro­wał je wła­śnie jej? Nie miała po­ję­cia, jed­nak przez ostat­nie ty­go­dnie stały się dla niej cen­nym dro­bia­zgiem.

Scena po­now­nie za­peł­niła się ba­let­ni­cami. Po­ru­szały się z jed­na­kową pre­cy­zją, roz­bie­ga­jąc się po sce­nie i znów sta­pia­jąc ze sobą w rów­nych rzę­dach. Mu­zyka przy­spie­szyła, a wraz z nią serce Anny. Ode­tchnęła swo­bod­nie do­piero w chwili, gdy kur­tyna za­su­nęła się, za­sła­nia­jąc jej wi­dok na scenę.

Świa­tła przy­ga­sły, gdy roz­brzmiał drugi dzwo­nek. Lu­dzie po­woli zaj­mo­wali swoje miej­sca, a gło­śne roz­mowy za­mie­niały się w jed­no­stajny szum, gdy ocze­ki­wano na trzeci akt Je­ziora ła­bę­dziego.

- Na­prawdę mo­żemy po spek­ta­klu pójść za ku­lisy? - Anna przy­su­nęła się na tyle bli­sko, że Igor po­czuł jej od­dech na swo­jej skó­rze.

Ski­nął głową.

- Ar­ty­kuł bę­dzie świet­nym pre­tek­stem do za­mie­nie­nia kilku słów z Vol­kovą.

- Jest nie­sa­mo­wita, prawda? - Zdro­jew­ska ści­snęła jego ra­mię. - Po­win­nam za­pi­sać się na lek­cje ba­letu, gdy mama na­ma­wiała mnie do tego w dzie­ciń­stwie.

- Ale za­miast tego wo­la­łaś wpi­nać się na drzewa i uda­wać, że ści­gasz prze­stęp­ców? - Ro­ze­śmiał się, gdy wzru­szyła ra­mio­nami, a jego ciało roz­luź­niło się. Być może na­pię­cie, które od­czuł mię­dzy nimi chwilę temu, było tylko przej­ściowe. Ode­rwał wzrok od Anny i spoj­rzał na ciężką kur­tynę.

Jego rów­nież po­chło­nęła at­mos­fera przed­sta­wie­nia. Na tyle, że pra­wie za­po­mniał o ga­zo­wych lam­pach, któ­rymi ogrze­wano ope­rową ka­wiar­nię i foyer. Szybko od­go­nił od sie­bie tę myśl, sku­pia­jąc się na sce­nie.

Kur­tyna roz­su­nęła się po­woli, uka­zu­jąc zmie­nioną sce­no­gra­fię. Kla­syczną biel za­stą­piły ko­lo­rowe stroje. Czte­ro­oso­bowe grupy po­ja­wiały się i zni­kały za ku­li­sami, aby w końcu za­peł­nić całą scenę. Sta­rał się za­pa­mię­tać każdy szcze­gół. Wy­chwy­cić nie­do­sko­na­ło­ści i mo­menty wy­bi­ja­jące się po­nad ca­łość, aby póź­niej za­mie­nić ru­chy ba­let­nic w słowa.

Pi­sa­nie ar­ty­ku­łów ogra­ni­czo­nych formą do kil­ku­na­stu ty­sięcy zna­ków wy­ma­gało dys­cy­pliny, którą na­dal sta­rał się wy­pra­co­wać, jed­nak z każ­dym ty­go­dniem szło mu to co­raz spraw­niej. Barwne opisy za­stę­po­wał zwię­złymi prze­ka­zami. Sku­piał się na po­wie­rzo­nym mu te­ma­cie, nie brnąc w dy­wa­ga­cje i zbędne me­ta­fory.

Wy­czuł zbli­ża­jący się mo­ment kul­mi­na­cyjny, gdy na sce­nie po­now­nie miała za­tań­czyć Vol­kova. Tan­ce­rze za­marli w ocze­ki­wa­niu na Nadię wy­stę­pu­jącą w roli Odetty. Mu­zyka uci­chła na czas okla­sków pu­blicz­no­ści, a po chwili roz­brzmiały pierw­sze dźwięki skrzy­piec. Se­kundy upły­wały, a miej­sce Vol­ko­vej na sce­nie po­zo­sta­wało pu­ste.

