1
Mike wybiera się do Osaki, mimo że jego matka przylatuje do Houston.
Tylko na kilka tygodni, mówi Mike.
A może na dwa miesiące, dodaje. Ale ja muszę wyjechać.
Po pierwsze myślę: o kurwa.
Po drugie, że nie mamy na to kasy.
Potem przychodzi mi do głowy, że my nie mamy w ogóle żadnych oszczędności. Mike jednak zawsze był w porządku, jeśli chodzi o finanse, zawsze spoko, płacił swoje rachunki. A ja zawsze uważałem to za oczywiste.
Mówi, że chce odnaleźć swojego ojca. Stary się rozchorował. Mike chce go złapać, zanim zrobi wysiadkę. Siedzę na kanapie, słucham go i jednocześnie ładuję telefon.
Nie widziałeś mamy od wielu lat, mówię. Przyjeżdża tu dla ciebie. A ja jej w ogóle nie znam.
Mówię: Ty przecież, kurwa, nawet nie lubisz taty.
Fakt, odpowiada Mike. Ale kupiłem już bilet.
A mama jeszcze tu będzie, kiedy wrócę, dodaje. Jesteś świetnym kompanem. Jakoś to przeżyje.
Rozbija jajka nad zlewem, wrzuca żółtka na dwie patelnie. Kiedy zaczynają się ścinać, soli je i posypuje taki majonez listkami z kilku gałązek oregano. Miał kiedyś obsesję na punkcie sosu sriracha, dostawał piany na ustach, ilekroć po niego sięgałem, ale teraz ściska wyblakłą butelkę nad moim omletem i wsmarowuje w niego sos szpatułką.
Nie pytam, gdzie będzie mieszkał w Japonii. Nie pytam z kim. Nie pytam, gdzie będzie spała u nas jego matka, nasze mieszkanie ma przecież tylko jedną sypialnię, ani jak dokładnie miałbym się tu urządzić z obcą kobietą. Wiadomo, że czasami udaje się wskoczyć do jadącego pociągu. Część rodziców dzieciaków, z którymi pracuję, właśnie w taki sposób przybyła do tego kraju. Jeżeli się potkniesz, nie żyjesz. Jeżeli okażesz się zbyt wolny, też nie żyjesz. Ale jeżeli weźmiesz rozbieg odpowiednio wcześnie, pociąg ci nie ucieknie.
Więc nie wywracam naszej ławy kawowej do góry nogami. Ani żadnego z krzeseł. Nie zarysowuję kluczykiem wozu Mike'a, nie taranuję drzwi wejściowych jego samochodem i nie wjeżdżam prosto do salonu. Po tamtym podbitym oku zaniechaliśmy rękoczynów - obaj doszliśmy do milczącego wniosku, że możemy zrobić dla siebie chociaż tyle.
Dzisiaj więc po prostu się uśmiecham.
Dziękuję Mike'owi, że mnie poinformował.
Pytam, kiedy wyjeżdża, i wiem, że robię błąd. Właśnie wyciągam rękę, żeby odrzucić ładowarkę, kiedy Mike odpowiada, że jutro.
* * *
Było nam dobrze. Dziękuję, że pytacie.
* * *
Jesteśmy ze sobą ile? Cztery lata? To zależy jednak od tego, jak liczyć. Od kilku miesięcy nie byliśmy razem na żadnej imprezie, a na początku, kiedy jeszcze na nie chodziliśmy, nikt nie wiedział, że się pierdolimy. Mike po prostu odsuwał się na bok, gdy jakaś biała dziewczyna wkraczała gadaniną w moją prywatną przestrzeń, a potem wyciągał rękę, żeby mi włożyć palec do szklanki z piwem.
Albo kichał, przeciągał się i wycierał nos w rękaw mojej koszuli.
Albo leniwymi ruchami najpierw pieścił mój portfel, a później go poklepywał, żeby wrócił na miejsce.
Kiedyś w czasie obiadu zwrócił na siebie uwagę wszystkich obecnych, bo trzymał pod stołem rękę na moim udzie. Przesuwał mi kciukiem po kroczu. Ludzie patrzyli na nas co jakiś czas i można było po nich poznać, kiedy orientowali się wreszcie, co się święci. Prostowali plecy. Uśmiechali się nieco za szeroko. Mike od razu pytał, czy coś się stało, tamci zapewniali go, że nic, a on natychmiast znowu wyszczerzał zęby, ani razu nie kiwając nawet głową w moją stronę.
