Rozdział II
Gaba
W radiowym studiu panuje jedyna w swoim rodzaju cisza. Niecodzienna akustyka sprawia, że każdy oddech, nieśmiałe odkaszlnięcie czy nawet delikatne muśnięcie mikrofonu opuszką palca nieprzyjemnie się potęguje, wzbiera. Poszczególne odgłosy rozpraszają się na powierzchni wytłumionych ścian, miękkich wykładzin podłogowych, dźwiękoszczelnych szyb i błyszczących pulpitów pełnych porzuconych przez dziennikarzy notatek i kubków po kawie, aby na koniec implodować z głuchym trzaskiem gdzieś pod sufitem.
Nie da się uciec przed taką ciszą bez ciszy i nie można się ukryć przed ostrym światłem jarzeniówki zalewającym klaustrofobiczne pomieszczenie. Radiowy świat zdaje się sztuczny przez masy kabli wijące się pod stołem, wyrastające z blatu statywy mikrofonów - powykrzywiane niczym odnóża pająków - przez żyjące własnym życiem monitory komputerów i kontrolki migające w reżyserce za szybą. Przypomina filmowe dekoracje; atrapy statków kosmicznych czy może oderwane od czasu i przestrzeni pozaziemskie kapsuły wystrzelone w międzyplanetarną podróż.
Nawet tutejsze powietrze jest inne niż na zewnątrz; przyjemnie chłodne, rześkie, mimo że na warszawskich ulicach od rana panuje niezwykła spiekota. Powietrze w studiu, zmielone i wyplute przez klimatyzatory, jest przejrzyste, czyste, sterylne. I, co często przykuwa uwagę osób bywających tu okazjonalnie, nie ma żadnego zapachu.
Rzeczywistość radiowa, chociaż równoległa do tej spoza murów stacji, jest z nią niespójna, wyrwana z kontekstu rzeczywistego świata. To trudne do zdefiniowania wrażenie często wywołuje w gościach niepokój.
Próżno go jednak szukać w oczach kobiety, która właśnie wchodzi do studia i zajmuje wskazane przez dziennikarza miejsce, chociaż i ona bywa tu sporadycznie. W jej postawie, w wysoko uniesionej głowie nie da się dostrzec najmniejszych oznak niepewności, jakby obce, nieprzyjazne otoczenie nie robiło na niej wrażenia. Jakby wcale nie obawiała się pytań, które zaraz padną. A przecież podświadomie przeczuwa kłopoty; dziennikarz jest powszechnie znany z dosyć konserwatywnych poglądów, bardzo różnych od jej własnych. Powinna się mieć na baczności, tymczasem wydaje się rozluźniona.
Ma na sobie białą, głęboko rozpiętą koszulę, buty na szpilce i ołówkową spódnicę przed kolano, eksponującą zgrabne łydki - wygląda elegancko, a zarazem trochę wyzywająco. Rozsiada się wygodnie w fotelu. Nonszalancko zakłada nogę na nogę i oczekując na sygnał rozpoczynający audycję, wpatruje się beznamiętnie w lewitujący przed twarzą mikrofon. Na jej pełnych, pociągniętych czerwoną szminką ustach wykwita uśmiech. Nie ma tremy.
To oczywiście pozory, bo Gaba ostatnio nie najlepiej znosi publiczne wystąpienia. Kiedyś - nim przed trzema laty uciekła z Warszawy - całkiem je lubiła; miejska dżungla, radiowe i telewizyjne studia stanowiły jej naturalne środowisko. Czuła się w nich jak ryba w wodzie. Teraz jednak ma wrażenie, że znalazła się na niewłaściwym miejscu. Nie jest już rybą w wodzie, jest karpiem zamkniętym w reklamówce. Czuje, że zaraz zabraknie jej tchu.
Całe to promocyjne szaleństwo wokół książki wyprowadza ją z równowagi. Udzielanie wywiadów męczy. Nie lubi publicznej wiwisekcji, wywlekania spraw, które chciałaby przemilczeć - nie lubi rozmawiać o swoich powieściach, bowiem uważa, że wszystko, co miała do powiedzenia, zawarła w ich treści. Czy czytelnikowi naprawdę potrzebny jest komentarz odautorski, by właściwie zrozumiał dzieło?
Zresztą książka jest zazwyczaj tylko pretekstem do rozmowy na zupełnie inne, najczęściej pozaliterackie tematy, których Gaba także nie chciałaby poruszać. Bo jakież znaczenie w przypadku autora beletrystyki mają szczegóły jego życia osobistego, poglądy polityczne czy preferencje seksualne? Czy ważne jest, gdzie najchętniej spędza wakacje i co jada na śniadanie? Gaba uważa, że nikomu podobna wiedza do niczego się nie przyda, jednak jej wydawca, a prywatnie wieloletni przyjaciel, Błażej, jest innego zdania.
- Takie mamy czasy i albo się z tym pogodzisz, albo wypadniesz z pierwszej ligi - powtarza. - Uciekłaś na tę swoją wieś i zupełnie zdziwaczałaś. Tymczasem dobrze wiesz, że autor nie istnieje, jeżeli nie ma go w przestrzeni publicznej, w mediach. Nie istnieje, jeśli nie pojawi się w radiu czy telewizji śniadaniowej, nie zatańczy z gwiazdami, nie wyskoczy z lodówki. Powinnaś się cieszyć, że po tak długiej przerwie nadal cię zapraszają, że chcą o tobie pisać. Jeśli ty się nie sprzedasz, twoja praca wyląduje w koszach z tanią książką.
