ROZDZIAŁ 6
Kajdaniarz, bydlę i sadysta
Podczas porządków w mieszkaniu w Tel Awiwie Anna Barkai, przez bliskich zwana Niutą, znajduje w szafie spisane niedługo po wojnie przez Jerzego Urbana wspomnienia dotyczące przeżyć rodziny z czasów okupacji.
"Bardzo fascynujące! Czy on ma odpisy tego?"11 - pyta jesienią 1985 roku w liście do siostry, Marii Urban.
Kartki jednak zginęły, nikt nie wie, co się z nimi stało. Jerzy Urban też nie będzie próbował odnaleźć spisanych w młodości wspomnień. Dobrze je za to zapamiętał.
Według Urbana lata okupacji były pasmem zabawnych przygód, głównie jego gaf, z których z rodzicami zawsze wychodzili obronną ręką.
Znajomym, dziennikarzom, a nawet historykom tłumaczy, dlaczego mu się podobało.
Po pierwsze: nigdy nie głodował.
- Przed wojną zmuszali mnie do jedzenia warzyw, a w czasie okupacji dostawałem mięso.
Po drugie: mógł na podwórku bawić się z innymi dziećmi.
- Już nie musiałem chodzić za rękę z nianią. Nad rzeką paliliśmy skręcane z liści papierosy.
Po trzecie: udawanie chrześcijańskiego dziecka było pyszną zabawą.
- W domu inscenizowałem prawdziwe msze. Z kotem jako ministrantem!
Spisana przez czternastoletniego Jerzego Urbana opowieść z czasów wojny odnajduje się już po jego śmierci, wiosną 2023 roku w Tel Awiwie. Osiem kartek maszynopisu przesyła nam Dan Barkai, syn Niuty i kuzyn Jerzego. Nie zna polskiego, więc nie jest pewien, co zawierają listy. "Czy to o te dokumenty wam chodziło?" - pyta w mailu.
Opowieść Jerzego zaczyna się w czerwcu 1941 roku we Lwowie.
*
Urbachowie nie zamierzają czekać na Niemców. Pracownicy instytutu, w którym zatrudniony jest Jan, mają zostać ewakuowani na wschód. W mieście panuje jednak chaos. Armia Czerwona ucieka ścigana wystrzałami Ukraińców, którzy w nadejściu Niemców widzą nadzieję na utworzenie własnego państwa. Ciężarówka z urzędnikami odjeżdża bez Urbachów. Ze Lwowa udaje się wydostać Gustawowi Wassercugowi, wspólnikowi z "Głosu Porannego", z rodziną.
Niemieckie oddziały zajmują miasto bez jednego wystrzału. Część mieszkańców przyjmuje maszerujące wojsko wiwatami. We Lwowie zaczyna się święto wyzwolenia połączone z polowaniem na Żydów.
"Ustało bombardowanie, a gdy rano wyszedłem do miasta, na rogu stał żandarm niemiecki i kierował ruchem [...]. Następnego dnia Tatusia złapali żandarmi na ulicy i wprowadzili do bramy, która wiodła na podwórze, gdzie "od ręki" wykańczali żydów. I jak go wprowadzali do bramy, nadjechał motocykl z jakimś oficerem i wyrżnął o latarnię. Oficer upadł na jezdnię, a warta skoczyła mu na pomoc. W tej chwili Tatuś uciekł i to uratowało mu życie. Gdy wyszło zarządzenie, aby Żydzi nosili opaski białe z gwiazdą, na mieście Rodzice nie nosili, a wkładali zbliżając się do domu, bo tu można było spotkać sąsiadów "gojów" albo dozorcę"12 - relacjonuje sześć lat później Jerzy Urban krewnym.
Przed ucieczką ze Lwowa Sowieci wymordowali tysiące więźniów, ciała pozostały w aresztach i celach. Niemcy po zdobyciu miasta ogłaszają, że za tę i inne komunistyczne zbrodnie odpowiadają Żydzi.
