Rozdział 1
Kroczyła cicho i niepewnie przez zatłoczone uliczki Paryża. W dłoni trzymała niewielką torbę. To jedyne, co zostało z jej dawnego, pełnego dóbr materialnych życia. Wciąż miała nadzieję, że zaraz się obudzi. Gwałtownie oderwie głowę od miękkiej poduszki, zaciśnie drobne, smukłe dłonie na atłasowej pościeli i odetchnie głęboko, zdając sobie sprawę, iż była to tylko nocna mara.
Jednak cień spowijający umysł nie znikał, a ona doskonale zdawała sobie sprawę, że tak już pozostanie. Straciła wszystko. Rodzinę, dom, narzeczonego. I to w ciągu zaledwie paru miesięcy. Jej pozycja społeczna posypała się niczym domek z lśniących, aczkolwiek niestabilnych kart.
- Już niedaleko.
Z przygnębiających myśli wyrwał ją męski głos.
Oliwkowe oczy w kształcie migdałów skupiła na plecach mężczyzny w podeszłym wieku. Parł przed siebie, jednak nie pozwolił sobie na zbytnie oddalenie, aby panienka nie zgubiła się po drodze.
Współczuł jej i przez wzgląd na świętej pamięci matkę dziewczyny, która traktowała go bardzo dobrze, gdy jeszcze służył im jako lokaj, pomógł biednej istotce w znalezieniu kąta dla siebie.
Obawiał się jednak, że dziewczyna może sobie nie poradzić. Pomimo dobrego serca, które teraz z trwogi trzepotało w drobnej piersi, wychowana została na szlachciankę, a skończyłaby na ulicy, gdyby nie on.
Jeszcze smutniejsze było to, że nic nie było jej winą, a los postanowił ukarać to biedne dziewczę. W końcu dotarli do placu, gdzie tłum nieco się przerzedził. Mężczyzna poprawił stary, lecz zadbany płaszcz. Zdjął melonik i przejechał dłonią po rzednących, posiwiałych włosach.
- Od teraz tu panienka będzie stacjonować - powiedział, odwracając się do niej, ręką zaś zatoczył półkole, jakby w ten sposób chciał objąć budynek opery.
Uniosła zaskoczone oczy. Przed nią wznosiła się dumna, pełna przepychu pierś opery. Gmach budynku był imponującym pokazem siły i sztuki. Wzniosłym, potężnym i nieugiętym. Gdy dawny lokaj prowadził ją po schodach wprost do drzwi, uważnie rozglądała się dookoła.
Jeśli fasada budynku robiła duże wrażenie, to wnętrze wręcz przytłaczało bogactwem i przepychem. Przystanęła nieco skołowana, czując się coraz dziwniej. Kiedy przekroczyło się próg opery, miało się wrażenie, że widok ten stworzony został tylko dla oczu najwyższych majestatów. Szlachty, królów i artystów z wyższych sfer. Nadmiar ozdób i szczegółów tak wyróżniających architekturę baroku bił po oczach, zmuszając do ukorzenia się przed majestatem świątyni muzyki i śpiewu.
- Monsieur Victor. - Usłyszeli przed sobą sympatyczny dla ucha głos.
- Bonjour1. - Victor zdjął szary kaszkiet i kiwnął głową. - Dobrze, że to ciebie jako pierwszego spotkaliśmy, panie Pears.
Mężczyzna nazwany Pearsem uśmiechnął się lekko. Dziewczyna zerknęła na niego. Był średniego wzrostu, miał ciemną karnację i czarne włosy. Prawie czarne oczy sympatycznie przyglądały się Victorowi.
- Dziś nie jest wystawiana żadna sztuka, to i ludzi niewielu uświadczysz - odparł i po chwili zerknął na panienkę stojącą cicho za starszym mężczyzną.
- Ach tak. To jest właśnie panienka Madeleine du Deffand - przedstawił dziewczynę.
Madeleine dygnęła dystyngowanie, tak jak niegdyś uczyła ją matka.
- Bonjour - przywitała się cichym głosem.
- Tak... Tak jak mówiłem, mieliście szczęście. Dyrektorzy poszukują osoby do pomocy w bibliotece i przy wieczornych porządkach.
Po tych słowach zerknął na dziewczynę.
Madeleine spuściła wzrok na piękną, marmurową podłogę. Jej dłonie mocniej zacisnęły się na rączce torby.
- Zaprowadzę panienkę do dyrektorów. Właśnie niedawno przybyli - zaproponował.
Victor pokiwał głową i obrócił się do dziewczyny.
- Tu moja rola się kończy. Niestety, tylko tyle mogłem zrobić - powiedział nadal mnąc w dłoniach nakrycie głowy.
- Jestem wdzięczna. - Uśmiechnęła się delikatnie, kładąc drżącą dłoń na ramieniu dawnego pracownika.