Na podobne argumenty w Gabie zawsze rodzi się bunt. Jednak wie, że Błażej ma sporo racji. Nie można zaklinać rzeczywistości. Rynek rządzi się swoimi prawami i nawet najlepszy tytuł nie odniesie sukcesu bez pracy sztabu marketingowców. Gaba to rozumie i dlatego - chociaż oportunizm przyprawia ją o mdłości - na czas premiery postanawia opuścić swoją bezpieczną norę, swój dom na mazurskim zadupiu, gdzie kończy się droga, a diabeł mówi dobranoc, i przenieść na kilka najgorętszych dni, może tygodni, do Warszawy. Żeby znowu bywać na stołecznych salonach, na nudnych spotkaniach, snobistycznych rautach czy zwyczajnych jublach - gdzie piją ci, z którymi napić się wypada. Żeby być wszędzie tam, gdzie ją zaproszą. Mówić to, co wszyscy chcą usłyszeć, i zachowywać się dokładnie tak, jak się tego od niej oczekuje. Dziennikarskim tuzom i hienom z tabloidów sprzedaje kawałki siebie - zazwyczaj te nieprawdziwe, pieprzno-pikantne, które stworzyła specjalnie na potrzeby promocji. Bo Gaby w wydaniu sauté, tej Gaby bez szczypty artystycznego szaleństwa, bez kontrowersyjnych poglądów i skandalicznych wypowiedzi, nikt by po prostu nie kupił. Nikogo nie zaintrygowałaby dobiegająca pięćdziesiątki zmęczona pisarka, która na co dzień wiedzie zupełnie zwyczajny żywot na ponurym wygwizdowie - zresztą w codziennej egzystencji większości autorów trudno się doszukać fajerwerków. Pisanie jest alienacją. Ciągłą walką ze słabością, z lenistwem. Mozolną rzemieślniczą pracą, która niewiele ma wspólnego z pojęciem legendarnej weny. Wena nie istnieje. Lecz czy rzeczywistość odarta z magii może być ciekawa, czy da się nią kogokolwiek zainteresować? Wielogodzinne twórcze zmagania, dłubanie w szyku zdań - zmienianym po wielokroć - oraz samotne noce wypełnione gonitwą myśli stanowią marną pożywkę dla gazet. Wokół pisarza muszą być szum i skrajne emocje. Szok i niedowierzanie. Na słupki sprzedaży mocniej wpływa obyczajowy skandalik z literatem w roli głównej niż pochlebna recenzja w opiniotwórczym dzienniku czy nawet nagroda literacka. Najlepiej palnąć publicznie jakieś głupstwo. Ewentualnie przespać się z właściwą osobą, a później zakończyć flirt z hukiem, wylewając na siebie publicznie pomyje, wypominając sobie niezwrócone długi bądź oskarżając o molestowanie. Psychiczne, seksualne - sprawa drugorzędna. Pisarz musi być barwny i niejednoznaczny, bowiem tylko to daje pewność, że wkrótce okładkę jego książki ozdobi naklejka "bestseller"!
Gaba chciałaby, żeby było inaczej, niemniej jest już dużą dziewczynką, więc nie zamierza się boksować z rzeczywistością, nie będzie tracić sił na walkę z czymś, na co nie ma wpływu. Rozumie, że jeśli chce żyć z pisania, musi wziąć udział w maskaradzie. Musi się dopasować do oczekiwań. Pod pozorem pewności siebie skrupulatnie ukryć słabości. Prawdziwa, nieumalowana, godzinami ślęcząca w wytartych dżinsach przy komputerze Gaba rzemieślniczka na czas pobytu w Warszawie musi zniknąć, aby odrodzić się pod postacią artystki skandalistki. Pisarki uwielbianej przez rzesze czytelników, mówiącej głośno i dosadnie, wiedzącej wszystko o wszystkim i będącej wszędzie tam, gdzie należy być. Musi na chwilę sięgnąć po pokłady optymizmu, które trzy lata temu schowała na dno szafy wraz eleganckimi sukienkami, jedwabnymi bluzkami i butami na obcasach. Musi zmyć z twarzy troski, obawy i lęki, a depresję i strach przed przemijaniem, wyparte wspomnienia i rozczarowania utopić w kieliszku wina lub pokryć eleganckim makijażem. I znowu zacząć o siebie dbać. Znowu się uśmiechać. Do siebie, do świata. Musi na powrót stać się kobietą wolną. Może nawet fry-wolną. Wesołą, otwartą, a przy tym, jak przystało na pisarkę: bezkompromisową. Istotą o płomiennych włosach i ognistym temperamencie. Uroczą i intrygującą, świadomą swojego ciała i intelektu. Femme fatale polskiej literatury - jak wciąż, mimo wieku, piszą o niej w prasie. Zresztą w oczach wielbicieli chyba nadal jest tamtą żywiołową, pełną energii dziewczyną, która debiutowała przed dwudziestu laty.
Aby utrzymać szczupłą sylwetkę, biega, aby utrzymać świeżość skóry, używa kremów z wysokim filtrem. A włosy...? Niewielu się domyśla, że ich trudną do ujarzmienia rudą burzę, znak rozpoznawczy Gaby, już jakiś czas temu zaczęły przetykać srebrne pasma. I nie Matka Natura, a wprawna dłoń fryzjerki w Giżycku nadaje im właściwy odcień. Czasami w przypływie wewnętrznej szczerości Gaba wyrzuca sobie ów mały kobiecy blamaż i przyznaje, że nie ma odwagi zestarzeć się z godnością. Tylko cóż z tego? Może starzeje się bez niej, ale za to z poczuciem, że czas jednak da się zatrzymać, że jeszcze coś dobrego ją czeka, że - jak śpiewał Wojciech Młynarski - jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy.
Tak stara się myśleć Gaba warszawska. Gaba, pisarka siedząca w radiowym studiu, Gaba, osoba publiczna, którą na ulicy rozpoznają nieznajomi. Tamta pozostawiona na wsi, w spranej koszulce, z siwiejącymi skroniami, pełna jest rozczarowania i melancholii. I nie wierzy już w nic. Na nic i na nikogo nie czeka. Po prostu pisze. Miesiące odmierza rozdziałami i wysyłanymi cyklicznie do kobiecych magazynów felietonami, godziny - akapitami, minuty - zdaniami. Przeżywa cudze losy, cudze zmartwienia i radości, gdyż tak jest najprościej. Łatwiej jest żyć istnieniem stworzonej przez siebie postaci niż własnym.
A kim jest teraz?
W studiu ogólnopolskiej rozgłośni Gaba jest lepszą wersją siebie. Boi się tylko trochę. Boi się jedynie tej ciasnej radiowej przestrzeni wraz z jej brakiem zapachów, z dźwiękami bez dźwięków, z bezosobową atmosferą. Od jakiegoś czasu lepiej się czuje w otwartych przestrzeniach, na powietrzu, na łące, w lesie, nad jeziorem, gdzie szum tataraku, wiatr we włosach, nad głową błękit nieba. Już tylko tam bywa sobą. Tutaj jest obca. Potrafi jednak wybornie odgrywać przypisaną jej rolę. Trzymać nerwy na wodzy, strach na postronku. Zamyka się na deprymujące bodźce zewnętrzne. Wyłącza w mózgu guzik z napisem: klaustrofobia. Nie widzi dźwiękoszczelnych ścian, kabli sunących po podłodze, wykładzin, całej tej nieprzyjaznej elektroniki. I prawie jej się ta sztuka udaje, tylko w środku, w okolicach żołądka, doznaje nieprzyjemnego ucisku, dłonie bezwiednie wilgotnieją, a materiał letniej bluzki mocniej przykleja się do pleców.
Ale to nic.
