Rozdział 1
21 kwietnia 1986 roku. Południowa Anglia.
Szedł powoli po szerokich, dębowych schodach, sunąc dłonią po mahoniowej poręczy. Zatrzymał się w salonie, podziwiając ciężkie, bogato zdobione meble. Przesunął dłonią po kryształowym panelu osłaniającym złotą tarczę wielkiego, stojącego zegara. Dochodziło dwadzieścia po pierwszej... Miał jeszcze dużo czasu na dokończenie tego, co zaczął, i powrót do domu. Energicznym krokiem obszedł serce rezydencji i szczelnie pozamykał wszystkie okna. Pokój robił wrażenie zarówno swoimi gabarytami – co najmniej tysiąc stóp kwadratowych –jak i wystrojem; podłoga z mahoniu, takież same meble bogato rzeźbione w ornamenty kwiatowe i postaci zwierząt. Na ścianach obrazy, w większości o tematyce marynistycznej, w kosztownych, misternie wykończonych ramach, oświetlone mosiężnymi kinkietami. Ciężkie, aksamitne zasłony w kolorze ciemnej zieleni doskonale komponowały się z meblami. Ekskluzywne, tłoczone w skomplikowane wzory tapety na ścianach. Na jednej z nich biblioteczka sąsiadująca z kominkiem w starym, dobrym, angielskim stylu. Podszedł do niej i przesunął dłonią po grzbietach oprawionych w skórę książek. Większość o tematyce prawniczej, co zdradzało profesję gospodarza i stanowiło o bogactwie posiadłości. Ale też sporo o geografii, biologii i medycynie.
Mijając kominek, poczuł przyjemne ciepło – żar jeszcze nie wystygł. Trafił do barku, który mógłby pamiętać czasy Horatio Nelsona, a jego zawartość ucieszyłaby każdego miłośnika mocnych trunków; wszystko w najlepszym gatunku. Po chwili zastanowienia wyjął butelkę Shanghai Strength – prawdziwy unikat, prawie sto funtów za butelkę. Duma Szkocji i ponad 80% zawartości alkoholu. Pomiędzy butelkami leżały pudełka z egzotycznego drzewa. Otworzył kilka, a w każdym znalazł egipskie albo francuskie papierosy i humidory z najlepszymi cygarami świata: Romeo y Julieta, Cohiba, Partagas... Zabrał jedno z nich pomimo tego, że nie był nałogowym palaczem – takiej okazji się nie przepuszcza.
Szuflada pod barkiem, którą otworzył z nadzieją, że się nie zawiedzie, okazała się być strzałem w dziesiątkę. Złote spinki do mankietów, bransoleta i kilka innych drobiazgów zupełnie go nie interesowały. Nigdy nie zabierał takich rzeczy. Tylko gotówka. Anonimowa i zmieniająca właściciela tak często, że jest nie do wyśledzenia. Wyciągnął z portfela, na którym został umieszczony złoty monogram J.G., całkiem gruby plik banknotów. Nie był złodziejem, nie po to tu przyszedł, ale zostawienie tego byłoby grzechem marnotrawstwa. Obok barku stał zestaw hi-fi Pioneer. Przejrzał szybko obszerną półkę z kasetami, gospodarze mieli dobry gust. Wybrał coś, co jego zdaniem pasowało do obecnej scenerii. Po chwili z dwunastu głośników popłynęło "R?ve d'Amour". Podkręcił głośność prawie do maksimum. Możliwości zestawu stereofonicznego były naprawdę imponujące. Chwilę rozkoszował się dźwiękiem fortepianu, na którym węgierski mistrz wygrywał utwór i nie spiesząc się, wrócił na górę, do sypialni.
Gdyby jakiś przypadkowy, postronny obserwator zajrzał w okno obok frontowych drzwi, ujrzałby wspaniały salon i schody prowadzące z niego na górę. Po tych schodach ubrany w czarny garnitur szedł dziarski czterdziestolatek rozkołysanym krokiem. W jednej ręce trzymał butelkę pincera, a drugą niby dyrygent z batutą, nadawał rytm fortepianowi. Myślałby kto, że to pan domu we wspaniałym nastroju idzie do sypialni małżonki, żeby uczynić wieczór jeszcze przyjemniejszym... Jakże mylące są pozory.
