ROZDZIAŁ III. DIABELSKI SEANS.
Obiad dobiegał do końca.
Den z pod oka obserwował swoją sąsiadkę, zestawiając w myślach bezpośrednie spostrzeżenia ze słowami, posłyszanemi niedawno z ust Mateusza. Piękną, zaiste, kobietą była pani Kińska i nic dziwnego, że Fred w niej się zakochał. Wysoka, zgrabna, o prześlicznie zarysowanym profilu i niezwykle delikatnej biało-różowej cerze, musiała od pierwszego spojrzenia na każdym uczynić wrażenie. Lecz...
Czy był to skutek sugestji, wywołanej przerwanem wyznaniem starego, czy też wpływ niektórych szczegółów urody pięknej pani, mimo całego czaru, jaki bił od sąsiadki, spozierał na nią z pewną nieufnością. Te złoto-rudawe włosy, wpadające prawie w miedziany kolor, te przepastne szaro-zielone oczy, w których od czasu do czasu grały dziwnie błyski - nito figlarne, nito drapieżne. Błyski, jakie zauważyć tylko można we wzroku kobiety, świadomej swej urody i świadomej swej władzy nad mężczyznami.
- Wampirzyca!... - z ironją w duchu zauważył. - Niewiasta, stworzona na utrapienie rodu męskiego.
Ale poza tem, na niczem nie opartem spostrzeżeniem, inna myśl, daleko uporczywsza, gnębiła detektywa. Nie wiedzieć czemu, wydawało mu się, że panią Kińską spotkał już w swem życiu, w innych okolicznościach i że wtedy wyglądała ona inaczej.
- Skąd ja ją zmam? Czyżbym się mylił?... Pamięć zawodzi mnie rzadko...
Choć z całej mocy natężał pamięć, żadne nie nasuwało się wspomnienie. A jednak...
Och, ileż dałby zato, aby wybadać Mateusza. Aczkolwiek służący znajdował się obecnie o parę kroków, zmieniając talerze i ustawiając filiżanki do czarnej kawy, przedsięwzięcie to było niemożliwe. Den czuł, jak ogarnia go złość. Stary filut! Co miało oznaczać całe jego postępowanie? Niedomówienia, półsłówka... Czyżby Mateusz kręcił? Czyżby, w jemu tylko wiadomym celu starał się zepchnąć nieokreślone podejrzenia na panią Kińską? Bo, odwołany przez pana Karola nie pojawił się więcej w pokoju detektywa i Den, mimo dyskretnych poszukiwań nigdzie go nie mógł znaleźć. Ujrzał dopiero, - gdy zasiedli do stołu i Mateusz musiał spełniać swe obowiązki. Dziwne? Zresztą, cóż ma wspólnego pani Kińska ze "straszącym duchem" - a o wiadomości o zjawie wszak detektywowi najwięcej chodziło.
Oj, ten Mateusz! Czy nie jest on, przypadkiem w bliższych stosunkach z "djabelskim gościem" i więcej wie, niźli chce powiedzieć, a rzekome rewelacje mają to tylko na celu, aby zdobyć zaufanie Dena i móc go śledzić bez przeszkód. Dlaczegóż przybył w cichych, filcowych pantoflach właśnie w chwili, gdy szykował pewne "przyrządy", mogące zdemaskować pochodzenie złośliwego widma? Należy mieć starego dobrze na oku, a przy pierwszej sposobności porządnie przyprzeć go do muru. Co zaś pięknej pani Kińskiej się tyczy...
- Czemu pan zamilkł?
Den drgnął. To urocza sąsiadka, snać uderzona jego milczeniem, zadała niespodziewane zapytanie. Istotnie, przedtem daleko był rozmowniejszy, przyjmując udział w ogólnej rozmowie, która przy stole toczyła się wesoło. Wszyscy, jakby unikając denerwującego tematu, rozprawiali o rzeczach obojętnych, wypytując raz jeszcze Dena o warszawskie nowinki lub rzucając wesołe żarty, w czem wodziła rej pani Kińska wraz z panną Wandą. Nawet, zazwyczaj poważny i zasępiony, stryj Karol rozchmurzył się, może pod wpływem kilku lampek znakomitego węgrzyna. Bo Fred dotrzymał obietnicy. Chcąc ożywić swych gości i dodać im przed przykrym seansem odwagi, wyciągnął ze starych zapasów, co miał najlepszego, a zaczerwienione nieco twarze biesiadników i dobry ich humor świadczyły, że nie pogardzili przednim trunkiem.
- Czemu pan Den zamilkł? - zawołała panna Wanda, nawiązując do ostatnich słów pani Kińskiej. - Pani się jeszcze zastanawia, pani Mary? Układa plan strategicznej walki z duchem!
- Ach, tak...
Zabrzmiał śmiech. Była to pierwsza aluzja do oczekującego ich niebezpiecznego doświadczenia, lecz aluzja tak lekka, że w żadnym wypadku nie mogła budzić grozy.
- Plan strategiczny? - podchwyciła pani Kińska. - Świetnie! Zresztą, gdy jest pan Den, nie będę się wcale bała...
- Doprawdy, poczynam być dumny! - mruknął.
- Cudów dokazuje nasz polski Sherlock Holmes! - znów wesoła uwaga wybiegła z ust panny Wandeczki. - Pani Mary taki tchórz, że nie chciała dotychczas nas odwiedzać, dowiedziawszy się o naszym nieproszonym lokatorze, nagle oświadcza, iż nie czuje lęku, ze względu na obecność pana Dena. Brawo!
- Rzeczywiście, niezbyt dotychczas pożądałam znajomości z widmami... Kiedyś w Warszawie namówiono mnie do uczestniczenia w seansie, ale tam na szczęście, nie ukazał się żaden duch. Tak, pani Wandeczko... Jestem trochę tchórzem, postaram się jednak opanować nerwy, bo choć się boję, płonę z ciekawości, żeby zobaczyć niesamowite zjawiska... A oprócz pana Dena, będę miała i drugiego obrońcę. Toć pan Fred blisko usiądzie przy mnie i odgoni w razie niebezpieczeństwa złego demona. Prawda, panie Fredzie?
Tyle serdecznego ciepła zabrzmiało w głosie pięknej pani, a we wzroku, który spoczął na Podbereskim malowało się takie oddanie, że Den poczuł się zachwiany w swych posądzeniach. Toć nie każda niewiasta o miedzianych włosach i zielonych oczach musi być koniecznie wampirzycą. Ton pani Kińskiej świadczył raczej, że jest dobrą, łagodną i miłą kobietą. A podobieństwo? Mógł się pomylić. Mógł również flamę Freda w Warszawie ujrzeć przelotnie i zapamiętać tę nieprzeciętną urodę. Niekoniecznie każde wspomnienie detektywa łączyć się ma z przestępstwem czy zbrodnią... Ach, ten krętacz Mateusz i jego półsłówka...
Podczas gdy Fred w odpowiedzi rzucił swej ukochanej niemniej gorące spojrzenie, stryj Karol, popijając bodaj szósty z kolei kieliszek wina, zapytał:
- Prędko myślicie zacząć?
- To będzie zależało od państwa! - oświadczył Den.
- Sądzę, niedługo! - zauważyła panna Wanda. - Rychło pocznie się zmierzchać. A skoro tylko zapadnie mrok, nasz djabeł domowy rozpoczyna swe harce!
Istotnie minęła już siódma i do komnat zaczęły się zakradać pierwsze cienie wieczoru.
- Skoro tak, - rzekł Den, spozierając na zegarek, - przeproszę państwa i pierwszy powstanę... Pragnąłbym udać się na górę.
- Idę z tobą! - zawołał Podbereski. - Panie nam wybaczą, a stryj im dotrzyma w czasie naszej nieobecności towarzystwa!
- A nie każcie zadługo czekać! - pobiegła w ślad za oddalającemi się uwaga panny Wandy.
Gdy znaleźli się na górze, Fred zapytał detektywa:
- Co zamierzasz?
- Zamierzam - odparł Den, wyjmując jakieś paczki z walizki - przygotować się należycie na przyjęcie ducha.
- Znalazłeś sposób?
- Tak! Przedewszystkiem pousuwamy zbyteczne meble, aby mu dać możność tem swobodniejszych harców. Później posypiemy podłogę talkiem i poprzeciągamy druciki... To nas przekona, czy widmo w rzeczy samej nie posiada żadnych cech ludzkich i swobodnie pomiędzy drutami może krążyć...
- Więc nadal powątpiewasz?
- Moim obowiązkiem jest wątpić!
Złożywszy powyższe znamienne oświadczenie, Den otworzył dotychczas zamknięte drzwi "djabelskiej komnaty" i jął uskuteczniać swój plan. Szybko wynosił meble lub popychał je ku ścianom, starając się uczynić środek pokoju całkowicie pustym.
- Zawołać do pomocy Mateusza? - zagadnął Podbereski, który gorliwie pomagał przyjacielowi w pracy.
- Nie wołaj! Zbyteczne!
- Poprzeciągać druciki!
- Sam to zrobię! - mruknął klękając na podłodze detektyw, a po chwili dodał. - Prosiłbym cię.
- O co?
- Abyś słóweczka nikomu nie wspomniał o naszych przygotowaniach! Przedewszystkiem Mateuszowi...
- Mateuszowi? - wykrzyknął zdumiony Podbereski. - Podejrzewasz starego? Niemożliwe...
- Nikogo nie podejrzewam! - bąknął pod nosem. - Ale raz jeszcze cię proszę, zastosuj się do mojej prośby...
- Naturalnie! Nie pisnę słówka! Lecz Mateusz... Dziwne...
Detektyw nie odparł nic. Może zbyt zaprzątnięty był przeciąganiem skomplikowanej sieci drucików, może myślał o filcowych pantoflach i zagadkowem postępowaniu sługi...
Prawie już ściemniło się całkowicie, kiedy ukończył swą "robotę". Powstał z klęczek, strzepnął ubranie i oświadczył z zadowoleniem:
- Poproś wszystkich na górę, Fred...
Panna Wanda, znalazłszy się z panią Kińską i stryjem Karolem na górze, z uśmiechem potrząsnęła główką.
- Niczem przedstawienie w teatrze! - zawołała wesoło. - Świetnie pan to urządził, panie Den... Rząd pierwszy i drugi... Tylko sprzedawać bilety... A, my gdzie zajmiemy miejsca?
- Panie usiądą z tyłu...
- Wcale mi się pański projekt nie podoba...
- Bardzo mi przykro, lecz zmuszony jestem nalegać.
