Upadli bogowie (#3). Wiarołomca - Hannah Kaner

Kup ebooka

59.90 zł
48.52 zł (59,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

HESTRA, BOGINI PALENISK, POCZUŁA PŁOMIEŃ NADCIĄGAJĄCEJ Hseth. Ciało poza jej ciałem, ogień poza jej ogniem. Hseth nie była już boginią wypalania wrzosowisk pod pastwiska ani też ognia w kuźniach. Ogniste bóstwo odrodziło się dla krwi, brązu i kości. Do wojny.

I z biegiem tygodni moc Hseth rosła, karmiąc się gniewem i strachem, gdy Talicjanie przekraczali góry i rzeki, aby zagarnąć Middren dla siebie.

Hestra, której władza słabła, wyczuwała paleniska w Daesmouth. Te waliły się i kruszyły, kiedy mieszkańcy próbowali powstrzymać morską inwazję. Wyczuwała, że kamienie na północy, na których niegdyś wyryto jej pradawne symbole, pękają i stygną, kiedy Middreńczycy uciekali w dół zboczy Bennitów przed niosącymi ogień najazdami Talicjan. Zostawiali za sobą domy, te nieliczne miejsca, gdzie wciąż znajdowały się figurki Hestry wykonane z gałązek i mchu i zakopane pod paleniskami w podzięce za jej błogosławieństwo.

Tak nieliczni wciąż pamiętali, że pod paleniskami w ich domach skrywały się kapliczki bogini ognia.

I to nie powstrzymywało płomieni.

Z cieni palenisk Hestra widziała kłęby dymu wznoszące się nad stojącymi w ogniu sadami pełnymi dojrzewających owoców. Widziała studnie czerniejące od krwi ludzi, którzy z nich pili. Widziała pojmanych biedaków. Ich trzodę, ich dzieci ciągnięte, żeby złożyć je w ofierze u stóp bóstwa, które nie pamiętało, jak smakuje miłość darowana z własnej woli. Niezagarnięta klingą i ogniem.

A kapłani ognia Hseth chętnie palili żyzne ziemie, jeśli dzięki temu mogli zdobyć je szybciej i bez walki. Nie dbali o to, że także ich wojownicy duszą się dymem, że mają puste brzuchy i podarte odzienie. Nie dbali o to, że bogów nie należało używać jako broni.

Hestra zastanawiała się, czy powinna pójść do Hseth, przemówić z paleniska do płomienia i przypomnieć talicjańskiej bogini o złożonych przez nią obietnicach. Przypomnieć, że kiedyś była mądra i wiedziała, kiedy nakazać, aby ogień płonął, a kiedy pozwolić mu zgasnąć.

Nie zrobiła tego. Hseth by jej nie usłyszała. Docierały do niej jedynie głosy jej kapłanów i krzyki jej ofiar.

Tylko jeden człowiek chciał, żeby Hestra mówiła, a dla niego akurat nie miała słów.

- Nie będziesz ze mną rozmawiać, bogini palenisk? - szeptał Arren w tych rzadkich chwilach, gdy był sam, po tym, jak wynegocjował swoje uwolnienie z rąk buntowników i wykorzystał swój sztandar do zwołania wojsk, żeby ich broniły. - Będziesz milczeć, aż wszyscy nasi ludzie obrócą się w popiół i proch?

Nasi ludzie?

- Ziemie Vittosków na wschodzie zostały najechane, Hestro - naciskał Arren, a ona odczuła brzmienie własnego imienia jak szarpnięcie za serce. Tego, co ona sama widziała, on dowiadywał się z listów, z próśb o pomoc, z zapewnień żołnierzy i strażników, z konwojów z zaopatrzeniem. Czuła jego głos w swoich gałązkach, w swoim ciele. Czuła ten strach, jakby był jej własnym. - Zajęli Blenraden i powiesili pielgrzymów oraz strażników na murach niczym totemy chłostane ogniem.

Hestra zagrzebała się głębiej w jego sercu, pragnąc, aby jego słowa jej nie odnalazły. Palenie wiernych, napawanie się cierpieniem - nie tego pragnęła. Chciała, żeby ludzie odwrócili się od swoich jasnych miast i bogów szczęścia. Chciała, żeby zostawiali swoje monety, jedwabie i przyprawy, żeby wrócili do paleniska, wrócili do niej. Żeby poszukiwali jej ciepła z lęku przed ciemnością.

- Zapomniała o tobie, serce.

Hestra wiedziała. Oczywiście, że wiedziała. Śmierć Hseth pociągnęła za sobą złamanie wszystkich obietnic. Teraz pozostawało jej tylko się zastanawiać, czy drugiej bogini ognia w ogóle kiedykolwiek na nich zależało.

Czy w pomaganiu jej było coś złego? Musiała zrobić tylko jedno, uratować młodego króla, który wydawał ostatnie tchnienie na kamiennej posadzce, manipulacją pochwycić go w swoje sidła, połączyć go z Hseth i jej knowaniami. Liczyła, że zdołają zakorzenić się tam, gdzie wypleniono middreńskie bóstwa.

Przez jakiś czas było dobrze. Hestra zyskała życie i siłę, a więź z Arrenem nasyciła ją kolorami. Tyle nadziei, marzeń, tyle obietnic, które jej złożył.

Teraz wszystko to mogło lec w gruzach.

Twierdza Arrena została najechana i zniszczona, jego ukochany rycerz próbował przebić go mieczem, a półbogini, dziewczynka od Craierów, omal nie zadusiła zarówno jego, jak i Hestry na śmierć. Jako król miał teraz tak niewielką władzę. Stracił dumę i przegrywał wojnę.

Nie mógł zaoferować władzy, a ona nie miała mu nic do powiedzenia. Bogowie potrafili zachować ciszę wieków i tylko pierwszy dar, który mu ofiarowała, wyryty czernią w jego ciele, trzymał ich razem.

Obietnica, że utrzyma go przy życiu.

Czy mogła odejść? Zużyła niemal całą swoją starą moc, żeby powieść sobowtóra Arrena z jego armią do Lesscji, a później całą resztę, żeby sprowadzić go z powrotem do twierdzy z jego drogim rycerzem, bożkiem niewinnych kłamstewek oraz półkrwi dziewczynką, która wśliznęła się wraz z nimi do jej paleniska. Jej modlitwy były teraz tak rozproszone, tak ciche, a jej wola tak słaba, że gdyby porzuciła króla, groziła jej utrata kształtu, swojej postaci, samej siebie. Stałaby się niczym więcej niż bezimienną siłą, złym duchem, tchnieniem wiatru.

Może powinna to zrobić. Zniknąć. Co jeszcze pozostało? Tkwienie w kraju pozbawionego wiary i większości władzy króla, nękanego płomieniami, którym nie mogła rozkazywać? Uwięzienie w piersi człowieka, który chciał całej miłości, całej czci i wszystkiego tylko dla siebie?

Nasi ludzie.

- Zostawisz mnie tu samego - zagaił Arren - jak wszyscy inni?

Mówił jakby do siebie, wyglądając przez okno na rozgwieżdżone niebo ponad miastem Sakre. Czy naprawdę kierował te słowa do niej? Czy też chodziło mu o Elogasta? Trzymała swoje myśli blisko siebie, ani nie udzielając pociechy, ani nie zadając bólu. Chciał miłości tak jak ona. I władzy. Wojna zamknęła ich oboje między dwoma światami: ogień i przyszłość, król i chaos.

Bóstwo i człowiek.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kissen

KISSEN LEŻAŁA W IDEALNYM ZAGŁĘBIENIU między ramieniem a klatką piersiową Elo, zaspokojona i wyczerpana. Przyznaną jej kajutę dało się przemierzyć ledwie trzema krokami, a jej większość zajmowała niewielka koja.

Mimo wszystko wolała to od hamaka pod kadłubem statku tuż przy załogantach, którzy wyglądali, jakby bez mrugnięcia okiem mogli ukraść jej zęby i poderżnąć gardło. Pomimo zapewnień Inary Kissen nie ufała Lessie Craier ani jej buntownikom. Ręka wciąż ją bolała po tym, jak musiała uciekać z oków jaśnie pani przez piwnice czarnego ognia.

Miło było wiedzieć, że oddzielają ją od nich drzwi zamykane na klucz. No i oczywiście odrobina prywatności miała ogromne znaczenie.

- Skąd masz tyle energii? - jęknęła, po czym usiadła i wyciągnęła rękę, żeby ochlapać się wodą z miski. Elo podparł się łokciami i uśmiechnął się do niej, irytująco zadowolony z siebie.

- Nie słyszałem, żebyś narzekała - rzucił.

- Nie powiedziałam, że narzekam. - Odchyliła się na drugą stronę koi i przypatrywała się przyjacielowi w słabym świetle z bulaja.

Zmienił się. Był twardszy, dzikszy, niż kiedy go poznała. Rana na piersi zadana przez Hseth zagoiła się na kształt pobrużdżonej różowej dłoni, jaśniejącej na tle ciemnobrązowej skóry. Stanowiła dodatek do plątaniny blizn z dawniejszych i nowszych bitew.

- Ale - dodała - wiem, kiedy używa się mnie do odwrócenia uwagi.

Elo przechylił głowę i się uśmiechnął. Meszek zarostu podkreślał linię jego szczęki.

- Przysięgam ci, Kisseno, że byłem w pełni skupiony na tobie - oznajmił.

Drań. Nikt nie posługiwał się jej pełnym imieniem. Nawet Yatho ani Telle.

Usiadła prosto i uśmiech odpłynął z jej ust.

- Oczywiście, że potrzebuję odwrócenia uwagi - powiedział. - W tej wojnie jesteśmy po przegranej stronie.

W Sakre nie czuło się, że trwa wojna. Minęło kilka tygodni, odkąd Kissen powstrzymała próbę zamachu stanu Lessy Craier, a król ciągle przebywał w stolicy i gromadził oddziały od lokalnych szlachciców, szykując fortyfikacje, zapasy, zbrojownie. Ta wojna polegała głównie na męczącym oczekiwaniu, aż coś się wydarzy.