Wszystko minie, kiedy wreszcie rozpocznie się audycja. Kiedy słowa wypełnią wnętrze studia, zniknie lęk. Gaba zagłuszy go słowami. Byle tylko zacząć. Byle padły pierwsze zdania z ust dziennikarza.
Jest. Wita się z gościem zdawkowo, bez cienia uśmiechu, po czym w oczekiwaniu, aż ucichnie muzyka i zaczną rozmowę, ostatni raz przegląda notatki. Dotyka odruchowo spoczywającej na pulpicie książki, pretekstu do ich spotkania.
- Proszę nałożyć słuchawki, za chwilę wchodzimy na antenę. - Wygodniej sadowi się w fotelu i nakłada swoją parę, jedno ucho pozostawiając odsłonięte. Gaba robi to samo. Ze słuchawki sączą się nastrojowe dźwięki. - Audycja potrwa około trzydziestu minut - kontynuuje mężczyzna. - W międzyczasie zrobimy z jeden, może dwa przerywniki muzyczne. Nie planujemy pytań od słuchaczy. Zaczniemy od krótkiego wprowadzenia na temat pani dorobku. Chwilę o tym porozmawiamy. Zapytam o rynek wydawniczy i o to, co się u pani działo przez ostatnie trzy lata. Później przejdziemy już do najnowszej książki. - Unosi na nią świdrujące spojrzenie nieco wyłupiastych, rybich oczu. - Swoją drogą, mam nadzieję, że jest pani przygotowana na burzę, którą wywoła...
W tonie głosu redaktora słychać źle zakamuflowane poczucie wyższości, a mowa ciała znamionuje irytującą pewność siebie. Gaba już wie, że nie zapała do niego sympatią.
Facet dobiega czterdziestki. Na pewno jest od niej młodszy, ale źle wygląda. Ma ziemistą cerę palacza i sporą nadwagę. Ubrany jest niechlujnie, a do tego spod rzadkich włosów nieapetycznie prześwituje skóra głowy. Mógłby zgolić te smętne artefakty utraconej młodości, ale widocznie brak mu odwagi. To jeden z tych pryszczatych chłopców, którzy w ogólniaku nie mieli dziewczyny, więc żeby udowodnić coś światu, przyjmowali pozę wszystkowiedzących intelektualistów. W dorosłym życiu, mimo pozorów siły, kompleksy nadal trawią ich od środka - tkwią w nich jak drzazgi. Gaba boi się takich ludzi i najchętniej wcale nie przyjmowałaby zaproszenia na wywiad. Jednak Błażej nalegał; podobno programy redaktora Raczyńskiego cieszą się dużą popularnością.
Muzyka wreszcie cichnie. Mężczyzna poprawia słuchawki. Zerka w stronę reżyserki. Realizator dźwięku siedzący za pełnym suwaków i przycisków pulpitem daje mu sygnał dłonią. Już!
- Dobry wieczór państwu, kłaniam się, Arkadiusz Raczyński. Jak co piątek zapraszam do wysłuchania mojej audycji Bez cenzury! - Milknie.
Dźwiękowiec puszcza dżingiel programu. Zanim wybrzmią jego ostatnie akordy, dziennikarz znowu zbliża się do mikrofonu:
- A dzisiaj w studio gość wyjątkowy: autorka, która ma na swoim koncie wiele bestsellerowych powieści. W latach dziewięćdziesiątych okrzyknięta skandalistką i post-mo-der-nist-ką - cedzi z nietajoną odrazą. - Od tamtej pory zajmuje stałe miejsce na polskiej scenie literackiej. Jedni ją uwielbiają za cięty język, wysmakowany cynizm, lekkość pióra i odwagę wyrażania sądów, inni potępiają za ataki na tradycyjne wartości i obsceniczność, którą epatuje w tekstach. Jakiś czas temu opuściła Warszawę, by zaszyć się na prowincji. Pisała, odpoczywała? Co robiła przez ostatnie lata...?
Gaba w milczeniu przysłuchuje się wywodom dziennikarza. Mężczyzna wygląda, jakby był bardzo zadowolony z siebie, jakby upajał się swoim głosem.
- ...Teraz wraca. Zaledwie tydzień temu w księgarniach ukazała się jej najnowsza powieść pod tytułem Profesor. Miałem już okazję ją przeczytać, dlatego mogę państwu zdradzić, że autorka znowu szokuje i kolejny raz sięga po temat trudny i kontrowersyjny. Nam jako pierwszym postanowiła uchylić rąbka tajemnicy: kim jest tytułowy profesor. Wiecie już państwo, kogo goszczę w studiu...? - Zawiesza głos i przenosi spojrzenie na Gabę. - Mam przyjemność powitać panią Gabrielę Kern.
- Dobry wieczór panu, dobry wieczór państwu.
- Myślę, że nikomu nie trzeba pani przedstawiać, ale słuchaczom należy się kilka słów wstępu - ciągnie mężczyzna. - Dotychczas wydała pani kilkanaście powieści, współtworzyła scenariusze filmowe, współpracowała z kilkoma gazetami jako felietonistka, działała pani także społecznie w ruchach prokobiecych. Po każdą pani książkę sięgają rzesze czytelników. Każda osiągnęła sukces komercyjny, a równocześnie, co rzadko idzie w parze, zdobywała uznanie krytyki. Od chwili debiutu w roku...
Dziennikarz zagląda do notatek, ale Gaba mu przerywa:
- Panie Arkadiuszu - rzuca z teatralnym oburzeniem. - Niech pan nie wymienia dat. Słuchacze gotowi się doliczyć mojego wieku.
Gaba się domyśla, że facet nie darzy jej sympatią, ale równocześnie nie jest obojętny na jej kobiecy urok. Dlatego celowo użyła jego imienia. W ten sposób zmniejsza dystans, a przy okazji łechce męskie ego. Może dzięki temu wybije dziennikarza z rytmu.
I faktycznie, mężczyzna się uśmiecha, po raz pierwszy od chwili, gdy weszła do studia. Ale w wyrazie jego twarzy jest coś ordynarnego, nieprzyjemnego.
- Pani Gabriela oczywiście trochę państwa kokietuje. Osobiście mam wrażenie, że z roku na rok pani młodnieje. Ale widocznie wyjazd z Warszawy pani służy. - Unosi pytająco brew.
- Być może. - Gaba ani trochę nie wygląda na zmieszaną komplementem. Nie zamierza również podejmować na antenie tematu swojej wyprowadzki na wieś. Jej życie z dala od Warszawy i powody, dla których opuściła miasto, nikogo nie powinny obchodzić.