- Niedobry z pana człowiek!... - oznajmiła z znakomicie udanem oburzeniem, wodząc nadal ciekawie wzrokiem po pokoju.
W rzeczy samej przygotowania, przedsięwzięte przez detektywa zamieniły pokoje w rodzaj teatru czy amfiteatru. Pierwszy - w którym działy się "djabelskie zjawiska" był prawie całkowicie pusty. Den powynosił z tamtąd meble, pozostało tylko duże łóżko i szafa. Środek pokoju posypał talkiem i poprzeciągał druty - o czem, zrozumiałe, po za nim i Fredem nikt nie wiedział.
Tuż koło drzwi, prowadzących do drugiego pokoju - sypialni Dena - detektyw ustawił cztery krzesła. Tam zająć mieli miejsce mężczyźni. Za mężczyznami, w drugim rzędzie - panie.
Den mniemał, że zastosowawszy podobne środki ostrożności, nietylko ustrzeże uczestników od możliwego niebezpieczeństwa, ale łatwo również zdemaskuje rzekomego "ducha". Czartowska komnata nie posiadała drugiego wyjścia.
- Prędko zaczniemy? - przerwało ciszę niecierpliwe zapytanie panny Wandy.
- A czy są już wszyscy?
- Jesteśmy! - zabrzmiał głos Freda, który w tejże chwili nadszedł z Mateuszem.
Den nieznacznie zerknął na służącego. Wydało mu się, że stary spoziera na "przygotowania" niespokojnie, nierad, iż w nich nie uczestniczył. Detektyw postanowił w duchu, szczególną uwagę zwrócić na "cwanego ptaszka".
- Kiedy właściwie zaczynają się "strachy"? - zapytała pani Kińska. - Słyszałam, że koło północy! Teraz dopiero dziewiąta!
Stryj Karol uważał za stosowne służyć pięknej, miedzianowłosej wdówce wyjaśnieniem:
- Niekoniecznie! - rzekł. - Niesamowite objawy rozpoczynają się, skoro zapadnie ciemność! Światło natychmiast je przerywa. Nieraz o tej porze słyszałem jęki i brzęk łańcuchów...
- Więc zaczynamy! - oświadczył Den. - Zaraz zajmiemy miejsca! Lecz przódy poproszę o chwilę uwagi!
A gdy obecni, z ciekawością wpili się weń wzrokiem, mówił:
- Z konieczności obejmę nad państwem komendę i będą musieli do moich wskazówek ściśle się zastosować... Otóż, jak zaznaczył pan Karol, djabelstwa dzieją się tylko w ciemnościach, dlatego też zgasimy światło... Posiadamy jednak pięć latarek elektrycznych... Z nich dwie otrzymają panie, zaś pan Karol, Fred i ja weźmiemy po jednej... Prócz tego każdy z nas mężczyzn ma broń gotową do strzału...
- Ja również! - przerwała panna Wanda.
- Doskonale! Wyraźnie jednak żądam, aby nikt z państwa, nie zapalał latarki, ani też nie strzelał, cokolwiek się stanie, zanim padnie mój rozkaz... Zawołam "światło", lub "pal"... Taksamo proszę, o zachowanie całkowitej ciszy i zupełne opanowanie nerwów, nawet wtedy, kiedy "zjawiska" się zaczną...
- Rozumiemy! - zabrzmiał zgodny chór.
- Siadamy! - rzucił Den krótko. - Porządek następujący... Mateusz pierwszy z lewej strony... ja przy nim... dalej Fred i pan Karol... Panie za nami.. Ponieważ, skoro usiądziemy, niechcę przerywać łańcucha, panna Wanda się poświęci i zgasi stojące za nią, na stoliku, świece...
- Doskonale...
W wskazany przez detektywa sposób zajęto miejsca. Podbereska rychło spełniła zlecenie detektywa - i w obu pokojach zaległa całkowita ciemność. Poprzez opuszczone zasłony, nie przedzierał się nawet promień księżyca.
Ciemność ta, tak przykro podziałała w pierwszej chwili na obecnych, że pani Kińska siedząca tuż za Denem, szepnęła mimowolnie:
- Boję się!
- Zbyt późno teraz się lękać! - mruknął. - Zresztą sądzę, że ztyłu nic paniom nie grozi.
- A ja się nie boję! - przekornie zauważyła panna Wanda.
- Css... Cisza...
Zapanowało milczenie. Dena, który umyślnie siadł koło Mateusza, uderzyło zachowanie się starego. Spostrzegł, że służący niespokojnie kręci się na swem miejscu i przysuwa coraz bliżej, nito zdradzając wyraźną obawę, nito chcąc mu coś szepnąć. Nie zawiodły te spostrzeżenia, bo rychło posłyszał cichutki szept:
- Panoczku...
- Co? - ledwie poruszył wargami w odpowiedzi.
- Ot, zgrzeszył ja...
- O co wam chodzi?
- Że wszystkiego wielmożnemu panu nie powiedział.
- To teraz mówcie!
- Kiedy ciężko. Słuchają!
- Ct...
Detektyw wzruszył ze zniecierpliwieniem ramionami. Mateusz znów rozpoczynał stare piosenki. Insynuacje i niedomówienia. Naciskać go obecnie było niemożebne, a to, co miał powiedzieć, mógł równie dobrze po seansie powtórzyć. Zresztą, w jednem miał rację. Rozmowa, najcichsza nawet, zwracała uwagę, bo panna Wanda wnet wymówiła:
- Z czegoż to Mateusz tak się spowiada? Już dojrzał djabła?
- Jeszcze nie! - bąknął detektyw, ściskając starego lekko za rękę, aby zamilkł. - Tak sobie, dla dodania otuchy, mamrocze.
- Siedźmy spokojnie!
Teraz zaległa niczem niezmącona cisza. Den zamarł w oczekiwaniu. Również reszta uczestników zamieniła się, rzekłbyś w kamienne posągi, pozostając nieruchomo i wstrzymując prawie oddechy. Słychać tylko było tykoczący w czyjejś kieszeni zegarek.
Mijały minuty, kwandranse...
Detektyw obliczył, iż upłynąć już musiała spora ilość czasu. Może godzina. Tymczasem nic nie zapowiadało, aby niezwykły objaw miał nastąpić. Czyżby czaty rozpoczęli zawcześnie i widma zjawiały się dopiero koło północy?
Nagle...
- Słyszysz? - szepnął Fred.
Den właściwie nic jeszcze nie słyszał, ale dziwne nerwowe drżenie, jakie przebiegło wzdłuż ciała, ostrzegło podświadomie, że "niesamowite" się zbliża. Pochylił się nieco do przodu i w rzeczy samej pochwycił nieokreślony szelest. Szelest ten, nie był to odgłos kroków, który rozróżniał wczoraj - było to niby słabe chrobotanie myszy, dolatujące, jak mu się zdawało z za portretu Symeona Podbereskiego.
- Czyżby tam istniało - zaświdrowała w mózgu myśl - potajemne przejście, które nie udało się odszukać? Ciekawe! Jeśli nawet tak jest, figlarz, udający ducha, rychło wpadnie na druty...
Uwaga!
Lecz szelest zamarł.
Znów zapanowała ta sama, co i poprzednio, grobowa cisza. Może wydało im się tylko, a może to zwykły szczur wyprawiał swe harce.
Ale...
Ale właśnie dlatego, że zapadła cisza, Dena ogarnęło nagle niezrozumiałe uczucie lęku. On, który nie bał się nikogo i niczego, który potrafił stawić czoło najgroźniejszym niebezpieczeństwom, drżał teraz wewnętrznie i nie umiał sobie zdać sprawy z przyczyny tego drżenia. Choć nie widział nic, doznawał tego samego uczucia strachu, jakiego doznawał, gdy wczoraj wżarły się weń straszliwe ślepia i zabrzmiał groźny głos...
Den wściekał się... a czuł, że mimowolnie ogarnia go strach.
Gdyż...
Gdyż miał wrażenie, że w komnacie, niewiadomo w jaki sposób, znalazła się nowa jakaś istność.
O tem mówiły mu podniecone do ostatecznych granic nerwy.
Nie sam musiał doznać podobnego uczucia, bo za nim rozległ się cichutki szept pani Kińskiej:
- Boję się...
- Ależ nic niema! - zauważyła panna Wanda. - Śmieszne, doprawdy...
Postarał z całej siły się opanować. Wstyd! Istotnie wstyd! On, zawołany detektyw drży, podczas gdy za nim kobieta, panna Wanda, żartuje... Nigdy nie sądził, że jest tak słaby! Dobrze, że ciemno i że towarzysze nie spostrzegli jego słabości! Hańbą okryłby się na całe życie!
Jeszcze wysiłek - i wydaje snę Denowi, że niezrozumiały lęk minął, tembardziej, iż panna Wanda powtarza:
- Niema żadnego widma!
Ach, cóż to znaczy?
Znów wydało mu się, że dojrzał przed sobą cień ręki. Niemożebne! Przywidzenie. Zapewne przywidzenie. Boże! W tejże chwili grzmi nad uchem straszliwy głos, ten sam, co wczoraj:
- Niema?... Zobaczysz...
Den porwał się na nogi. Czuł, że włosy jeżą mu się na głowie. Tu i ówdzie rozległy się wykrzykniki. Resztką woli, skomenderował:
- Broń w pogotowiu!
- Ha... ha... ha... - ryknął znów groźny, niesamowity głos i w tejże chwili Den otrzymał potężne uderzenie w dłoń, trzymającą browning. Rewolwer potoczył się na podłogę. W ślad za nim latarka.
- Na miłość Boską! - krzyknął. - Tu się dzieją niezrozumiałe djabelstwa! Światło! Natychmiast światło!
Lecz wypadki szły tak szybko po sobie, że zlecenie przyszło za późno. Pani Kińska głośno jęła spazmować a Mateusz zawołał zdławionym głosem:
- To on... to on!... Och! Do mnie idzie... Jezus Marja...
Potem zduszony krzyk... Szamotanie... i upadek ciała...
- Światło... Ratunku... Światło...
Nareszcie zabłysły latarki.
Den prawie nieprzytomnym wzrokiem potoczył dokoła. Złudzenie czy prawda?
W pokoju niema nikogo obcego! Widzi swych towarzyszów. To panna Wanda pierwsza zaświeciła latarkę. Przy niej przerażona szlochająca pani Kińska. Dalej Fred i stryj Karol...
- A Mateusz?... Gdzie Mateusz?
