Upiór w pasiece - Ludwik Marian Kurnatowski

Kup ebooka

4.99 zł
3.99 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Upiór w pasiece

Podczas mojej długotrwałej pracy w policji kryminalnej niejednokrotnie stykałem się z wypadkami tak skomplikowanych zbrodni, że najwytrawniejsze oko starego wyjadacza detektywa zostawało wprowadzone w błąd przez pomysłowość zbrodniarzy. Czasami traf ślepy decydował o zawikłaniu tajemnicy, czasami wrodzona spostrzegawczość pomagała mi skierować sprawę na właściwe tory.

Stąd wniosek, że każdy urzędnik służby bezpieczeństwa winien zwracać jak najbaczniejszą uwagę na każdy najdrobniejszy nawet szczegół i w rozumowaniu swym zachować ścisłą indywidualność, pod żadnym zaś pozorem nie powinien pozwolić sobie narzucić gotowego zdania, czy to lekarza, czy to sędziego lub kolegi po fachu.

O jednej takiej sprawie, w której dzięki splotowi okoliczności władze zostały wprowadzone w błąd i której wyświetlenie zawdzięczam jedynie spostrzegawczości, opowiem obecnie czytelnikowi.

Rok 1917 był przełomowy zarówno w dziejach Rosji, jak i w moim życiu. Rewolucja marcowa zniosła jednym zamachem carat i "olbrzym na glinianych nogach" wstąpił w nową erę rozwoju. Pierwszym krokiem Rządu Tymczasowego, na czele którego stał pół-Żyd, pół-Rosjanin, a może i pół-Polak Aleksander Kiereński, było zerwanie wszelkich nici, które łączyły Rosję z przeszłością, a mianowicie, nadawszy państwu nowy ustrój, zwolniono wszystkich wyższych urzędników służby administracyjnej i bezpieczeństwa. "Dałoj staryj reżim" - brzmiało hasło i setki i tysiące pracowników fachowców znalazło się "na zielonej trawce". W tej liczbie byłem i ja.

Nawykły do stałych emocji, jakich dostarcza praca detektywa-funkcjonariusza policji kryminalnej - pozbawiony wreszcie zajęcia codziennego - czułem się dziwnie nieswojo na bruku moskiewskim. Całe dnie spędzałem na zwiedzaniu miasta, które, nawiasem mówiąc, bardzo słabo znałem i... nudziłem się ogromnie.

Podczas jednej z takich przechadzek w skwarne lipcowe popołudnie, idąc Twerskim bulwarem, usłyszałem za sobą czyjeś przyśpieszone kroki i nagle dłoń jakaś spoczęła na moim ramieniu.

Obróciłem się zdziwiony i nieco zatrwożony, jako w tych czasach niespokojnych wszystko było możliwe.

Stał przede mną niejaki Aleksander Michajłowicz Krasnow, obywatel ziemski i do niedawna jeszcze znana w Petersburgu postać. Poznałem go przed rokiem podczas mego pobytu w sprawach służbowych w stolicy Rosji i zaprzyjaźniliśmy się bardzo. Toteż nieoczekiwane spotkanie ucieszyło mnie ogromnie.

- Uf, przestraszył mnie pan! - zawołałem, ściskając wyciągniętą na powitanie dłoń - Skąd się pan tu wziął?

- Skąd się wziąłem? Ano przyjechałem zobaczyć, jak wygląda z bliska rewolucja i rządy proletariackie. Przyznam jednak szczerze, że poznawszy, nie jestem zupełnie zachwycony. Nie było o co przez tyle lat walczyć i tyle młodych żyć poświęcać. Bezałabierszczyna (Chaos).

- Jak widzę, pan pozostał nadal zapalonym monarchistą - śmiałem się, klepiąc Krasnowa po ramieniu. - Nie zmieniły pana ani szumnie głoszone hasła, ani entuzjazm, który wasz naród ogarnął.

- Daj mi pan spokój z naszym narodem - żachnął się niecierpliwie. - Naród nasz nie dorósł jeszcze do samodzielnego rządzenia sobą. Trudno, trzeba się uderzyć w piersi i przyznać, że my, Rosjanie, bez knuta żyć nie umiemy. Liberalizm, swoboda, braterstwo - to, batiuszka mój, dobre jest we Francji, gdzie analfabetów nie ma, gdzie każdy członek społeczeństwa jest lojalnym obywatelem państwa. A u nas co? Ciemnota, pijaństwo, brak elementarnej kultury, każdy tylko myśli, aby sobie kieszeń napchać. Za wcześnie, za wcześnie to wszystko, ten liberalizm, ta swoboda. Popamięta pan moje słowa - albo Rosja zginie w odmęcie anarchii, do której prowadzi ją adwokat-dyktator, albo uderzy w pokorę i wróci do jarzma caryzmu.

- Być może - odparłem, nie chcąc zabierać głosu, zwłaszcza, że całkowicie podzielałem zdanie mego rozmówcy. - A jak się panu powodzi?

Machnął ręką.

- Eee, stara bieda! Siedzi się w majątku, gospodaruje i czeka lepszych czasów.

- I nie wywłaszczyli pana?

- Żartuje pan chyba, panie naczelniku! Chłopi mnie kochają i nigdy się na to nie zgodzą. Bo widzi pan, u mnie panuje jeszcze dawny system rządzenia - o żadnych sowietach mowy nie ma. Toteż przypuszczam, że właśnie dlatego chłopstwo mnie kocha i szanuje. No, a jak panu życie płynie? Pracuje pan nadal w policji śledczej?

- Ale, skądże! Czyż pan nie wie, że ogłoszono nas funkcjonariuszy policji za kontrrewolucjonistów i wyrzucono na bruk. Czasy, panie, dziwne nastały! Ci, którzy tropią opryszków i prześladują złoczyńców uważani są za wrogów.

- To znaczy, że pan został bezrobotnym?

- Ano niby!

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.