Kissen jednak wiedziała, że Elo nie myśli jedynie o walce z Hseth. Jego własny bunt się nie powiódł, przegrany już na początku, i teraz Elo musiał znowu pojednać się z królem, którego próbował zabić... i który próbował zabić jego.

- Powinieneś jechać z nami do Irisji - stwierdziła Kissen, na co zmarszczył brwi. - Pieprzyć króla. Pieprzyć to wszystko. Dołącz do misji Craierów i przemawiaj w imieniu Middrenu, w kraju swoich matek. - Trąciła go stopą. - Tak czy inaczej, mamy Skediego, Inarę, jej matkę i bogów, a ja nie wiem, gdzie w tym stoję. - Podźwignęła swój kikut i zamachała w jego stronę. - Albo skaczę.

Elo parsknął śmiechem i zamknął oczy, a Kissen cofnęła nogę, kciukiem pocierając miejsce, gdzie ją odcięto. Czuła się bardzo dobrze naga, swobodna w swojej pełnej blizn chwale, a luksus prywatności i ciepła, zapewniany przez kajutę na statku, był dla niej rzadkością. Skoro już przedarła się przez surowy teren talicjańskich gór, chciała korzystać z okazji najlepiej, jak mogła.

- Albo... - ciągnęła. - Jeśli chcesz, żebym została, mogłabym walczyć...

Znowu otworzył oczy.

- Nie - odparł. - Ostatnie wieści o twoich siostrach, jakie zdołałem uzyskać, to takie, że zdołały dotrzeć do Weildu. Jeśli na świecie w ogóle istnieje dobro, na pewno popłynęły pierwszym statkiem do Irisji.

Kissen wyjrzała przez bulaj w kierunku portowego muru, za którym pomiędzy wieżami rozpościerało się otwarte morze, jaśniejące niczym szkło obsypane srebrem. Świat był wielki, a jej siostry mogły być wszędzie.

- Nadzieja matką głupich - rzuciła.

- Ale to zawsze nadzieja. Oddałaś temu krajowi więcej, niż potrzeba.

- A ty nie?

Potarł czoło. Promienie wczesnoletniego słońca wpadały do kajuty i gorąco szczypało im skórę pomimo lekkiego powiewu sączącego się pod drzwiami. Powietrze pachniało irisjańską zupą, którą Elo przyniósł Kissen w miseczce z cienkiej ceramiki z jednego z portowych straganów. Jego ulubioną.

- Nie mogę stąd odejść - powiedział. - Nie zrobię tego. Moje miejsce jest tutaj. Tylko tchórz porzuca bałagan, którego narobił.

- To nie twój bałagan - upierała się Kissen. - Tylko Arrena, bogów, Lessy Craier. Ty próbowałeś wszystko naprawić.

- I poniosłem klęskę. - Elo zaśmiał się ponuro. - Żałosną. Prawie doprowadziłem naszą krainę do wojny. Prawie straciłem Inarę, ściągnąłem śmierć na twoją rodzinę. - Dotknął czubka swojej głowy. Włosy wyrosły mu w ciasnych lokach, niemal wystarczająco długie, żeby zaplatać warkocze. - Prawie ściągnąłem śmierć na ciebie, Kissen.

- No, do tego dorzuciłam trochę własnej arogancji, nie? - odparła.

Znowu się roześmiał. Przynajmniej umiała go rozśmieszyć. Jego uśmiech był ciepły, ale przelotny. Po chwili przełożył umięśnione nogi nad krawędzią wąskiej koi. Lubiła to, że czuł się przy niej swobodnie, będąc sobą. Będąc szczerym. Byli szczerzy wobec siebie nawzajem. Nie było między nimi historii miłosnej, romansu. To były zaufanie i swoboda. Pożądanie bez zaborczości. Poczuła nagłe pragnienie, żeby znów go pocałować.

- Może moje życie jest naznaczone porażką - stwierdził. - Równie dobrze mogę się z tym pogodzić i naprawić swoje błędy albo zginąć, próbując je naprawić.

- Albo mógłbyś porzucić ten kraj, który nie dał ci nic oprócz cierpienia.

Wtedy na nią spojrzał, a ona po zmarszczce przy jego ustach, po napięciu szczęki poznała, że tego nie zrobi. Nie mógł. Zbyt wiele oddał Middrenowi, Arrenowi, żeby po prostu machnąć na to ręką.

- Myślisz, że wrócisz? - spytał, zamiast odpowiedzieć.

Kissen odgarnęła włosy z oczu i oparła się o ścianę kajuty.

- Nie wiem - odrzekła szczerze. - Niewiele tu dla mnie zostało oprócz ciebie. I dobrze mieć twoją uwagę, piekarzu-rycerzu - omiotła go wzrokiem od stóp do głów - a także całą resztę. Ale... wiem, że twoje serce jest gdzie indziej.

Elo się skrzywił. Następnie wstał i wziął koszulę ze stosiku swoich ubrań. Szelma poskładał je, kiedy się rozbierali.

- Lepiej pójdę - powiedział, naciągając ją przez głowę i zasłaniając bliznę na piersi. - Zanim statek wypłynie ze mną na pokładzie.

Cholera. Nie najlepszy dobór słów. To było jego serce, jego życie, które Hseth i król próbowali mu odebrać w zamian za władzę.

Arren. Przyczyna cierpienia i złego nastroju Elo. Jego zdrajca i samo sedno jego duszy.

- Powiedział ci, że cię kocha - naciskała Kissen. - Prawda?

- Manipulował mną - odrzekł Elo, który nachylił się, żeby podnieść swoje spodnie, i przy okazji zapewnił Kissen dość smakowity widok. - Kiedy próbowałem go zabić.

- A udaje mu się to, ponieważ... - Ponieważ życie Elo było związane z życiem Arrena, splątane, zasupłane i bolesne. A ignorowanie tego faktu nie sprawiało, że mógł zniknąć.

- Nigdy się nawet nie całowaliśmy, Kissen.

- Gdyby miłość polegała tylko na pocałunkach, wszyscy mieliby mniej kłopotów.

- Nienawidzę go. Wszystkiego, co zrobił. Wszystkiego, co sobą reprezentuje.

- Miłość i cierpienie nie różnią się aż tak bardzo - stwierdziła. - Inaczej dlaczego bogowie chcieliby krwi i śmierci jako ofiary?

Elo westchnął, sznurując spodnie.

- Nie jest dobrym człowiekiem.

- Nie. - Kissen złapała własną pomiętą koszulę i ją włożyła. Te skradzione chwile nie mogły trwać długo, nie kiedy oboje stąpali wzdłuż cienkiej granicy między aresztowaniem a użytecznością w tym mieście. Lecz może trwałoby to dłużej, gdyby lepiej radziła sobie z trzymaniem języka za zębami. - Ale jeśli masz walczyć w jego wojsku, będziesz musiał jakoś rozwiązać te kwestie.

Jej rycerz ją zignorował i usiadł na łóżku, żeby wciągnąć buty na nogi.

- Moglibyście się ruchać - rzuciła radośnie. - U nas się sprawdziło.

Wbrew sobie Elo prychnął z jednym włożonym butem. Kissen uśmiechnęła się do niego i nachyliła, żeby podnieść z podłogi swoją nową protezę. Elo pomógł jej w wędrówce przez Sakre i zapłacił za nową z funduszy, które miał odłożone w jednej ze świątyń przemianowanych na banki.

- Dobrze się sprawdza? - spytał, zauważywszy, że Kissen reguluje paski, żeby ją dopasować. Była to porządna rzecz, z warstwą czerwonej skóry przylegającą do kolana i drewnianą nogą, ale nie mogła się równać skutecznością z cackiem wykonanym przez Yatho. Podstawa już zdążyła się wyszczerbić i porysować od używania, a poza tym protezy nie zrobiono specjalnie dla Kissen, więc czuła się niestabilnie, jakby noga pozostawała o jedno tchnienie za całą resztą. Mimo wszystko był to postęp wobec poskręcanego złomu, jakim stała się ta poprzednia wskutek wszystkiego, co przeszła.

- To jak stracić miecz wykuty specjalnie dla twojej ręki i w zamian dostać młot - powiedziała. Młot, który gryzł w dłoń. Bolesny ucisk na udo był gorszy niż poczucie, że noga jest obca i nie pasuje do jej ciała. - Ale się przydaje. Rzemieślnicy się poprawili przez te lata po wojnie z bogami. Gdybyś widział szajs, który nosiłam w dzieciństwie...

Elo położył jej ciepłą dłoń na ramieniu, a ona oparła się na niej na chwilę. Później zaczerpnął tchu...

- Jeśli znowu przeprosisz, przywalę ci w gębę - ostrzegła, kończąc przytraczanie protezy i zrzucając jego dłoń. - Podjęłam decyzję, żeby walczyć z boginią ognia. Pokonałam ją. I zrobiłabym to jeszcze raz.

Elo skinął głową, podał jej spodnie, a następnie podniósł swój tabard. Był jasnoniebieski, poprzecinany falami złota. Spiął go pasem z nowym mieczem. Starą broń stracił w Lesscji, a ta nowa miała prostą rękojeść, nieprzypominającą już o lwiej głowie, którą poświęcił.

- Tylko... - Naciągnęła spodnie na protezę, poprawiwszy i rozsupławszy prawą nogę, żeby łatwiej poszło. - Ona ma bryddyt w sercu. Nie wiem, czy sztuczki veigi zrobią jej tym razem krzywdę.

- Myślisz, że doniesienia są prawdziwe? - spytał Elo i nieproszony przyklęknął, żeby pomóc jej zawiązać sznurowadła. - Że przyzwali ją, żeby użyć jako broni w wojnie?

Kissen westchnęła i zdjęła swój pas z haczyka na ścianie. Zdobyła parę noży do rzucania, w tym jeden z bryddytu, oraz kordelas z bryddytową klingą. W jej opinii proporcje rudy nie były właściwe, ale musiała się tym zadowolić. Sakre było w przeważającej części wciąż wierne Arrenowi i większość tutejszych zapasów bryddytu przetopiono, by wykonać bezużyteczne talizmany mające odstraszać złe bóstwa i duchy.