Mieszkańcy, na których padło podejrzenie, barykadują się w domach, chowają w piwnicach i na strychach. Podburzani przez niemieckich żołnierzy Polacy i Ukraińcy wyciągają ich z kryjówek, biją i mordują. Ci, którzy przeżyją, pędzeni są do więzień, gdzie muszą gołymi rękoma przeprowadzać ekshumacje i myć rozkładające się w upale zwłoki.
W pogromie ginie od czterech do siedmiu tysięcy Żydów - do dziś nie udało się ustalić dokładnej liczby ofiar.
Z mieszkania bankiera Baumana znika bez śladu rodzina Urbachów z Łodzi.
Do jednego z pensjonatów wprowadzają się Jan i Maria Urbanowie z synem Jerzym, inteligencka familia z Warszawy.
Do przemiany dochodzi szczęśliwym zbiegiem okoliczności: "Gdy tam nas meldowali, zmienili zupełnie przypadkowo w nazwisku Urbach "ch" na "n". W rosyjskim paszporcie na końcu było "x"; było ono niewyraźnie napisane i urzędnik zapisał nas jako "Urbanów". Od tego czasu już tak zostało"13.
Rodzice decydują się w końcu wytłumaczyć Jerzemu, dlaczego muszą się ukrywać.
- Jesteśmy Żydami. Ale o tym nikomu nie wolno ci mówić.
Chłopiec wybucha płaczem. Przypomina sobie pejsatych mężczyzn w chałatach, których mijał podczas spacerów po Łodzi z Jadzią. Nie chce wyglądać jak oni, gdy dorośnie.
Kolejny przystanek to wynajęty pokój w willi na przedmieściu. Gospodarze postanawiają wybadać nowych lokatorów. Na przeszpiegi wysyłają córkę.
- Czy ty jesteś Żydem? - dziewczynka zagaduje Jerzego w czasie zabawy w ogrodzie.
- Tak - przyznaje chłopiec.
Do drzwi pokoju Urbanów puka właściciel domu.
- Musicie się wyprowadzić. Pytało o was gestapo.
Przenoszą się do pokoju w dawnym sanatorium dla astmatyków. Od góry do dołu mieszkają w nim Żydzi udający Polaków. Jan przyjmuje posadę dozorcy domu.
- To kulminacyjny punkt twojej kariery - żartuje z niego Masia.
Odwiedza ich katolicki ksiądz. Jerzy uczy się znaku krzyża, powtarza za nauczycielem w sutannie: "zdrowaśmaryjołaskiśpełna, błogosławionaśtymiędzyniewiastami".
Po otrzymaniu zapłaty duchowny kłania się i idzie udzielać lekcji innym lokatorom.
Wytrzymują tam przez pół roku:
"Były to chyba najcięższe pod względem materialnym chwile w naszym życiu wojennym. Zimą nie mieliśmy opału, a jedliśmy same kartofle pod różnymi postaciami. Najgorsze to były te mrozy. W całym budynku było centralne ogrzewanie, naturalnie nieczynne. Myśmy wstawili blaszany piecyk - słabo to grzało, ale lepiej to niż nic. Jedyne pożywienie - kartofle - zmarzły; z tych zmarzniętych kartofli robiło się placki na blasze piecyka. Było to jedyne żarcie! We Lwowie tymczasem Żydów zamknięto w getcie"14.
Dalsze ukrywanie się wśród Żydów jest zbyt ryzykowne. W kolejce po jedzenie łatwo spotkać kogoś, kto znał Urbanów pod dawnym nazwiskiem. Pod koniec 1941 roku Jan zaczyna szukać innej pracy. Udaje mu się dostać posadę przedstawiciela niemieckiej firmy kolportującej prasę w Budzanowie pod Tarnopolem.
