ROZDZIAŁ II
"Na szczęście panna Ella Creed nie nosiła oryginalnej biżuterii, lecz jej doskonałą imitację. Tak więc napastnik niczego nie zyskał. Policja zachowała kartkę, na której widnieje dziwaczny znak Upierzonego Węża. Najbliższe godziny dadzą nam z pewnością rozwiązanie zagadki
- To jest historia - powiedział wydawca z charakterystycznym zadowoleniem dziennikarza wysyłającego swego podwładnego w celu wykonania zadania całkowicie niemożliwego do spełnienia. - Upierzony Wąż dokonujący rabunku to coś niezwykle interesującego, co może być wspaniałym tematem dla niejednego pisarza.
- Czemu więc nie zatrudni pan pisarza, aby mógł napisać panu o tym powieść? - spytał Piotr marszcząc czoło. Był to wysoki młodzieniec o zaniedbanym wyglądzie i niedbałych ruchach. Włosy miał przycięte krótko jak szczotka. Strój jaki nosił, był nieco dziwaczny, ale pasował do zajęcia Piotra - zajęcia, które dawało mu dużo zadowolenia. O Piotrze nie mówiono inaczej jak: "mógłby być mądrzejszy, gdyby tylko zechciał". W "Post-Courierze" powiadano, że kocha się w zbrodni i aferach kryminalnych. Twierdzono, że nie bo jest dla niego przychylne plus minus siedem dni w tygodniu, to znaczy w czasie, gdy trwoni czas na badanie malowniczych morderstw.
- Wszystko to raczej nadaje się na powieść, a nie na artykuł w szanującej się gazecie - powiedział oburzony. - Upierzony wąż... To bzdura! Założę się, że ta kobieta wszystko to wymyśliła dla reklamy! Ella Creed dla reklamy poleciałaby nawet balonem!
- A leciała już kiedyś balonem? - zainteresował się nagle wydawca.
- Nie - odparł Piotr rozdrażnionym głosem. - Może mówić co chce, ale twierdzę, że nie stać ją na większe bohaterstwo niż jedzenie ostryg pierwszego września. Szczerze mówiąc, Parsons, czy nie mógłbyś dać tego któremuś ze sprawozdawców teatralnych! W tej dziedzinie powinieneś zwrócić się do jakiegoś korespondenta teatralnego, który...
Pan Parsons wskazał na drzwi, a Piotr, który był doświadczonym reporterem, wiedział, że nie można igrać z ogniem i wróciwszy do pokoju reporterów wypłakał swą gorycz na piersiach przyjaciół. Pod jednym względem był spokojny: upierzony, czy nie upierzony wąż, nie może zniszczyć jego kariery! W każdym razie czuł jakiś nieuzasadniony niepokój.
Kiedy instynkt i konwencja rozchodzą się, zaś obiektem działania tych dwóch sprzecznych sił jest młoda, podatna na wpływy osoba, zwycięża zawsze instynkt. Znajomości zawierane przy stoliku kawiarnianym łączą się zwykle z pewnym ryzykiem, gdyż niewyszukane "Czy mogę podać cukier?" nie jest z reguły najlepszym odpowiednikiem formalnej prezentacji.
A jednak, zamyślona Daphne Olrovd powoli zbliżała się tego szarego listopadowego popołudnia do przytulnej herbaciarni w hotelu "Astoria", bowiem formalna prezentacja nie zawsze jest gwarancją dalszych poprawnych stosunków. Poza tym ufała Dewinowi o wiele bardziej niż Leicesterowi Crewemu i jego przyjaciółce o czerwonej twarzy i złośliwym spojrzeniu.
Zainteresowanie Piotra Dewina jej osobą nie wydawało jej się w żaden sposób niewłaściwe. Miała swój własny system wartości i intuicję, które mówiły jej, że ten wysoki młodzieniec z fryzurą w nieładzie ma dla niej wiele szacunku, gdyż niemal bez wahania zdecydowała się na spotkanie w miejscu publicznym.
Gdy w cieniu palmy ukazał się Piotr Dewin, niespokojnie obserwując obrotowe drzwi, spiesznie podeszła do niego.
- Mogę dostać stolik z daleka od tej hałaśliwej bandy? Chyba, że lubi pani muzykę i orkiestrę hotelową?
Zaprowadził ją do odosobnionego stolika, ujął za ramię i zaczął mówić o ludziach i sprawach, które mogą jej sprawić kłopot, o ile nie będzie potrafiła ich odpowiednio potraktować...
- Każdy może tu przyjść w sobotę po południu... Oczywiście każdy, kto ma tu dostęp. Tamten człowiek, w tej okropnej marynarce, to szuler. Właśnie przyjechał z Nowego Jorku...