- Nigdy nie widziałam takiej boskiej mocy jak u niej - powiedziała w końcu. Oczywiście bogowie objawiali się czasami w swoich świątyniach, kiedy ich o to proszono, ale nie zawsze. Jeśli mogli przyzwać Hseth wedle swojej woli, bogini była albo bardzo naiwna, albo bardzo chciwa. - Jej kapłani władają krajem, dowodzą armią. Używają strachu i bólu jako broni, więc nie wątpię, że potrafią też użyć swojego bóstwa. Widziałam świątynie, które zbudowali. Jeśli zabierają je ze swoimi wojskami, mogą ją przywołać wszędzie.

- Ich piechota musi być wyczerpana - mruknął Elo. - Talicja nie prowadziła wojny lądowej od blisko pięćdziesięciu lat. Niewielu żołnierzy jest wyszkolonych, a mówiłaś, że połowa z nich to parobki, rybacy, młodziki. Dlaczego się na to narażają?

- Strach i władza skłaniają ludzi do popełniania głupstw - stwierdziła Kissen. - Do szaleństwa. - Opowiedziała Elo, Lessie i królowi o wszystkim, co widziała w Talicji: o paleniu ludzi, w tym dzieci, o fanatyzmie i rządach strachu. - Nie wiem, jak to zatrzymać - przyznała. - Nawet jeśli Craierowie uzyskają pomoc z Irisji, nawet jeśli zdołasz odeprzeć ich na północy...

- Coś wymyślę - stwierdził Elo.

Wkurzające. Był wkurzająco spokojny.

Rozległo się kołatanie do drzwi i ich chwila spokoju dobiegła końca.

- Czego? - warknęła Kissen.

- Idzie przypływ - rozległ się znajomy głos. - A gdy postawimy żagle, Elo może nie chcieć wracać wpław do brzegu.

Kissen złapała swoją laskę i uchyliła drzwi, za którymi stała Inara, skąpana w ciepłym i jasnym blasku słońca, z wystudiowaną niewinną miną. Do twarzy było jej w przystrzyżonych włosach, które tworzyły gęstwę loków wokół szyi i uszu. Podczas wiosennego ocieplenia minęły jej trzynaste urodziny, wyraźnie też urosła, choć Kissen miała wrażenie, że od ich pierwszego spotkania minęło ledwie parę tygodni.

- Skąd wiedziałaś, że tu jestem? - spytał Elo, zbierając ceramiczne miski, które przyniósł od sprzedawcy jedzenia, i wpychając je z powrotem do swojej sakwy, wytarte do czysta chlebem i gotowe do zwrotu w zamian za miedziaka.

- Nocą widziano, jak zakradasz się na pokład - odparła Inara. - Po ciemku, jak złodziej.

Elo syknął, kiedy jednak wyszedł na światło i hałas na pokładzie, trudno było sobie wyobrazić, że mógłby coś ukraść albo choćby targować się o drobne kwoty. Jego skóra jaśniała, jakby zrodził się ze słońca. W swoim świetnym odzieniu wyglądał bardziej jak władca niż pracujący rycerz czy też nawet piekarz, jak nazwał siebie przy ich pierwszym spotkaniu.

Inara także znakomicie się prezentowała. Porzuciła zieleń Craierów i zamiast niej nosiła sztywny ochrowy podkoszulek oraz spodnie z delikatnej wełny, a na jedno i drugie nałożyła długą czerwoną tunikę, nakrapianą na ramionach łezkowatymi szklanymi paciorkami. Kissen poczuła się przez chwilę obco w swojej wymiętej koszuli i połatanych spodniach. Była sierotą z innego kraju, dzieckiem ulicy i najemniczką, nie pasowała do towarzystwa rycerzy, szlachty i królów.

No cóż, nigdy nie należała do osób znających swoje miejsce.

- Założę się, że bożek na nas doniósł - powiedziała Kissen i podniosła wzrok. Miała rację. Skediceth, bóg niewinnych kłamstewek, przycupnął na najwyższym z trzech masztów wyrastających ze statku Lessy Craier i rozpostarł skrzydła, kąpiąc się w promieniach słońca i morskim powietrzu. Niemal doszedł już do siebie po walkach w Lesscji, ale pozostawał mniejszy i cichszy, niż go pamiętała. Często siadał wysoko, kiedy nie przebywał na ramieniu Inary, bezgłośny wartownik wypatrujący potencjalnych zamachowców, którzy mogliby szukać zemsty na Craierach na ich statku, "Srebrnym Jerzyku".

Kissen musiała przyznać, że to piękny statek. Wokół podwyższonego pokładu dziobowego ciągnęły się złocone poręcze, rzeźbione w faliste, poskręcane wzory. Kajuta Kissen znajdowała się obok tej należącej do kapitanki straży Lessy i jej towarzyszki w buncie, Tarin. Kasztel, w którym spały Lessa i Inara, wznosił się po drugiej stronie wypolerowanego do połysku pokładu głównego, na którym teraz nie było beczek ani trzody, kręciła się za to załoga, przygotowująca żagle do postawienia.

Tam, pomiędzy ścianą a drzwiami, w drewno wetknięte były trzy małe kapliczki. Przed wojną z bogami każdy middreński statek miał podobne symbole czci poświęcone bóstwom, które mogłyby ochronić żeglarzy na morzu. Teraz wydawały się reliktami innej epoki.

Jedną wyraźnie poświęcono Yusefowi, bogu bezpiecznej przystani. Ojcu Inary. Totem, który dla niego wyrzeźbiono, był posążkiem o szerokich barkach, brodatym, otoczonym sznurkiem czerwonych szklanych paciorków. Jak w większości świątynek, które Kissen widziała przed jego śmiercią, odziany był w robocze szaty wschodnich plemion, które zasiedliły Restish wiele wieków wcześniej, oraz tkany pas przywodzący na myśl żeglarską linę.

Pozostałe kapliczki nie wyglądały równie znajomo. W jednej spoczywała kolczasta koncha i korona z poplamionych złotem muszelek ślimaków morskich, w drugiej - skrzydlaty totem jakiegoś bóstwa wiatru. Kissen powstrzymała przemożną chęć splunięcia do jego kubka na ofiary. Ostatnio nie przepadała za bóstwami wiatru.

- Wszystko zasztauowane - oznajmiła Inara, odwracając jej uwagę od kapliczek. - Oprócz Nogiego.

Kissen zerknęła za burtę na swojego konia, który pogodnie pogryzał siano z worka i ogonem oganiał się od krążących nad nim much, obojętny na portowy zgiełk. Wciąż stał w prowizorycznym boksie pod dźwigiem, którego używano do przenoszenia zwierząt na pokład. Wieczorem powstrzymała załogę przed umieszczeniem wierzchowca na statku, bo nie chciała, żeby spędził noc w mrocznej ciasnocie pod pokładem.

Westchnęła. Nadchodziła bolesna chwila.

- Elo, mam dla ciebie prezent - powiedziała i za pomocą kuli weszła na trap, po czym ostrożnie się po nim zgramoliła, poruszając się bokiem. Lepiej czuć się jak krab, niż spaść i skręcić kark.

- O czym mówisz? - spytał Elo, podążając za nią. W głównym porcie w Sakre, położonym na północ od "Srebrnego Jerzyka", mrowili się ludzie - kupcy, wozacy, gońcy, żeglarze. Statek Craierów stał jednak w uprzywilejowanym miejscu w przystani szlacheckiej, oddzielonej od reszty i otoczonej ciszą, nie licząc rozdzierających krzyków mew. Była to jedna z niewielu niezanikłych wskazówek, obok odoru ługu i krwi przy ulicy Uzdrowicieli, że o miasto toczyła się walka pomiędzy królem a buntownikami. Do czasu, gdy lady Craier w końcu zrozumiała, że zniszczenie Arrena pociągnie za sobą podział kraju na stronnictwa, które będą zwalczać się nawzajem, zamiast podążyć za nią na wojnę.

Gdy Kissen zeszła na kamienne nabrzeże, Nogi zarżał i podszedł się przywitać. Kissen wyciągnęła rękę do jego ciepłych, silnych chrap i pogładziła widniejące na nich białe pasmo. Rany, które odniósł od strzał i cierni, dobrze się zagoiły, ale pozostawiły blade zagłębienia w jego bokach.

- Mam zawołać kapitana, żeby wzięli go na pokład? - spytała Inara, której wzrok także spoczął na bliznach konia.

- Nie - odrzekła Kissen. - On nie płynie.

- Nie płynie?

Inara wdrapała się na ogrodzenie boksu, żeby też pogłaskać konia, ale zastukał kopytami i odwrócił pysk w stronę Elo, ignorując dziewczynkę. Kąciki jej ust opadły, ale powstrzymała rozczarowanie, gdy Elo poklepał Nogiego po karku.

W końcu zrozumiał.

- Nie możesz go zostawić - powiedział. - Wiele przeszedłem, żeby go tu dla ciebie przyprowadzić.

- Wiem - odparła Kissen z ciężkim westchnieniem. - Ale mówiłam ci wcześniej: jestem mu winna coś lepszego niż powolną śmierć w klatce.

- Ale on cię kocha - wtrąciła Inara, nie dodając "nawet jeśli mi nie wybaczył, że wjechałam na nim w środek rozruchów". Kissen poklepała ją po ramieniu w geście pocieszenia.

- Czasami trzeba pozwolić miłości odejść - stwierdziła. - Ten koń dobrze zna całą krainę. Nie mogę zamknąć go w cuchnącej ładowni na kilka tygodni bez światła i powietrza. To by mu złamało serce.

Nie wyobrażała sobie Nogiego z dala od zieleni, od drzew i gór, od traktów, którymi nosił ją przez lata, od liści kasztanowców i paproci. Kupiła go, gdy miał zaledwie rok, od kobiety zbyt skorej do machania batem i zbyt skąpej w kwestii wypasania. Minęło sporo czasu, zanim się do niej przekonał, lecz odkąd do tego doszło, byli dla siebie jak rodzina.

Elo pokręcił głową, gdy Nogi szturchnął go w ramię.

- Oboje jesteśmy mu winni coś lepszego niż długą drogę na wojnę.

