Ups... No to wpadłam! - Karolina Pastuszak

Kup ebooka

29.90 zł

-
Proszę czekać

Usły­sza­łam huk ko­lej­nego wy­strzału i po­czu­łam jak szkło z okna sa­mo­chodu, obok któ­rego do­piero co prze­mknę­łam, po­sy­pało mi się na plecy. Wy­da­łam z sie­bie zdu­szony krzyk i w pierw­szym od­ru­chu, czu­jąc że opa­dam z sił, chcia­łam się sku­lić na ziemi. Ale silna dłoń za­ci­snęła się na moim ra­mie­niu i zmu­siła mnie do dal­szej ucieczki. Kiedy wy­do­sta­li­śmy się z cia­snej uliczki, Agu­stin po­cią­gnął mnie wprost na naj­słyn­niej­szy targ Bar­ce­lony - La Bo­qu­eria. Jak zwy­kle za­tło­czony zda­wał się naj­bar­dziej od­po­wied­nim miej­scem, aby się ukryć.

We­pchnął mnie po­mię­dzy skrzynki z owo­cami i zde­cy­do­wa­nym ru­chem ręki na­ka­zał mil­cze­nie. Wła­ści­ciel sto­iska ukła­dał wła­śnie eks­po­zy­cję po prze­ciw­nej stro­nie. Ofe­ro­wał tu­ry­stom sa­łatki owo­cowe po dwa euro. Po­chło­nięty pracą nie zwró­cił uwagi na dwójkę ucie­ki­nie­rów ukry­wa­ją­cych się pod ladą.

Ni­gdy w ży­ciu tak się nie ba­łam. Wie­dzia­łam, że w tym mo­men­cie moje ży­cie za­le­żało od męż­czy­zny, o któ­rego ist­nie­niu jesz­cze nie­dawno nie mia­łam po­ję­cia. Na jego twa­rzy wi­dzia­łam czuj­ność i de­ter­mi­na­cję, co da­wało mi na­dzieję. Jego rysy wy­ostrzyły się, kiedy alejką obok sto­iska, na któ­rym się ukry­li­śmy, prze­bie­gło dwóch męż­czyzn. Trzy­mał broń w po­go­to­wiu, ale naj­wy­raź­niej chwi­lowo mo­gli­śmy ode­tchnąć.

Pa­trząc z per­spek­tywy, mogę po­wie­dzieć, że ży­cie pi­smaka bywa dość nudne.

Nie­ustanne sta­nie w cie­niu i śle­dze­nie tego, co się dzieje w cen­trum wy­da­rzeń, może za­cząć wy­da­wać się bez­ce­lowe. Wszystko po to, aby zdo­być ma­te­riał, o któ­rym mało kto bę­dzie pa­mię­tał po kilku dniach od prze­czy­ta­nia. Po­cząt­kowo by­łam ocza­ro­wana tym świa­tem, ale wkrótce do­tarło do mnie, że już za­wsze będę tylko od­twa­rzać fakty. A te­raz? Te­raz od­da­ła­bym wszystko, żeby znów żyć moim po­zor­nie nud­nym i spo­koj­nym ży­ciem.

Ni­gdy nie by­łam osobą żądną sen­sa­cji i przy­gód. Co prawda z wy­pie­kami na po­licz­kach oglą­da­łam "Toż­sa­mość Bo­urne'a" czy ko­lejne filmy o Agen­cie 007, ale te­raz bo­le­śnie prze­ko­na­łam się o tym, że w żad­nym ra­zie nie na­daję się na bo­ha­terkę filmu sen­sa­cyj­nego. Mu­szę przy­znać, że wplą­ta­łam się w tę hi­sto­rię cał­ko­wi­cie przy­pad­kowo i nie mia­łam po­ję­cia, jak się ona za­koń­czy. Wie­dzia­łam tylko tyle, że lu­dzie, któ­rzy wy­dali na mnie wy­rok, mają czas i środki, by w końcu mnie do­paść. Być może któ­re­goś dnia Agu­stin nie bę­dzie w sta­nie mnie ochro­nić.

- My­ślisz, że już po­szli? - nie po­tra­fi­łam opa­no­wać drże­nia głosu, przez co za­skrze­cza­łam nie­wy­raź­nie. Na szczę­ście mnie zro­zu­miał.

- Nie, Ma­riso. Będą prze­cze­sy­wać sto­isko po sto­isku, aż nas znajdą. - Jego twarde spoj­rze­nie po raz ko­lejny uświa­do­miło mi, w jak po­waż­nym nie­bez­pie­czeń­stwie się znaj­do­wa­li­śmy.

Roz­dział II

Rzym

Od ja­kie­goś kwa­dransa je­cha­li­śmy w mil­cze­niu. Po­cząt­kowo na wszel­kie znane mi spo­soby pró­bo­wa­łam wy­cią­gnąć z niego ja­kie­kol­wiek in­for­ma­cje, ale szybko prze­ko­na­łam się, że moje py­ta­nia tra­fiają w próż­nię. Agu­stin je­chał bar­dzo szybko w cał­ko­wi­tym sku­pie­niu. Kiedy po raz ko­lejny zi­gno­ro­wał mnie, wy­wró­ci­łam oczami i osta­tecz­nie po­sta­no­wi­łam trzy­mać ję­zyk za zę­bami. W końcu po­zo­sta­wa­łam na ła­sce i nie­ła­sce ob­cego męż­czy­zny, który jak wa­riat pę­dził ko­lej­nymi ulicz­kami. De­kon­cen­tro­wa­nie go ko­lejną por­cją krzy­ków nie wy­da­wało mi się w tym mo­men­cie szcze­gól­nie roz­ważne.

W końcu Agu­stin za­par­ko­wał i przez mo­ment ba­daw­czo spo­glą­dał w lu­sterka. Od­ru­chowo ro­zej­rza­łam się, ale poza nami ni­kogo nie było wi­dać. Po­nury za­ułek wy­glą­dał na zu­peł­nie opusz­czony.

- Po­cze­kaj tu na mnie - po­wie­dział bez­barw­nym gło­sem.

- Do­kąd idziesz? - Znowu po­czu­łam, że pa­nika za­czyna ła­pać mnie w swoje lep­kie macki. - Nie zo­sta­wiaj mnie! - krzyk­nę­łam.

W od­po­wie­dzi za­trza­snął drzwi sa­mo­chodu i wszedł do ciem­nej bramy. Osu­nę­łam się w fo­telu i czu­łam, jak mój od­dech robi się co­raz bar­dziej płytki. Przez chwilę sta­ra­łam się za­jąć czymś roz­sza­lałe my­śli, ale dość szybko się pod­da­łam. Czas dłu­żył mi się nie­mi­ło­sier­nie. Z mi­nuty na mi­nutę prze­sta­wa­łam wie­rzyć w do­bre in­ten­cje Agu­stina. Może ta cała ucieczka miała mnie tylko zmy­lić i spra­wić, że­bym mu nie chciała uciec? Może mia­łam mu za­ufać, a te­raz on miał mnie... Po­trzą­snę­łam głową, jak­bym chciała od­pę­dzić zły sen. Ale na­trętne my­śli nie ustą­piły. Dla­czego nie od­wiózł mnie na ko­mi­sa­riat? Skoro ucie­ka­li­śmy, to dla­czego na­dal by­li­śmy w mie­ście? I dla­czego za­brał mnie do tego ciem­nego za­ułka?

Na­ci­snę­łam na klamkę i bez­gło­śnie za­mknę­łam za sobą drzwi bia­łego le­xusa. Nie­mal od razu do­biegł do mnie za­pach do­mo­wej ko­la­cji i usły­sza­łam strzępki roz­mowy to­czą­cej się przy ro­dzin­nym stole, na któ­rymś z pię­ter sta­rej ka­mie­nicy. To spra­wiło, że po­czu­łam się jesz­cze go­rzej, znowu chciało mi się pła­kać. Ni­gdy w ży­ciu nie czu­łam się tak sa­motna i bez­radna. Wie­dzia­łam, że mu­szę wziąć się w garść i za­cząć my­śleć ra­cjo­nal­nie. Bez­li­to­sna pa­nika cza­iła się, by za­wład­nąć mną do reszty, ale by­łam go­towa ode­przeć ten atak.

Pierw­szy raz by­łam w tak zwa­nej "szem­ra­nej dziel­nicy" po za­pad­nię­ciu zmroku i nie mia­łam bla­dego po­ję­cia, w którą stronę po­win­nam pójść. Prze­bie­głam na drugą stronę ulicy i scho­wa­łam się w cie­niu, jaki rzu­cały bu­dynki. Oczyma wy­obraźni wi­dzia­łam de­ale­rów nar­ko­ty­ko­wych, któ­rzy za­wsze cza­ili się w ciem­nych bra­mach i nar­ko­ma­nów go­to­wych za­bić za kilka euro.

Za­nim spa­ra­li­żo­wana stra­chem ru­szy­łam się z miej­sca, ci­szę prze­ciął ha­łas otwie­ra­nej me­ta­lo­wej bramy. Na­tych­miast po­ja­wiły się dwa snopy świa­tła i roz­legł się ryk sil­nika. Bez na­my­słu ru­szy­łam bie­giem w kie­runku, z któ­rego przy­je­cha­li­śmy. Czu­łam, jak w moim mó­zgu pra­cują wszyst­kie troczki. Zo­sta­wił mnie, bo nie chciał so­bie bru­dzić rąk, poza tym wcale nie musi, ma pew­nie całą ar­mię do dys­po­zy­cji.

Nie zdą­ży­łam do­trzeć do naj­bliż­szej prze­cznicy, kiedy czarne vo­lvo z pi­skiem opon za­ha­mo­wało przede mną, od­ci­na­jąc drogę ucieczki. Za­wró­ci­łam prze­ra­żona, ale ktoś ru­szył w ślad za mną. Sły­sza­łam jego ryt­miczne kroki. A może to było tylko bi­cie mo­jego serca? W końcu silna ręka za­ci­snęła się na moim ra­mie­niu, a druga za­kryła usta. Za­czę­łam wal­czyć z ca­łych sił. Mio­ta­łam się roz­pacz­li­wie, wie­dząc, że nie mam żad­nych szans w walce z prze­ciw­ni­kiem.