Wiedzieliśmy, jak wyglądamy. I jak nie wyglądamy. Ale któregoś wieczoru, kilka tygodni temu, kiedy włóczyliśmy się z knajpy do knajpy, bo Mike dostał robotę, dość było na nas popatrzeć. Mike pracuje w barze kawowym w Montrose. To właściwie knajpa w stylu fusion, gdzie masakruje się ryż i sajgonki - chociaż w gruncie rzeczy żarcie jest meksykańskie, ponieważ gotują tam sami Meksykanie oprócz jednego faceta, który nazywa się Mike.
Otworzyli się rok wcześniej. Więc była to pierwsza rocznica. Mike zgłosił nas do pracy ochotniczej i przez godzinę przewracaliśmy tortille na drugą stronę na kuchence, przy której siedział didżej.
Czułem się fatalnie. Mike też. Wszyscy, którzy przechodzili obok nas, mieli miny oznaczające: Mm. Klepali nas po ramionach. Pytali, od jak dawna jesteśmy razem. Byli ciekawi, gdzie się poznaliśmy i jak nam się udało przetrwać huragan Harvey, ale muzyka napierdalała za głośno, więc Mike i ja właściwie wzruszaliśmy tylko ramionami.
* * *
Nie odzywam się ni chuja, kiedy jedziemy na lotnisko po jego matkę, i nie odzywam się też ni chuja, kiedy Mike parkuje. Lotnisko międzynarodowe leży za obwodnicą Houston, ale na drodze zawsze jest duży ruch. Mike podjeżdża pod halę przylotów i wyciąga kluczyki ze stacyjki, a za nami ciągnie się połyskliwa kreska, maleńka konstelacja podróżników.
Ostatnio zapuścił wąsy. Ich cień tańczy na jego całej twarzy. Zazwyczaj goli się gładko, więc teraz wydaje mi się, że wygląda jak karykatura samego siebie. Siedzimy pod terminalem i nie możemy dopuścić w takim miejscu do kompletnie pojebanej awantury, a jednak. Nie można nie myśleć.
Myślę.
Myślę, czy on myśli.
Przeprosiny ostatnio nie szły nam dobrze. Teraz byłoby miło.
Przez to lotnisko przewija się mniej więcej sto jedenaście tysięcy pięćset osób dziennie i oto my, dwie najbardziej idiotyczne z nich.
Hej, mówi Mike.
Wzdycha. Podaje mi kluczyki. Oświadcza, że niedługo wróci z matką.
Jeżeli odjedziesz i zostawisz nas na tym parkingu, dodaje, pewnie i tak cię znajdziemy.
* * *
Temat rasy poruszył dopiero po całych dwóch randkach. Poszliśmy do jakiegoś irlandzkiego baru, usytuowanego przytulnie przy Hyde Parku. Wszyscy pozostali klienci na patio byli biali. Trochę się upiłem, a kiedy powiedziałem Mike'owi, że jest odrobinę za niski niż w sam raz, zakląskał językiem, jak gdyby pytając, dlaczego mówię mu o tym dopiero w tej chwili.
A gdybym ja ci powiedział, że jesteś za grzeczny, zauważył.
To nic nie szkodzi, odparłem.
Albo taki wygadany.
Rozumiem. Przepraszam.
Nie przepraszaj, odparł, po czym uderzył mnie w ramię.
Tego wieczoru dotknęliśmy się pierwszy raz. Barman spojrzał w naszą stronę, mrugając powiekami.
Mam tylko nadzieję, że widzisz we mnie spełnioną istotę ludzką, powiedział Mike. Że sięgasz wzrokiem poza mój oczywisty sex appeal.
Zamknij się, powiedziałem.
Poważnie, odrzekł Mike, nie ściemniam.
Moja Mifune, dodał, twoja Yasuke.
Przestań.
A może jesteśmy po prostu, kurwa, Bonnie i Clyde.
* * *
Kiedy Mike idzie do hali odbioru bagażu, do samochodu zagląda trzech różnych gliniarzy. Na widok pierwszych dwóch się uśmiecham. Widząc trzeciego, patrzę spode łba. Facet puka w szybę, jak gdyby mówił: Na co ty, kurwa, czekasz, a kiedy pokazuję wejście na lotnisko, tylko marszczy brwi.