- Więc nie zabieraj go do bitwy. Jest lojalny i spokojny podczas wędrówki. I... - Cmoknęła, gdy jej własny cholerny koń przycisnął chrapy do dłoni Elo. - Wygląda na to, że cię skurczybyk lubi.

- Powiedziałaś mi kiedyś, że mam się od niego odwalić - przypomniał Elo, głaszcząc teraz białe pasmo na szyi wierzchowca.

- Wiesz, rycerzu-piekarzu, skoro nie mogę służyć ci zbrojnymi rękami, oto przynajmniej Nogi. - Puściła do niego oko, a Inara prychnęła. - W wojsku mają juczne konie, a on może być twój. Przyjaciel. Godny zaufania.

Elo uśmiechnął się tak szeroko, że zmarszczyła mu się skóra wokół oczu, a następnie odwrócił się i klepnął ją w ramię.

- Nie wiem, co powiedzieć.

- Powiedz, że będziesz o niego dbał - odrzekła Kissen i wyciągnęła dłoń, żeby położyć ją na jego karku w geście gdzieś pomiędzy klepnięciem wojownika a uściskiem kochanki.

- Obiecuję.

Nogi parsknął, zły, że go zostawiają, a później ostrożnie podszedł do Inary i pchnął chrapami jej ramię, obwąchując znajdujące się tam drogie kamienie. Nie poruszył się, gdy powoli podniosła rękę do jego grzywy, i pozwolił jej się przytrzymać.

Kissen westchnęła. Żałowała, że nie może trzymać Elo w ramionach, trzymać świata w całości samą siłą woli. Bała się, że jeśli go wypuści, on zniknie, popędzi na wojnę, zginie jako bohater, podczas gdy chciała, żeby trwał, żeby utrzymywał się przy życiu.

- Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, piekarzu - powiedziała, zamiast wyrazić wszystko, co czuła. Wiedział. Pewnie, że wiedział.

- Tak będzie - stwierdziła Inara i nachyliła się, żeby objąć ich oboje. - Wrócimy z Irisji z okrętami i uzbrojeniem. Może też z ich bogami.

Rozległ się trzepot skrzydeł i Skedi, jakby przywołany wzmianką o bogach, przysiadł na ogrodzeniu obok Nogiego. Posturą przypominał niedużą wiewiórkę ze skrzydłami jasnymi i nakrapianymi niczym u sowy. Na jego porożu dyndały różne przedmioty - jeden z guzików Inary z masy perłowej, ciasno zawiązany kosmyk kręconych włosów oraz bransoletka z zielonych paciorków od jednego z archiwistów, którzy pomogli Inarze i Telle wydostać się z Klosza. Na jego czole widniała zaś smuga, która mogła być brudem... albo krwią.

- Ludzie lubią dotykać się nawzajem, prawda? - zagadnął, poruszając wibrysami.

- Czego chcesz, bożku? - spytała Kissen. Cofnęła się przy tym od pozostałych, a Skedi przechylił łebek. W jej oczach stanowiło to odpowiednik uśmiechu.

- Przybywa matka Inary - oznajmił. Ciaśniej przyłożył skrzydła do grzbietu i niespokojnie poruszył łapkami. - A także król.

ROZDZIAŁ DRUGI

Inara

KIEDY TYLKO SKEDI SIĘ ODEZWAŁ, SERCE INARY zabiło z niepokojem.

Ciepłe uczucie, które ogarnęło ją, gdy tuliła się do Elo i Kissen, stwardniało, wypaczyło się. Matka. Król. Sprzymierzeńcy. Wrogowie.

Dlaczego król miałby przyjechać? Zawarł z jej matką ostrożny rozejm - jego zdolność do zjednoczenia Middrenu przeciwko zagrożeniu ze strony Hseth starła się z wiedzą, że Lessa już raz omal go nie obaliła i mogła uczynić to znowu w przypadku jego klęski. Inara nie mogła znieść tego układu, lecz w odróżnieniu od swojej matki widziała Hseth w jej dawnej postaci, olbrzymią i przerażającą. Widziała odległe ognie przy pierwszym ataku na Daesmouth. Widziała, jak wojsko w Lesscji promienieje wiarą w Arrena, wiarą w jego potęgę.

Ale Inara go tu nie chciała. Nie na statku własnej matki, nawet jeśli ledwie była w stanie zmusić się do rozmowy z kobietą, która ją okłamała. Która ją ukryła, straciła i nigdy nie odnalazła z powrotem.

I teraz Inara nie wiedziała już, gdzie jest jej miejsce. Była zaplątana w szaty dziedziczki wielkiego rodu, na ramionach czuła ciężar tkaniny, a na głowie - lekkość przystrzyżonych włosów. O dziwo, tęskniła za kwaśnym zapachem płaszcza z woskowełny, za łukiem w dłoni, za ogniem w brzuchu.

Kim była, dziedziczką arystokratki? Dzieckiem czy buntowniczką? Bóstwem czy człowiekiem?

Inara zerknęła z powrotem w kierunku statku, na kapliczkę Yusefa. Restish, rodzinny kraj jej ojca, dostarczał Talicji okręty i broń. Był to wróg Middrenu i źródło jej dziedzictwa.

Widzę bladość w twoich kolorach, Inaro, Skedi przemówił łagodnie do jej umysłu poprzez istniejące między nimi połączenie, którego nikt nie mógł podsłuchać. Zamrugała i odwróciła się, żeby na niego popatrzeć, na jego znajomą twarz, długie uszy i mądre, ptasie oczy. Jego poroże wydawało się ostatnio jaśniejsze. Jakby w większym stopniu był sobą.

Po co król przyjeżdża?

Nie wiem.

Wolałabym nigdy już nie zobaczyć jego twarzy.

Chcesz, żeby to była modlitwa? Jego słowa przepełniała kpina. Mógłbym stworzyć dobre kłamstwo.

Inara parsknęła śmiechem.

- Co cię rozśmieszyło? - spytał Elo, wygładzając kurtkę. Na wzmiankę o królu jego kolory zakotłowały się jaskrawą pstrokacizną błękitów i złota, srebra i czerwieni. W jego sercu szalała burza, która łagodniała w towarzystwie Kissen, ale nie znikała. Jej ziarno zawsze tam tkwiło, nawet gdy był zupełnie pogodny. Teraz wymienili porozumiewawcze spojrzenia i dla ukojenia odruchowo dotknęli swojej broni, pomimo zawartego rozejmu.

Inara bawiła się wcześniej myślą, że Kissen i Elo mogą uciec razem. Może uciekłaby z nimi i wszyscy by się znowu ukryli, już do końca życia zajmując się piekarstwem, łowami i walką. To marzenie nie przystawało do rzeczywistości. Nie teraz. A może nigdy.

- Skedi coś powiedział - wyjaśniła Inara.

- Czy Skedi chce się tym podzielić z resztą z nas? - spytała Kissen oschłym tonem, podczas gdy przypominający zająca bożek zamachał skrzydłami.

- Skedi niczym nie dzieli się z veigą, jeśli ta nie ma nic miłego do powiedzenia - odparował zuchwale.

- Ty mały...

Łoskot kopyt o bruk zagłuszył jej odpowiedź, a Skedi wfrunął na ramię Inary. Wiedza o jego obecności była już powszechna, zarówno w porcie, jak i na statku, ale i tak przyfruwał do niej.

Koń wybiegł z jednej z wąskich uliczek, które łączyły port z centrum miasta, krzesząc iskry spod podków. Dosiadała go kapitanka Tarin, z ciemnymi włosami odcinającymi się na tle zielonej kamizelki.

Podjechała donośnie i zatrzymała się przy nich z rumieńcem na twarzy. Przez całe dzieciństwo Inara ani razu nie widziała, żeby Tarin straciła panowanie nad sobą. W młodszym wieku była o nią bardzo zazdrosna - o najbliższy cień swojej matki, jej najbliższą powierniczkę, pochodzącą z pomniejszego rodu na ziemiach Craierów.

Ta zazdrość z czasem osłabła. Kapitanka przywoziła jej z podróży drobne podarki, a kiedy matka uczestniczyła w spotkaniach w swoim gabinecie, Tarin zrywała dla Inary morele z falujących wysoko gałęzi poza zasięgiem dziewczynki. Pozwalała jej nawet siadać ze sobą i z Tethis, równie spokojną zarządczynią posiadłości, kiedy zbierały pokrzywy na napar i opowiadały sobie o swoim życiu, a też były matką i córką. Inara marzyła o tym, żeby kiedyś być równie blisko z Lessą.

Ale Tethis zginęła tej nocy, gdy Tarin i Lessa opuściły rezydencję, ostrzeżone, że król wie o ich buncie - nie sądziły jednak, że zaatakuje ich dom. Były w połowie drogi do Sakre, kiedy dotarła do nich wiadomość, i wróciły do ruin i popiołów. A wtedy Inary już dawno nie było.

Tarin zaś, która właśnie zsiadła z konia, nie była spokojną, cichą strażniczką, którą Inara pamiętała.

- Veigo, zrób coś pożytecznego i wróć na pokład - oznajmiła. - Będziesz ochraniać lady Craier.

Kissen prychnęła.

- Co takiego?

- Ty też, panie Elogaście - rzuciła Tarin ponad nią. Jeśli była zaskoczona jego widokiem, po jej minie ani też kolorach nie było tego widać. Może nie miało to znaczenia. - Twój miecz może być nam potrzebny.

- Przepraszam, kiedy powiedziałam, że możesz mi wydawać rozkazy? - spytała Kissen.

Tarin zmrużyła oczy i odgarnęła kosmyk ciemnych włosów z twarzy.

- Albo będziesz ochraniać ród Craierów - odparła - albo zejdź ze statku. Wybór należy do ciebie.

Kissen przesunęła językiem po złotym zębie, zerknęła na Inarę i pociągnęła nosem.

- Dobra.

Inara próbowała się nie uśmiechnąć. Kiedyś Kissen rozwścieczył pomysł, żeby przynajmniej udawać jej osobistą strażniczkę, ale Tarin umiała roztaczać aurę dominacji, gdy chciała, i stawać na czele wszystkich. Najwyraźniej dotyczyło to również upartej bogobójczyni.