- Co ty, do cho­lery, wy­ra­biasz?! Tak bar­dzo chcesz zwró­cić na nas uwagę?! - syk­nął roz­draż­niony i od­wró­cił mnie twa­rzą do sie­bie. Naj­de­li­kat­niej rzecz uj­mu­jąc, Agu­stin był wście­kły. - Nie mu­szę na­sta­wiać za cie­bie karku, ro­zu­miesz? Je­śli chcesz, to idź, ale nie masz żad­nych szans!

Za­wi­ro­wało mi w gło­wie. Pod­świa­do­mie wie­dzia­łam, że ma ra­cję, ale nie by­łam jesz­cze go­towa, by to usły­szeć, a już na pewno nie by­łam go­towa po­go­dzić się z tym.

- Skąd mam wie­dzieć, że je­steś po mo­jej stro­nie? - Głos drżał mi bar­dzo mocno. Mia­łam, pro­blem z wy­ar­ty­ku­ło­wa­niem po­szcze­gól­nych słów. - Dla­czego miał­byś mi po­ma­gać? Dla­czego mam ci za­ufać? Skąd mam wie­dzieć, że nie chcesz mnie za­bić? - Emo­cje spra­wiały, że mó­wi­łam co­raz gło­śniej i co­raz bar­dziej płacz­li­wie.

Agu­stin się­gnął pod ma­ry­narkę i płyn­nym ru­chem wy­jął broń. Od­bez­pie­czył ma­ga­zy­nek i przy­ło­żył mi lufę do klatki pier­sio­wej. Przez cienki ma­te­riał su­kienki po­czu­łam prze­szy­wa­jące zimno me­talu. Za­mknę­łam oczy i nie mo­głam się oprzeć wra­że­niu, że za­raz upadnę. Kiedy uświa­do­mi­łam so­bie, że je­den je­dyny strzał wy­star­czy, by po­zba­wić mnie ży­cia, po­czu­łam, jak po po­liczku spły­nęła mi ko­lejna go­rąca łza. Wstrzą­snął mną nie­kon­tro­lo­wany szloch, któ­rego nie by­łam w sta­nie za­trzy­mać.

- Obie­ca­łem ojcu, że zajmę się pro­ble­mem i tylko w ten spo­sób udało ci się wyjść z pa­łacu cało. Mia­łem się cie­bie po­zbyć gdzieś, gdzie można ła­two upo­zo­ro­wać wy­pa­dek, poza tym ko­lejny trup w Mon­tjuic nie był im po­trzebny. - Od­cze­kał chwilę, by się upew­nić, że jego słowa do mnie do­cie­rają. - Gdy­bym chciał cię za­bić, już byś nie żyła, ro­zu­miesz? - po­wie­dział znie­cier­pli­wiony. - A te­raz bę­dziesz mnie słu­chać, bo tak się składa, że je­stem twoją je­dyną szansą. Bę­dziesz ro­bić wszystko, co ci każę. Je­śli każę ci paść na zie­mię, zro­bisz to na­tych­miast. Je­śli każę ci biec, zro­bisz to bez oglą­da­nia się za sie­bie. Ro­zu­miesz?

To­tal­nie za­ła­mana ski­nę­łam głową.

- Wsia­daj. - Oto­czył mnie ra­mie­niem i po­cze­kał, aż usiądę na sie­dze­niu pa­sa­żera. - Wiem, że się bo­isz, ale te­raz naj­waż­niej­sze jest, że­byś wie­działa, kto jest po two­jej stro­nie. Nie prze­bie­ram w sło­wach, bo nie ma na to czasu. Wie­rzysz mi?

- A może od­wie­ziesz mnie na po­li­cję?

- Chyba żar­tu­jesz - prych­nął po­iry­to­wany. - On ma ich wszyst­kich w kie­szeni.

Zro­zu­mia­łam wtedy, że miał na my­śli swo­jego ojca, a po­garda, z jaką wy­po­wie­dział to zda­nie, do­dała mi w ja­kiś nie­zro­zu­miały spo­sób otu­chy. Może on nie chce mieć nic wspól­nego z tym, co robi jego oj­ciec? Zresztą udo­wod­nił mi wła­śnie do­bit­nie, że gdyby nie był po mo­jej stro­nie, to już le­ża­ła­bym mar­twa w rynsz­toku.

Zo­sta­wił mnie na mo­ment samą i wpro­wa­dził le­xusa do ga­rażu, po czym opu­ścił me­ta­lową bramę.

- Przy­je­cha­li­śmy tu tylko po to, że­byś zmie­nił sa­mo­chód na szyb­szy? - Nie wy­glą­dał na szcze­gól­nie roz­mowną osobę, o czym się zresztą zdą­ży­łam prze­ko­nać, ale mu­sia­łam prze­cież wie­dzieć, co da­lej. Do­cie­kli­wość była moją wro­dzoną ce­chą, a praca dzien­ni­karki jesz­cze wzmoc­niła umie­jęt­ność po­zy­ski­wa­nia in­for­ma­cji. Te­raz jed­nak czu­łam się zu­peł­nie bez­radna, na­gle wszyst­kie mą­dro­ści wy­pa­ro­wały mi z głowy i po raz pierw­szy w do­ro­słym ży­ciu za­cho­wy­wa­łam się jak prze­stra­szona dziew­czynka.

- Błąd Pie­gu­sko, tam­ten sa­mo­chód bar­dzo ła­two można na­mie­rzyć, a o ist­nie­niu tego nie mają po­ję­cia. Po­wiedzmy, że vo­lvo cze­kało na od­po­wiedni czas, który nie­stety w końcu nad­szedł. - Jego ton zro­bił się odro­binę swo­bod­niej­szy. - Mia­łem na­dzieję, że może ni­gdy się nie przyda.

Ja na­to­miast na­bra­łam na­dziei, że może jed­nak uda mi się na­kło­nić go do kon­wer­sa­cji, więc cią­gnę­łam da­lej.

- Do­kąd je­dziemy?

- Im mniej wiesz, tym le­piej dla nas obojga.

I ko­niec te­matu. To na tyle z "sie­dzimy w tym ra­zem, więc mu­simy wspól­nie usta­lić plan". Otwo­rzy­łam usta go­towa za­pro­te­sto­wać, ale za­mknę­łam je z po­wro­tem i od­wró­ci­łam się do okna. Zmę­cze­nie za­częło mnie po­woli przy­gnia­tać. Je­cha­li­śmy tak szybko, że wszyst­kie mi­jane bu­dynki wy­glą­dały jak smugi. W końcu po­czu­łam, że moje po­wieki ro­bią się nie­zno­śnie cięż­kie i po­zwo­li­łam im na mo­ment opaść. Tylko na mo­ment, bo w końcu mu­sia­łam utrzy­mać czuj­ność.

Naj­wy­raź­niej jed­nak za­snę­łam, bo kiedy otwo­rzy­łam oczy, ro­biło się już ja­sno. By­łam w au­cie sama. Ra­zem z tą świa­do­mo­ścią mo­men­tal­nie po­ja­wił się nie­po­kój. Za­czę­łam się roz­glą­dać. Nie mia­łam bla­dego po­ję­cia, gdzie je­stem, w za­sięgu wzroku mia­łam ja­kieś ma­ga­zyny i coś jak wielki, pu­sty par­king. Przej­rza­łam się w lu­sterku wstecz­nym. Z roz­ma­zaną ma­skarą wy­glą­da­łam na­prawdę ża­ło­śnie. Rąb­kiem su­kienki star­łam (a ra­czej roz­ma­za­łam) czarne smugi i po­now­nie się ro­zej­rza­łam, wy­pa­tru­jąc Agu­stina. Jak na za­wo­ła­nie wy­szedł z jed­nego z bla­sza­ków, nio­sąc ja­kiś pa­ku­nek.

- Cześć, Pie­gu­sko, jak się spało? - Usiadł za kie­row­nicą i otwo­rzył pa­pie­rową torbę. - Kawa i ka­napka z tuń­czy­kiem, trzy­maj. Po­sta­raj się nie za­pa­sku­dzić ta­pi­cerki, tu masz ser­wetki.

Przej­mo­wał się głu­pią ta­pi­cerką, zu­peł­nie jak­by­śmy nie mieli po­waż­niej­szych pro­ble­mów. Pa­trzy­łam na niego onie­miała. Nie wy­glą­dał na szcze­gól­nie za­gu­bio­nego czy wy­stra­szo­nego. Wręcz prze­ciw­nie, mo­gła­bym przy­siąc, że ma ja­kiś nie­za­wodny plan, dzięki któ­remu wy­wi­niemy się z tej ca­łej hi­sto­rii bez szwanku. Przez se­kundę mia­łam na­dzieję, że jest taj­nym agen­tem, któ­remu przez przy­pa­dek wtar­gnę­łam w sam śro­dek mi­sji i który te­raz bez wy­siłku wy­cią­gnie mnie z ta­ra­pa­tów. Pew­nie dla­tego nic mi nie mówi. Ten po­mysł od razu wy­dał mi się nie­do­rzeczny i od­rzu­ci­łam taką moż­li­wość. Po­my­śla­łam, że na­oglą­da­łam się za dużo fil­mów o Ja­me­sie Bon­dzie i o ile on z po­wo­dze­niem mógłby za­grać su­per­przy­stoj­nego agenta ła­mią­cego ko­biece serca, to ja z całą pew­no­ścią nie wy­glą­da­łam jak Halle Berry czy Olga Ku­ry­lenko.

- Dzięki. - Od­pa­ko­wa­łam ka­napkę i zmu­si­łam się do pierw­szego kęsa. Żo­łą­dek od­ma­wiał mi po­słu­szeń­stwa, ale roz­są­dek na­ka­zy­wał zjeść śnia­da­nie. - Co te­raz? Gdzie je­ste­śmy?

- Za dużo py­tań. - Siorb­nął gło­śno łyk kawy - Niech to szlag, ja­kie go­rące!

- Chcia­ła­bym wie­dzieć, co da­lej - nie ustę­po­wa­łam. - Jaki mamy plan?

- Od planu je­stem ja, od wy­ko­ny­wa­nia po­le­ceń ty. Ro­zu­miesz? Nie mogę się sku­piać na ra­to­wa­niu ci tego zgrab­nego ty­łeczka i niań­cze­niu cię rów­no­cze­śnie.