Miejscowość jest tak mała, że trudno znaleźć ją na dostępnych mapach. Jan jedzie więc na zwiady. Po kilku dniach Masia otrzymuje depeszę: "Likwiduj wszystko przyjeżdżaj".
Ze Lwowa do Tarnopola matka z synem podróżują wygodnie pociągiem nur für Deutsche. W końcu mają dobry wygląd i dokumenty potwierdzające, że Jan pracuje dla niemieckiego kolportażu. Jazda trwa trzy godziny, a potem kolejna atrakcja: w mieście czeka na nich chłop z saniami. Mróz dochodzi do trzydziestu stopni, Jerzy zostaje nakryty po czubek głowy całą zgromadzoną w bagażu pościelą. Sanną wśród baśniowo zaśnieżonych pól po kolejnych trzech godzinach docierają do oddalonego o pięćdziesiąt kilometrów Budzanowa.
W sennym miasteczku jak z pocztówki (wzgórze z ruinami zamku, w dolinie wijąca się zakolami rzeka Seret, na jej brzegach chaty kryte strzechą, przy rynku kamienice i wieża kościoła) przybysze ze Lwowa wywołują towarzyską sensację. Rozchodzą się plotki, że Jan jest sanacyjnym dygnitarzem, który ukrywa się przed Niemcami.
W Budzanowie żyje trzy tysiące Ukraińców, tysiąc pięciuset Polaków i ponad tysiąc Żydów. Urbanowie wprowadzają się do pokoju w żydowskiej kamienicy na rynku, wynajętego od starszej pary. Nie budzi to podejrzeń ze względu na krążącą wokół nich legendę, aż pewnej nocy w ich schronieniu ktoś wybija okna.
"Rodzice zdenerwowali się, że to jest demonstracja wymierzona przeciw nam. Na szczęście okazało się, że to była akcja bochaterów ukraińskich, którzy wybijają Żydom szyby. I że to miał być policzek, wymierzony przeciwko naszym biednym gospodarzom. Musieliśmy się wyprowadzić, bo nowych szyb w tej stolicy nie można było dostać"15.
Jan zatrudnia żydowskiego pomocnika, który za złotówkę dziennie pomaga mu roznosić gazety. Chłopiec wozi Jerzego na sankach, raz prowadzi go też do swojego domu:
"Miał brata w moim wieku, ciężko chorego na płuca. Ten brat pięknie rysował. W domu swym częstował mnie czym mógł i bardzo się bał, że ja nie zechcę jeść, bo w przekonaniu aryjczyków (ma to oznaczać "szlachetny") nie godzi się przyjmować jedzenia od Żyda, jako istoty niższej. Pewnego razu wzięli go na roboty i więcej nie wrócił"16.
We Lwowie Jerzy skończył pierwszą klasę szkoły powszechnej, w Budzanowie po kilkumiesięcznej przerwie wraca do nauki. Piętrowy szkolny gmach został podzielony: od frontu służy uczniom ukraińskim, Polacy mają lekcje w ceglanej przybudówce.
Z ciałem pedagogicznym nowy uczeń nie ma dobrych doświadczeń.
""Pan Kierownik", jakiś kajdaniarz, bydlę i sadysta, był arcyłaskaw sam nas uczyć i wpajać w nas tabliczkę mnożenia i piękne zdania z czytanki, wydanej przez Niemców dla klasy II szkoły polskiej (a traktującej o psie Burku, który to uciekł od bijącego go pana i przygarnięty został przez dwoje dzieci) grubym sękatym kijem. A sposób wykładania miał pan kierownik iście wspaniały, godny naśladowania przez profesorów Sorbony i Cambridge. Otóż dawał on nam do robienia jakieś przykłady matematyczne [...] lub też przepisywanie z wyżej wspomnianej książki, a sam zasiadał na katedrze niczym Zeus na Olimpie i wyjmował książkę do czytania, tudzież ćwiartkę domowego placka i czytał wodząc palcem po książce, co jest cechą analfabetów, oraz pogryzał placka. Od czasu do czasu wodził po klasie wzrokiem iście Zeusowym, i dostrzegłszy jakąś niesubordynację sam własnoręcznie raczył wyrżnąć delikwenta w pysk wyżej już wspomnianą oznaką władzy belfrowskiej"17.