- W porządku - powiedziała Tarin. - Król postanowił, że chce uroczyście wejść z lady Craier na statek na pokaz jedności, ale zebrany tłum może wywołać rozruchy. Nie wiem, co się wydarzy. - Odwróciła się do Inary. - Ina, trzymaj się w ukryciu.

Zanim dziewczyna zdążyła zaprotestować, z góry dobiegł głos:

- Zajmujemy stanowiska bojowe, Tarin? - spytała Aleda, pierwsza oficerka i żona kapitana.

Tarin pokręciła głową.

- Mam nadzieję, że nie, niech tylko załoga zejdzie pod pokład. Nie musimy im przypominać, kto przemycił czarny ogień, który wysadził pałacowe mury.

Aleda wyszczerzyła się w uśmiechu, po czym cofnęła się na pokład i zaczęła wykrzykiwać rozkazy. Tarin znowu skierowała spojrzenie na Inarę.

- Już, Ino. Nie będę powtarzać.

- Nie musi się przed nim chować - odezwał się Elo posępnym głosem.

- Nie pytałam cię o zdanie.

- Mnie też nie - zauważyła Inara. Pomijając już zazdrość, Tarin nie miała prawa mówić jej, co robić. Straciła to prawo, kiedy latami pomagała Lessie ją okłamywać. Kiedy opuściła rezydencję i pozwoliła, żeby ta spłonęła.

- Jeśli mam chronić ród Craierów, będę chronić Inarę - powiedziała Kissen. - A ona już wystarczająco długo ukrywała się przed światem. - Inara poczuła, że ogarnia ją fala ciepła. Kissen i Elo, oboje byli po jej stronie. - Idź po swój łuk, liln.

Inara odwróciła się na pięcie i pobiegła w górę po trapie, a Skedi sfrunął z jej ramienia i przeniósł się na ramię Elo, zanim Tarin zdążyła dodać choćby jedno słowo.

Gdy pędziła przez pokład do swojej kajuty, żeglarze zsuwali się z masztów i zgodnie z rozkazem schodzili pod pokład. Wydawali się zrelaksowani, skorzy do żartów, spoceni od letniego skwaru. Inarze nie podobało się, że ich odesłano. Chciała mieć wojsko u swojego boku. Pokazać królowi, że się nie boi.

Złapała swój skradziony łuk oraz strzały, po czym wróciła i zobaczyła, że nawet kapitan Lertes zupełnie niczym się nie przejmuje, Aleda zaś trzyma mu rękę na ramieniu, podczas gdy Kissen, Elo i Tarin znowu wyszli na pokład z dłońmi wspartymi na rękojeściach broni. Lertes uśmiechnął się szeroko, gdy jego pierwsza oficerka nachyliła się i pocałowała go w ucho za szpakowatymi warkoczami, które zaplatał na zachodnią modłę: trzy grube i przetykane półprzejrzystą wstążką, zieloną, w kolorze swoich oczu. Aleda nosiła dopasowane barwy owinięte na nadgarstku jako znak małżeństwa. W uśmiechu, zupełnie tak jak Kissen, świeciła złotem.

Jednak w przeciwieństwie do Kissen żadne z nich nie maskowało swoich emocji - kolory mieli jasne, krzykliwe i zmienne. Bursztyn, szarość, ametyst i indygo przepływały między nimi, jakby byli jedną osobą.

Przynajmniej Elo i Kissen wyglądali na gotowych na wszystko. Kissen zawsze sprawiała wrażenie przygotowanej do walki, ale Elo był spięty i spojrzeniem omiatał port.

Inaro, odezwał się Skedi w jej umyśle, spójrz w stronę miasta.

Inara oderwała wzrok od statku i popatrzyła w kierunku sakreańskich wzgórz. Kręte brukowane ulice niknęły między zabudowaniami urzędu celnego, sklepami, naważalniami, siedzibą straży portowej, a nad zadaszonym targowiskiem krążyły mewy. Kolory tworzyły chaos, ścierały się, zmieniały, jaskrawe i przytłaczające.

Ale dalej, w głębi Sakre, dostrzegała między ścianami budynków niebieski i złoty migot. Barwy króla. Narastające.

Dźwięki miasta też się zmieniały, podniesione głosy skandowały coś rytmicznie. Inara widziała podobną falę emocji w Lesscji, zanim wybuchła przemoc. Serce biło jej szybciej w piersi, podchodziło do gardła.

- Spokojnie - powiedział Elo, który być może dostrzegł u niej przypływ przerażenia albo też sam go odczuwał. Lęk wyostrzył złote rozbłyski w jego kolorach.

- Wyglądają na zwykłych ludzi - stwierdziła Aleda. - Niech sobie śpiewają i tańczą.

- Widziałam wystarczająco wiele rozruchów, które zaczynały się od marszu - mruknęła Kissen.

- A ja widziałem sporo marszów za pokojem - odrzekł z lekceważeniem Lertes.

- Więc sugeruję się o niego modlić - powiedział Elo. Szeptem dodał coś do Skediego, który wzbił się do bocianiego gniazda, żeby mieć lepszy widok. Inara poczuła w sercu szarpnięcie ich więzi. Znowu się naprężyła. Raz dzieliło ich pół miasta. A dzisiaj bożek ledwie mógł pofrunąć na maszt.

- Ina, trzymaj strzały w kołczanie - poradziła Kissen. - Niektórym wystarczy byle pretekst, żeby wszcząć walkę. - Ile razy ona i Elo widzieli w Blenradenie rozruchy na tle religijnym? Inara skinęła głową, ale ręce wciąż miała w gotowości, a oczu nie odrywała od kolorów powoli rozprzestrzeniających się po wzgórzach.

Jest pierwszy szereg, przekazał Skedi do umysłu Inary. Czworo, w tym twoja matka. Inara przekazała to pozostałym, by oszczędzić im myślomowy bożka wwiercającej się w mózg. Za nimi jest król z dziesiątką straży, ale dalej podąża ponad setka.

Rogi zagrzmiały bliżej i Inara zobaczyła swoją matkę na grzbiecie rumaka, przy którym wydawałaby się maleńka, gdyby nie prostowała pleców. Tarin rozluźniła się z poczuciem ulgi.

- Czy jej gwardziści nie noszą kolorów rodu Graiisów? - spytał Lertes. Miał rację, żaden z rycerzy wokół Lessy nie przyoblekł jej barw. Jechali na czele tłumu, który narastał za nimi, a gdy kroczący w nim ludzie dostrzegali statek, przyspieszali, wyrywali się z tłumu i oddalali się od niej, pędząc w dół zbocza. Inara mocniej zacisnęła dłonie na łuku.

- Swoją straż odesłała na wschód - oznajmiła Tarin. - Z Vittoskami.

- Ziemie Vittosków już dawno przepadły - stwierdził Elo, marszcząc brwi.

- Ten ród nie przyjmuje biernie klęski. A lady Craier chroni swoich sojuszników.

- W jakim stopniu będzie w stanie chronić nas? - mruknęła Aleda, omiatając spojrzeniem tłum. W końcu zrozumieli niebezpieczeństwo, w jakim mogli się znajdować. Lertes lekko wsparł dłoń na mieczu. - Powinniśmy wezwać załogę na górę?

- To nie jest atak - powiedział Elo. - To spektakl. Pokazuje, że wciąż ma władzę. Ludzie nadal w niego wierzą. Chce, żebyście o tym wiedzieli, zanim wyruszycie do Irisji.

Lertes zmierzył go wzrokiem.

- Jesteś obecnie buntownikiem czy rycerzem, panie Elogaście?

Elo nie udzielił odpowiedzi. Może nie wiedział.

- Ma sporo racji - powiedziała Tarin znużonym głosem. - Niektórzy najwyraźniej ciągle go kochają, bez względu na to, co zrobił.

- Niektórzy są głupi - odezwała się Aleda. - Powinniśmy pozwolić im wszystkim zgnić razem na tych spalonych, bezbożnych ziemiach.

Te słowa odciągnęły uwagę Inary od obserwowania kolorów tłumu, żywych i skotłowanych.

- Te "spalone, bezbożne ziemie" to nasz dom - odparła. - Dom lady Craier. - Wypowiedziała to z dużym naciskiem, żeby przypomnieć im, czyj to statek: jej matki, a nie ich. - Poświęciła już wszystko, zrezygnowała ze swojego buntu, żeby o nie walczyć. - Dlaczego broniła swojej matki?

- Kapitanka, którą twoja matka kiedyś była, obcięłaby królowi głowę i później martwiła się konsekwencjami - powiedziała Aleda. - Nigdy się nie spodziewałam, że sprzymierzy się z wrogiem, którego niemalże pokonała.

- Może się nauczyła, że rządzenie krajem jest bardziej skomplikowane niż dowodzenie statkiem - mruknęła Kissen. Lertes zgromił ją wzrokiem, zaciskając dłoń na mieczu, ale wtedy Tarin odchrząknęła.

- Zabawne - stwierdziła, nie odrywając wzroku od portu, gdzie ludzie przerywali pracę, żeby patrzeć na to, co się zbliżało, albo już biegli dołączyć do parady. - Ja nigdy nie widziałam, żeby potraktowała wywrotowy język lepiej niż wywrotowy miecz.

Aleda zbladła, a Lertes szybko zdjął rękę z rękojeści, jakby go oparzyła.

- Nie miałam na myśli...

- Wiem - odrzekła Tarin. - Przemawiała przez ciebie troska o jaśnie panią. Ale bez względu na to, czy postanowi walczyć o Middren, pójść z nim na dno, czy go porzucić, przysięgałaś, że "Srebrny Jerzyk" będzie jej służył, kiedy powierzyła ci dowództwo.

Aleda powściągnęła gniewny grymas i skinęła głową.

- Prosimy o wybaczenie - powiedział Lertes. - Nie mieliśmy złych zamiarów.

- A ona nie porzuci Middrenu - wtrąciła z naciskiem Inara, pragnąc, by się z nią zgodzili. Elo i Kissen wymienili spojrzenia i uświadomiła sobie, że nawet oni nie mają pewności. Mówili o jej matce, której nigdy nie znała. Która ją okłamywała. Która ją... porzuciła. Czy naprawdę można jej było ufać z jakąkolwiek dozą pewności?

