Wprowadzenie
Kiedy umysł pożąda podstawowych prawd - niszczeje; kiedy lgnie do ziemi - rozkwita.
Max Jacob, "Philosophies", nr 1, 1924
Miasto jest narzędziem pracy.
Miasta zwykle nie spełniają już tej funkcji. Są nieskuteczne: osłabiają ciało, sprzeciwiają się umysłowi.
Pleniący się w nich nieład jest odrażający: miejski rozkład rani naszą miłość własną i uwłacza naszej godności.
Miasta nie są godne naszych czasów: nie są już godne nas samych.
***
Miasto!
To panowanie człowieka nad naturą. To ludzkie działanie przeciwko naturze, ludzki organ ochrony i pracy. To tworzenie.
Poezja to ludzki czyn - ułożone relacje między dostrzegalnymi obrazami. Poezja natury to nic innego jak właśnie wytwór umysłu. Miasto jest potężnym obrazem, który pobudza nasz umysł. Dlaczego dzisiejsze miasto nie miałoby się stać źródłem poezji?
***
Geometria to nasz sposób postrzegania i wyrażania siebie.
Geometria to podstawa.
To także materialne oparcie dla symboli oznaczających doskonałość i boskość.
Przynosi nam wzniosłe, matematyczne zadowolenie.
Maszyna wywodzi się z geometrii. Cała współczesność opiera się zatem na geometrii; swoje marzenia kieruje ku rozkoszom geometrii. Po stuleciu analiz nowoczesna myśl i sztuka wykraczają poza przypadkowość, a geometria prowadzi je do coraz powszechniejszego matematycznego porządku.
***
Dom każe na nowo postawić problem architektury, stawia problem zupełnie nowych środków produkcji, zupełnie nowego planu, dostosowanego do nowego trybu życia, a także estetyki wynikającej z nowego stanu ducha.
***
Przychodzi czas, gdy zbiorowa namiętność unosi całą epokę (pangermanizm lat 1900-1920, miłosierdzie pierwszych chrześcijan itd.).
Ta namiętność pobudza do działania, kieruje nim i silnie je naznacza.
Dziś taką namiętnością jest dokładność. Dokładność posunięta do skrajności i wyniesiona do rangi ideału: poszukiwanie perfekcji.
Aby stać się wyznawcą dokładności, nie wolno być defetystą: potrzeba do tego niezachwianej odwagi oraz siły charakteru. Nie żyjemy w czasach odprężenia i wytchnienia. To czasy oparte na działaniu. Aby działać, nie wolno być defetystą (ani idiotą, ani zrzędą); trzeba wierzyć: szukać dobra w ludziach.
Aby marzyć o nowoczesnej urbanistyce, nie wolno być defetystą, gdyż to marzenie równa się zgodzie na obalenie wielu komunałów. Możemy dziś marzyć o nowoczesnej urbanistyce, gdyż przyszedł na nią czas, palące potrzeby wyzwoliły zbiorową namiętność, wiedzioną najwyższym poczuciem prawdy. Rozbudzony umysł przekształca już społeczne ramy.
Wydaje się, że rozwiązanie wyłoni się z kolejnych doświadczeń, a jego hipoteza będzie silnie zakorzeniona w danych statystycznych. Nadchodzi moment, kiedy zbiorowa namiętność będzie w stanie unieść całą epokę.
***
W zeszłym roku pracowałem nad tą książką w pustce paryskiego lata. Ten chwilowy niedobór życia i wielkiego miasta, ten spokój wreszcie uświadomiły mi, że z dala od rzeczywistości dałem się porwać rozległemu tematowi.
Nadszedł 1 października. O szóstej, w wieczornym zmierzchu, na Polach Elizejskich nagle rozpętało się szaleństwo. Po pustce - powrót do obłędnego ruchu. Każdego kolejnego dnia zamęt tylko narastał. Wychodzimy z mieszkania i minąwszy bramę, natychmiast stajemy się zakładnikami śmierci: samochody suną jeden za drugim. Dwadzieścia lat temu byłem młodym studentem; ulice należały do nas: śpiewaliśmy na nich, rozmawialiśmy... konny omnibus jeździł powoli.
1 października 1924 roku na Polach Elizejskich uczestniczymy w prawdziwym wydarzeniu, w tytanicznym odrodzeniu nowego zjawiska, zatrzymanego na trzy miesiące wakacji: to ruch uliczny. Samochody, samochody, szybciej, szybciej! Jesteśmy pełni entuzjazmu i radości, zachwyceni. Wcale nie widokiem oświetlonych reflektorami, błyszczących karoserii. To radość z siły. Prosta, szczera radość z bycia w środku wielkiej siły. Mamy w niej swój udział. Należymy do społeczeństwa, którego świt właśnie nastaje. Darzymy to społeczeństwo zaufaniem; znajdzie ono wspaniały wyraz dla swojej siły. Głęboko w to wierzymy.
Jego siła jest niczym potok wezbrany po burzy: niszcząca furia. Miasto się rozpada, miasto nie może dłużej trwać, miasto już nie działa. Miasto jest zbyt stare. Potok wylewa się z koryta. Istny kataklizm. Coś zupełnie anormalnego: chaos narasta z każdym dniem.
Teraz już każdy czuje zagrożenie. Zauważmy przy okazji, że w ciągu kilku lat zapomnieliśmy o radości życia (odwieczna radość spokojnego poruszania się pieszo; pogrążamy się w postawie osaczonej zwierzyny, codziennego popłochu (1); znak został odwrócony; życiowa normalność uległa zniszczeniu, stoi przy niej znak negacji).