Potem widzę, jak wychodzą. W pierwszej chwili myślę, że to oczywiste, że łączą ich więzy krwi. Matka Mike'a jest nieco przygarbiona, chociaż tylko troszeczkę, on ciągnie za sobą jej walizkę na kółkach. Przez jakiś czas widywali się raz w roku - przylatywała po prostu w odwiedziny - ale w ostatnich kilku latach pojawiły się między nimi jakieś zgrzyty. Jej odwiedziny ustały, odkąd wprowadziłem się do Mike'a.
Mogę im przynajmniej otworzyć bagażnik. Wolałbym być facetem, który nie robi tego rodzaju rzeczy, ale nie jestem.
Mike wsiada i pomaga matce ustawić tylny fotel, a ona nawet nie zaszczyca mnie spojrzeniem. Włosy nosi spięte w kok. Jest w jasnoniebieskiej wiatrówce, na twarzy ma maseczkę ochronną i leciuteńki makijaż.
Mamo, pyta Mike, jesteś głodna?
Matka mamrocze coś do niego po japońsku. I wzrusza ramionami.
Mamo, mówi Mike.
Mike patrzy na mnie. Znowu zadaje jej to samo pytanie. Potem on też przechodzi na japoński.
Matka coś mówi, Mike również, po czym do okna od mojej strony zbliża się kolejny facet, kierujący ruchem. Latynos, jest w służbowej kamizelce, wygląda w niej potężnie. Głowę ma podgoloną jak żołnierz. Mówi coś do nas zza szyby, a gdy otwieram okno, pyta, czy coś jest nie w porządku.
Odpowiadam, że już ruszamy.
No to ruszajcie, rzuca.
Słowa wydobywają się z moich ust tak szybko, że nie czuję ich smaku. Tak jak się nie czuje grawitacji. Mówię: Dobrze, ty jebańcu, już nas nie ma.
Patrzy na mnie spode łba. Nie ma czasu na odpowiedź, bo za nami rozlega się nagły chór klaksonów. Facet znów patrzy na mnie, a potem odchodzi, drapiąc się po piersiach i z kwaśną miną oglądając na nasz samochód.
Kiedy zamykam okno, Mike spogląda w dal. Jego matka też. Mówi coś, kręcąc głową, a ja się włączam do ruchu.
Nastawiam radio, śpiewa Meek Mill.
Zmieniam stację, śpiewa zespół Migos.
Wyłączam to cholerstwo. Chwilę później wjeżdżamy na autostradę.
Ni z tego, ni z owego wydaje mi się, że przypominamy postaci z jeszcze jednej ze zdecydowanie zbyt licznych oper mydlanych, ale wtedy matka Mike'a zaczyna się śmiać, kręcąc głową.
Mówi coś po japońsku.
Mike wali pięścią w schowek pod deską rozdzielczą i mówi: "Mamo".
* * *
Moi rodzice udają, że nie jestem gejem. Przychodzi im to łatwiej, niż mogłoby się wydawać. Ojciec mieszka w Katy, bliziutko, na zachód od Houston, a mama została w Bellaire, nawet kiedy drugi raz wyszła za mąż. Kiedyś na rodzinne obiady jeździliśmy wszyscy razem do śródmieścia. Ojciec pracował jako prezenter pogody. Te obiady to była dla niego kwestia statusu społecznego. Zabierał z domu moją siostrę, matkę i mnie, wiózł nas samochodem drogą I-45, żebyśmy mogli zjeść w otoczeniu jego współpracowników, a dla naszego stolika zawsze zamawiał największe danie w karcie - z półmisków zsuwały się pieczone prosiaki, na kapuście pekińskiej skwierczały olbrzymie stosy parujących krabów - i on nazywał to Pracą, bo wiecznie Pracował.
Często zadawał nam następujące pytanie: Ilu czarnuchów zapowiada pogodę w telewizji?
Matka nigdy się z nim nie spierała, nie obrzucała go obelgami ani nic takiego. Tylko dokładnie powtarzała jego słowa. Parodiowała jego głos. Taką miała zajawkę. W jej interpretacji brzmiał niczym ważniak, szef; mój ojciec jest jednak szaraczkiem, więc jej taktyka przynosiła dokładnie takie rezultaty, jakich należało się spodziewać.
