4
REFERENTKA DO SPRAW MELDUNKOWYCH, PANI CHEN
Shuli, skończywszy pracę, wyszła z biura i dopiero wtedy zorientowała się, że dzisiaj Święto Duchów.
Wiele sklepów i zakładów wystawiło stoliki, palono pieniądze pozagrobowe i składano ofiary wędrującym duszom. Dawno już nie odprawiała obrzędów, no bo jak je odprawiać, mając do dyspozycji małe mieszkanie w starym budownictwie w Tajpej. Po przybyciu do Tajpej wystawiała stolik na balkonie. Miejsca było jednak mało, bała się, że paląc pieniądze pozagrobowe, podpali sobie mieszkanie - dlatego ofiarowywała tylko kurczaka w zalewie solnej i owoce; nie zapalając trociczek, składała dłonie i modliła się o to, by we wszystkich domostwach panował spokój. W budynku po przeciwnej stronie uliczki również odprawiano obrzędy, ale tam się ludzie nie bali, pieniądze pozagrobowe płonęły, aż ogień buchał na wszystkie strony, a jak zawiał wiatr, popiół fruwał po całej uliczce, która tonęła w szarawym pyle. Widziała, jakie ofiary leżały na stolikach sąsiadów z naprzeciwka - ich ołtarzyki zastawione były tymi ciastkami. Dlaczego wszyscy kupują właśnie te ciastka? Ciastka z Białego Domu przypomniały jej pogrzeb piątej siostry. Z pieniędzy pozagrobowych usypano wtedy mały pagórek, ojciec go podpalił i buchnęły płomienie. Kilka sióstr wrzuciło ubrania piątej siostry do ognia, a rozszalałe płomienie chciwie wchłonęły jej łzy.
- Manmei - krzyczała matka, stojąc przy ogniu - kiedy zostanę upiorem, wrócę po niego!
Jej krzyk był rytmiczny, chyba za dużo czasu spędziła na recytowaniu ksiąg buddyjskich; non stop powtarzała "wrócę po niego", ale za każdym razem na inną melodię. Wyraz "niego" wymawiała coraz wyższym i coraz bardziej przeszywającym tonem; głośny i dźwięczny wir, niczym smukły i ostry świder dłutowy, wiercił jej dziurę w błonie bębenkowej. Ogień płonął już od kilku godzin, kiedy nagle zawiał silny wiatr i unoszący się popiół przysłonił całe niebo. Matka jednak nie przestawała, pył wleciał jej do ust, ale podbrzusze pęczniało i jeszcze donośniej słychać było "niego" rozchodzące się po całej wsi. Tylko że on, ten "on" z Białego Domu, nie mógł tego usłyszeć. Pył wzbijał się wraz z wykrzykiwanym płaczliwie wyrazem "niego" i niesiony wiatrem znad miejsca pogrzebu docierał w każdy zakątek, wirując w powietrzu; wszystkie niskie budynki we wsi, palmy betelowe i kanały irygacyjne pełne były popiołu, wszędzie słychać było "niego". Ale pył ominął Biały Dom. Jego ogrodzenie, filary i dach pozostały nieskazitelnie czyste i lśniące jak zawsze.