Za cięższe przewinienia "pan kierownik" wymierza razy kijem na gołe pośladki.
Nauka nie jest obowiązkowa, na lekcje chodzi może jedna piąta budzanowskich dzieci. Jesienią klasa jest pusta, bo uczniowie kopią kartofle. Zimą zostają w domu, bo nie mają butów i ciepłych ubrań. Wiosną zamiast do szkoły idą na łąki wypasać krowy.
Dziewięcioletniemu mieszczuchowi godne uwagi wydają się zwyczaje higieniczne panujące na wsi: bielizna nie jest w użyciu, w tym samym przyodziewku chodzi się w dzień i śpi w nocy, kąpiele odbywają się tylko latem w rzece. Z ciekawością etnografa przygląda się również warunkom mieszkaniowym: życie rodzinne toczy się w pokrytej klepiskiem kuchni; za sypialnię dla dorosłych, dzieci i kotów służy piec; w niewietrzonych izbach unosi się smród; prawie w każdym domu znajduje się zdobiony kilimami i świecidełkami pokój galowy, do którego wchodzi się tylko od święta.
Budzanowska elita przyjmuje Jana i Marię jak swoich. Po wyprowadzce z żydowskiej kamienicy Urbanowie wynajmują pokój u wdowy po szewcu, Kowalikowej. W chałupie obok mieszka urzędnik ze Lwowa, pan Kielanowski, z żoną. Popołudniowe herbatki odbywają się w towarzystwie aptekarzowej Mańkowskiej, doktora Dawiskiby i jego małżonki oraz księdza, który bawi towarzystwo karcianymi sztuczkami.
"Zdaje się, że wiedział on o nas coś więcej niż inni"18 - informuje krewnych Jerzy.
Chłopiec również szybko znajduje towarzystwo. Uznanie rówieśników zdobywa opowieściami o nieznanych na wsi cudach: kinie, automatycznych zabawkach i kaloryferach, dzięki którym nie trzeba palić w piecu. W łaski kompanów wkupuje się tytoniem podkradanym ojcu.
Ze względu na wykwintny sposób wyrażania się wiejscy koledzy wołają na niego "warszawski Żydek". Przezwisko w niczym mu nie uwłacza, bo zapomniał już, że cokolwiek łączy go z tymi, na których polują Niemcy.
Miejscowi uczą miastowego, jak rozpalić ognisko, przepłynąć czółnem rzekę, skręcić papierosa z maku i przypilnować, żeby krowa nie zerwała się z łańcucha. Jerzy szybko przystosowuje się do panujących zwyczajów i od wiosny do jesieni biega boso.
Jego notowania rosną, gdy kamieniem wybija szybę w oknie ukraińskiego komendanta milicji. W domu na próżno tłumaczy, że to niechcący. Ojcu pierwszy raz puszczają nerwy i spuszcza synowi lanie.
Jednej rzeczy Jerzy nie może się nauczyć: jak nie uciekać z krzykiem na widok stadka kur lub gęsi dziobiących trawę przy drodze. Ptactwo każdego gatunku napawa go panicznym lękiem.
W Budzanowie nie ma kina ani teatru, lecz jest kościół. Chłopiec chłonie zapach kadzidła i świeżych kwiatów przed ołtarzem, podziwia blask złotych kielichów i białe komże ministrantów. Podobają mu się też kościelne śpiewy. Katolickie misterium robi na nim takie wrażenie, że w domu ze stołu przykrytego obrusem buduje ołtarz i odprawia własne nabożeństwo.
