Upiory - Henryk Ibsen

Kup ebooka

24.49 zł
20.08 zł (19,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Akt I

Obszerny pokój wychodzący na ogród. Jedne drzwi z lewéj a dwoje z prawéj strony. Na środku pokoju stół okrągły, wokoło krzesła. Na stole książki, czasopisma, dzienniki. Ku przodowi sceny po lewéj stronie okno, przy niém kanapka i stół do roboty. W głębi mała oranżerya, otwarta na pokój, ze szklanemi ścianami. Po prawéj stronie oranżeryi drzwi szklane, wiodące do ogrodu. Przez szklane ściany widać posępny, zadeszczony krajobraz.

( Stolarz Engstrand stoi we drzwiach od ogrodu, ma lewą nogę skrzywioną i but nasztukowany kawałkiem drzewa. Regina z pustą polewaczką w ręku broni mu dalszego wstępu).

REGINA ( przyciszonym głosem). Czego tu chcesz? Stój w miejscu! cały ociekasz deszczem. ENGSTRAND. Przecież ten deszcz Pan Bóg zsyła, moje dziecko. REGINA. Chyba zsyła go sam dyabeł. ENGSTRAND. Co też ty mówisz, Regino! ( posuwa się o parę kroków naprzód). A jednak to prawda, co powiedziéć chciałem. REGINA. Człowieku! nie stukaj-że tak tą kulawą nogą. Panicz śpi na górze. ENGSTRAND. Śpi? w biały dzień? REGINA. Co ci do tego? ENGSTRAND. Ja byłem wczoraj na bibie... REGINA. Temu to wierzę. ENGSTRAND. Moje dziecko, my ludzie jesteśmy ułomni. REGINA. Rzeczywiście. ENGSTRAND. Widzisz... pokus jest pełno na świecie, a przecież Bogu wiadomo, dziś rano o wpół do szóstéj byłem przy robocie. REGINA. Dobrze, dobrze, a teraz idź sobie. Nie będę tu stać, jakbym miała z tobą jakie rendez vous. ENGSTRAND. Cobyś miała? REGINA. Nie chcę, by cię kto tutaj spotkał. Idź więc swoją drogą. ENGSTRAND ( zbliżając się o parę kroków). Na Boga, nie odejdę, póki się z tobą nie rozmówię. Dziś po południu skończę swoję robotę w szkole i jeszcze téj nocy parowcem odpłynę do domu. REGINA ( mruczy). Szczęśliwéj drogi! ENGSTRAND. Dziękuję ci, moje dziecko. Jutro będzie poświęcony dom schronienia i zapewne nie zabraknie trunków. Widzisz, niech nikt nie powie, że Jakób Engstrand nie umié oprzéć się pokusie. REGINA. Oho! ENGSTRAND. Jutro będzie tu pełno państwa. Oczekują także z miasta pastora Mandersa. REGINA. On już dziś przyjeżdża. ENGSTRAND. A widzisz. Rozumiész więc, że nie chcę mu dać powodu do nagany. REGINA. To tak stoją rzeczy? ENGSTRAND. Co mówisz? REGINA ( patrząc mu bystro w oczy). No, cóż to? chcesz znowu naciągnąć pastora? ENGSTRAND. Cicho! cicho! czyś oszalała? Naciągnąć pastora? O, nie! Okazał się on zbyt dobrym dla mnie, ażebym to chciał uczynić. Ale, widzisz, chciałem z tobą pomówić, bo już dziś wieczorem wracam do domu. REGINA. Im prędzéj, tém lepiéj. Cóż to ma do mnie? ENGSTRAND. Chcę cię z sobą zabrać. REGINA ( zdumiona). Co? Mnie zabrać? Co ty mówisz? ENGSTRAND. Powiadam, że chcę cię miéć w domu. REGINA ( szyderczo). Nigdy do domu nie wrócę. ENGSTRAND. Obaczymy. REGINA. Możesz być przekonany, że tak będzie. Ja, com wzrosła przy pani kamerjunkrowéj Alving; ja, która tu jestem uważana jak jéj córka, miałabym powrócić z tobą do domu? - i do jakiego