- Nie wie­rzę, ale z cie­bie du­pek. - Ugry­złam ko­lejny kęs. - I szo­wi­ni­sta. Ale wiesz, przy­po­mnę ci je­den szcze­gół. Gdyby nie ty, ni­gdy nie we­szła­bym do tej bi­blio­teki i pew­nie dzi­siaj ob­ra­bia­ła­bym zdję­cia w re­dak­cji. Ten ob­raz wy­rył mi się w mó­zgu, już ni­gdy nie będę w sta­nie za­po­mnieć tego, co zo­ba­czy­łam.

- Wiem, ta­kich wspo­mnień nie da się wy­ma­zać i wiesz co, mam ich tro­chę wię­cej niż ty. Hej, nie martw się, je­steś w do­brych rę­kach. - Na mo­ment cała jego aro­gan­cja wy­pa­ro­wała. Ale tylko na mo­ment, bo wkrótce do­dał: - A to, że chcia­łem cię opro­wa­dzić, to wła­ści­wie twoja wina. Dziew­czyno, aż się pro­sisz o kło­poty. Gdy­byś zo­stała grzecz­nie w stre­fie dla prasy, nic by się wczo­raj nie wy­da­rzyło. Po­wiedzmy, że wy­glą­da­łaś tak roz­bra­ja­jąco, że mia­łem co do cie­bie cał­kiem cie­kawe plany. - Za­chi­cho­tał, za co zgro­mi­łam go wzro­kiem.

Do sa­mo­chodu zbli­żył się męż­czy­zna ubrany w gra­na­towy kom­bi­ne­zon po­pla­miony sma­rem. Agu­stin opu­ścił szybę, a męż­czy­zna po­chy­lił się w jego kie­runku.

- Wszystko go­towe pro­szę pana.

- Świet­nie. Gdzie mogę zo­sta­wić auto?

- W han­ga­rze po pra­wej stro­nie.

- Dzięki. - Agu­stin za­mknął szybę i po­woli wje­chał do wska­za­nego han­garu. - Pie­gu­sko, mam na­dzieję, że nie masz cho­roby lo­ko­mo­cyj­nej...

- Ma­risa. - Dupku, do­da­łam w my­ślach.

- Chodź. - Wy­siadł z vo­lvo i po­cze­kał na mnie.

Kiedy wy­szli­śmy na ze­wnątrz, stało się ja­sne, dla­czego py­tał mnie o cho­robę lo­ko­mo­cyjną. Za ste­rami czar­nego he­li­kop­tera sie­dział już pi­lot i pa­trzył na nas wy­cze­ku­jąco.

- Może to nie jest naj­bar­dziej kom­for­towy śro­dek trans­portu, ale przy­naj­mniej nie bę­dziemy mu­sieli pro­sić o zgodę na lą­do­wa­nie, a więc nikt się nie do­wie, że się prze­mie­ści­li­śmy. Wska­kuj. - Po­dał mi rękę i po­mógł wsiąść. - La­ta­łaś już kie­dyś śmi­głow­cem?

- Nie. To jest bez­pieczne?

Agu­stin za­śmiał się gar­dłowo i z roz­ba­wie­niem po­krę­cił głową. Po­iry­to­wało mnie to. Trak­to­wał mnie w spo­sób, który uwa­ża­łam za cał­ko­wi­cie nie do przy­ję­cia, ale nie­stety nie mia­łam na to wpływu. By­łam roz­draż­niona, że naj­pierw wpa­ko­wał mnie w ten cały ba­ła­gan, a te­raz za­cho­wuje się, jakby miał do czy­nie­nia z nie­zbyt roz­gar­niętą ośmio­latką. Mia­łam do­syć tej pro­tek­cjo­nal­nej pozy.

- Mogę wie­dzieć, co cię tak roz­ba­wiło?

- Se­rio tego nie wi­dzisz? Szuka cię kil­ku­na­stu śred­nio mi­łych "ochro­nia­rzy" mo­jego ojca, a ty mar­twisz się lo­tem? Tu je­steś o wiele bez­piecz­niej­sza, no chyba że nas ze­strzelą. - Pa­trząc na mnie z bez­tro­skim uśmie­chem, za­piął mi pas bez­pie­czeń­stwa. - Mo­żemy star­to­wać - po­wie­dział do pi­lota.

- A wiesz, co ja wi­dzę? - Znowu ścią­gnę­łam na sie­bie jego uwagę. Sta­ra­łam się przy­brać zde­cy­do­wany i ja­do­wity ton głosu. - Wi­dzę, że zro­bi­łam straszny błąd, ufa­jąc, że taki la­lu­sio­waty aro­gant bę­dzie w sta­nie mi po­móc... - W tym mo­men­cie ode­rwa­li­śmy się od ziemi. Ma­szyną de­li­kat­nie za­ko­ły­sało i za­czę­li­śmy się wzno­sić. - I wiesz, co jesz­cze wi­dzę? Całą masę kom­plek­sów skrzęt­nie ukry­wa­nych za zu­chwa­ło­ścią i głu­pa­wymi tek­stami.

- Po­wiedzmy, że we­zmę so­bie do serca twoje spo­strze­że­nia. - Pu­ścił do mnie oczko i od­wró­cił się, co tylko spo­tę­go­wało moją złość.

- Nie trak­tuj mnie tak! Chyba mam prawo wie­dzieć, co da­lej!

- O rany, mó­wisz zu­peł­nie jak moja była, a na­wet jesz­cze ze sobą nie spa­li­śmy.

- Co jest z tobą nie tak?! - Za­kry­łam twarz dłońmi, przy­znaję, że w tym mo­men­cie zbie­rało mi się na płacz.

- No prze­stań się ma­zać, jesz­cze bę­dziemy mieli oka­zję - do­dał za­czep­nie.

- Chcę wy­siąść - po­wie­dzia­łam le­d­wie sły­szal­nie.

- Nie ma ta­kiej opcji.

- Chcę wy­siąść! - krzyk­nę­łam.

- Słu­chaj, skoro dla cie­bie zro­bi­łem z sie­bie ru­chomy cel, to nie za­mie­rzam te­raz po­zwo­lić im cię do­paść. Ro­zu­miesz? - Znowu był cał­ko­wi­cie po­ważny. Wbił we mnie twarde spoj­rze­nie, aż prze­szedł mnie dreszcz. - Wczo­raj wy­ja­śni­łem ci sy­tu­ację, a ty pod­ję­łaś de­cy­zję, że bę­dziesz mi ufać. Pa­mię­taj, że nie masz lep­szej opcji.

Te­raz to ja się od­wró­ci­łam w stronę okna, koń­cząc dys­ku­sję. Za­ci­snę­łam dło­nie w pię­ści. Czu­łam, jak pa­znok­cie wbi­jają mi się w skórę, ale nie ro­biło to na mnie wra­że­nia. Po raz ko­lejny sta­ra­łam się prze­ana­li­zo­wać sy­tu­ację. Bio­rąc pod uwagę, co zo­ba­czy­łam po­przed­niego wie­czora i co waż­niej­sze, że mnie za­uwa­żono, po­win­nam być już mar­twa. Pięk­nie, wi­dzę te na­główki w pra­sie co­dzien­nej, po­my­śla­łam po­sęp­nie - "Dzien­ni­karka zna­le­ziona z kulką w gło­wie".

Jed­nak wciąż ży­łam i wy­da­wało się, że na ra­zie nie mie­li­śmy żad­nego "ogona". Nie chcia­łam na­wet do­pusz­czać do sie­bie my­śli o tym, co by się stało, gdyby Agu­stin alias "ten wredny typ" mnie wczo­raj zo­sta­wił. Re­asu­mu­jąc, wy­daje się, że na ra­zie by­łam z nim bez­pieczna, ale prze­cież nie zna­łam go na tyle, by móc mu bez­gra­nicz­nie za­ufać. Czy mo­głam być pewna, że w sy­tu­acji za­gro­że­nia nie wyda mnie, żeby ra­to­wać sie­bie? Z całą pew­no­ścią nie. A więc za­sada za­ufa­nia ogra­ni­czo­nego do mi­ni­mum. No i ta jego oso­bo­wość. Zer­k­nę­łam na niego ukrad­kiem. Za­bój­czo przy­stojny, ale zde­cy­do­wa­nie zdrowo po­rą­bany. Jego zmien­ność na­stro­jów była wprost nie do znie­sie­nia. Może i przy­wykł do ta­kiego ży­cia, ale ja z całą pew­no­ścią nie. Nie sta­rał się mi ni­czego wy­tłu­ma­czyć, ani uspo­koić. A kiedy wo­łał na mnie "Mała" albo "Pie­gu­ska" przy­się­gam, że mia­łam ochotę mu przy­ło­żyć. Wy­da­wało się jed­nak, że co do jed­nego miał ra­cję: jak do tej pory był moją naj­lep­szą, a może na­wet je­dyną szansą na wyj­ście z tego cało.

- Le­cimy do Rzymu - po­wie­dział obo­jęt­nie. Na­sze oczy na mo­ment się spo­tkały i przy­się­gam, że znowu wy­da­wał się pra­wie miły, pra­wie opie­kuń­czy. - Je­śli uspo­koi cię to, przez ja­kiś czas tam po­bę­dziemy.

- Dzięki - mruk­nę­łam, bo to już był ja­kiś po­stęp.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział I

Bar­ce­lona

Sie­dzia­łam w ga­bi­ne­cie re­dak­tor na­czel­nej już pra­wie kwa­drans i ner­wowo wy­stu­ki­wa­łam pal­cami rytm pio­senki, któ­rej ty­tułu nie pa­mię­ta­łam, a która za nic nie mo­gła mi wyjść z głowy. Nie mia­łam zie­lo­nego po­ję­cia, czego się spo­dzie­wać po tak na­głym we­zwa­niu. Co prawda nie by­łam nie­za­stą­pio­nym pra­cow­ni­kiem, ale nie do­pusz­cza­łam do sie­bie my­śli, że mo­gliby mnie zwol­nić - bo niby dla­czego? Szcze­gól­nie te­raz, kiedy mia­łam za sobą roczny staż - a więc pa­rze­nie kawy i ob­sługę kse­ro­ko­piarki. Fakt był taki, że po za­koń­cze­niu stażu zaj­mo­wa­łam się czymś rów­nie nie­po­waż­nym, ale przy­naj­mniej mo­głam po­wie­dzieć, że pra­cuję w swoim za­wo­dzie i stu­dia dzien­ni­kar­skie (które kosz­to­wały mo­ich ro­dzi­ców for­tunę) nie po­szły na marne. Pi­sa­nie ho­ro­sko­pów, drob­nych plo­tek i ścią­ga­nie in­for­ma­cji na te­mat po­gody nie były szczy­tem ma­rzeń, ale wie­dzia­łam, że bez zna­jo­mo­ści na ra­zie nie mogę li­czyć na wię­cej, a moja droga na szczyt bę­dzie bar­dziej wy­bo­ista, niż­bym so­bie tego mo­gła ży­czyć.