Mateusza niema. Lecz na środku pokoju leży jakaś bezkształtna masa! Den jednym skokiem znalazł się przy nim. Pochylił się nad leżącym. Nie mogło być żadnej wątpliwości!
- Zabity! - wyszeptał.
ROZDZIAŁ II. DWÓR W PODBEREŻU.
Po upływie kilku godzin, Den obudził się spocony i rozbity, jak człowiek, który zasnął dopiero nad ranem, po nocy pełnej niepokoju. Sen taki nie daje ciału wypoczynku, nuży raczej. To też przez długą chwilę zbierał myśli, aby sobie uprzytomnić, gdzie się znalazł. Pochylał się nad nim jakiś siwy człowiek, dotykając lekko za ramię.
- Panoczku... panoczku...
- Kto tu?
- Ja... Służący... Mateusz! Nie poznaje, panoczek? Wczoraj na górę walizki niosłem! Już jedenasta.... Ze śniadaniem czekają...
Teraz dopiero detektyw na dobre otrzeźwiał. Acha, jest w pałacu w Podbereżu, widział w nocy ducha, na dole nań oczekują, przyszedł go budzić Mateusz...
Poderwawszy się szybko z łóżka, podbiegł do umywalni i jął strumieniami zimnej wody oblewać głowę. Później wykonał parę ruchów gimnastycznych i poczuł się silnym i rzeźkim.
Tymczasem stary, pomagając usłużnie, gdy Den nakładał ubranie, mamrotał:
- Zaspał panoczek... Znowu nieczysty spać nie dał... Tfu! jego przeklętego! Toć sam ja ledwie żywy uszedł!.... A prosili my, żeby wielmożny panoczek na parterze się ostał...
Detektyw postanowił skorzystać ze sposobności, zadając parę zapytań.
- Słuchajcie Mateuszu! A przedtem nigdy u was nie straszyło.
Stary żachnął się z oburzeniem.
- Nigdy! Zawsze było cicho! Ja w tym zamku blisko siedemdziesiąt lat żyję! Tu się ja urodził... Panicza, niby pana Alfreda, na ręku nosił... i panienkę. Nigdy nieczysty się nie objawiał! Dopiero od miesiąca! A prosto na człowieka czort nastaje!... Najstarszy pan, stryj panicza, tłomaczy, że to kara Boska. W jakichś książkach wyczytał. Tylko ja...
Mateusz urwał z zafrasowaną miną i znacząco podrapał się po głowie. Ten ruch nie uszedł uwagi detektywa.
- Co i wy?.... - zapytał.
- Jaby panoczku coś powiedział! - nagle zbliżając się do Dena wyszeptał stary: - Tylko... Panoczek naprawdę naczelnik policyjny z Warszawy?
- Prawie naczelnik! - odparł ubawiony i bardziej jeszcze zaciekawiony.
- I przyjaciel naszego panicza?
- Oczywiście...
Mateusz chrząknął, poczem wymówił z namysłem.
- Hm... A panoczek nie powtórzy paniczowi? Bo to musi być sekret! Sprawa ważna, nie żarty...
- Zapewniam was, że zachowam dyskrecję! Mówcie prędko...
- Kiedy...
Stary już poruszał wargami i miał wyrzucić z siebie to, co mu tak ciążyło na sercu, gdy wtem odskoczył od Dena raptownie.
- Sza... Później... Pan idzie...
Detektyw zrozumiał i skinął głową. Choć bardzo niezadowolony, że w najciekawszym miejscu przerwano wyznanie, zmusił się do konwencjonalnego uśmiechu.
W tejże chwili bowiem, na progu ukazała się wysmukła sylwetka Freda.
- Nareszcie, ubrałeś się śpiochu!
- Jak widzisz! - odparł detektyw pozornie wesoło, a myśląc w duchu o przerwanem zwierzeniu Mateusza, mającem pozostać tajemnicą dla Freda. Żałował, że ten przybył o parę minut za wcześnie. Lecz przecież stary sługa nie zginie, później odszuka go i wszystkiego się dowie.
Rzuciwszy mu ukradkiem porozumiewawcze spojrzenie, pośpieszył wślad za gospodarzem.
- Słuchaj! - szepnął Podbereski, gdy schodzili po szerokich, nieco ciemnych schodach. - Przed Wandą o ostatnich wypadkach ani słówka!
- Może i lepiej! - mruknął. - Pocóż siostrę denerwować!
- Musi zachować spokój ducha na wieczór! Obmyśliłem pewien plan... Jeśli się zgodzisz...
- Plan?
- Rychło ci opowiem.... Zaczekaj cierpliwie...
Urwał - znaleźli się już bowiem w olbrzymiej sali jadalnej.
Jadalnia sprawiała imponujące wrażenie. Oświetlał ją szereg dużych weneckich okien i łatwo pomieścić mogła ze sto osób. Na ścianach rodzinne portrety, śród nich porozrzucane wypchane głowy jeleni, bawołów, dzików i żubrów - trofea myśliwskie.
Przy wejściu dwaj rycerze w pełnych zbrojach, trzymający kopje w opancerzonych dłoniach, rzekłbyś ludzie żywi, strzegący domowników przed napaścią. Tu i owdzie ciężki kredens, pełen srebra i kryształów, lub szafa pięknie rzeźbiona.
Gdy Den przystanął na chwilę, podziwiając to urządzenie, rzadko w obecnych czasach dające się napotkać, na jego widok, z za stołu, ginącego wprost w tej olbrzymiej sali, powstała na spotkanie przystojna, dwudziestoletnia panna. Była tak podobna do Freda, że na pierwszy rzut oka każdy rozpoznałby w niej siostrę gospodarza. Też same rysy, jasno niebieskie oczy, złoto blond włosy. Wzrostu wysokiego, znakomicie rozwinięta, o ruchach energicznych - stanowiła idealny typ dziewczyny - sporstmanki.
Wślad za nią uniósł z miejsca starszy mężczyzna również wysoki, choć nieco przygarbiony, o długich siwych włosach i niemniej długiej siwej brodzie, którego oczy zasłaniały okulary w złotej oprawie.
- Moja siostra... i stryj Karol! - wymówił Podbereski, przedstawiając Dena.
Podczas gdy detektyw całował wyciągniętą rączkę panny Wandy i mocno uścisnął dłoń starszego pana, ta zawołała wesoło:
- Co za śpiochy, ci warszawiacy! Doczekać się pana nie mogę! A tak pragnęłam ujrzeć nareszcie naszego, znakomitego Sherlock'a Holmesa.... Mam nadzieję, że spał pan wraz z Fredem znakomicie i nic wam nie zmąciło spoczynku?
- Spaliśmy znakomicie! - z lekkim uśmiechem potwierdził, pomny prośby przyjaciela, a porozumiewawcze spojrzenie, jakie padło z za okularów stryja Karola świadczyło, że został wtajemniczony w nocną przygodę.
Zajęto miejsca przy stole.
Pałaszując znakomite litewskie smakołyki, Den zdawkowo odpowiadał na zapytania, a sama rozmowa, jak zwykle w podobnych bywa wypadkach, toczyła się na obojętne tematy. Więc, "co słychać w Warszawie", co grają w teatrach, czy sejm jeszcze stoi na swojem miejscu. Dopiero, gdy nasycił głód i zapalił papierosa, panna Wanda, zauważyła, jakby nawiązując do interesującego wszystkich zagadnienia.
- Proszę dobrze się najeść, bo obiad będzie późno...
- Ależ pani! - zażartował. - Podobne śniadanie na dwa dni starczy!
- Obiad będzie później!... - uśmiechnęła się, posłyszawszy ten wykrzyknik. - Spodziewamy się gościa... Pozna pan piękną kobietę...
- Piękną kobietę?
- Tak! Pani Mary Kińska, nasza sąsiadka... Zapowiedziała wizytę na piątą. O resztę szczegółów proszę się zwrócić do Freda...
Zerknął na przyjaciela. Podbereski zaczerwienił się mocno. Detektyw zrozumiał, że to zapewne o miejscowy "flirt" chodziło. W sukurs przyszedł pan Karol.
- Pani Kińska - rzekł - jest czarującą osobą, choć zaledwie od paru miesięcy mieszka na kresach. Po śmierci męża, tu niedawno zakupiła mająteczek i w nim lato przepędza... Twierdzi, iż woli widoki Świtezi nad zagranicznie krajobrazy...
- Bardzo to pięknie z jej strony! - oświadczył Den, domyśliwszy się reszty. Romantyczna wdówka, przystojny i zamożny Podbereski, miłość śród litewskich borów, narzeczeństwo, kto wie może marjaż. - Bardzo to pięknie i cieszę się z góry.
Fred nie dał mu dokończyć zdania.
- To ty - zawołał - jesteś tym magnesem, który panią Kińską przyciąga! Tego ci nie raczyła dodać moja kochana siostrzyczka! Bo dowiedziawszy się, że przybywa do nas znakomity detektyw, pragnący stoczyć walkę z duchem, o czem nie omieszkała pod sekretem jej nadmienić Wanda, pani Kińska, bojąca się "strachów" okropnie, postanowiła nas odwiedzić, aby poznać osobiście mojego, głośnego przyjaciela i przyjąć udział w seansie..
- W jakim seansie?
- Zamierzamy, o ile oczywiście nic nie będziesz miał przeciwko temu, urządzić w "djabelskim pokoju" wieczorem seans. Zjemy dobry obiad, wyciągnę parę butelczyn starego węgrzyna, które jeszcze ocalały, a później zrobimy czaty na czarta... Ciekawe, czy się pokaże, przy większej ilości osób... Oto projekt, o jakim ci niedawno wspominałem...
- Ach, tak.... - mruknął Den. - Obawiam się tylko...
Nie dodał, że jest może lekkomyślnością narażać kobiety na niebezpieczeństwo. Bo zjawa, jeśli przybywa, nie lubi żartować. Choć z drugiej strony...
- Najmilszy, panie Den! - zawołała nagle panna Wanda, widząc jego minę. - Wiem czego pan się lęka? Że nie wytrzymają nasze nerwy? Co do pani Kińskiej, nie mam pojęcia, jak się zachowa, za siebie ręczę! Wprawdzie spoczęły na mojej szyi te ohydne palce, - lekki cień przestrachu przemknął po twarzyczce panny - i spotkanie z duchem przypłaciłam chorobą, lecz w pańskiem towarzystwie chętnie zetknę się z nim powtórnie... Nie odmówi mi pan, prawda?
Detektyw z podziwem podniósł oczy na dzielną dziewczynę. Podobna odwaga rzadko spotyka się u niewiast. Po straszliwej przygodzie, powtórnie poszukiwać przygody! Zresztą, nie on tu decydował.
