Upadły - Anna Ziarkowska

Kup ebooka

24.23 zł
20.11 zł (20,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

El diablo

Jego oczy otworzyły się szeroko i rozejrzał wokół siebie. Nie pamiętał nic, nie wiedział, gdzie jest, w sercu czuł tylko pustkę i to dziwne uczucie, które pchało go do morderstwa. Nie miał, pojęcia, dlaczego. Wstał z zimnej ziemi, na której gdzieniegdzie leżały kamienie. Dookoła stały tylko puste domy i nie było żywej duszy. Po ziemi błąkały się suche trawy i wyschnięte gałęzie.

- Gdzie ja jestem? - zapytał sam siebie głosem zimnym i przerażającym.

Nie pamiętał zupełnie nic. Jego ciało było blade jak u trupa i tylko dzięki czarnemu, długiemu płaszczowi nie czuł tego wiatru. Na horyzoncie zaczynały pojawiać się pierwsze ciemne chmury. Zwiastowały deszcz, a gwiazd od dawna nie widział. Gdy zamknął oczy zobaczył tylko gorące, pomarańczowo-czerwone płomienie, a w uszach usłyszał krzyk.

Wiedział, że musi iść dalej, samotna błąkającą się dusza na nieznanym terenie. Wszedł do pierwszego domu i ostrożnie otworzył drzwi. W pierwszej chwili nie zauważył, że jego palce nie wyglądały tak jak wcześniej. Teraz były dziwnie długie, kościste, a paznokcie wyglądały niczym szpony u wampira.

- Co się stało?

Nic nie rozumiał, kompletnie nic. W oddali słychać było już grzmoty, burza zbliżała się powoli. Odetchnął i tak jak podejrzewał, w domu nie było nikogo. Stare rozrzucone wszędzie ubrania, zabłocone buty leżały w kącie pokoju. W kuchni ktoś zostawił stare garnki i kawałek chleba na stole, z którego wychodziły już pleśnie.

- Halo? Jest tu ktoś?

Jednak nikt nie odpowiadał. Przechodząc z kuchni do małego saloniku spostrzegł na ścianie lustro. Było całe zakurzone, więc przetarł je rękawem płaszcza. To, co zobaczył. Wprawiło go w stan wielkiego zdziwienia.

- Jak ja wyglądam... - szepnął zaskoczony.

Oczy miał szare, włosy długie i czarne jak krucze pióra. Twarz była zapadnięta, blada, trupia i nieżywa. Ciało żylaste i chude, w tej samej barwie co twarz.

- Chyba pamiętam się trochę inaczej...

Do głowy przychodziły mu małe przebłyski, w których widział siebie z jakąś kobietą. Uśmiechała się i była taka wesoła, ale teraz nie czuł nic, na jej widok nie zadrżało serce, nie czuł przyjemnego ciepła, nie czuł nic.

Rozejrzał się dalej po chatce, jednak nie znalazł tam nic. Był zaskoczony, że nie czuje głodu. Jego głód był nieco inny niż normalnego człowieka. On czuł głód cierpienia ludzkiego, czuł go tak mocno, że nie potrafił tego opanować. Opuścil głowę i zobaczył na swojej ręce dziwny tatuaż. Czarny tusz na bladej ręce był bardzo widoczny. Był to napis na pewno po hiszpańsku. Nie znał tego języka i był zaskoczony, że w tym właśnie języku postanowił go zrobić, ale nie pamiętał, by gdzieś był.

- Co to za napis? Ja nie rozumiem... Muszę się nakarmić...

Nie wiedział, ile to zdanie zmieni. Zamknął drzwi od chatki i spojrzał na burze i błyski na niebie. Kiedyś może byłyby piękne, a dziś były takie bez wyrazu. Po prostu były. Postanowił iść przed siebie, pomyślał, że może gdzieś niedaleko znajdzie kogoś żywego. Na samą myśl o żywej duszy, poczuł, że tego chce. Wiedział, że musi kogoś znaleźć.

Gdy zobaczył w oddali dwie samotne chatki, zaczął biec w ich kierunku. Krople deszczu spływały mu po policzkach. Z hukiem otworzył drzwi i zobaczył którą kobietę. Siedziała koło kominka i patrzyła w ogień. Wszedł do środka powoli i spojrzał w jej brązowe oczy. Nie odezwała się. Kobieta była Meksykanką. Wydawało się, że wogóle go nie widzi. Jedyne co nagle poczuła to wielki smutek, patrzyła nadal w ogień i zaczęła płakać. On podszedł bliżej i spojrzał na nóż, który leżały na stole.

- Weź go i zrób, co trzeba. - szepnął zimnym głosem. - Nikt nie zauważy, że Cię już nie ma, jak i do tej pory. Skończy się twoje cierpienie, smutki, pójdziesz dalej, tam, gdzie już tego nie ma.