Ziemia była mokra. Czy dzisiaj w Tajpej padał deszcz? Zmęczenie dawało o sobie znać. Oburzeni ludzie bez przerwy dzwonili z zarzutami, musiała ciągle przepraszać; w ogóle nie słyszała, że padało. Popatrzyła na niebo, gęste czarne chmury przyjęły groźne pozy, zwiastując kolejną ulewę. Lubiła słuchać, jak pada deszcz. Rzęsiste krople bombardujące wiejską glebę wypędzają z niej pełzające robactwo, w powietrzu unosi się zapach świeżej trawy, połozy taplają się w błocie, z pajęczyn zwisają tysiące wodnych perełek. W Tajpej blaszane dachy są wszędzie. Kiedy oberwanie chmury nawiedza miasto, deszcz rozbija się o dachy, eksplodując brzękiem czystym i donośnym, zagłuszającym na chwilę klaksony aut. Spytała brata, czy chce coś z Tajwanu. Kupię ci i wyślę. Odpisał, nie wiem dlaczego, ale często tęsknię za wioskowymi odgłosami deszczu, a także za dźwiękiem deszczu w Tajpej; tutaj nie ma blaszanych dachów, w budynku nie słychać, jak pada, bardzo tu spokojnie, aż za spokojnie. Ale jak można kupić odgłosy spadających kropli? Chciała nagrać je komórką i wysłać bratu. Nie mógł jednak otrzymywać mejli, poza tym nie wiedziała nawet, jak przesłać plik dźwiękowy z telefonu na komputer. Jak wysłać odgłosy deszczu?
Czekając na autobus, wdepnęła do kałuży na chodniku, żeby uniknąć zderzenia z rowerem; ufajdała się po same kostki. Woda była naprawdę brudna; wyobraziła sobie, jak miejski pył, zanieczyszczenie i kwaśny deszcz przebijają się przez skórzane buty i wsiąkają w skarpetki, tworząc między palcami środowisko idealne dla pleśni. Ale nie wyciągnęła stóp z kałuży. Letnie powietrze było nagrzane jak w piekarniku, a brudna woda wydawała się wyjątkowo chłodna. W biurze wdrożono akcję oszczędzania energii i zabroniono używania klimatyzacji; cały dzień moczyła się we własnym pocie. Trzymając nogi w brudnej wodzie, przypomniała sobie, jak w dzieciństwie chodziła po błocie, człap, człap, człap, nadeptując czasami na obślizgłego płoza, zwanego wężem śmierdzielem. Po całym dniu spędzonym w parnym pomieszczeniu bez klimatyzacji jedyną strefą komfortu była brudna kałuża. Kolega z biura siedzący po jej prawej stronie pocił się pod pachami, czuć było od niego intensywny smród, a w południe, siedząc na biurku, zjadł dwa opakowania śmierdzącego tofu23. Koleżanka z lewej strony zdjęła buty, jej stopy nieustannie miotały cuchnące pociski wycelowane prosto w jej nos - ten odór byłby w stanie zniszczyć cywilizację. Kiedy kierownik opieprzał ją, że jest mało elastyczna, miała wrażenie, jakby wylewał na nią rzekę śmieci; a kiedy, pocieszając ją, drapał się po niemal łysej głowie, czuła, jakby przewrócił wiadro z odpadkami dla świń. Ludzie, którzy w twarz zarzucali jej, że nie szanuje praw zwierząt, śmierdzieli wszyscy jak psy. Ludzki odór to straszliwe narzędzie zbrodni. Przez cały dzień miała wrażenie, że smród ten nieustannie rozcina jej gardło. Psi odór nigdy jej w sumie nie przeszkadzał. Bezpańskie psy wioskowe śmierdziały znacznie gorzej. Lubiła pocierać twarzą o sierść psa czy też wąchać psie łapy. Kiedy była jeszcze mała, opiekowała się czarnym psem babci w sanheyuanie, póki babcia nie zabiła go cegłówką i nie przyrządziła na obiad. Wiedziała, że babcia nie przepada za psim mięsem, to przez nią wrzuciła zwierzę do garnka.
Miała małe mieszkanie w Tajpej, trzy sypialnie i salon, męża, córkę, syna i gdyby jeszcze znalazł się choć jeden karaluch więcej, to szpilki nie wetkniesz; nie było gdzie trzymać psa. Córka straciła pracę, syn nie poszedł na studia, całymi dniami przesiadywali więc w domu, czekając, aż mama wróci i poda kolację. Ale dzisiaj to właśnie przez psa znalazła się na czołówkach portali informacyjnych, oskarżona o znęcanie się nad zwierzętami.