- Czyż mogę odmówić? Jeśli Fred się zgadza.
Podbereski dał mu znak oczami, jakby nadmieniając, że później wszystko wyjaśni.
Tymczasem pan Karol zauważył.
- Dziwi pana, nasza Wandeczka! Cóż, panna kresowa! A trzeba dodać - wskazał ręką na duży portret pięknej, o energicznych rysach twarzy, kobiety w staropolskim kontusiku, wiszący na ścianie, - że matka Wandy - Rysiówna z domu... Z tych Rysiów, których Rzewuski w "Pamiątkach starego szlachcica" opisuje...
- Ależ stryju...
- Nie wstydź się Wandeczko! Powtórzę... Otóż mąż tej damy, która naprzeciw nas wisi, pan strażnik nowogródzki, miał zwyczaj, gdy wychylił kilka kielichów węgrzyna, strzelać do korków swej żony... Zabawa ta nie przypadła do gustu jejmości i trafiła kosa na kamień. Bo, gdy razu pewnego, porwawszy po pijanemu za pistolet brał się do jej wysokich obcasów, ta rzecze mu grzecznie: "jużem raz cię prosiła, żebyć mnie uwolnił od swoich popisów! Strzelaj, gdzie chcesz, a korków mi nie psuj!" - "Jeszcze raz ostatni pozwól, kochanko, wypróbować moich pistoletów". Ale ta porwała drugi pistolet, na skrzynce leżący i odwiódłszy kurek, woła: "Słuchaj, Karolku! Jeśli mi korka wybijesz, to ja ci natychmiast takim sposobem pas rozwiążę!" Pan strażnik myślał, że to żarty. Pali do pięty jejmości i w sam korek. Ale pani strażnikowa, nie wiele myśląc, jak da ognia ze swojego - w samej istocie pas mu rozwiązała... Pan Strażnik pochwalił zgrabność żony, rączki ucałował i odtąd był rozejm z korkami... Oto jaki charakter miała prababka Wandeczki... i ona taka sama...
- Przestańże mnie wychwalać, stryjku! Zapłoniła się panna powstając z krzesła. Czasem noszę wysokie obcasy, na szczęście, nikt mi ich nie wybija... Ale, zaręczam, że dziś wieczorem za plecy pana Dena się nie schowam... Więc zgoda? Zostajemy dopuszczone do seansu?
- Oczywiście! - wymówił, bez wielkiego zachwytu detektyw, również powstając z miejsca.
- Może powziął pan inny projekt?
- Nie mam żadnego!
- Znakomicie! - zawołała z widocznem zadowoleniem. - Inaczej czułabym się pokrzywdzona, a tak cieszyłam się na walkę z djabłem przy pańskiej pomocy! Winnam mu rewanż za siniaki!
- Pewnie...
- Obecnie pozostawię was samych... Zanim zetknę się z czartem powtórnie, muszę nieco pomyśleć o gospodarstwie...
Gdy ucichł odgłos oddalających się kroków panny Wandy, detektyw wymówił przyciszonym głosem do Freda.
- Dzielną masz siostrę! Lecz czy nie jest to pewną lekkomyślnością, zabierać ją wraz z panią Kińską na dzisiejszy eksperyment, po wczorajszych doświadczeniach?
Stryj Karol skinął głową. Podbereski jął żywo tłómaczyć.
- Zrozum, znalazłem się w położeniu bez wyjścia. O twoim przyjeździe, zapowiedzianym od tygodnia, wiedziały zarówno Wanda, jak i moja narz.... to jest chciałem powiedzieć, pani Kińska... Obie cieszyły się bardzo, iż cię poznają i wraz z tobą zbadają niezwykle zjawiska...
- Niestety - mruknął - gość z zaświatów nie posiada i dla mnie wielkiego respektu. Raczej pragnie walki...
- Lecz, przez tydzień, przed twoim przyjazdem panował spokój! Wprost nie mogłem paniom odmówić i się wykręcić! Szczególniej Wanda nie ustąpiłaby nigdy! Musimy je z sobą zabrać... Dlatego tylko prosiłem, abyś nic nie wspominał o tem, co zaszło w nocy, nie chcąc silniej podniecać nerwów siostry. Co się zaś pani Kińskiej tyczy? Może uda się namówić, żeby pozostała na dole... Boi się bardzo... O ile nie zechce, wątpię czy przy tylu osobach niebezpieczeństwo będzie groźne.
- Któż ma być?
- Nas czterech mężczyzn... Ty, stryj Karol, Mateusz i ja... Pozatem panie...
- No... tak!... - bąknął detektyw, myśląc, że niewiasty uda się szczególniej osłonić.
- Ostatnia to moja próba! - oświadczył nagle Fred z rozdrażnieniem, stanowczo. - Jeśli dziś nic niezwykłego nie nastąpi, namówię Wandę, aby wyjechała do pani Kińskiej i rozpoczniemy sami poszukiwania. Jeśli zaś poczną się dziać djabelstwa, nie wiem co zrobię. Zburzę pałac, sprzedam majątek...
Pan Karol ciężko westchnął. Również i Dena ogarnął smutek niewytłomaczony. Dziwne miał przeczucie, że wieczorem coś strasznego musi nastąpić. Mimowolnie, na wspomnienie wczorajszych wypadków, ogarniało go drżenie, które z trudem opanowywał. Te oczy, wlepione z szatańską nienawiścią... Brr...
- I ja was opuszczę - dodał, uspokoiwszy się nieco Podbereski. - Gospodarstwo czeka! Musi cię zabawiać stryj Karol... A może udasz się teraz na krótki spoczynek, aby być wypoczętym na wieczór...
- Nie krępuj się mną! Nie czuję zmęczenia! - odparł Den, ściskając rękę przyjaciela.
Pozostał sam na sam ze starszym panem.
Przez otwarte okno wpadały potoki ciepłego majowego powietrza. Dzień zapowiadał się upalny. Zdala widać było parę psów, leniwie wylegujących się na trawniku, oraz dobiegało kłótliwe gdakanie kur i gniewne bulgotanie indyków. Dokoła tyle było życia, ciepła i wesela, że doprawdy zestawiając rozsłoneczniony krajobraz z ponuremi opowieściami i niesamowitą nocną przygodą, wydawało się, iż "tamto" jest tylko złym snem, potworną fantazją od rzeczywistości daleką.
Detektyw, w milczeniu, rad, iż pogodny obraz przyrody, koi podniecone nerwy, palił papierosa.
- Cóż pan o tem wszystkim sądzi? - pierwszy przerwał ciszę pan Karol.
Skrzywił się mimowolnie. Wciąż zadawano mu to samo pytanie, na które niezwykle ciężko było znaleźć odpowiedź.
- Dotychczas, nic! - odparł wymijająco. - Oczekujmy dalszego biegu wypadków.
- Hm.. - mruknął stary Podbereski. - Spodziewa się pan wiele po dzisiejszym seansie...
- Bo ja wiem!
- Może ma pan rację! W każdym razie dziś już jeden fakt ustalić można bezspornie!
- Mianowicie!
- Że wypadki, które zachodzą nie są dziełem rąk ludzkich!
- Mm... no... chyba! - skrzywił się jakoś nieokreślenie detektyw.
- I odnośna literatura daje nam podobnych zjawisk liczne przykłady!
Teraz dopiero przypomniał sobie Den, że pan Karol miał być zagorzałym okultystą.
- Przykłady? - powtórzył.
- U autorów z odnośnej dziedziny napotykamy ich wiele! Jak panu może wiadomo, zajmuję się oddawna okultyzmem i cała ta literatura nie jest mi obca... Przestudjowałem ją, powtórnie dokładnie w związku z ostatniemi wypadkami... Więc słynny uczony francuski Flamarion oraz włoski profesor Bozzanno, którzy poświęcili się badaniom t. zw. "nawiedzeń" czyli ukazywania się duchów w starych domostwach, wysuwają nawet teorję "monoideizmu"...
- Monoideizmu?
- W myśl tej teorji, każdy człowiek, szczególniej umierający śmiercią gwałtowną, zabiera ze sobą na tamten świat jakąś ostatnią myśl, którą pragnie jeszcze z zagrobu wykonać... Tedy Flamarion cytuje przykład matki, która ukazywała się wielokrotnie po śmierci, aby sprawdzić, czy należycie opiekowano się jej małem dzieckiem, w ten to sposób czuwając nad swą córeczką... Kiedyindziej znów pojawiał się zmarły, chcąc wskazać rodzinie, gdzie pozostawił ukryte papiery i pieniądze, których brak przyprawiał krewnych o niedostatek, lub kłopoty...
- Bardzo pięknie! - przerwał Den, gdyż sam ongi czytał o podobnych niezwykłych przykładach. - Bardzo pięknie i wierzę Flamarionowi na słowo... Lecz w wypadkach, jakie szanowny pan, cytuje, mamy do czynienia ze zjawiskami nadprzyrodzonemi, przechodzącemi nasze pojmowanie, lecz te zjawiska noszą łagodny charakter... Tymczasem w Podbereżu.
- Jeszcze nie skończyłem! - odrzekł starszy pan, powoli zapalając papierosa. - Wnet wyjaśnię wszystko! Ostatnią myślą, jaką człowiek na tamten świat zabiera może być nie tylko pragnienie skomunikowania się z pozostawionemi tu ukochanemi osobami, celem dopomożenia im w ten, czy inny sposób... Może również być gniew, nienawiść, chęć zemsty...
- Chęć zemsty?...
- Sporo naliczyć możemy straszliwych przykładów! Wymieniony przezemnie prof. Bozzano opisuje, jak zamordowany przybył, aby wskazać swego mordercę!.. Czasem zjawy wprost próbowały same sobie wymierzyć sprawiedliwość na swych wrogach, lub tych, kogo poczytywały za przyczynę ziemskich przykrości... W Warszawie więc, w jednym z mieszkań przy Placu Zbawiciela, zajmowanem przez rodzinę fabrykantów F., pojawiło się groźne widmo, usiłujące parokrotnie udusić córkę państwa F.... Widmo owo było upiorem inżyniera W., który odebrawszy sobie życie naskutek dość lekkomyślnego postępowania panny F. - w ten sposób usiłował dokonać zemsty z za grobu...
- Dziwne? Nie słyszałem!... - mruknął detektyw.
- Rodzina starannie zataiła prawdę, obawiając się kompromitacji! Widzi pan teraz, iż teorja głosząca o "monoideizmie" nie jest bez podstaw. Agonja, zmącona uczuciami nienawiści - grozi zamienieniem zmarłego w złośliwego ducha, w demona!... Oto wytłumaczenie niebezpiecznych objawów, jakie tu, w pałacu zachodzą...