domu! Fi! ENGSTRAND. Cóż u dyabła! Czy sprzeciwiasz się woli ojca, dziewczyno? REGINA ( mruczy, nie patrząc na niego). Dość często powtarzałeś, że ci nie jestem niczém. ENGSTRAND. Ba! Co ci do tego? REGINA. Ileż razy zelżyłeś mnie, mówiłeś, że jestem... Fi! ENGSTRAND. Nie, nie, nigdy nie używałem brzydkich wyrazów. REGINA. Wiem dobrze, jakich używałeś. ENGSTRAND. Hm! tak, ale to tylko wtedy, gdy miałem w głowie, a tyle jest pokus na świecie, Regino... REGINA. Aż mnie strach bierze. ENGSTRAND. A przytém zdarzało się to tylko wówczas, kiedy twoja matka była w złym humorze. Musiałem jéj przecież czémś dokuczyć. A chciała zawsze być dystyngowaną. ( naśladując). "Daj mi pokój, Engstrandzie, daj mi pokój. Służyłam trzy lata u pani kamerjunkrowéj Alving w Rosenwold" ( śmieje się). Boże, odpuść, nie mogła nigdy zapomniéć, że kapitan został kamerjunkrem w czasie jéj służby. REGINA. Biedna matka! Zamęczyłeś ją młodo. ENGSTRAND ( prostując się). Ma się rozumieć, ja zawsze jestem winien wszystkiemu. REGINA ( odwracając się, półgłosem). A do tego jeszcze ta noga... ENGSTRAND. Co mówisz, moje dziecko? REGINA. Pied de mouton. ENGSTRAND. Czy to po angielsku? REGINA. Tak. ENGSTRAND. Wykształciłaś się tutaj, a to może ci się teraz przydać, Regino. REGINA ( po krótkiém milczeniu). A jakież ty masz względem mnie zamysły? ENGSTRAND. Czy możesz się pytać, czego chce ojciec od jedynego dziecka? Jestem przecież samotnym, opuszczonym wdowcem. REGINA. Na takie rzeczy mnie nie weźmiesz. Na co ci jestem potrzebna? ENGSTRAND. Więc słuchaj. Chcę spróbować czegoś nowego. REGINA. Próbowałeś już nieraz, ale ci się nigdy nic nie udało. ENGSTRAND. No, tak. Teraz jednak zadziwisz się, Regino... Niech mnie dyabli porwą... REGINA ( tupie nogą). Bez tych klątw! ENGSTRAND. Cicho! cicho! masz słuszność, moje dziecko... Chciałem ci powiedziéć, że przy robocie w tém nowém schronieniu odłożyłem trochę grosza. REGINA. Doprawdy? Tém lepiéj dla ciebie. ENGSTRAND. Bo też tu na wsi niéma nawet na co wydawać. REGINA. I cóż daléj? ENGSTRAND. Widzisz, przyszło mi na myśl, żeby te pieniądze obrócić na jakie zyskowne przedsiębiorstwo, na jaką gospodę żeglarzy. REGINA. Fi! ENGSTRAND. Wykwintną gospodę, rozumiész? Wcale niezwyczajny szynk dla prostych majtków. Nie, na szatana! będzie to gospoda dla kapitanów statków, sterników... no i innych dystyngowanych ludzi. Rozumiész? REGINA. A cóżbym ja tam... ENGSTRAND. Pomagałabyś mi. No, tak tylko, pozornie, jak się łatwo domyślisz. Cóż u dyabła, nie miałabyś ciężkiego życia, moje dziecko. Robiłabyś to tylko, coby ci się podobało. REGINA. No tak. ENGSTRAND. Kobietki jednak u nas być muszą, to jasne. Wieczorem będzie wesoło, śpiewy, tańce i t. p. Pojmujesz przecież, co to są żeglarze, wiecznie na morzu ( zbliża się do niej). Tylko nie bądź głupią, Regino, nie odrzucaj szczęścia. Czegóż się tu możesz doczekać? Na co ci się to przyda, że się pani Alving tak wiele uczyć kazała? Słyszałem, że masz być w nowém schronieniu przy dzieciach. Alboż to miejsce dla. ciebie? Czy masz