W korytarzu na piętrze było pięcioro drzwi. Otworzył pierwsze z lewej i wszedł do sypialni, którą opuścił przed kwadransem. Rozsunął zasłony, otworzył szeroko okno, wdychając rześki, mokry zapach wiosennej nocy. Kwietniowa poświata księżyca zbliżającego się do pełni rozświetliła pokój. Bogato, nawet bardzo. Stylowe meble, puszysty dywan, drogie, francuskie tapety. Tak jak na dole. Na środku wielkie łóżko z brazylijskiego palisandru. Z jednej strony krew nadal ściekała po delikatnie rzeźbionej ramie, kapiąc na dywan. Podszedł do leżącej kobiety i objął palcami szyję tuż poniżej dolnej szczęki. Ledwo wyczuwalny puls potwierdził, że serce nadal walczyło i nadal pompowało krew. Powoli wyciągnął z jej piersi wielki, kuchenny nóż. Rzucił okiem na mężczyznę – z niego życie uleciało natychmiast, gdy długie i szerokie ostrze przeszyło serce i płuco.
Kobieta miała na pewno ponad czterdzieści lat, ale wciąż była bardzo atrakcyjna. Długie, lekko falowane, brązowe włosy rozlały się na poduszce w wachlarz. Ciemne oczy wciąż były otwarte, a pełne usta rozchylone. Miała na sobie tylko białe figi, których wykrój podkreślał wspaniały kształt bioder i płaski brzuch. Jedna ręka była nienaturalnie podwinięta pod plecy, lewa noga wyprostowana, prawa zgięta z dziwnie wykręconym dużym palcem u stopy.
Położył rękę na jej pełnym, kształtnym udzie. Nadal była ciepła. Powoli zszedł w dół, delikatnie prostuje wygięty palec i wrócił. Dochodząc do majtek zatrzymał się na chwilę, materiał był bardzo gładki i bardzo miękki... Jedwab i jest coś jeszcze... Wsunął palce za ich materiał. Tak jak przypuszczał, udany, towarzyski wieczór zakończyli seksem. Nadal była mokra, gorąca i pełna jego spermy. Wsunął palce głęboko, głaskał ją od wewnątrz, a kciukiem delikatnie pieścił łechtaczkę. Patrząc ciągle na jej twarz, zauważył niemal nieuchwytne rozszerzenie prawie martwych oczu i nieznaczne poruszenie ust. Co za dziwka... Wyciągnął palce i wytarł je powoli o udo prawie martwej, ale wciąż reagującej na bodźce kobiety zostawiając mokry ślad.
Odkręcił butelkę Shanghai Strength i zaczął polewać ciała. Nie marnował dużo trunku, ludzki tłuszcz pali się dobrze i długo. Przykrył szyjkę kciukiem i rozlał wódkę po zasłonach, miękkim dywanie i meblach. Krople wysokoprocentowego alkoholu przemieniły się w feerie barw, odbiwszy się pryzmatem od kryształowego szkiełka przykrywającego tarczę złotej omegi z wygrawerowanymi inicjałami właściciela na zapięciu bransolety. Dla niego czas już nie ma żadnego znaczenia. Wychodząc z sypialni, znaczył swoją drogę ścieżką drogiego alkoholu, który lał się po dębowych schodach, a potem po całym salonie, zraszając zasłony i antyczne meble. Ominął tylko zestaw stereo. Znał muzykę i kochał się w niej i chciał, żeby grała jak najdłużej.
Wypłukał długi, japoński nóż pod zimną wodą i gdy ślady krwi całkowicie zniknęły, odłożył go do szuflady, z której go wyjął. Nigdy nie nosił ze sobą broni – na miejscu zawsze coś się znajdzie. Poza tym improwizacja to element dobrej zabawy, dreszczyku emocji. Uwielbiał to.
Wyciągnął z kieszeni ekskluzywną zapalniczkę i podszedł do narożnego okna w głębi salonu – okna, którego zasłona została wcześniej obficie spryskana wysokoprocentowym alkoholem. Jedno pstryknięcie wyzwoliło płomień, który natychmiast powędrował po tkaninie, a jego blask odbijał się w obudowie srebrnego dunhilla.