Na­gle drzwi ga­bi­netu otwo­rzyły się i do środka we­szła re­dak­tor, roz­ma­wia­jąc przez te­le­fon ko­mór­kowy. Ubrana w be­żowe spodnie, białą ko­szulę i be­żowy swe­te­rek z kasz­miru przy­wo­dziła na myśl damę z Pią­tej Alei, nie po­tra­fiła jed­nak utrzy­mać nie­ska­zi­tel­nego wi­ze­runku, który ruj­no­wały po­zo­sta­jące w nie­ustan­nym nie­ła­dzie ciemne włosy i ro­gowe oku­lary. Pod­de­ner­wo­wana wzię­łam głęb­szy od­dech i sta­ra­łam się przy­brać swo­bodny wy­raz twa­rzy. Nie wiem dla­czego, w to­wa­rzy­stwie sze­fo­wej zwy­kle sta­wa­łam się sztywna, jak­bym po­łknęła kij od mio­tły, i onie­śmie­lona (ja!). Nie tylko na mnie tak dzia­łała. O ile Ana San­chez ucho­dziła za osobę wy­ma­ga­jącą, ale i bez­pro­ble­mową, o tyle zda­rzały się jej na­pady złego hu­moru, które w istotny spo­sób wpły­wały na at­mos­ferę w re­dak­cji. Naj­go­rzej było pół roku temu, kiedy mąż Any za­żą­dał roz­wodu i od­szedł z młod­szą ko­bietą. To był wielki skan­dal, który od­bił się echem w kon­ku­ren­cyj­nych me­diach. Wtedy wszy­scy scho­dzili jej z drogi (albo ra­czej ucie­kali w po­pło­chu), bo bez po­wodu po­tra­fiła się wy­żyć na pierw­szej oso­bie, którą zo­ba­czyła. Z za­do­wo­le­niem jed­nak za­uwa­ży­łam, że dzi­siaj wy­da­wała się być w cał­kiem nie­złym hu­mo­rze.

- ...chyba żar­tu­jesz. Nie ma ta­kiej opcji! Od­dzwo­nię do cie­bie, te­raz mam spo­tka­nie. - Za­trza­snęła klapkę Sam­sunga. - Długo cze­kasz?

- Kilka mi­nut. - Uśmiech­nę­łam się si­ląc się na swo­bodę.

- Zro­bisz dzi­siaj ma­te­riał z balu do­bro­czyn­nego w Mon­tju?c.

- Ma­te­riał? - Czu­łam, że oczy mi roz­bły­sły. - Sama? - Nie mo­głam w to uwie­rzyć.

- A nie po­ra­dzisz so­bie? - Ana spoj­rzała na mnie ba­daw­czo, jakby na­gle za­częła roz­wa­żać wy­sła­nie tam ko­goś in­nego.

- Po­ra­dzę so­bie! Je­stem tylko za­sko­czona, nie spo­dzie­wa­łam się. Dzię­kuję. - Z ca­łych sił pró­bo­wa­łam opa­no­wać ton głosu i nadać mu bar­dziej pro­fe­sjo­nalne brzmie­nie.

- Masz pół strony. Dużo zdjęć plus opis kto jest kto i ogólna no­tatka o tym, co się działo. Od­bierz apa­rat w se­kre­ta­ria­cie. - Dło­nią z ide­al­nie zro­bio­nym ma­ni­cure po­dała mi pro­sto­kątny kar­to­nik z za­pro­sze­niem na wy­da­rze­nie w pa­łacu.

- Na kiedy jest ter­min? - Mój en­tu­zjazm się­gał ze­nitu.

- No po­wiedzmy, że na pią­tek, a więc masz dwa dni. Wy­star­czy ci tyle czasu?

- Oczy­wi­ście, wy­star­czy.

Sam­sung za­wi­bro­wał i Ana znie­cier­pli­wio­nym ge­stem się­gnęła po niego.

- Masz jesz­cze ja­kieś py­ta­nia? - za­py­tała mnie po­spiesz­nie.

Prze­cząco po­krę­ci­łam głową.

- Halo? Wi­taj, jak się masz? - Od­bie­ra­jąc te­le­fon, dała mi do zro­zu­mie­nia, że na­sza roz­mowa do­bie­gła końca i czas naj­wyż­szy, że­bym wy­szła.

Po­wiem szcze­rze, że czu­łam się co naj­mniej uskrzy­dlona. Mia­łam ochotę od­tań­czyć ja­kiś sza­lony ta­niec zwy­cię­stwa, ale po­wstrzy­ma­łam się, bo to prze­cież nie przy­stoi po­waż­nej dzien­ni­karce. Nie spo­dzie­wa­łam się, że tak szybko do­stanę praw­dziwe zle­ce­nie, dość już mia­łam wy­my­śla­nia, co w tym ty­go­dniu czeka Ko­zio­rożca, albo czy w środę po po­łu­dniu spadną 3 cen­ty­me­try desz­czu.

Ty­go­dnik "La Gente" za­li­czał się do naj­le­piej po­czyt­nych pism w Ka­ta­lo­nii i dla­tego mia­łam po­wody, żeby po­czuć się wy­róż­nioną fak­tem, że w końcu do­łą­czam do ze­społu re­dak­cyj­nego w peł­nym zna­cze­niu tego słowa.

Ta­necz­nym kro­kiem we­szłam do se­kre­ta­riatu i uśmiech­nę­łam się do se­kre­tarki, Nu­rii. Lu­bi­łam ją, bo od­zna­czała się wy­jąt­kowo cie­płym uspo­so­bie­niem. Z całą pew­no­ścią nie na­le­żała do ty­po­wych pięk­no­ści - no­siła czarne włosy upięte w cia­sny kok i ra­czej nie­modne, bar­dzo kon­ser­wa­tywne ubra­nia, jed­nak wszel­kie nie­do­statki urody nad­ra­biała cha­rak­te­rem.

- No, no, no, dawno nie wi­dzia­łam, żeby ktoś wy­szedł od niej taki za­do­wo­lony. - Nu­ria oparła się o re­cep­cję i unio­sła brwi, do­ma­ga­jąc się wy­ja­śnień.

- Eee tam, nic ta­kiego. - Bez­sku­tecz­nie si­li­łam się na obo­jęt­ność. - Mam zro­bić ja­kiś mały re­por­taż, ot le­d­wie pół strony.

- Żar­tu­jesz! To świet­nie! A o czym ten re­por­taż?

- Ja­kieś spo­tka­nie sztyw­nia­ków w Mon­tjuic. Nu­ria ja chyba śnię! Na­resz­cie mam się za­jąć praw­dzi­wym dzien­ni­kar­stwem.

- Wie­dzia­łam, że to się w końcu wy­da­rzy, prze­cież mar­nu­jesz się w tych ho­ro­sko­pach. Mu­siała to wresz­cie za­uwa­żyć.

- Słu­chaj, po­trze­buję na dzi­siaj apa­rat.

- Taa, z tym to bę­dzie mały pro­blem... - Nu­ria we­szła za ladę re­cep­cji i kuc­nęła, tak że wi­dać było tylko czu­bek jej głowy.

- Jaki pro­blem? Nie żar­tuj, że nie ma żad­nego...

- Jest je­den. - Pod­nio­sła się i po­ło­żyła go przede mną.

- Nie! - krzyk­nę­łam znie­sma­czona.

- Oba­wiam się, że tak. - Z prze­pra­sza­jącą miną wzru­szyła ra­mio­nami i dała mi do pod­pisu for­mu­larz wy­da­nia sprzętu.

- O rany, a miało być tak pięk­nie. - Skrzy­wi­łam się, pa­trząc na stary apa­rat kom­pak­towy z nie­wiel­kim wy­świe­tla­czem LCD. Wy­glą­dał jak an­tyk i do tego w nie naj­lep­szym sta­nie. - To jesz­cze w ogóle działa? - Nu­ria włą­czyła go i pstryk­nęła próbne zdję­cie.

- Naj­wy­raź­niej. - Sama zda­wała się być za­sko­czona.

- Ale dla­czego cały się lepi? Nu­ria, po­waż­nie nie masz cze­goś, z czym się nie skom­pro­mi­tuję?

Ale Nu­ria tylko po­krę­ciła głową.

- Słu­chaj, to jest na­rzę­dzie pracy. Co za róż­nica jak wy­gląda, prze­cież po zdję­ciach w ga­ze­cie nie bę­dzie wi­dać ja­kim apa­ra­tem je zro­biono. Do­bry fo­to­graf z ni­czego zrobi coś wiel­kiego. - Mru­gnęła do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo.

- Tylko mi te­raz nie kadź. A co do na­rzę­dzia pracy... masz ra­cję, tylko to się tro­chę mija z mo­imi wy­obra­że­niami na te­mat pierw­szego po­waż­nego zle­ce­nia. - Wie­dzia­łam, że ma­ru­dzę, ale nie mo­głam na to nic po­ra­dzić. - Okej, nie­ważne. Gdzie mam pod­pi­sać? - po­wie­dzia­łam w końcu zre­zy­gno­wana i scho­wa­łam le­piący się apa­ra­cik do to­rebki.

Chwilę póź­niej wy­szłam z wy­daw­nic­twa, wsia­dłam do mo­jego pięt­na­sto­let­niego se­ata i po­je­cha­łam do domu prze­brać się przed pracą "w te­re­nie". Nie mia­łam pew­no­ści, jak po­win­nam się ubrać na tę oko­licz­ność. Z jed­nej strony by­łam dzien­ni­karką, a nie go­ściem więc chyba po­win­nam ubrać się swo­bod­nie i nie­na­rzu­ca­jąco. Z dru­giej jed­nak po­dej­rze­wa­łam, że je­śli uda mi się wto­pić w tłum, to może będę miała spo­sob­ność pod­słu­cha­nia ja­kichś cie­ka­wo­stek, które ubar­wią mój pierw­szy fo­to­re­por­taż.