Me­lo­dia przy­spie­szyła, a Igor prze­su­nął wzro­kiem po twa­rzach tan­ce­rzy. Mimo że ich rysy zda­wały się za­sty­gnąć w bez­na­mięt­nym wy­ra­zie, do­strzegł zdez­o­rien­to­wa­nie. Jedna z ba­let­nic od­wró­ciła nie­znacz­nie głowę, zer­ka­jąc za kur­tynę.

Wśród pu­blicz­no­ści za­pa­no­wało po­ru­sze­nie. Star­sza ko­bieta, która sie­działa w rzę­dzie przed nimi, wy­cią­gnęła szyję i zer­k­nęła przez nie­wielką lor­netkę. Jej part­ner nie­pew­nie ro­zej­rzał się po wi­downi.

Dla Schutta świat ba­letu był zu­peł­nie obcy, ale wy­czu­wał, że coś było nie tak...

Or­kie­stra snuła me­lo­dię, nie­świa­doma, że przez wi­dow­nię po­nio­sła się fala szep­tów. Jedna z ba­let­nic ugięła wy­pro­sto­waną do tej pory nogę, jakby na­gle uzmy­sło­wiła so­bie, że trwa­nie w nie­wy­god­nej po­zy­cji nie ma dal­szego sensu. Sie­dząca w cen­trum sceny ak­torka po­pra­wiła się na tro­nie.

Igor spiął mię­śnie, a jego serce przy­spie­szyło. Ar­ty­kuł, który miał na­pi­sać, wła­śnie zmie­nił swój cha­rak­ter. To już nie bę­dzie zwy­czajna re­cen­zja. Po­czuł to samo przy­cią­ga­nie, które po­ja­wiało się, gdy roz­po­czy­nał nową po­wieść. Każde za­koń­cze­nie wy­da­wało się te­raz moż­liwe.

Za­nim dy­ry­gent opu­ścił dło­nie, a ude­rza­jący w bębny męż­czy­zna do­koń­czył swoją par­tię, mu­zykę za­kłó­ciło prze­cią­głe wy­cie alarmu.

Igor chwy­cił Annę za rękę i po­cią­gnął, za­nim pierw­sze kro­ple ze zra­sza­czy za­mon­to­wa­nych pod su­fi­tem spa­dły na scenę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
Ty­tuł ory­gi­nału: Uro­czy­sko
? Co­py­ri­ght by Anna Ol­szew­ska, War­szawa 2025 ? Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło sp. z o.o., War­szawa 2025
Re­dak­cja: Do­rota Śru­tow­ska
Ko­rekta: Anna Je­zior­ska
Tłu­ma­cze­nie z ję­zyka ro­syj­skiego: Agnieszka My­śliwy
Skład i ła­ma­nie: Syl­wia Ro­gow­ska-Kusz, Ma­graf sp.j., Byd­goszcz
Ilu­stra­cja okład­kowa: Joao Es­te­vao An­drade de Fre­itas (piórko); pe­xels.com/Er­sin (je­zioro)
Gra­fiki w środku: pl.fre­epik.com
Pro­jekt okładki: Eliza Luty
Re­dak­tor ini­cju­jąca: Blanka Woś­ko­wiak
Dy­rek­tor pro­duk­cji: Ro­bert Je­żew­ski
Wszel­kie po­do­bień­stwa zda­rzeń, in­sty­tu­cji i osób są przy­pad­kowe i nie­za­mie­rzone. Opo­wieść sta­nowi li­te­racką fik­cję.
Wy­daw­nic­two oraz au­torka nie po­no­szą żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści wo­bec osób lub pod­mio­tów za ja­kie­kol­wiek ewen­tu­alne szkody wy­ni­kłe bez­po­śred­nio lub po­śred­nio z wy­ko­rzy­sta­nia, za­sto­so­wa­nia lub in­ter­pre­ta­cji in­for­ma­cji za­war­tych w książce.
Wy­da­nie I, 2025
ISBN: 978-83-8132-663-6
Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło Sp. z o.o. ul. Wi­dok 8, 00-023 War­szawa tel. 22 312 37 12
Dział han­dlowy: han­dlowy@gru­pa­zwier­cia­dlo.pl
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie, w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych tylko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­ciela praw au­tor­skich.
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Nadia, pięć ty­go­dni wcze­śniej...

Nadia sta­nęła po­środku sceny i wspięła się na czubki pal­ców. Ode­tchnęła głę­boko, wcią­ga­jąc do płuc kurz wi­ru­jący wo­kół niej.