Kwietniowa noc i sceneria angielskiej posiadłości nie mają nic wspólnego z hollywoodzkimi produkcjami, w których sceny podpaleń kwitowane są rzucaniem zippo w zarzewie ognia. Schował do kieszeni dunhilla i opuścił posiadłość.
Wychodząc, zgasił wszystkie światła, żeby efekt był lepszy, i zatrzasnął za sobą drzwi. Blask księżyca odbijał się przez ułamek sekundy w czerni pustej butelki, która krótkim łukiem wpadła przez okno, tłukąc kryształową szybę.
Ogień potrzebuje do życia dwóch rzeczy – paliwa i tlenu. Teraz dostał obie. Przez otwarte okna na górze i właśnie wybite dolne, frontowe, wleciał podmuch świeżego powietrza nasyconego tlenem. Płomyki nieśmiało pełzające po podłodze, meblach i zasłonach, które leniwie, badały nowe otoczenie, żarliwie, z pasją, wgryzły się w drewno i tkaninę łapczywie je pożerając i rosnąc, nabierając blasku i temperatury. Z niebiesko-zielonego zmieniły barwę na żółtopomarańczową: gorącą i ognistą.
Szedł do samochodu na przyjemnie drżących nogach. Kiedy do niego wsiadał, muzyka nadal grała.
*
Rozrusznik kręcił dłużej niż zwykle – wilgoć wiosennej nocy nie służyła przechodzonemu układowi zapłonowemu, ale w końcu silnik zaskoczył i zanim mężczyzna wyjął z humidora ekskluzywne cygaro i rozniecił w nim żar, motor chodził już równo. Otworzył szybę, z rozkoszą wydmuchując aromatyczny dym i przesuwając dźwignię automatycznej skrzyni biegów na "D", zwolnił pedał hamulca. Powoli ruszył do bramy wjazdowej, ale zanim do niej dotarł, Franz Liszt zakończył swój koncert. Musiała się stopić taśma i jedynym dźwiękiem kwietniowej nocy był pomruk silnika jego samochodu i szalejące płomienie w domu Gregstonów. Po chwili głucha eksplozja wdarła się w ciszę nocy – ogień najwidoczniej dobrał się do zawartości barku, pełnego szlachetnych alkoholi.
Czuł się bezpiecznie. Do Aldershot miał jakieś 20 minut jazdy. Najbliższy sąsiad mieszkał w odległości 7 mil, więc zanim ktokolwiek zauważy pożar, zostaną tylko zgliszcza – jak zawsze. Nigdy nie nosił rękawiczek. Tego, czego nie zniszczy ogień, dokonają strażacy. Nie zawsze szło tak gładko jak dzisiejszej nocy, ale nigdy nie poruszał się kradzionym autem, nie nosił broni i nie zmieniał numerów rejestracyjnych. Ewentualny świadek na prowincji to rzecz bardzo nieprawdopodobna, do tego taki, który w nocy przy zapalonych reflektorach odczytałby numery rejestracyjne? I zapamiętał? Tego się nie obawiał. Dlatego rezygnował z takich zabezpieczeń, bo bardziej prawdopodobne było, że w środku nocy zatrzyma go wiejski patrol i gdyby miał lewe numery... Tylko winny ma coś do ukrycia, a on był przecież zwykłym, przeciętnym obywatelem, który wyruszył w podróż nocą, żeby być u celu o świcie i skorzystać jak najwięcej z niedzielnego dnia. Wiedział, że nie jest poszukiwany i nawet jeśli policja i strażacy mieli wątpliwości co do przyczyn wcześniejszych wypadków tego typu, to ogień trawił niemal wszystkie ślady. Do tego motyw. On nie miał żadnego. Policja w żadnym wypadku nie znalazła ani powiązań między ofiarami, ani motywu, ani jednoznacznej przyczyny pożaru. Nigdy nie znaleziono śladu materiałów wybuchowych ani żadnej łatwopalnej substancji, której obecność byłaby podejrzana w tak szacownych domach, które strawił ogień. Aż miał ochotę wybuchnąć głośnym śmiechem. I zrobił to.