Ko­niec koń­ców po­sta­no­wi­łam za­ry­zy­ko­wać i za­ło­ży­łam kla­syczną małą czarną. Nic spe­cjal­nego, ale to ciuch, który ni­gdy nie wy­cho­dzi z mody. Z za­do­wo­le­niem obej­rza­łam się w lu­strze. Mie­siące diety i ćwi­czeń po­zwo­liły mi na­resz­cie uzy­skać upra­gnioną syl­wetkę. Mio­dowe, pro­ste włosy się­ga­jące ra­mion po­zo­sta­wi­łam roz­pusz­czone, po­zwo­li­łam grzywce opaść na czoło i szybko po­pra­wi­łam ma­ki­jaż.

Chwilę póź­niej za­bra­łam za­pa­sowe ba­te­rie, wrzu­ci­łam do nie­wiel­kiej to­rebki apa­ra­cik i dyk­ta­fon i w po­śpie­chu wy­bie­głam z miesz­ka­nia. Wy­jąt­kowo po­sta­no­wi­łam za­mó­wić tak­sówkę, bo nie chcia­łam psuć so­bie wi­ze­runku sta­rym rzę­chem, który nie­stety co­raz czę­ściej wy­da­wał z sie­bie od­głosy, jakby ru­szał w ostat­nią drogę.

Do­tar­łam na miej­sce pół go­dziny przed cza­sem, dzięki czemu mia­łam chwilę, żeby się tro­chę ro­zej­rzeć. Wie­dzia­łam, że do­sta­łam swoją (być może nie­po­wta­rzalną) szansę i chcia­łam się wy­ka­zać. Przed wej­ściem stała już grupka kilku osób, po wy­glą­dzie są­dząc rów­nież dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy spraw­dzani byli ko­lejno przez ochronę. Trzech męż­czyzn wy­glą­da­ją­cych jak "Fa­ceci w czerni" spraw­dzało ich skru­pu­lat­nie wy­kry­wa­czami me­talu i prze­glą­dali torby na sprzęt. W końcu na­de­szła moja ko­lej, co przy­ję­łam z lek­kim uczu­ciem nie­po­koju. Nie że­bym prze­my­cała w to­rebce ja­kieś ostre na­rzę­dzia, ale za­wsze krę­po­wały mnie ta­kie sy­tu­acje bez względu na to, czy cho­dziło o nowo otwarty klub czy od­prawę na lot­ni­sku.

- Na­zwi­sko - bez­barw­nym gło­sem za­py­tał znu­dzony naj­wy­raź­niej ochro­niarz.

- Ma­risa Alar­con Mar­ti­nez.

Przej­rzał li­stę i zmie­rzył mnie nie­zbyt przy­ja­znym wzro­kiem.

- Nie ma pani na li­ście go­ści.

- Je­stem z prasy, dzien­nik "La Gente" - po­wie­dzia­łam z na­ci­skiem, bo był go­tów mnie nie wpu­ścić, a to by­łaby ka­ta­strofa.

Spoj­rzał py­ta­jąco i otwo­rzył od­rębną li­stę, po czym przy­wo­łał ge­stem dru­giego ochro­nia­rza i ka­zał mu mnie prze­szu­kać.

- Pla­kietka dla pani. - Po­dał mi za­fo­lio­wany kar­to­nik z na­pi­sem "Press". - Pro­szę sta­nąć w sek­cji dla prasy po pra­wej stro­nie od po­dium.

- Dzię­kuję. - Wzię­łam pla­kietkę i chcia­łam przejść, ale nie prze­pusz­czono mnie da­lej.

- Pro­szę to przy­piąć - po­wie­dział drugi ochro­niarz zde­cy­do­wany to­nem. Wy­wró­ci­łam oczami, ale bez słowa prze­bi­łam wy­jąt­kowo grubą agrafką de­li­katną tka­ninę su­kienki. Zro­bi­łam przy tym minę pod ty­tu­łem: "Za­do­wo­lony? Mogę już iść?". Ochro­niarz od­su­nął się, po­zwa­la­jąc mi wresz­cie wejść do środka i ge­stem przy­wo­łał ko­lejną osobę.

Ni­gdy nie by­łam w Pa­lau Na­cio­nal, więc te­raz z cie­ka­wo­ścią roz­glą­da­łam się po urze­ka­ją­cym wnę­trzu. Czu­łam się tu­taj tro­chę jak kop­ciu­szek, który przy­pad­kiem ma szansę pod­glą­dać, jak się ba­wią wyż­sze sfery. Nie wie­dzia­łam do­kład­nie, kogo ze sław­nych osób tu­taj spo­tkam, ale by­łam pewna, że będą to na­zwi­ska z pierw­szych stron ga­zet.

W głów­nej sali usta­wiono stoły z po­czę­stun­kiem. Pi­ra­midy krysz­ta­ło­wych kie­lisz­ków od­bi­jały pro­mie­nie sło­neczne i rzu­cały na po­miesz­cze­nie mnó­stwo mi­go­tli­wych punk­ci­ków. Pod jedną ze ścian zbu­do­wano po­dest, z któ­rego ktoś za­pewne miał wy­gło­sić bły­sko­tliwą mowę na te­mat szczyt­nych ce­lów przy­ję­cia. Tuż obok za­uwa­ży­łam czarny, lśniący for­te­pian. Do­my­śli­łam się, że ja­kiś - za­pewne wy­bit­nie uta­len­to­wany - mu­zyk bę­dzie umi­lał gru­bym ry­bom ten wie­czór. Kel­ne­rzy w ele­ganc­kich czar­nych fra­kach do­ko­ny­wali ostat­nich po­pra­wek i co chwilę zer­kali na ma­na­gera. Prze­pych tego przy­ję­cia za­pie­rał mi dech w pier­siach.

Kiedy za­częli po­ja­wiać się pierwsi go­ście, zo­sta­łam po­pro­szona o do­łą­cze­nie do grupy dzien­ni­ka­rzy prze­by­wa­ją­cych w spe­cjal­nie wy­dzie­lo­nej sek­cji dla prasy. Za­uwa­ży­łam, że się znają, po­nie­waż żar­to­wali mię­dzy sobą, przy­go­to­wu­jąc sprzęt i wy­da­wali się tak swo­bodni, jakby w ogóle nie zda­wali so­bie sprawy z faktu, że oto przed ich oczami za­czyna się pa­rada naj­waż­niej­szych oso­bi­sto­ści z kraju. Przy­znaję, że czu­łam się tro­chę dziw­nie, przy­glą­da­jąc się im. Ubrani w zwy­kłe je­ansy i pod­ko­szulki wy­da­wali się o wiele więk­szymi pro­fe­sjo­na­li­stami niż ja, po­zo­rantka, która wy­obra­żała so­bie, że wy­stro­jona bę­dzie w sta­nie wto­pić się w tłum i w ten spo­sób uzy­ska lep­szy ma­te­riał do re­por­tażu. W tym mo­men­cie po­czu­łam się do­prawdy idio­tycz­nie, ale nie mo­głam po­zwo­lić so­bie na uczu­cie zwąt­pie­nia. To mo­głoby mnie roz­ko­ja­rzyć, a te­raz nie mia­łam czasu na roz­terki.

Nie są­dzi­łam, że zo­stanę za­mknięta w ja­kiejś idio­tycz­nej sek­cji, z któ­rej pew­nie pra­wie nic nie zo­ba­czę. Za­czę­łam się bun­to­wać, bo niby jak mia­łam zro­bić do­bre zdję­cia, skoro przed od­dzie­la­jącą li­nią już usta­wili się pa­pa­razzi. Do­sta­łam swoją szansę i za nic w świe­cie nie za­mie­rza­łam jej zmar­no­wać.

Ro­zej­rza­łam się po­spiesz­nie, szu­ka­jąc do­god­niej­szego miej­sca do pracy - tak że­bym była w sta­nie zro­bić do­bre zdję­cia i rów­no­cze­śnie wi­dzieć wszystko, co się dzieje na sali. Poza tym nie po­win­nam się rzu­cać w oczy. Te­raz szcze­rze cie­szy­łam się, że mój strój był na tyle ofi­cjalny, że mo­głam się stąd wy­mknąć i wto­pić po­mię­dzy go­ści. Dys­kret­nie zdję­łam pla­kietkę z na­pi­sem "Press" i nie­po­strze­że­nie ru­szy­łam w stronę wą­skich, drew­nia­nych scho­dów pro­wa­dzą­cych na pię­tro.

Bingo!, po­my­śla­łam, bo to miej­sce wy­da­wało się ide­alne. Sta­nę­łam na naj­niż­szym stop­niu tak, żeby le­piej wi­dzieć zbli­ża­jące się oso­bi­sto­ści. Jedna za drugą wcho­dziły sławne pary - męż­czyźni ubrani w ele­ganc­kie fraki lub mun­dury, a pa­nie w suk­nie ba­lowe, które przy­pra­wiały mnie o za­wrót głowy. Wy­glą­dały jak księż­niczki. W swo­jej kiecce za 100 euro znów po­czu­łam się jak Kop­ciu­szek. Wy­cią­gnę­łam mi-nia­pa­ra­cik i za­czę­łam ro­bić pierw­sze zdję­cia. W my­ślach prze­kli­na­łam osobę, która za­lała urzą­dze­nie czymś słod­kim i te­raz oprócz zwy­kłego klik­nię­cia sły­chać było rów­nież gło­śne mla­śnię­cie. Cie­szy­łam się jed­nak, że zna­la­złam miej­sce na tyle od­ludne, że mo­głam bez trudu sku­pić się na pracy i nie ścią­gać na sie­bie uwagi.

Udało mi się sfo­to­gra­fo­wać eks­cen­tryczną księżnę Be­atrice, która zja­wiła się na przy­ję­ciu nie­za­po­wie­dziana i wcale nie wy­da­wała się z tego po­wodu po­ru­szona. Po­ja­wił się rów­nież pre­mier Juan Car­los Flo­res Ar­riba wraz z mał­żonką. Po­zo­stali go­ście byli re­pre­zen­tan­tami par­tii po­li­tycz­nych oraz zna­nymi biz­nes­me­nami. Nie mo­gło rów­nież za­brak­nąć gwiazd fil­mo­wych, które pa­ra­do­wały w kre­acjach od naj­lep­szych pro­jek­tan­tów.