Załatwiała sprawy meldunkowe, wydawała dowody tożsamości, zaświadczenia i odpisy. Jej zadania były proste, miała idealną pracę. Idealną dlatego, że niewiele się w niej zmieniało, pensja była stabilna, zakres obowiązków nieskomplikowany, wystarczyło dobrze rozumieć polecenia i każdego dnia wykonywać niemal identyczne czynności - takiego życia zawsze pragnęła. Codziennie wstawała punkt szósta, robiła śniadanie dla całej rodziny, z domu musiała wyjść przed wpół do ósmej, żeby pojechać metrem, a potem przesiąść się do autobusu, i przed ósmą trzydzieści była w Biurze Meldunkowym, siadała, parzyła herbatę, włączała komputer i czekała na petentów. Ludzie pobierali kartkę z numerkiem i czekali, aż zostaną wywołani. Wszystko odbywało się, jak należy i w najlepszym porządku.
Ale pewnego roku "ideał" został zakłócony. W prostej pracy zaszło wiele zmian. Należała do tego pokolenia, które w młodości nie miało nawet okazji dotknąć komputera; kiedy uderzyło technologiczne tsunami, musiała stanąć na głowie i nauczyć się tych wszystkich nowych programów biurowych. Dzięki pełnej komputeryzacji tempo pracy przyśpieszyło, a zadania, które kiedyś wymagały kilku dni, teraz - według oczekiwań kierownika - miały być wykonywane w ciągu godziny, by nikt nie mówił, że "wydajność pracy urzędników pozostawia wiele do życzenia". Tempo pracy mogła przyśpieszyć, ale nie umiała sobie w ogóle dać rady z obiektywami aparatów fotograficznych i kamer. Technika przyniosła wszelkiego rodzaju obiektywy. Niejeden petent przychodzący do okienka, jeśli się tylko dowiedział, że nie może otrzymać potrzebnego dokumentu, wyciągał od razu komórkę i mówił, że "gromadzi dowody", aby cały świat mógł zobaczyć, jak bardzo do niczego są urzędnicy na Wyspie. Wszyscy mają przy sobie komórkę, wystarczy przycisnąć i już można nagrywać, grożąc, że jeśli sprawa nie zostanie szybko załatwiona, to film trafi do mediów.
Pewnego razu do urzędu przyszła młoda dziewczyna, duże oczy, długie włosy i taka ładna, że na jej widok Shuli przypomniała sobie o piątej siostrze. Dziewczyna patrzyła wzrokiem nieśmiałym, nie widziała jeszcze zbyt wielu brudnych spraw w życiu, była czysta jak łza. Przyszła po zapomogę z tytułu urodzenia dziecka. Dokumenty, które przyniosła, były niekompletne, nie dało się więc załatwić formalności od ręki, a petentka straciła panowanie nad sobą i cisnęła papierami o podłogę.
- Będę rodzić! - wydarła się. - Nie mam pieniędzy! A wy nie chcecie mi pomóc!
Piekliła się tak przez jakiś czas, Shuli wraz z kilkoma koleżankami opuściła swoje stanowisko pracy, żeby ją pocieszyć, zaparzyć jej kubek herbaty, porozmawiać z nią, powiedzieć, o co należy zadbać przy porodzie, pogratulować jej i poradzić, żeby uważała na siebie w pierwszym miesiącu po porodzie, czego ma dużo jeść, który oddział położniczy ma dobry personel. Kiedy tak z nią rozmawiały, dziewczyna zaczęła się uśmiechać, oczy jej pojaśniały, powiedziała, że jutro przyjdzie znowu. Tego wieczoru rozpłakana dziewczyna znalazła się w wiadomościach telewizyjnych, okazało się, że wiele osób czekających na swoją kolej nagrało całe to zajście telefonami i natychmiast wrzuciło do internetu. W nudne codzienne życie wdarła się dziewczyna, która straciła panowanie nad sobą, w końcu były jakieś fajerwerki, liczba wyświetleń szybko przekroczyła dziesięć tysięcy, ciężarną okrzyknięto "chamską smarkatą wariatką", zaczęto nawet wyszukiwać jej prawdziwe dane osobowe. Dziennikarze udali się na targowisko, gdzie znaleźli jej matkę, która zarzynała właśnie kurczaka.