Aldershot, ciche nawet w sobotnią noc, minął bez żadnych przeszkód. Przy wyjeździe z miasta skręcił w lewo na A331 i podążył w stronę autostrady. Czuł zmęczenie, ale to tylko godzina jazdy, no i była dopiero sobota...
Rozdział 2
Szosa lśniła jeszcze od wiosennego, popołudniowego deszczu i Blackwater River, płynąca wzdłuż drogi, potęgowała możliwość wystąpienia szronu – kwietniowe noce nadal potrafiły zaskoczyć przymrozkiem, więc prowadził ostrożnie, nie przekraczając 30 mil na godzinę. Zwolnił jeszcze bardziej, gdy minął znak informujący o niedalekim zjeździe na M3 i wtedy zalśniły żółte światła awaryjne samochodu stojącego na poboczu... Minął uszkodzone auto i zatrzymał się niecałe 50 jardów przed nim. Wesoło zatrąbił klaksonem i po chwili ze stojącego pojazdu wysiadł mężczyzna i powoli ruszył w jego stronę. A więc wieczór pełen ekscytacji jeszcze się nie skończył.
Mężczyzna nachylił twarz do otwartego okna, przez które płynęły dźwięki "Let it be": słynnego kawałka legendarnego big-bandu.
– Hej. Dzięki, że się zatrzymałeś. Paskudna aura na nocny postój.
– A co tam się porobiło? Wyschło w baku?
– Nie... Tylko skrzynia biegów do wymiany.
– Skrzynia do wymiany... Aha... – Ton jego głosu jednoznacznie stwierdzał, że w jego opinii całe to volvo, rozpaczliwie mrugające światłami awaryjnymi, nadaje się do wymiany. Że ktoś nadal jeździ takim starym gratem, pomyślał tylko, a głośno zaproponował: – Jadę na północ, pasuje ci?
– Jasne, bylebym na szóstą był w Londynie.
– Mam na imię Darren – przedstawił się kierowca. – Wybieram się do Farlows Lake, od dwóch dni szczupak bierze jak szalony. Niedaleko jest stacja kolejowa West Drayton, może być?
– Jestem James. – Uścisnął wyciągniętą dłoń. – W tej sytuacji skorzystam z każdej propozycji.
Wsiadając na obszerne, skórzane siedzenie, odruchowo zapiął pasy.
– Pracowity weekend? – zagaił kierowca wielkiego citroena.
– Raczej nie, rodzinne przyjęcie bez krzty whisky, można umrzeć z nudów.
– He, he. Zawsze, gdy kroi się coś takiego, biorę kij i pakuję tyłek do auta w poszukiwaniu wody. Łowisz?
– Eee, niespecjalnie.
– Nie wiesz, co tracisz. Mam kumpla, który struga takie woblery, że choćbyś go wrzucił do kufla z piwem, to szczupak gwarantowany. – Kierowca zaniósł się serdecznym śmiechem.
Niespodziewany pasażer uśmiechnął się uprzejmie, nie przepadał za takimi wesołkami.
– Chwilę przed tym, jak cię zgarnąłem, podawali w radio, że przy wjeździe na M25 był wypadek, więc spodziewam się sporego korka. Mógłbyś sięgnąć po mapę? Leży na tylnym siedzeniu. Znam niezły skrót, tylko chcę się upewnić. Nie chciałbym nieopatrznie wjechać w cudzą posiadłość i zostać pożartym przez jakiegoś psa Baskerville'ów. He, he.
Gdy odpiął pas i przechylił się przez oparcie fotela, poczuł ból tak nagły i niespodziewany, że pozbawił go możliwości jakiejkolwiek reakcji. Drugie uderzenie ciężką latarką sprawiło, że całkiem stracił przytomność.
Citroen, posłusznie wykonując komendę kierowcy, przesuwającego dźwignię regulacyjną hydraulicznego zawieszenia, podniósł się o parę cali, zmieniając się z szosowego, komfortowego auta w terenowy łazik, zdolny pokonać kałuże i wyboje niedostępne dla zwykłego samochodu. Zdecydowany ruch kierownicą wprowadził go na polną drogę wiodącą do widocznych w oddali drzew...