- Ach, rozumiem! - zawołał Den pojmując dokąd pan Karol zmierza. - Ale przecież w rodzinie Podbereskich..
- Również zaszły pożałowania godne wypadki... Dawno, coprawda!... Nie wiedzą o nich nic ani Wanda ani Fred... Lecz ja trafem, grzebiąc w starych kronikach, natrafiłem na ślad okrutnej zbrodni...
- Zbrodni?
- Jeden z naszych przodków, w końcu XVII w., Symeon Podbereski, był panem wielce porywczego charakteru. Pałał śmiertelną nienawiścią do niejakiego Surewicza, zadzierzystego szlachetki, który miał go na jakimś sejmiku obrazić... Porwał on przez swych ludzi, owego Surewicza i zamordował w czasie kłótni, w tym właśnie pokoju, w którym obecnie objawy się dzieją... Wisi tam nawet do dziś portret Symeona. Gwałt zatuszowano, gdyż w dawnej Rzeczypospolitej magnatom wiele uchodziło bezkarnie... Rodzinie zamknęły usta dwa piękne folwarki... Ale nieszczęsny Surewicz zmarł w męczarniach... Mojem tedy zdaniem, widmo jego poszukuje obecnie satysfakcji na potomkach swego oprawcy!
- Ach, tak... - wykrzyknął detektyw. - Z punktu widzenia pańskich teorji mielibyśmy "nadprzyrodzone" wytłumaczenie sprawy! Tylko, czy nie zechciałby pan jeszcze wyjaśnić, czemu zjawa Surewicza, nie niepokoiła nikogo przez stulecia, a teraz mści się, na tych, którzy nawet nie wiedzą o jego istnieniu?
- To właśnie zagadnienie należy do najgłębszych tajemnic okultyzmu i nie znajdują na nie chwilowo odpowiedzi! Duchom jest dane czasem ukazywać się dopiero po bardzo długim okresie czasu! Może nastąpiły jakie specjalnie okoliczności, ułatwiające zjawie materjalizację...
Den powstał z miejsca.
- Bardzo cenne są te wiadomości - wyrzekł poważnie. - Duch zamordowanego pragnie z kolei mordować! I mnie włączył do liczby swych wrogów! Ano, zobaczymy...
- Skoro pan wątpi, mogę jeszcze coś nie coś zacytować z dziedziny spirytyzmu. Zaręczam, że z nadprzyrodzonym mamy do czynienia przeciwnikiem...
- Wcale nie wątpię!... Nadprzyrodzony przeciwnik... Co zaś się innych przykładów tyczy, chętnie innym razem posłucham. Teraz, w rzeczy samej, czuję się nieco znużony, radbym przed "seansem" wypocząć...
- Oczywiście! - mruknął pan Karol, nieco rozczarowany, iż Den nie jest ciekaw dalszego wykładu. - Oczywiście... Należy się panu wypoczynek...
Ale detektyw, opuściwszy starszego pana bynajmniej nie udał się do swej sypialni, na górę. Wprost przeciwnie. Skręcił szybko na taras i znalazł się w ogrodzie.
Dość miał tych niesamowitych historji, dość tych okultystycznych opowiadań. Rodzinne podania? Chwilowo nie był ich ciekaw. "Nadprzyrodzony" wypadek przedewszystkiem należy usiłować w zwykły sposób rozwiązać. A jeśli dłużej posłuchałby gawęd starszego pana, opuściłaby go i tak nadwątlona moc ducha, a nerwy odmówiłyby ostatecznie posłuszeństwa. Z tej atmosfery niesamowitości i grozy należało za wszelką cenę się otrząsnąć.
Długo błądził Den po cienistych alejach parku pod gęstem sklepieniem stuletnich dębów. Przechadzka przyniosła pożądane ukojenie. Śród drzew rozlegało się wesołe ćwierkanie ptaków, a ciepły wiaterek donosił z pola odgłos piosenek, nuconych przez dziewczęta, zaprzątnięte przy pracy. Z zieleni radośnie wychylały główki kwiaty...
- Tam do licha! - zawołał prawie głośno. - Ja, Den, miałbym się lękać? - Nigdy...
Żwawym krokiem powrócił przed pałac. Parokrotnie okrążył wielki klomb, znajdujący się przed tarasem, wszedł w przyjaźń z jednym z psów, wylegujących się na trawniku - tym może, który również odwiedził "straszliwą komnatę", poczem niby od niechcenia skierował się w stronę oficyn.
Zdala dojrzał tego, którego właściwie szukał. Mateusz stał w oknie i zawzięcie wycierał półmiski serwetką.
- Mateuszu! - szepnął, równając się z nim - idę na górę!
Stary zrozumiał i lekko skinął głową. Den, spełniwszy swe zadanie, zawrócił i szybko podążył na pierwsze piętro. Wnet posłyszy "rewelacje".
Wszedł prosto do "djabelskiego pokoju", sąsiadującego z sypialnią i tam przystanął.
Pokój, za dnia wydał mu się mniej ponury. Słońce dotarło do najdalszych zakątków, odbierając komnacie niesamowity i przykry charakter.
Den postanowił, zanim nadejdzie Mateusz, raz jeszcze wszystko zbadać.
Pomimo jednak, że opukiwał wyjętym z kieszeni młoteczkiem ściany, że zajrzał do kominka, odsuwał meble, zdejmował ze ściany obrazy, czołgał się po podłodze - znów nie mógł wykryć nic podejrzanego. Wszedł nawet do wewnątrz wielkiej gdańskiej szafy, tam poszukując potajemnego przejścia - daremnie! Wreszcie przystanął przed dużym portretem wmurowanym w ścianę. Wyobrażał on mężczyznę o dumnym zawziętym wyrazie twarzy, w pancerzu, którego dłoń spoczywała na obnażonym mieczu. U góry po łacinie napis: Simeonus Podbereski i herb z mitrą książęcą, taką bowiem odznakę posiadali Podberescy, choć nie używali tytułu.
Den wspominał opowiadanie stryja Karola.
- Więc to ty może - mruknął - któremu przypisują dzisiejsze przykrości, ukrywałbyś sekret?
Lecz najszczegółowsze oględziny obrazu, nie dały rezultatu.
Zniechęcony, powrócił do sypialni i otworzył walizkę. Tam znajdował się jeden sekret, za pomocą którego zamierzał wieczorem sprawdzić istotną "naturę" ducha.
Może....
- Jestem, panoczku! - zabrzmiał tuż za nim głos.
Drgnął. Na progu stał Mateusz. Dzięki filcowym pantoflom, jakie miał na nogach, nadszedł prawie bez szmeru.
- Ach, to wy, Mateuszu! - zawołał Den zdziwiony nieco, dając mu znak, aby się zbliżył. - Tak wchodzicie po cichu, jak byście chcieli mnie podglądać!...
- Ja podglądać?... Żarty, panoczku... Takie mam pantofle...
- Hm... Mieliście coś mi w zaufaniu powiedzieć, ale nam przeszkodzono...
- Tak... Ważne...
- Więc...
Stary jął szeptać.
- Jaką? Panią Kińską? - domyślił się detektyw.
Mateusz skinął głową.
- Panoczek wie? Pani Kińska! Wielki sekret przed naszym panem?
- Dlaczego?
- To zła kobieta!
- Gadajcie wyraźnie! - żachnął się Den, nie wiele rozumiejąc z tych półsłówek. - Co pani Kińska ma wspólnego z duchem?
- Hm... z duchem...
Służący zrobił znaczącą minę...
- Bo nasz panicz...
- Mateuszu! - Mateuszu! - rozległo się nagle głośne wołanie.
- A psia krew! - mało nie zaklął Den głośno, ale się opamiętał.
- Mateuszu! - donośnie brzmiał głos pana Karola z korytarza, który w poszukiwaniu za służącym tam się znalazł. - Schodźcie w tej chwili na dół, jesteście potrzebni...
- Już lecę... - odparł stary rzucając Denowi jakieś niezrozumiałe spojrzenie i wybiegł z pokoju.
Detektyw zagryzł ze złości wargi. Poraz drugi przerywano zwierzenia. Lecz Mateusz nie szpilka, zdoła go odszukać. Coprawda, coraz mniej poczynał mu się podobać służący. Te niespodziewane wejście, jakby pragnął śledzić, te wykrętne dziwne odpowiedzi...
Niezrozumiałe! Ale przecież sam Mateusz pragnął o czemś wyznać?
Niestety, nic już od niego się nie dowiedział!
ROZDZIAŁ I. NIESAMOWITE WYPADKI.
- Śpij spokojnie i nie przejmuj się zbytnio tem, co ci opowiedziałem! - rzekł Fred ściskając na pożegnanie rękę detektywa.
Den pozostał sam.
Słabo migotała na nocnym stoliku świeczka. Przez otwarte okna płynął zapach drzew lipowych i kwiatów, a zdala dobiegało rechotanie żab, poszczekiwanie psów - odgłosy tak charakterystyczne dla wiejskiej letniej nocy.
Zasadniczo, Den nie był wielkim zwolennikiem wsi. Gdy siedział w mieście, marzył czasem, by znaleźć się śród pól i łąk, kiedy jednak śród nich się znalazł, rychło tęsknił za gwarem i zgiełkiem stolicy. To też nie lada użyto magnesu, aby detektywa ściągnąć na kresy, do tego wielkiego pałacu. Przynęta była silna i teraz jeszcze wspominając, co mu opowiadał Fred w Warszawie, jak również powtarzał przed chwilą, pokiwał głową.
- No... no... dziwy...
Mimo długiej drogi i zmęczenia, nie czuł senności. Sięgnął po papierosa, zapalił go i głęboko zaciągnął się dymem. Dym snuł się spiralnie, przybierając kształty cudaczne, kształty widm i upiorów, rozpływających się powoli.
- Same duchy! - przyszła refleksja i znów uśmiechnął się lekko.