Victor ponownie tylko kiwnął głową, w duchu pochylając się nad tym, co spotkało panienkę. Z drugiej strony bał się, że może sobie nie poradzić, lecz nie miał innego pomysłu, gdzie mógłby ją wysłać. Sam w tej chwili ledwie wiązał koniec z końcem.
- Mademoiselle pozwoli. - Pears uśmiechnął się do niej i poprowadził w stronę gabinetu dyrektorów Richarda i Moncharmina.
Madeleine zacisnęła niewielkie, lecz pełne usteczka, teraz lekko pobladłe, i ruszyła za mężczyzną.
***
- Richardzie, czy na jutro wszystko ustalone? - zapytał Moncharmin, przeglądając pocztę dostarczoną z rana.
- Tak, oczywiście jeśli nasza diva znów nie zacznie się dąsać - westchnął ciężko jego przyjaciel i współpracownik.
- Ach tak... - Moncharmin pokiwał głową.
- Hm... Kolejny list od naszego "uniżonego sługi" - parsknął pod nosem, unosząc pożółkłą kopertę z pieczęcią w kolorze krwi. Na górze okręgu z laku widniała niewielka czaszka, pod którą znajdowały się inicjały "U.O.".
- Cóż tym razem? - Richard zakręcił ciemny wąs ku górze.
Gdy przejmowali pieczę nad budynkiem, ostrzegano ich, że przebywa tu pewna mara. Upiór, z którym podobnież współpracował poprzedni właściciel.
Moncharmin jednym ruchem otworzył list i wyjął z niego pergamin złożony na cztery, zapisany dość chaotycznym pismem, jakby dłoń dzierżąca pióro albo nie była pewna tego, co robi, albo tak szybko działała, że nie nadążała opanować sposobu pisania. Krzywe, lekko drżące litery biły po oczach czerwonym atramentem. Niektórzy pracownicy opery uważali, że to może być krew, i po tych słowach szybko wykonywali znak krzyża.
Dyrektor odchrząknął cicho, oczyszczając gardło, nabrał powietrza i począł odczytywać list.
Moi drodzy dyrektorzy,
proszę o wybaczenie, iż ośmielam się przeszkadzać w zapewne sprawach najwyższej wagi, z jakimi musicie zmierzyć się każdego dnia piastowania swego zacnego stanowiska, lecz zmuszony zostałem do skreślenia tych kilku zdań.
Po pierwsze jestem głęboko zawiedziony tym, że odebrana została mi moja loża. Apeluję o to, by natychmiast została zwrócona. Po drugie proszę nie zapomnieć o pensji, którą powinienem otrzymywać co miesiąc. Wszystkie koszta utrzymania mojej upiornej osoby znajdą Panowie w księdze zobowiązań.
Nie lubię przypominać o tak ważnych kwestiach, które powinny być wręcz zakodowane jak wypłacanie należności. Dodatkowo mam nadzieję, że znaleziono już osobę, która będzie odpowiedzialna za bibliotekę, która jest w opłakanym stanie i nie wspomnę tu przez kogo.
Jak Panowie wiedzą, do pracy czasem niezbędne są mi ważne manuskrypty i zapiski, jednak muszę przyznać, że sprawienie, iż poprzednia pracownica odeszła sama z siebie, dało mi nie lada satysfakcję, gdyż nie mogłem już patrzeć na niszczenie tak ważnej dokumentacji.
Oby nowa osoba oddelegowana do tego zajęcia wykazała się większą kompetencją.
Tym ostatnim zdaniem pragnę zakończyć list.
Wasz uniżony sługa
U. opery
- A więc odejście pani Agathe to jego sprawka? - wymamrotał Richard.
- Wierzysz w tego ducha!? - zawołał Moncharmin, rumieniąc się przez zdenerwowanie.
Richard wzruszył ramionami.
- Cóż... mój drogi przyjacielu, dziwne rzeczy się tu dzieją. Co kogoś zapytasz, to twierdzi, że nie raz widział upiora pojawiającego się znikąd i znikającego w ścianach i cieniach. Do tego te dziwne wydarzenia... To zaginie ważna suknia, to znika cały koń, to znów diva traci nagle głos w połowie przedstawienia... - mamrotał.
- Stek bzdur i zbiegów okoliczności! - obruszył się Moncharmin, lecz dalsze wywody przerwało mu pukanie do drzwi.
Spojrzał na przyczynę swego zacięcia się, odetchnął głęboko i odłożył pomięty w złości list na biurko.
- Wejść!
- Dzień dobry, szanowni panowie. - Usłyszeli.
Dwie pary oczu ujrzały mężczyznę o ciemnej karnacji, czarnych włosach i spokojnych, aczkolwiek wesołych oczach.
- Pears, co cię do nas sprowadza? - zagadnął Richard, gdyż jego towarzysz potrzebował jeszcze chwili na złapanie równowagi duchowej.