wielką ochotę zapracowywać się dla tych małych brudasów? REGINA. O nie, gdyby rzeczy szły według méj woli, to... No! to jeszcze stać się może. ENGSTRAND. Co się stać może? REGINA. Nie masz się o co troskać. Czyś sobie dużo pieniędzy zaoszczędził? ENGSTRAND. Jedno z drugiém, będzie około siedmiu do ośmiuset koron. REGINA. To nieźle. ENGSTRAND. Dość, ażeby cośkolwiek rozpocząć, moje dziecko. REGINA. I nie myślisz dać mi coś z tych pieniędzy? ENGSTRAND. Nie, Bóg widzi, że tego nie myślę, nie. REGINA. Ani nawet biednéj sukni mi nie przyślesz? ENGSTRAND. Jedź ze mną do miasta, a będziesz miała tyle sukien, ile tylko zechcesz. REGINA. Ba! gdybym tylko chciała, mogłabym to uczynić na własną rękę. ENGSTRAND. Nie, Regino, to lepiéj idzie pod kierunkiem ojca. Mogę teraz na portowéj ulicy kupić ładny dom. Nie potrzeba na to wielkiéj gotówki. Tam byłaby wygodna gospoda żeglarska. REGINA. Ale ja nie chcę być u ciebie, nie mam z tobą nic wspólnego. Idź sobie. ENGSTRAND. Do dyabła! No, nie zostałabyś u mnie długo, moje dziecko, byleś tylko postępować umiała. W tym roku bardzo wyładniałaś. REGINA. To i cóż? ENGSTRAND. Zjawiłby się wkrótce sternik... a może nawet kapitan. REGINA. Nie poszłabym za żadnego z takich. Marynarze nie mają savoir vivre. ENGSTRAND. Czego nie mają? REGINA. Mówię, że znam marynarzy. Nie są oni dobrzy na mężów. ENGSTRAND. To daj pokój małżeństwu. Mogą się inne rzeczy opłacać ( poufnie). On, ten Anglik na spacerowym yachcie... dał trzysta talarów, a ona wcale ładniejszą od ciebie nie była. REGINA ( stając naprzeciw niego). Precz stąd. ENGSTRAND ( cofając się). No, no, przecież mnie nie uderzysz. REGINA. Uderzę, jeśli tylko będziesz na matkę wygadywał. Precz, mówię ( popycha go na drzwi od ogrodu). A nie rzucaj drzwiami, bo panicz... ENGSTRAND. Śpi, wiem o tém. Szczególna rzecz, jak się o niego troskasz... ( cicho). Ho! ho! no, przecież to nie on... REGINA. Precz, precz. Oszalałeś chyba. Nie, nie tędy. Oto idzie pastor Manders. Wynoś się kuchennemi wschodami. ENGSTRAND ( wychodząc prawą stroną). Dobrze, dobrze, już idę, ale pogadaj z tym, co tu idzie, on ci powie, co dziecko winno swemu ojcu. A ja przecież jestem twoim ojcem, mogę to metryką udowodnić ( wychodzi drugiemi drzwiami, które mu Regina otwiera i znowu za nim zamyka). REGINA ( spogląda uważnie w lustro, wachluje się chustką od nosa i poprawia krawatkę, potém znowu zajmuje się kwiatami). PASTOR MANDERS ( w paltocie, z parasolem, z torebką przewieszoną przez ramię, wchodzi przez ogród do oranżeryi). Dzień dobry, panno Engstrand. REGINA ( jakby zdziwiona zwraca się do niego z radością). Ach! to pan. Dzień dobry, panu pastorowi. Więc już parowiec przypłynął. PASTOR MANDERS. Przypłynął w téj chwili ( wchodzi z oranżeryi). Ten nieustanny deszcz jest nieznośny. REGINA ( zbliżając się do niego). Taki czas błogosławią rolnicy, panie pastorze. PASTOR MANDERS. Tak, masz słuszność, my, mieszczuchy, nie myślimy o tém ( zdejmuje palto). REGINA. Czy nie mogę pomódz?.. Tak... ach, jakże przemoczony, powieszę