Kupa roboty dzisiaj, oznajmiała w samochodzie, stanie w korku na autostradzie 10.
Taka prognoza naprawdę robi wrażenie, mówiła kilka chwil po tym, jak ojciec roztrzaskiwał kieliszek wina o kuchenną ścianę.
Przysięgam, że to ostatni, zapewniała, patrząc mu prościutko w oczy, kiedy bełkotał pijany, obejmował jej kolana i przysięgał, że w życiu nie wypije już nawet jednego piwa.
W końcu od niego odeszła. Lydia razem z nią, i zmieniła liceum. Ja zostałem na przedmieściach, w swoim starym gimnazjum, a ojciec dalej pił. Kiedy wyrzucili go z telewizji za to, że wystąpił narąbany na żywo, żył z oszczędności. Czasami brał zastępstwa jako nauczyciel chemii i biologii w liceum, ale głównie przesiadywał na kanapie, wygwizdując szyderczo cogodzinne prognozy pogody stacji KHOU.
Zdarzało się, że miał okresy trzeźwości, i wtedy po powrocie do domu zastawałem go, jak sprawdzał szkolne testy. Jeden uczeń wytrącenie chemiczne nazwał potrąceniem. Drugi, zamiast podać definicję chmur zwanych cumulusami, pokrył całą kartkę rysunkami puchatych kłaczków. Pewnego razu ojciec położył na i tak zasłanym już do granic możliwości stole trzy testy, wszystkie wypełnione jednakowym charakterem pisma, tylko nazwiska na nich były różne.
Machnął tymi testami w moją stronę, pytając, dlaczego wszystko musi być tak kurewsko trudne.
* * *
Po kilku miesiącach znajomości Mike oświadczył, że możemy być, kim tylko chcemy. Jakkolwiek by to zabrzmiało.
Jestem taki łatwy w pożyciu, powiedział.
Ja nie, odparłem.
Będziesz, stwierdził. Daj mi tylko trochę czasu.
* * *
Podjeżdżamy na naszą ulicę już po północy. W większości okien jest ciemno. Przy krawężniku siedzi stadko dzieciaków, jarają trawę i napierdalają petardami.
Gdy jedna wybucha za naszymi plecami, dzieci się ulatniają. To ich najnowsza zajawka. Matce Mike'a nie drży nawet powieka.
Mamo, mówi Mike, jesteśmy w domu.
Mieszkamy w Third Ward, historycznie rzecz biorąc, czarnej dzielnicy Houston. Mamy zdecydowanie za duże mieszkanie. Bez sensu. Na osiedlu były kiedyś pieniądze, ale później przyszedł crack i forsa zniknęła, a teraz słychać tu czasem strzały z broni palnej, odgłosy bójek albo samochody jakichś pojebańców, jeżdżących o wiele za szybko. Naszą ulicę najechały jednak ostatnio bractwa z pobliskiego koledżu. I garstka jakichś chyba profesorów. Z kupą bogatych dzieci, bawiących się w ubóstwo. Czarni, którzy mieszkają tu od lat, pozwalają im na to i są zadowoleni, dowody naukowe wskazują bowiem, że biała młodzież odstrasza gliniarzy.
Nasi najbliżsi sąsiedzi to Wenezuelczycy. Mają chyba coś z dziewięcioro dzieci. Wśród innych sąsiadów są tacy czarni dziadkowie, którzy mieszkają tu od niepamiętnych czasów. Co kilka tygodni Mike gotuje posiłki dla obu tych rodzin, sopa de pescado, słodkie ziemniaki, makaron i ryż. Nigdy nie robił z tego żadnej afery; po prostu budzi się, wstaje i gotuje, a ja po kilku pierwszych takich przypadkach zapytałem go, czy nie traktuje tych ludzi protekcjonalnie.
Po pewnym czasie zauważyłem jednak, że sąsiedzi pozwalają mu się wylegiwać na gankach swoich domów. Zagadywał ich dzieciaki, wsparty o drewnianą balustradę. Czasami ci czarnoskórzy staruszkowie zapraszali go do środka, pokazywali mu zdjęcia córek swojej córki.