Z miej­sca, w któ­rym się ulo­ko­wa­łam, mia­łam świetny wi­dok na wszyst­kich go­ści i po­mimo dość mi­zer­nego auto-fo­cusa udało mi się zro­bić cał­kiem sporo zdjęć. Co prawda o ich ja­ko­ści można bę­dzie coś wię­cej po­wie­dzieć, kiedy już zo­staną "zrzu­cone" na kom­pu­ter, ale póki co wszystko szło po mo­jej my­śli.

- To nie jest strefa dla prasy.

Te słowa po­dzia­łały na mnie jak ku­beł lo­do­wa­tej wody. Oczyma wy­obraźni już wi­dzia­łam osiłka, który wcze­śniej spraw­dzał mnie przy drzwiach i te­raz albo od­pro­wa­dzi mnie do od­po­wied­niego sek­tora i na­robi strasz­nego wstydu, albo naj­zwy­czaj­niej w świe­cie wy­rzuci z przy­ję­cia. Spoj­rza­łam nie­win­nie na zbli­ża­ją­cego się do mnie męż­czy­znę. Nie wi­dzia­łam go wcze­śniej i z całą pew­no­ścią nie wy­glą­dał na pra­cow­nika. Opa­no­wa­łam chęć zro­bie­nia mu zdję­cia - w końcu ni­gdy nie wia­domo, co się może przy­dać.

- Na­prawdę? - Uśmiech­nę­łam się słodko. - Nie wie­dzia­łam, że nie mogę się po­krę­cić wśród go­ści.

Męż­czy­zna wy­glą­dał na roz­ba­wio­nego. Non­sza­lancko od­gar­nął się­ga­jące ra­mion czarne, krę­cone włosy, ajego ciemne oczy zwę­ziły się do szpa­rek, w któ­rych cza­iły się dia­bel­skie ogniki. Uśmiech­nął się za­wa­diacko, a pod kil­ku­dnio­wym za­ro­stem uka­zały się do­łeczki w po­licz­kach.

- My­ślę, że do­brze wiesz, że nie po­winno cię tu być. - Oparł się o po­ręcz, sta­jąc zbyt bli­sko mnie i tym sa­mym, na­ru­sza­jąc moją prze­strzeń oso­bi­stą, czego szcze­rze nie zno­szę.

- Pan tu pra­cuje? - Wie­dzia­łam, że nie, ale pró­bo­wa­łam wy­czuć, z kim mam do czy­nie­nia. Jego pew­ność sie­bie i zu­chwa­łość zdą­żyły mnie roz­draż­nić, cho­ciaż nie­zna­jomy do­piero co się zja­wił.

- Gdzie moje ma­niery? - Za­śmiał się gar­dłowo. - Agu­stin Car­rera Rios. - Nie po­dał mi ręki tylko uniósł szklankę z whi­sky. - A ty jak się na­zy­wasz?

Jego na­zwi­sko nic mi nie mó­wiło, więc mo­głam so­bie po­zwo­lić na spła­wie­nie go. Tylko dla­czego mia­ła­bym spła­wić przy­stoj­nego fa­ceta, który w tym na­tłoku sław za­ga­dał aku­rat do mnie? No tak, by­łam w pracy. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach czu­ła­bym się wy­róż­niona, ale dzi­siaj prze­szka­dzał mi w wy­ko­ny­wa­niu obo­wiąz­ków i bez względu na to, jak przy­stojny i uro­czy był, to zwy­czaj­nie nie mia­łam czasu na głu­pawe po­ga­wędki.

- A ja nie pa­mię­tam, że­by­śmy byli na "ty". Prze­pra­szam, ale je­stem tu­taj w pracy.

Mo­gła­bym przy­siąc, że na se­kundę jego zmru­żone oczy otwo­rzyły się sze­rzej, ale naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił po­trak­to­wać moją ri­po­stę jak wy­zwa­nie.

- Prze­pra­szam, ale ze mnie gru­bia­nin - po­wie­dział iro­nicz­nie. - Wiesz, nie zno­szę ta­kich im­prez, strasz­nie się nu­dzę po­mię­dzy tymi wszyst­kimi wy­stro­jo­nymi bu­fo­nami. - Od nie­chce­nia prze­cze­sał włosy pal­cami. - Cho­ler­nie tu nudno. Jak za­wsze z resztą.

Tego się nie spo­dzie­wa­łam. Ale skoro mój roz­mówca był sta­łym by­wal­cem po­dob­nych przy­jęć, to może jed­nak jest godny cho­ciaż odro­biny uwagi. Na­wet je­śli sam nie jest znany, to być może mo­gła­bym dzięki niemu zy­skać wię­cej cie­ka­wo­stek do swo­jego ma­te­riału. A może przy­szedł jako osoba to­wa­rzy­sząca ja­kiejś sław­nej ko­biety? W tym mo­men­cie po­ża­ło­wa­łam, że nie śle­dzę na bie­żąco ru­bryk to­wa­rzy­skich. Być może wtedy jego na­zwi­sko co­kol­wiek by mi mó­wiło. Szybko prze­ana­li­zo­wa­łam sy­tu­ację i uzna­łam, że mogę sko­rzy­stać na jego kpiar­skim po­dej­ściu do uczest­ni­ków balu i wy­cią­gnąć od niego odro­binę pi­kant­nych szcze­gó­łów.

A co mi tam, po­my­śla­łam i na mo­ment wy­łą­czy­łam apa­rat, trzy­ma­jąc go jed­nak w cią­głej go­to­wo­ści.

- Ma­risa Alar­con Mar­ti­nez z "La Gente".

Ro­ze­śmiał się, co świad­czyło o tym, że przej­rzał na wy­lot moje in­ten­cje. Pod­niósł dłoń do czoła i za­sa­lu­to­wał żar­to­bli­wie, czym wpra­wił mnie w za­kło­po­ta­nie. Znowu mia­łam go do­syć. Za­cho­wy­wał się jak pa­jac.

- Chcesz zwie­dzić pię­tro?

- Słu­cham? - Po­trzą­snę­łam głową z nie­do­wie­rza­niem. Prze­cież nie mógł być aż tak bez­czelny, po­my­śla­łam, że mu­sia­łam się prze­sły­szeć.

Ski­nął głową wska­zu­jąc pię­tro.

- Mo­żemy się za­szyć w loży i po­na­bi­jać z tych na­dę­tych dur­niów. Mo­żesz im stam­tąd ro­bić zdję­cia. Co po­wiesz?

- Brzmi ku­sząco, ale stąd mam lep­szy wi­dok. - Wy­mow­nie się od­wró­ci­łam i znowu włą­czy­łam apa­rat.

- Nie masz dzien­ni­kar­skiej żyłki. Je­śli nie lu­bisz ry­zyka, to le­piej zmień za­wód. - Znowu po­sta­no­wił mnie pro­wo­ko­wać.

Nie da­wał za wy­graną, zu­peł­nie jakby nie do­cie­rało do niego, że mo­głam nie mieć ochoty na jego to­wa­rzy­stwo. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach da­ła­bym się wcią­gnąć w dys­ku­sję, bo po­mimo jego de­ner­wu­ją­cej po­wierz­chow­no­ści był praw­dzi­wym "cia­chem", jed­nak te­raz mu­sia­łam mieć się na bacz­no­ści. Jak można go było naj­traf­niej okre­ślić? Szorstki, in­te­li­gentny, dow­cipny i nie­stety tro­chę wredny, a na do­miar złego za­bój­czo przy­stojny. To wy­bu­chowa mie­szanka i nie­wiele ko­biet po­trafi się jej oprzeć. Te­raz jed­nak by­łam w pracy i jego na­tar­czywą obec­ność po­trak­to­wa­łam jako próbę, którą mu­sia­łam przejść w swo­jej dro­dze na szczyt.

- Któ­rej czę­ści zda­nia, je­stem tu­taj w pracy" nie zro­zu­mia­łeś? - od­po­wie­dzia­łam, si­ląc się na obo­jęt­ność.

- Fajny masz sprzęt. - Za­chi­cho­tał kpiar­sko, co prze­peł­niło szalę.

Po­czu­łam jak nie­przy­jem­nie ści­snął mi się żo­łą­dek. Od­wró­ci­łam się i po­czę­sto­wa­łam go zło­wro­gim spoj­rze­niem. On jed­nak tylko się ro­ze­śmiał.

- Co cię tak bawi? Nie wiem, kim je­steś, więc pew­nie ni­kim waż­nym. Dla­tego mogę so­bie po­zwo­lić na kom­fort zi­gno­ro­wa­nia tego, że tu ster­czysz i mi się na­przy­krzasz. - Nie sta­ra­łam się być uprzejma.

- Od za­wsze mia­łaś piegi, czy to efekt so­la­rium?

Rze­czy­wi­ście na no­sie mia­łam kilka ciem­niej­szych pla­mek, które ni­gdy mi nie prze­szka­dzały i które lu­bi­łam, bo do­da­wały cha­rak­teru mo­jej dziew­czę­cej uro­dzie. Ale w jego ustach za­brzmiało to jak kpina - głu­pia pa­nienka nie robi nic in­nego, tylko się opala i ma­luje pa­znok­cie. Aż we mnie za­wrzało, bo by­łam mocno wy­czu­lona na tak po­wierz­chowne po­strze­ga­nie ko­biet.

- Co mam zro­bić, że­byś mnie zo­sta­wił w spo­koju? - Ni­gdy nie spo­tka­łam rów­nie na­dę­tego nar­cyza. Po­mimo że nie ko­ja­rzy­łam jego na­zwi­ska, to wy­glą­dał jak ty­powy przed­sta­wi­ciel elity. Piękny, bo­gaty, roz­piesz­czony. Kropka.

- Po­zwól się opro­wa­dzić i dam ci spo­kój. To zaj­mie tylko chwilkę, obie­cuję. - Pod­niósł ręce na znak do­brych in­ten­cji. Wi­dząc moją nie­zde­cy­do­waną minę, do­dał: - Wy­baw mnie, a w za­mian za­ła­twię ci ja­kiś cie­kawy wy­wiad i zdję­cia lep­sze niż wszyst­kie tamte pi­smaki ra­zem wzięte.