- Oczywiście, że nie porzuci - potwierdziła Tarin i podnoszącym na duchu gestem położyła dłoń na plecach Inary. Przez chwilę Inara wspominała czasy, gdy spędzała godziny w kuchni, i napar z pokrzyw. Dziecko, którym była, całą uprzejmość Tarin, fakt, że straciła matkę. - Sprowadzimy z Irisji sojuszników i wygramy tę wojnę - ciągnęła Tarin. - A wtedy, Inaro, wrócimy do domu i zaczniemy odbudowę.

Głos miała pełny przekonania, ale w jej kolorach dominowały niepewne fale fioletu i czerwieni.

Inaro..., zagaił w jej głowie Skedi.

Nie mów mi, że to niewinne kłamstwo, odparła. Pozwól mi w to wierzyć. Chciała się jeszcze choć trochę trzymać rozchwianej wiary we własną matkę, w swoją dziecięcą miłość do Tarin.

Lessa dotarła do statku i zsiadła z wierzchowca. Nie czekała, aż jej zbrojna eskorta zgramoli się z siodeł, tylko pozostawiła rumaka, który posłusznie stanął przy boksach, i pomaszerowała do spodu trapu. Tam się zatrzymała i spojrzała w górę na statek, a usta uniosły jej się w lekkim uśmiechu. Szybko jednak opadły, gdy zobaczyła stojących przy nadburciu Inarę, Elo i Kissen.

- Pozwolenie na wejście na pokład, kapitanie Lertesie? - zawołała w górę.

Inara zerknęła z ukosa na Lertesa. Dlaczego jej matka prosiła o pozwolenie? "Nasz statek", powiedział wcześniej. Lessa chciała, żeby miał dobry humor.

- "Srebrny Jerzyk" znowu należy do pani, lady Craier - odpowiedział Lertes. - Przez trzynaście lat dobrze go strzegliśmy. Teraz ta łajba to pani broń.

Trzynaście lat, odkąd oddała statek. Trzynaście lat - tyle miała Inara.

Lessa skinęła głową i wspięła się na trap, rzuciwszy jeszcze tylko jedno czujne spojrzenie w kierunku miasta. Inara widziała tam srebrne lśnienie zbroi i błyszczących końskich rzędów, przebłyski niebieskiej tkaniny. Granie rogów rozlegało się teraz bliżej, podobnie jak klaskanie i tupot. Dźwięki przenikały ją do kości.

- Dziękuję, kapitanie - powiedziała arystokratka. Nie obdarzyła Inary kolejnym spojrzeniem, ale ukłoniła się z szacunkiem Lertesowi. Na przedzie jej zielonego bawełnianego płaszcza widniały haftowane ptaki z herbu Craierów: tiflety, czyli mityczne, beznogie jaskółki, wiecznie czegoś poszukujące.

Lessa niczym tiflet odwróciła się następnie do Elo, który patrzył w kierunku króla, a jego kolory poruszały się w kłębach czerwieni i błękitu.

- Lwie z Lesscji. Jesteś tu, żeby przysiąc mi wierność i ruszyć z nami do Irisji?

Kolory Elo zamigotały, tęsknota zaskrzyła się w nich niczym promyki sączące się przez barwione szkło. Irisja, gdzie wciąż żyła jego matka. Uśmiechnął się jednak i pokręcił głową.

- Przyszedłem się pożegnać, pani - wyjaśnił. - Kissen to sprawna wojowniczka i może ci zaoferować wiele mądrości. - Kissen sprawiała wrażenie, jakby chciała go kopnąć.

- Bogobójczyni - powiedziała Lessa chłodnym tonem - uzyskała zgodę na rejs przez Morze Kupieckie na specjalne życzenie Inary.

Teraz Inara ujrzała wreszcie swoje odbicie w ciemnych oczach matki, gdy jej spojrzenie zwróciło się na nią. Dziewczynka sama nie wiedziała, na co właściwie liczyła. Może na szacunek, jaki kobieta okazała Lertesowi, czy ciepło, z jakim zwracała się do Tarin. Nawet ton, jakim mówiła do Elo, byłby lepszy niż dystans, z którym patrzyła na własną córkę. Inara odpowiedziała hardym spojrzeniem.

Nadchodzą.

Wzdrygnęli się, gdy przeszył ich głos Skediego. Królewska kawalkada już cała znalazła się w porcie. Tłum wokół niej wciąż narastał, rozlewając się wokół kolumny dziesięciu rumaków w niebiesko-złotych zbrojach. Dwójka jeźdźców miała bębny, a kolejna dwójka, zgodnie z zapewnieniem Tarin, nosiła barwy rodów Crolle i Elemni. Reszta to były pozostałości zbrojnej straży Arrena, dzierżące halabardy o grubych drzewcach.

Pośrodku jechał sam król Arren, z głową odsłoniętą, nie licząc diademu rzeźbionego w promienie słońca i poroża. Wydawał się bezbronny i młody. Nie był to tym razem tchórzliwy sobowtór z gałązek i płomieni. Nosił kirys z głębokim wycięciem w kształcie litery V sięgającym pępka, odsłaniającym rozpiętą koszulę i migoczącą jamę w piersi, w miejscu serca. Sam pancerz był pomalowany na czerwono i pomarańczowo. Płomienie i ogień. Co próbował zrobić? Zagarnąć słońce, a teraz także sam ogień? Rzucał wyzwanie Hseth?

W Inarze burzyła się krew, a palce świerzbiły ją do strzał i cięciwy. Wydawał rozkazy, będące wyrokami na bogów, jej matkę, jej dom, a teraz oto jechał w ich stronę jak największe niewiniątko.

A tłum płynął za końmi niczym strumień wrzącej wody, falujący, szemrzący, kotłujący się na ulicach, pieniący się przy głównym porcie.

- Niosący Słońce, Niosący Słońce! - krzyczeli gapie.

To było dziwne widzieć tyle uwielbienia, jasny błękit i złoto miłości do monarchy, gdy donośnie domagali się jego uwagi. W mieszaninę wplątały się jednak inne kolory, zieleń i srebro, a także coś więcej: czerwony i żółty lęk. Skedi sfrunął z masztu i wylądował w obronnej pozie na ramieniu Inary. Wiara przeradza się w zapał, szepnął do jej umysłu. Albo we wściekłość.

Ludzie tłoczący się za świtą Arrena przepychali się, bo niektórzy chcieli znaleźć się na tyle blisko, żeby rzucać kwiaty albo usłyszeć jego słowa.

- Niosący Słońce! Ocal nas przed boginią ognia!

- Ocal nas od Talicji!

- Elo, co to za pompatyczny nonsens? - burknęła Kissen.

- Czy nie właśnie o pokaz jedności prosiłaś, veigo? - powiedziała Lessa.

- Nie zrzucaj na mnie winy za własny bałagan, szlachcianko.

Król zbliżył się do statków i strażnicy z rodu Graiisów popatrzyli na Lessę, zastanawiając się, czy go zatrzymać, lecz ona leciutko pokręciła głową. Arren zsiadł z konia jednym płynnym ruchem, po którym znać było zaprawionego jeźdźca, a następnie wkroczył na trap. Jego strażnicy zostali na nabrzeżu, ale przedstawicielki rodów Elemni i Crolle weszły za nim na statek. Lady Crolle była smukłą kobietą o jasnej cerze i przebiegłym spojrzeniu. Nie nosiła zbroi, lecz rozciętą tunikę i szerokie spodnie, pozwalające siadać okrakiem w siodle. Elemni była szeroka jak beczka, a na ramiona spływały jej kręcone złocistokasztanowe pukle.

Pomiędzy nimi bystre niebieskie oczy Arrena otaksowały Kissen, Lessę, Inarę i Skediego. Tak wielu jego wrogów. Jego wzrok spoczął na Elo, a kolory zamigotały bursztynem, ostre i pełne bólu.

- Lady Craier! - rozległo się wołanie wśród ciżby. - Pomóż nam!

- Zdrajczyni króla! - krzyknął inny głos.

- Zabierz nas ze sobą!

- Piracka szelma!

- Ratuj Middren!

W ich stronę poleciały owoce i gruda błota, ale rozbiły się o nad-burcie.

- Dranie - mruknął Lertes, jednak zamilkł, gdy Lessa spojrzała na niego z ukosa.

Arren oderwał spojrzenie od Elo i błogo się uśmiechnął, ale jego kolory się zmieniały: jasne, później przygaszone, pewne, później pełne strachu. Zbyt wiele naraz. Fałszów i prawd, obaw i nadziei. Człowiek w konflikcie. Ogień w jego piersi był mniejszy, niż kiedy Inara widziała go poprzednim razem, lecz mimo to miała nieodparte wrażenie, że obserwuje ją bogini, która trzymała go przy życiu.

Hestra, powitała ją w swoim umyśle.

Po chwili Hestra odpowiedziała jej szeptem. Nie odzywam się do ciebie, półkrwista. Pół bogini, pół śmiertelniczka, półgłówek.

Masz sporo do powiedzenia jak na bóstwo, które się nie odzywa.

Ogień w piersi króla zajaśniał irytacją i oczy Arrena odnalazły Inarę. Wbił w nią wzrok, kąciki jego ust opadły na bardzo krótką chwilę, ona zaś odpowiedziała spojrzeniem. Kissen subtelnym ruchem przesunęła się nieco bardziej przed nią, a król wziął się w garść i na powrót rozpromienił w uśmiechu.

- Przybyłem pobłogosławić twą podróż, pani - powiedział, kierując swój głos do tłumu, donośny i czarujący. - I okazać wdzięczność za twoje ważne przedsięwzięcie. - Skłonił się.

Kłamie, szepnął Skedi, choć Inara już wiedziała. Gwar zebranych przycichł jednak do pełniejszego szacunku pomruku, gdy zaczęli słuchać. Dobrze ich rozgrywał.

- Nasze wcześniejsze prośby napotkały mur milczenia - ciągnął Arren. - Mam tylko nadzieję, że pokaz naszej jedności przekona Irisję do przymierza z nami przeciwko zdradzieckim Talicjanom.