Mike mieszka tutaj od lat. Przeprowadziłem się do niego od ojca. Pierwszej nocy nie mogłem zasnąć ze względu na hałasy. Twierdził, że z czasem przywyknę, ale szczerze mówiąc, wcale tego nie chciałem.
Matka Mike'a zzuwa buty pod naszymi drzwiami. Przesuwa dłonią wzdłuż ściany. Opukuje kuchenny bufet, dotyka jego drewna palcami stóp. Gdy wychodzi na korytarz, Mike uśmiecha się do mnie, chyba po raz pierwszy od miesięcy, i wtedy ją słyszymy: najpierw jak gdyby czka, a potem z wolna zaczyna płakać.
* * *
Kilka lat po rozwodzie rodzice zabrali mnie na lunch do Montrose. Od dawna nie siedzieliśmy razem przy jednym stole. Lydia prawie zupełnie zerwała z nimi kontakt; wyprowadziła się, wyruszyła w świat i poradziła mi, żebym zrobił to samo, nie posłuchałem jej jednak, tylko zamówiłem sobie kanapkę z wołowiną na ciepło.
Tydzień wcześniej ojciec wszedł do pokoju, w którym jakiś chłopak walił mi konia. Nie był to dla mnie nikt ważny. Poznaliśmy się, kurwa, na jakiejś apce. Ojciec otworzył drzwi, zakaszlał i nawet powiedział przepraszam, kiedy wycofywał się za próg. Siedzący koło mnie chłopak zrobił taką minę, jak gdyby pytał, czy powinniśmy dokończyć, czy jak.
Wieczorem, kiedy już wyszedł, czekałem, aż ojciec wspomni o tym zajściu. Ale on siedział tylko na kanapie i przedzierał się przez dwa sześciopaki. Sprawa się rozmyła. Tamten chłopak, zanim wsiadł w samochód i odjechał, powiedział, że chciałby się jeszcze kiedyś ze mną spotkać, a ja odparłem, że chyba się nie spotkamy, bo pewnie mimo wszystko nic z nas nie będzie. Nie wiedziałem wtedy, że liczba osób, które okazują nam zainteresowanie w życiu, jest skończona.
Podszedł nasz kelner, brązowoskóry chudzielec, i zapytał, czy potrzebujemy czegoś jeszcze, na co odezwałem się trochę za szybko. Uśmiechnął się. Po chwili uśmiechnęła się moja matka.
Wiesz, że możesz z nami porozmawiać, zwróciła się do mnie.
I ze mną, i z ojcem, dodała.
Pachniała czekoladą. A ojciec miał na sobie ładną koszulę. Trudno byłoby się domyślić, że ten mężczyzna rzucił kiedyś swoją żoną o ścianę. Albo że ta kobieta chwilę później wbiła mu widelec w łokieć.
Super, powiedziałem. Dziękuję.
O wszystkim, odezwała się matka, dotykając mojej dłoni.
Cofnęła rękę, kiedy się wzdrygnąłem. Ojciec nie odzywał się ni chuja.
Tamtego wieczoru podrzucił mnie do domu. Powiedział, że wróci rano.
Nie minęła wtedy nawet godzina, a ja już zaesemesowałem do tego chłopaka z przedwczoraj. Gdy otworzyłem drzwi, miał trochę niepewną minę, ale pogładziłem go po nadgarstku, a wówczas na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech.
Pozwoliłem mu, żeby mnie przeleciał na kanapie. A potem jeszcze raz w kuchni. I znowu w sypialni ojca. Nie używaliśmy kondomów.
Wyszedł rano, ale najpierw zjedliśmy grzanki. Był Filipińczykiem, mówił z mocnym akcentem. Powiedział, że chce zostać adwokatem.
* * *
Któregoś dnia, już w drugim roku naszego związku, opowiedziałem Mike'owi o tym wszystkim. Robiliśmy akurat zakupy spożywcze. Mike pieszczotliwie przebierał imbir, kapustę i boczek.
Przerwał mi w połowie opowiadania, żeby się dowiedzieć, czy mają w tym sklepie kombu.
Powiedział: Twoi starzy to chyba istne anioły.
A ty, dodał, jesteś jak małe dziecko. Taki chłopaczek, który ma mnóstwo szczęścia.