go w przedpokoju. I parasol otworzę aby wysechł ( wychodzi z rzeczami przez drugie drzwi na prawo. Pastor Manders zdejmuje torebkę i kładzie ją wraz z kapeluszem na stołku. Tymczasem Regina powraca). PASTOR MANDERS. Ach! jakże miło znaleźć się pod dachem. Cóż tu we dworze, wszystko dobrze? REGINA. Tak, dziękuję. PASTOR MANDERS. Tylko dużo roboty na jutro. Nieprawdaż? REGINA. Tak, mamy dużo roboty. PASTOR MANDERS. Pani Alving jest prawdopodobnie w domu? REGINA. Naturalnie, naturalnie. W téj chwili jest na górze, zaniosła paniczowi czekoladę. PASTOR MANDERS. Powiedz-że mi, słyszałem w przystani, że Oswald powrócił. REGINA. Przyjechał jeszcze onegdaj. My spodziewaliśmy się go dziś dopiéro. PASTOR MANDERS. Jest zdrów zapewne. REGINA. Zapewne. Tylko bardzo drogą znużony, bo wprost tu przyjechał z Paryża, nie zatrzymując się. Zdaje się, że wcale pociągu nie zmieniał. Zasnął teraz trochę i dlatego trzeba mówić cicho. PASTOR MANDERS. A zatém mówmy cicho. REGINA ( przysuwając fotel do stołu). Niechże pan pastor, siada i rozgości się. ( Pastor siada, ona przysuwa mu stołeczek pod nogi).Tak, czy dobrze tak, panie pastorze? PASTOR MANDERS. Dziękuję, dziękuję, jest mi tu doskonale ( spogląda na nią). Czy wiesz, panno Engstrand, zdaje mi się, żeś wyrosła, od czasu jak cię nie widziałem. REGINA. Tak pan sądzi? Moja pani mówi także, żem zmężniała. PASTOR MANDERS. Zmężniałaś? No tak, może troszeczkę - dostatecznie ( krótkie milczenie). REGINA. Czy mam poprosić pani Alving? PASTOR MANDERS. Dziękuję, niéma nic pilnego, moje dziecko. Powiedz mi teraz, moja Regino, jak się tu ojcu powodzi? REGINA. Stokrotne dzięki panu pastorowi, powodzi mu się dość dobrze. PASTOR MANDERS. Był u mnie, za swéj ostatniéj bytności w mieście. REGINA. Doprawdy? On jest tak rad, gdy może mówić z panem pastorem, PASTOR MANDERS. A ty odwiedzasz go często? REGINA. Ja? naturalnie, skoro tylko mam czas. PASTOR MANDERS. Twój ojciec, panno Engstrand, nie posiada silnego charakteru, potrzebuje kierowniczéj ręki. REGINA. Tak, muszę to przyznać. PASTOR MANDERS. Potrzebuje miéć przy sobie kogoś, kogoby kochał, na czyjém zdaniu-by polegał. Wyznał mi to, gdy był u mnie ostatnim razem. REGINA. I mnie mówił to samo. Nie wiem jednak, czyby pani Alving obeszła się bezemnie, témbardziéj teraz, gdy wszyscy będziemy mieli tyle zajęcia przy nowém schronieniu. I mnie byłoby bardzo ciężko rozstać się z panią Alving, bo zawsze była tak dobrą dla mnie. PASTOR MANDERS. Ale obowiązek córki, Regino... Naturalnie, musimy jednak naprzód uzyskać zezwolenie twojéj pani. REGINA. Nie wiem, czy to właściwe w moim wieku, prowadzić dom samotnego mężczyzny. PASTOR MANDERS. Moja droga, ja przecież mówię o twoim ojcu. REGINA. Zapewne, jednakże gdybym przynajmniéj prowadziła dom przyzwoity u prawdziwie poważnego człowieka... PASTOR MANDERS. Ależ, kochana Regino... REGINA. Któremu mogłabym być oddaną i uważać go za ojca... PASTOR MANDERS. Ależ, moje dziecko... REGINA. To chętnie udałabym się do miasta. Tu jest straszliwie