Proponujemy skromne zmiany... Znacie ten dziecinny zapał, z jakim przerażeni mieszkańcy wioski wznoszą w pośpiechu zaimprowizowane tamy, by powstrzymać wezbrany po burzy potok, w którego falach już huczy zniszczenie...
***
Piętnaście lat temu w czasie długich podróży odkryłem potężną siłę architektury, lecz aby znaleźć odpowiednie miejsce, musiałem zwykle przemierzać długą drogę. Architektura uginająca się pod ciężarem niespójnego dziedzictwa tylko gdzieniegdzie przykuwała uwagę i z rzadka okazywała się poruszająca. Za to architektura właściwie osadzona w swoim otoczeniu wybrzmiewała radosną harmonią i dotykała głębi duszy. Na miejscu, z dala od podręczników, poczułem obecność fundamentalnego czynnika: urbanistyki, choć to słowo poznałem znacznie później.
Byłem bez reszty oddany sztuce.
Któregoś dnia odczyt wiedeńczyka Camilla Sittego (2) podstępnie wmówił mi miejską malowniczość. Argumenty Sittego były trafne, jego teorie wydawały się słuszne; opierały się na przeszłości. Prawdę mówiąc, należały do przeszłości - przeszłości miniaturowej, sentymentalnej jak marny kwiatek na skraju drogi. To nie była przeszłość apogeów, lecz ugody. Elokwencja Sittego doskonale odpowiadała temu rozczulającemu renesansowi "dachu", który - wskutek paradoksu godnego lepianki - miał iście groteskowo sprowadzić architekturę z obranej drogi ("regionalizm").
Kiedy w 1922 roku na zamówienie Salonu Jesiennego wykonałem dioramę miasta dla trzech milionów mieszkańców, zawierzyłem metodzie rozumowej i przetrawiwszy dawny liryzm, poczułem, że pozostaję w harmonii z liryzmem naszych czasów, które tak kocham.
Kiedy moi bliscy zobaczyli, że świadomie ignoruję obecną sytuację, zapytali zdziwieni: "Planujesz na rok 2000?". Wszyscy dziennikarze pisali o "mieście przyszłości". Pracę tę nazwałem jednak Miastem współczesnym, gdyż jutro nie należy do nikogo.
Wyraźnie czułem, że czas nagli. 1922-1925 - jak to szybko minęło!
1925: Międzynarodowa Wystawa Sztuki Dekoracyjnej w Paryżu ostatecznie wykaże bezużyteczność patrzenia wstecz. Powszechny niesmak: zostanie zapisana nowa karta historii.
Można założyć, że po "wzniosłych" błahostkach pojawią się wreszcie poważne prace.
Sztuka dekoracyjna umarła. Nowoczesna urbanistyka rodzi się wraz z nową architekturą. Potężna, piorunująca, gwałtowna rewolucja zburzyła mosty łączące nas z przeszłością.
***
Pewien młody wiedeński architekt - niezmiernie rozczarowany - uznał niedawno, że śmierć starej Europy jest bliska; jedynie młoda Ameryka może podsycać nasze nadzieje.
"W Europie nie stawia się już problemu architektury - mówił. - Aż do dzisiaj wlekliśmy się na kolanach, przytłoczeni, miażdżeni ciężarem kolejnych kultur. Renesans, a potem Ludwikowie wyczerpali nasze siły. Jesteśmy zbyt bogaci, zblazowani, straciliśmy dziewictwo, które mogłoby zrodzić architekturę".
W starej Europie - odpowiedziałem - problemem architektury jest wielkie nowoczesne miasto. To będzie Tak albo Nie, życie albo powolne gaśnięcie. Jedno albo drugie - ale życie przetrwa, jeśli tylko będziemy chcieli. A ciężar dawnych kultur przyniesie nam czyste, klarowne rozwiązanie, przepuszczone przez wszystkie filtry rozumu i elitarnej wrażliwości.
***
Patrząc na dioramę z 1922 roku, redaktor naczelny nowojorskiego "Broomu" powiedział mi:
"Za dwieście lat Amerykanie przyjadą podziwiać racjonalne dzieła nowoczesnej Francji, a Francuzi pojadą do Nowego Jorku dziwić się romantycznym drapaczom chmur".
***
Podsumowanie:
Mając do wyboru wiarę i niewiarę, lepiej wybrać wiarę.
Mając do wyboru działanie i rozpad, lepiej wybrać działanie.
Kiedy jest się młodym i zdrowym, można tworzyć wiele, lecz aby tworzyć dobrze, potrzeba wielu lat doświadczeń.
Znajomość wcześniejszych cywilizacji pozwala rozproszyć mrok i zyskać jasny osąd rzeczy. Myśl, że po ukończeniu studiów jest się już tylko odpadem, to cecha defetystów. Skąd decyzja, żeby być starym? Starym? XX wiek w Europie może być epoką pięknej cywilizacyjnej dojrzałości. Stara Europa wcale nie jest stara. To tylko słowa. W starej Europie kryje się wielka moc. Duch karmiony wcześniejszymi epokami jest żwawy i pełen inwencji; jego siła tkwi w umyśle, podczas gdy Amerykę cechują krzepkie ramiona i szlachetna, młodzieńcza uczuciowość. W Ameryce tworzy się i odczuwa, w Europie się myśli.
Nie ma powodów, by grzebać starą Europę.
grudzień 1924