Kobieta nie zastanawiając się długo, wstała, wzięła do ręki nóż i przyłożyła do gardła. Jednym, szybkim i mocnym pociągnięciem podcięła sobie gardło. Gdy uchodziło z niej życie, mężczyzna czuł, że wraca do sił. Krew sączyła się mocno, a kobieta zaczęła się dławić, przykładała ręce do szyi i dopiero wtedy go zobaczyła. Powoli zamknęła oczy, a on uśmiechnął się szeroko.

- Co za piękne uczucie.

Tak, odebranie życia przez kogoś dawało mu siłę, karmiło go i poczuł, że jest mu lepiej, że nie czuje tej pustki i jest nakarmiony. Rozejrzał się po chatce, która była bardzo skromna. Nie było tam rzeczy innych osób, więc na pewno nikt nie zauważy, ale czy musiał się tym martwić? Przecież kobieta zachowywała się tak, jakby wogóle go nie widziała. Dopiero w chwili ostatniego tchnienia patrzyła na niego. Spojrzał na jej ciało. Było takie szczupłe, a ubrana była w czerwona sukienkę W zielone kwiaty. Na nogach miała klapki, podczas wypadku jeden spadł z jej stopy.

Usłyszał czyjeś kroki i zamarł na chwilę.

Stara babcia weszła do środka i poczuła tylko smutek. Na widok ciała podniosła wzrok i szepnęła coś w swoim języku. Jej siwe włosy wystawały spod chustki, która okryła głowę. W ręce miała dziwny medalion.

- Już nie jesteś niewidzialny, demonie.

- Kim jesteś? - zapytał kobiety.

- Jej babką. Wiedziałam, że blisko Cię wywieźli. Wiedziałam, że przyjdziesz się nami nakarmić.

Nic nie rozumiał, ale kobieta wiedziała o nim dużo, a nawet za dużo. Patrzył na nią, ale nie działały na nią jego słowa, a pragnienie mordu znów zaczynało do niego powracać.

- Możesz sobie paplać swoje brudne słowa, na mnie nie działają. - zaśmiała się.

- Co mi zrobiliście?

- Zabraliśmy ci to, co ty zabrałeś nam. Miałeś piękne ludzkie życie, byłeś panem świata, albo tak ci się wydawało. Kradłeś, zabijałeś, kłamałeś, raniłeś, więc teraz bez tego nie będziesz mógł istnieć.

Uśmiechnęła się i pokazała mu zdjęcie. Był tam mężczyzna z czarnymi oczyma, idealnie ogolonym zarostem i ciemnymi włosami. Ubrany w drogi garnitur marki Versace. Obejmował młodziutką dziewczynę z długimi, kręconymi, szarymi włosami. Mogła być około dziesięć lat młodsza od niego. Była szczupła, ubrana w czarna sukienkę i tego samego koloru buty na wysokiej koturnie, a i tak sięgała mu tylko do ramion. Wpatrywał się w to zdjęcie i nagle sobie przypomniał. Nie wiedział, co myśleć i czuł, że już nigdy jej nie zobaczy. Myśli kręciły mu się w głowie, ale pragnienie zaczynało zwyciężać.

- Pamiętasz ją? - zapytała babka, ale nie odpowiedział, a ona zaczeka się śmiać. - Pamiętasz. To dobrze. Nigdy jej nie zapomnisz. Gdyby nie ona, nie byłoby Cię tutaj.

- Co mi zrobiliście!?

Krzyczał i zaczął rozrzucać wszystkie rzeczy, które były w chacie. Rozbijał szklanki i wazony, szarpał ubrania i rozcinał je swoimi ostrymi pazurami niczym nożem krawieckim. Chciał tylko jednego. Chciał, by ta stara babka wreszcie zamknęła się i przestała śmiać. Poczuł w sobie wielką złość i rzucił się do niej. Kobieta podniosła do góry medalion i przystawiła mu do twarzy. Upadł na ziemię i poczuł, że słabnie. Bolało go cale ciało, nie czuł pragnienia i swojej siły, ale słabość. Był za słaby, by cokolwiek zrobić... Dlaczego?

- Mojej duszy nie dostaniesz, Fereldinie.

- Fereldinie?

- Za swoje czyny el diablo, stałeś się tym, czym byłeś za życia. Potwór w ludzkiej skórze kiedyś, teraz jesteś prawdziwym potworem z właściwą powłoką.

- Kim Ty jesteś?

- Kimś, kto mógł Cię rozliczyć ze wszystkiego.

- Ta dziewczyna nie jest Twoją wnuczką.

- Nie jest, ale jest Meksykanką, a ja zawsze będę ich bronić i karać tych, którzy odbierają im życia. - odpowiedziała. - A Ty taki jesteś Fereldinie. Nie mam dla Ciebie litości i nigdy już nie będziesz taki jaki byłeś za życia. - powiedziała i popatrzyła na zdjęcie, które mu pokazała. Zgniotła je i dodała: - Jej też już nie ma. I wielu innych dusz.

- Bronisz ich i każesz tych, którzy zrobili im coś złego. A oni Cię czczą... kim do cholery jesteś?

- Zgadza się, mój drogi.