Potem któregoś ranka wyszedł do pracy. Zostawił telefon w kuchni. Nie chciałem go dotykać, ale ekran zamrugał, więc dotknąłem.
Nie znałem i nie znam faceta, którego kutas błysnął na ekranie.
Na krótką chwilę.
Później zniknął.
Oglądamy takie sytuacje na filmach i w ogóle, kurde, i mówimy sobie, że nam coś takiego nigdy się nie przydarzy. Oczywiście każdy chciałby w podobnych okolicznościach przejąć inicjatywę. Wywalić ten cały telefon.
Mike najpierw zapukał do drzwi, potem zaczął szukać swojej komórki, a ja w milczeniu pokazałem mu zlew.
Chwileczkę, zapytał, co się stało?
Nic, odparłem.
Powiedz, prosił Mike.
Wszystko jest cool. Po prostu czuję się zmęczony.
Pijesz za mało wody, odpowiedział i usiadł, naprawdę usiadł, żeby mi trochę jej nalać.
Nie wspomniałem o tej fotce nigdy ni chuja. Ale chyba można by powiedzieć, że nie dawała mi spokoju.
* * *
Mike kombinuje, żebyśmy przygotowali jego matce posłanie na rozkładanej wersalce.
A jutro dostaniesz sypialnię, mówi do niej, patrząc na mnie.
Matka Mike'a ni chuja nie odpowiada, przestała już jednak płakać. Stawia torebkę na blacie, krzyżuje ramiona na piersiach. Bierzemy materac z kanapy i owijamy go kocami, które dała nam Lydia, a kiedy wchodzę do swojego pokoju po poduszki, postanawiam, że już stamtąd nie wyjdę.
Charakterystyczną cechą naszego mieszkania jest to, że nie ma w nim za wiele do sprzątania. Większość moich zarobków idzie na połowę czynszu, a Mike wydaje wszystkie swoje pieniądze na jedzenie. Więc jeśli się dobrze nad tym zastanowić, zostaje jeszcze sporo na bilet lotniczy. Wciąż mamy kupę kasy, żeby przelecieć pół świata.
Wrzeszczą jeszcze w salonie, gdy kładę się do łóżka. Na podłogę w pokoju spada coś ciężkiego. Nie zrywam się, żeby zobaczyć, co to jest. A kiedy Mike wreszcie wchodzi i zamyka drzwi, słyszę, jak jego matka szlocha z ich drugiej strony.
Dobrze to przyjęła, mówi Mike.
Właściwie w ogóle jej nie uprzedziłeś, mówię. Ona przylatuje, żeby cię tu złapać, a ty sobie, kurwa, odlatujesz.
To niesprawiedliwe. Dobrze wiesz dlaczego.
Wobec niej to też niesprawiedliwe.
Wszystko jest wporzo. Nic jej się nie stanie.
Łatwo cię kochać.
Mama jest właściwie bezobsługowa, mówi Mike. Nie będziesz musiał nic przy niej robić, jeżeli o to się martwisz. Za kilka dni nie będziesz nawet pamiętał, że jest w domu.
Zaczynam pytać: Czy ona w ogóle mówi po angielsku?
Potem powściągam język.
A potem jednak pytam.
Chyba żartujesz, mówi Mike, ściągając koszulę.
Nie, odpowiadam.
Nie powiem, że to rasistowska uwaga, mówi Mike. Ale pojebana jest. Przez chwilę wydawało mi się, że chociaż trochę cię to wszystko obchodzi, kurde.
Zrzuca spodnie i wpycha je nogą do torby. Przybrał nieco na wadze, to jednak nic nowego. Tusza nigdy mi nie przeszkadzała, nie pogardzałem ludźmi cierpiącymi na nadwagę, chociaż w tej chwili po raz pierwszy jak gdyby się krztuszę.
Mike to zauważa. Milczy.
Możesz ją nauczyć, mówi. Jeżeli chociaż tyle ci zależy. Słowo po słowie.
Żartujesz, mówię.
Pakuję się, odpowiada Mike.
* * *
Moja siostra poznała go przypadkiem. W święto Halloween, w jakimś barze przy Westheimer. Zostawiłem Mike'a na chwilę, żeby się odlać, a kiedy wróciłem do stolika, Lydia już siedziała obok niego i mieszała swoją colę. Miała na sobie kostium czarownicy, strój o zbyt wielu paskach i ramiączkach. Mike był w todze. Ja poszedłem do knajpy jako ja.
