ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY DRUGI - Zgoda Matki
Zapach krystalicznego kadzidła unosił się gęsto w powietrzu, mieszał słodką wonność róż oraz ostrą żywicę z dymem, który wirował ponad marmurowym dziedzińcem. Na podłodze przed wielkimi, intarsjowanymi drzwiami sali tronowej rozrzucone były płatki białych goździków, zwiędłych, choć jeszcze pełnych zapachu. Kösem, stojąc w półcieniu, spoglądała na tę powierzchnię z zimną precyzją. Zdawało się, że czas w Topkap? rozciąga się w tę bezruchu chwilę jak gęsta, ciężka tkanina - jedwab siwiejący na brzegach.
Jedwabny manşet jej rękawa lekko drgnął, gdy podniosła dłoń, odsłaniając palce spięte w subtelny gest spokoju, zadrżały tylko na moment - nikt tego nie zauważył. A przecież ciało pod powlekającym je bogactwem jedwabiu i złotem haftowanego kaftana nosiło ciężar decyzji, której wymiar sięgał dalej niż mury haremu i wieże meczetów Stambułu. Klatka, którą sama zbudowała, miała się zaraz zamknąć.
Przez gorącą, przeszkloną werandę do środka wlało się rozpalone światło popołudniowego słońca, rozlewając po mozaikach na podłodze motywy z lapis lazuli i krwi. To światło zdawało się żerować na cieniu, który rzucała Kösem. Nie unikała go; żadnych ucieczek już nie przewidywała.
Wnętrze sali wypełniało się powoli: eunuchowie o zerkających spod parasoli oczach, kobiety z najbliższego grona regentki, a także straż. Cisza była gęsta, oddychająca napięciem. Kroki sygnalizowały ruch - lekki stukot szpilek po marmurze, który złamał milczenie niczym kolec w pieczęć spokoju.
"Matko," przemówiła cierpko, gdy na progu pojawiła się Turhan, z cieniem uroczystości i goryczy wymalowanym na wargach. "Przyszłam z prośbą, byś uchyliła drzwi - czas jest nieubłagany, jak wieje wiatr z Bosforu."
Kösem spojrzała na nią chłodno, a w spojrzeniu było więcej niż słowa mogły przekazać - potęga doświadczenia i znużenie latami intryg. "Drzwi uchylę tylko wtedy, gdy zrozumiesz, co się za nimi rozgrywa," odpowiedziała. "Czy ty potrafisz znieść tę prawdę, córko?"
Turhan odwróciła wzrok na chwilę, szukając w marmurowych panelach jakiejś ukrytej wskazówki, podczas gdy światło zdawało się oplatać ją w złotą obręcz. "Wiem, matko. Wiem, że nie możemy inaczej. Ibrahim musi upaść, aby Imperium mogło przetrwać."
Powietrze między nimi stężało - jakby kamienie sali zadrżały w napięciu, niepewne, czy chcą przyjąć tę wyrokową decyzję. Kösem odsunęła się od drzwi, odsłaniając przejście, które prowadziło do niewypowiedzianej przyszłości.
"Zgoda matki" - pomyślała - "jest jak wyrok rzucony w ciemność, gdzie nie ma już powrotu."
Jej palce machinalnie sięgnęły po różaniec z pereł i onyksu, który spoczywał ułożony obok na aksamitnej poduszce. Każde paciorki miały w sobie ciężar tysiąca lat - modlitwy i krwi. Oddała je w ręce cichego eunucha, który zszył je delikatnie jedwabnym sznurkiem.
"Przeniknij duszę mego syna, ale nie ulituj się nad jego mrokiem," wyszeptała niemal z zamkniętymi oczami.
Za nią, w głębi haremu, wiatr powiewał na skraju światła i cienia, łamiąc ciszę szelestem liści pomarańczy. Tymczasem stulecia spowijających tajemnic korytarzy Topkap? trwały w niezmiennym rytmie, ledwie słyszalnym z dala od dryfujących na wodzie łodzi i gwaru miasta, które nigdy nie spało.