Uprawa roślin południowych metodą Miczurina - Weronika Murek


Reflow text when sidebars are open.
O tym, że nie żyje, dowiedziała się jako ostatnia. Czasami tak bywa.
Rano wszystko było jeszcze w porządku: żywi mijani na ulicy pozdrawiali ją tak, jakby wciąż do nich należała. Gdy dotarła do pracy, nikt już nie patrzył jej w oczy.
Rzeczy z jej biurka leżały w plastikowym worku.
- No, no - powiedziała szefowej. - Po coście to zebrali? To wszystko nowe jeszcze, niedawno kupione.
Na co tamta odparła:
- Co z tego? Te rzeczy należą do zmarłej, a rzeczy zmarłych się pali.
- Na przykład tegoroczne zbiory - odezwał się mężczyzna, oblizując palce. - Warzywa nie takie, owoce.
- Wisiało w powietrzu - odparł drugi.
- W ustach się pozmieniało może? - powiedział chłopiec, założył ręce za plecami. - Tak jak mnie ostatnio. Myślałem...
- O takich rzeczach się nie myśli - odezwał się ten pierwszy, rozchylił saszetkę vibovitu, wsadził język do środka i mlasnął. - Albo to się zauważa, albo nie.
- Wisiało w powietrzu - powtórzył drugi.
Przez chwilę w milczeniu spoglądał na chłopca, potem spytał:
- Ten chleb komu wieziesz?
Chłopiec wymienił nazwisko, na co tamten:
- Kto by się spodziewał? Taka porządna rodzina.
Pochylali się w trójkę nad różowym ręczniczkiem, na którym mężczyźni - bardziej dla żartu niż dla zachowania porządku - rozłożyli narzędzia.
Ku niczemu się nie śpieszyli; chłopak zastał ich przed paroma chwilami w atmosferze sjesty: jeden spoczywał wzdłuż ręczniczka, przyglądając się czule narzędziom, drugi w kucki, z twarzą w stronę rzeki, wyjadał vibovit. Wyjaśnili, że czekają na drugą zmianę, bo są "problemy z kolejnością".
- I nigdy nie wiadomo, od czego zacząć - dodał ten spoczywający na trawie.
Nie uściślił, kto ma przyjść i pomóc. Powiedział:
- Ktoś. - A po chwili: - Któryś z tych, którzy byli tu przed nami.
I chłopiec nie wypytywał więcej. Patrzył na most - na to, co z niego zostało.
Powikłania po burzy nie ustąpiły jeszcze, prąd toczył rzekę to w jedną, to w drugą stronę, zwodził ryby, tak że co rusz wpadały na siebie z okrutnym uporem, rozpływały się potem i znów nabierały prędkości, błyskając i przepadając w ciemnej wodzie: rtęć, jasna przerwa, orle kamienie.
- Matka natura - odezwał się ten spoczywający.
- U Różyłłów - powiedział drugi - z trzech jaj cztery kurczaki. Cztery kurczaki, proszę ciebie.
- Szczęściarzowi i byk się ocieli - odparł pierwszy. - Chociaż ja w to nie wierzę. Że woda zawraca, tak. Że burza, most, to wszystko możliwe, tak. Widzę, to wierzę. Ale z tymi kurczakami?
- Mówią, żeby mówić - dodał drugi - chcą zwrócić uwagę. Spytaj ich o to, o tamto: zawsze ci odpowiedzą i zawsze ich historia będzie lepsza niż twoja. Co chcesz usłyszeć, to ci opowiedzą.
- Że kur szczy na przykład - rzekł ten pierwszy wzburzony.
- A most - odezwał się chłopiec - czy to długo zejdzie?
Ten, który wyjadał vibovit, schował saszetkę do kieszeni i odparł:
- Ta.
Milczeli. Chłopak ukłonił się i odszedł. Patrzyli za nim rozbawieni: chód miał sztywny, gołębi, noski butów kierował do wewnątrz, na sznurku ciągnął wózeczek, na wózeczku chleb - okrągły, brunatny bochen ułożony twarzą do dołu, kołyszący się miarowo, nieustannie. Wydał się im niestosowny, kukułczy.
- Chce wiedzieć, kiedy most gotowy - odezwał się pierwszy z pretensją. - W ustach mu się pozmieniało.
- Dziwnie lezie jakoś - dodał drugi, odwrócił się, spojrzał na zegarek. - No, gdzie są?
Przez chwilę jeszcze dobiegało ich skrzypienie kół: przykre, rudawe dźwięki, potem droga ubita przeszła w drogę usypaną z piasku, wózek grzązł co rusz i co rusz sznurek opadał nieco, odprężał się; chłopak szarpał, chleb kołysał się i obsuwał, ocierając o piach, i trzeba go było podnosić i przesuwać na miejsce.
- Jedną żałobę już mam - mówiła siwa kobieta do dziewczyny opartej niedbale o ścianę. - Z tą drugą co zrobić? Kiedy to odpracować?