Istotnie, pokój, jaki przeznaczono dla Dena, sprawiał niesamowite wrażenie. Duży, o sklepionym suficie, przypominał refektarz klasztorny. Rzecz zrozumiała, sam pałac a raczej zamczysko wybudowano w końcu XVII w., przystosowywując dopiero za czasów Stanisława Augusta do wymogów bardziej współczesnych. I o ile - jak pobieżnie po przyjeździe zdążył zauważyć, parter uległ gwałtownej przeróbce a stare komnaty przekształcono w szereg salonów - o tyle pierwsze piętro nosiło jeszcze charakter kresowych zameczków. Pełno tam było wnęk, zakamarków, drzwi, zręcznie w murach poukrywanych... Dziwne wrażenie potęgowało to jeszcze, że komnaty na górze były porządnie zaniedbane, a stare stylowe meble pokrywały warstwy kurzu. Obecni właściciele, nie korzystali z nich prawie, ograniczając się zamieszkiwaniem parteru i stały one przeważnie zamknięte. Dla Dena wyporządkowano "refektarz" i to dzięki usilnym prośbom detektywa, gdyż...
Wyraźnie prosił, aby go tam umieszczono.
To też teraz, nie mogąc, zasnąć, błądził wzrokiem po tonącej w mroku komnacie, ledwie oświetlonej słabym blaskiem stojącej na stoliczku obok świecy, w wysokim srebrnym lichtarzu. Z kątów wyzierały duże szafy i meble w stylu Ludwika Filipa, a z poczerniałych ram spoglądali nań jacyś patryjarchowie o siwych brodach i rycerze w ciężkich pancerzach. Spoglądali ni to ciekawie, jakby zdziwieni obecnością intruza, ni to z ostrzeżeniem.
Wodząc machinalnie wzrokiem po tych konterfektach, Den wspominał okoliczności, jakie go tu przywiodły.
Den znał Freda Podbereskiego dość dawno. Znał a nawet lubił bardzo, choć znajomość ta uległa dłuższej przerwie. Zresztą, trudno było nie lubić Freda. Posiadał on jedną z tych szczerych, serdecznych i uczynnych natur, jakie w naszych czasach powszechnego chamstwa i sobkowstwa stają się coraz rzadsze.
Zetknęli się przed laty, gdy Fred, nie mogąc jeszcze powrócić do zdewastowanego przez inwazję bolszewicką majątku, zamieszkiwał w Warszawie - a Den rozpoczynał zawód detektywa. Zetknęli się z powodu jakiejś błahej sprawy - bodaj kradzieży u jednej z kuzynek Freda - którą to kradzież Den wykrył błyskawicznie. Odtąd oficjalny stosunek przeszedł w zażyłość. Podbereski, pociągnięty romantycznym zawodem detektywa, pełnym niebezpieczeństw i przygód niezwykłych, jął odwiedzać go często. A że sporo nocy przegawędzili przy butelce, poufałe "ty" przypieczętowało tę przyjaźń.
Później Den stracił Freda z oczu.
Podbereski, powróciwszy do majątku, starał się usilną pracą, załatać tam poczynione przez zawieruchę wojenną uszczerbki w fortunie, rzadko odwiedzając Warszawę. Przyjaźń ich, nie podsycana listami, zamierała powoli, przechodząc w zapomnienie. Ludzie dziś są zbyt leniwi, aby pisywać do siebie nawzajem i bezpowrotnie minęły czasy pani Hańskiej i Balzac'a, gdy dziesiątki lat kochano się na odległość listownie.
To też wielce zadziwił się detektyw i ucieszył, kiedy przed tygodniem odwiedził go Fred.
Na pierwszy rzut oka nie zmienił się wcale, jakby tylko spoważniał. Licząc blisko trzydziestkę - wyglądał nadal, niczem młodzieniaszek - szczupły, gibki i wysoki. Jasno blond włosy w nieładzie spadały mu na czoło, ogorzała bez zarostu twarz, świadczyła o bliskiej znajomości z nadniemeńskim wichrem. Jeno oczy, zazwyczaj patrzące na świat wesoło, przysłaniał cień zadumy.
Po pierwszych gorących słowach powitania, kiedy obaj na chwilę umilkli, Den jął dociekać w duchu, jaka to przyczyna sprowadzić doń mogła przyjaciela, bowiem przyjaciele, po latach, rzadko zjawiają się bezinteresownie. Podbereski, rzekłbyś, wyczuwszy te myśli, nieco zażenowany począł.
- Hm... Właściwie nie ładnie z mojej strony, że dotychczas nie dałem znaku życia... Ale zrozum... Na wsi pracy moc... człowiek zajęty od rana do wieczora...
- No... tak... rozumiem... - poświadczył detektyw przez grzeczność, z leciutkiem odcieniem ironji.
Odcień ten nie uszedł uwagi Freda. Nie umiał on długo udawać, to też żywo zawołał:
- Słuchaj! Co tu mam cię obełgiwać! Nicpoń jestem i kwita! Sto razy, kiedy byłem w Warszawie, wybierałem się do ciebie i wiecznie coś stanęło na przeszkodzie... Obecnie...
- Obecnie - przerwał, uśmiechnąwszy się Den - przychodzisz, bo masz sprawę do mnie! Niema karesu, bez interesu... Mów krótko... Kradzież? Szantaż? Napad?
Również i Fred roześmiał się na tak szczere postawienie kwestji przez detektywa. Przecząco jednak potrząsnął głową.
- Nie neguję - rzekł - że sprowadza mnie pewna sprawa... Bardzo się wstydzę i postaram się w przyszłości poprawić i cię przebłagać... Ale nie jest to żadna z tych, któreś wymienił.
- Więc? - zapytał, zaciekawiony Den.
Fred nagle wypalił.
- Mój drogi! Czyś ty kiedyś zajmował się okultyzmem, spirytyzmem i podobnemi djabelstwami?
Detektyw spojrzał zdumiony na przyjaciela.
- Owszem - odparł - czytałem wiele dzieł z tej dziedziny... Lecz nie pojmuję, co to może mieć wspólnego z moim zawodem?
- Właśnie, że ma i bardzo wiele... Bo, wyobraź sobie, u nas, w Podbereżu, dzieją się takie rzeczy, że doprawdy ludzkie pojęcie... przekracza.
- No... no...
- Widzę, uśmiechasz się ironicznie... Ja również, do niedawna byłem niedowiarkiem...
- Tedy duchy, zjawy i w tym rodzaju awantury? - zapytał Den żartobliwie, a gdy Podbereski skinął głową, dodał - wierz mi, ilekroć w praktyce z podobnemi "zjawiskami" miałem do czynienia, dawały się wytłómaczyć w daleko naturalniejszy sposób..
Fred aż podskoczył na swem miejscu.
- Dlatego właśnie przybiegłem do ciebie!... Ty taki zimny, o stalowych nerwach, opanowany, może prędzej coś zrozumiesz z tej historji i nam dopomożesz, bo my nie wiemy już sami, co czynić...
- Zapal papierosa i zacznij od początku! - oświadczył detektyw, wyciągając srebrną, pokrytą monogramami papierośnicę. - Chętnie posłyszę opowieść o czartach...
Po drżeniu palców przyjaciela, gdy ten wyjmował papierosa, poznał, jak wielkie jest jego podniecenie.
- Zacznę więc od początku - jął mówić Fred, głęboko zaciągnąwszy się dymem. - Od początku.... Jak wiesz, w naszym majątku, Podbereżu, znajduje się duży pałac, który czasem nawet zwą zamkiem, gdyż zachowała się jeszcze stara baszta... Zamieszkujemy tam, rodzice przed wojną umarli - moja siostra, ja i stryj Karol... brat nieboszczyka ojca.. nie licząc kilku osób ze służby. Wychowałem się wraz z moją siostrą w tym zamku od dziecka i nigdy nic podejrzanego nie zauważyłem... Zaczęło się dopiero od miesiąca...
- Co się zaczęło?
- Stryj Karol jest zwarjowany na punkcie okultyzmu! Odkąd, utracił swój majątek, zamieszkał z nami, wciąż powtarzał, że "wyczuwa", iż w pałacu "straszy". Twierdził, iż w nocy słyszy szmery, dziwne stąpania, ba, nawet widzi niezwykle światełka...
- Zwykłe halucynacje?
- I ja tak z początku sądziłem, śmiejąc się porządnie ze stryja! Bez żadnego respektu wydrwiwałem jego stare księgi, przeróżnych Agrippów, Paracelsów i Lewich, w których wciąż siedzi zatopiony, mniemając, że pod ich wpływem ulega urojeniom...
- Rzecz oczywista!
- Zaczekaj! Rychło jednak zmuszony byłem uznać, że nie wszystko złożyć się da na karb wyobraźni.
- Ciekawe? - mruknął detektyw, nadal ironicznym tonem.
- Z kolei, poczęła opowiadać o strachach, Wandzia, moja siostra... A wiesz... Wanda, to niewiasta kresowa! Niemal nie zsiada z konia, wiecznie ugania się z psami po polach, dobrze umie się obchodzić i z browningiem i z dubeltówką i byle czem jej nie nastraszysz! Otóż, abyś dobrze zrozumiał całą historję, muszę ci opisać rozkład naszego pałacu. Dół zajmuję ja wraz z siostrą i służbą, pierwsze piętro składa się z długiego korytarza, a po obu stronach znajdują się pokoje. Dotychczas rzadko, który nasz gość tam nocował i sami nazywaliśmy górę muzeum, ze względu na zapełniające komnaty stare sprzęty i obrazy. Kiedy sprowadził się do nas stryj Karol, zajął dwa pokoje po lewej stronie korytarza, to choć przedtem, ani my, ani odwiedzające nas osoby, nie zauważyły nigdy zjawisk niezwykłych - mimo, że i o naszym pałacu, jak i o każdym starem domostwie krążą różne legendy - jął twierdzić z całą stanowczością, że w komnatach naprzeciw po prawej stronie "straszy" i że objawy te biorą swój początek, w pokoju ostatnim w głębi korytarza... Wtedy Wanda, chcąc sama sprawdzić, ile prawdy zawiera opowiadanie stryja, postanowiła tam zanocować. Pierwszej nocy posłyszała jakby brzęk, ciągnionych po korytarzu ciężkich łańcuchów... Wypadła ze światłem na korytarz, nie spostrzegła nikogo, tylko w tejże chwili wraz z nią wyjrzał i stryj Karol... I jego obudziły niesamowite hałasy... Więc nie halucynacja!
- Hm... - mruknął detektyw, pocierając ręką po czole. - Dziwne...