Dziennikarz widocznie rozumie, że nie uzyska satysfakcjonującej go odpowiedzi, bo szybko kapituluje:
- Dobrze. Pozostańmy w takim razie przy książkach. Nawiązując do pani debiutu, chciałem zapytać: jak pani to robi, że przez tyle lat udaje się pani utrzymywać na fali wznoszącej? Każda kolejna książka trafia na listy bestsellerów. Jaka jest recepta na literacki sukces? Czy to wynik pracowitości?
- Wręcz odwrotnie - śmieje się. - Jestem z natury okropnie leniwa.
- Leniwa?
- Tak. Pisanie jest pracą, obowiązkiem, a ja jestem hedonistką, nie lubię się przemęczać, cenię sobie wygodę i małe codzienne przyjemności. Zawsze znajdę coś ciekawszego do roboty niż pisanie. Siadam do komputera dopiero wtedy, kiedy czuję nieodpartą potrzebę, kiedy naprawdę mam coś ciekawego do powiedzenia. Nie zmuszam się do pisania.
Gaba mocno koloryzuje rzeczywistość, ale dobrze się przy tym bawi. Niech ludzie wierzą w wizerunek niefrasobliwej, zadowolonej z życia pisarki. Czemuż by nie? Na co im wiedza o blokadach wewnętrznych i innych demonach nękających autora?
- ...Z tego powodu moje kolejne książki pojawiają się raz na dwa, nawet trzy lata. Nie częściej. Dzięki temu jednak mam możliwość dopracowania ich, dopieszczenia, przemyślenia. Daję im dojrzeć.
- Ale zdaje sobie pani sprawę, że dzisiaj w ten sposób trudno utrzymać pozycję na rynku wydawniczym? Takie przerwy bywają niebezpieczne. Współczesny czytelnik oczekuje od ulubionego autora bezustannego dopływu nowych tekstów, inaczej szybko zapomina o dawnym idolu.
- Być może. Rzeczywiście mam wrażenie, że literatura, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, ma teraz krótszy termin przydatności niż jogurt. Nowe tytuły goszczą na półce w księgarni przez kilka tygodni, a jeżeli się nie sprzedadzą, trafiają na przemiał. Bez sentymentów. Na miejsce tych zmielonych musi pojawić się nowa pozycja. - Gaba się zamyśla. - Ale, jak już mówiłam, nie jestem przodownicą pracy. I nie zamierzam się zmieniać tylko dlatego, że rynek oczekuje, by co pół roku pojawiła się jakaś moja nowa powieść. Może to niezbyt nowoczesne podejście, ale nie zamierzam go zmieniać. Zresztą, jak widać, moi czytelnicy, mimo że kazałam im długo czekać, nadal o mnie pamiętają.
- No właśnie. Od premiery pani poprzedniej książki minęło trochę czasu. Czy przerwa wynikła, jak pani wspomniała, z wolnego tempa pracy, czy zabrakło pani tematu? A może zaważyły sprawy osobiste?
Na twarzy Gaby pojawia się cień. Już rozumie, w którą stronę zmierza rozmowa, niemniej, kiedy z jej ust pada odpowiedź, trudno wyczuć jej irytację:
- Moje życie osobiste - mówi lepkim od słodyczy głosem - jak sama nazwa wskazuje, jest osobiste. I wolałabym, aby takie pozostało.
Jej rozmówca, teraz już adwersarz, patrzy na nią przenikliwie. Czas kurtuazyjnego klepania się po plecach dobiegł w tej rozmowie końca. Mężczyzna czeka, aż Gaba się potknie.
- Pytam o pani życie osobiste nie bez kozery. W pani karierze wielokrotnie zdarzało się, że w fabułę wplatała pani wątki autobiograficzne. Wydarzenia z życia często stawały się motorem do napisania powieści. Nieprawdaż? Wystarczy przytoczyć Warianty, książkę, w której opisała pani swój burzliwy związek z czeskim pisarzem Janem Tichým.
Usta Gaby ozdabia grymas niesmaku. Myślała, że już dawno zapomniano sprawę Jana, minęło ponad dziesięć lat. Lecz jak widać są tacy, którzy pamiętają. Celnie strzelił pan dziennikarz. Jeden - zero dla pana dziennikarza! A przecież to ona miała sterować rozmową, ona miała pociągać za sznurki. Jednak nie da się tak łatwo zapędzić do narożnika.
- Proszę pana - rzuca kpiąco, przeciągając sylaby. - Wszystkie moje książki stanowią fikcję literacką i są jedynie kreacją artystyczną. Wariacją na temat prawdy. Świat zamknięty w okładkach, nawet jeśli ma coś wspólnego z rzeczywistością, nie jest z nią tożsamy i należy o tym pamiętać. Zawsze wysoko zawieszam poprzeczkę czytelnikom, ale wierzę w ich intelekt. Wiem, że potrafią odróżnić te dwie sprawy. - Patrzy wyzywająco prosto w oczy mężczyzny. - Poza tym ja nie piszę literatury non-fiction. Nie muszę twardo trzymać się rzeczywistości. Proszę zauważyć, że przez tyle lat, mimo że, jak pan twierdzi, opisywałam prawdziwe wydarzenia, nikt nie wytoczył mi procesu o zniesławienie czy naruszenie dóbr osobistych. Także wspomniany przez pana pan Tichý. Ani on, ani nikt inny. Nie pamiętam, aby ktoś mi zarzucił, że dla egotycznych literackich celów naraziłam na szwank czyjeś dobre imię.
- Proszę mnie źle nie zrozumieć. - Czyżby pan dziennikarz spuszczał z tonu? - Nie twierdzę, że swoją prozą wyrządziła pani krzywdę którejkolwiek z opisywanych osób. Chodzi mi raczej o inspiracje, o motywy, jakimi się pani kieruje w doborze tematów. A te, chociaż nigdy nie mówi pani tego wprost, zazwyczaj inspirowane są jej własnymi przeżyciami.
- Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Książki zazwyczaj stanowią sumę przeżyć i doświadczeń pisarza. Czyż nie?
- Tak czy inaczej, czytelnicy na pewno są ciekawi, kto jest pierwowzorem poszczególnych bohaterów pani powieści. Do których wydarzeń faktycznie doszło, a które są jedynie półprawdą, literacka wizją. W świetle pani najnowszej książki, bo ona na pewno najbardziej interesuje teraz słuchaczy, podobne pytania same cisną się na usta.
Dziennikarz ewidentnie z nią pogrywa. Z góry założył pewną tezę i teraz nie spocznie, póki Gaba nie ulegnie. Krąży więc wokół niej jak sęp, ale z jakiegoś powodu nie ma odwagi zaatakować i zadać właściwego pytania wprost. Gaba ma tego dosyć i postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Przecież jest skandalistką.