To jedyny grzech, który przypomina sobie, gdy wiosną 1942 roku pierwszy raz idzie do spowiedzi. Za kratą konfesjonału siedzi proboszcz Stefan Ufryjewicz.
Po pierwszej komunii ksiądz prosi dzieci, by ustawiły się do zdjęcia. Sam siada pośrodku i przybiera dostojną minę. Uczniowie wokół również wpatrują się w fotografa z powagą. Jerzy Urban stoi w ostatnim rzędzie. Wygląda, jakby właśnie zrobił komuś psikusa.
Do kościoła chłopiec chodzi wyłącznie z matką. Ojciec za żadną cenę nie daje się przekonać do utrzymania pozorów religijności. Dla sąsiadów stanowi to dowód, że nie jest Żydem: gdyby było inaczej, dbałby o zachowanie pozorów i uczestniczył w katolickich obrządkach.
Pod kościołem i cerkwią Jan pojawia się tylko po to, by wychodzącym z nabożeństw sprzedawać gazety. Jego pomocnikiem jest teraz Jerzy. Nikt nie chce kupować niemieckiej prasy, dopóki wojska Hitlera nie zaczynają przegrywać na wschodzie. Jesienią 1942 i zimą 1943 roku, gdy ważą się losy oblężonego Stalingradu, tłum wyrywa chłopcu z rąk zadrukowane płachty. Za gazetę bierze wtedy czasem nawet jej pięciokrotną wartość.
Oszczędności zaczynają się jednak kończyć. Urbanowie decydują się spieniężyć zaplombowane w zębach brylanty. By nie wzbudzić podejrzeń, Jan postanawia sprzedać je w powiatowej Trembowli, oddalonej od Budzanowa o dwadzieścia kilometrów. Nie zna tam nikogo, prosi więc o pomoc właścicielkę hotelu, w którym się zatrzymał. Wkrótce zjawia się zainteresowany kupiec. Zamiast zapłaty proponuje wizytę na posterunku niemieckiej żandarmerii.
Na to rozwiązanie Jan nie może przystać, gdyż jako dziecko został obrzezany. Do Budzanowa wraca bez brylantu i pieniędzy.
(Właścicielka hotelu odnajdzie go po wojnie. Upomni się o zadośćuczynienie za to, że go nie wydała).
Na rozkaz Niemców jesienią 1942 roku Żydzi z Budzanowa wyjeżdżają furmankami w kierunku Trembowli. Zostają po nich mieszkania ogołocone z mebli, pościeli, okien i pieców oraz walające się po rynku chanukowe świeczniki, mezuzy i drewniane bączki, którymi Jerzy bawi się z kolegami.
Masia i Jan coraz rzadziej dostają wiadomości od rodziców. Do getta w Warszawie i Łodzi, w których uwięzieni zostali Urbachowie i Brodaczowie, wysyłają przez pośredników listy i paczki z wysuszonym makaronem zrobionym z samych jajek.
Dzielnicę żydowską w Warszawie udaje się opuścić starszej siostrze matki. Sofia-Rachel Aronson (z domu Brodacz), przez rodzinę zwana Różą, przyjeżdża do Budzanowa. Po aryjskiej stronie nazywa się Zofia Machnicka, co potwierdza fałszywy akt urodzenia wystawiony przez parafię Świętej Barbary w Warszawie.
Getto znajduje się również w Trembowli. Zimą 1943 roku Jerzy jedzie saniami z rodzicami do miasteczka. Zatrzymują się na noc w domu publicznym. To najbezpieczniejszy adres, pracująca w nim prostytutka jest kochanką weterynarza, od którego Urbanowie - po kolejnej przeprowadzce - wynajmują mieszkanie.
Ulice są ciemne i puste. Tego dnia oddziały SS otoczyły getto i wyłapują Żydów. Do domu publicznego wpada przerażona dziewczyna. Nie musi nic mówić, od razu wiadomo, przed kim ucieka. Żeby się wkupić w łaski, zaczyna śpiewać:
Chryzantemy złociste
W kryształowym wazonie,
Stoją na fortepianie
Kojąc smutek i żal
Wszyscy w pokoju siedzą zasłuchani w jej czysty głos i melodię przedwojennego szlagieru.