pusto... a pan pastor pojmuje, co to być zupełnie samą na świecie. Mogę śmiało o sobie powiedziéć, że jestem żywa, pilna, mam najlepszą wolę. Czy pan pastor nie miałby dla mnie stosownego miejsca? PASTOR MANDERS. Ja? doprawdy nie. REGINA. Drogi, najdroższy panie pastorze! w każdym razie zechciéj mnie miéć na pamięci, gdyby... PASTOR MANDERS ( podnosząc się). Zrobię to z pewnością, panno Engstrand. REGINA. Bo ja... PASTOR MANDERS. Może teraz poprosisz panią Alving. REGINA. Zaraz, panie pastorze ( wychodzi na lewo). PASTOR MANDERS ( przechadza się po pokoju, i z rękoma założonemi na plecach wygląda na ogród. Potém powraca do stołu bierze książkę, spogląda na tytuł, okazuje zdziwienie i przesiada inne) Hm!.. tak, tak. ( Pani Alving wchodzi z lewéj strony. Idzie za nią Regina, która zaraz wychodzi na prawo). PANI ALVING ( wyciąga do niego rękę). Witam, panie pastorze. PASTOR MANDERS. Dzień dobry pani. Otóż jestem według obietnicy. PANI ALVING. Wraz z uderzeniem godziny. PASTOR MANDERS. Wierzaj pani jednak, że mi przyszło wyjechać z wielką trudnością. Wszystkie te komisye, te urzędy, któremi jestem obarczony... PANI ALVING. Tém większy dowód przyjaźni, żeś pan tak wcześnie przyjechał. Możemy interesa obrobić jeszcze przed obiadem. Ale gdzież pana pakunek? PASTOR MANDERS ( prędko). Mój pakunek zostawiłem nad brzegiem u wiejskiego kramarza. Tam będę nocował. PANI ALVING ( powstrzymując uśmiech). Więc i tym razem nie chcesz pan spędzić nocy w tym domu? PASTOR MANDERS. Nie, nie, dziękuję pani stokrotnie, jak zwykle przenocuję nad brzegiem. Wygodniéj mi to, wracając na statek. PANI ALVING. Rób pan, jak chcesz. Sądziłam jednak, że my oboje starzy... PASTOR MANDERS. Niechże Bóg broni! Pani żartuje. Naturalnie dziś jesteś pani tak uradowaną. Z jednéj strony jutrzejsza uroczystość... no i powrót Oswalda. PANI ALVING. Pomyśl pan, jak jestem szczęśliwą. Od dwóch lat nie był w domu, a teraz obiecał zostać ze mną przez całą zimę. PASTOR MANDERS. Rzeczywiście. To ładnie, to po synowsku z jego strony, bo życie w Rzymie i Paryżu musi miéć dla niego więcéj uroku, niż w tym cichym domu. PANI ALVING. Ale w tym domu, on - ma matkę. Mój drogi, ukochany chłopiec - on kocha swoję matkę. PASTOR MANDERS. Byłoby téż rzeczą bardzo smutną, gdyby oddalenie i zajęcie się sztuką mogły wyrugować przyrodzone uczucia. PANI ALVING. Masz pan słuszność. Dzięki Boga, niéma o niego żadnéj obawy. Ciekawą jestem, czybyś go pan poznał. Zaraz przyjdzie, położył się tylko trochę na sofie dla wypoczynku. Ale siadaj-że, kochany pastorze. PASTOR MANDERS. Więc chcesz pani... PANI ALVING. Naturalnie ( siada przy stole). PASTOR MANDERS. Dobrze. Zaraz pani zobaczy ( wyjmuje z podróżnéj torebki papiery, siada przy stole i szuka pustego miejsca gdzieby je mógł rozłożyć). Mamy tu naprzód ( przerywając sobie). Powiedz mi, pani, skąd tutaj takie książki? PANI ALVING. Takie książki? Ja je czytam. PASTOR MANDERS. Pani czyta podobne książki? PANI ALVING. Tak, czytam je. PASTOR MANDERS. Czy przez czytanie tych