Miał nawyk podkreślania poszczególnych słów wymyślnymi gestami; wydawało jej się, że ma przed sobą żywy semafor.
- Tam na przykład, w tym niskim foteliku... O, przepraszam.
Obecności Piotra Dewina nie można było ukryć. Wszyscy w herbaciarni wiedzieli już o jego obecności, choćby nawet tylko zgadywali. Znał go kelner, znał go kierownik sali i portier znał go również. Inni się nie liczyli.
Daphne dowiedziała się o jego zawodzie dopiero teraz i była szczerze zdziwiona i zaciekawiona. Dziennikarze zawsze stanowili dla niej podniecającą zagadkę.
- Czym się pan teraz zajmuje? - zapytała.
- Najbardziej interesują mnie zbrodnie, morderstwa i tym podobne sprawy - odpowiedział niejasno obserwując ją i jednocześnie szacując spoza rogowych okularów. - Kiedy w zbrodni jest zastój, interesują mnie śluby królów, ważne pogrzeby... Obecnie zagłębiam się w tajniki debaty Izby Gmin. Do diabła z tymi okularami, nic przez nie nie widzę!
- Dlaczego więc ich pan nie zmieni? - spytała zdziwiona.
- Nie zmienię - odrzekł spokojnie - bo są własnością kolegi z redakcji. Moje muszę odebrać od optyka.
Przyglądał się badawczo i krytycznie swojej towarzyszce. Nie miała jednak do niego o to pretensji, była dziewczyną obdarzoną poczuciem humoru.
- A więc?... - spytała wyczekująco.
- Jest pani strasznie miła, albo, może lepiej powiedziawszy, piękna - powiedział bez zapału. - Wiedziałem o tym, oczywiście, od pierwszego spotkania. Nigdy jednak nie śniłem, że znajdę się tu razem z panią. Czy byłem nachalny? Ludzie mówią, że jestem nachalny tylko dla interesu, a ja po prostu jestem wszystkiego ciekawy.
- Nie, ja nie sądzę, źe jest pan "nachalny" - uśmiechnęła się. - Zawsze wydawał mi się pan niezwykły.
- Jestem taki - odparł szybko. - Nigdy nie byłem jeszcze zakochany. Można stracić całą radość życia, gdy człowiek zakocha się w dziewczynie tylko dlatego, że jest kobietą. Rozumie pani? Jeżeli odrzucimy naturę i charakter współczesnej dziewczyny, to co nam zostanie? Ogryzek! Może to absurd, ale cały składam się z absurdów.
Zjawił się kelner z filiżankami i herbatą w czajniczkach.
- Pani jest sekretarką Crewego?
Zawahała się.
- Widzę, że w końcu rozpoczyna pan ze mną wywiad, czy coś w tym sensie? Nie pamiętam, żebyśmy to ustalili na dzisiejszy ranek. Chcę dziś o tym zapomnieć. Poproszę o kawałek cukru.
Zamieszał herbatę i ściągnął brwi.
- Dawno już pisarze wyjaśnili, dlaczego młode, piękne damy zajmują upokarzające posady na skutek krachu finansowego lub zgrania się do nitki swoich rodziców! Nie miałem jednak na myśli przykładu z bankructwem...
- ...i mój ojciec nie przegrał fortuny w karty - zaśmiała się. - Zaliczam się do średniej klasy i odpowiedniej sfery.
Zdawał się być z tego zadowolony.
- Świetnie. Nie lubię ludzi upadłych. Czy zna pani tamtą kobietę? Patrzy teraz na panią.
- To Paula Staines - odparła. - Jakaś krewna Crewego.
Piotr badał wzrokiem elegancko ubraną kobietę. Była jednak zbyt daleko, aby mógł dojrzeć jej twarz.
- Lubi pani swoją posadę? - spytął nagle.
- U pana Crewego? - zawahała się. - Nie... nie bardzo. Staram się o inną pracę, ale nie sądzę, żebym miała szanse.
Spojrzał na nią przenikliwie.
- Zabawny, co? Mówię o Crewem. Nie ma najlepszej opinii. Myślę, że powinna pani od niego odejść. Crewe gromadzi pieniądze w dość podejrzany sposób. Przychodzą łatwo, ale nigdy nie wiadomo, kiedy się na nich można pośliznąć.
Zaśmiała się.
- Albo go pan dobrze zna, albo wyciąga pan wnioski z pozorów...
- Posługuję się tylko moim encyklopedycznym mózgiem - zauważył i dodał: - Nie. Po prostu interesuję się nim. Jestem reporterem od spraw kryminalnych i posiadam wyobraźnię. Mam siedem teorii co do Crewego, ale żadna mnie nie zadowala. Proszę jeść te piekielne ciastka!