Wstała i spojrzała na niego z uśmiechem. Podniosła rękę do góry i pstryknęła w palce szepcząc coś pod nosem.

Nie stała już przed nim stara babka, ale w sile wieku młoda kobieta. Czarne włosy upięte miała na głowie, a wśród nich były kwiaty. Jej twarz pokrywały tatuaże, oczy otaczały czarne koła, czarne usta z wytatuowanymi zębami, policzki miała zapadnięte głęboko. W tej chwili wiedział kim była. Za długo mieszkał w Meksyku, żeby nie umieć jej rozpoznać. Stali na przeciwko siebie, zupełnie nieruchomi i wpatrywali w siebie nawzajem. Był tak bardzo zaskoczony. Znał ją tylko z legend i mitów, a teraz stała tu przed nim, żywa i realna.

- La Catrina.

- Witaj.

- Pierwsza Dama Meksyku.

- Tak też mnie nazywają, choć wolę swoje imię.

- Jesteś przecież tylko ich demonem, nie możesz istnieć.

- Teraz oboje jesteśmy. - odpowiedziała śmiejąc się pod nosem i klasnęła w dłonie.

Fereldin stał sam w pustej chacie i czuł ogromne pragnienie. Nie mógł się pogodzić z tym, co właśnie usłyszał. Kobieta zniknęła, a on wiedział, że musi przypomnieć sobie swoje życie, błędy i młodą dziewczynę, która była z nim na zdjęciu i po której teraz nie zostało nic, tylko popiół w kominku, jak i z jego życia, dawnego życia.

Rozdział 3

Koniec tajemnic

Podczas jednej z dróg powrotnych zobaczyła, że pod jego marynarką jest broń. Zatrzymali się, ponieważ w tych godzinach były korki i czekali, aż ruszą.

- Javier po co ci to?

- Do ochrony.

- Ja wiem kim jesteś.

Spojrzał na nią i uśmiechnął się. Prędzej czy później i tak poznałaby prawdę.

- Szczerze to ja nic nie ukrywałem. Po prostu się tym nie chwaliłem.

- Pablo Escobar też się nie chwalił, a i tak wszyscy wiedzieli kim był.

Zaśmiał się i zobaczył na jej twarzy delikatny uśmiech.

- Nie masz się o co bać.

- Ale nie wciągniesz mnie do jednego ze swoich domów publicznych?

- Nie. Jestem szczery i mógłbym to zrobić każdej, ale nie Tobie. W tej restauracji widziałem jak ciężko pracujesz i widać było, że potrzebujesz pieniędzy, ale ciałem na nie nie zarobisz.

- Vincent stwierdził inaczej.

- Vincent to ćpun.

- Ale też Twój przyjaciel.

- Tak, siedział pięć lat w więzieniu, ale udało się go wyciągnąć. Znamy się od dziecka.

- Za co?

- Za zabójstwo w afekcie. Miał najlepszego prawnika i dostał tylko pięć lat.

- A Ty Javier siedziałeś?

- Nigdy.

- Wiem z czego słynie Jukatan i Campeche. A ty tam często się pojawiasz.

- Mała, pieniądze same się nie zrobią, trzeba im pomóc.

Uśmiechnęła się do niego.

- Teraz skoro już znasz prawdę... - zaczął niepewnie. - Uciekniesz czy zostaniesz?

- Jeśli ucieknę to mnie zabijesz?

Zaczął się śmiać i znów zatrzymał samochód. Jazda wyglądała jakby ścigały się ślimaki. Wrzucał jedynkę, potem dwójkę i znów zatrzymanie. Korek wcale się nie rozładowywał, ale rozmowa na tyle mu się podobała, że wcale się tym nie denerwował. A nerwowy był, jak mało kto.

- Nie mam zamiaru uciekać Javier.

- Bardzo się cieszę. Lubię Cię.

- Ja też Cię lubię. Jak chcesz i jeśli wogóle uda nam się dojechać do mnie możesz wejść na herbatę.

- Na herbatę nie. - odpowiedział poważnie. - Ale chętnie wejdę na kawę z mlekiem.

Dla ludzi obok był zimny, oschły i poważny, a przy niej tak często żartował. Ona znała go z zupełnie innej strony.

Po godzinie wreszcie udało im się dotrzeć na miejsce. Beatriz otworzyła drzwi, a jego oczom ukazała się malutka kuchnia połączona z salonem i kątem oka zobaczył uchylone drzwi od sypialni. Na środku salonu stał stolik kawowy w czarnym kolorze i kanapa, a na jednej ze ścian wisiały zdjęcia jej sióstr, obok rodziców i jej.

- Lubisz czarny?

- Kocham, kiedyś chciałabym mieć wszędzie czarne meble.

- Beatriz, ja muszę Cię zwolnić. Nie mogę dalej korzystać z twoich usług sprzątania.

Dziewczyna popatrzyła na niego zaskoczona, a on podszedł do jej zdjęcia w szarej ramce z przyczepionym serduszkiem do ramy i wziął je. Przytulił do serca i patrzył na nią w milczeniu.

- Dlaczego?