Niech zatem będzie skandal!
- Mam wrażenie - zmysłowym gestem odsuwa kosmyk włosów z twarzy - że chciałby pan zapytać, jaki związek z wydaną właśnie książką ma śmierć mojego ojca, profesora Pileckiego. Czy ojciec, wieloletni działacz "Solidarności" i lider opozycji, za życia powszechnie szanowany, a po śmierci niemal wyniesiony na ołtarze, jest zdrajcą, którego opisałam w Profesorze? O to chce pan zapytać?
W studio zapada niezręczna cisza. Dziennikarz tonie głębiej w fotelu.
A więc uderzyła celnie - punkt dla niej! Dźwiękowiec z rozchylonymi w zdziwieniu ustami przygląda się scenie rozgrywającej się za szybą. Pan redaktor głupio się uśmiecha. Coś w tej rozmowie poszło niezgodnie z jego scenariuszem. Zagląda w notatki, jakby szukał w nich ratunku. Chyba go jednak nie znajduje, bo mówi w kierunku mikrofonu, starając się zapanować nad złością:
- Z tym pytaniem na chwilę państwa zostawimy. Wrócimy po króciutkiej przerwie, a teraz zapraszam na interludium muzyczne.
Gestem dłoni daje znak do reżyserki. Realizator puszcza przygotowane zawczasu nagranie. Dziwne, drażniące akordy wypełniają słuchawki, więc Gaba zsuwa je z głowy. Patrzy na dziennikarza wyczekująco. On także zdejmuje swoje słuchawki i rzuca je niedbale na blat. Bezwiednie poprawia dłonią przerzedzone włosy. Jego czoło lśni w intensywnym świetle jarzeniówki - poci się, chociaż w studio jest chłodno. Głośno przełyka nadszarpniętą pewność siebie.
- To było zupełnie niepotrzebne. Doszedłbym do tego pytania we właściwym czasie.
- Proszę mi wybaczyć. - Gaba nie kryje rozbawienia. - Zaczęłam tracić nadzieję, że się pan odważy, a mamy mało czasu.
Mężczyzna ucieka wzrokiem w bok.
- Może sobie pani darować sarkazm. To jest mój program - rzuca z naciskiem.
Gaba wzrusza ramionami.
- Widzi pan, wolałabym oczywiście przemilczeć ten temat, ale nie jestem już dzieckiem i zdawałam sobie sprawę, że nazwisko mojego ojca na pewno padnie w kontekście książki. Chyba dla nikogo w tym kraju nie jest tajemnicą, czyją jestem córką, a to, że bohater powieści rodzi skojarzenia z moim ojcem, nasuwa się samo przez się.
W Raczyńskim coś pęka:
- Pani depcze świętości! Książka literacko jest dobra, ale główny wątek... W pewnych gremiach powieść na pewno zostanie odebrana jako atak polityczny, a na jesieni mamy wybory. To haniebne. I żeby własna córka... Ponadto nie ma dowodów. Profesor nigdy nawet nie był w kręgu podejrzeń.
- I nadal nie będzie.
Mężczyzna patrzy na nią, jakby nie do końca zrozumiał, co powiedziała.
- Jak to nie będzie?! Przecież napisała pani, że pani ojciec był tajnym współpracownikiem. On, człowiek o nieposzlakowanej opinii. Patriota, który został internowany w stanie wojennym, a później, przy Okrągłym Stole, odegrał rolę nie do przecenienia. Prawdziwy Polak! Katolik! Pani depcze pamięć o ojcu. Co panią skłoniło, by pisać takie rzeczy?! - Dziennikarz powoli przestaje nad sobą panować. Prawie krzyczy. - Profesor sam wnioskował do IPN-u o lustrację i niczego na niego nie znaleziono. Do dzisiaj był postacią kryształową. Własna córka burzy jego pomnik. Taki paszkwil napisać! Dla sławy, dla wysokiej sprzedaży. To się na pani odbije! Komuś takiemu jak pani, o reputacji skandalistki i tak nikt nie uwierzy. Spreparowała pani kolejny humbug, ale posunęła się pani za daleko! Ta książka przypieczętuje koniec pani kariery literackiej.
- Pan zbyt mocno tę książkę filtruje przez pryzmat własnych poglądów. Ona nie jest manifestem politycznym, tak jak ja nie jestem politykiem. Jestem pisarką. - Gaba nie traci zimnej krwi. - Zresztą ojciec też pozostał z boku, nawet wtedy, gdy proponowano mu rządową tekę.
- Ale był głęboko w politykę zaangażowany.
- I cóż z tego? Dla mnie był przede wszystkim ojcem. Człowiekiem, a nie pomnikiem. Mającym masę zalet, ale także wad. Mam wrażenie, że oceniając tę książkę wyłącznie przez pryzmat własnych mniej lub bardziej celnych domysłów, nie zrozumiał pan przesłania.
- Pani mi zarzuca brak obiektywizmu?
- Zarzucam panu zbyt emocjonalny stosunek do opisanej przeze mnie historii. Przecież mówiłam panu, że moje książki stanowią fikcję. Fikcję! Choćby nawet miała ona źródło w prawdzie. Rozumie pan? A ponieważ są fikcją, zatem będę się trzymać tezy, że mojemu świętej pamięci ojcu w żaden sposób nie zaszkodzę. Ten motyw niezdrowo podnieci kilku głodnych sensacji dziennikarzy i szybko zastanie zapomniany. Nadchodzi sezon ogórkowy i trzeba znaleźć temat zastępczy. Po wakacjach już nikt nie będzie pamiętał insynuacji zawartych w jakimś tam powieścidle zbuntowanej córki wielkiego profesora Pileckiego.
- Chce pani powiedzieć, że tę historię wyssała z palca? Powieść powstała ot tak, bo poczuła pani imperatyw pisania o czymś innym niż zwyrodniałe układy damsko-męskie, które dotąd stanowiły główny temat pani książek?
- Może tak. A może nie.
- To cynizm! I czytelnicy panią właściwie ocenią.
- Dla zwykłego czytelnika moja książka będzie przede wszystkim portretem psychologicznym zagubionego i oszukanego przez system człowieka. Pan natomiast zupełnie nie dostrzega clou. Ja nie feruję w Profesorze wyroków, opisuję jedynie proces dochodzenia do prawdy i godzenia się z nią. Piszę o wybaczeniu!
Dziennikarz patrzy wprost na Gabę. Zaciska usta w niesmaku, żyła na skroni mu pulsuje. Tłumaczenia go nie przekonały. Oboje wiedzą, że każde pozostanie przy swoim zdaniu. Po wejściu z powrotem na antenę pewnie także nie powstrzymają emocji.