Lessa zachowała niewzruszony wyraz twarzy i uklękła. Tarin, Aleda i Lertes poszli w jej ślady, a później także Elogast, Kissen jednak pozostała przy Inarze i żadna z nich nie zamierzała klękać.

- Wielkie podziękowania dla ciebie, królu Arrenie - powiedziała Lessa. - Miałeś do portu długą drogę. Okazujesz nam wielką łaskę, dołączając do nas, kiedy wyruszamy w twoim imieniu. - Jej odpowiedź, choć w pełni zgodna z dworskim protokołem, ociekała przytykami i ledwie maskowaną nienawiścią. Szczęka Arrena się naprężyła. - Proszę - jej głos zmiękł niczym lód w kontakcie z wiosennym słońcem - dobrze strzeż naszych ziem do mojego powrotu.

Arren skinął głową, wystarczająco usatysfakcjonowany. Zdawało się, że tłum wstrzymał oddech, Inara zaś nieco się rozluźniła. Może wszystko będzie dobrze. Może zaczną wierzyć, że król i buntownicy będą działać razem.

- Przynoszę wam to - oświadczył Arren i skinął głową Crolle. Ta wystąpiła naprzód z małą skrzynką i ustami zaciśniętymi z dezaprobaty. Otworzyła ją jednak przed Lessą, ukazując pierścień z czerwonym kamieniem oznaczonym herbem Arrena z jeleniem i słońcem.

- To jest, lady Craier, dowód twojej współpracy z królem - przemówiła Crolle. - Oraz jego zaufania.

Crolle'owie należeli do rodów lojalnych wobec króla, które nie wsparły buntu i zachowały wierność władzy Arrena. Tak jak rody Tiamh, Yether, Movenna, Elemni - wszystkie wystarczająco potężne, żeby odmówić Lessie i sprzymierzyć się przeciwko niej.

- Kamień jest nowy - powiedział Arren - ale pierścień należał do mojej matki i siostry. - Jego kolory znów się na chwilę zmieniły, zmatowiały i pociemniały. Napięcie w ramionach Lessy zelżało, choć tylko odrobinę. Inara jednak zmarszczyła brwi. Jeśli Arren odczuwał ból z powodu utraty matki, siostry... zasługiwał na niego. Ten ból był niczym wobec oparzenia w kształcie dłoni na piersi Elo, wobec cierpienia bogów, którzy stracili wyznawców, wobec ludzi z rezydencji Craierów, jej ludzi, którzy zginęli na jego rozkaz. Przez chwilę Inara wyobrażała sobie, co by się stało, gdyby Lessa dobyła miecza i go nim przeszyła. Jak wiele by to tak naprawdę zmieniło?

- Niosący Słońce, Niosący Słońce, Niosący Słońce.

Tłum znowu skandował, klaszcząc. Przepełnione pewnością dudnienie. Nadzieja. Lśniące kolory. Zieleń i błękit. Wiara. Jedność.

Lessa wyciągnęła dłoń i wyjęła pierścień ze skrzynki. Uniosła go wysoko, żeby zgromadzeni widzieli, i wsunęła na palec. Wydawał się zupełnie błahym przedmiotem, ale rodowy pierścień stanowił symbol zwierzchnictwa, któremu należy się posłuszeństwo. Arren przekazał cząstkę swojej władzy Lessie, publicznie, na oczach wszystkich. Tłum wydał z siebie pomruk aprobaty, a rycerze i strażnicy z rodu Graiisów w porcie się rozluźnili.

Wtem jednak ponad cały zgiełk wzniosły się głośne krzyki. Trzy kobiety biegły naprzód. Włosy miały zaplecione w warkocze i owinięte wokół głów niczym korony, ozdobione porożami, które przymocowano do nich za pomocą plecionych rzemyków. Ich szybki ruch zaskoczył strażników króla, kiedy w mgnieniu oka przedarły się na trap "Srebrnego Jerzyka".

- Zdrajczyni! - wrzeszczały. Miały na sobie ubrania z białej bawełny i niebieskie wstęgi zawiązane wokół talii, z których postrzępione pasma zwieszały się na spódnice. Strażnicy od Graiisów wpadli na trap, wyciągając miecze.

- Nie zabijajcie naszych obywateli! - zawołał Arren.

Zawahali się i za to zapłacili. Jedna z kobiet wszczęła szaloną walkę, drapiąc i gryząc, podczas gdy inna wpadła do wody. Tłum poczuł się jednak ośmielony tym wyłomem i wszyscy zaczęli się wdzierać na trap obok ogłupiałych strażników. Wywiązała się bijatyka. Dwie kobiety zdołały się przedostać na pokład, a ciżba wciskała się za nimi niczym fala.

- Niosący Słońce! Niosący Słońce!

Okrzyki tłumu rozbrzmiewały wszędzie, jego kolory wdzierały się w klatkę piersiową Inary, w jej oddech. Wyciągnęła strzałę, ale gdzie tu strzelić? Zgromadzeni nie wydawali się uzbrojeni, nie wydawali się groźni. Czy byli mniej niewinni niż ludzie w rezydencji Craierów?

Przynajmniej Elo zachował przytomność umysłu. Skoczył do trapu, zanim ciżba opanowała pokład. Stosował się do polecenia Arrena, żeby nie zabijać, i tylko zerwał swój pas, żeby móc wymachiwać tkwiącym w pochwie mieczem jak pałką. Trzymał broń jedną dłonią za rękojeść, a drugą za osłonięte ostrze i używał jej do zepchnięcia sakreańskiego motłochu z pokładu w dół, zrzucając do wody tylu, ilu zdołał. Lertes i Aleda dołączyli do niego, broniąc swojego statku.

- Wracać na brzeg! - ryknął Elo. - Królewska straż, odepchnąć tych na dole!

- Chronić króla! - krzyknął ktoś inny, zapewne Crolle, która sama nie miała broni i stała wstrząśnięta przy grotmaszcie. Elemni przynajmniej wyciągnęła miecz, ale tkwiła tylko przed Arrenem i nie robiła nic więcej. Troje ludzi rzuciło się do jej stóp i próbowało dotknąć tuniki króla, który zaczął się cofać.

Ale kobiety w bieli miały inny cel. Inara poczuła szarpnięcie za nadgarstek, gdy Kissen próbowała ją odciągnąć jak najdalej od tego szaleństwa, chroniąc ją zgodnie ze swoją obietnicą. Tarin skoczyła naprzód, żeby zablokować dwie biegnące kobiety. Nie dla Arrena... dla Lessy.

- Za Niosącego Słońce!

Coś błysnęło między warstwami ich odzienia i Inara zobaczyła, że kolory Kissen mignęły przez chwilę żółtym, nieopanowanym strachem.

- Mają broń!

Za późno. Kissen popędziła w ich stronę, złapała jedną z kobiet za rękę i wytrąciła ją z równowagi, pchnąwszy na kabestan. Tarin zbyt późno sięgnęła po swój sztylet, gdy napastniczka, z którą przyszło jej się mierzyć, miała już w dłoni nóż.

Grad ciosów był przytłaczający, szybki, brutalny i skuteczny. Krawędź ostrza raniła przedramię Tarin, gdy ta dobywała broni, a drugie i trzecie pchnięcie wbiło nóż w jej pierś i brzuch. Nie miała zbroi, nie była gotowa. Nie dopisało jej szczęście w ciągu tych trzech oddechów, podczas których sytuacja się odwróciła.

Inara nałożyła strzałę na cięciwę, gdy atakująca próbowała odepchnąć Tarin w bok i przemieścić się w stronę swojego ostatecznego celu: Lessy. Ta wyjęła swoją broń. Tarin jednak, choć zakrwawiona, wyciągnęła sztylet. Nie zamierzała dać się odepchnąć. Zamiast tego chwyciła kobietę za szyję i mocno trzymała.

- Puść mnie! - krzyknęła zamachowczyni, dźgając Tarin raz po raz, gdy tymczasem Skedi machał bezradnie skrzydłami.

- Tarin, przestań! - krzyknęła Lessa, a Inara wypuściła strzałę. Trafiła w żebra kobiety z porożem, która krzyknęła, lecz krzyk przerodził się w charkot, kiedy Tarin wbiła jej sztylet w gardło, aż czubek ostrza wyszedł przez kark.

Jej śmierć była natychmiastowa, jej kolory zgasły i obie zaczęły osuwać się na pokład. Lessa złapała upadającą Tarin.

- Stać! - zawołał Arren, odnalazłszy swój głos. - Moi poddani! Uspokójcie się!

Napastniczka, którą Kissen rzuciła na pokład, zaczęła się podźwigać, macając rękami w poszukiwaniu upuszczonego noża. Lessa trzymała Tarin, teraz niemal bezbronną.

Lecz Kissen była gotowa. Chwyciła kobietę za poroże, a drugą dłonią złapała jej uzbrojoną rękę i wykręciła ją z trzaskiem, po którym tamta krzyknęła.

- Zdrajcy muszą zginąć! - zawyła kobieta i wypuściła z dłoni nóż, kiedy Kissen trzymała ją w dławiącym chwycie. - Walczymy o naszego boga i jego ogniste serce. - Jej głos utonął w mięśniach przedramienia Kissen.

- Zamknij się, kurwa - warknęła veiga.

Reszta niedoszłych zabójców cofnęła się od Elo, Lertesa i Aledy - być może na słowa Arrena, być może uświadomiwszy sobie, że sprawy potoczyły się w zupełnie niewłaściwym kierunku.

- Tarin - powiedziała Lessa, trzymając swoją strażniczkę w ramionach. Przyciskała dłoń do jednej z jej ran. Tylko jednej, spośród tak wielu. Krew wypływała spomiędzy jej palców.

- To nic, pani - szepnęła Tarin. Krew miała jasną barwę. Było jej mnóstwo. - Tylko... tylko draśnięcie. - Kolory Tarin buzowały zielenią w stu różnych odcieniach i z żółtą domieszką. Liście pokrzyw i morele. Z oka wykradła jej się łza i powoli podążyła po jej skórze w stronę pokładu.

Nie patrz, zwrócił się Skedi do Inary. Ale musiała spojrzeć. Nie mogła się powstrzymać.