- Czy mama wie, że córka będzie wkrótce rodzić? - spytano kobietę, kierując na nią obiektyw i podsuwając jej pod nos mikrofon. - Czy widziała pani filmik, który robi furorę w sieci?
Dziennikarz wyjął komputer i pokazał nagranie, na którym widać, jak dziewczyna wydziera się na cały personel Biura Meldunkowego. Matka miała przerażony wyraz twarzy. Z właśnie co odciętej szyi kurczaka, którego trzymała w ręku, nie przestawała płynąć krew.
Chowała się w łazience, oglądając na okrągło nagranie wrzeszczącej dziewczyny i wspominając piątą siostrę.
Choć dziewczyna miała przyjść następnego dnia, nie pojawiła się. Nigdy więcej się nie pokazała.
W odpowiedzi na obywatelskie "przedstawienie dowodów" filmowych w biurze wprowadzono nowy wymóg, mimo kamer monitoringu cały personel musi osobiście wszystko nagrywać dla własnego bezpieczeństwa.
Dzisiaj zapomniała, że trzeba to robić.
W grupie oczekujących powstało nagle zamieszanie, czyjeś dziecko płakało. Czekała właśnie na kserokopię jakiegoś dokumentu, kiedy usłyszała płacz, wyszła zza kontuaru, żeby zobaczyć, co się dzieje. Okazało się, że ktoś przyprowadził pięć dużych psów, pobrał numerek i czekał, aż zostanie wywołany, a dziecko, które bało się psów, zaczęło płakać, jak tylko je zobaczyło. Rodzice, widząc, że do nich podeszła, zażądali, żeby zrobiła coś z tymi psami, bo dziecko bardzo się boi. Czy to nie jest urząd publiczny? Czy psy nie powinny czekać na zewnątrz i nie być wpuszczane do środka? Podeszła więc do pana, który psy przyprowadził, żeby z nim porozmawiać, ale ten natychmiast wyjął telefon i zaczął ją nagrywać.
- To są psy przewodniki - mówił podniesionym tonem - a ja jestem ich trenerem.
Myśląc, że ma do czynienia z osobą niewidomą, natychmiast przeprosiła, ale reakcji rozmówcy, jaką to wywołało, nie spodziewała się.
- Co? Myśli pani, że jestem ślepy? Przecież mówię, że jestem trenerem psów. Jeśli byłbym ślepy, to jak miałbym je trenować? Psy mają zostać ze mną, a nie na zewnątrz. Złożę zażalenie w sprawie złego traktowania psów przewodników.
Mężczyzna wrzasnął, psy zostały, dziecko płakało, ona wróciła do kserokopiarki i więcej o tym nie myślała.
Kilka godzin później zaczęły dzwonić telefony. Głos w słuchawce dopytywał się o "referentkę do spraw meldunkowych, panią Chen", kiedy głos dotarł w końcu do jej numeru wewnętrznego, zaczął ją opieprzać z góry na dół. Zjawili się także dziennikarze, mówiąc, że szukają "referentki do spraw meldunkowych, pani Chen".
- Dlaczego wygania pani psy dla niewidomych? - spytano ją, podsuwając mikrofon.