Daphne słuchała spokojnie.
- Pójdę nawet dalej, poświęcę tysiąc funtów na reklamę kobiety, która straciła klejnoty wartości dziesięciu funtów...
- Ella Creed? - spytała Daphne zaskoczona. - Myśli pan o tej dziewczynie, którą napadnięto w ogrodzie jej domu?
- Pani ją zna? - zapytał.
- Nie. Widziałam ją tylko. Czasem przychodziła do Crewego. Pan Crewe bardzo interesował się tym rabunkiem. I on też dostał jedną z tych wizytówek upierzonego węża i to w tym samym dniu, w którym napadnięto pannę Creed. Był tym bardzo zaniepokojony.
Piotr patrzył w zamyśleniu na dziewczynę.
- Nie wierzę, aby coś w tym było - powiedział wreszcie. - Cała ta heca została wzięta z... - i tu wymienił nazwisko jakiegoś znanego pisarza brukowych powieści. - Złodzieje nie są zdolni w prawdziwym życiu do tego rodzaju historii. A to "ostrzeżenie" to po prostu bzdury i nie pozwolę się zastraszyć. Dokąd pani idzie? - zakończył nagle.
Zaśmiała się.
- Na spotkanie nowej przygody - odparła. - W sprawie nowej pracy, chociaż nie mam cienia szansy!
Przepuścił ją przez obrotowe drzwi hotelu i skierował kroki do teatru "Orpheum". Ze względu na wczesną porę nie miał nadziei, że zastanie aktorkę w teatrze. Zajrzał jednak do mrocznej poczekalni i udał się za kulisy, gdzie z zaskoczeniem dowiedział się, że może ją znaleźć w jej garderobie i że czeka na niego.
Ella Creed właśnie przyszła, ubrana jeszcze w zwykły strój wyjściowy, na który zarzuciła futro. Piotr widział ją po raz pierwszy, chociaż znał dobrze jej przyjaciół.
Na przykład Joe Farmer był znaną postacią w Londynie. Tęgi, postawny mężczyzna z twarzą czerwoną i jakby nabrzmiałą, o niewymownie znudzonym wyrazie. Znany był głównie jako organizator walk bokserskich i jako właściciel całego łańcucha podejrzanych barów, rozciągających się od Tidal Basin po Kew. Poza tym miał kilka koni wyścigowych w Berkshire. I jeżeli nie posiadał najlepszej reputacji, to raczej cieszyło go to, gdyż zła reputacja często przechodzi w popularność. Jego wielkie tłuste łapy błyszczały niczym wystawa u jubilera (miał słabość do brylantów), a olbrzymi diament połyskiwał w krawacie, co zawsze zwracało powszechną uwagę.
Wyszczerzył przyjaźnie zęby do Piotra i wyciągnął olbrzymią łapę.
- Cieszę się, że cię tu widzę - powiedział. Miał głęboki, zachrypnięty głos, co sprawiło wrażenie, że jest chory na gardło. - Siadaj Piotrze, mój synu. Pozwól, że cię przedstawię Elli. Pan Piotr Derwent...
- Dewin, stary Bachusie - sprostował Piotr znudzonym, głosem. - D-e-w-i-n.
Joe Farmer zachichotał ochryple.
- Dla mnie jesteś po prostu... Piotr! Przyjdziesz zobaczyć moją walkę w Big Hall?
- Ciągle tylko myślisz o tych walkach - przerwała Ella ze złością. Potem zwróciła się do Piotra: - Pan jest reporterem? Przypuszczam, że przyszedł pan w sprawne tego niesamowitego napadu ostatniej nocy? Muszę się przyznać, że jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak przerażona!
Mówiła szybko, ale zdania miały nieco sztuczne brzmienie.
- Na szczęście nie miałam wtedy na sobie prawdziwej biżuterii. Naturalnie nie mogę sobie pozwolić na to, aby nosić perły wartości dziesięciu czy dwudziestu tysięcy funtów. Nie wiem, czy mnie pan zrozumiał, panie Jak-tam-panu-jest...
- Ma pani to ostrzeżenie? - przerwał Piotr.
Otworzyła torebkę i niechętnie wyjęła podłużny szary karton z kawałkiem sznurka.
- Był przywiązany do mojej szyi - rzekła. - Wstrząsnęło mną to bardzo. Ja, widzi pan, nigdy nie straciłabym przytomności. Chyba, że ktoś ogłuszyłby mnie...
- Uderzył panią? - spytał Piotr.
Zawahała się. Chciałaby, dla reklamy, zmienić zeznanie, które złożyła już na policji.