Ze słuchawki dochodzą słowa dźwiękowca:
- Arek, załóżcie słuchawki. Wchodzicie za dziesięć sekund.
Dziesięć, dziewięć, osiem...
***
Pozostawienie samochodu na słońcu nie było dobrym pomysłem. Latem do parkowania w mieście należy podchodzić strategicznie. Trzeba analizować wędrówkę słońca i zostawiać auto wyłącznie w miejscu, gdzie któryś z okolicznych budynków rzuca lub będzie rzucał cień. Tyle że Gaba jest z natury mało przewidująca i nigdy nie zastanawia się nad równie przyziemnymi sprawami. Dlatego gdy wsiada do środka, w pierwszej chwili jej ciało omiata piekielny powiew. W kolejnej lepki niczym smoła żar skórzanego fotela wgryza się w plecy i pośladki. Klimatyzacja nie daje rady. Włączona, zionie ogniem. Dopiero kiedy Gaba rusza, całkowicie opuszczając przy tym wszystkie szyby, w środku robi się znośniej.
Dochodzi dziewiętnasta. Popołudniowe godziny szczytu. Aleja Niepodległości wygląda jak zahibernowana. Gdzie okiem sięgnąć wszędzie w ślimaczym tempie suną rzędy samochodów. Przez ostatnie trzy lata jedyną trasę, jaką Gaba przemierzała, stanowił kilometrowy odcinek polnej drogi łączący jej dom z wsią i sklepem spożywczo-przemysłowym. W najbliższej okolicy nie było mowy o korkach, więc stara terenówka tylko podskakiwała, kiedy rozwijała na klepisku zawrotną prędkość osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Do dobrego łatwo się przyzwyczaić...
Adrenalina wyniesiona ze studia w połączeniu ze zniecierpliwieniem implikuje natychmiastową decyzję o ucieczce z głównej arterii - Gaba skręca w boczną uliczkę, w następną i kolejną. Krąży w zaułkach starego Mokotowa, między domami jednorodzinnymi oraz niskimi kamienicami z lat sześćdziesiątych. Jedzie na azymut, bo dawno tu nie była, ale do centrum, do mieszkania przy Kredytowej, gdzie spędziła pół życia, trafi nawet z zamkniętymi oczami. Szaleńcza przejażdżka, niezgodna z przepisami, oczyszcza umysł. Przeciąg przynosi ze sobą znajome zapachy. Duszący smród spalin, podkładów tramwajowych i zakurzonego bruku. Lato w mieście jest piekłem w czystej postaci, chociaż - co osobliwe - ostra woń Warszawy zazwyczaj ma metafizyczną moc uspokajania i wyciszania Gaby. Ale nie dzisiaj.
Przypominając sobie twarz Raczyńskiego, znowu czuje, jak zalewa ją fala gniewu. Wciska gaz, przyspiesza, by już po dwustu metrach z piskiem wyhamować na światłach. Wysłużone resory postękują z wysiłku, Gaba uderza wściekle dłonią o kierownicę i głośno rzuca przekleństwem w kierunku szyby.
Nie powinna była wdawać się w tę pyskówkę w studiu. Nie z kimś takim jak frustrat z głową napchaną bogoojczyźnianą ideologią i światopoglądem zamkniętym w konserwie. Wiedziała, kto zacz, i mogła się spodziewać, jak potoczy się ich rozmowa. A jednak - naiwna idiotka! - gdzieś w duchu liczyła, że Raczyński wzniesie się ponad podziały i porozmawiają jak cywilizowani ludzie. O literaturze, a nie o polityce. Książka to książka, po cóż dorabiać jej gębę! Błażej na pewno przewidział, że wywiad skończy się awanturą, i wkalkulował ją w promocję. On zawsze wszystko wie. Przewiduje każde zdarzenie, szczególnie takie, w którym główną rolę ma odegrać Gaba. I trudno mieć do niego pretensje. W końcu taka jego rola. Gaba ma pisać, on ma sprzedać. Błażej jest dobrym wydawcą.
Czerwone, pomarańczowe. Wreszcie zielone. Gaba rusza, wybiera numer. Zaledwie jeden sygnał i w głośniku samochodu słychać charakterystyczny trzask odebranego połączenia. Widocznie Błażej czekał na jej telefon.
- No nareszcie! Nie dzwoniłem, bo nie wiedziałem, czy już wyszłaś z radia.
- Słuchałeś?
- Naturalnie. Wspaniale wypadłaś.
- Daj spokój. Zła jestem na ciebie.
- Na mnie?
- Na ciebie, że kazałeś mi tam iść. Na Raczyńskiego, że jego horyzonty myślowe i wrażliwość można by zamknąć w pudełku od zapałek. I na siebie. Znowu nie potrafiłam trzymać gęby na kłódkę. Gdyby audycja potrwała dłużej, chybaby doszło między nami do rękoczynów. Facet nie ma za grosz dystansu.
- Ale ma duże zasięgi.
- I zerową empatię.
- A czego się spodziewałaś?
- Sama nie wiem. Że przeczyta Profesora ze zrozumieniem? Że potraktuje to jak zwykłą powieść? No dobra, z jakimś tam podtekstem, ale to przecież tylko powieść.
Błażej słucha w skupieniu.
- Oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie dym. Wiedziałaś, że po premierze padną pytania o twojego ojca. Jesteś prozaiczką, ale jeśli konstruujesz fabułę w taki sposób jak w Profesorze i tworzysz bohaterów, mocno nawiązując do realnych postaci, nie ma możliwości, żeby nie rozpatrywano fikcji przez pryzmat rzeczywistości. Tym bardziej, że jak wiemy, Profesor nie jest wytworem imaginacji.
- Ale ja musiałam napisać tę książkę. Musiałam się oczyścić. Inaczej bym oszalała. Przecież wiesz, co się ze mną działo, gdy odkryłam prawdę.
- Wiem. A teraz musisz także ponieść konsekwencje tego, co napisałaś. To, co mówiłaś w audycji o przebaczeniu, umiejętności zaakceptowania i pogodzenia się z naszą najnowszą historią, było naprawdę spoko. Twoi czytelnicy zrozumieją przesłanie. Nie będą cię osądzać. Podobnie jak nie będą osądzać twojego ojca. Teraz grzebanie w jego przeszłości i tak nie ma sensu. Możemy tylko wyciągać odpowiednie wnioski. Nie ma co walczyć nad trumną. Nikt już się nie dowie prawdy, spaliłaś przecież tamte teczki. Profesor może dać tylko co poniektórym do myślenia. I tak miało przecież być. - Błażej wzdycha ciężko. - W naszym kraju, gdzie wszystko jest czarne albo białe, potrzeba wybaczenia, tolerancji, oczyszczenia. Otworzyłaś puszkę Pandory. Trochę gówna się wyleje, ale zamieszanie wokół książki przyniesie pozytywny skutek. Jeżeli nie teraz, to na pewno za rok czy dwa, kiedy emocje opadną. Zobaczysz. Musisz tylko przetrwać burzę. Prawicowe media cię zmiażdżą, ale one przecież już wcześniej nie pałały do ciebie sympatią. Chyba zdążyłaś przywyknąć.