Nie po­do­bało mi się to, jak na­zywa dzien­ni­ka­rzy, ale ma­jąc do wy­boru trzy­mać dziób na kłódkę i do­stać do­stęp do lep­szego ma­te­riału albo unieść się am­bi­cją i po­le­gać na tym co wyj­dzie (albo i nie) z mo­jego lep­kiego apa­ra­ciku, po­sta­no­wi­łam wy­brać to pierw­sze.

- Okej, ale tylko chwila.

- Pani re­dak­tor, nie musi się mnie pani bać. Je­stem naj­bar­dziej nie­szko­dliwy człon­kiem tego cyrku. - Dło­nią, w któ­rej trzy­mał drinka, wska­zał na ba­wią­cych się co­raz hucz­niej lu­dzi. - Pani przo­dem. - Z za­czepną miną po­cze­kał, aż minę go na scho­dach i będę szła przed nim.

Mo­gła­bym przy­siąc, że spe­cjal­nie pró­buje mnie za­wsty­dzić i jak nic wła­śnie gapi się na mój (z za­do­wo­le­niem mu­sze przy­znać, że zgrabny) ty­łek.

- Dla­czego tu je­steś skoro tak bar­dzo gar­dzisz tymi ludźmi? - Nie­wąt­pli­wie ten fa­cet był dla mnie za­gadką.

- Chodź. - Wziął zu­chwale moją rękę i po­pro­wa­dził na bal­kon, z któ­rego mo­gli­śmy swo­bod­nie oglą­dać wszystko, co się działo na dole wśród go­ści. - Wi­dzisz tego fa­ceta, który wła­śnie udaje, że śmie­szy go żart pre­miera?

- Kto to?

- Mój oj­ciec Ra­miro Car­rera Rios. Go­spo­darz tego spędu oso­bli­wo­ści.

Spoj­rza­łam na niego zdzi­wiona i po­trzą­snę­łam głową. Nie wi­dzia­łam jego na­zwi­ska na za­pro­sze­niu, które do­sta­łam od Any.

- Nie ro­zu­miem, dla­czego z nim przy­sze­dłeś skoro nie lu­bisz ta­kich miejsc... - Męż­czy­zna na dole wy­glą­dał dość oso­bli­wie. Uśmie­chał się i wy­mie­niał uprzej­mo­ści, ale jego twarz wy­glą­dała jak wy­krzy­wiona w sztucz­nym uśmie­chu ma­ska. A może to po pro­stu bo­toks? Nie po­tra­fi­łam tego oce­nić z tej od­le­gło­ści.

- Po­wiedzmy, że je­stem ko­cha­ją­cym sy­nem. No albo, że in­te­re­suje mnie ta cała do­bro­czyn­ność. Wiesz, ra­to­wa­nie sie­rot, czy coś ta­kiego. - Prych­nął i z po­gardą upił głę­boki łyk.

Za­sta­na­wia­łam się, skąd w nim tyle iro­nii i nie­chęci, ale osta­tecz­nie do­szłam do wnio­sku, że to nie jest moja sprawa i nie za­mie­rza­łam drą­żyć te­matu.

- To co chcia­łeś mi po­ka­zać?

- Wy dzien­ni­ka­rze je­ste­ście tacy rze­czowi...

- Słu­chaj, nie mam czasu na gadki szmatki. Wra­cam na dół. - Spró­bo­wa­łam go omi­nąć, ale za­stą­pił mi drogę.

- Ale je­steś na­rwana, Pie­gu­sko. - Za­cmo­kał i po­krę­cił głową.

Za­nim zdo­ła­łam wy­krztu­sić ri­po­stę, uprze­dził mnie nie­zwy­kle prze­ko­nu­ją­cym zda­niem:

- Po­każę ci bar­dzo wy­jąt­kową bi­blio­tekę, a póź­niej przed­sta­wię cię Flo­re­sowi Ar­ri­bie i za­dbam o to, że­byś mo­gła zro­bić od­po­wied­nie fotki jemu i jego żo­nie.

Na mo­ment się za­wa­ha­łam, ale nie wy­da­wał się ble­fo­wać. Wy­wiad z pre­mie­rem z pew­no­ścią zro­biłby wra­że­nie na ko­le­gach z re­dak­cji i przede wszyst­kim na Anie. To mo­gła być wła­śnie ta długo wy­cze­ki­wana tram­po­lina, dzięki któ­rej skoń­czy­ła­bym raz na za­wsze z pi­sa­niem ho­ro­sko­pów.

- Wy­gra­łeś - po­wie­dzia­łam drę­two.

Agu­stin po­pro­wa­dził mnie ko­ry­ta­rzem i otwo­rzył przede mną jedne z cięż­kich, drew­nia­nych drzwi po le­wej stro­nie. Skrzyp­nęły ci­cho i wtedy do­szedł do mnie ten nie­zwy­kle cha­rak­te­ry­styczny za­pach. Za­wsze go uwiel­bia­łam, bo pach­niał zu­peł­nie jak moje dzie­ciń­stwo i przy­po­mi­nał mi naj­szczę­śliw­sze mo­menty z ca­łego ży­cia. Za­pach ksią­żek odu­rzał mnie chyba od za­wsze. Stare po­żół­kłe strony, okładki wy­kła­dane skórą, albo wręcz prze­ciw­nie - zu­peł­nie nowe po­wie­ści, na któ­rych stro­nach czuć jesz­cze wy­raź­nie za­pach świe­żego tu­szu dru­kar­skiego.

- Coś pięk­nego - szep­nę­łam.

Nie mo­głam ode­rwać oczu od ma­syw­nych drew­nia­nych pó­łek peł­nych naj­więk­szych ar­cy­dzieł li­te­ra­tury, ale także ksiąg na­uko­wych i sta­rych map. Pod oknem stało sze­ro­kie biurko z za­pa­loną zie­loną lampką, taką ja­kie zwy­kle wi­duje się na biur­kach ma­kle­rów. Za biur­kiem ogromny skó­rzany fo­tel za­pra­szał do tego, żeby się w nim za­to­pić i za­po­mnieć o ota­cza­ją­cym świe­cie. Tuż obok niego usta­wiono oso­bliwy glo­bus, sty­li­zo­wany na sta­roć, ale tak na­prawdę peł­niący funk­cję barku.

- Brak mi słów. - By­łam cał­ko­wi­cie urze­czona.

Do­piero jego roz­ba­wione spoj­rze­nie spro­wa­dziło mnie na zie­mię i to z pręd­ko­ścią tor­pedy.

- A wła­ści­wie dla­czego mnie tu przy­pro­wa­dzi­łeś?

- Po­wiedzmy, że sta­nę­łaś na mo­jej dro­dze w naj­bar­dziej od­po­wied­nim mo­men­cie. No i szcze­rze mó­wiąc, wy­glą­da­łaś roz­bra­ja­jąco, cho­wa­jąc się za ba­lu­stradą z tym mla­ska­ją­cym czymś. Wspa­nia­ło­myśl­nie po­sta­no­wi­łem ura­to­wać twój ar­ty­kuł, je­śli naj­pierw to ty ura­tu­jesz mnie.

- A przed czym wła­ści­wie wła­śnie cię ra­tuję?

- Przed bra­niem udziału w tej szopce. Ro­zej­rzyj się - zmie­nił te­mat - przy­niosę coś do pi­cia. - To po­wie­dziaw­szy, znik­nął za cięż­kimi drzwiami.

Po­de­szłam do wy­so­kiej pod sam su­fit półki i de­li­kat­nie prze­cią­gnę­łam pal­cem po grzbie­tach ksią­żek. Aż prze­szedł mnie roz­koszny dreszcz. Za­czę­łam od­czy­ty­wać ty­tuły i au­to­rów. Nie były to oczy­wi­ście pierw­sze wy­da­nia, ale ko­lek­cja i tak zro­biła na mnie nie­sa­mo­wite wra­że­nie. Przy nie­któ­rych z nich po pro­stu nie mo­głam się po­wstrzy­mać, więc zdej­mo­wa­łam je z pó­łek i nie­spiesz­nie prze­glą­da­łam strony.

Roz­ma­rzy­łam się, po­nie­waż za­wsze chcia­łam mieć wła­sną bi­blio­teczkę, ale ni­gdy na­wet nie śni­łam o ta­kim księ­go­zbio­rze. Trzy­ma­jąc pięk­nie opra­wione wy­da­nie "Don Ki­chota", po­de­szłam do okna i wyj­rza­łam na ze­wnątrz. Ogrody oka­la­jące pa­łac zdą­żyły ską­pać się w za­pa­da­ją­cej ciem­no­ści. Sta­ra­łam się cho­ciaż na chwilę od­pły­nąć my­ślami od przy­ję­cia i od ry­zyka, ja­kie pod­ję­łam, opusz­cza­jąc je. No cóż, ale mo­gło mi się to opła­cić, o ile Agu­sti­nowi fak­tycz­nie uda się za­ła­twić ja­kieś zdję­cia pre­miera. A z resztą tłu­ma­czy­łam so­bie, że lada mo­ment wrócę na dół. Bal do­piero się roz­krę­cał i na pewno po­trwa jesz­cze kilka go­dzin.

W pew­nym mo­men­cie w ogro­dzie za­uwa­ży­łam ja­kiś ruch. Czyżby ktoś wy­mknął się z przy­ję­cia? Wy­cią­gnę­łam apa­rat i do­słow­nie czu­łam, jak pod­nosi mi się po­ziom ad­re­na­liny. To mo­gło być to! Może wła­śnie je­stem na tro­pie ja­kiejś sen­sa­cji? Za­pa­dał już zmrok, ale udało mi się roz­róż­nić syl­wetki trzech ochro­nia­rzy, któ­rzy wcze­śniej spraw­dzali mnie przed wej­ściem. Ktoś był z nimi, ale nie mo­głam do­strzec jego twa­rzy. Ja­kiś męż­czy­zna...

- Co się tam dzieje? - szep­nę­łam do sie­bie i jesz­cze moc­niej wy­tę­ży­łam wzrok, żeby wy­pa­trzyć, co ro­bią męż­czyźni. Wy­glą­dało to tak, jakby go­ryle pro­wa­dzili gdzieś czwar­tego męż­czy­znę, który wy­raź­nie pro­te­sto­wał. W mo­men­cie, kiedy uj­rza­łam wy­raź­niej jego twarz, padł stłu­miony strzał i męż­czy­zna bez­ład­nie osu­nął się na zie­mię.