Kiedy za oknem rozlegają się strzały, gospodyni patrzy znacząco na dziewczynę. Ta wie, że nie może tu dłużej zostać. Podrywa się i wybiega na ulicę.
Ciąg dalszy Jerzy zna z rozmów między dorosłymi. Uciekinierka ukryła się w gnojówce. Niemcy zastrzelili ją, gdy wychyliła głowę, żeby zaczerpnąć powietrza.
Zagłada sześciu milionów Żydów w Europie dla Jerzego Urbana będzie mieć twarz dziewczyny zastrzelonej w gnojówce.
Co kilka miesięcy Niemcy urządzają w Budzanowie łapanki i kierują zatrzymanych na przymusowe roboty. O planowanej wizycie żandarmów ukraińscy milicjanci uprzedzają znajomych Polaków. Wszyscy, którzy nie są starcami lub dziećmi, ukrywają się w tym czasie w sąsiedniej wsi.
Pewnego dnia sąsiedzi ostrzegają Urbanów, że Niemcy planują aresztowania politycznie podejrzanych. W nocy po Jana przychodzą gestapowcy z psami. Nie zastają go w domu, bo schronił się u sąsiadów. Potem ukrywa się u księdza (tego od karcianych sztuczek), który podejrzewa, że Urbanowie są Żydami.
Rodzinie Jan przesyła list, który ma usprawiedliwić jego zniknięcie:
Ukochana żono i Drogi synu! Muszę Was opuścić a Bóg tylko jeden wie, kiedy się znów zobaczymy. Otrzymałem pracę w Niemczech i w najbliższych dniach tam wyjeżdżam. Jako ochotnik będą tam korzystał ze specjalnych przywilejów. Długo walczyłem ze sobą, zanim powziąłem to postanowienie rozłączenia się z wami. Nie mam jednak dość sił, aby wieść dalej walkę o byt w warunkach znanych wam dobrze. Miast być waszym żywicielem stałbym się tylko ciężarem. Pewien znajomy namówił mnie do tego kroku i mam nadzieję, że w miejscu nowej pracy będzie mi lepiej niż tutaj. Chciałbym, aby rozłąka nasza nie była zbyt długotrwała. Ale nigdy nic nie wiadomo. Wybaczcie, jeśli zawiniłem wobec was. Żegnam was znakiem Krzyża Świętego. Wasz Janek19.
(Komentarz syna po latach: "Ładne, co?").
W okolicy coraz niespokojniej. Ukraińscy nacjonaliści napadają na Polaków, w nocy podpalają gospodarstwa i mordują sąsiadów. Masia z Jerzym i siostrą przeprowadzają się do Tarnopola, gdzie przed atakami Ukraińskiej Armii Powstańczej chroni Polaków niemiecki garnizon.
"Zamieszkaliśmy w małej chałupce na peryferiach. Nasze locum nie zasługiwało nawet na miano chałupki. Raczej był to chlew. Apartamenty nasze składały się z dwóch mikroskopijnych i odpowiednio brudnych izb, z których jedna przeznaczona była na sypialnię, salon i gabinet, druga zaś na kuchnię i jadalnię. Naszą gospodynią była leciwa staruszka, na której w/e polskiego przysłowia "rzepę można było sadzić" tak była brudna. Do tego w naszym lokum nie było elektryczności. W ogóle - pałac z bajki"20 - donosi krewnym Jerzy.