Okazuje się, że zaraz po wyjściu z urzędu trener psów przewodników opublikował filmik na psim forum. Koleżanki z pracy pokazały jej nagranie, doskonale zmontowane, z dodanymi napisami i efektami specjalnymi, czerwona strzałka wskazywała jej twarz, a u dołu widniał napis: "referentka do spraw meldunkowych, pani Chen, nie toleruje psów przewodników dla osób niewidomych". Trener psów zna się na montażu filmów, ten moment, w którym pada słowo "ślepy", został wycięty, a jej zmarszczone brwi stały się wyrazem braku tolerancji. Na nagraniu widać zaniepokojone i wystraszone psy, a zaraz potem w kadrze pojawia się jej chłodna twarz.
Zalała ją fala hejtu: Ty zdziro! Szmatława baba nie szanuje piesków. To przez takich urzędników jak ty nie ma postępu na Tajwanie. Ty larwo. Z moich podatków żyjesz. Zwolnij się. Szmatława biurwa. Niedojebane truchło. Psami cię poszczuję. Nie masz ani krzty empatii. Pieski i kotki to najlepsi przyjaciele człowieka, rozumiesz?
Przed wyjściem z pracy dostała jeszcze ostatni telefon, w którym usłyszała wściekłe ujadanie psa, a po nim ludzki głos:
- Zajebię cię! Jak wyjdziesz z pracy, to uważaj.
Odłożyła swoje obowiązki na bok. Zgodnie z zaleceniem kierownika miała napisać raport i jutro złożyć. Wiedziała, że chodzi o wyrażenie skruchy i chęć poprawy - na tym się w sumie zakończyła jej tegoroczna ocena osiągnięć pracownika. Ten kierownik, któremu tak śmierdziało z ust, poklepał ją po ramieniu.
- Pani Chen - powiedział - nawet pani nie zapłakała, podziwiam.
A co mam płakać, pomyślała sobie, opieprzana byłam od dziecka do dorosłości, nie ma o co płakać.
Autobus nie przyjeżdżał. Nie mogąc się powstrzymać, wyjęła komórkę i obejrzała film jeszcze raz. Zatrzymała obraz na zbliżeniu swojej twarzy, więc to tak teraz wyglądała, chłodny wyraz, włosy opadające na ramiona i lodowaty wzrok stanowiły wyraźny kontrast w porównaniu z gorącymi i szczerymi spojrzeniami psów, nic dziwnego, że wszyscy uwierzyli, że jest zdzirą, która nie znosi zwierząt.
Sklepikarze palili pieniądze pozagrobowe na ulicy, przesunęła wzrokiem po wszystkich stolikach ofiarnych, na każdym z nich leżały ciastka z Białego Domu, nie dało się przed nimi uciec. Rok temu była na wycieczce w Chinach. Kiedy grupa podziwiała mgły i obłoki unoszące się nad górami Huang Shan, miejscowy przewodnik spytał turystów, czy chcą spróbować waszych tajwańskich ciastek. Rodzime smaki? Nikt nie wyciągnął ręki; kiedy przewodnik powiedział, że częstuje za darmo, wszyscy rzucili się na ciastka jak opętani. Przechadzając się małą uliczką w Hongcun (wiosce leżącej w prowincji Anhui), zobaczyła dziewczynkę jedzącą właśnie te ciastka. Rozkoszując się krabami nad Jeziorem Zachodnim24, również zobaczyła te ciastka na stole. Kiedy była w Japonii, weszła do drogerii, żeby kupić mężowi witaminy, i tam również zobaczyła półki zastawione tymi ciastkami. Napisała list do brata, pytając, czy w niemieckim więzieniu też mają te ciastka. Nie zdziwiłaby się, gdyby tak było. Wszyscy przecież mówią o globalizacji, co nie?