- Prawda? Ale to dopiero początek! Wnet ci włosy staną dęba na głowie! Podobno, jestem odważny lecz... Słuchaj dalej... Wanda nie bardzo jeszcze przejęła się tym wypadkiem, żartując nazajutrz, że ulegli wraz ze stryjem nerwom, lub, że stryj chciał ją nastraszyć i sam czemś włóczył po korytarzu... Śpi tedy drugą noc. Nagle zostajemy obudzeni przeraźliwym krzykiem. Biegnę wraz ze służącym, starym Mateuszem, na górę i widzę, że do przeklętego pokoju przed nami również spieszy stryj Karol, blady i drżący... Wpadamy. Wanda leży na łóżku zemdlona i udało się nam ją docucić z wielkim trudem... Długo bełkotała słowa bez związku, wodząc po nas błędnym wzrokiem i wskazując na swoją szyję, na której widniały jakieś znaki. Wreszcie, gdyśmy ją znieśli na dół i zajaśniały pierwsze blaski słonecznego poranka, jęła nieco się uspakajać. Jej przygoda jest nie do wiary! Otóż leżąc w łóżku, rozbudzona w oczekiwaniu, czy nie powtórzą się wczorajsze hałasy, doznała nagle dziwnego wrażenia, że nie znajduje się sama w pokoju. Zrywa się, tedy, z posłania z browningiem w ręku i nic podejrzanego wyśledzić nie może. Ale nagle bez wszelkiej przyczyny, bo okna były zamknięte, gasną dwie świece, znajdujące się przed nią na nocnym stoliku i czuje silny lodowaty powiew, jaki je zgasił... "Kto tu?" - woła przestraszonym głosem, nie otrzymując odpowiedzi... Natomiast w ciemnościach widzi jakby kontur ludzkiej głowy, a w nim wielkie ogniste oczy, patrzące z niewypowiedzianą nienawiścią... Wanda chce się poruszyć, podnieść broń gotową do strzału - nie może - owe straszliwe ślepia hypnotyzują ją, przyprawiając o całkowity bezwład, jak wzrok węża, upatrzoną na łup ptaszynę... Zbliżają się napawając cierpieniem ofiary... I wtem - opowiada Wanda - poczuła zimne kościste palce niczem palce kościotrupa, błądzące powoli po jej ciele... Pod ich wpływem rewolwer wypadł z bezsilnej dłoni na łóżko, a one, jak macki okropne, pełzły wzdłuż piersi do gardła.... a spocząwszy na gardle poczęły dusić... Sama nie wie, jak wyrwał się jej ów okrzyk przerażenia, gdyż poprzednio głosu z siebie nie mogła wydobyć...
- Nadzwyczajne! - zawołał Den, nie wiedząc co sądzić o posłyszanej opowieści. - Na własne oczy widzieliście te znaki?..
- Tak, jak ciebie widzę! - odparł Fred. - Cztery sinawo czerwone plamki, pochodzące najwyraźniej od jakowegoś uścisku... Wanda, wesoła i żywa jak ogień, po dziś dzień nie może przyjść do siebie... Działo się to mniej więcej tydzień temu... Oczywiście po tym wypadku nie próbowała nadal nocować na górze... Na dół, mimo całego zamiłowania do okultyzmu, sprowadził się i stryj Karol...
- Powiadasz, działo się to przed tygodniem? A od tej pory nie zaszły żadne niezwykłe wypadki?
- Czekaj, jeszcze nie koniec... Po historji z Wandą, gdy i stryj nie chciał dalej w swoim pokoju zamieszkiwać, zadecydowałem sam wszystko sprawdzić osobiście...
- No i cóż? - teraz dopiero Den wydał się poruszony.
- Nareszcie cię zajęło! - uśmiechnął się lekko Podbereski widząc z jakim zainteresowaniem detektyw łowi jego słowa, podczas gdy na początku przysłuchiwał się dość obojętnie - zaraz się dowiesz... Pragnąc więc sprawdzić osobiście, postanowiłem nocować wraz ze starym Mateuszem, w owym pokoju, ostatnim po prawej stronie korytarza, w którym nocowała Wanda, a w jakim wedle naszych rodzinnych podań, miało ongiś zostać popełnione morderstwo... Uzbroiwszy się dobrze i zabrawszy ze sobą psa, dużego wilka, poustawialiśmy po rogach pokoju świece, oczekując co dalej nastąpi... Zapomniałem ci dodać, że te djabelstwa dzieją się w nocy wyłącznie, w dzień nic tam nie zauważysz... Czekaliśmy nie długo... skoro tylko wybiła północ, - świece, a było ich coś z dziesięć, zgasły, zdmuchnięte przez niewidzialne usta, a przed nami zajaśniały straszliwe oczy, o których opowiadała Wanda... Pies ze skowytem uciekł pod łóżko... W owych oczach było coś tak potwornego, że ja który dotychczas sądziłem o sobie, że nie znam uczucia lęku, wystrzeliwszy parokrotnie na oślep - uciekłem, krzycząc nieludzko z pokoju.. Za mną, ze skowytem pies... Powróciwszy po chwili z pozostałą służbą i światłem odnaleźliśmy zemdlonego na podłodze Mateusza: żadna krzywda na szczęście mu się nie stała i na jego ciele nie znaleźliśmy znaków, ani ran. Zemdlał ze strachu jak Wanda i dopiero udało się go docucić po dłuższych zabiegach... Od tej pory przeklętą górę zamknąłem na cztery spusty i nikomu nie pozwalam zaglądać do komnat... Czasem, wydaje się nam, że dobiegają ztamtąd jakieś jęki, czy brzęk włóczonych łańcuchów...
Sam zaś przybyłem do ciebie, żebyś nas ratował, bo w obecnym stanie rzeczy, siostra moja nadal nie chce zamieszkiwać w pałacu i jeśli tak dalej pójdzie zmuszony będę za bezcen sprzedać majątek... Teraz, kiedy wiesz wszystko - radź! Mów, co o tem sądzisz?
Zaległa chwila milczenia. Trudno było Denowi dać natychmiast odpowiedź.
Den zastanowił się. Nie wątpił, że Fred nie zmyśla. Również, dobrze znając Freda wiedział, że nie uległ on halucynacji. Lecz w trzeźwym umyśle detektywa wprost nie mieściły się podobne wypadki. Czytał wprawdzie w odnośnej literaturze o różnych przykładach zjawisk nadzwyczajnych, niedających się w sposób normalny wytłómaczyć, słyszał nawet w Warszawie o "strachach" i przy ulicy Mokotowskiej i Emilji Plater i Bagateli, tamte jednak objawy miały odmienny charakter. Ale ta cała historja o starem zamczysku z groźnemi i niebezpiecznemi zjawami, wydawała mu się nadto fantastyczna. Z drugiej zaś strony, któż miał w tem cel, aby straszyć Freda.
- Hm... - mruknął, po chwili dłuższego namysłu, machinalnie kreśląc jakieś kółka na leżącym przed nim papierze, jakto było w jego zwyczaju, gdy zastanawiał się nad czemś głęboko. - Dziwne... bardzo dziwne... Cóż właściwie ja wam mogę poradzić? Ani na sekundę, nie wątpię w prawdziwość twoich słów.. Również nie wątpię, że nie uległeś przywidzeniom... Niema podstawy sądzić, że który z domowników umyślnie figle urządza.
- Wykluczone! Ładne figle! Przysięgam ci, iż żaden człowiek nie potrafiłby zainscenizować takich objawów...
- Tembardziej... Jakaż więc będzie moja pomoc? Zwróć się raczej do metapsychików, badaczy objawów niezwykłych...
Fred jął protestować gwałtownie.
- Nie... nie... - zawołał. - Ty jeden dodasz nam ducha, wytłomaczysz, co to wszystko oznacza! Nie pragnę wtajemniczać obcych i wywoływać dokoła naszej rodziny niezdrowej sensacji... Zresztą... Stryj Karol niby to jest okultystą, a uciekł pierwszy... Nie odmawiaj... Przyjedź do nas...
A gdy detektyw nieokreślenie potrząsnął głową, dalej nalegał.
- Potraktuj to, jako odwiedziny u nas, jako krótki wypoczynek na wsi... Dawno zamierzałem cię zaprosić i nie gniewaj się, że tak późno przychodzi zaproszenie... Błagam, przyjedź!... Toć my wszyscy tam, dostaliśmy już niemal pomieszania zmysłów, ja sam czasem poczytuję siebie za warjata... Przysięgłem siostrze, że cię namówię, siłą przywiozę...
Den tylko pozornie się wzdragał. I jego nęciła znajomość z groźnym przybyszem z zaświatów. Walka z duchem, usiłującym dusić, usiłującym mordować - to stać się mogło wcale ciekawe! Lecz tyle miał obecnie do przeprowadzenia spraw... Jedna z nich, szczególniej tajemnicza a niezwykła zaprzątała go bardzo...
- Okropnie jestem zajęty - bąknął. - Nie wiem, czy uda mi się wyrwać...
- Gdy zechcesz, napewno zdołasz się uwolnić! - prosił Fred, widząc, że przyjaciel ulega jego namowom. - Zaczekamy parę dni, choćby tydzień... Przez ten czas duch nam chyba krzywdy nie zrobi... Jakiś ty dobry, że nie odmawiasz! Więc przyjedziesz? Zgoda?
Detektyw, jeśli się decydował - decydował się szybko.
- Zgoda! Za tydzień będę w Podbereżu! - rzekł krótko. - Wcześniej nie mogę! O ile zajdzie potrzeba, pozostanę dłużej...
- Nie wiem, jak ci mam dziękować! - wymówił pochwytując rękę Dena i ściskając ją serdecznie, a banalne słowa wdzięczności zabrzmiały w ustach Freda szczerze i gorąco.
Oto w jaki sposób detektyw znalazł się w starym, kresowym pałacu.
Tam obok był ten pokój!
Pomimo usilnych próśb detektywa, nie pozwolił mu gospodarz w nim zanocować odrazu. Snać obawiając się, aby po męczącej drodze, mogące nastąpić, w razie bezpośredniego zetknięcia się ze zjawą, wzruszenia nie okazały się zbyt silne, pragnął, aby wogóle pierwszą noc Den spędził na dole. Dopiero, po długich naleganiach, zgodził się wyprzątnąć dwa pokoje, sąsiadujące z "djabelską komnatą". W najbliższym znajdował się Den - w dalszym Fred. Tak miało być bezpieczniej. Twierdził, bowiem, stanowczo nadal Podbereski, że niesamowite objawy, ograniczają się li tylko do tajemniczego pokoju, gdy w innych słychać doskonale hałasy i jęki, widma jednak się tam nie pokazują...
Drzwi od obu komnat pozostały otwarte, nocowali tedy jakby w jednym pokoju. Leżąc w łóżku, detektyw doskonale widział Freda, jak ten, znużony gawędą, spał z głową, owiniętą w kołdrę, snem sprawiedliwego. Spał mocno, choć przysięgał przedtem, że nie zaśnie a czuwać będzie nad bezpieczeństwem przyjaciela. Lecz... Den przybył do Podbereża dość późno, bo około jedenastej wieczór a potem rozmawiali długo...