Jan znów szuka pracy u Niemców. Dzięki znajomym dostaje posadę buchaltera w państwowym folwarku w Zbarażu. Na koniec każdego tygodnia wraca do Tarnopola furmanką załadowaną raz kilkoma litrami spirytusu i papierosami, kiedy indziej mąką, gęsiami albo świńską tuszą. Zdarza się też kupon papierowego materiału albo kilo gwoździ. Część rzeczy pochodzi z przydziału, część została przywłaszczona, "był to bowiem czas, gdy kradzież niemcom nie była czynem niemoralnym, przeciwnie - bohaterskim i godnym pochwały"21.
W roku 1944 nie wystarczy spryt. Potrzebne jest też szczęście, żeby uniknąć kuli niemieckiej, ukraińskiej, rosyjskiej bądź polskiej.
W wieku jedenastu lat Jerzy Urban ma już wyrobione zdanie na temat żołnierzy różnych armii.
Czerwonoarmiści, których spotkał we Lwowie, to zgraja pijanych obdartusów.
Polskich konspiratorów poznał podczas wieczorów spędzonych z rodzicami u państwa Barylskich, którzy należą do Armii Krajowej. Przy zasłoniętych przed nalotami oknach nasłuchują wiadomości z radia BBC, czyszczą wyciągnięte ze schowka pistolet i karabin i czytają podziemne gazetki. Jerzego taka konspiracja przyprawia o ziewanie, podobnie jak ułamki i zasady deklinacji, które próbuje wbić mu do głowy jedna z córek Barylskich, nauczycielka.
Najbardziej podobają mu się Niemcy, których w Tarnopolu spotyka na każdym kroku. Pachną skórą, wodą kolońską i benzyną, mają błyszczące oficerki, jeżdżą samochodami. I nikogo się nie boją.
W Tarnopolu do rodziny dołącza kuzynka Jerzego, Alina - córka ciotki Zofii-Róży. Dostaje posadę gospodyni w niemieckim domu. Zarabia świetnie, ubiera się elegancko, jeździ autem swoich gospodarzy. Gestapo aresztuje ją po donosie, że jest Żydówką. Przez dwa tygodnie wszystkiemu zaprzecza. Od tego, co zezna, zależy los reszty krewnych.
"W końcu powiedziała, że miała ojca żyda, a matka jej jest aryjką. Na skutek tego pojechała do Oświęcimia (chyba o nim słyszeliście?) i przeszła przez wszystkie obozy prawie jakie były. Uciekła dopiero tuż przed wyzwoleniem" - relacjonuje Jerzy ciotce.
Niemiecka machina zaczyna już się jednak zacinać. Wiosną 1944 roku na Tarnopol coraz częściej spadają radzieckie pociski. Urbanowie szykują się na nadejście Armii Czerwonej - gromadzą zapasy papierosów i wódki.
Jerzy buduje swój własny schron. Zgromadził w nim wygrzebane z łusek resztki prochu i zardzewiały karabin. Nie może się zdecydować, czy chce walczyć z Rosjanami czy z Niemcami. Na wszelki wypadek, gdy na niebie pojawia się samolot z czerwoną gwiazdą, posyła w jego kierunku udawaną serię wystrzałów. Woli siedzieć w samodzielnie zbudowanym okopie niż w piwniczce z rodzicami i sąsiadami, którzy na dźwięk spadających bomb krzyczą albo się modlą. Nikt specjalnie za nim nie tęskni - ściśniętym w tłoku dorosłym przemądrzały dzieciak też działa na nerwy. Dopiero gdy matka z ojcem odkrywają, co zgromadził w swojej kryjówce, pod groźbą lania wraca do piwnicy.
Pewnego dnia w Tarnopolu zapada cisza. Nie słychać nadlatujących samolotów ani huku wystrzałów. Niemieckie dowództwo rozkazuje cywilom opuścić miasto i obiecuje pomoc w ewakuacji. Urbanowie nie wierzą w te zapewnienia. Razem z rodziną Barylskich chowają się w piwnicy. Wyciągają ich stamtąd niemieccy żandarmi.
- Pod ścianę! - krzyczą i unoszą karabiny.