Błażej jest jak zwykle rzeczowy. Spokojny. Do bólu zdroworozsądkowy. Gabie potrzeba takiego doradcy. Takiego przyjaciela. Potrzeba jej kogoś, kto postawi ją do pionu za każdym razem, kiedy sama go straci.
Przez moment na łączu panuje cisza i tylko szum silnika wraz z odgłosami miasta wypełniają wnętrze samochodu, ale Błażej wciąż jest na linii.
- Będzie dobrze - mówi wreszcie.
- Ale teraz czuję się do dupy.
- W takim razie jedź na Kredytową. Przez weekend nie masz żadnego spotkania. Jeśli zaczną nękać cię dziennikarze, a pewnie zaczną, wyłącz komórkę. Ja wezmę wszystko na siebie. A ty kup sobie butelkę wina, rozerwij się. Wyjdź na miasto, do kina, na spacer, do fryzjera. Albo spotkaj się z kimś. Wciąż masz tutaj sporo przyjaciół. Może zadzwoń do Igora?
Gaba nabiera duży haust powietrza.
- Jestem naprawdę zmęczona. Źle mi tutaj.
- W Warszawie?
- Tak. Myślałam, że będzie jakoś... łatwiej. Że uporałam się ze śmiercią ojca, z tym wszystkim, co się stało. A teraz to dawne mieszkanie. Stare sprawy. Czuję się tu do dupy. Tęsknię za wsią.
- Bo ty zawsze byłaś dziewczyną ze wsi. - W głosie Błażeja słychać uśmiech. - Jak to się mówi: człowiek może wyjść ze wsi, ale wieś nigdy nie wychodzi z człowieka. A ty nigdy nie miałaś do końca poczucia, że jesteś stąd.
- Czy ja wiem... - Gaba się zamyśla. - Słuchaj, a może ty byś do mnie wpadł wieczorem?
- Wybacz, kochana, ale jestem umówiony na kolację z dystrybutorem. Chcę wynegocjować lepsze warunki. W końcu muszę dbać o twoje interesy. Ale Igor... On na pewno chętnie się z tobą spotka. - W głosie przyjaciela słychać nutkę sarkazmu. - Dzisiaj nie potrzeba ci rozdrapywania smutków ze starym kumplem. Igor płacze, że od czasu, gdy wyniosłaś się z Warszawy, usycha z tęsknoty.
- Przestań.
- Okej, może nie usycha, ale jak twierdzi, brakuje mu twojej stymulującej intelektualnie obecności. Zadzwoń do niego.
Igor.
Gaba poznała go mniej więcej pięć lat temu na targach książki w Krakowie. Ona była czołową gwiazdą w wydawnictwie Błażeja, Igor dzieciakiem, który właśnie zadebiutował. Dzieliło ich piętnaście lat, ale jego powieść zrobiła na Gabie dobre wrażenie. Umiał pisać. Intrygował ją, a prócz tego, po prostu, pociągał. Przystojny dzieciak.
Błażej, jak zwykle podczas imprez wydawniczych, dobijał przy kawiarnianych stolikach jakichś targów i nie miał czasu dla swoich autorów, więc wysłał ich razem na kolację. A oni z braku innych planów przystali na ten pomysł. Najpierw coś zjedli, później poszli na spacer uliczkami Kazimierza. Byli cudownie pijani. Iskrzyło. To, że wylądowali u Gaby w hotelowym łóżku, zdawało się naturalnym epilogiem wieczoru.
Igor kogoś tam miał, jakąś dziewczynę ze studiów, nic poważnego. Gaba od trzynastu lat była po rozwodzie i bez skrupułów - ku rozpaczy ojca, lecz z akceptacją syna - korzystała z uroków życia. Wchodziła w różne głębsze i płytsze relacje. Romansowała z pisarzami, dziennikarzami, z reżyserem filmu, który powstał na podstawie jednej z jej powieści, a raz nawet wdała się w zupełnie pozbawiony sensu związek z własnym dentystą. Na szczęście przelotny. Po pierwszym nieudanym małżeństwie nigdy więcej nie zdecydowała się wsunąć na palec obrączki. Co zresztą stało się powodem jej rozstania z zakochanym do szaleństwa Tichým. Ich pełne rozkoszy weekendy trwały ponad półtora roku, kiedy neurotyczny literat o chwiejnej psychice postanowił na siłę uszczęśliwić Gabę, prosząc ją o rękę. Propozycja została odrzucona, co Jan przypłacił załamaniem nerwowym i kilkoma widowiskowymi próbami samobójczymi - które zresztą później z ekshibicjonistycznym masochizmem opisywał w czeskiej prasie. Gaba, kolejny raz łamiąc obyczajowe tabu, postanowiła opisać związek w książce, co utrwaliło jej wizerunek nieczułej modliszki.
Kiedy poznała zdecydowanie młodszego od siebie pisarza, miała już czterdziestkę na karku i czuła się w pewien sposób wypalona jako kobieta. Znudzona. Gorącą noc w Krakowie traktowała jako jednorazowy incydent. Co prawda oboje z Igorem mieszkali w Warszawie, ale nie zakładała dalszego ciągu ich znajomości. Okazało się jednak, że on potraktował szaloną noc jako początek czegoś ważnego. Przepełniony nonszalancką wiarą w siebie - tak naturalną dla człowieka w jego wieku - postanowił na dłużej zagościć w życiu intymnym Gaby. W końcu układ wydawał się idealny dla obojga. Żadne nie chciało przekraczać pewnej granicy bliskości, nie pragnęło stałości ani szczoteczek do zębów stojących w jednym kubku. Każde w tej relacji pozostawało wolne. Gabie schlebiało zainteresowanie sporo młodszego od niej mężczyzny, urzekała ją jego witalność, bezkompromisowość, spontaniczność, czasami bawiła urocza naiwność. Jemu imponowały dokonania kochanki, jej wiedza, intelekt i status gwiazdy, jakim mogła się poszczycić na salonach literackich, oraz wyjątkowa biegłość w ars amandi. Inspirowali się nawzajem, nie zagłaskując przy tym nadmiernie, nie dusząc związku prozą codzienności, a przede wszystkim nie obciążając cudownie niezobowiązującej relacji komplikującym wszystko uczuciem miłości.