Za­pach sce­nicz­nych de­sek mie­szał się z wo­nią wy­tar­tych fo­teli i zwie­trzałą nutą per­fum, która wciąż snuła się w po­wie­trzu, mimo że ostatni spek­takl za­koń­czył się dwie go­dziny wcze­śniej. Nad sceną na­dal uno­sił się za­duch fe­ro­mo­nów splą­tany ze słodką pu­drową nutą.

W ope­rze pa­no­wała ni­czym nie­zmą­cona ci­sza. Za­mil­kło echo nie­daw­nych braw, a or­kie­stron po­grą­żył się w ciem­no­ści. Na­wet gdy mocno wy­tę­żyła słuch, nie po­chwy­ciła szumu kli­ma­ty­za­cji ani dźwię­ków do­bie­ga­ją­cych z ulicy.

Za­częła się po­ru­szać i od razu od­na­lazł ją ból, za któ­rym tę­sk­niła przez cały dzień. Każdy mię­sień, każde naj­drob­niej­sze ścię­gno na­tych­miast od­po­wie­działy na jej ge­sty.

Na prze­mian zgi­nała i pro­sto­wała ko­lana. Jej ru­chy przy­spie­szały z każdą chwilą. Mu­siały być ide­al­nie wy­koń­czone. Je­żeli chciała otrzy­mać rolę Odetty, jej ciało po­winno za­mie­nić się w ma­szynę pełną gra­cji i jed­no­cze­śnie na­piętą do gra­nic moż­li­wo­ści.

Wy­ko­nała fo­uetté, wi­ru­jąc po sce­nie jak bąk. To było ry­zy­kowne. Nie znała jesz­cze kra­kow­skiej opery. Za­mknęła oczy, aby do­dat­kowo od­ciąć się od ota­cza­ją­cego ją świata, i stłu­miła na­ra­sta­jące uczu­cie nie­pew­no­ści. Kiedy tań­czyła, wszystko prze­sta­wało się li­czyć. Była tylko ona i roz­brzmie­wa­jąca w jej gło­wie mu­zyka.

Wy­obra­ziła so­bie, że po jej ta­lii prze­su­wają się dło­nie part­ne­ru­ją­cego jej tan­ce­rza. Jej ra­miona za­fa­lo­wały de­li­kat­nie, gdy je unio­sła. Wy­cią­gnęła szyję w pta­sim ge­ście, za­mie­nia­jąc się w bia­łego ła­bę­dzia. Wy­ko­ny­wała ko­lejne pozy Odetty, aby za­koń­czyć se­kwen­cję ru­chów ara­be­ską. Sta­nęła na pra­wej no­dze, lewą pro­stu­jąc wy­soko z tyłu. Za­cho­wa­nie rów­no­wagi nie przy­spa­rzało jej żad­nych trud­no­ści.

Na­gle po­czuła nie­po­kój. Uczu­cie było tak doj­mu­jące, że otwo­rzyła oczy. Wi­dow­nia była po­grą­żona w ciem­no­ści. Nie po­tra­fiła do­strzec nic, poza nie­wy­raź­nymi za­ry­sami fo­teli. A jed­nak od­no­siła wra­że­nie, że ktoś za­jął miej­sce w środ­ko­wym rzę­dzie.

Po­woli opu­ściła stopę, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad przy­spie­szo­nym od­de­chem.

- Czy ktoś tu jest? - Jej głos prze­ciął ciężką ci­szę.

Unio­sła dłoń do twa­rzy i zmru­żyła oczy, ma­jąc na­dzieję, że do­strzeże in­truza. Wie­działa, że tam był. Wy­czu­wała go tak, jak uno­szące się w po­wie­trzu za­pa­chy. Z wi­downi ema­no­wała siła, która przy­tła­czała ją co­raz bar­dziej.

Zro­biła krok w tył, a po­tem drugi i jesz­cze je­den. Za­nim zdą­żyła od­wró­cić się ty­łem do wi­downi, po sali roz­szedł się nie­przy­jemny zgrzyt. Trwał chwilę, a po­tem coś stuk­nęło i opera po­now­nie po­grą­żyła się w ci­szy.

Jej serce biło szybko, jakby wła­śnie wy­ko­nała grand jeté. Spięła mię­śnie i zmu­siła swoje ciało do po­ru­sza­nia się. Za­nim pod­glą­dacz zdą­żył co­kol­wiek zro­bić, scho­wała się za ciężką kur­tyną, a na­stęp­nie wbie­gła w wą­ski ko­ry­tarz, co­raz bar­dziej od­da­la­jąc się od sceny...