Tamta spuściła wzrok, wzruszyła ramionami, zaczęła grzebać w kieszeniach.
- Tak może najlepiej - powiedziała tylko.
Usłyszały skrzypienie, odwróciły się zaraz: to chłopiec wiozący chleb zaszedł na podwórze.
- Teraz, kurwa, przychodzisz? - odezwała się ta oparta o ścianę, a druga, ta starsza, ubrana na czarno, wzięła bochen z wózka, przycisnęła go do brzucha i zaplotła na nim ręce, nie dbając, że ubieli sobie suknię mąką.
- Wiele chcesz za niego? - spytała, na co chłopak niedbale:
- Tak ze trzy by może - i dodał: - Most zniszczony zupełnie.
- Przez burzę?
- Ta.
- Zmarła mi córa dziś rano - powiedziała kobieta przepraszająco, skinęła głową w stronę dziewczyny. - Straszne zamieszanie. Drobnych nie mam, bym musiała w kuchni poszukać.
- Poczekam - powiedział chłopak.
- W domu jak idzie?
- Pomału.
- Mąż śmierć miał dobrą - odezwała się kobieta nagle, natarczywie. - To podkreśl rodzicom, słyszysz? Tylko ta tutaj. Łazi wszędzie nieprzytomna, zagapiła się, na śmierć spóźniła. Teraz nie chce ciała zobaczyć.
- Bo po co, na co? - zapytała tamta. - A bo mi to wróci życie?
- Poczekasz? - upewniła się matka. - Ja zaraz wrócę.
Chłopak skinął głową, szarpnął mocniej za wózek, uśmiechnął się do dziewczyny, ale odwróciła wzrok. Trudno było ocenić, ile ma lat: nie nosiła wieku na sobie, rysy miała rozmyte, ukradkowe, a skórę białą, jak wymytą ługiem. Tylko na skroni widać było okrągłą, bordową plamę, oparzelinę jakby, ale ładnie zagojoną; w jego stronach nazywano takie ślady diablim mięsem.
- Czemuś chleb tak przywiózł? - spytała. - Do góry nogami.
- Matka moja pakowała - odpowiedział, pomyślał zaś: "A jednak nic nie wie". - Ta rana na głowie...
- Od dziecka mam - odparła tamta prędko. - To nie było przyczyną. - Potem zaś, jakby się reflektując: - Nie było przyczyny. Ja żyję przecież jeszcze.
- To dobrze - powiedział chłopiec.
Milczeli.
- Ten most - zaczął, od razu przerwała:
- Kogo to obchodzi.
Skrzypnęła furtka: na podwórze wszedł mężczyzna w beżowym lnianym fartuchu, na który narzucił sportową kurtkę. W ręku trzymał poprzecieraną reklamówkę.
- Z tualetą - rzekł szczególnym tonem.
Głos miał wysoki, połyskliwy i słychać było, że wypowiada się z przyjemnością. Rzucił krótkie spojrzenie na dziewczynę.
- Czy jest w domu żyw ktoś?
- Matka zaraz wróci - powiedziała dziewczyna wrogo, umilkła. Po chwili dodała: - A mówiąc nawiasem: ja też jestem żywa.
Mężczyzna wzruszył ramionami, odstawił reklamówkę: zadzwoniło szkło.
- Ty kto? - spytał chłopaka, spoglądając na wózek.
- Chleb przywiozłem.
- Chleb?
- My teraz zamawiamy chleb w chłodni - powiedziała matka, stając w progu. - Ten z piekarni już nie na nasze gardła. Jesienią mąż, teraz córka, uwierzy pan?
- W której chłodni? - spytał tamten.
- Jest w środku ciało - odparła kobieta nieuważnie. - Nie chce córka zobaczyć. Nie zidentyfikowała się jeszcze.
- Chyba czas najwyższy - powiedział mężczyzna.
- Idź, idź i spojrzyj tylko. Nie bądź dzikus - odezwała się kobieta.
- Mnie się nie chce teraz - odpowiedziała dziewczyna. - Może później.
- Tylko żeby mi to było to ciało, co trzeba - powiedział mężczyzna. - Żeby się nie okazało potem, że inne mam myć. Mnie od liczby nie płacą.
Wszedł do domu, za nim podreptała matka, za nią chłopiec.
- Na wprost, na wprost - zawołała kobieta, domykając drzwi na korytarzu. - Nigdzie nieposprzątane, ale wszystko tak szybko, szybko...
Na stole w dużym pokoju ułożono ciało. Było nagie i chłopiec spuścił szybko wzrok; o tym, że było martwe, nie myślał, u nich w domu dotychczas się nie umierało - to nagość przerażała go najbardziej. Trzy nogi stołowe stały w miskach, jedna w doniczce; do naczyń nalano wody, żeby odciąć dostęp mrówkom, które już zaczynały gromadzić się w pokoju: czarne strzępy na jasnej posadzce. Matka uniosła nieco sukienkę i deptała je metodycznie, bez zapału.