To było niezwykłe dwa i pół roku. Dla obojga wyjątkowo płodne twórczo. A później zmarł ojciec.
Na Powązkach, mimo podłej marcowej aury, profesorowi hołd złożyły tłumy. W kondukcie znalazły się twarze znane z radia, telewizji i ław rządowych i poselskich. Nad trumną odczytano list od prezydenta. Stojąc nad grobem ojca i odbierając kondolencje od ludzi, których nigdy wcześniej nie widziała, Gaba wreszcie zrozumiała, że jest dorosła. Podobno pierwszy raz stajemy się dorośli, kiedy na świat przychodzi nasze dziecko, po raz drugi, gdy umierają nasi rodzice. Gaba, mimo że miała cudownego dorastającego syna, w tamtej chwili poczuła się, jakby została sama na świecie. Ojca nikt nie mógł zastąpić. Jaki był, taki był - ich relacja mogła się wydawać dosyć specyficzna, bowiem dzieliła ich przepaść nie jednego, a dwóch pokoleń - niemniej ojciec stanowił dla niej opokę. Niepokorna córka wiedziała, że bez względu na wszystko, co w życiu jeszcze wykręci, stary profesor ją kocha. Bo faktycznie kochał bezwarunkowo. A kiedy odszedł, w jej sercu pozostała niemożliwa do załatania dziura. Zniknęło poczucie bezpieczeństwa. Nie miała z kim walczyć, z kim się spierać i komu udowadniać własnej wartości. Jedyne, co jej po ojcu pozostało, to mieszkanie na Żoliborzu pełne książek, naukowych publikacji i przyciężkich mebli, gdzie nadal unosił się specyficzny zapach starego człowieka. Należało spakować jego ubrania, posegregować papiery, uprzątnąć bogaty księgozbiór, jakieś pożółkłe notatki, karteluszki, durnostojki.
To smutne, lecz nawet po wielkim człowieku zostaje co najwyżej kilka stulitrowych worków na śmieci wypełnionych rzeczami, które nikomu do niczego już się nie przydadzą i w gruncie rzeczy nikogo nie obchodzą.
Grzebiąc się w nieprzebranej zbieraninie przedmiotów, z których każdy przywoływał jakieś wspomnienia, Gaba myślała, że właśnie osiągnęła swoją granicę bólu i nic gorszego już się w jej życiu nie może zdarzyć.
Wtedy znalazła teczki. Ojciec, największy autorytet w życiu Gaby, ojciec, kryształowy pomnik moralności - upadł i w jednej sekundzie roztrzaskał się na kawałki.
Poszarzałe okładki zawiązywane na tasiemki zostały oznakowane dziwnymi sygnaturami i zawierały stosy zapisanych na maszynie kartek. Papiery nie były jakoś specjalnie ukryte. Spoczywały spokojnie na wierzchu jednej z szuflad mahoniowego biurka - jakby ojciec chciał, żeby Gaba je znalazła, przeczytała, dowiedziała się prawdy. I to był koniec wszystkiego.
To był prawdziwy koniec.
Resztę pamięta jak przez mgłę. Sprawy formalne związane ze sprzedażą mieszkania na Żoliborzu, a później z wyprawą na Mazury i kupnem domu na wsi. Wzięła pierwszą zaproponowaną przez pośrednika nieruchomość. Dom miał spełniać tylko jednej warunek, musiał być położony na uboczu, jak najdalej od szosy na Warszawę i bez wścibskich sąsiadów za płotem. Gaba postanowiła uciec od miasta, od własnego życia, od niechcianej prawdy. Janek właśnie zrobił maturę i dostał się do łódzkiej filmówki. Przestała być mu potrzebna. Ruszał za własnymi marzeniami, więc bez przeszkód mogła uciec. Od siebie. Od przyjaciół, mitu ojca, kariery literackiej i wszystkiego, co było dotąd ważne. Przy okazji uciekła także od Igora. On nie oponował.
Przez ostatnie trzy lata widzieli się tylko cztery razy, kiedy Gaba musiała służbowo pojawić się w Warszawie. Zapraszała go wówczas do siebie na Kredytową. Jak dawniej. Pili wino, a później szli do łóżka. On nie pytał, dlaczego wyjechała ani kiedy znowu ją zobaczy, ona niczego mu nie tłumaczyła. Jednak za każdym razem, gdy go zapraszała, przychodził.
I dzisiaj, jeśli tylko zechce, Igor przyjdzie znowu. Jeśli ona zechce...
Gaba żegna się z Błażejem i kończy połączenie, a po chwili dociera na Kredytową. Jest u celu. W poszukiwaniu miejsca do zaparkowania sunie powoli ciasną ulicą. Wreszcie zajmuje skrawek chodnika akurat naprzeciwko wejścia do kamienicy. Podnosi głowę. Ciepłe światło popołudnia spływa niczym lawa po ścianach budynku. W mieszkaniu na drugim piętrze nie ma firanek ani zasłon. Puste oczodoły okien sprawiają przygnębiające wrażenie. Kiedyś było to jej miejsce na ziemi, azyl. Tu wychowała syna, tu przeżyła najszczęśliwsze i najsmutniejsze momenty życia. Teraz jednak wydaje się ono Gabie zupełnie obce i nieprzyjazne. Wyrosła z tego miejsca. Nie potrzebuje pędu i szumu, żeby czuć, że żyje. Paradoksalnie samotność w tłumie jest bardziej odczuwalna niż tam, gdzie mieszka teraz. Jest dotkliwsza niż w pozornie obcym domu, do którego uciekła. Dzisiaj Gaba nie zdoła znieść samotności.
Gasi silnik i znowu sięga po telefon. Numer nadal zna na pamięć. Nie musi długo czekać. Kilka sygnałów i słyszy znajomy głos. A w nim tęsknotę, chociaż Igor przecież nie tęskni. Nie tęskni, bo nie kocha.
- Gaba? A więc wróciłaś.
- Tak.
- Dawno?
- Wczoraj.
- Na długo?
- Jeszcze nie wiem. Może na tydzień, dwa. Błażej mnie zmusił. Wydałam książkę.
- Wiem, czytałem już. Gratuluję. Intrygująca - zawiesza głos. - To prawda? To o twoim ojcu.
Cisza.
- Masz ochotę o tym pogadać?
Gaba chciałaby go zobaczyć, ale nigdy o nic nie prosi. Teraz też tego nie zrobi. Igor to wie.
- Będę na Kredytowej za dwie godziny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki