Upał - Victor Jestin

Kup ebooka

38.00 zł
33.44 zł (31,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Oscar nie żyje, bo pa­trzy­łem, jak umie­ra i da­łem mu umrzeć. Udu­sił się sznu­ra­mi od hu­śtaw­ki, jak dzie­ci opi­sy­wa­ne w kro­ni­ce wy­pad­ków. Oscar nie był dziec­kiem. W wie­ku sie­dem­na­stu lat nie umie­ra się w taki spo­sób, je­śli nie jest to za­mie­rzo­ne. Sznur za­dzierz­gni­ęty na szyi ma coś udo­wod­nić. A może szu­kał no­wych roz­ko­szy. W ko­ńcu wszy­scy tam się zna­le­źli­śmy, żeby za­znać roz­ko­szy. Tak czy ina­czej, ja nic nie zro­bi­łem. I wszyst­ko inne jest tego kon­se­kwen­cją.

To był ostat­ni pi­ątek sierp­nia. Pó­źną porą, więc kem­ping już spał. Tyl­ko na­sto­lat­ki zo­sta­ły jesz­cze na pla­ży. Ja też mia­łem sie­dem­na­ście lat. Nie by­łem z nimi. Pró­bo­wa­łem za­snąć, lecz ich mu­zy­ka mi prze­szka­dza­ła. Po­ko­ny­wa­ła wy­dmę w to­wa­rzy­stwie salw śmie­chu. A kie­dy mil­kła, sły­sza­łem ro­dzi­ców wier­cących się w swo­im na­mio­cie. Nie mo­głem zna­le­źć so­bie miej­sca. Ka­mie­nie uwie­ra­ły mnie pod dmu­cha­nym ma­te­ra­cem, pia­sek le­pił się do skó­ry. Cza­sem sen nad­cho­dził, ale za­raz po­tem z pla­ży do­cie­rał do mnie czy­jś okrzyk. Była to prze­strzeń nie­opa­no­wa­nej, skie­ro­wa­nej prze­ciw­ko mnie ra­do­ści, zbio­ro­wy ta­niec wo­kół mo­je­go na­mio­tu. By­łem u kre­su sił. Jesz­cze tyl­ko je­den dzień i wa­ka­cje mia­ły się sko­ńczyć.

Tej nocy uzna­łem, że wolę już wstać i się prze­jść. Z tej stro­ny pa­no­wał spo­kój. Wszyst­kie na­mio­ty i dom­ki zle­wa­ły się z sobą w ciem­no­ściach. Tyl­ko au­to­mat z pre­zer­wa­ty­wa­mi nie gasł. Mó­wił: "Za­bez­piecz się". A przede wszyst­kim: "Zrób to". Ka­żde­go wie­czo­ru na­sto­lat­ki z mie­sza­ni­ną dumy i za­że­no­wa­nia ko­rzy­sta­ły z ma­szy­ny. Sam za­kup da­wał uczu­cie, jak­by nie­mal się to zro­bi­ło. Pre­zer­wa­ty­wy często ko­ńczy­ły jako ba­lo­ny i pęka­ły w po­wie­trzu ni­czym nerw w głębi ser­ca. Zna­łem ten kem­ping jak wła­sną kie­szeń. Od dwóch ty­go­dni, żeby za­bić czas, nie­ustan­nie prze­mie­rzałem alej­ki i krążyłem po polu na­mio­to­wym. Bra­łem udział we wszyst­kich wie­czor­nych im­pre­zach. Ro­bi­łem, co mo­głem. I za ka­żdy ra­zem zmy­wa­łem się po wy­pi­ciu kil­ku szkla­ne­czek, uda­wa­łem, że idę po ko­lej­ną, tyl­ko po to, by brze­giem mo­rza nie­zau­wa­że­nie wró­cić do na­mio­tu. Ale pra­wie nie sy­pia­łem. Mu­zy­ka nie usta­wa­ła. Coś sta­le czu­wa­ło w mo­jej pier­si i do świ­tu nie po­zwa­la­ło mi się od­prężyć.

Ostat­niej nocy, pod­czas ta­kie­go wła­śnie włó­cze­nia się po kem­pin­gu, wpa­dłem na Osca­ra. Mi­ja­łem plac za­baw i zo­ba­czy­łem go na hu­śtaw­ce. Był pi­ja­ny. Sznu­ry miał owi­ni­ęte wo­kół szyi. Naj­pierw za­cząłem się za­sta­na­wiać, co też on tam robi. Wcze­śniej wi­dzia­łem, jak z po­zo­sta­ły­mi ta­ńczy na pla­ży. Ca­ło­wał Luce, a ja o mało się po­rzy­ga­łem, przy­po­mnia­łem so­bie ich nie­mal na­gie cia­ła od­ci­na­jące się od czer­ni nocy. Mimo to ob­ser­wo­wa­łem go te­raz sa­mot­ne­go na hu­śtaw­ce i zro­zu­mia­łem, że umie­ra. Sznu­ry za­ci­ska­ły się po­wo­li. Zro­bił to bez ni­czy­jej po­mo­cy i być może, wska­zy­wał na to wy­raz jego twa­rzy, wła­śnie zmie­nił zda­nie. Ale ja się nie ru­szy­łem. Na ustron­nym pla­cu za­baw pa­no­wał bez­ruch. So­sny wzno­si­ły się wy­so­ko i prze­sła­nia­ły ksi­ężyc. Na­gle Oscar mnie zo­ba­czył: spoj­rzał na mnie i już nie od­wró­cił wzro­ku. Otwo­rzył usta, ale nie wy­do­był się z nich ża­den dźwi­ęk. Po­ru­szył no­ga­mi, cia­ło nie po­szło jed­nak w ich śla­dy. I tak na sie­bie pa­trzy­li­śmy. To praw­da, że cza­sem ży­czy­łem mu śmier­ci, kie­dy wi­dzia­łem go uśmiech­ni­ęte­go w tych jego błękit­nych kąpie­lów­kach. Po dru­giej stro­nie wy­dmy na­dal roz­brzmie­wa­ła mu­zy­ka, roz­po­zna­łem re­fren: Blow a kiss, fire a gun... We need so­me­one to lean on... To trwa­ło. Śmie­rć przez po­wie­sze­nie dłu­go nad­cho­dzi. W ostat­niej chwi­li wy­prężył się, a ja ucie­kłem. Po pro­stu czu­łem się co­raz bar­dziej sa­mot­ny. W pew­nym mo­men­cie jego gło­wa opa­dła do przo­du, co mu­sia­ło wpra­wić w ruch sznu­ry, któ­re wcze­śniej skręci­ły się w prze­ciw­ną stro­nę, a te­raz za­częły co­raz szyb­ciej się roz­pląty­wać i w ko­ńcu go pu­ści­ły. Upa­dł jak łach­man na ela­stycz­ną po­wierzch­nię pla­cu.

Jako sie­dem­na­sto­la­tek mia­łem na kon­cie nie­wie­le głupstw. To tu było trud­ne do po­jęcia. Wy­da­rzy­ło się za szyb­ko i za gwa­łtow­nie. Pod­sze­dłem. Do­tknąłem ra­mie­nia Osca­ra, po­tem nim po­trząsnąłem i go ude­rzy­łem. Jego mar­twe spoj­rze­nie prze­śli­zgnęło się po mnie, kie­dy go od­wró­ci­łem. Chcia­łem po­my­śleć, ale z pla­ży do­bie­gły mnie gło­sy. Ja­kaś grup­ka szła spać. Mó­wi­li gło­śno i też byli pi­ja­ni. Po­my­śla­łem, że może mnie usły­szą. Za­wo­ła­łem do nich, ale mo­je­go gło­su nie po­nio­sło da­le­ko, zo­stał przy mnie. Od­da­li­li się ze śmie­chem. "Za­mknij­cie się!" - krzyk­nął ktoś z na­mio­tu. Znik­nęli. Mu­zy­ka na pla­ży też uci­chła. Mi­ja­li mnie ostat­ni im­pre­zo­wi­cze. Sta­łem dłu­go na pla­cu, nie cho­wa­łem się. W ko­ńcu zo­sta­łem ca­łko­wi­cie sam z Osca­rem, któ­ry na­dal le­żał mar­twy u mo­ich stóp.