- Ogłuszył mnie sposób, w jaki mówił - powiedziała wreszcie. - Mówiąc szczerze, dopiero wtedy zemdlałam naprawdę!
- Czy rozpoznałaby pani tego napastnika?
Zaprzeczyła.
- Nie, było calkiem ciemno. Zwykle mój szofer czeka, aż otworzę główne drzwi wejściowe i wejdę do mieszkania. Wtedy jednak zrobiłam głupio i powiedziałam mu, że może już jechać i traf chciał, że wydarzyła się ta historia!
Piotr badał bilet z wizerunkiem Upierzonego Węża.
Nie sądzi pani, że ktoś sobie z pani zakpił? - spytał.
Sourzyła się na to przypuszczenie.
- Zakpił? - spytała ostro. - Czy sądzi pan, że któryś z moich przyjaciół ma czas na tego rodzaju zabawy? Nie, ten człowiek chciał mnie okraść z biżuterii. Chciałabym zobaczyć jego minę, gdy przekonał się, co zabrał, że to były tylko "rekwizyty"!
Zastosowała typowo teatralne określenie czegoś, co imituje i dekoruje, a co obecnie miało oznaczać jej biżuterię!
Piotr słyszał o tym, że wczoraj wieczorem znalazła w torebce bilet z Upierzonym Wężem, a teraz miał potwierdzenie słów Daphne Olroyd.
- To ciekawe - mówiła staccato Ella Creed zaczerpnąwszy oddechu - że mój przyjaciel, pan Leicester Crewe, znany makler giełdowy, też dostał bilet i...
- Tak, wiem - wtrącił się nagle Joe Farmer. - Powiedz, co myślisz o tym wszystkim? Pomyśl, taki stary tucznik napada na to dziecko!
Joe, który miał wiele do czynienia z amerykańskimi bokserami uważał, że osiągnął maksimum doskonałości w sposobie wyrażania się.
- Słuchaj, Piotrze, to dla ciebie wspaniała sprawa, jedna z największych!
- Och, zamknij się! - przerwała brutalnie Ella. - My nie chcemy tego, Joe.
Ten wybuch wymagał wyjaśnień.
- Pan Farmer sadzi, że to była pewna osoba, która według niego stoi między nim a mną. Jednak ta osoba nie żyje i to nie mógł być on!
Rzuciła znaczące spojrzenie w kierunku jego czerwonego oblicza.
- Im mniej się o tym mówi, tym lepiej.
- Żywy czy martwy - powiedział ostrożnie Joe - ale ja mam na ten temat własną teorię! Nikt nie może mnie tak trzepnąć, żebym nie przyszedł do siebie. Jestem taki facet, że mogę leżeć, ale nie lubię jak mnie ktoś kopie, rozumiesz? Jak ktoś jest dla mnie grzeczny, to i ja jestem dla niego grzeczny...
- Czy zamkniesz się wreszcie? - Teraz Ella była już naprawdę zła, a zwycięzca wszechwag zamilkł posłusznie.
Niczego więcej już się Piotr nie dowiedział i powrócił do redakcji trochę zakłopotany i w dużym stopniu rozdrażniony. Opuszczając biuro i już w drodze do domu, spotkał wydawcę.
- Mam coś o tych bile tach - powiedział Parsons - coś, czego nie wiesz jeszcze. Upierzony Wąż ma szczególne znaczenie. Byłem w bibliotece i zajrzałem do encyklopedii. To jeden z bogów starożytnych Azteków. Dlaczego jeszcze nie złożyłeś wizyty Beale'owi?
- A któż to taki? - spytał Piotr, a wydawca jęknął z rozpaczy. Słabą stroną Piotra Dewina było mianowicie to, że nie znał się na niczym innym prócz spraw kryminalnych.
- Pan Gregory Beale jest archeologiem - odparł cierpliwie wydawca. - A poza tym jest milionerem. Wrócił właśnie z jakiejś wyprawy do tajemniczych miast Majów, gdzie dokonywał badań naukowych. Faktycznie przyjechał do Londynu wieczornym pociągiem. Posłałem na dworzec Waterloo reportera, aby zrobił z nim wywiad, ale ten osioł minął się z nim. Znajdziesz w książce telefonicznej jego numer. Przypuszczam, że od pana Beale'a będziesz mógł czegoś dowiedzieć się o Upierzonym Wężu.
Wyszedł z budynku z wesołym "dobranoc!", a gdy Piotr był już w połowie drogi na schodach, wydawca wrócił i odciągnął go na bok ze słowami:
- Gdy będziesz z nim rozmawiał, zapytaj, czy ta brudna i nędzna dzielnica poprawiła się od czasu, gdy ją opuścił. To znany działacz społeczny.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.