- Do słodkiego idą - powiedziała.
Toaletnik zdjął kurtkę, podszedł bliżej. Przez chwilę przyglądał się ciału bez wielkiego zainteresowania, potem zwrócił twarz w kierunku matki, rzekł:
- Ze trzydzieści może.
- Dwadzieścia osiem - odparła tamta czujnie.
Zbliżył się jeszcze, uniósł zmarłej powiekę, w policzek zapukał dwa razy. Odpowiedziały mu dwa okrągłe, szare dźwięki: dwa krążki dymu puszczonego z fajeczki. Nasłuchiwał znudzony.
- Nie ma niczego w środku już - powiedział w końcu, odwrócił się, podszedł do okna, otworzył i przez chwilę spoglądał, porównywał.
Dziewczyna wciąż stała oparta o ścianę, paliła papierosa, zauważyła spojrzenie toaletnika i odwróciła głowę.
- Una - orzekł, zamknął okno i zabrał się do oporządzania ciała.
Oskrobał je nieco zgodnie z kierunkiem włosa.
- Nie dlatego, że trzeba - wytłumaczył od razu - lecz dlatego, że lubię ten dźwięk, po prostu.
Potem wyciągnął złoty nożyk, rozciął skórę na mostku, rozchylił klatkę piersiową i zaczął ją drążyć, rozgarniał coś w środku: wyczuł jeszcze wyraźnie garb ciepłego powietrza, obcą narośl na różanym płacie tłuszczu, pulsującą lekko, a niepotrzebnie już. (Zamknął w dłoni i zdusił. "Proszę spojrzeć - powiedział - jakie to serce małe"). Do obmywania nie przykładał wagi, lubił tylko plądrowanie i czasami, drążąc, zapominał się zupełnie: wtedy ciął krzywo, na oślep. Jeśli gdzieś jeszcze ostało się życie, pulsowanie, bieg krwi skądś dokądś - płoszył wszystko, wymiatał (taki był wówczas porządek ostrych przedmiotów: szlachtowanie).
- No, już koniec prawie - powiedział wreszcie. - Jeszcze tylko gdyby lodu.
- Lodu? - spytała matka, otworzyła okno, zawołała: - Chodź, chodź, ten pan już skończył.
- No, by ją lodem może - odparł tamten, otarł pot chusteczką, na cztery złożył. - Dłużej wytrzyma. Nie ma lodu w domu?
- Już można - zawołała tamta znowu, odwróciła się do mężczyzny, przemyśliwała krótko. - A wie pan, że jest chyba. Coś się znajdzie.
Zrobiła kilka kroków w kierunku drzwi i znów się zatrzymała.
- Ono nie będzie tu długo stało. Goście przecież przyjdą, a nie wypada ich do kuchni...
- No, no - odparł - wiadomo. Trochę tylko tego lodu, żeby do pogrzebu wytrzymało.
Odsunął się od ciała; oglądał z oddali, z rękami na biodrach.
- Dobrze wyszło, nie? - zwrócił się do chłopca. - Co powiesz?
- Lepiej jej.
- Szyje - powiedział toaletnik - lubię szczególnie. Na nich się skupiam. Jeśli się uda zachować szyję w stanie nietkniętym, dobra nasza. Po szyi najłatwiej poznać fuszerkę.
Zbliżyli się do ciała i objaśniał, wskazując.
- Więcej lodu teraz nie mam - powiedziała matka, postawiła na stole wiadro. - Bym wodę grzać musiała, potem studzić, kroić.
- Tyle starczy już - rzekł tamten. - To przecież i tak tylko w brzuch.
Rozchylił znowu klatkę piersiową, otwierała się podług żeber: jak drzwiczki. Napchał lodu, z reklamówki wyciągnął butelkę wódki, włożył do środka, zamknął.
- Niech się chłodzi - powiedział - na wieczór będzie jak znalazł.
Potem zebrał narzędzia, ręce wytarł w spodnie.
- No, czy dobrze wygląda? Istnieje zawsze możliwość wykonania bardziej.
- Ja wiem... - odparła matka. - Nie trza chyba. Taka mi się widzi. Lepiej wygląda jak wtedy, kiedy żyła.
- A ubrać można według swojego gustu już - rzekł i pożegnał się skinieniem głowy. - Rąk - powiedział jeszcze - nie podaję.
- A ty, synek - odezwała się matka do małego - ty cały czas tu? Już zapomniałam.
- Nie ma pośpiechu - odparł chłopiec.
- Nie ma, nie ma, nie? - zagadnął toaletnik. - Nie trzeba się śpieszyć. Dzień jest taki piękny, można się przejść, można gołą kobitkę obejrzeć.
Wyciągnął rękę ku chłopcu i chciał go pogłaskać, ale tamten szybko odskoczył.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.