- Tak jak mówiłem, znalazłem osobę, która zajmie się biblioteką - powiedział i postąpił krok w bok, odsłaniając drobną istotkę o smutnym wyrazie twarzy. - Pozwolę sobie panienkę przedstawić. Madeleine du Deffand.
Dziewczyna ponownie dygnęła i spróbowała się uśmiechnąć.
- Du Deffand? - zapytał Moncharmin, najwyraźniej na chwilę zapominając o wcześniejszym zdenerwowaniu.
- Córka Andre du Deffand? - chciał się upewnić, czy dobrze rozumuje.
Madeleine zamrugała kilka razy, czując, jak serce jej przyspiesza, lecz w ciszy pokiwała głową.
- Cóż za... niespodzianka. - Richard ponownie zakręcił wąs.
Już otwierał usta, by coś dopowiedzieć, lecz szybko je zamknął, widząc, że dziewczyna robi się coraz bledsza. Pozostawił swe spostrzeżenie dla siebie, w końcu nie miał zamiaru niszczyć i tak już sponiewieranego honoru rodziny.
- Dziękuję, Pears - odprawił go mężczyzna. - Chcemy na spokojnie porozmawiać z panienką, ale zaczekaj za drzwiami, jeśli łaska - dodał, nim pracownik zniknął im z oczu.
- Pozwól, dziecko. Usiądź, proszę. - Richard wskazał jej fotel, samemu stając za biurkiem obok Moncharmina.
- Czy kiedykolwiek pracowałaś? - zapytał wprost.
Moncharmin jedynie w ciszy przyglądał jej się z zaciekawieniem.
- Nie... - szepnęła.
Przyjaciel Richarda cicho parsknął śmiechem.
- Moja droga, potrzebujemy kogoś, kto ma jakiekolwiek doświadczenie - powiedział i choć sam był zaskoczony, mentalnie wrócił do słów upiora z listu.
- Nie możemy pozwolić sobie na...
- Monsieur... - Ku zdziwieniu obu mężczyzn drobna istotka o włosach koloru dojrzałego zboża uniosła głowę.
Tym razem w oliwkowych oczach do smutku dołączyła rozpaczliwa potrzeba.
- Zdaję sobie sprawę, że nie dane mi było zaznać pracy, lecz obiecuję, że będę starała się ze wszystkich sił wykonywać powierzone mi obowiązki. - Jej głos był przepełniony nutą uporu, ale i determinacji.
Obaj spojrzeli po sobie, nie do końca wiedząc, co powiedzieć.
- Cóż... - zaczął Richard, lecz w słowo wszedł mu Moncharmin.
- Niech będzie - oświadczył. - Zostaniesz na próbę.
- Próbę? - zapytali jednocześnie Madeleine i Richard, przypatrując się jednemu z dyrektorów.
- Tak. - Kiwnął głową z pełną powagą. - Zapewne panienka wie, że potrzebujemy kogoś zarówno do zajęcia się biblioteką, jak i do pomocy przy sprzątaniu po spektaklach. W końcu gdzieś musisz zdobyć doświadczenie.
Z tymi słowami położył dłoń na liście spisanym czerwonym atramentem i zabębnił kilka razy palcami. Richard zrozumiał intencje swego przyjaciela. Nie odezwał się, choć nie w smak mu było rozpoczynać wojnę z upiorem.
Madeleine po raz pierwszy uśmiechnęła się szczerze, lecz nie był to wesoły grymas, ale wyraz ogromnej ulgi.
- Merci2.
- Pears pokaże ci wszystko. Idź do niego i powiedz, że kazaliśmy mu cię oprowadzić.
Madeleine kiwnęła głową, wstała i wyszła z gabinetu.
- Jeśli mam być szczery, to z zachowania ona hrabianki nie przypomina - odparł Moncharmin, kiedy drzwi zamknęły się za dziewczyną.
- Przypominam ci, mój drogi, że już nią nie jest - odpowiedział Richard, lecz zaraz zmienił temat. - Jesteś pewien tego, co zrobiłeś? - zapytał, zerkając na list.
- Oczywiście. Jedno mamy z głowy. A jeśli się okaże, że dziewczyna nie sprosta wymaganiom, zapewne upiór pozbędzie się jej tak samo, jak tamtej, dając nam spokój na jakiś czas.
Richard westchnął cicho, lecz jedynie pokręcił głową.
- Myślałem, że nie wierzysz w upiora... - zagadnął jak gdyby nigdy nic.
- Owszem. Mój umysł jest zbyt racjonalny na wyświechtane przesądy i wierzenia. Jednakże wierzę w spryt i dwulicowość naszego duszka. Co ważniejsze, uważam go za śmiertelnika, który jest bardzo utalentowanym aktorem. Zobaczymy, jak sprawy się rozwiną. - Zadowolony oparł dłonie na dorodnym brzuszysku.
1 Z francuskiego: Dzień dobry.
2 Z francuskiego: Dziękuję.