Rozdział 3
Obudziło go nieznośne rwanie w prawej łydce, ale gdy usiłował wyprostować nogę, żeby rozluźnić napięty mięsień, okazało się, że nie ma miejsca. Głęboko wzięty oddech natychmiast pozbawił go tchu, straszliwy smród ekskrementów był odrzucający. Wyciągnął przed siebie rękę, trafiając na coś, co wydawało głuchy odgłos. Macając dalej, natrafił dłonią na coś miękkiego, bardzo znajomego... Sunąc powoli ręką, wyczuł włosy i kształty twarzy. Natychmiast zwymiotował, nasycając ciężkie powietrze kwaśną zawartością żołądka. Kolejny spazmatyczny oddech wywołał następną falę torsji i znowu pogrążył się w czarnej otchłani...
Ostre kłucie w boku najpierw zdało się być czymś nowym, niezdefiniowanym. Ale gdy mózg zaczął działać i mężczyzna otworzył oczy, to pierwszym, co zobaczył, była otwarta klapa przestronnego bagażnika oraz dwururka dubeltówki tuż przed swoją twarzą, która przed chwilą kłuła go w wątrobę... I martwe ciało kobiety u swojego boku.
Nawet gdyby zdecydował się na opór, to byłoby to daremne. Ograniczona przestrzeń bagażnika, zdrętwiała noga i ogólne zdezorientowanie nieoczekiwaną sytuacją przegrałoby z naładowaną śrutem strzelbą, nawet jeśli strzelec byłby wyjątkowo kiepski. A na takiego nie wyglądał. Poza tym z takiej odległości nikt nie będzie kiepski. Powoli i ostrożnie wygrzebał się z bagażnika, starając się nie dotykać ciała, które towarzyszyło mu przez... chyba co najmniej cztery godziny. Słońce już było na tyle wysoko, że powinno być około szóstej rano.
– Nie spiesz się, mamy dużo czasu. – Darren już się nie uśmiechał, w jego twarzy nie było niczego rubasznego.
Omijając ciało martwej kobiety, postawił stopy na zabłoconym gruncie, szybko omiatając wzrokiem sąsiedztwo. Wiejski dom z dachem porośniętym mchem, brudne okna – jedno szczelnie zasłonięte drewnianymi okiennicami. Na parapetach wyschnięte kwiaty mirtu i pelargonii... Za zniszczonym domem coś, co wygląda na silos do ziarna, z którego sączył się siwoczarny dym.
– Słuchaj, nie wiem...
– Zamknij ryj. Jedyne, co masz robić, to słuchać i wykonywać polecenia. Jasne?!
James kiwnął głową na znak zgody.
– Wyciągnij ją.
– Co?!
Strzał ze śrutówki zakłócił ciszę kwietniowego poranka, rozchlapując wachlarz błota na buty Jamesa i tylny zderzak citroena.
Porzucając wszelki opór i dyskusję, walcząc z obrzydzeniem, pochylił się, próbując wyciągnąć ciało z bagażnika. Chwycił najpierw za nogi, z trudem przerzucając je za krawędź bagażnika. Zgiął się wpół, buty grzęzły mu w błocie. Przerzucił kobietę na lewe ramię i walcząc jednocześnie ze wstrętem, jak i o zachowanie równowagi, poderwał ciało.
– W prawo i za róg! – Komenda, wypowiedziana tonem zamawiającego pintę guinnessa, była dobrze poparta bezlitosną dubeltówką.
Poszedł w wskazanym kierunku bez słowa sprzeciwu. Za rogiem frontowej ściany rozpościerał się ogródek będący zaprzeczeniem zdezelowanego domostwa i podwórza tonącego w wiosennym błocie. Szli w stronę dymiącego silosu, a po jakichś 40 jardach oprawca ze strzelbą podniósł leżącą motykę i odgarnął perfekcyjnie ułożoną w grządki ziemię. Oczom Jamesa ukazał się drewniany właz ze stalowym skoblem i kłódką godną skrzyni pełnej najbardziej strzeżonych tajemnic. Wielki klucz nawet nie zgrzytnął. Po otwarciu włazu poranne, wilgotne powietrze zostało przesycone okropnym fetorem rozkładu, który bił w nozdrza tak bardzo, że James odruchowo wziął głęboki oddech i natychmiast dostał torsji, upuszczając ciało na mokrą ziemię.