Przy­szła mi do gło­wy bru­tal­na myśl, że to ja go za­bi­łem, i prze­go­ni­ła wszyst­kie inne. Nie ist­nia­ło już nic poza tym bezwład­nym cia­łem. A po­tem ca­łkiem wy­ra­źnie przy­po­mnia­łem so­bie ol­brzy­mi dół, któ­ry dzie­ci tego po­po­łud­nia wy­ko­pa­ły na wy­dmie. Wy­da­ło mi się oczy­wi­ste, że Oscar musi znik­nąć. Nie za­sta­na­wia­łem się dłu­żej. Być może czu­łem, że to jest praw­dzi­we głup­stwo, ale po­pe­łni­łem je, żeby zro­bić co­kol­wiek. Zła­pa­łem go za nogi. Nie był ci­ężki. Za­cząłem ci­ągnąć. Po­su­wa­li­śmy się po­wo­li na­przód, naj­pierw przez plac za­baw, po­tem po żwi­rze alej­ki, po tra­wie par­ce­li nie­za­jętych przez na­mio-ty, po cien­kiej war­stwie pia­sku. W za­le­żno­ści od po­wierzch­ni cia­ło wy­da­wa­ło ró­żne od­gło­sy. Sku­pi­łem się na swo­ich ru­chach, żeby nie my­śleć o ni­czym in­nym, nie wie­dzieć, co to wszyst­ko zna­czy. Ci­ągnąłem ja­kieś cia­ło, po pro­stu. Do­ta­rłszy do wy­dmy, zro­bi­łem so­bie krót­ką prze­rwę. Pa­no­wał spo­kój. Oscar był taki spo­koj­ny. Po­wie­trze było świe­ższe, nie­mal przy­jem­ne. To mu­siał być sam śro­dek nocy. Wspi­na­li­śmy się te­raz jesz­cze wol­niej, grzęźli­śmy w pia­sku, za­cze­pi­li­śmy się o osty. Wie­lu już się o nie po­ra­ni­ło, bie­ga­jąc boso. W ko­ńcu po­ja­wi­ła się pla­ża. Była ca­łko­wi­cie wy­lud­nio­na, usia­na śmie­cia­mi, któ­re ju­tro będzie trze­ba za­gra­bić. Po­my­śla­łem, że mó­głbym zo­sta­wić Osca­ra w wo­dzie, żeby za­bra­ły go co­fa­jące się fale. Ale po­ziom wody był za ni­ski. Od mo­rza dzie­lił mnie szmat dro­gi, a już mia­łem za­dysz­kę. Zde­cy­do­wa­łem, że po­trzeb­ny jest dół. Zo­sta­wi­łem Osca­ra, po­sze­dłem wy­dmą i bez tru­du go zna­la­złem obok fla­gi ra­tow­ni­ka. Oka­zał się za mały. Ukuc­nąłem i po­sze­rzy­łem go do roz­mia­rów na­sto­lat­ka. Nie lu­bi­łem do­ty­kać pia­chu, któ­ry wcho­dził mi pod pa­znok­cie i ocie­rał skó­rę, ale tym ra­zem bez opo­rów za­bra­łem się do ko­pa­nia. Kie­dy uzna­łem, że dół jest wy­star­cza­jąco duży, wró­ci­łem po Osca­ra. Za­ci­ągnąłem go do jamy i uło­ży­łem na boku, z pod­kur­czo­ny­mi no­ga­mi. Twarz miał brud­ną i po­kry­tą pia­chem. Oczy­ści­łem ją opusz­ka­mi pal­ców. Po­tem za­sy­pa­łem dół z jego cia­łem. Za­jęło mi to dużo cza­su. Nie my­śla­łem o ni­czym. Słu­cha­łem wła­sne­go od­de­chu i szu­mu fal.

W ko­ńcu dół był już tyl­ko pia­chem, a Oscar pod zie­mią mniej mi ci­ążył. A na­wet jak­by tro­chę znik­nął. Wsta­łem i spoj­rza­łem na bez­chmur­ne nie­bo. Na­gle roz­le­gła się ci­cha me­lo­dyj­ka. Zro­zu­mia­łem, że dźwi­ęk do­cho­dzi spod pia­chu. Ukląkłem i za­cząłem ko­pać, ni­we­cząc całą swo­ją ro­bo­tę. Do­brze go za­ko­pa­łem. Me­lo­dia nie usta­wa­ła. W ko­ńcu do­ta­rłem do Osca­ra - w jego kąpie­lów­kach dzwo­ni­ła ko­mór­ka: "Dzwo­ni Luce". Wy­łączy­łem te­le­fon i wło­ży­łem go do kie­sze­ni. Nikt ni­cze­go nie sły­szał. Wszy­scy byli da­le­ko. Od­zy­ska­łem dech i za­ko­pa­łem dół, rów­nie do­kład­nie jak za pierw­szym ra­zem.

Mu­sia­ło być już bar­dzo pó­źno. By­łem sam i wszyst­ko wy­da­wa­ło się na swo­im miej­scu. Na pla­ży i kem­pin­gu pa­no­wał spo­kój, po­dob­nie jak na wy­dmie i pod gwiaz­da­mi. Chcia­łem da­lej dzia­łać. Na czwo­ra­kach, jak pies, wró­ci­łem tą samą dro­gą, żeby za­trzeć śla­dy. Kie­dy to zro­bi­łem, ba­łem się wró­cić do na­mio­tu. My­śla­łem o śpi­ących ro­dzi­cach oraz uśpio­nych sio­strze i bra­cie. Wszyst­kie im­pre­zy się sko­ńczy­ły. Po­sta­no­wi­łem prze­jść się po pla­ży. Sze­dłem brze­giem mo­rza z no­ga­mi w wo­dzie. Od­pływ od­sło­nił ska­ły, któ­rych ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łem. Czu­łem jak po wy­si­łku moje cia­ło stop­nio­wo sta­je się znu­żo­ne i roz­bi­te. Pró­bo­wa­łem po­my­śleć o tym, co zro­bi­łem, ale nie­wie­le czu­łem. Oczy mi się za­my­ka­ły. Chwiej­nym kro­kiem pod­sze­dłem do mo­rza. Zbli­żał się świt.

Wró­ci­łem na pole na­mio­to­we. Po dro­dze spo­tka­łem bie­ga­cza, któ­ry wstał wcze­śnie i sze­dł do lasu. Od­na­la­złem swój na­miot i za­snąłem w ubra­niu. Cze­kał mnie ostat­ni dzień wa­ka­cji, naj­go­ręt­szy - naj­bar­dziej upal­ny, jaki znał ten re­gion od sie­dem­na­stu lat. Uprze­dzo­no nas o tym. Zo­sta­ło to ogło­szo­ne przez przy­mo­co­wa­ne do so­sen - tuż nad moim na­mio­tem - gło­śni­ki, któ­re co rano mnie bu­dzi­ły.