książek, czujesz się pani lepszą, albo szczęśliwszą? PANI ALVING. Zdaje mi się, że jestem spokojniejszą. PASTOR MANDERS. To dziwne! Jakim-że sposobem? PANI ALVING. One objaśniają mię i wzmacniają w tém, do czego doszłam własną myślą. Bo to rzecz szczególna - właściwie w tych książkach niéma nic nowego, nic innego, nad to, co myśli i w co wierzy większa część ludzi, tylko ci ludzie nie zdają sobie z tego sprawy dokładnéj, albo też wcale o tém wiedziéć nie chcą. PASTOR MANDERS. O mój Boże! Czyż pani naprawdę sądzi, iż większa część ludzi... PANI ALVING. Tak sądzę, z pewnością. PASTOR MANDERS. Ależ przecież nie tutaj, nie w naszym kraju, nie u nas. PANI ALVING. Och! i u nas. PASTOR MANDERS. No, to przyznać muszę... PANI ALVING. Cóż pan właściwie ma do zarzucenia tym książkom? PASTOR MANDERS. Do zarzucenia? Pani przecież nie myślisz, ażebym się zajmował studyowaniem podobnych rzeczy. PANI ALVING. To znaczy, że pan nawet nie znasz ich, a jednak potępiasz. PASTOR MANDERS. Dość czytałem o podobnych książkach, ażeby je lekceważyć. PANI ALVING. Ale własne pana zdanie... PASTOR MANDERS. Droga pani, w życiu trafia się wiele rzeczy, co do których trzeba zdać się na innych. Tak już jest na świecie i dobrze, iż tak jest, bo inaczéj cóżby się stało ze społeczeństwem? PANI ALVING. Może i masz pan słuszność. PASTOR MANDERS. Nie przeczę, iż w podobnych utworach mogą być rzeczy pociągające i nie mam tego wcale za złe, że pani chce poznać duchowe prądy, które, jak słyszę, rządzą szerokim światem, gdzie syn pani dość długo wciągać je w siebie musiał. Tylko... PANI ALVING. Tylko?... PASTOR MANDERS ( ciszej). Tylko nie należy o tém mówić. Nie potrzeba przecież nikomu zdawać rachunku z tego, co się czyta i myśli, pomiędzy ścianami własnego domu. PANI ALVING. Naturalnie. Jestem tego samego zdania. PASTOR MANDERS. Pomyśl pani także, jakie względy musisz zachować z powodu tego schronienia, które zamierzyłaś założyć wówczas jeszcze, kiedy poglądy pani na duchowe sprawy różniły się zasadniczo od dzisiejszych, przynajmniéj o ile ja sądzić mogę. PANI ALVING. Tak, tak, rozumiem to w zupełności. Ale mieliśmy właśnie o tém schronieniu... PASTOR MANDERS. Mieliśmy o niém pomówić. A więc baczność, najlepsza pani, zabieramy się do interesu ( otwiera teczką i wyjmuje papiery). Widzi pani. PANI ALVING. Czy to są akty? PASTOR MANDERS. Tak, wszystkie w należytym porządku. Wierz mi, pani, z niemałym trudem otrzymałem je na czas. Musiałem wprost używać gwałtu. Władze są nadzwyczaj ostrożne, kiedy chodzi o stanowczą decyzyę ( przeszukuje papiery). Widzi pani, tu jest akt nadawczy folwarku Salvik, należącego do rycerskich dóbr Rosenwald wraz ze znajdującemi się na nim nowemi budynkami, domami, szkołą, mieszkaniem nauczycieli, kaplicą. A to jest zatwierdzenie legata i fundacyi. Zechciéj je pani przejrzéć ( czyta). Ustawa schronienia dla dzieci, poświęconego pamięci kapitana Alvinga. PANI ALVING ( spogląda długi czas na papier). Więc to to. TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.