Zapach prochu pełen amoniaku, spotęgowany przez wilgoć i do tego hałas wystrzału przywrócił go do przytomności. Darren wprowadził szybko dwa nowe naboje do lufy, mówiąc:
– Mięczak z ciebie, co? Ruszaj dupę, bo ci ją odstrzelę. Na dół!
Podrywając zwiotczałe ciało i walcząc z obrzydzeniem, zszedł po schodach z surowych, nieheblowanych desek. Zanim minął ostatni stopień, klapa opadła z hałasem piekielnych wrót i jednocześnie zapalił się szereg niskowatowych żarówek umieszczonych pod sufitem długiego korytarza, oszalowanego sosnowymi deskami. Smród był tak okropny, że natychmiast upuścił zwłoki i zakrył twarz rękawem marynarki. Rozglądając się po podziemnym tunelu, dostał szoku. Musiał usiąść. Pamiętał coś podobnego... 22 lata temu; Mitchell, nauczyciel historii, zawsze nienagannie ubrany w garnitur i muszkę, dumny ze swoich polskich korzeni, zabrał kiedyś całą klasę na wycieczkę do Polski właśnie. Stalag luft trzy, obóz jeniecki dla lotników. Jednej nocy uciekło z niego 76 osób. Jednym z głównych konstruktorów był Włodzimierz Kolanowski.
Tunel miał wysokość nieco ponad sześciu stóp. Nie musiał się schylać, szerokość wystarczająca, żeby swobodnie przejść pomiędzy... ciałami porzuconymi pod ścianą. Żadne z nich nie było kompletne.
Coś w szykownym smokingu, najbliżej schodów, leżało na wznak. Głowa, podobnie jak ręce i nogi, została odcięta. Widok był tak samo przerażający, jak groteskowy. Sam korpus, bez kończyn i głowy, spoczywał w podziemnym tunelu, mając na sobie smoking... Za dystyngowanymi zwłokami spoczywały następne. Wszystkie straszliwie okaleczone, różnej płci, wieku i w różnym stadium rozkładu. Pięć trupów... Razem z ciałem, które sam przyniósł.
Uderzył się mocno w udo, a potem walnął głową w surową, sosnową deskę, mając nadzieję, że to tylko senne urojenia. Jak mogło do tego dojść, że taki drobiazg, jak popsuty samochód, zakończył się takim koszmarem?
Oddychając z najwyższym trudem, przemagając okropność tego, co widział, i powalający smród, zaprzągł mózg do wyjątkowego wysiłku, zastanawiając się, jak wybrnąć z tego horroru.
Z bezsennej otchłani wyrwał go głuchy, równomierny stukot. Nerwowym ruchem obrócił głowę, boleśnie drapiąc sobie ucho o surową deskę... Tunel... Trupy... Darren... Cholera, musiał stracić przytomność.
Oprawca był już na dole drewnianych schodów, w jednej ręce wciąż trzymał strzelbę, a w drugiej długi nóż o wąskiej klindze, jak do filetowania ryb, i metalowe pudełko z grzechocząca zawartością. Spod półprzymkniętych powiek obserwował swojego "gospodarza". Ten patrzył kilka sekund w jego kierunku, a potem pochylił się nad ciałem kobiety. Po chwili z powrotem wspiął się po schodach, trzymając broń w jednej ręce, a grzechoczące pudełko i nóż w drugiej. Wraz z hałasem opadającej klapy zgasły skąpe żarówki, a on powtórnie odpłynął w ciemności.
REDAKCJA: Julia Łysoń
KOREKTA: Katarzyna Rafałko
OKŁADKA: Michał Duława
ZDJĘCIE NA OKŁADCE: iStock.com | shauni
KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl
? Arkadiusz Gaczoł i Novae Res s.c. 2015
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-7942-752-9
NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE
al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia
tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.
Wydawnictwo Novae Res jest partnerem
Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.