- Zostań ze mną - poprosiła Lessa. - Sprowadzimy uzdrowiciela. Wezwę boga. Zrobiliśmy zbyt wiele, żeby teraz tego nie przeżyć.

Inara podniosła wzrok na Kissen, która odpowiedziała bezradnym spojrzeniem i potwierdziła to, co dziewczynka już wiedziała. Nikt nie mógł tego przeżyć. Tylko król przetrwał kiedykolwiek coś podobnego i teraz stał z ręką na piersi, jakby pragnął to przetrwanie ochronić. Ogień w ranie, która powinna go zabić. Inara zacisnęła dłoń na łęczysku.

- Pochowajcie mnie z moją matką - wyszeptała w końcu Tarin, tak cicho, że nawet Inara ledwie ją słyszała. Jej kolory złagodniały, żółty był delikatniejszy, niczym blask słońca sączący się przez listowie w sadzie. - Proszę. Chcę spocząć na ziemi Craierów.

- Nie - odparła Lessa. Nie płakała, ale mówiła przez ściśnięte gardło. - Będziesz żyła, Tarin. Jesteś wystarczająco silna, żeby żyć.

Inara stłumiła szloch i gniew zdławił jej krtań, paląc jej oczy, rozgrzany do białości i oślepiający.

- Dlaczego? - szepnęła. A później powtórzyła hardziej, z większą mocą: - Dlaczego?!

Dlaczego musiała tak wiele tracić? Dlaczego musiała odczuwać ten ból? Wyjęła kolejną strzałę i nałożyła ją na cięciwę, kierując broń na kobietę trzymaną przez Kissen, która teraz najwyraźniej zaczęła nucić pod nosem.

Ogniste Serce, Niosący Słońce,

Król królów najmężniejszy.

To była także jej wina. Inara nie mogła zabić Arrena, ale ją mogła. Miałaby przynajmniej namiastkę zemsty.

- Nie, Inaro! - zawołała Kissen. Nawet oszalała kobieta zatrzymała się, wbijając w nią spojrzenie pełne nienawiści. - Nie rób tego.

- Trzeba ją ukarać! - powiedziała Inara, a w oczach wezbrały jej gorące łzy. Tarin umierała. Tarin, która parzyła jej herbatę, która sięgała do wysokich gałęzi. Tarin, której nigdy nie potrafiła wybaczyć kłamstw ani życia, jakie prowadziła z jej matką. - Im wszystkim należy wymierzyć karę!

- To nie twoja rola.

- Ty wymierzasz kary bogom!

- Inaro - odezwał się Skedi, mały i przestraszony na jej ramieniu. - Bogowie mogą stanąć do walki, a ona nie. Ktoś ją powstrzymał. To była Kissen.

Inara przełknęła ślinę. Celowała strzałą nie tylko w tę kobietę. Celowała też w Kissen, która wydawała się... przestraszona. Dziewczynka wypuściła z rąk łuk, który ze stukotem spadł na zakrwawiony pokład, i osunęła się na kolana obok Tarin. Czerwień między palcami Lessy pulsowała teraz wolniej.

Król dyszał ciężko, pobladły i oniemiały. Elemni odpędziła mieszkańców, którzy rzucili mu się do stóp, a rycerze i strażnicy od Graiisów odpychali tłum w tył, coraz dalej od statku. Zaledwie w kilka chwil tragedia wstrząsnęła nimi niczym podmuch wichru.

Jako następny odezwał się Elo.

- Czy to jest wiara, "Niosący Słońce"? - powiedział, niemal wypluwając przydomek, tonem cichym, lecz słyszalnym ponad krzykami miejscowych, odpychanych od nabrzeża, i drżącym śpiewem niedoszłej zabójczyni, którą Kissen mocno trzymała. - Czy to jest miłość, której tak bardzo pragnąłeś?

Arren nie odpowiedział.

To nie mogła być wiara. To straszne, odrażające coś. To coś, co zalewało pokłady krwią i zabijało dobre kobiety stęsknione za domem.

Inara była zbyt wściekła, żeby coś powiedzieć. Trzymała za rękę Tarin, gdy ta wydawała z siebie ostatnie tchnienie i umierała na pokładzie statku swojej pani. Jej kolory, tak intensywne i piękne, po kolei zgasły.

Później Inara usłyszała głos bogini Arrena, Hestry, który zakradł się do jej umysłu.

Teraz wiesz, jak niszczy się nadzieję.

ROZDZIAŁ TRZECI

Elogast

- TY PRZEKLĘTY GŁUPCZE - WARKNĄŁ ELOGAST, podążając za Arrenem przez bramę jego zdewastowanego dworu.

Krew pozostałą po przewrocie zmyto już z posadzek rodowego pałacu Regnów, ale inne ślady pozostały: szczerba po mieczu w kamiennej płycie, ciemny ślad w miejscu, gdzie kiedyś leżał dywan, strzaskana boazeria. Mury i ogrody na zewnątrz były w kompletnym nieładzie, a kości ze starych katakumb leżały narażone na słone powietrze.

- Nie możesz tak do mnie mówić, panie Elogaście - odparował Arren, gdy doszli do wewnętrznego kasztelu. Chociaż odesłał swoich strażników, w pałacu wciąż roiło się od ludzi. Zarządcy, budowniczy, inżynierowie, wszyscy próbowali posprzątać panujący tu bałagan. Szlachta i jej wysłannicy z całym tłumem sług, kronikarzy, prawników i strażników. Rozglądali się i szeptali o czymś w cieniu krużganków.

Elo powstrzymał się od komentarza. Z trudem. Arren wprowadził go do właściwej twierdzy i powiódł długim korytarzem, pełnym przeciągów wciąż niosących słabą woń krwi i dymu. Wrócili do sali narad wojennych z wyszczerbionymi drzwiami z brązu i poczerniałym sklepieniem.

Gdy weszli do środka, minąwszy strażników ustawionych przy drzwiach, przeszkodzili dwóm archiwistom. Ci osłupieli na widok króla w bezpośredniej bliskości. Starannie rozdzielali fragmenty szczegółowej mapy Middrenu należącej do Arrena, rozplątując nici łączące każdy kawałek welinu z pozostałymi, a następnie zwijali je i pakowali w podpisane zwoje, które miały wyruszyć z królem w podróż na północ. Elo musiał przyznać, że Arren genialnie to wymyślił. Wykorzystując znajomość pisma i rysunku, którą wpojono jego ludziom przy wsparciu batoga, gdy byli giermkami, dał im jedną z niewielu przewag nad Talicjanami: znajomość ich własnych ziem.

- Teraz mogę się do ciebie zwrócić? - spytał Elo przez zaciśnięte zęby. Po pospiesznym pożegnaniu zostawił Inarę, znowu pogrążoną w żałobie, i Kissen, aby podążyć za królem, wracającym z pełnego chaosu i krwi wybrzeża, i aby dłużej nie wstrzymywać statku. Nie mógł wykluczyć, że nigdy więcej ich nie zobaczy.

- Niosący Słońce - mruknął jeden ze strażników przy drzwiach. - Mogę go kazać wyprowadzić.

- Nie - odparł szybko Arren, zanim Elo rzucił się na wartownika. - Zostawcie nas.

Strażnik łypnął na Elo groźnie, ale zrobił, co mu kazano. Archiwiści poszli w jego ślady i drzwi się za nimi zamknęły.

- Właściwie zabiłeś tę kobietę - powiedział Elo, kiedy zostali sami. - Tracimy kontrolę nad własnymi obywatelami, chociaż jeszcze nawet nie ruszyliśmy do walki.

- Nie zrobiłem nic podobnego - odrzekł władca.

- Nie powinieneś był przybywać do portu i pokazywać masom swojej arogancji. Wiedziałeś, że zobaczą cię pierwszy raz od wielu tygodni. Wiedziałeś, że może się polać krew. Trzeba było zostać tam, gdzie byłeś.

Przez twarz Arrena przebiegł grymas gniewu, jego szczęki się zacisnęły.

- Jak śmiesz? - powiedział. - To przez nią sytuacja w mieście stanęła na ostrzu noża. I przez ciebie.

- Czego się spodziewałeś? - spytał Elo. - Że możesz palić szlacheckie rodziny i nie ponieść konsekwencji? Wydać fortunę na marsz do spokojnego miasta, żeby pokazać swoją potęgę? Jesteś dokładnie tym samym głupim chłopakiem, którym byłeś. Najpierw miecz, później głowa.

- Nie masz pojęcia, o czym mówisz - stwierdził Arren i roześmiał się ponuro. - Kiedy doszedłem do władzy, ta kraina straciła bogactwo, bogów i wiarę. Utrzymałem ją w całości, gdy bogowie chcieli rozszarpać nas na części. I nadal próbują. Wciąż walczę o naszą wolność od ich obłędu.

- A jednak pragniesz być jednym z nich - warknął Elo. - Kim zatem jesteś?

Arren prychnął i poczerwieniał z wściekłości. Elo też czuł, że kipi w nim gniew, który parzy mu ciało, gardło, skórę. Chciał udusić Arrena, chciał z nim znowu walczyć, pobić go, powalić. Chciał wiedzieć, dlaczego ze wszystkich sposobów, żeby go zranić, wybrał właśnie wyznanie mu miłości.

- Pragnę być największym królem, jakiego znał Middren - powiedział Arren cicho, kładąc sobie dłoń na piersi. - Zerwać naszą zależność od bogów i ich gierek. Jak ta dziewczynka, którą ukrywałeś.

Elo przez chwilę widział Inarę z twarzą wykrzywioną gniewem, ręką wyciągniętą w stronę Arrena, wyciskającą życie z jego serca. Widział, jak Inara robi przerażające rzeczy: wzywa do miasta bóstwa, działając jak ich świątynia, po ciemku zabija strzałą człowieka. Ale odpędził te obrazy. Nie wspomni o żadnej z tych rzeczy Arrenowi, który mógłby wykorzystać ją do własnych celów bez względu na cenę, jaką by za to zapłaciła.

- Inara nie wybrała swojego pochodzenia - powiedział. - To ty chcesz płonąć jak bóg, stawiać żądania jak bóg, poświęcać się jak bóg.