Uśmiechnął się i spojrzał na zegarek.
Druga.
Za oknami niebo z ciemno szafirowego poczynało stawać się szare, a sam pokój coraz wyraźniejszy, jakby kto z niego powoli usuwał zasłony.
Dziś więc nic już nie nastąpi!
Z żalem jakby, spojrzał Den na drzwi, wiodące do komnaty - "siedziby czarta". Były zamknięte na klucz, tkwił on w zamku i najlżejszy szelest nie zdradzał, aby poza niemi miało się dziać coś osobliwego.
Detektyw, poprzednio już, nie mogąc pohamować swej niecierpliwości, zdążył zajrzeć do wewnątrz. Straszliwa komnata wyglądała, jak każda inna z komnat górnej części pałacu. Stare meble, obrazy, duże łoże rzeźbione, z baldachimem. Podobna do tej, w której się znajdował. Naogół ponuro. Lecz któryż pokój, nie wyda się ponury, przy migotliwym blasku świecy, jeśli na dodatek o nim krążą legendy?
Więc próżno czekał całą noc - nic nie potwierdzi posłyszanych opowieści? Widma są grzeczne i uszanowały pojawienie się gościa. A może ulękły się one walki, domyśliwszy się, że Den im niespodziankę szykuje? Bo wiedząc, iż lubią płatać swe figle w ciemnościach, zdmuchnąwszy przódy świece, przywiózł wraz z sobą kilka ręcznych lampek elektrycznych o silnych baterjach do pozbawionego podobnego oświetlenia pałacu. Dwie spoczywają na nocnym stoliku tuż obok browninga, dwie zaś inne doręczył Fredowi, na wszelki wypadek...
Tedy nic?
Nagle...
Nagle posłyszał Den dziwny szmer. W pierwszej chwili sam nie mógł określić, czy pochwycił go naprawdę, czy też się pomylił. Lecz nie! Do słuchu, zaostrzonego naprężonem oczekiwaniem powtórnie dobiegł niewyraźny szelest.
Tak! Niewątpliwie, z tamtej komnaty!
Detektyw, niczem struna, wyprężył się na swojem posłaniu.
Czyżby?
Szmer wciąż się potęgował, stawał się coraz wyraźniejszy. Wyraźny, do tego stopnia, że stwierdzić można było przyczynę jaka dźwięki wywołała. Nie dolatywał już jakiś hałas niezrozumiały, ale rozbrzmiewały obecnie coraz mocniej odgłosy kroków...
Kroki mężczyzny, stąpającego ciężko i powoli w kierunku zamkniętych drzwi...
- Fred! Słyszysz.. - zawołał półgłosem Den, wyskakując z łóżka.
Ale Podbereski spał twardo. Musiał detektyw doń podbiec i potrząsnąć za ramię i parokrotnie, zanim się obudził.
- Słuchaj.. Zaczyna się... Chwytaj za broń....
Pod wpływem słów detektywa, Fred oprzytomniał natychmiast. Błyskawicznie porwał się z posłania i pochwyciwszy browning oraz lampki pośpieszył w ślad za Denem do pierwszego pokoju.
- Tam...
Tymczasem kroki za drzwiami zatrzymały się. Rzekłbyś, ten, który za niemi się czaił, przestępował teraz z nogi na nogę w niepewności, co dalej ma czynić, a jednocześnie szukał klamki, bo wzdłuż drzwi biegło, jakby lekkie, po omacku, pociąganie palcami.
- Pragnie wejść? Już ja mu dopomogę! Fred.... uwaga...
Obaj, jeno w koszulach, a ściskając mocno rewolwery i lampki w rękach, skradali się na palcach ku zamkniętym drzwiom, na spotkanie tajemniczego przybysza.
Tylko przekręcić klucz w zamku i mocno szarpnąć, a później rychło się okaże, jak wygląda zjawa w potokach elektrycznego światła.
Den dotykał klucza....
Lecz zanim zdążył go poruszyć - raptem zamknięte drzwi rozwarły się same.
Same! Ujrzał przed sobą czarną ciemnię pokoju i wionął nań lodowaty powiew.
Chciał coś zawołać i nie mógł. Bo w tejże samej chwili zabłysły tuż przed nim dwa światła żółto-zielone, niczem ślepia straszliwe, a jednocześnie zagrzmiał potężny głos:
- Poz... nasz... ty mnie!
Den nie był tchórzem. W głosie jednak zadźwięczało coś tak groźnego, a ślepia na sekundę wżarły się weń z taką siłą, że stał, niczem przykuty, do miejsca, dosłownie nie mogąc się poruszyć.
Dopiero nieco oprzytomniał, gdy nad uchem huknął wystrzał i rozległo się głośne przekleństwo.
- A... psia krew!... Zgiń.. ty, czarcie.
To stojący poza mim Fred wypalił z browninga. Później drugi raz i trzeci.
Ślepia znikły.
Detektyw, otrząsnąwszy się z wrażenia, wraz z przyjacielem wpadł do komnaty. Ostry blask elektrycznych latarek rozproszył mroki. Półmrok właściwie, gdyż pokój nie był całkowicie ciemny, dotarły tam już szare promienie przedświtu.
Długo wodzili latarkami dokoła, po ścianach, po najdalszych kątach. Nigdzie, nikogo...
Komnata była pusta. Stanowczo pusta i żaden najdrobniejszy szczegół nie zdradzał, aby jakakolwiek istota mogła się tam niedawno znajdować.
Z osłupieniem spojrzeli na siebie.
- Psia krew! - powtórzył Podbereski.
Teraz jął Den powoli, systematycznie oglądać i opukiwać ściany. Daremnie! Ani śladu próżni, lub potajemnych drzwi, zręcznie ukrytych w tapecie. Odsuwał sprzęty, zajrzał pod łóżko, oświetlił wnętrze wielkiej gdańskiej szafy, wreszcie ukląkłszy, czołgał się po podłodze, badając starannie najdrobniejszą szparę, najmniejszą szczelinę.
Powstał spocony i zakurzony.
- Nic! Ale za dnia lepiej poszukam!... - oświadczył.
Fred smutnie potrząsnął głową.
- Dziesięć razy przetrząsnąłem i przeszukałem starannie ten nieszczęsny pokój! Niestety, napróżno!.. Zresztą...
Obaj, nie zamykając drzwi nawet za sobą, powrócili do zajmowanej przez Dena sypialni. Detektyw usiadł na łóżku i zapalił papierosa. Podbereski zaś dokończył swej myśli.
- Zresztą - powtórzył - jak to wytłómaczysz, że drzwi, które sam zaryglowałeś i sam przekręciłeś klucz w zamku, otwarły się nagle?
Detektyw nie odparł wprost na te zapytanie, natomiast zagadnął.
- Czy słyszałeś głos?
- Najwyraźniej! Wykrzyknął: "poznasz ty mnie!"
Den wypuścił z ust wielki kłęb dymu.
- "Poznasz ty mnie!" - a więc pogróżka.
- Mam się strzec! Doskonale! A widziałeś Fred, żółto-zielone ślepia!
- Jakto czy widziałem? Wpijały się w ciebie ze złością i nienawiścią! Jak przedtem w Wandę i we mnie! Po raz drugi je widzę! Hypnotyzują człowieka, przykuwają do miejsca, są potworne...
- Tak, przykuwają do miejsca!... - powoli wymówił Den, wspominając dziwne uczucie ni to lęku, ni to kompletnego bezwładu, jakie nim owładnęło na widok groźnego zjawiska. - Masz słuszność, te oczy są potworne...
Tymczasem pierwsze blaski wschodzącego słońca, zdążyły całkowicie rozproszyć mroki. Światło przenikało już wszędzie, łącząc się z żółtawym płomieniem zapalonych świec.
- Widzisz więc - rzekł po chwili milczenia Fred - że nie zwarjowałem opowiadając ci te historje! Ale tu można zwarjować! Dziś zapewne nic więcej się już nie wydarzy, bo czart, czy inny demon, który raczył nam się objawić, za dnia nie ma zwyczaju składać odwiedzin... Drzwi jednak zamknę...
Znów zasunął rygle i klucz przekręcił z pasją.
- Słaba pociecha! - dodał. - Jeśli zechce, powtórnie otworzy! Teraz, skoroś sam się przekonał, mów, co o tem sądzisz?
- Sądzę - odparł - że, o ile nie grozi nam nowa wizyta złośliwego jegomościa, najlepiej zrobimy, postarawszy się natychmiast zasnąć. Jutro bliżej się zajmę tą sprawą...
- No, dobrze! - napierał Fred. - Ale jakie jest twoje zdanie?
Den zapalił nowego papierosa.
- Moje zdanie? - mruknął. - Chwilowo żadne! Przyznaję, po raz pierwszy spotykam się z czemś podobnem i nigdy nie spodziewałem się, że z takim zetknę się przeciwnikiem! Otrzymałem wyzwanie i te wyzwanie przyjmuję! Co z tego wyjdzie, nie wiem? Może ulegnę siłom djabelskim... Te drzwi... ten głos... te ślepia! W każdym razie chętnie pozostanę w Podbereżu! Nic więcej obecnie nie dowiesz się odemnie... A teraz dobranoc, Fred...
- Dobranoc! - powtórzył gospodarz z lekkim rozczarowaniem w głosie. Mniemał, że detektyw obszerniej zechce omówić przeżyte przed chwilą wrażenia.
Znał go jednak zbyt dobrze, aby nalegać. Tembardziej, że naleganie nie doprowadziłoby do konkretnej odpowiedzi.
- Chyba nic nie zakłóci nam spoczynku! - rzucił na odchodnem, udając się do swej sypialni.
Rychło dobiegło ztamtąd głośne chrapanie.
Choć Den udawał, że jest wielce znużony, gdy tylko spostrzegł, że przyjaciel zasnął, podniósł się cicho z łóżka i na palcach zbliżył do zamkniętych drzwi, do których przywarł uchem. Lecz mimo, że nadsłuchiwał długo, podejrzany szmer nie zmącił ciszy. Widocznie, gość z zaświatów spełniwszy swe zadanie i udzieliwszy ostrzeżenia, nie uważał za stosowne przybyć powtórnie.
Detektyw, coraz bardziej zamyślony powrócił do łóżka.
Było już po czwartej i dobrze przypiekały promienie słoneczne, gdy sen wreszcie skleił jego powieki.