Pod rozkładem jazdy na przystanku stało kilkoro licealistów. Usłyszała: "referentka do spraw meldunkowych, pani Chen" - no to miała fejm. Wyszła z kałuży i zbliżyła się do nich, żeby usłyszeć, jak hejtują referentkę, która nienawidzi psów. Jedna z dziewczyn podniosła wzrok i spojrzała na nią, jakby chciała powiedzieć: "Czemu ta starucha tak przy nas stoi? Ale ma brudne nogi!", nie wiedząc, że ma przed sobą bohaterkę oglądanego nagrania. Z początku martwiła się, że cały dzień będzie piętnowana w telewizji i spali się ze wstydu, ale wcisnęła się do autobusu, wsiadła do metra, pojechała na targ wieczorny kupić coś do jedzenia, a jak wracała do domu, nikt jej po drodze nie rozpoznał.
Właścicielowi straganu mięsnego na targu wieczornym powiedziała, że może być to, co wczoraj. Spojrzał na nią i długo przeszukiwał w pamięci listę znajomych twarzy klientów, ale liczba wyników wynosiła zero. Dziwne, przecież często kupuję u niego mięso. On chyba w ogóle nie umie prowadzić biznesu.
Nie zdawała sobie wcale sprawy, że tak naprawdę jest osobą bezbarwną, przezroczystą, którą niezwykle trudno zauważyć w tłumie.
Kiedy kilka dni temu na podłodze w sypialni ćwiczyła jogę rozciągającą, do pokoju wszedł mąż, w ogóle jej nie zauważając; usiadł na łóżku, wziął tablet i zaczął oglądać film dla dorosłych, spodnie spuścił do kolan i zaczął się prężyć. Trwała nieruchomo w pozycji psa z głową w górę, bojąc się głośno oddychać. Mąż bardzo szybko wydał z siebie delikatny jęk i wytarł się kołdrą. Po chwili delikatny jęk przeszedł w głośne chrapanie, wstała więc po cichu, nie ważąc się nawet spojrzeć na męża, i na palcach wyszła z pokoju. Zastanawiała się, czy pościel będzie trzeba wygotować? Czemu mnie w ogóle nie zauważył? Leżałam tuż obok łóżka! Ale co tam, nie widział mnie, to trudno.
Wracając do domu z kupioną na targu wieprzowiną, usłyszała dźwięk komórki. Popatrzyła na ekran, to była czwarta siostra.
Odebrała.
- Siostruniu! - wrzasnęła czwarta siostra. - Siostruniu! Szybko, wracaj do domu! Co robić, co robić, co robić? Mamy nie ma!
Wzięła głęboki oddech i spokojnym głosem powiedziała:
- Mama od dawna nie żyje.
- Halo! Halo! - wydzierała się czwarta siostra, jakby w ogóle nie słyszała, co się do niej mówi. - Jesteś tam? Halo! Siostruniu! Siostruniu! Halo! Wracaj szybko do domu! Nie słyszałaś, co powiedziałam? Mamy nie ma!
Nie mogła wiedzieć, że czwarta siostra w ogóle nie usłyszała jej odpowiedzi. Nie zdawała sobie sprawy, że jest bezbarwna, nawet głos miała beznamiętny, przelatywał przez telefon lekko, nieuchwytnie i nie docierał do uszu czwartej siostry.
- Mama nie żyje - powtarzała jej bez przerwy. - Mama nie żyje. Nie krzycz. Mama nie żyje. Całymi dniami pracuję tutaj w Tajpej, nie mam czasu wracać do domu.
Czwarta siostra w ogóle tego nie usłyszała i darła się dalej.
Referentka do spraw meldunkowych, pani Chen, była jak duch, niematerialna, ludzie zarówno wzrokiem, jak i słuchem odrzucali jej istnienie. To było jej wymarzone życie, niewidoczna w tłumie, wtopiona w tło, nieodbijająca się w lustrze, niezostawiająca śladów na drodze, unosząca się w powietrzu, jeszcze nieulotniona, ale już nieistniejąca.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
23 Produkt o silnym zapachu przypominającym odchody.
24 Jezioro Zachodnie to atrakcja turystyczna w Hangzhou.