Gadałam właśnie z Mikiem, powiedziała Lydia.
Nie mówiłeś mi, że masz siostrzyczkę, powiedział Mike.
I tak się przerzucali, jedno przez drugie. Lydia zamówiła więcej drinków. Kiedy spytałem, czy przypadkiem z kimś się nie umówiła i nie powinna już wracać na randkę, uśmiechnęła się i odparła, że będzie musiała po prostu ją przełożyć. Bo to, stwierdziła, jest wyjątkowa okazja. Już nigdy nie pozna po raz pierwszy chłopaka swojego braciszka.
Była w wieku Mike'a. Kilka lat starsza ode mnie. Pracowała jako copywriterka dla Buffalo Soldier Museum w centrum miasta, a kiedy ludzie mówili, że nie wiedzieli, że w Houston jest taka placówka, odpowiadała, że to dlatego, że to jest muzeum dla czarnuchów.
Ale tego wieczoru zachowywała się cool. Śmiała się z naszych dowcipów. Fundnęła więcej piwa.
Tuż przed zamknięciem lokalu dała Mike'owi swój numer.
Nieźle, powiedział Mike. Pierwszy raz dostaję telefon od dziewczyny.
Życie jest długie, zauważyła Lydia.
Twoje zdrowie, rzucił Mike.
Później tego wieczoru siostra puściła mi esa.
"Ma poczucie humoru".
"Za duże jak na ciebie", dodała.
* * *
Z naszej czwórki najczarniejszą skórę mają mój ojciec i Lydia. Ilekroć w dzieciństwie jadaliśmy poza domem, ona i ja siedzieliśmy zawsze na tym samym końcu stołu. Jeżeli zdarzało się inaczej, to istniało ryzyko, że kelnerzy wypiszą nam dwa rachunki, o co ojciec wściekał się potem miesiącami. W takich restauracjach nigdy więcej nie jadaliśmy.
* * *
Jest już późno, kiedy Mike mnie dotyka, a ja nie myślę o tym, dopóki nie zaczynamy - i wtedy wciskamy się jeden w drugiego piersiami, oplatamy rękami i nogami.
Język Mike'a dotyka mojego. Ocieram się nosem o jego pępek. Kiedy człowiek z kimś jest, dochodzi do takiego stanu, że wszystko wydaje się jedynie reakcją. Bo już zrobiłeś wszystko, co tylko można.
Ale raz na jakiś czas będziesz się czuł jak z kimś obcym, będzie ci się wydawać, że trzymasz w ramionach kogoś, kto przyszedł w gości.
No więc całujemy się pierwszy raz od tygodni, a potem obciągam Mike'owi, kiedy unosi kolana.
Wskazuję salon.
Dorośnij, mówi Mike.
Zanim znów się odzywa, wsuwam mu do środka jeden palec, potem cztery. Jak gdybym miesił ciasto. Mike się śmieje. Przestaje, gdy w niego wchodzę.
Jest ciasny, ale się mieszczę.
Żałuję, że nie trwa to dłużej.
Potem Mike idzie do toalety, kiwając się niczym kaczka, a ja wpatruję się w jego spakowaną torbę podróżną. Kiedy się budzę, jest już z powrotem w łóżku i śpi we własnych objęciach.
Byłby to dobry moment, aby go obudzić i poprosić, żeby został, ale nie chcę tego robić.
Patrzę, jak jego pierś unosi się i opada, unosi się i opada.
* * *
Po kilku randkach Mike opowiedział mi kawał. Dopiero co pozwoliłem mu się zerżnąć u niego w domu. Nie dotarliśmy dalej niż na kanapę. I właściwie wszystko poszło dobrze, z wyjątkiem kilku drobiazgów, bo wsunął mi kciuk do ust, a ja go wyplułem, no i posuwałem go za szybko, on mówił "zwolnij", ja się śmiałem, on spuścił się natychmiast, a u mnie trwało to wieki.
W końcu wszystko jednak jakoś poszło.
Potem gładziłem dłonią jego uda. I leżałem z głową na jego kolanach.
No więc, zaczął, japoniec i czarnuch wchodzą razem do knajpy.
No i? zapytałem.
To wszystko. To cały kawał.