Krzyk­nę­łam prze­ra­żona. Nie mo­głam uwie­rzyć w to, co wła­śnie zo­ba­czy­łam. Czy by­łam świad­kiem mor­der­stwa? Czu­łam, że nie mogę się ru­szyć, jak spa­ra­li­żo­wana przy­glą­da­łam się da­lej spek­ta­klowi to­czą­cemu się na dole. Na­gle je­den z ochro­nia­rzy spoj­rzał w moim kie­runku. Na­sze oczy się spo­tkały. To była naj­bar­dziej prze­ra­ża­jąca chwila w ży­ciu. In­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy za­czął dzia­łać i pa­dłam na ko­lana. Czu­łam przy­spie­szone bi­cie serca. Po­mimo cie­płego wie­czoru na­gle zro­biło mi się zimno, a po ple­cach spły­nęła cienka stróżka lo­do­wa­tego potu. Mi­nęło kilka dłu­gich se­kund, za­nim ru­szy­łam pę­dem w stronę drzwi. Pra­gnę­łam do­trzeć do go­ści, by za­pew­nić so­bie bez­pie­czeń­stwo. Prze­cież nie będą mo­gli mi nic zro­bić na oczach tych wszyst­kich lu­dzi. Wy­bie­ga­jąc, zde­rzy­łam się z Agu­sti­nem, a kie­liszki z szam­pa­nem, które niósł, upa­dły na pod­łogę, roz­bry­zgu­jąc płyn po mo­ich sto­pach.

- Co się stało? - Przy­trzy­mał mnie za ra­miona. - Hej, dla­czego pła­czesz? - za­py­tał o wiele ła­god­niej. Pa­nika w mo­ich oczach wy­raź­nie go za­nie­po­ko­iła.

- Puść mnie. - Pró­bo­wa­łam się wy­rwać. - Pro­szę. - Co­raz bar­dziej pod­da­wa­łam się prze­ra­że­niu, które jak lepka mgła za­cie­śniało się wo­kół mnie.

- Czy jest ja­kiś pro­blem pro­szę pana? - do­bie­gło nas py­ta­nie. - Zajmę się tą pa­nią.

Kiedy dwaj z trzech opraw­ców z ogrodu za­częli się do nas zbli­żać nie­świa­do­mie za­ci­snę­łam pa­znok­cie na przed­ra­mio­nach Agu­stina.

- Nie ma ta­kiej po­trzeby, Pino. - Agu­stin wy­raź­nie nie przej­mo­wał się nimi.

- Nie­stety na­le­gam...

- Ja nie­stety mu­szę od­mó­wić. - W jego gło­sie było coś nie­po­ko­ją­cego. Wy­glą­dało na to, że miał nad nimi wła­dzę i nie śmieli mu się prze­ciw­sta­wić. - Nie po­win­ni­ście wła­śnie pil­no­wać wej­ścia?

Z bar­dzo wy­raź­nym ocią­ga­niem mi­nęli nas i ze­szli po scho­dach do sali ba­lo­wej.

- Mała, w coś się wpa­ko­wa­łaś i te­raz jest je­dyny mo­ment, że­byś mi po­wie­działa, o co cho­dzi.

Pa­trzy­łam na niego nie­uf­nie, bo niby na ja­kiej pod­sta­wie mia­łam mieć choć cień pew­no­ści, że jest po mo­jej stro­nie? Wszystko za­częło się ukła­dać w ca­łość. Skoro jego oj­ciec jest go­spo­da­rzem, a ci trzej są jego pra­cow­ni­kami, to mój to­wa­rzysz z całą pew­no­ścią bę­dzie pierw­szą osobą, która bę­dzie chciała mnie uci­szyć. Ale z dru­giej strony mógł mnie im od­dać. Z ka­ru­zeli my­śli wy­rwało mnie ko­lejne py­ta­nie.

- Ma­riso, mu­sisz mi za­ufać. Co się wy­da­rzyło? - Był śmier­tel­nie po­ważny, już nie przy­po­mi­nał iry­tu­ją­cego aro­ganta, któ­rego po­zna­łam nie­spełna go­dzinę wcze­śniej.

- Oni go za­bili... - Mój głos za­brzmiał zu­peł­nie obco. Nie mo­głam uwie­rzyć, że wy­po­wie­dzia­łam na głos te słowa.

- Kogo?! Co ty opo­wia­dasz?! - Nie krył wzbu­rze­nia.

Po­trzą­snę­łam głową, prze­cież nie mo­głam wie­dzieć, kim był ten czło­wiek.

- Ja­sna cho­lera. - Za­ci­snął zęby i wbił we mnie wście­kłe spoj­rze­nie. - A ty wszystko wi­dzia­łaś, tak?

Ski­nę­łam głową, nie było sensu za­prze­czać fak­tom.

- Co te­raz bę­dzie? Nie po­zwól im mnie ni­g­dzie za­brać, pro­szę. - Na­wet nie sta­ra­łam się opa­no­wać drże­nia w gło­sie i łez spły­wa­ją­cych mi po po­licz­kach. Cały czas wi­dzia­łam tam­tego męż­czy­znę, który na­gle pada na zie­mię. Ten ob­raz wrył się w moją pa­mięć.

- Chodź. - Chwy­cił mnie znowu za rękę, ale za­czę­łam się opie­rać.

- Gdzie mnie za­bie­rasz?! Pro­szę, nie po­zwól im...

- Nie mam czasu, żeby ci to te­raz tłu­ma­czyć. Je­śli chcesz żyć, to po­zwo­lisz mi się stąd za­brać.

Nie mia­łam wy­boru. Z jed­nej strony chcia­łam wpaść do sali ba­lo­wej i opo­wie­dzieć ze­bra­nym tam lu­dziom, czego wła­śnie by­łam świad­kiem, zde­ma­sko­wać ochro­nia­rzy i za­dzwo­nić po po­li­cję - to do­piero by­łaby sen­sa­cja na pierw­szą stronę! Z dru­giej jed­nak strony coś pod­po­wia­dało mi, że po­win­nam dać mu się wy­pro­wa­dzić. Ja­kiś głos we­wnętrzny na­ma­wiał mnie, że­bym mu za­ufała i nie ro­biła przed­sta­wie­nia na dole. Prze­cież nie mia­łam do­wo­dów, a ciała już pew­nie się po­zbyli.

Kiedy we­szli­śmy na salę, grała mu­zyka, a pio­sen­karka ubrana w czer­woną suk­nię śpie­wała ja­kąś ckliwą pio­senkę. Nikt nie zwró­cił na nas uwagi. Do­piero przy wyj­ściu cze­kała przy­kra nie­spo­dzianka.

- Mu­simy po­roz­ma­wiać, synu. - Jego oj­ciec wy­glą­dał na czło­wieka nie­zno­szą­cego ja­kie­go­kol­wiek sprze­ciwu.

Agu­stin chwy­cił moc­niej moją dłoń.

- Czy to nie może po­cze­kać? Wła­śnie wy­cho­dzi­li­śmy.

- Młoda damo, zga­dza się pani za­cze­kać, aż skoń­czymy roz­ma­wiać? - Mó­wiąc to, wbił we mnie lo­do­wate spoj­rze­nie.

- Idź, za­raz po cie­bie wrócę. - Agu­stin pchnął mnie de­li­kat­nie z po­wro­tem do sali i od­pro­wa­dził wzro­kiem.

Czu­łam, że za­czyna mi bra­ko­wać po­wie­trza i cała dy­go­czę. Sta­nę­łam zu­peł­nie za­gu­biona po­mię­dzy ba­wią­cymi się go­śćmi. Ich obec­ność da­wała mi złudne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Prze­cież wie­dzia­łam, że gdyby tamci chcieli mnie do­rwać, to nic ich nie po­wstrzyma. Roz­glą­da­łam się, ale nie do­strze­głam żad­nego z trzech ochro­nia­rzy. Spo­kój i za­do­wo­le­nie pa­nu­jące wo­kół, wy­dały mi się na­gle nie do znie­sie­nia. Każdy z mo­ich zmy­słów wy­ostrzył się i te­raz od­bie­ra­łam wszystko o wiele in­ten­syw­niej niż zwy­kle. Czas dłu­żył się nie­mi­ło­sier­nie. W my­ślach za­czę­łam roz­wa­żać różne moż­li­wo­ści ra­tunku, ale żadna z nich nie da­wała mi re­al­nych szans na prze­trwa­nie. Je­śli bez skru­pu­łów za­bili w ogro­dzie tam­tego męż­czy­znę, to dla­czego mie­liby się nie po­zbyć na­ocz­nego świadka? Gdy zda­łam so­bie sprawę z tego, że przy wej­ściu zo­sta­łam wy­le­gi­ty­mo­wana, a więc będą do­sko­nale wi­dzieli, gdzie mnie szu­kać, po­czu­łam się osa­czona.

Kiedy w końcu w ota­cza­ją­cym mnie tłu­mie po­ja­wił się Agu­stin, po­win­nam po­czuć ulgę, jed­nak coś w jego twa­rzy mnie po­waż­nie za­nie­po­ko­iło. Bez słowa wziął mnie za rękę i po­pro­wa­dził wprost do swo­jego sa­mo­chodu.

- Dzię­kuję - szep­nę­łam. - Miesz­kam na...

- Nie je­dziemy do cie­bie. - Od­je­cha­li­śmy z pod­jazdu z pi­skiem opon.

- Po­zwól mi cho­ciaż wziąć kilka rze­czy. I mu­szę pod­rzu­cić apa­rat do re­dak­cji.

- Je­steś taka głu­pia, czy w ta­kim szoku? - Zi­ry­to­wał się. - Nie weź­miesz żad­nych rze­czy, bo dzi­siaj znik­niesz. Ro­zu­miesz?

- Nie, nie ro­zu­miem! - Mój strach zmie­niał się po­woli we wście­kłość, która za­częła nie­spo­dzie­wa­nie we mnie wzbie­rać. - Ni­czego, do cho­lery, nie ro­zu­miem! Co tam się wła­ści­wie stało i gdzie mnie do dia­bła te­raz wie­ziesz?!

Nie od­po­wie­dział, tylko przy­spie­szył, cały czas zer­ka­jąc w lu­sterko i spraw­dza­jąc, czy nie je­ste­śmy przy­pad­kiem śle­dzeni.